Posts Tagged ‘festiwal w Opolu’

DZIWNE, ŻE JESZCZE NA TO NIE WPADLI 🙂

MELLER NIE WYTRZYMAŁ. I MA RACJĘ.

Jerzy Sosnowski na Koduj24 pisze o pisowskiej wymianie elit.

Wymiana elit – ale na co?

Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego.

Na pogrzebie Janusza Głowackiego nie było przedstawiciela Ministerstwa Kultury. Należy przyznać, że sprawowany przez pana profesora Piotra Glińskiego urząd jest przynajmniej konsekwentny. Na przykład żaden jego przedstawiciel, o samym szefie resortu nawet nie wspominając, nie pojawił się również na ostatnich, 90. urodzinach Andrzeja Wajdy. Takie sygnały, których można by wyliczyć więcej, dziwić nie powinny. Wszystko to jest składnikiem mocnego założenia ideologicznego, z którym Prawo i Sprawiedliwość objęło władzę. To założenie brzmi: obecna elita kulturalna i intelektualna Polski jest spadkobierczynią sowieckich okupantów, wyobcowaną z ducha narodu, toteż należy ją wymienić. A skoro tak, to nie ma powodu oddawać hołdu odchodzącym przedstawicielom tej elity. Zasługą jest już to, że taktownie powstrzymujemy się od wyrażenia ulgi.

W odpowiedzi można oczywiście zapytać ironicznie, skąd PiS weźmie tę nieskażoną przez komunizm nową elitę. Wszak Jarosław Marek Rymkiewicz – jeden z nielicznych pisarzy, których talentu, mimo fundamentalnej niezgody na to, co obecnie głosi, nie sposób kwestionować – urodził się trzy lata wcześniej, niż Głowacki. W młodości, jak znaczna część jego pokolenia, należał do ZMP, a jako trzydziestolatek podpisał tzw. „kontrlist 600”, prokomunistyczną odpowiedź na protest przeciwko cenzurze, znany jako „List 34”. Inni, cenieni przez nową władzę twórcy, jak Marcin Wolski czy Jan Pietrzak, mają bodaj czy nie bardziej dwuznaczne karty w swoich życiorysach. Nie bez powodu tak docenia się Wojciecha Wencla – gdyż ten w 1989 roku miał siedemnaście lat, można więc przyjąć, że publicznie nie zdążył zrobić nic niestosownego.

Ale ten sposób reagowania na pisowską wymianę elit wydaje mi się z dwóch powodów błędny. Po pierwsze, wdajemy się w ten sposób w wojnę na życiorysy. Oczywiście, trudno nie mieć uciechy, przyłapując obecną władzę na niekonsekwencjach i hipokryzji: grzechy „naszych” są zmazane, bo są nasi, grzechy „waszych” są nie do zapomnienia. Ale jednak człowiek czuje, że poddaje się logice dość wstrętnej. Powód drugi jest ważniejszy, bo dotyka kwestii merytorycznych, nie zaś emocji. O nim będzie reszta tego tekstu.

Jak w ogóle kształtowała się w historii elita kulturalna i intelektualna Polski? Weźmy najpierw pod uwagę pierwsze dekady XIX wieku. Istniał wtedy silny ośrodek akademicki w Wilnie. Tworzyło go środowisko wykształcone u schyłku I Rzeczpospolitej. W Warszawie działało Towarzystwo Przyjaciół Nauk, utworzono Uniwersytet Warszawski. W Krakowie był oczywiście Uniwersytet Jagielloński, we Lwowie – Uniwersytet Franciszkański. Poza tym doniosły wpływ na to, kogo faktycznie uznawano jako autorytet, miały salony, związane z cenzusem majątkowym i dyplomem szlacheckim. Z tego ostatniego powodu mechanizm samoreprodukowania się elity, który funkcjonował, trudno uznać za szczególnie sprawiedliwy. Toteż literacki z pozoru spór „romantyków” z „klasykami” miał znaczenie nie tylko estetyczne, ale i społeczne: był swoistą rewoltą, toczoną jednak w obrębie istniejących reguł. Ostatecznie to salony musiały się przekonać do romantyków, by uznać ich za nową elitę narodu.

Ten właśnie mechanizm, będący wypadkową sytuacji społecznej, politycznej oraz rzeczywistej atrakcyjności intelektualno-artystycznej ludzi, którzy aspirowali do elity, bywał zakłócany przez najtragiczniejsze wypadki dziejowe. Po każdym zrywie powstańczym, zwłaszcza zaś po roku 1863, można było powiedzieć to, co lubi w kontekście II wojny światowej powtarzać PiS: że mianowicie najlepsi zginęli. Ci, co przeżyli, musieli brać pod uwagę ograniczenia cenzuralne lub zamilknąć. Na szczęście już wtedy wypracowano tzw. „język ezopowy„, pozwalający twórcom i odbiorcom porozumiewać się pomimo braku wolności słowa. Mówiąc nawiasem, zasady owego języka ezopowego nie były, rzecz jasna, nigdzie spisane i przez to uległy w znacznym stopniu zapomnieniu. Sztandarowy przykład tego zjawiska to sposób, w jaki od dekad czytamy „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, każąc uczniom zastanawiać się nad idiotycznym pytaniem, czy społecznik może mieć żonę, podczas gdy dla pierwszych czytelników tej powieści było oczywiste, że Judym zrywa z Joasią nie dlatego, że będzie mu przeszkadzać w leczeniu biedoty (co za pomysł?!), tylko dlatego, że został właśnie członkiem socjalistycznej konspiracji w Zagłębiu – na miejsce zamordowanego przez policję Korzeckiego – i tym samym przez resztę życia będzie się ukrywał.

Po 1918 roku niepodległa Polska stała oczywiście przed pokusą całkowitej wymiany elit: patrząc z naszej perspektywy, nie byłoby ostatecznie nic zaskakującego w stwierdzeniu, że twórcy z okresu zaborów byli w większości tymi zaborami fatalnie skażeni. A jednak ministrem kultury nie został wówczas – czy ja wiem? – np. od pewnego momentu otwarcie krytykujący zaborców Żeromski, tylko kompletnie apolityczny przed I wojną Zenon Przesmycki-Miriam, u progu stulecia grzecznie zanoszący swoje wyrafinowane pismo, „Chimerę”, do rosyjskiej cenzury. Twórcy naszego państwa rozumieli bowiem, że zerwanie ciągłości w kulturze to absolutna ostateczność, niezwykle groźna dla narodu. Tak, dokonuje się czasem takie częściowe, niejako wewnętrzne zerwanie, jak w erze walki romantyków z klasykami. Nigdy całkowite i w dodatku sterowane kryteriami, których żaden polityk naprawdę nie zrozumie. Natomiast zaprojektowana wymiana elity to przedsięwzięcie z założenia totalitarne (nawet jeśli nie znano wówczas jeszcze tego pojęcia), to znaczy płynące z marzenia o świecie całkowicie odmiennym, niż rzeczywisty, poddanym woli jednostki lub niewielkiego grona ideologów.

Taki właśnie totalitarny zamiar mieli z pewnością w 1949 roku komuniści. Nie, nie stało się nic innego, niż po dziewiętnastowiecznych powstaniach (emigracja wielu wybitnych obywateli, krwawe represje na pozostałych). Komuniści przy tym dokonali tego, co skądinąd planowały w okresie okupacji także środowiska niepodległościowe, to znaczy odblokowali (wreszcie!) drogę awansu dla dzieci miejskiego i wiejskiego proletariatu. Naturalnie działo się wtedy mnóstwo niesprawiedliwości, a ludzie, którzy wchodzili do elity kulturalno-intelektualnej, podobnie jak ci, którzy starali się w niej utrzymać, wykonali niejeden gest wiernopoddańczy (wystarczy poczytać „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej). Jest oczywiste, że im bardziej konserwatywne czy nacjonalistyczne poglądy miał wówczas obywatel, tym trudniej mu było zdobyć się na kompromis. W tym sensie, zgoda, naturalne mechanizmy samoreprodukcji elity kulturalnej narodu uległy zatarciu. Nie zniszczały jednak całkowicie, a to dzięki temu, że okres stalinowskiej smuty trwał krótko: od szczecińskiego zjazdu literatów, gdzie ogłoszono doktrynę socrealizmu, do pierwszych zwiastunów odwilży („Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka) minęło pięć i pół roku. Co to jest pięć i pół roku – że zapytam socjologa, profesora Piotra Glińskiego – dla mechanizmów społecznych?

Po 1956 do Polski wraca część emigrantów (Maria Kuncewiczowa, Stanisław Cat Mackiewicz, Melchior Wańkowicz, później też Teodor Parnicki). Korzystając z nieformalnego paktu Gomułki ze społeczeństwem, ludzie kultury zaczynają poszerzać granice wolności (w stosunku do okresu przed 1956 rokiem, nie w stosunku do realiów po roku 1989!). Odbudowują się uniwersytety, rozpoczyna się złoty wiek kultury PRL. Choćby filmy z tego okresu są cenione także poza granicami Polski („polska szkoła filmowa”), doprawdy nie przez agentów KGB. W tych warunkach rozwija się elita, którą dzisiejsze władze próbują wymienić, jako skażoną przez komunę.

To prawda, że najgorzej wyszło na tym środowisko polskiej prawicy. W okresie „karnawału Solidarności” zaczytywaliśmy się Miłoszem, Herbertem i Barańczakiem, Tischnerem i Kołakowskim – a nie Bolesławem Micińskim czy Feliksem Konecznym (wymieniam te dwa nazwiska w poczuciu że robię krzywdę Micińskiemu, ale może się mylę). Świat się jednak zmienił cokolwiek od wiosny 1939 roku i trudno mi pozbyć się myśli, że to niedocenienie twórców o poglądach prawicowych mogło być efektem niezawinionego przez nich anachronizmu ich dzieł. Zresztą trzeba być zupełnie zaślepionym ideologicznie, żeby nie dostrzec, że kontrpropozycja dla „lewicowej” kultury, jaką podsuwa nam PiS, jest, łagodnie mówiąc, mało przekonująca artystycznie i intelektualnie. Wystarczy spojrzeć na nową podstawę programową: więcej tam dzieł WYCOFANYCH (bo są „nie po linii”), niż nowych, które jakoby wcześniej nie miały szans zaistnieć. Wiele hałasu – i wychodzi z tego raptem Rymkiewicz i Wencel, czyli stary poeta, o którego nie ma co się oburzać (chyba, że z jego twórczości do podręcznika wejdzie akurat agitka „Do Jarosława Kaczyńskiego”, a nie np. wspaniałe wiersze z tomiku „Moje dzieło pośmiertne”), oraz poeta w średnim wieku, który zapewne podzieli kiedyś los Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, to znaczy trafi do smutnego rozdziału historii literatury pt. „Inni poeci epoki” (swoją drogą, lepszy byłby Polkowski, zwłaszcza z wczesnych lat 80.). Jak to się ujmuje w kategoriach sportowych: krótka ławka w tej prawicowej kulturze polskiej.

Podejrzewam, że w tych niemądrych i żałosnych manifestacjach Ministerstwa Kultury, w tych znamiennych przemilczeniach wybitnych twórców, którzy odchodzą, skrywa się właśnie bezradna złość, że tak naprawdę nie ma kogo promować. Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Konwickiego na Łysiaka, Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego. Nie sposób postawić „Smoleńska” ponad „Ziemią obiecaną”. Jerzy Zelnik i Katarzyna Łaniewska to nie ta liga, co Daniel Olbrychski i Krystyna Janda (bądźmy sprawiedliwi: Ewa Dałkowska – owszem). No to przynajmniej tamtych zamilczmy na śmierć, a może w pustce stanie się jakiś cud. Nawet trochę władzy współczuję: wierzyć, że naturalnie ukształtowana elita narodu to skutek knowań jakiegoś środowiska, które przewalczyć można silną wolą – i odkryć, że, jak mówił klasyk, „z pustego i Salumun nie naleje”. To musi boleć.

PIĘKNY LIMERYK NA DZISIAJ 🙂

Minął miesiąc od nawałnicy.

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskich transferach.

Wrogie przejęcie posłów przez PiS

Adam Bielan potwierdził w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM, że klub parlamentarny PiS powiększy się o kilku posłów („jest to bardzo prawdopodobne”). Takie przejęcia (przejście, transfer) zdarzają się, obecnie można spodziewać się większej liczby – hurtowej – sięgającej nawet liczby 9 osób.

Dlaczego dochodzi do takiego dużego wrogiego przejęcia osób chwiejnych, acz szukających korzyści materialnych, którymi PiS mami? Jednym z powodów może być wymiana ciosów z Andrzejem Dudą, który może zechcieć budować własne zaplecze polityczne, partyjne.

PiS w tej sferze zapisał „barwną” kartę z Renatą Beger, posłanką Samoobrony, nad którą pracował zastępca Kaczyńskiego, Adam Lipiński. Działo się to 11 lat temu. Lipiński kusił publicznymi pieniędzmi, stanowiskiem w rządzie i innymi apanażami. Beger przyznała się do kurwików w oczach, które miały opisywać jej ciąg na seks, a który lubi, „jak koń owies”.

Ta remiza zostaje przez PiS odtworzona. Czy Bielan jest kierownikiem w tym skansenie politycznym PiS i czym kusi? Wówczas Beger dała się namówić autorom programu „Teraz my” (skądinąd nawiązującym do „złotej myśli” Kaczyńskiego: „teraz ku…a my”), aby iść na rozmowę z Lipińskim z ukrytym sprzętem video.

Kurwiki Beger znakomicie opisują stan intelektualno-emocjonalny PiS. Ówczesna posłanka Samoobrony obnażyła PiS, bo w istocie przystawała i dzisiaj wpasowałaby się idealnie w pisowski paradygmat. Beger, Bielan, Lipiński, Kaczyński – tworzą wspólnotę wartości i interesowności.

Pisowski wzorzec z Sevres – to osoby z kurwikami i ambicjami: „teraz k… ja/my”. Jest to niebezpieczny typ ludzi, których w każdym społeczeństwie jest niemało, nie uznają umów społecznych, zawartych w obowiązującym prawie. Naginają je do własnych potrzeb, łamiąc prawo ustrojowe i tworząc własne bezprawie.

Norman Davies – przedstawiciel jednej z najstarszych demokracji – wiele lat temu oceniając PiS, nazwał tę partię po prostu sektą, a potem mafią. I trudno z nim się nie zgodzić, bowiem tak zorganizowana grupa ludzi stara się przejąć kolejne sfery życia społecznego, werbuje ludzi, a gdy nie udaje się, bo niektórym nie odpowiada owa wspólnota, nazywani są kanaliami, gorszym sortem, zdradzieckimi mordami etc.

KOMUNA POWRÓCIŁA DO OPOLA…

No i co na to ? 🤔To dlatego chcecie przejąć niezależne media?

>>>

WSZYSCY OGLĄDAMY NA ŻYWO KATASTROFĘ TITANICA. TYM RAZEM ORKIESTRA NIE BĘDZIE GRAŁA DO KOŃCA.

CZUJECIE TĘ MOC? :)))

Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”) pisze o katowickim nadzwyczajnym Kongresie Prawników Polskich. W sobotę sędziowie, adwokaci i radcy prawni dali wyraz odwagi, solidarności i godności, której oczekują od nich wolni Polacy.

Tam była Polska

Z katowickiego Kongresu Prawników Polskich warto zapamiętać kilka momentów: ręce unoszące w górę egzemplarze konstytucji podczas wystąpienia prezydenckiego ministra Andrzeja Dery, słowa prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, że to konstytucji, a nie partii sędziowie przysięgali wierność, wreszcie niemal tysiąc delegatów opuszczających salę w proteście przeciwko ordynarnym połajankom wiceministra sprawiedliwości.

W państwie PiS sędziowie są od miesięcy obiektem niesłychanej nagonki ze strony władzy. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i jego zastępcy nazywają ich „kliką”, „sitwą” i „patologią”. Posłuszne media szczują opinię publiczną, przytaczając wciąż te same przykłady rzekomego zepsucia „kasty sędziowskiej”.

Celem tej nagonki jest zniszczenie konstytucyjnej niezależności sądów – jedynej władzy, która nie jest dziś w Polsce kontrolowana przez partię Kaczyńskiego.

Populizm, oszczerstwa i pomówienia to metody przyjęte przez partię bezwzględnie dążącą do celu. Przygotowanie ogniowe mające poprzedzić atak – wprowadzenie przez Sejm ustaw podporządkowujących sądy politykom. Może się to stać jeszcze w maju. Opluwanym i poniżanym sędziom władza każe milczeć. Prezydent Andrzej Duda dał im w sobotę wykład o „apolityczności” i zabraniał zabierać głos w sprawach publicznych.

Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł kazał im rozliczać się za czasy stalinowskie. Wcześniej też zakwestionował ich prawo do zabierania głosu.

W carskiej Rosji na kogoś takiego jak Warchoł mówiło się „stupajka”. Pasuje jak ulał do prostackich wywodów tego urzędnika czy raczej czynownika władzy.

W sobotę sędziowie, adwokaci i radcy prawni dali wyraz odwagi, solidarności i godności, której oczekują od nich wolni Polacy. Demokratyczna i praworządna Rzeczpospolita była na tej sali.

– Jeśli nadal nie będziesz wykonywał poleceń, jeszcze raz ci z tego zap…lę, rozumiesz? – usłyszał Igor przed śmiercią na komisariacie

Waldemar Mystkowski pisze o wotum nieufności dla Macierewicza.

Manipulacje z ochroną Macierewicza – hybrydą PiS

PiS będzie bronił Antoniego Macierewicza jak partyjnej niepodległości. Jarosław Kaczyński przystąpił do obrony ministra obrony w sposób mu właściwy. Podnosząc ogromne zasługi Macierewicza tam, gdzie ewidentnie są to porażki, by nie posądzać o coś więcej.

W wywiadzie dla niezalezna.pl Kaczyński cmoka nad zmianami w armii. Dzięki staraniom Macierewicza armia jest w stanie po raz pierwszy zapewnić „swego rodzaju niezależność i możliwość samodzielnej obrony w krytycznych sytuacjach”.

Którą część ciała Macierewicz wystawił prezesowi do pocałunku? – możemy tylko się domyślać. A co było przed Macierewiczem z polskim bezpieczeństwem? Podkreślam charakter pojęcia używanego przez prezesa PiS – otóż mieliśmy do czynienia ze stanem militarnej anarchii. Tę semantykę należy nazwać: pocałunek z języczkiem. Większy cytat z Kaczyńskiego wygląda następująco: – “Anarchia ta była bardzo ogólna, ale przejawiała się w różnych dziedzinach codziennego życia. Chodzi o podejmowanie decyzji, wydatkowanie funduszy na różnego rodzaju zakupy, o koncepcje, szkolenia etc”.

Tak naprawdę to pustka pojęciowa, żadnych konkretów. I o to chodzi, w ten sposób dokonywany jest akt manipulacji. Zdyskredytować „onych”, wszelkich poprzedników, aby niczego nie powiedzieć o swoich, o rozwałce Wojska Polskiego przez Macierewicza, o zahamowaniu procesu modernizacji wojska, dymisji kilkudziesięciu generałów, wycofaniu Polski z Eurokorpusu, odwołaniu do kraju gen. Janusza Bojarskiego, który pełnił funkcję rektora Akademii Obrony NATO w Rzymie, zerwanie kontraktu na zakup Caracali i nabyciu za 2,5 mld złotych 3 samolotów dla VIP-ów, które pachnie korupcją.

Macierewicz faktycznie rozbraja armię. Czyni nas bezbronnymi wobec ewentualnego najazdu z zewnątrz. W istocie jest bardzo poważnym składnikiem hybrydalnej agresji – zewnętrznej i partyjnej, bo o tę ostatnią zadbają Wojska Obrony Terytorialnej, bez znaczenia militarnie, ale mogą być decydujące w konflikcie wewnętrznym, gdy trzeba będzie rzucić chłopców oenerców przeciw społeczeństwu obywatelskiemu i opozycji.

Jak nazwać sztuczkę PiS z wnioskiem opozycji o wotum nieufności dla szefa MON? Ha! Tutaj potrzeba skrzyżowania pokraczności języka polskiego Kaczyńskiego z grafomanią takiego Paulo Coelho. Nie będę się napinał, bo polegnę. Debata nad wotum nieufności dla Macierewicza odbędzie się 25 maja w Sejmie. Tego samego dnia w Brukseli będzie miał miejsce szczyt NATO w nowo oddanej do użytku siedzibie sojuszu, na który przybędzie prezydent USA Donald Trump.

Capisce? Trudno sobie wyobrazić, aby miało zabraknąć w takim momencie polskiego ministra obrony, a chyba także Andrzeja Dudy. Z wielkim prawdopodobieństwem debata nad Macierewiczem odbędzie się bez Macierewicza, który spodziewa się, co powie opozycja, ale inaczej to wygląda, gdy pacjent widzi i słyszy, jak eksploduje prawda o sytuacji, do której doprowadził.

A poza tym – media zajmą się ogromnie ważnym szczytem NATO z ciągle zagadkowym Trumpem. Więc zamiast bomby termobarycznej nad Macierewiczem, będziemy mieli z czymś w rodzaju pierdu-pierdu.

Koniec PiS. KOD u Szydło.

Kleofas Wieniawa też pisze o prawnikach.

W weekend świadectwo co sądzą o nieudacznej władzy PiS dały dwie branże zawodowe: piosenkarze i prawnicy. Bliżej niż dalej, by wypatrywać upadku PiS.

PiS utrzymuje się u władzy, bo ciągle opozycja przestrzega reguł prawa i demokracji. Wspaniale zachowali się prawnicy podczas nadzwyczajnego Kongresu Prawników Polskich.

Jakiś Andrzej Dera – postać groteskowa – reprezentowała Andrzeja Dudę, prezydenta złamanego, mającego nawet wyraz kabaretowy Adriana. Groteskowemu Derze pokazano konstytucję. Tam jest zapisany ustrój Polski. Ale PiS ma tylko takich ludzi politykopodobnym.

Jak zauważyła I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf, konstytucja trwa, partie przemijają. A Duda beknie za złamanie prawa. Nie obchodzi mnie, że jest tchórzliwy. Gdy zwykli ludzie łamią prawo, idą siedzieć. Duda do tego jest cieniutki intelektualnie i duchowo.

Ależ dopadła nas nicość, żadność, jak za komuny. Przepraszam, komuchy w stosunku do tombaku PiS byli lepszym tombakiem.

Gorszego okresu w historii Polski nie było, tak niedorobieni nigdy w moim kraju nie rządzili. Gmin, który dorwał się do fruktów.

WIELKI PRZEBÓJ OPOLA JUŻ W SIECI. PRZEKAZUJCIE DALEJ :))) NIECH CAŁA POLSKA ŚPIEWA 🙂

>>>