Posts Tagged ‘Grzegorz Schetyna’

Czy Kaczyński szykuje przyspieszone wybory parlamentarne?

PiS Polską raczej się nie martwi. Oni martwią się o władzę, o koryto, a scenariusz kampanijny nie jest dla nich korzystny. Mogą więc zechcieć zawrócić bieg wydarzeń. Najpierw jednak zmierzą się z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, który w najbliższy piątek wysłucha stron w sprawie decyzji dotyczącej zawieszenia stosowania przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

A dzisiaj właśnie w tej sprawie w Brukseli zebrała się Rada ds. Ogólnych, na której nie był żaden polski minister ani wiceminister spraw zagranicznych. Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans był tym wielce zaniepokojony i debatę o Polsce zamknął w 15 minutach. Mateusz Morawiecki w niedzielę zapewniał, iż strona polska w sprawie Sądu Najwyższego przedstawi „bardzo konkretne kroki”. Jakie zatem one będą, gdy dzisiaj są trzymane w tajemnice? A ponadto, co znaczą słowa, że „kompromis wymaga takich jakichś ustępstw z obu stron”. Wszak ani Komisja Europejska, ani TSUE nie demolowali Sądu Najwyższego ani wcześniej Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa.

Można zatem spodziewać się dalszego matactwa rządu pisowskiego, który zechce oddalić w czasie wyrok Trybunału unijnego. Jeżeli dorzucimy do tego stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „Bruksela i Europa mają inną wizję państwa niż my”, to możemy spodziewać się, że kompromisu nie będzie.

A zatem, co nas czeka? Prędzej czy później Polexit, który nie ma jeszcze „wzięcia” wśród elektoratu partii Kaczyńskiego, ale nie musi być ostatecznie odstręczający. I właśnie w tym momencie należy uwzględnić to, iż PiS zechce zmienić bieg spraw, przyspieszyć, bo kalendarz wyborczy nie jest dla niego korzystny. A do tego odnowił się w przestrzeni publicznej Donald Tusk, polityk wybitny i skuteczny, który potrafi wygrać z Kaczyńskim i jego marionetkami.

Na agendę wchodzi – na razie jako tajemnica poliszynela – temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które mają swoją kolej po wyborach do europarlamentu, ale przecież nie muszą. Mogą być już wiosną 2019 roku, gdy Komisja Europejska za sprawą wyroku TSUE jeszcze nie wdroży sankcji.

Już raz Kaczyński na przyspieszeniu wyborów przewiózł się w 2007 roku. Dzisiaj jednak jeszcze Tuska w Polsce nie ma, 2,5 letnia kadencja w Brukseli kończy mu się na jesieni 2019 roku.

Tusk ma świadomość, że Kaczyński coś szykuje, dlatego usłyszeliśmy w Łodzi podczas Igrzysk Wolności tak zdecydowane jego słowa o sytuacji w Polsce i demonstracyjną solidarność z Grzegorzem Schetyną w sprawie jednoczenia opozycji. Ciągle do odwrócenia jest fatalna sytuacja Polski na zewnątrz, której losy się ważą, czy pozostanie liczącym się graczem na Zachodzie, czy zostanie wepchnięta przez PiS w łapy Kremla.

Reklamy

Duda jak Benny Hill został pogoniony przez ONR

Władza nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami

Gdy kiedyś solidny historyk spojrzy na dzień, w którym świętujemy 100. lecie odzyskania niepodległości, co zobaczy?

Władzę, która szybko okazała się wstydem dla rodaków i która nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami, a nawet sprowadzonymi z zewnątrz, z Włoch.

Zobaczy prezydenta, który nie ma w sobie krzty przyzwoitości, nie dość, że swoją osobą nie potrafił przekonać nikogo znacznego z zagranicy, ale najwybitniejszego obecnie polityka polskiego, szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska ustawił w piątym rzędzie, bo nie jest z jego opcji politycznej.

Zobaczy manifestację rządową, która została doproszona do manifestacji nacjonalistów i neofaszystów, a gdy już ruszyli okazywać sztuczną radość, prezydent RP wraz z premierem i faktycznym odpowiedzialnym za groteskowy stan ojczyzny, prezesem partii rządzącej, uciekali jak Benny Hill przed pogonią nacjonalistów. Muzyczka z tyłówki telewizyjnej brytyjskiej komedii w odcinkach to niemal oficjalny hymn tego dnia, a nie żaden Mazurek Dąbrowskiego.

O prezydencie, premierze i prezesie należy opowiadać ze świadomością, że z tła wydobywa się muzyczka z Benny Hilla, a symbolem tego oficjalnego obrazka jest jakość oleodruku z jeleniem na rykowisku. Nasza ojczyzna wygląda jak jakiś podrzędny zapomniany kraj, a patriotyzm – uczucia, które winno się wymawiać „rzadko na moich wargach” – został zeszmacony jak biało-czerwona flaga powiewająca obok flag ONR.

Przyszły historyk będzie musiał zmierzyć się z tymi nie zasługującymi na pamięć postaciami polityków rządzącej partii, bo taka jest jego profesja, ale pocieszający dla niego i dzisiaj dla nas jest podskórny nurt pod powierzchnią zdarzeń, wynoszący do reprezentowania rodaków osoby, na które zasługuje dumny naród Polski.

Wspomniany już Donald Tusk, który swoją osobą wywyższył imię Polaka, w historii kraju piastuje najwyższą polityczną funkcję w Europie.

Historyk zwróci uwagę na innego polityka, który już za rok spełni swoją przepowiednię z dnia obchodów 100. lecia odzyskania niepodległości: „11 listopada 2019 roku stąd zacznie się wielki, wspólny marsz, gdzie będziemy wszyscy obecni, gdzie wszyscy będziemy mówić: Polska może być wspólnotą, wspólnotą w UE, dumnych ludzi, którzy pamiętają o swojej historii, ale zawsze chcą łączyć, a nie dzielić”.

Tak! To Grzegorz Schetyna będzie dla przyszłego historyka tym ziarnem, z którego zawsze odnawia się Polska, bo przecież nie godzimy się na PiS goniony jak Benny Hill przez ONR.

87 kłamstw Mateusza Morawieckiego

W PiS role są podzielone. Jarosław Kaczyński szczuje, Mateusz Morawiecki kłamie z namiętnością. Prezes poszczuł patriotów na sędziów, zarzucając tym ostatnim brak patriotyzmu i niechęć do własnego narodu, nazywając nawet to zjawisko ojkofobią. Obawiam się, że określenie prezes nie wziął z greki – ojkos i fobos (strach przed domem) – lecz od zachowania Tadeusza Rydzyka, który widząc nadmiar prezentów od wiernych zwykł machać rękami i mówić: oj tam, oj tam.

W ten sposób podzielone zostały role na dobrego i złego policjanta, jeden szczuje, drugi dobrodusznie kłamie. I za to ciepłe podejście do narodu Morawiecki został nagrodzony licznikiem, który tyka tylko dla niego, nosi miano Mateuszek Kłamczuszek.

Wyliczono mu już 87 kłamstw w kampanii samorządowej, licznik został zainstalowany w Kielcach. Szkoda, że nie w Warszawie naprzeciw Kancelarii Premiera, ale to nic straconego.

Nieformalny koalicjant PiS Kościół katolicki został trafiony w splot słoneczny przez Wojciecha Smarzowskiego filmem „Kler”, do tego stopnia cios był celny, że TVP zarządzane przez Jacka Kurskiego ocenzurowała wypowiedź reżysera z gali nagród na Festiwalu Polskich filmów Fabularnych w Gdyni.

Morawiecki za to włazi klerowi w łaski bez mydła, ogłosił w Wąwolnicy, iż „dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej Kąbelskiej, Matki Boskiej Wąwolnickiej i oczywiście dzięki walce naszego narodu z najeźdźcą odparte zostały najazdy tatarskie, hordy mongolskie”. Do tego cudu wg Morawieckiego doszło przed 740 laty.

W kler i jego moralność jednak nie wierzy naród tak, jak premier. W sondażu na temat pedofilii w tej instytucji 73 proc. badanych nie wierzy, aby hierarchowie Kościoła katolickiego radzili sobie z problemem pedofilii wśród duchownych. Wiarę daje tylko 11 proc.

Gdyby nasz naród składał się z jednej płci – tej piękniejszej – PiS nie rządziłby. W sondażu dla „Wysokich Obcasów” PiS może pochwalić się poparciem 28 proc. kobiet, a Koalicja Obywatelska 27, lecz uwzględniając poparcie dla innych partii, znaczyłoby to utratę władzy przez ugrupowanie Kaczyńskiego. Mężczyźni zawodzą, bo odpowiedni stosunek wygląda jak 40 do 17.

Grzegorz Schetyna, jak kobiety, ma złe wieści dla PiS, o czym powiedział w Gorzowie Wielkopolskim: „Ich koniec jest bliski, bo za rok są wybory parlamentarne i zrobimy wszystko, żeby ich odsunąć od władzy”.

W państwie PiS nienormalność stała się normą

Czteropak PiS na dzień dobry plus zamknięcie ust liderowi opozycji.

PiS dzień w dzień wali w nas czołowo. Staliśmy się niewrażliwi, żyjemy w jakiejś pomroczności, bo nie w jasności. Przyzwyczailiśmy się do tej nierzeczywistości, alternatywności. Nienormalność stała się normą. Dzień w dzień jesteśmy uderzani i coraz bardziej obojętni na to, co wokół nas się dzieje, co dzieje się w Polsce i z Polską.

Dzisiaj PiS zaatakował czteropakiem – i to przed trzynastą, że tak się wyrażę. „Wyborcza” ujawniła jeden z trzech listów byłego szefa GetBacku do Mateusza Morawieckiego. Konrad Kąkolewski pisze o kłopotach finansowych tej spółki, która wspierała tzw. środowisko patriotyczne PiS, wykupiła portfele kredytowe upaństwowionych banków za 4 mld zł. Zaś od roku 2017 – za rządów PiS – wypuściła obligacje na kwotę 2,5 mld zł. GetBack upada i prosi o pomoc premiera ze „środowiska patriotycznego”. Przy GetBacku Amber Gold to mały pikuś.

Z Ministerstwa Zdrowia wyciekły wieści po kontroli NIK, iż doszło w nim do zwyczajnej korupcji. Przetarg na dentobusy był tak ustawiony, aby wygrała go firma, która jako jedyna w ofercie miała pojazdy z podgrzewanymi szybami. Mało tego – zakupiono niepotrzebne nikomu szczepionki, które zaraz stracą termin ważności, a do ideologicznego programu prokreacyjnego zastępującego program zapłodnienia in vitro zgłosiło się tylko 100 par, zamiast 1000. Wydano po przeszło 20 mln zł na każdą z tych trzech inicjatyw, ponadto ceny ich są grubo zawyżone. Ktoś ten ogromny szmal przytulił ciepłą rączką.

Zbigniew Ziobro ma swój udział w czteropaku. Przegrał w sądzie sprawę o kasację wyroku dotyczącego drukarza, który odmówił wykonania usługi – druku plakatów LGBT – zasłaniając się “klauzulą sumienia”, aby nie promować ruchów LGBT. Kasacja została oddalona, wyrok utrzymany. Ziobro uznał, iż sąd dopuścił się gwałtu na wolności i zapowiedział, że nie popuści. Skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, w którym pani Julia Przyłębska z pewnością zgodzi się z sugestią pana Zbyszka.

No i ostatnia część składowa czteropaku dotyczy stwierdzenia Morawieckiego, zastępującego z powodzeniem prezesa. Premier w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” zaatakował sędziów jednego z sądów krakowskich, których nazwał „zorganizowaną grupą przestępczą”. 13 sędziowskich autorytetów z Warszawy wystosowało do Morawieckiego list otwarty, aby hamował swoje emocje i precyzował zarzuty. Premier szybko doszlusowuje do prezesa, który rzucał podobnymi kalumniami – mordami zdradzieckimi i kanaliami.

Prawda, iż dzień jak co dzień? Jakby tego było mało, Marek Kuchciński wyłączył mikrofon na trybunie sejmowej Grzegorzowi Schetynie, gdy ten domagał się rutynowego prawa do zgłaszania prośby o informację bieżącą. A jest o co pytać, choćby o GetBack, ta władza boi się każdej debaty.

Takim czteropakiem przywalił PiS i do tego zamknął usta liderowi opozycji. Czteropak przywołuje skojarzenia z „Alternatywy 4” Stanisława Barei, tym bardziej że dzisiaj przypada 31 rocznica jego śmierci.

KRRiT chce ostrzec media karą dla . I nie mówicie, że nie ma próby ograniczenia wolności mediów.

 

oko.press

Jerzy Sosnowski na portalu koduj24.pl pisze o zasadach walki bez przemocy.

Rozmaite stany – z wojennym włącznie

Tak jak za czasów pierwszej „Solidarności”, pora przypomnieć sobie zasady ruchu BEZ PRZEMOCY.

– „Jesteśmy tak wkurzeni, że nawet jajka nie są odpowiednią emanacją naszego stanu emocjonalnego” – mówi pani Klementyna Suchanow, autorka niedawno wydanej, znakomitej biografii Witolda Gombrowicza, której policja stawia zarzut obrzucenia jajkami limuzyn rządowych. Z wywiadu dla natemat.pl wynika zresztą, że tamtego wieczoru kilka innych osób, przebywających na Krakowskim Przedmieściu, zostało spisanych za „podejrzenie posiadania jaj”. Pomarańczowa Alternatywa wiecznie żywa.

Ale nim o „stanie wkurzenia” napiszę więcej, najpierw wrócę do stanu wojennego, bo kilka dni temu upłynęła 36 rocznica jego ogłoszenia. Pan Prezes z tej okazji znowu przemówił i dołożył kolejną kreskę do prostackiego podziału, który próbuje od dawna rysować w społeczeństwie: mianowicie ci, którzy dziś sprzeciwiają się PiS-owi, to jakoby ludzie, którzy albo lekceważą zło stanu wojennego, albo w ogóle uważają, że generał Jaruzelski 13 grudnia uratował Polskę.

Tak powiedział Pan Prezes, a ja podnoszę rękę i mówię: Panie Prezesie, pan się myli albo celowo wprowadza Pan w błąd swoich słuchaczy. Te dwa podziały nie pokrywają się ze sobą: z pewnością wśród krytyków Pańskich posunięć są ludzie, którzy tak właśnie, życzliwie oceniają stan wojenny, są jednak inni, którzy (jak nie przymierzając ja) Jaruzelskiemu nie wybaczyli i nie zamierzają puścić w niepamięć tamtej decyzji. Wśród Pańskich entuzjastów także bywają jedni i drudzy; może Pan daleko nie szukać, niech Pan weźmie na szczerą rozmowę prokuratora Piotrowicza.

Co do mnie, utrzymujący się w sondażach od wielu lat stosunkowo wysoki poziom aprobaty dla wprowadzenia stanu wojennego dziwi mnie i smuci. W moim środowisku 36 lat temu tę aprobatę uważaliśmy za zdradę w sensie ścisłym – i chyba jedynie naszych rodziców i dziadków, jeśli ją podzielali, byliśmy skłonni nie piętnować, uważając wielkodusznie, że poprawną ocenę wypadków utrudnia im starość (pokolenie naszych rodziców miało wtedy mniej lat, niż ja dzisiaj). Istnieją dwie linie obrony decyzji generała: jedna mówi o zagrożeniu rosyjskim i, o ile mi wiadomo, nie znalazła, jak dotąd, potwierdzenia. Druga, w swoim czasie popularniejsza, mówiła, że ktoś musiał Polakami potrząsnąć tudzież uderzyć pięścią w stół, gdyż zrobił się taki bajzel, że nie przeżylibyśmy nadchodzącej zimy.

Ta druga koncepcja wydaje mi się wyjątkowo przewrotna. Bo to jest tak, jakby ktoś kłócił się z kimś przez półtora roku, chronicznie nie dotrzymywał złożonych mu obietnic, nadużywał cierpliwości partnera – który coraz bardziej rozjuszony, przecież długo zachowywał się zadziwiająco roztropnie, a kiedy wreszcie nie zdzierżył i warknął, prowokujący go od dawna partner rzuca się na niego, krępuje i powiada: „No widzicie, nie dało się z nim dogadać”. W żadnym momencie na szczytach władzy nie było przez 16 miesięcy posierpniowego karnawału szczerego zamiaru porozumienia – i stan wojenny był logiczną konsekwencją strategii komunistów, żeby przeciwników albo zniechęcić do działania (co się nie udało), albo sprowokować do przemocy (co się w gruncie rzeczy też nie udało, gdyż pierwsza „Solidarność” była ruchem nonwiolencyjnym, ale można było udawać, że owszem).

To, co natomiast naprawdę działo się po stronie opozycyjnej przed 13 grudnia – to, co sprawia, że o tamtych szesnastu miesiącach nie przestaję myśleć jako najpiękniejszym okresie swojego życia – polegało na odkryciu, że zgodnie ze słowami pewnej strajkowej piosenki „jesteśmy teraz wreszcie u siebie”. Społeczeństwo polskie uznało, że coś od niego zależy. Że jeśli uważamy, że nasza szkoła, nasza fabryka, nasze biuro, nasza ulica, miasto i kraj wreszcie mogą być urządzone lepiej, to nie ma co się oglądać na władze, tylko trzeba się skrzyknąć i to zrobić. Z uderzającym już wówczas szacunkiem dla myślących inaczej: ostry podział to owoc 13 grudnia, wcześniej, proszę pamiętać, przynależność do PZPR i do „Solidarności” nie musiały się wzajemnie wykluczać, a póki rozmówca nie zaczynał gadać cytatami z przemówień partyjnych bonzów, słuchało się jego argumentów i próbowało znaleźć consensus. Od Sierpnia do 13 grudnia trwała zbiorowa edukacja, której owocem mogło być społeczeństwo obywatelskie w najszlachetniejszym sensie tego słowa.

I to właśnie zniszczył Jaruzelski. Nie pierwszą „Solidarność” jako instytucję, nie mniej lub bardziej dorzeczne gazetki zakładowe ani dziwaczne warunki, w których można było np. organizować jawnie zebrania formalnie nielegalnych organizacji – ale to poczucie, że od nas coś zależy. Wojsko na ulicach dowiodło Polakom, że ludzie, „którzy poczuli, że są teraz wreszcie u siebie” ulegli iluzji. Okazało się, że naga siła wygrywa ze społeczeństwem obywatelskim, a ordynarne kłamstwa, którymi raczył nas Jerzy Urban, a jego śladem spikerzy w mundurach, wystarczą, żeby uzasadnić przemoc na narodzie. Gdyż tak naprawdę nikt w te uzasadnienia nie wierzył, było to rytualne gadanie dla gadania.

Moim zdaniem tego rodzaju traumy – ogromne nadzieje rozbudzone w społeczeństwie, a potem ich błyskawiczne unieważnienie – działają dłużej, niż sięga pamięć jednego pokolenia. W tym sensie późniejsze tłumaczenie sobie, że generał Jaruzelski w gruncie rzeczy miał rację, wprowadzając stan wojenny, opiera się na dość prostym mechanizmie psychologicznym. Bezradna ofiara przypisuje prześladowcy jakieś wartości, by ukryć przed sobą, że uległa prostackiemu gwałtowi. Usprawiedliwienie agresora przynosi ulgę temu, kto agresji uległ. Ceną tego mechanizmu jest porzucenie na zawsze marzeń. Upieram się, że tłumaczy to zarówno niewysoki udział Polaków w wyborach 1989 roku (i wszystkich późniejszych), a także, panie Prezesie, poparcie dla Pana partii. Gdyż fascynacja PiS-em to dziś fascynacja tą samą przemocą, która napędzała nielicznych szczerych chwalców stanu wojennego sprzed lat, połączona z absolutnym odwróceniem nadziei Sierpnia: nie my mamy coś razem zrobić, ale On, Wódz i jego drużyna, zrobi coś dla nas. Załatwi nam fajne życie. A przy okazji da popalić wrogom. Których, nawiasem mówiąc, tak jasno nam wskazuje.

Już słyszę głosy oburzenia, że jako konsument ośmiorniczek (nieprawda, ale co tam) gardzę beneficjentami 500+. Nie gardzę; przypominam tylko, że komuniści z kolei wyciągnęli wielu Polaków z analfabetyzmu (naprawdę), a póki mogli, zapewniali dzieciom przedszkola. Żadna władza totalitarna nie utrzyma się bez spektakularnych działań, pozyskujących część społeczeństwa. Proponuję jednak entuzjastom takich działań przyjrzenie się, co poza tym. A w ostatnim tygodniu widać to akurat bardzo wyraźnie. Mam na myśli kuriozalną karę dla TVN.

Nie twierdzę, że TVN to stacja bez wad, choć w czasach, w których Telewizja Polska SA emituje to, co emituje, zajmowanie się niedostatkami programów TVN przypomina żywo sytuację, w której 24 sierpnia 79 roku rano mieszkaniec Pompejów martwiłby się, że trochę kaszle. Dowcip polega jednak na tym, że chęć uderzenia w media prywatne odebrała wrogom TVN-u rozum: gdyż uzasadnienie kary, czyli słynna już ekspertyza Hanny Karp, jest, mówiąc wprost, groteskowe. Chodzi o to mianowicie, że relacjonując wydarzenia przed Sejmem i w Sali Kolumnowej w grudniu zeszłego roku TVN24 nie komentowało negatywnie, tego, co pokazywała, a eksperci, zaproszeni do studia, wyjaśniali powody oburzenia protestujących. Ludzie z kręgu PiS w obiektywny przekaz nie wierzą, wszystko ma być głupiemu odbiorcy jasno wytłumaczone (vide: paski w Wiadomościach o 19:30 i w TVP Info), a że wszelkie protesty przeciwko władzy mają za działalność przestępczą. Pokazywanie ich bez słów potępienia uznają za zabronioną propagandę.

Generalnie, rzecz jasna, artykuł 18 ustawy o radiofonii i telewizji ma głęboki sens. Zakaz propagowania działań sprzecznych z prawem, dyskryminacji ze względu na rasę, płeć lub narodowość, a także zagrażających zdrowiu, bezpieczeństwu i środowisku naturalnemu, jeśli go potraktować serio, powinien był skutkować licznymi karami dla TVP SA za prezentowanie (bez komentarza lub częściej z komentarzem entuzjastycznym) działań prezydenta, łamiącego Konstytucję, agresywnych zachowań nacjonalistów, wypowiedzi atakujących niewybrednie uczestniczki Czarnego Protestu, by już o decyzjach ministra Szyszki, niewątpliwie zagrażających środowisku naturalnemu, nie wspominając. Natomiast rzeczowe pokazywanie protestujących obywateli nie podpada oczywiście pod zapisy ustawy i w ogóle nie o to w tym chodzi. Jest to natomiast pierwszy tak czytelny sygnał dla nadawców prywatnych: macie być grzeczni, albo pójdziecie z torbami.

Nielicznych moich znajomych, którzy wciąż popierają PiS, a od miesięcy natrząsają się z naszych lęków, że nadchodzi państwo policyjne i zamordyzm, chciałbym zapytać, ile jeszcze dowodów na kierunek przemian zamierzają prześlepić. Natomiast z moimi licznymi znajomymi, którzy, jak ja, uważają Prezesa Kaczyńskiego i jego ludzi za narodową katastrofę, mam do pogadania o czym innym. O „stanie wkurzenia”, tak jasno zdiagnozowanym przez panią Suchanow.

Tak, rzeczywiście nasz stan emocjonalny podpowiada marzenie o niejednej agresywnej formie protestu. Ale o to właśnie chodzi TAMTYM. Gdy czytam o rzucaniu jajkami w limuzynę rządową, nie odczuwam wcale mniejszego zażenowania, niż gdy dowiaduję się, że ktoś podpalił biuro poselskie pani Beaty Kempy. Obecne władze naszego kraju, tak jak komuniści przed 13 grudnia, nie zamierzają szukać żadnego consensusu, tylko chcą nas sprowokować. „Proszę bardzo, jak z takimi ludźmi żyć w jednym kraju, skoro podpalają nasze biura, rzucają czymś w nasze limuzyny i kto zaręczy, że następnym razem będą to tylko jajka? Trudno, musimy dbać o pokój społeczny” – tak będzie brzmiał komentarz do komunikatu o aresztowaniach, o wprowadzeniu cenzury, czy o czymś podobnym.

Dlatego, tak jak za czasów pierwszej „Solidarności”, pora przypomnieć sobie zasady ruchu BEZ PRZEMOCY. Żeby z tamtymi wygrać, musimy najpierw wygrać z własnym „wkurzeniem”, które podpowiada nam działania zarówno przeciwskuteczne, jak, mówiąc najprościej, niemoralne.

Nie jest to może zbyt wysublimowany żart, ale tak właśnie Polskę widzi karykaturzysta z Brukseli. Zastanawiam się tylko, co też mogłoby mu się pomieścić na kciuku?

Waldemar Mystkowski pisze o opozycji.

Schetyna i Lubnauer – spór czy wspólnota demokratów?

Nie podoba mi się ustawienie PiS – antyPiS, bo to tak naprawdę pozycjonuje jedynie PiS – nie tylko językowo. PiS i jakieś anty, które łatwo jest zakwalifikować do antyków. Tak zresztą robili komuniści, antykomunistów nazywali antykami. Niejednokrotnie w PRL-u słyszałem takie określenie ze strony „postępowców” z „demokracji ludowej”.

W tej chwili opozycja może powrócić do podziału, który pijarowcy PiS użyli w 2005 roku – solidarni i liberałowie, a który pozwolił wygrać PiS-owi wybory prezydenckie i parlamentarne.

Dzisiaj aż się prosi, aby sformułować podobną dychotomię. Z jednej strony sytuują się zwolennicy demokracji liberalnej z trójpodziałem władzy, która kontroluje polityków, a naprzeciw stronnicy demokracji fasadowej, koncesjonowanej, dyktatury, prowadzącej do władzy absolutnej, absolutnej korupcji. Jak najprostszy język w komunikacji społecznej pozwoli Polakom zrozumieć zagrożenie ich wolności, którą odbierze dyktatura jednej partii?

A dzisiaj aż mi ręce odpadły, jak antykowi, jak Wenus z Milo. Nie dość, że jednego dnia trzy opozycyjne partie robią sobie spędy, to komunikują się via media, aby jedna drugiej perswadować, że jest lepsza, główniejsza.

Opozycja demokratów, opozycja europejska, demokraci, wolni demokraci – i jak się nazwą Platforma Obywatelska, Nowoczesna i PSL, nie winni używać języka, który ich od siebie oddala, czyni osobnymi, izoluje w tej wojnie cywilizacyjnej, którą obecnie mamy za sprawą PiS.

Mamy do czynienia ze zderzeniem cywilizacyjnym w Polsce – i to na wielu poziomach. PiS będzie się zamykał w swojej tradycyjnej aksjologii, przede wszystkim w swoim tradycyjnym tworzeniu instytucji państwa. Będziemy mieli coraz głębsze zejście w przeszłość, w nacjonalizm i odejście od kapitalizmu otwartego w stronę kapitalizmu państwowego, w gospodarkę narodową. Dlatego po „etapie Szydło”, mamy „etap Morawieckiego”, ten ostatni dojrzał i dorobił się w III Rzeczpospolitej, aby za pomocą „nowoczesnych narzędzi” Power Pointa uszczęśliwiać nas gospodarką narodową” – będzie się przy tym powoływał komparatystycznie na tradycje Niemiec, Japonii i Korei Płd., niewiele z nich rozumiejąc, tylko powierzchnię historycznych zdarzeń.

Dzisiaj zaś taka oto zdarzyła się narracja opozycji. Grzegorz Schetyna zaapelował „do Nowoczesnej przede wszystkim o powołanie jak najszybciej wspólnego prezydium w parlamencie”. Nie dziwię się nowej szefowej Nowoczesnej Katarzynie Lubnauer, iż odpowiedziała, że „nie było dotychczas takiej propozycji” i odrzuciła tę wspólnotę narzuconą z góry.

Kreatywny umysł Schetyny wykoncypował w nocy wspólne prezydium opozycji i chce, aby do niego przystąpiły pozostałe partie opozycyjne. To nie jest polityka, jest to działanie na łapu-capu. Wolę inny idiom retoryczny: „Śniła mi się taka wspólna lista w wyborach, że na jednej polityk naszej partii był na pierwszym miejscu, a na drugiej liście Nowoczesnej. I wiecie Polacy, co? W następstwie tych list, ja Schetyna zostałem wicepremierem, a Lubnauer premierem, dla dobra Polski abdykował Duda, aby niezwłocznie stawić się przed Trybunałem Stanu”.

Kicz? Tak! Ale lepszy niż przemoc retoryczna użyta przez Schetynę. I tak jesteśmy skazani na wspólnotę demokratów – i tak wygramy. Pytanie: kiedy? I czy będzie co zbierać po naszej ojczyźnie, bo fundamentaliści tradycji prowadzą nas na zderzenie przeciw współczesności, przeciw nowoczesności, w przepaść tradycji.

Berlin za Honeckera i Warszawa za Kaczyńskiego

WSTYD, ŻE NIE PRZERWALI URLOPÓW I IMPREZ U BISKUPA. WSTYD, ŻE OFIARY NAWAŁNICY NADAL NIE MAJĄ DACHU NAD GŁOWĄ…

Obłuda Macierewicza nie ma granic

Nieustająco nas „zadziwia”… Kiedy już wydaje się, że Antoni Macierewicz w wygłaszaniu kłamstw z kamienną twarzą przeszedł samego siebie, kolejny dzień przynosi następną dawkę obłudy i hipokryzji szefa MON.

Nie inaczej było podczas sejmowej debaty dotyczącej nawałnic. – „Wojsko było na miejscu zdarzenia natychmiast po informacji ze strony wojewodów” – powiedział Macierewicz. Tyle tylko, że to – natychmiast – nastąpiło po czterech! dniach po kataklizmie, mimo że samorządowcy prosili o wsparcie armii. Wszyscy pamiętamy wypowiedź wojewody pomorskiego, że do zamiatania liści nie będzie wzywał wojska…

Grzegorz Schetyna podczas debaty w Sejmie na temat nawałnic powiedział, że Macierewicz na miejscu zniszczeń pojawił się dopiero 15 sierpnia po zakończeniu uroczystości z okazji Święta Wojska Polskiego. – „No przecież to jest kompromitacja. Minister obrony narodowej, który przylatuje helikopterem i przyjeżdża kolumna sześciu samochodów, żeby go dowieźć 240 metrów z lądowiska do namiotu antykryzysowego. Widzieliście, jak to wygląda? Jaś Fasola by tego nie wymyślił” – mówił Schetyna.

Na mównicę wyszedł Antoni Macierewicz i rzekomo się przejęzyczając, powiedział: – „Chcę sprostować wypowiedź Jasia, przepraszam bardzo, nie Fasoli, tylko pana przewodniczącego Schetyny w związku z kłamstwami, którymi państwo jesteście przez niego raczeni. Wojsko było na miejscu zdarzenia natychmiast po informacji ze strony wojewodów i wezwaniu do pomocy ze strony wojewodów. Jeżeli pana razi to, że minister obrony w dniu święta Wojska Polskiego przyjechał na miejsce zdarzenia, to współczuję pana poczuciu potrzeb narodu polskiego”.

Na pewno wszyscy mamy przed oczami widok szefa MON ze wsi Rytel, kiedy to wiozący go samochód zakopał się w błocie. Macierewicz w lakierkach stał obok auta, przyglądając się, jak mieszkańcy poszkodowani przez nawałnicę wyciągali jego samochód.

CZY LIS MA RACJĘ?

No I liga obciachu.

Waldemar Mystkowski pisze o rewelacyjnym szczególe z życiorysu Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński jak Pawka Korczagin

Prezes PiS jest postacią ukształtowaną w głębokim PRL, w czasach małęj stabilizacji.

Jarosław Kaczyński wrócił z wakacji wypoczęty. Zaistniał słynną pelerynką w czerwono-białe barwy (bo przecież nie biało-czerwone, nie podejrzewam go o takie profanum godnościowe). Wygłosił 10 września na podeściku na Krakowskim Przedmieściu dwie frazy godne zapamiętanie: – „Jak zostaniemy sami w Europie, to zostaniemy” – i drugą: – „Będziemy wyspą tolerancji i wolności”. Do tej ostatniej przyjemności potrzeba będzie więcej barierek (tak Szymon Majewski zrekapitulował kaczystowską wolność).

Na razie z witzami prezesa posucha. Gdy jednak piszę, Kaczyński może wyprodukować wiekopomne dzieło oracyjne. Tak ten typ ma. Na razie głębiej o Kaczyńskim możemy mówić w trybie zapożyczonym, przez kogoś.

Prof. Andrzej Jaczewski był łaskaw sobie przypomnieć, iż Jarosław Kaczyński nie zdał w liceum z jednej klasy do następnej, z X do XI klasy maturalnej. Oblał z języków polskiego i angielskiego. Do dzisiaj nie jest poliglotą, o angielskim nie wspomnę, a polski jest w jego ustach często kulawy, chromy.

Dlaczego ten fakt dopiero teraz wychodzi na światło dzienne? Działo się to w roku 1966. Rządził wówczas ówczesny Kaczyński – Władysław Gomułka, za Beatę Szydło kreował się Józef Cyrankiewicz. Anną Zalewską pomniejszego funkcyjnego formatu – kuratorem warszawskim – był Jerzy Kuberski (później został ministrem oświaty, czyli pełną Zalewską).

Ten ostatni odegrał w życiorysie prezesa PiS rolę szczególną, by nie powiedzieć decydującą. Doszły Kuberskiego wieści, iż Jarosław K. ma dwie dwóje (kiedyś ta ocena niedostateczna był najgorszą), będzie siedział drugi rok w X klasie, więc kurator zadzwonił do dyrektora szkoły, następnego dnia zjawił się na radzie pedagogicznej i uczeń Jarosław K. dostał promocję do klasy maturalnej.

Ten fakt ma nadzwyczajną wymowę symboliczną. Prezes PiS musiał przeżyć swoje niedołęstwo intelektualne do tego stopnia, iż jego wzorcem stał się Gomułka. Językowe porównania potwierdzają, iż ówczesny I sekretarz to wzorzec, a brak predylekcji do nauki, szczególnie do zgłębiania polskiego – literatury, tradycji – dzisiaj owocują deformą szkoły.

Kaczyński został zahartowany w tamtym czasie. Ba, nawet jego stosunek do ojca Rajmunda (który chyba wówczas musiał dotrzeć do Kuberskiego i prosić go o wsparcie dla syna) nosi znamiona zahartowanego kompleksu. Mianowicie Kaczyński jak bohater obowiązującej wówczas lektury, Pawka Korczagin, donosi na ojca (źle się do niego odnosi), o czym piszą biografowie prezesa PiS.

Więcej do powiedzenia o wnętrzu Kaczyńskiego miałaby psychoanaliza Freuda. Kaczyński na kozetce to galareta strachu, kupka trzęsącego się ego.

I drugie zapożyczenie. Krystyna Janda w Radiu Zet odniosła się do słów z peanu-wiersza Jarosława Marka Rymkiewicza „Do Jarosława Kaczyńskiego”: – „nie można oddać Polski w ręce jej złodziei, którzy chcą ją nam ukraść i oddać światu”.

Recenzja wybitnej aktorki jest bardzo dosadna: – „Ja się czuję jakby ktoś na mnie s..ł po prostu cały czas. Jarosławie, pan jest coś jeszcze winny bratu. Dokąd idziecie z Polską?”. Zaś fragment dotyczący„polegnięcia” brata bliźniaka pod Smoleńskiem w 2010 roku, który jednak zdał w 1966 roku do XI klasy bez wsparcia rodzica (- „Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo? O to nas teraz pyta to spalone ciało”), Janda zamieniła w partykułę godną Juliusza Słowackiego: „Ludzie, o czym my mówimy? To była katastrofa samolotowa”.

Taki jest zapośredniczony prezes Kaczyński staje się bardziej zrozumiały w swoich czynach i ludziach, którzy wokół niego się gromadzą. Jest postacią ukształtowaną w głębokim PRL, w czasach małęj komuszej stabilizacji (określenie Tadeusza Różewicza), to jest jego peleryna, płaszcz Prospera: Pawka Korczagin, który sprzeda nawet ojca dla dobra własnej przyszłości. A ojcowizna to ojczyzna. Tak hartował się prezes.

TAKA RÓŻNICA. Jak Arłukowicz to od razu pięknie powiedziane 🙂

SZACUNEK ZA TO, CO ROBI

>>>

BRAWO WSTYD, ŻE NIE PRZERWALI URLOPÓW I IMPREZ U BISKUPA. WSTYD, ŻE OFIARY NAWAŁNICY NADAL NIE MAJĄ DACHU NAD GŁOWĄ…

Paweł Kasprzak pytał policję, czemu wbiła się klinem w legalną Kontrmiesięcznicę Obywateli RP. BEZ ODPOWIEDZI.

Publicystka „Polityki” Ewa Siedlecka zapowiada odwołanie się do Trybunału w Strasburgu. Dwa fragmenty.

Długopis zwany kajakiem

Sąd otworzył mi drogę do Trybunału w Strasburgu. Trybunał Praw Człowieka będzie więc miał okazję ocenić, czy coraz powszechniejszy, szczególnie wobec Obywateli RP, obyczaj polskiej policji pozbawiania wolności bez podstawy prawnej nie narusza Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

W poniedziałek doczekałam się rozpatrzenia przez Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia mojej skargi z czerwca na bezprawne pozbawienie wolności przez policję podczas kontrmiesięcznicy smoleńskiej. Ja i około 90 innych osób zostaliśmy wyniesieni z siedzącej pikiety na trasie marszu smoleńskiego i pozbawieni wolności przez ponad dwie godziny na pobliskim podwórku. Policja nie wypuszczała nas, twierdząc jednocześnie, że nie jesteśmy zatrzymani. W tym czasie spisywano nas i sprawdzano w policyjnej bazie. Na koniec dostaliśmy propozycję zapłacenia mandatu 500 zł za wykroczenie polegające na przeszkadzaniu w legalnym zgromadzeniu.

Sprawdzano nas ponad dwie godziny, mimo że policjantów było tam nie mniej niż zatrzymanych, a do sprawdzenia wystarczy połączenie się z internetową bazą policji. Mandaty proponowano nam ustnie, a ponieważ odmawialiśmy – policjanci nie potrzebowali czasu, by je wypisywać.

Byliśmy pozbawieni wolności, bo uniemożliwiano nam oddalenie się, a nawet skorzystanie z toalety lub kupno wody w pobliskiej restauracji. Uniemożliwiono nam kontakt z adwokatami, którzy przybyli na nasze telefoniczne wezwanie: nie przepuszczono ich przez kordon policji, twierdząc, że nie mamy prawa do adwokata, bo nie jesteśmy zatrzymani.

(…)

Sędzia dodał jeszcze, że przecież przeszkadzałam legalnemu zgromadzeniu. Tylko co to ma do mojej skargi? Ja się nie skarżyłam na postawienie mi zarzutu przeszkadzania w zgromadzeniu, tylko na bezprawne pozbawienie wolności. Czyżby sędzia uważał, że policja miała prawo sama wymierzyć mi karę za wykroczenie, pozbawiając wolności przez dwie godziny?

Na koniec odwołał się do mojego sumienia. Stwierdził, że gdybym uczestniczyła w legalnym zgromadzeniu, a ktoś by je blokował, tobym była wdzięczna policji za interwencję.

Jasne! Tylko znowu: jak się to ma do mojej skargi? Ja się nie skarżyłam na wyniesienie mnie przez policję z siedzącej pikiety. Przeciwnie: uważam, że policja, odblokowując smoleński pochód, działała zgodnie z prawem. Mam pretensje o pozbawienie mnie wolności bez podstawy prawnej. Mam też nieodparte wrażenie, że sędzia tego po prostu nie zrozumiał.

Ale nie ma tego złego. Od postanowienia sędziego Macugi o oddaleniu mojej skargi nie mam już w kraju żadnego środka odwoławczego. Dlatego idziemy do Strasburga. Skoro pozbawianie wolności bez podstawy prawnej stało się metodą walki polskiej władzy z obywatelami dysydentami, to mamy tak zwany problem systemowy. I warto, by ocenił go międzynarodowy organ ochrony praw człowieka.

GANGSTER MASA – PRZYJACIEL PIS.

Masa znowu przerwał milczenie, żeby zadeklarować, że jak PO dojdzie do władzy to on „spier…” z Polski. Mnie przekonał.

PODSUMOWANIE W PAŃSTWIE PiS… Bareja miałby gotowy scenariusz.

Prawda o policji.

Waldemar Mystkowski odnosi się do policjanta, który „strzeże” miesięcznicy Kaczyńskiego.

Policjant dołowy o miesięcznicach

W miesięcznicach smoleńskich biorą udział trzy strony. Uprzywilejowana, której wydzielono specjalną strefę Polski, eksterytorialną część, innym Polakom nie można na nią wejść.

Druga strona – obywatelska, nie godząca się z zawłaszczeniem Polski i ośmieszaniem ojczyzny.

I trzecia strona – policja, która wykonuje swoje opłacone obowiązki, pilnuje porządku. My widzimy tylko wykonawców ze strony policji, porządkowe uzbrojone ramię w pały i emocjonalny szantaż wylegitymowania, a także zastraszenia paragrafem. Nie widzimy policyjnej głowy, czyli komendantów, którzy posłali krawężników w bój.

Górę policji zatem należy zaliczyć do tej pierwszej strony – uprzywilejowanej, bo została przez władze PiS awansowana i namaszczona do służbowego podporządkowania.

Portal wp.pl przeprowadził wywiad z policjantem, który zabezpiecza miesięcznice. I ten policjant też narzeka na swój los, jak przysłowiowy górnik, wg którego jego praca jest najcięższa. 10 każdego miesiąca dla tego funkcjonariusza to „przesrane”: – „Trzeba nastawić się, że nie będzie łatwo i przejść przez to z zaciśniętymi zębami”.

Policjant narzeka, że musi być przyzwoity: – „Wszędzie są dziennikarze, którzy tylko czekają, aż ktoś wyprowadzi nas z równowagi do tego stopnia, że będziemy musieli podjąć interwencję.”.

Ale policjant to jest ktoś, kto myśli, odbiega od swego wzorca gamonia milicjanta z PRL-u. Musi podjąć decyzję, którą wywiadowany opisuje na przykładzie: – „Jeden z sympatyków Obywateli RP zachowuje się bardzo głośno, chyba właśnie krzyczy coś w stylu „Do kościoła, do kościoła!”. Kolega wchodzi w tłum, żeby go wyprowadzić”.

Policjant owo zdarzenie dramatyzuje, opisuje otoczkę wrogości wobec formacji policji. Lecz w tym jego opisie widać błąd intelektualny, bo co jest w złego w okrzyku „do kościoła”? Czy policjant jest od interpretacji socjologicznej miesięcznicy i oceny tego, któremu nie podoba się takie comiesięczne profanum i wyraża go okrzykiem?

Gwoli sprawiedliwości, policjant widzi zakłamanie strony, którą ochrania: – „Tylko maszerują pod pałac prezydencki i robią z tego akt polityczny. Ogromna hipokryzja, to mnie najbardziej wkurza”.

Uff… Ciężka jest dola górnika, tj. policjanta dołowego ochraniającego miesięcznice. Końcowa refleksja funkcjonariusza też sporo mówi o klimacie, jaki panuje w policji: – „Pomyślałem, co by się stało, gdybyśmy stamtąd poszli, usunęli barierki, zostawiając jedną i drugą stronę, sam na sam. I wyobraziłem sobie stado dzików, które biegną na siebie nawzajem… bo to by dokładnie tak wyglądało. I wiesz co? Przez moment mi się ta wizja spodobała, bo gdyby zaczął się prawdziwy dym, może ludzie doceniliby naszą pracę”.

Kto zatem ten klimat w Polsce stworzył? Czasami warto zadać sobie takie pytanie. Czy Obywatele RP przychodziliby 10. każdego miesiąca, gdyby nie było miesięcznic? Inne pytanie nie padło, a bodaj jest najważniejsze: czy ten konkretny funkcjonariusz dołowy wypełniłby polecenia swego zwierzchnika, który jest z awansu pisowskiego, aby użyć siły, gdy dojdzie do prowokacji?

Wówczas jest tylko jedna strona – zaatakowani protestujący. Wywiadowany policjant mógłby otrzeć pot z czoła i powiedzieć, jak trudno jest być przyzwoitym, bo trzeba wypełnić obowiązki człowieka. Uff…

NIE DAJMY SIĘ NABRAĆ

KTOŚ WIE ZA CO TA WILLA?

NIE MACIE JESZCZE DACHÓW? KŁAMIECIE. RZĄD DZIŚ POWIEDZIAŁ, ŻE WAM POMÓGŁ.

>>>

750 tys. zł, co miesiąc na fanaberie, które nic nie wnoszą. W hospicjum dziecięcym w Gdańsku nie mają na podstawowe rzeczy…

Andrzej Karmiński na Koduj24.pl zastanawia się, kto rządzi Polską?

Kto rządzi Polską?

Nie chcę nikogo obrażać, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że rządzą nami prymitywni prowincjonalni gówniarze.

Z zaciekawieniem i rozbawieniem, a równocześnie z rosnącą irytacją obserwują Europejczycy pokraczne łamańce polskiego rządu, który próbuje udowodnić, że czarne jest biało-czerwone. Okazuje się, że demolowanie instytucji demokratycznych to w gruncie rzeczy przywracanie demokracji, trójpodział władzy polega na tym, że trzy władze nadzoruje jedna partia, a najlepszym sposobem uratowania puszczy przed zniszczeniem jest jej zniszczenie. Ludzi cywilizowanych zaskakuje bezczelna pewność siebie, z jaką rząd Beaty Szydło plecie banialuki o tym, że zawłaszczanie sądów służy ich naprawie. Poraża cynizm, z jakim władza indoktrynuje społeczeństwo propagandowymi kłamstwami, głosząc w ukradzionych narodowi mediach, że niniejszym udostępnia Polakom i światu krynicę prawd objawionych. Przytłacza chamska buta, z jaką PiS-owscy rządcy „przywracają narodową godność”, obrzucając adwersarzy chamskimi wyzwiskami. Powala knajackie cwaniactwo, gdy wyjaśniają, że obelgi i impertynencje to naturalne efekty akustyczne towarzyszące wstawaniu z kolan…

Zagraniczni korespondenci zwracają uwagę, że działania polskich władz noszą znamiona chorobliwej aberracji. Bo z jednej strony partia rządząca, dla zwiększenia poparcia, gotowa jest rujnować budżet, budzić upiory nacjonalizmu, szczuć jednych Polaków na drugich, kłamać, oszukiwać, dzielić naród i gwizdać na rację stanu. A z drugiej strony, PiS nieustannie naraża się swoim potencjalnym zwolennikom oraz wszystkim, którzy mogliby poprawić wizerunek tej partii. Bez żadnego sensownego powodu powiększa grono swoich przeciwników – ostatnio o harcerzy, których po raz pierwszy w historii udało się poróżnić z wojskiem! Partia rządząca idzie na czołowe zderzenie z unijnymi instytucjami i przywódcami, mimo że UE cieszy się w Polsce poparciem najwyższym wśród wszystkich krajów członkowskich. PiS, który tak bardzo potrzebuje środków na przekupywanie elektoratu, demoluje równocześnie dobre dotychczas relacje z największymi płatnikami do europejskiej kasy, która niedługo dzielona będzie przecież przez tych samych ludzi, których obrażają polskie władze. Równocześnie PiS-owscy reprezentanci polskiego parlamentu umizgują się do Białorusi, wiedząc, że dla Polaków Łukaszenka jest tyranem, jego rządy są zaprzeczeniem demokratycznych swobód, a rządzony przez niego kraj to państwo zniewolone.

W europejskich mediach (z wyjątkiem węgierskich, jakoś słabo w Polsce czytanych) trudno o poparcie dla polityki rządu Beaty Szydło. Nawet w życzliwej dotąd prasie amerykańskiej można dzisiaj przeczytać, że Polska zmierza wielkimi krokami do politycznego samobójstwa. PiS-owska władza pręży muskuły, ogłaszając nas państwem znaczącym i potężnym jak nigdy dotąd, ale równocześnie rząd staje na głowie, by zrazić do siebie sąsiadów i historycznych przyjaciół. Znikają fora, gdzie głos Polski coś znaczył i gdzie mogliśmy liczyć na wsparcie. Nie ma już Trójkąta Weimarskiego, rozłazi się w szwach Grupa Wyszehradzka, narody krajów Partnerstwa Wschodniego to dla PiS-u OBCY, a idea Międzymorza, odkurzona formacja przedwojennej ligi ABC, straciła szanse realizacji już w chwili, gdy polski rząd zgłosił aspiracje do przewodzenia tej federacji…

Światowe agencje, informując o tym, co wyprawia PiS, snują rozmaite domysły w poszukiwaniu przyczyn aberracji polskich władz. Również w kraju roi się od wzajemnie sprzecznych wyjaśnień motywów samobójczej polityki. Całkiem sporo komentatorów twierdzi, że Kaczyński robi to, w co wierzy – on sam albo jego wierni – przekonani o słuszności misji ratowania zrujnowanej Polski i ucywilizowania zdegenerowanej Europy, bez względu na konsekwencje. Wielu jednak głosi, że zarówno Kaczyński, jak i jego świta, zdają sobie sprawę z fatalnych skutków prowadzonej polityki zagranicznej. Gotowi są jednak poświęcić opinie zagranicy dla utrzymania zwartości krajowego elektoratu, któremu podoba się tromtadracka polityka godnościowa. Spotkać też można opinię, że Kaczyński stracił panowanie nad swoim elektoratem, że realną władzę w Polsce przejęli awansowani na wysokie stołki rozmaici pomocnicy aptekarzy, kierowcy partyjnych bonzów oraz fryzjerki ich żon – ludzie słabo wykształceni, którzy dla utrzymania zdobytych pozycji ścigają się teraz w okazywaniu niezłomności, pryncypialności i oddania rewolucyjnym ideom „dobrej zmiany”. Słychać też, że Kaczyński i jego partia tak intensywnie dbali, by po prawej stronie nie wyrosła im żadna konkurencja, że wchłonęli w końcu cały nacjonalistyczny „katonarodowy” margines i stali się zakładnikami swojej politycznej ekstremy.

Nie potrafię ocenić trafności którejś z wymienionych i niewymienionych opinii. Wszystkie wydają mi się ciut przekombinowane. A poza tym – patrząc na panów Kaczyńskiego, Brudzińskiego, Błaszczaka i kilku im podobnych – nijak nie potrafię dostrzec w nich mężów stanu ani polityków. Widzę natomiast watażków i politycznych chuliganów. Przypominają mi wiejskich łobuzów, którzy demolują wiaty przystankowe, wyrywają lusterka z samochodów i ścigają się w zawodach, kto dalej rzuci koszem na śmieci. Odporni na zdrowy rozsądek i pewni swej bezkarności, bo przecież każdy, kto wyda swojaka, zasłuży na miano kapusia. Kochają rządzić i nie mają litości dla tych, którzy podważają ich pozycję. Zakochani w sobie, przekonani o słuszności własnych opinii, ślepi na racje innych. Bezwzględni dla obcych, którzy ośmielą się pojawić na ich terenie. Brutalni w słowach i czynach – prostacy z kategorii tych, o których moja babcia mawiała: – „Cham chamem, na wieki wieków, amen”.

Naprawdę nie chcę nikogo obrażać, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że rządzą nami prymitywni prowincjonalni gówniarze.

Przedstawiamy cztery propozycje, które ułatwią życie przedsiębiorcom i zaktywizują młodych i emerytów. 

Waldemar Mystkowski pisze o wojence dudo-macierowiczowskiej.

Duda z Macierewiczem walczą pod dywanem

Zablokowanie harcmistrza na Westerplatte przez ludzi podległych Macierewiczowi, aby nie przeczytał Apelu Poległych, bo nie było w nim wzmianki o Smoleńsku, daje Andrzejowi Dudzie kolejną możliwość, aby uniezależnić się od ministra obrony. Ten spór z rządem PiS jest równie ważny, jak praca nad ustawami sądowniczymi, które są pisane w Kancelarii Prezydenta pod przewodem byłego wiceministra sprawiedliwości rządu PO-PSL Michała Królikowskiego.

Może przydajemy tym sprawom nazbyt wielkie znaczenie, mogą być tylko pisowską wojenką pod dywanem o dostęp do ucha prezesa. Rzecznik Dudy Krzysztof Łapiński powiadomił, iż do Macierewicza został wysłany list, aby wyjaśnił kwestię incydentu na Westerplatte. Jednocześnie Łapiński zapowiedział, że prezydent będzie o tym rozmawiał z harcerzami w nieokreślonej przyszłości. Niemniej stanowisko Dudy wydaje się być jasne, bo chciałby, aby tradycja czytanie Apelu Poległych przez harcerzy była zachowana. Tym samym Duda śpiewa, że kit apelu smoleńskiego mu się nie podoba. Ale mógł przeciwdziałać temu zjawisku w Wieluniu, gdzie równolegle do Westerplatte doszło do uroczystości związanych z wybuchem II wojny światowej.

Cieniutkie to sprawy, ale takiego mamy prezydenta – cienkiego. Zarówno on, jak pisowscy ministrowie uprawiają specyficzną retorykę w stosunku do siebie. Do opozycji walą jak do największych wrogów z grubej armaty (Kaczyński: kanalie, mordy zdradzieckie; Szydło o Platformie: reprezentant interesów niemieckich), ale siebie głaszczą z włosem, albo pod włos, czyli uprawiają mowę-trawę, która nazywa się też kazuistyką.

Gdy Łapiński informował o „krokach” w stosunku do Macierewicza, ten pojechał sobie w teren – lubi jeździć limuzynami i latać wojskowymi CASA-mi – i był w Borowej (Łódzkie), gdzie pochylił się swoim emfatycznym słowem nad obrońcami z 1939 roku (apel smoleński musiał być pewnikiem przeczytany), ale pożalił się. – „Napotykamy jednak na działania, które próbują uniemożliwić odbudowę silnej armii”.

Kto zatem próbuje uniemożliwić? Na razie to Macierewicz zerwał kontrakt na Caracale, Autosan nie wyprodukuje pojazdów dla wojska, bo nie potrafi, ponoć oferował amfibie, ale te dzisiaj są zbędne. Szykuje się zakup Stoczni Marynarki Wojennej z 40-krotnym przebiciem jej wartości. Jedyny zakup, jakiego dokonało MON to samoloty dla VIP-ów.

I wcale nie opisuję kraju operetkowego księcia Himalaj z „Operetki” Gombrowicza, ale tu i teraz Wojsko Polskie. Wychodzi na to, że odbudowę silnej armii uniemożliwia sam Duda, który nie podpisał nominacji generalskich, a których listę przedstawił Macierewicz. Mógłbym wyjąć cytaty z przemówienia Macierewicza w Borowej, ale nie mam w pogardzie języka polskiego i rozumu, jak minister obrony.

Niestety, dzisiaj polska polityka jest skazana na mniemanologię Macierewicza o swojej wielkości i Dudy o niezależności od Kaczyńskiego. Przesilenie jednak nadchodzi, bo nie da się utrzymać prowizorki PiS. Polska na zewnątrz jest osamotniona, a wewnątrz osłabiana przez Macierewicza i innych ministrów rządu PiS. Nasze państwo coraz bardziej staje się teoretyczne.

Platforma dla gospodarki. Seniorzy: ✔️emerytura bez PIT; ✔️składki opłacane przez państwo. RT🔄 Więcej:

✔️ Aktywizacja seniorów ✔️ Emerytura bez PIT ✔️ Wsparcie dla młodych ✔️ 5% VAT na żywność RT🔁 Więcej:

Platforma dla gospodarki. ✔️ 5% VAT na żywność ✔️ Uproszczenie podatków, jaśniejsze przepisy RT🔄 Więcej:

>>>

Przez minione 8 lat Polki i Polacy mieli premiera… Teraz mają defiladę…

PGRowa nawet nie pisnęła słówkiem…

Waldemar Mystkowski w dwóch jakże aktualnych tekstach.

Zajady Sakiewicza na Kasprzaka i Schetynę

Polscy narodowcy – jak narodowcy wszelkich nacji – nie są zbyt kreatywni. Nie dotyczy to tylko przypadłości intelektualnej, ale też genetycznej. W obrębie jednej rasy, jednego rodu potomkowie szybko ulegają degeneracji. Podobnie jest z kulturą – zamknięta w sobie rakowacieje, staje się estetycznym zakalcem. Zarówno w nauce, jak i w kulturze kwitnące są pogranicza, które mieszają się i tworzą nowe wartości. Tak powstają największe dzieła, taka jest geneza wynalazków, które są „kamieniami milowymi cywilizacji”.

Powyższa uwaga o zrakowaceniu dotyczy naszych narodowców, a w moim felietonie konkretnie jednej osoby i jego środowiska – Tomasza Sakiewicza. Niedawno zasłynął insynuacją w stosunku do europosłanki Platformy Obywatelskiej Róży Thun: – „Pani się nie czuje w tej chwili Polką. Pani się czuje reprezentantką Niemiec”. Thun odparła, iż Sakiewicz „jest wrednym i podłym kłamcą”.

Jakkolwiek Sakiewicza usprawiedliwiałbym przypadłością, na którą ten osobnik nie ma większego wpływu, to jednak z obecności takich postaci rezygnowałbym w przestrzeni publicznej. Stosować eliminację miękką, po prostu nie zapraszać takich osób, nie bywać z nimi, bo narazisz się na nieprzyjemności estetyczno-intelektualne w postaci ich ograniczeń i degeneracji.

W którymś momencie – i to szybciej niż nam się zdaje – tacy Sakiewicze są skazani na coraz mniejszy i mniejszy krąg, ograniczają się tylko do swojego środowiska naturalnego, do rodziny. Może tak się stać, że Sakiewiczowi pozostanie tylko plecenie insynuacji w stosunku do żony. A mogłaby ona wyglądać następująco, gdy Sakiewicz mówi do Sakiewiczowej: Nie czujesz się Sakiewiczową, ale czujesz się reprezentantką Kramerów (Kramerów niemieckich, a nie Kramera z „Vabank”).

Separowany Sakiewicz dostałby prędzej czy później jakiegoś mentalnego hakenkreuza, na razie ma echolalie. Zaburzenie kreatywności, myślenia, które w jego środowisku jest dzisiaj znane pod pojęciem „reparacji od Niemców za II wojnę światową” albo „opcji niemieckiej”. Gdzie Sakiewicz by nie był przebywał, powtarza jak echo jakąkolwiek insynuację niemiecką.

Takie ma skojarzenia w wyniku wyżej opisanych ograniczeń. Napisałem, iż kończy się to mentalnym hakenkreuzem. Muszę się wycofać, bo ten hakenkreuz już jest – i to tak mało kreatywny, jak okładki „Gazety Polskiej” wykorzystujące tylko jedno zdjęcie. Zdjęcie jest słynne, acz zainscenizowane, na którym wojska hitlerowskiego Wehrmachtu atakują polski szlaban na granicy polsko-niemieckiej w 1939 roku.

Na wcześniejszej okładce „Gazety Polskiej” w miejsce twarzy hitlerowców wstawiono oblicza Angeli Merkel i Martina Schulza. W najnowszym numerze tygodnika na tym samym zdjęciu żołnierzami Wehrmachtu są Grzegorz Schetyna i Paweł Kasprzak. Jak czytamy w zapowiadanym artykule, na jesieni ma dojść do mniemanego puczu, który mało kreatywny tygodnik nazywa „Nową kampanią wrześniową”.

Takich zajadów dostaje Sakiewicz w wyniku zaburzeń echolalii – „opcja niemiecka”, która aktualnie obowiązuje w środowisku pisowskim.

ANTONI MACIEREWICZ POWINIEN PARADOWAĆ W SAMOLOCIE DLA VIPÓW. TO JEST PRZECIEŻ JEDYNA BROŃ DLA ARMII, JAKĄ ZAKUPIŁ

©Andrzej Mleczko

Państwo PiS poległo

Spóźniony zapłon Szydło i Macierewicza na tragedię w Rytlu.

Rytel w Borach Tucholskich powinien śnić się po nocach władzom PiS. Znając jednak ich niewrażliwość, ta wieś będzie się śnić innym. Sen ten ma dwa wymiary: tragedii i bohaterstwa. Cecha bardzo polska, niemal nasz tragizm grecki, który najlepiej potrafili ukazać romantycy. Ale nie mamy epoki romantyzmu, choć uważam, że pisarzy jak zwykle posiadamy i nie musimy się ich wstydzić. Niestety, władzę mamy pisowską, która daje się poznać z jednej szczególnej strony – demolującej.

Nawet w obliczu tragedii – nawałnic, które w weekend przyniosły śmierć i spustoszenia, najpierw w Suszku, a potem centrum tragedii znalazło się we wsi Rytel na Pomorzu. Ta ostatnia miejscowość wołała o pomoc, ale napotkała mur niewrażliwości. Niemniej mieszkańcy dawali sobie nad wyraz dobrze radę. Do rangi bohatera urósł sołtys Łukasz Ossowski, który zorganizował mieszkańców i wraz z pozostałymi zmierzył się z katastrofą.

Władze centralne zareagowały dopiero po trzech dniach i to po obowiązkowej lansiarskiej defiladzie z okazji Święta Wojska Polskiego. Najpierw przyleciała do Rytla premier Beata Szydło, którą powitał plakat: „Ta kobieta nic nie może”.

Rzucił się na pomoc wojskowym helikopterem Antoni Macierewicz, który po wylądowaniu na szkolnym boisku wsiadł do podstawionego auta i w rządowej kolumnie mknął aż 250 metrów do sztabu kryzysowego, gdzie zrobił sobie selfie ze wspomnianym sołtysem Ossowskim.

Jakby tego było mało Macierewicz wyjeżdżał z Rytla wojskowym samochodem, który się zakopał w błocie. Miejscowi oderwani od walki ze skutkami żywiołu pomogli także ministrowi. Tym razem Macierewicz nie uciekał, bo nie miał czym, ale zdążył powiedzieć do 60 żołnierzy, którzy zostali do pomocy, aby się oszczędzali: – „Ale uważajcie przede wszystkim, naprawdę, nie ma tutaj co ryzykować.”

Polityków PiS można cytować garściami. Przebijają się nawzajem. Jolanta Szczypińska, posłanka PiS z Pomorza, wysnuła spostrzeżenie: – „Widziałam bardzo wiele krzyży przydrożnych i kapliczek wśród ogromu zniszczenia. Drzewa i słupy energetyczne leżały, a krzyże i kapliczki ocalały”.

Trudno to nawet komentować, acz Waldemar Kuczyński pokusił się: – „Piękna wizja Boga u tej kobiety. Boga, który biega ratować świątki i krzyże i ma gdzieś, że ludzi miażdżą drzewa”. Albo oficjalny komunikat na profilu PiS: – „Wojsko zareagowało natychmiast, kiedy wpłynął wniosek o pomoc poszkodowanym w wyniku nawałnic”.

Jeszcze raz zacytuję Kuczyńskiego, który odniósł się do „natychmiastowej” (po 3 dniach) reakcji władzy PiS: – „Wasze partyjne wojsko, wasz partyjny wojewoda i wasza PiS-owska odpowiedzialność za zostawienie ludzi w chwili wielkiego nieszczęścia.

Na szczęście Polska nie składa się z pisowców, ale z takich Polaków jak sołtys Ossowski, który ogarnął tragedię. Na Facebooku apelował o pomoc i koordynował logistycznie dostawę potrzebnych narzędzi i sprzętu. Poradził sobie nad wyraz dobrze.

A państwo poległo. Należy dodać – państwo PiS, które stać na spóźnioną reakcję, a potem takie toporne zachowania, jak Szydło i nieszczęśnika Macierewicza. Normalna Polska w chwili tragedii pokazała kolejny raz wyższość nad władzą PiS. A w tym wypadku samorządowcy nad władzą centralną.

Usprawiedliwiam rządzących pisowców tym, że podobnie, jak natura zdemolowała Polskę, tak oni demolują prawo i demokrację. Dziwny sojusz – niemal metafizyczny.

TO JAK ONI MAJA SOBIE PORADZIĆ Z RESZTĄ??? SKORO W TAK MAŁEJ SPRAWIE DALI DUDY…

Antek jak zwykle z siebie zadowolony.

>>>

CZY W POLSCE BĘDZIE TAK JAK W CHINACH I TURCJI? REŻIM I CZYSTKI?

Trzeba wreszcie rozliczyć największą aferę PiS – SKOK-i

Czy największe afery PiS wreszcie zostaną nagłośnione? – zasadnie pyta Michał Kuczyński z portalu Crowdmedia. To ważne pytanie, bo podczas odbywającej się niemal równolegle do Kongresu PiS, Radzie Krajowej Platformy Obywatelskiej nie zabrakło mocnych słów pod adresem partii, która w bezpardonowy sposób niszczy w Polsce państwo prawa i trójpodział władzy. Tyle, że efekty takich ostrych diagnoz w sondażach są prawie niezauważalne.

Dlaczego? Skuteczniejsze okazują się działania pisowskich trolli w social mediach, fala internetowego hejtu i zdyscyplinowane powielanie rządowych przekazów dnia przez polityków partii Kaczyńskiego. Cóż, przez lata pobytu w opozycji w PiS dobrze zrozumieli, że w dobie stabloidyzowanego społeczeństwa, nieczytającego prasy pisanej, przeglądającego tylko tytuły i ewentualnie nagłówki z internetowych serwisów informacyjnych, główna siła jest nie w jakości przekazu, ale w jego ilości i jednolitości – zauważa Kuczyński.

Zarówno sukcesy, faktyczne czy wyimaginowane, jak też wielka machina rządowej propagandy sprawiają, że nawet jeśli wychodzą na jaw afery finansowe, takie jak – co skrupulatnie wylicza publicysta Crowdmedia – afera SKOK, nepotyzm i kolesiostwo w państwowych spółkach na niespotykaną dotychczas skalę, czy wypowiedziane bez ogródek i bardzo dobrze udokumentowane wątpliwości co do prawdziwych motywów działania szefa polskiego resortu obrony (wystarczy przypomnieć efekty dziennikarskiego śledztwa Tomasza Piątka w sprawie powiązań Antoniego Macierewicza z rosyjskimi służbami), to politycy PiS „zdają się być osłonięci teflonową powłoką”, konstatuje Kuczyński.

Trzeba więc pokazywać prawdziwy obraz PiS i ich afery. Pora więc sięgnąć po skuteczne narzędzie. Jakie? Otóż są w ustawie o wykonywaniu mandatu posła i senatora oraz regulaminie Sejmu i Senatu narzędzia, które pozwalają opozycji skutecznie walczyć o kreowanie znacznie większej ilości przekazu niż do tej pory. Mowa o zespołach parlamentarnych – takich samych jak ten powołany w poprzedniej kadencji Sejmu przez Antoniego Macierewicza do spraw wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej.

Powinien więc powstać zespół parlamentarny, który regularnie przedstawiać będzie ustalenia na temat największej afery PiS-u, czyli stworzenia parasola ochronnego nad systemem Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo – Kredytowych, który dziś doprowadził już do strat rzędu 5 mld (!) złotych, a którego twórca jest dziś senatorem PiS. Realizując mandat posła i senatora, posłowie opozycji mogliby bez problemu żądać od instytucji publicznych wielu dokumentów i wyjaśnień w tej sprawie. W świetle kamer należy pokazać powiązania SKOK-ów z politykami PiS, proces budowania opłacanych z pieniędzy SKOK mediów, tak otwarcie sprzyjających partii rządzącej. A przy okazji – zauważa słusznie Kuczyński – kreować nowe twarze młodych polityków, którzy dotychczas pozostają w cieniu: Rafała Trzaskowskiego, Marcina Kierwińskiego czy Agnieszki Pomaski.

Także zbadana przez Tomasza Piątka kwestia kłopotliwych dla PiS-u, niebezpiecznych związków Antoniego Macierewicza z rosyjskimi służbami może być paliwem dla kolejnego zespołu parlamentarnego.

Tematów jest więcej – skandaliczne upolitycznienie służby cywilnej i prokuratur, patologie w służbie zdrowia, w systemie edukacji, sztuczki księgowe w Ministerstwie Finansów… itp. itd.

PREZES ZNÓW KREATYWNIE OKREŚLIŁ PRZECIWNIKÓW. JAK SIĘ CZUJECIE PO NAZWANIU WAS „ZŁOGAMI” ???

Witold Gadomski w „Wyborczej” pisze, jak PiS buduje prom. Tak jest budowana Polska – na chciejstwie i na ruchomych piaskach. Prędzej czy później pod tą władzą runiemy. Stępka, czyli oś konstrukcyjna statku, została położona na politycznym wiecu w świetle kamer, mimo że nie ma jeszcze projektu promu. Politycy zapowiadają świetlaną przyszłość dla przemysłu stoczniowego, ale czy choć ten jeden projekt będzie opłacalny?

Państwo buduje prom. Bez projektu, bez kosztorysu, bez przetargu. Rządzi ideologia, jak w PRL-u

23 czerwca na pochylni Wulkan Nowy odbyło się położenie stępki pod budowę promu pasażersko-samochodowego, który zamówiła Polska Żegluga Bałtycka. Wykonawcą będzie Morska Stocznia Remontowa „Gryfia”, która w tym celu wykorzysta infrastrukturę dawnej stoczni szczecińskiej, w tym pochylnię. Pochylnią zarządza obecnie Szczeciński Park Przemysłowy, też spółka państwowa.

W uroczystości położenia stępki wzięli udział przedstawiciele władz państwowych i partyjnych. W imieniu partii przemawiał Joachim Brudziński, który obiecał stoczniowcom, że tym razem ich miejsca pracy nie zostaną zlikwidowane. Zapachniało PRL-em. Ktoś odczytał list w imieniu nieobecnego prezydenta, ktoś inny list od pani premier. Mało kto zwrócił uwagę, że armator (PŻB) nie ogłosił przetargu na nowy prom, a stępka, czyli oś konstrukcyjna statku, została położona, mimo że nie ma jeszcze projektu promu.

Projekt „Batory”

Budowa promów dla państwowych armatorów – Polskiej Żeglugi Bałtyckiej i Polskiej Żeglugi Morskiej – ma być jednym z flagowych projektów Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Mateusz Morawiecki nazwał go projektem „Batory”.

Zgodnie z szacunkami koszt budowy promu to około 450 milionów złotych. Minister Gospodarki Morskiej Marek Gróbarczyk zapewnia, że budowa promów ma zapewnione finansowanie. Pieniądze będą pochodzić z państwowych banków oraz Polskiego Funduszu Rozwoju. Odradzanie przemysłu stoczniowego ma się zatem dokonać poza mechanizmem rynkowym. Stroną zamawiającą będą państwowe spółki, wykonawcami państwowe stocznie, a finansowania dostarczą państwowe banki i fundusze.

Budzi to kilka wątpliwości. Jeśli nie ma reguł rynkowych, to nie ma twardych ograniczeń finansowych, konkurencji, podnoszenia wydajności, ograniczania kosztów. Według takiego modelu budowany był przemysł w PRL. Nie liczono się z kosztami i rachunkiem ekonomicznym, więc przedsiębiorstwa funkcjonowały i zatrudniały pracowników (to było ich najważniejszym celem) i nie bankrutowały, nawet gdy były bardzo niewydajne. Aż zbankrutowała cała gospodarka.

Druga wątpliwość wiąże się z pomocą publiczną, która musi zyskać zgodę Komisji Europejskiej. Założona w 2002 roku przez skarb państwa Stocznia Szczecińska Nowa zbankrutowała już po siedmiu latach. Każdy rok kończyła stratą, mimo że gdy powstawała, nie była obciążona długami swojej poprzedniczki – Porty Holding, którą rząd SLD doprowadził do upadłości w roku 2002. Stocznia Szczecińska Nowa stale potrzebowała pomocy państwa (np. umarzania zobowiązań podatkowych) i w końcu została w 2009 roku zlikwidowana, gdyż Komisja Europejska na szczęście nie zgodziła się na dalsze dotowanie z kieszeni podatników.

Z projektem „Batory” może być gorzej, gdyż rozliczenia między państwowymi firmami i funduszami przez długi czas mogą pozostać nieujawniane. Jest więc ryzyko, że rząd ogłosi sukces – prom zostanie zwodowany. Wątpię jednak, by został dotrzymany termin jego przekazania do PŻB w roku 2020. Projekt tak naprawdę wymagać będzie nieustannej pomocy publicznej.

Gryfia remontuje

Morska Stocznia Remontowa Gryfia SA powstała w wyniku połączenia dwóch zachodniopomorskich zakładów, które od września 2013 r. prowadzą działalność operacyjną jako jedna spółka. Stocznia specjalizuje się w remontach, przebudowach i przeglądach kontrolnych statków. Jest też producentem konstrukcji stalowych offshore (np. platform), na które obecnie nie ma koniunktury w związku z niskimi cenami ropy i gazu.

W budowie promów nie ma żadnego doświadczenia. Owszem, na swej stronie internetowej informuje, że zbudowała norweski prom Torghatten Trafikkselskap AS, ale po pierwsze, było to dawno, w roku 2001, po drugie, prom miał zaledwie 70 m długości (ten budowany dla PŻZ ma być trzykrotnie dłuższy), a po trzecie, Gryfia jedynie zespawała kilka części norweskiego promu, które były wykonane w stoczniach brytyjskich.

Prom pasażersko-samochodowy (tzw Ro-Pax) to skomplikowana konstrukcja. Ma niskie zanurzenie, a przez to może być niestabilny. Założenie, że z jego budową poradzi sobie stocznia, która nie ma w tych konstrukcjach doświadczenia, jest bardzo ryzykowne. Gdyby Polska Żegluga Bałtycka ogłosiła normalny przetarg na zakup promu, z pewnością jednym z ważnych kryteriów – oprócz ceny – byłoby doświadczenie wykonawcy i opinie o nim innych armatorów.

Tymczasem PŻB została zmuszona do zamówienia w konkretnej stoczni, która dopiero będzie szukała fachowców do zbudowania promu! Większość stoczniowców pracujących kiedyś w Porta Holding, a potem w Stoczni Szczecińskiej Nowej albo przeszła na emeryturę, albo wyjechała do stoczni norweskich.

Wojskowe standardy

Akcjonariuszem większościowym Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia SA jest MARS Fundusz Inwestycyjny Zamknięty Aktywów Niepublicznych (MARS FIZ), który posiada 87,5 proc. akcji. Z kolei 100 proc. akcji MARS-a ma Polska Grupa Zbrojeniowa SA, która podlega ministrowi obrony narodowej. MON chce wykorzystać Gryfię do celów wojskowych. To dodatkowo utrudni kontrolę jej finansów.

Stocznie wojskowe na całym świecie funkcjonują poza systemem rynkowym, co znacznie podraża ich produkty. Jakie to ma konsekwencje, widzieliśmy na przykładzie korwety „Gawron”, która budowana przez kilkanaście lat w gdyńskiej Stoczni Marynarki Wojennej (SMW) pochłonęła 1 mld zł i ostatecznie trzeba było zrezygnować z projektu.

Według informacji przekazanych w Sejmie przez wiceministra Bartosza Kownackiego Gryfia w roku 2014 miała 9,5 mln zł strat, w 2015 – 17,3 mln zł strat, a w I półroczu 2016 – 12,3 mln zł strat i 55 mln zł długów. Czy są to wyniki wiarygodne – tego nie wiemy, gdyż Gryfia nie podlega audytowi niezależnych firm. Na początku 2016 roku minister Gróbarczyk mówił o groźbie utraty płynności przez spółkę. Kilka miesięcy później Kownacki zapewniał, że mimo ponoszonych strat sytuacja finansowa jest stabilna dzięki pożyczce w wysokości 10 min zł udzielonej przez Polską Grupę Zbrojeniową SA.

Zamówienie promu przez PŻB ma poprawić kondycję państwowej stoczni. Ale bardziej prawdopodobne jest, że ją pogrąży, tak jak korweta „Gawron” pogrążyła SMW. Za wszystko jak zwykle zapłacą podatnicy.

JEDNA POLSKA – JEDINAJA ROSSIJA… ZNAJDŹ RÓŻNICĘ

Waldemar Mystkowski pisze o TVP.

Goebbels w TVP

Jak można przeciwstawić się szajce, grupie złoczyńców, etc., która demoluje nasz dom, naszą hacjendę, nasze państwo? Odpowiedzi chyba są oczywiste, przerabiane w historii, ubrane w narracje i fabuły.

Czy ktokolwiek może wskazać jakąś dziedzinę, której partia Kaczyńskiego nie zniszczyła? Nie ma takiej. Raczej swojego domu się nie niszczy. Nie robią tego na świecie partie konserwatywne, a może nawet one szczególnie.

Właśnie dlatego PiS nie jest konserwatywnym ugrupowaniem, jest bliżej niesprecyzowaną prawicą rytu kaczystowskiego. Jarosław Kaczyński demoluje nam ojczyznę. Nam. Nie sobie – bo on takiej może nie mieć. Nie traktuje Polski jako ojczyzny, jako wspólnoty, w której każdy powinien znaleźć swoje miejsce na miarę zdolności i włożonej pracy.

A Kaczyński chce wymienić elity. Na co? Na nie-elity, na dyspozycyjnych żołdaków. Chce zmienić wartości. Na jakie? Przecież nie wartości społeczeństwa tutaj zamieszkałego, bo wartości ucierają się, acz są uniwersalne, społeczeństwo znajduje dla nich znamię czasu właściwe dla różnych interesów. Godzić interesy, a nie dzielić ludzi, bo dzielenie w społeczeństwie jest niszczeniem.

Musimy sobie powiedzieć wprost. Kaczyński i jego wyselekcjonowani ludzie – wg wzorca negatywnego – działają na naszą szkodę, działają nie w naszym interesie, działają na korzyść swojego sortu, tworzą wartości mało uniwersalne, właściwe dla swojej wąskiej grupy.

Czy opozycja polityczna znajduje antidotum na niszczenie Polski? Zdaje się, że politycy opozycji zorientowali się, że z partią Kaczyńskiego nie można wejść w spór demokratyczny, to jest taki, w którym finalne rozstrzygnięcie jest w rękach wyborców, gdy wrzucają do urny karty do głosowania. Bo już wyborów może nie być, wyborów nie ma na Białorusi czy też w Rosji, tam pozostał tylko rytuał wyborczy.

Co możemy z rytuałem, skamieliną zrobić? No, właśnie. Mediów publicznych nie mamy, są media, na które nie chcemy płacić ani abonamentu, ani jakiegokolwiek podatku, bo te media nie wyrażają prawdy o nas, nie uczą wartości, są zwekslowane partyjnie, trzymają stronę tylko wąskiej grupy interesu politycznego, wąskich mało ludzkich wartości nieuniwersalnych, niehumanistycznych.

Te media są robione przez nie-elity dziennikarskie, bo podający się w TVP za dziennikarzy są tylko żołdakami. W czasie okupacji – istniała wówczas tylko prasa i raczkujące radio – takie media nazywano gadzinówkami. I tym jest TVP zarządzana przez Jacka Kurskiego, tym są radia publiczne – gadzinówkami szczującymi na Polaków, na opozycję polityczną. Gadzinówki nie opisują rzeczywistości, ale tworzą obraz zniekształcony, zdegenerowany, który służy do szczucia.

Platforma Obywatelska zrealizowała spot o telewizji publicznej, w której stosowana jest propaganda w stylu goebbelsowskim. I wcale nie jest to przesada, nie jest to metafora na wyrost. Pierwsze lepsze z brzegu porównanie ukazuje, jakim zagrożeniem dla Polski jest obecna władza. Jeden tylko cytat z Goebbelsa z 1934 roku, gdy przemawiał do sędziów: „Koncepcja nieusuwalności sędziów zrodziła się w obcych świecie intelektualistów, wrogim Narodowi”.

To tylko Goebbels. Bo dużo mocniej o sędziach mówi Kaczyński i jego żołdacy (intelektualnie nieutalentowani) Ziobro, Duda, Piotrowicz. Ba, dorzucają, czego nie uczynił Goebbels, iż sędziowie nie zostali wybrani, sami się mianowali, a oni rządzący wybrani zostali przez Naród. Goebbels to neptek w zestawieniu z Kaczyńskim.

Czegokolwiek w PiS-ie dotkniesz, napotkasz zgniliznę. Pierwszy lepszy z brzegu taki Adam Bielan. Powiedział to dzisiaj 2 lipca 2017: „Skala zaniedbań była taka, że gdyby ich nie było, to byłoby 5000+ a nie 500+”.

Podpowiem temu Kononowiczowi, bo nie chce nazywać go zgniłkiem, że byłoby to 5 milionów+, gdyby nie reforma Balcerowicza i w jej następstwie denominacja. Takie zgniłki (a jednak wchodzę w te ich trupięgi) nie powinni nigdy być obecni w życiu publicznym. Nie mają talentów, nie dotyczą ich wartości uniwersalne, napadli na Polskę (acz od wewnątrz). Szantażują, używają paralizatorów, niszczą.

W obronie ojczyzny musimy przeciwstawić się im wspólnotą. Jeżeli nie wystarczą wynajęci politycy – jak w narracjach filmowych typu „Siedmiu wspaniałych” – to przeciwstawiać się należy społeczeństwem obywatelskim, które może chwycić za broń nieposłuszeństwa. Przyjdą po haracz, to trzeba ich przegonić od naszych kieszeni, od naszych wartości, od naszej ojczyzny. Schetyna zapowiedział pierwszy krok nieposłuszeństwa obywatelskiego w sprawie abonamentu. Nie płacić na gadzinówki!

Gdzie są pieniądze skoków??? KIESZEŃ PREZESA TEŻ JEST JEDNA?

>>>