Posts Tagged ‘Jacek Czaputowicz’

Co może zostać po Jarosławie Kaczyńskim?

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz dyplomatą raczej nie jest, co wydaje się dziwnym atrybutem wykonując tę funkcję, lecz przy pisaniu o politykach PiS zdziwienie należy porzucić.

Nagle Czaputowicz dostał zajadów, gdy wymienił nazwisko Donalda Tuska określając tego najwybitniejszego polskiego polityka (przynajmniej dotychczas w XXI wieku) jako reprezentanta Niemiec w Radzie Europejskiej, w tym wypadku należy porzucić inne zdziwienie, gdy widzimy jak polityk PiS pluje na Polaka.

Czaputowicz opluł Tuska, a tak naprawdę Brukselę i najlepszego naszego sojusznika na Zachodzie, Niemcy. Ten „dyplomata” zalicza się do kategorii ukutej przez Władysława Bartoszewskiego, do dyplomatołków. Trzymany był za czasów Tuska w MSZ jako dyrektor jednej z komórek ministerialnych. Czekam aż wyrazi się, jak Mateusz Morawiecki, iż donosił Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Czyżby wspólną cechą polityków PiS było donosicielstwo, agenturalność, przypadłość charakterologiczna wszystkich złamasów, ludzi niegodnych zaufania?

Konteksty powyższych wypowiedzi i awansu są oczywiste, PiS gra na rozwalenie Unii Europejskiej. Więcej będziemy wiedzieli po wizycie wicepremiera Włoch Metteo Salviniego u Kaczyńskiego, lidera antyeuropejskiej Ligi Północnej, ten się nie kryje, że w polityce chodzi mu o rozbicie instytucji europejskich, a przy tym obnosi się z t-shirtem, na którym nosi portret swojego guru i sponsora, Władimira Putina.

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

Partanina PiS w sprawie nieuniknionego wyroku TSUE

Niczego nowego nie proponuje PiS w sprawie Sądu Najwyższego. Kwestia oparła się o najwyższy czynnik prawny w Unii Europejskiej, o Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.

A więc premier i podlegli mu ministrowie rozgrywają, jak potrafią – czyli kłamiąc i matacząc, patentowany kłamca (otrzymał ten patent już dwukrotnie w czasie tej kampanii samorządowej) Mateusz Morawiecki swego czasu pochwalił się, że negocjacje z instytucjami unijnymi ma opanowane w małym paluszku.

Najpierw gruchnęła wieść, iż szef dyplomacji Jacek Czaputowicz – mało kto wie, że ktoś taki nim jest – przesłał do Trybunału Konstytucyjnego elaborat kwestionujący zasadność zapytania Zbigniewa Ziobry, czy Sąd Najwyższy może zwracać się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE, bo TK nie ma takich kompetencji, aby badać prawo unijne, które Polska przyjęła „jako dorobek wspólnotowy” wchodząc do UE.

Po ujawnieniu interwencji Czaputowicza w atrapie Trybunału Konstytucyjnego pojawiły się spekulacje, czy to Ziobro został kozłem ofiarnym 32-procentowego poparcia PiS w ostatnich wyborach. Tak, tak, tak! – komentatorzy przyklasnęli tej wykładni, bo PiS już od trzech lat podobnymi im wodzi za nos, czyli prowadzi na rzeź rozumu

A wraz z tą spekulacją Ziobrze podsunięta została informacja, iż w rządzie – uwaga! uwaga! – pracuje się aż nad trzema ustawami o Sądzie Najwyższym, które mają wdrożyć postanowienie TSUE o zawieszeniu ustawy o SN dotyczącej wieku emerytalnego sędziów. Nad trzema! – a dlaczego nie nad jedną? Tak oni mają! – wspinają się na szczyty absurdów. Ba! – nad ustawą ma ponoć pracować minister nauki i szkolnictwa wyższego. Dlaczego nie minister środowiska? – był zapytać konstytucjonalista prof. Marcin Matczak.

No i wyszło szydło z worka – poprawiam się: wyszło szydło z pisowskiego chachmętu – gdy gruchnęła kolejna wieść, iż Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu nadzwyczajnie przyspiesza rozpatrywanie skargi Komisji Europejskiej na Polskę za ustawę o Sądzie Najwyższym.

To jest clou partaniny PiS w kwestii SN. I jak to w PiS jest, przystępują do dalszego mataczenia. Bo oto Ministerstwo Spraw Zagranicznych (a konkretnie biuro rzecznika prasowego) – dystansuje się od swego szefa, przyznając, iż Ziobro mógł złożyć wniosek o Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej.

Jeszcze inaczej kręcić poczęli zastępcy Ziobry, w tym wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, który stwierdził, iż odwołają się od postanowienia szefa TSUE Koena Lenaertsa, który podjął decyzję jednoosobowo.

Tak wyrażają się ponoć prawnicy z wykształcenia. Wygląda na to, że nie znają prawa – ani unijnego, ani uniwersalnego w Europie obowiązującego – prawa rzymskiego, ani prawa polskiego, bo od postanowienia sędziego o zawieszeniu decyzji, bądź aresztowania – nie ma odwołania.

Partanina PiS w tej kwestii, jak w innych jest uniwersalna. Spartaczyli nam święto 100lecia odzyskania niepodległości, spartaczą naszą obecność w Unii Eureopejskiej, bo to kolejny krok partaczy na drodze do Polexitu.

Społeczeństwo musi się obudzić, choć już może być za późno, w tej chwili na naszym unijnym zegarze jest za kwadrans dwunasta, po wyroku TSUE i nałożeniu sankcji będzie za pięć dwunasta. Wskazówka Polexitu zmierza do nieuchronnego hejnału: żegnaj bratku, czeka cię prezes PiS na ostatku.

„Jarku, przestałeś rozwijać wiedzę prawniczą na etapie badania roli ciał kolegialnych na uczelni w PRL?”

Kaczyński chce mieć prawo, które będzie podporządkowane jego woli, a nie Konstytucji i prawu europejskiemu.

Oto PiS zafundował nam państwo teoretyczne. W przeddzień wyborów samorządowych Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu zawiesił czystkę emerytalną w Sądzie Najwyższym, zastosowując środek tymczasowy w postaci zabezpieczenia: „przywrócenie sytuacji w SN do stanu sprzed wejścia w życie ustawy”.

W poniedziałek I Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf przyszła do pracy, tak jak trzech spośród 22 sędziów, którzy zostali przez Andrzeja Dudę odwołani, przyjmując ślubowanie od nowych sędziów.

Prof. Gersdorf skierowała oficjalne pismo do sędziów SN, których przymusowo przeniesiono w stan spoczynku na mocy kontrowersyjnej ustawy. Wezwała do stawienia się w pracy i podjęcia służby sędziowskiej: – „Jako konstytucyjny organ Państwa Członkowskiego, pełniąc nieprzerwanie obowiązki Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego Rzeczypospolitej Polskiej, w wykonaniu postanowienia Wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z dnia 19 października 2018 r. w sprawie C-619/18 R Komisja Europejska przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej, wzywam wszystkich sędziów Sądu Najwyższego objętych zakresem zastosowania środków tymczasowych orzeczonych w tej sprawie do stawienia się w Sądzie Najwyższym w celu podjęcia służby sędziowskiej”.

W tym samym czasie w Brukseli szef dyplomacji Jacek Czaputowicz powiedział o decyzji TSUE: – „Będzie potrzebna ustawa, żeby wprowadzić w życie te postanowienia”. Czaputowicz mówił o nowelizacji ustawy o SN, byłaby to już siódma nowelizacja. Dopełniłaby liczbę siedmiu plag egipskich, w tym wypadku siedmiu plag bezprawia, bo tak należy rozumieć odebranie niezależności sądownictwu.

Jeszcze wcześniej prezes PiS Jarosław Kaczyński zapewniał, iż „odwołamy się od decyzji TSUE”. Nie powiedział do kogo się odwoła, bo nie ma takiej możliwości. Wybitny konstytucjonalista prof. Wojciech Sadurski zakpił z Kaczyńskiego: odwoła się „chyba do papieża”, określając wiedzę prawniczą prezesa PiS: – „Jarku, przestałeś rozwijać wiedzę prawniczą na etapie badania roli ciał kolegialnych na uczelni w PRL?”.

Dzisiaj głos zajął prezydent Duda: – „Prawnicy zgłębiają to, co Trybunał postanowił i na pewno w odpowiednim do tego terminie zostaną podjęte przez polski rząd w tym zakresie właściwe decyzje”. Czyli jeszcze nie ma decyzji prezesa PiS.

Podobnie wycofuje się rakiem Czaputowicz: – „Przedstawiłem wczoraj analizę, zgodnie z którą, by wdrożyć orzeczenie TSUE, implementować je, wymaga to nowelizacji ustawy. Nie może być stosowane bezpośrednio. Kiedy to będzie, to jest kwestia władz, parlamentu, rządu, prezydenta, kiedy te działania będą podjęte”.

A TSUE wyraźnie orzekło o zabezpieczeniu: przywrócenie do stanu sprzed wejścia w życie ustawy o SN ws. emerytur sędziowskich. O co toczy się gra? O to, aby nie wykonać decyzji Luksemburga.

Kaczyński chce mieć prawo, które będzie podporządkowane jego woli, a nie Konstytucji i prawu europejskiemu, które zobowiązaliśmy się respektować w chwili akcesji do Unii Europejskiej.

3 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Przed Smoleńskiem i po Smoleńsku głupi

Politycy PiS z tragedii zrobili oręż polityczny, który przyniósł im wymierne korzyści – dla Polski raczej wątpliwe.

8 lat minęło od katastrofy smoleńskiej. Wydawałoby się, że to zdarzenie powinno przejść do historii – z pełnym sztafażem, które ofiarom się należy albo nie należy. Przede wszystkim powinno dojść do narodowej refleksji – w wyniku debaty, mądrych książek – aby tragedia nie poszła na marne.

Czy państwo zdało egzamin z tej historii i czy my obywatele zdaliśmy? Państwo zdaje egzamin, badając przyczyny tragedii i wdrażając wnioski właściwych organów, aby do takiego zdarzenia nie doszło. Gdyby Katyń i Smoleńsk znajdowały się na terenie Polski, Tupolew też by się rozbił. Nie wchodzi w rachubę żadna ingerencja zewnętrzna, żadne wybuchy. Dzisiaj takie rzeczy są nie do ukrycia. Nie dotrzymano procedur bezpieczeństwa, a piloci byli niejako zmuszeni do szarży ułańskiej. Samosierrą były warunki pogodowe, fatalny stan lotniska, żaden Kozietulski z tego nie wyszedł cało.

I można byłoby na tym poprzestać. Jakiś pomnik na uboczu, coroczny lament wpisany w kalendarz uroczystości państwowych, bo przecież nie wystawia się pomników chwały i łuków triumfalnych tym, którzy nie wygrali, nie osiągnęli sukcesu.

Stało się inaczej, bo politycy z tragedii zrobili oręż polityczny, który przyniósł im wymierne korzyści, dla Polski raczej wątpliwe. Nie wydaje mi się, żeby z tego powodu naród był trwale podzielony, wystarczy, że Jarosław Kaczyński odejdzie z polityki, a wrócimy do względnie zdrowej normy. Będzie sporo do naprawiania, ale… damy radę.

Mogę tylko naigrywać się z groteskowych zachowań dzisiejszych władców i podejrzewać, że nie wiedzą, co czynią, a dokładnie: co mówią. Naprawdę mogą nie mieć wyczucia, miary, bo działa na nich ciśnienie polityczne i dbałość o kariery osobiste, polityczne.

Cóż znaczą słowa Kaczyńskiego: – „Nie lękajcie się”? To tylko farsa w ustach tego, który chodzi w obstawie, a do wielkości Jana Pawła II nigdy nie podskoczy. Albo stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „ich śmierć przyniosła jeszcze jeden element wspólny – pamięć o nich”. Autorzy „Ucha prezesa” nie muszą wszystkich dialogów pisać, Adrian wykonuje ich pracę za friko. Nie zawiódł też Mateusz Morawiecki z refleksją: – „10 kwietnia na zawsze pozostanie dniem zadumy nad polskim losem”.

Ten los sami sobie fundujemy i jest to tupolewizm, który dawno, dawno temu sformułował Jan Kochanowski, że Polak „przed szkodą i po szkodzie głupi”. Szczególnie ta głupota dotyczy polityków, którzy jak wyżej cytowani wciskają nam kit retoryczny. To oni przed katastrofą smoleńską i po katastrofie są głupi.

TO JUŻ KONIEC DOJNEJ ZMIANY. POLACY IM TEGO NIE WYBACZĄ I NIE ZAPOMNĄ.

Czy PiS ukrywa przed swoim elektoratem to, że jednak przyjęto w Polsce uchodźców?

Pierwszy o tym doniósł Leszek Miller, który podzielił się na Twitterze lekturą francuskiego „Le Figaro”. – „Minister Czaputowicz w „Le Figaro”: „Przyjęliśmy 2700 migrantów przysłanych przez Europę Zachodnią, ale oni nie chcą zostać w Polsce, gdzie stopa życiowa jest zbyt niska”.

Dlaczego te fakty nie są upublicznione? Czyżby szef MSZ znowu powiedział coś za dużo?”. Rozmowa z szefem polskiej dyplomacji Jackiem Czaputowiczem ukazała się 5 kwietnia. Zatem dlaczego tak długo nie była dostępna polskiej opinii publicznej? Choć to tylko niedługa fraza o imigrantach, powoduje zgrzyt z powodu niespójności logicznej.

Relokacji 2700 uchodźców nie można ukryć ot tak sobie, aby dziennikarze nie wywęszyli. Jakiś podmiot tym się zajmujący przesłał ich z Unii Europejskiej i ktoś ze strony polskiej przyjął, zajmują się tym duże organizacje.

Niepokoi fraza „oni nie chcą zostać w Polsce, gdzie stopa życiowa jest zbyt niska”. Czyli jakiś czas minął od relokacji, aby uchodźcy mogli przekonać się, jak jest w Polsce. No i z jakich to przybyli obszarów „bogactwa” Bliskiego Wschodu i Afryki, iż w Polsce jest dla nich „stopa życiowa zbyt niska”? Wszak uciekali przed głodem i wojną.

Taka sama argumentacja jakiś czas temu padała ze strony Beaty Szydło o uchodźcach uciekających z Polski. Ponadto z wywodu Czaputowicza można wysnuć wniosek, że jednak nie ma w Polsce uchodźców, bo… uciekli. A zatem trudno sprawdzić, czy byli, bo ich nie ma. Nie zachował się żaden dokument, do którego można odesłać?

Coś mi ten chrześcijański akt strzelisty o uchodźcach zajeżdża pisowskim szwindlem naprędce skleconym. Bo instytucje Unii Europejskiej wyciągną odpowiednie wnioski z braku solidarności władzy PiS w kwestii uchodźców. Czaputowicz zastosował manewr węgierski, w połowie stycznia Viktor Orban „pochwalił się”, że przyjął 1,3 tys. uchodźców z Syrii, Afganistanu i Iraku. A że Polska jest większa od kraju swoich bratanków, Czaputowicz zastosował algorytm „Orban razy dwa z hakiem” i wyszło mu 2,7 tys.

Jak zareaguje na to elektorat PiS, któremu fundnięto 2,7 tys. potencjalnych terrorystów? Na szczęście terroryści in spe zbiegli z Polski na Zachód, gdzie będą terroryzować „wyższą stopę życiową”.

Władze PiS nie będą mogły liczyć na veto Węgier

Może trzeba przeprosić się z Mateuszem Morawieckim. Otóż 16 lutego obecnego roku był łaskaw powiedzieć dla popularnego niemieckiego portalu n-tv.de o Węgrzech, „gdzie wszędzie jest pełno korupcji”. Gwoli sprawiedliwości podobną korupcję dostrzegł w Bułgarii, Rumunii i w Czechach.

Ależ ze mnie gapa. Byłem sfrustrowany zdjęciami wierchuszki PiS z pobytu na Węgrzech, na które Morawiecki z Jarosławem Kaczyńskim pojechali, aby odsłonić pomnik smoleński w Budapeszcie, a Viktor Orban – czyżby z zemsty za wypowiedź dla Niemców? – posadził premiera rządu polskiego na konferencji prasowej w rogu stołu, jak niesfornego uczniaka, niczym w oślej ławce.

Morawiecki, nazywając Węgry skorumpowanym krajem nie pomylił się, bowiem Parlament Europejski przedstawił raport, w którym zaleca organom Unii Europejskiej odebranie Węgrom głosu w Radzie Europejskiej i uruchomienie procedur, wypływających ze słynnego artykułu 7. Traktatu o UE, co grozi sankcjami finansowymi.

Węgrom zarzuca się naruszenie wartości demokratycznych (odwrót od standardów demokratycznych) i pogwałcenie prawa. – „Czas na wydawanie ostrzeżeń minął”– powiedziała sprawozdawczyni Parlamentu Europejskiego Judith Sargentini, przedstawiając 26-stronicowy raport.

Orban z Kaczyńskim mogą zakrzyknąć: „Brawo my!”. Przeciwko Polsce w ubiegłym roku uruchomiony został artykuł 7, zwany też opcją atomową. Wreszcie Węgry dołączyć mogą do Polski PiS. Decyzję ostateczną w sprawie Węgier PE podejmie we wrześniu.

Jeżeli tak się stanie, to PiS może być w kropce, gdyż liczyli na veto Węgier w sprawie sankcji. Czyli może być tak, że Węgry stracą prawo veta wobec Polski, jako same oskarżone.

Oskarżone kraje, „gdzie wszędzie jest pełno korupcji”, nie będą mogły chronić siebie nawzajem. Przecież w prawie tak jest, że przestępca za drugiego przestępcę nie może wnieść poręczenia.

Zbigniew Herbert

Mistrz, po prostu mistrz 🙂 Człowieku, jesteś wielki!!!

Cztery teksty Waldemar Mystkowskiego.

Czarnecki leży jak statysta twarzą do ziemi

W polskiej polityce wszystko jest możliwe, pod tym względem jesteśmy wyjątkowo kreatywni. Mamy zastępy postaci, które niewiele potrafią, nie mają szczególnych osiągnięć, a sylwetki ich nie należą do nazbyt estetycznych – a mimo to zostają celebrytami politycznymi.

Taką postacią jest Ryszard Czarnecki, którego walorów intelektualnych bądź duchowych nie można się dopatrzeć, nawet gdyby zastosować jakąkolwiek taryfę ulgową. Jest on odpowiednikiem statystów na planie filmowym, którzy za dniówkę na planie biorą 50 zł, a mają odegrać trupa na polu bitwy i to koniecznie twarzą do ziemi.

Czarnecki gra takiego „trupa” politycznego w Parlamencie Europejskim, a jego gaża to dziesiątki tysięcy euro miesięcznie. Nie gra twarzą do ziemi, ale wystawia swoją fizys wszędzie, gdzie może ją wetknąć, taki ma cug na szkło. Czarnecki nawet potrafi odegrać intelektualistę, a to pochwali się, że nabył biografię Talleyranda Jeana Orieux, albo nawet dotrzeć do cytatu z „Zaścianka” Faulknera.

Droga Czarneckiego do PiS jest usłana samymi śliskimi zachowaniami, przeszedł wiele partii, w tym Samoobronę Andrzeja Leppera, w której musiał chodzić pod czerwono-białym krawatem. Wychwalał lidera tej chłopskiej partii, jak dzisiaj Jarosława Kaczyńskiego. Płaszczenie wychodzi mu całkiem dobrze, jak owemu statyście na planie filmowym grającego trupa twarzą do ziemi.

To, że zasługuje na tłustą synekurę w Parlamencie Europejskim, musi od czasu do czasu zaświadczyć odddaniem pisowskiej sprawie. Okazji jest bez liku, PiS ma prasę w Europie i na świecie tak złą, jak komuchy w stanie wojennym. A uruchomienie artykułu 7 Traktatu UE jest dla naszego kraju największym od 1989 roku upokorzeniem na arenie międzynarodowej. To tak, jakby Gołota dostał wciry na ringu od mistrza bokserskiego Pigmejów, albo drużyna Nawałki z Robertem Lewandowskim w składzie przegrała 1:27 z jakimś Gibraltarem bądź Lichtensteinem.

Taką „chwałę” przynosi nam władza PiS. Nic, tylko śpiewać hymn przegrańców „Polacy, nic się nie stało”. Więc nie dziwmy się, że przytomni Polacy bronią kraju na miejscu i na zewnątrz, jeżeli takie możliwości posiadają. Jak posłowie na Wiejskiej, europarlamentarzyści reprezentują nas w Brukseli – w stolicy naszej większej ojczyzny, w Unii Europejskiej.

W związku z obroną Polski Róża Thun z domu Woźniakowska została przez celebrytę Czarneckiego wyzwana od „szmalcowników”. Nie wnikam, czy ten polityk z intelektem „twarzą do ziemi” jest użycia rzeczownika świadomy, czy wie, co powiedział. Tak jak nie wnikam, czy ktoś zrównoważony psychicznie może wypluć z siebie, określając rodaków kanaliami i mordami zdradzieckimi. Mniemać należy, iż to obowiązujący w tym ugrupowaniu idiom, plunąć na rodaków.

Kolejne zachowania Czarneckiego wobec Róży Thun są symptomatyczne dla tego statysty. Nie przeprosi europosłanki PO, bo nie dopatruje się niczego złego w poniżaniu jej. Ostatnio tłumaczy się, iż porównywał tylko negatywne postawy – szmalcowników i Róży Thun. Szefowie czterech największych grup politycznych w Parlamencie Europejskim chcą odwołać Czarneckiego z funkcji wiceszefa PE, więc ten uważa, że to atak na Polskę. Skrzynki mailowe europosłów – a jest ich 751 – zostały zasypane spamem, podobno na każdą z nich Czarnecki i jego kolesie z „Gazety Polskiej” wysłali po 1600 maili.

Oczywiście, postawa Czarneckiego to dowód olbrzymiego megalomaństwa, pomylenia pojęć i zakłamywania rzeczywistości. Ten człowiek to upostaciowienie politycznego statysty, którego odpowiednikiem jest trup leżący twarzą do ziemi.

Beata Kempa zanim pomogła na miejscu to wydała…👇👇👇

Pudrowanie choroby PiS

Jarosław Kaczyński nie wycofa się z demolowania kraju.

Niemal niezauważalnie dla polskich mediów rozpoczęły się w Berlinie rozmowy szefów MSZ Polski i Niemiec. Następca Witolda Waszczykowskiego Jacek Czaputowicz wydaje się być zaprzeczeniem poprzednika, a w każdym razie tak chcą go widzieć Niemcy.

„Die Welt” wita Czaputowicza ze zrozumieniem: – „Nowo mianowany szef polskiej dyplomacji Czaputowicz ma ciężką misję w Berlinie – powinien poprawić zakłócone relacje z Niemcami”. A więc robi dużo inaczej niż jego poprzednik. Dziennik już w tytule stawia pytanie: „Reparacje?” i odpowiada: „Brak tematu dla polskiego ministra”.

Czy tak rzeczywiście jest? Szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel po spotkaniu z polskim ministrem zdefiniował cel spotkania, iż Niemcy są bardzo zainteresowani, aby wraz z Polską i innymi partnerami UE stabilizować sytuacje UE.

Padły też „nieśmiertelne” od dwóch lat – tyle, ile rządzi PiS – stwierdzenia o reparacjach wojennych. Gabriel orzekł, że ta kwestia została uregulowana na początku lat 90-tych: – „Mamy pozycję jasną pod względem prawnym – otóż wszystkie kwestie reparacyjne zostały uregulowane końcowo, rząd wybrany demokratycznie na początku lat 90. to potwierdził”. To według niemieckiego ministra zamyka temat i zaproponował, żeby tą kwestią zajęły się środowiska naukowe. Czyli krótko pisząc: historycy.

Co na to polski minister? Czaputowicz dość anemicznie się przeciwstawił, najpierw zastosował pisowską argumentację, a następnie uciekł się do znamiennego dla tej partii qui pro quo. Otóż Czaputowicz powołał się na wolę suwerena, iż „chcielibyśmy, żeby (debata) była prowadzona, społeczeństwu polskiemu należy się”.

Niestety, politycy PiS budują poparcie na resentymencie wobec Niemiec. A zamierzoną pomyłką w ustach Czaputowicza jest stwierdzenie: – „Przyjmuję propozycję ministra Sigmara Gabriela, by eksperci dyskutowali na ten temat”. Typowa dla partii Kaczyńskiego celowa pokrętność, aby „dyskusję naukowców”, tj. historyków, pomylić z dyskusją (negocjacjami) ekspertów.

Ale i tak Czaputowicz zaprezentował się o niebo lepiej od Waszczykowskiego. W związku z tym jeden z prawicowych publicystów (W. Gadowski) nazwał Czaputowicza – KAPUTowiczem. Czaputowicz odniósł jakiś sukces, Gabriel nie wykluczył odnowienia rozmów ministrów dyplomacji w formacie Trójkąta Weimarskiego.

Nie oczekujmy jednak, aby nowy rząd nagle odbudował pozycję Polski w Unii Europejskiej, gdyż wiązałaby się z tym zupełnie inna polityka wewnętrzna. Kaczyńskiego nie stać na to, aby unieważnić niekonstytucyjne ustawy, czyli wycofać się z demolowania kraju i przyznać się do tego.

Na razie mamy do czynienia z pudrowaniem wizerunku władzy PiS, tak jak w XVII i XVIII wieku pudrowali swoje oblicza francuscy arystokraci, aby ukryć wykwity chorób wenerycznych. Władza PiS jest chora i w zapaści, tj. niemocy. Na tym swoją siłę może zbudować opozycja.

STOP FINANSOWANIU TVP! ⛔ złożyła wniosek do KRRiT o wstrzymanie finansowania TVP z powodu niewypełniania przez telewizję publiczną swojej misji.

Magdalena Ogórek, kiedyś SLD, dzisiaj pisowski króliczek

Wstrzeliła się w oczekiwania prawej strony, której jest już integralną częścią.

Magdalena Ogórek to króliczek Leszka Millera wyciągnięty z wyborczego kapelusza, gdy SLD rywalizowało z ugrupowaniem Janusza Palikota. Ścigali się na wszystkich polach, nawet na takich wydawałoby się mało politycznych: który z nich ma ładniejsze kobiety. Miller wystawił do wyścigów prezydenckiego Ogórek, ta choć pod względem urody była całkiem, całkiem, to politycznie żadna.

Kiedy Miller zjednoczył się w koalicję wyborczą z Palikotem, było już jednak za późno, niewiele ułamków procenta zabrakło do 8-procentowego progu wyborczego, a dzięki temu PiS sięgnęło po pełnię władzy. Nie twierdzę, że Miller jest jednym z twórców sukcesu Kaczyńskiego, acz zostawił w spadku Ogórek, która odnalazła się w zawłaszczonych przez PiS działkach – w mediach i kulturze.

Wizerunek Ogórek może cieszyć oko, jej rozum raczej nie, a także pokraczne wypowiedzi, które od czasu do czasu przebijają się w mediach. Ogórek wyraża ciągoty intelektualne, co najczęściej w jej wydaniu śmieszy.

Dla PiS Ogórek jest jakąś wartością, faworytka Millera na bezrybiu PiS jest rakiem uchodzącym za rybę, choć chciałaby być kimś więcej, np. rusałką, syreną morską. Stąd od czasu do czasu będziemy mieli do czynienia z jej ambitnymi przedsięwzięciami takimi, jak z publikacją „Lista Wächtera. Generał SS, który ograbił Kraków”, która właśnie ukazała się na rynku wydawniczym.

Temat iście pisowski, bo można bardzo wiele ugrać na patriotyzmie, antyniemieckości. Ogórek wstrzeliła się w oczekiwania prawej strony, której jest już integralną częścią. Bo generał SS Otto von Wächter to zbrodniarz nazistowski, gubernator dystryktów krakowskiego i galicyjskiego Generalnego Gubernatorstwa, który zagrabił wiele bezcennych polskich dóbr kultury.

Zaś syn esesmana Horst często odwiedza Kraków, stara się wybielić ojca, twierdzi, że ten był dobrym człowiekiem. Magdalena Ogórek tę okoliczność wykorzystała, wkupiła się w łaski Wächtera, uzyskała dostęp do jego rodzinnego archiwum, przekazał jej materiały i informacje. A teraz Niemiec czuje się oszukany.

Ogórek orżnęła także Piotra Glińskiego. Ministerstwo Kultury dofinansowało książkę 40 tys. zł. Ogórek zarzekała się, że dla niej z dotacji nie skapnie ani złotówka („Dotacja jest dla wydawnictwa, autor nie ma z niej ani 1 zł” – oburzała się Ogórek na Twitterze). Kandydatka SLD na prezydenta została sprawdzona przez portal Wirtualna Polska u źródeł, czyli w wydawnictwie Zona Zero, a tam w spisie wydatków z dotacji stoi, jak byk: 9 tys. zł – honorarium Magdaleny Ogórek.

Nie jest to suma powalająca, ale króliczek Millera kłamie jak z nut, co jest niejaką normą w środowisku PiS. Nie piszę o jakości prozy Ogórek, bo książki nie czytałem, jednak dostępne w internecie fragmenty nie wyrokują, abyśmy mieli z czymś więcej do czytania niż z grafomanią. Taki patriotyczny króliczek, który kica z kłamstewka na kłamstewko.

Cała rodzina Rysia w spółkach Skarbu państwa.

Pisowska mała stabilizacja chwyta nas za twarz

Prof. Andrzej Rychard stwierdza w wywiadzie dla portalu wiadomo.co, iż „nikt nie wie, co siedzi w głowie Kaczyńskiego”. Rychard stwierdza, a nie zastanawia się, bo umeblowanie głowy prezesa PiS jest wtórne do tego, w jaką rzeczywistość wchodzi Polska.

Jarosław Kaczyński fascynuje się władzą, bo tylko ona jest w jego zasięgu, tylko ją ma. Gdyby przeszedł na emeryturę, napotkałby swoją pustkę, a w niej szybko się umiera. Prezes Kaczyński nie jest osobowością, jest postacią, która poprzez zasiedzenie w polityce zdobyła władzy więcej, niż inni zdolniejsi od niego.

A że Kaczyński pragnie tylko władzy, więc nie rozumie, o co we władzy biega, jak poprzez władzę czynić dobro i jak nim rozporządzać. Pozostaje mu autorytaryzm, który narzuca cele i potrzeby, nawet jeżeli dla autokraty one faktycznie nie istnieją.

Polska znalazła się w pułapce stabilizacji. Po dwóch latach burzy i naporu „dobrej zmiany”, po zdemolowaniu mediów, instytucji kultury i wymiaru sprawiedliwości, społeczeństwo chce te ruiny zagospodarować, urządzić się w nich, zyskać „małą stabilizację”, aby realizować się, swemu życiu nadać jakiś sens. Bunt się wypalił, bo on zawsze ma siłę słomy, wybucha i z byle powodu gaśnie.

Bunt, który nie zmiecie skamieliny jest trudny do odtworzenia, bo okazji będzie coraz mniej. Uważam, że najbliższą będą wybory. Jeżeli dojdzie do fałszerstw, a te we współczesnym świecie są łatwe do wykrycia, społeczeństwo obywatelskie musi być o wiele lepiej przygotowane i skonsolidowane, nie może pozwolić sobą manipulować.

Przecież nie chcemy, aby nam Polskę urządzały takie osoby, jak minister perukarz Marek Suski, który jest króliczkiem prezesa, dla „Newsweeka” mówi: – „Nigdy nie zwątpiłem w prezesa i nigdy na krok od partii nie odstąpiłem”. Ani nie chcemy takich impotentnych osób, jak Błaszczak, którego prof. Rychard określa: – „W przypadku Mariusza Błaszczaka nie wiadomo nic, oprócz tego, że prochu nie wymyśli, ale też go nie zdetonuje”.

Wchodzimy w etap znany ze „szczęśliwie minionego systemu”. Czy pogodzimy się w takiej autokracji, reżimie ze zmarginalizowaniem, zdegradowaniem, z małością kraju i przede wszystkim własną? Pisowska mała stabilizacja chwyci nas za twarz i może długo nie puścić!