Posts Tagged ‘Jacek Międlar’

Kolejne 20 mln zł dla T.Rydzyka! Zapraszam na moją stronę: tam jest szczegółowy rachunek

Przyszedł prezes do lekarza…

Były ksiądz narodowiec nareszcie ukarany

Warszawski sąd okręgowy wydał dziś wyrok w sprawie Jacka Międlara, którego o nawoływanie do pozbawienia jej życia oskarżyła posłanka Nowoczesnej Joanna Scheuring-Wielgus. Były ksiądz został skazany na pól roku ograniczenia wolności połączone z obowiązkiem pracy na cele społeczne po 30 godzin w miesiącu.

W czasie kazania w Białymstoku Międlar powiedział: – „Największą przeszkodą na drodze ruchu wolnościowego zdążającego do umocnienia narodu nie są oligarchowie, mafia, establishment czy wrogowie, ale jest zwykłe tchórzostwo, zwykła żydowska pasywność (…). Ciemiężyciele i pasywny żydowski motłoch będzie chciał was rzucić na kolana, przeczołgać, przemielić, przełknąć, przetrawić, a na koniec będzie chciał was wypluć, bo jesteście niewygodni”. Posłanka Joanna Scheuring-Wielgus zawiadomiła prokuraturę.

Kiedy Międlar dowiedział się o tym, na Twitterze umieścił obraźliwy dla posłanki Nowoczesnej wpis: „Konfidentka, zwolenniczka zabijania (aborcji) i islamizacji. Kiedyś dla takich była brzytwa! Dziś prawda i modlitwa?”. Dzisiaj uzasadniając wyrok sędzia Agnieszka Modzelewska powiedziała: – „Wpis zawierał określenia powszechnie uważane za obelżywe, mające na celu upokorzenie, wyrażające pogardę i lekceważenie. niesie w sobie ogromny ładunek negatywnych emocji”.

A Joanna Scheuring-Wielgus skomentowała dla „Wyborczej”: – „Moim celem nie było wysłanie pana Międlara do więzienia, ale danie sygnału, że nie zgadzamy się na hejt, na poniżanie i straszenie innych. Mam nadzieję, że on kiedyś też dostrzeże, że popełnił błąd. Pani sędzia mówiła dużo w uzasadnieniu o godności człowieka i ten wyrok potwierdza, że nikt nie ma prawa jej odbierać”.

Wyrok nie jest prawomocny. Międlar – oczywiście – niczego nie dostrzegł ani nie zrozumiał i zapowiedział odwołanie się od niego.

Znów wszystko po staremu / ©Andrzej Mleczko

Nie będzie wyjaśnień związków Macierewicza z rosyjskimi służbami specjalnymi

Sejmowa komisja obrony narodowej – głosami posłów PiS – nie przyjęła w środę dezyderatu do premier Beaty Szydło w sprawie powiązań ministra obrony Antoniego Macierewicza mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

Taki dezyderat zgłosiła Platforma Obywatelska. Posłanka tej partii Bożena Kamińska mówiła, że od ponad roku w polskiej i zagranicznej prasie publikowane są materiały dotyczące podejrzanych i niebezpiecznych z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski powiązaniach szefa MON. Powołała się m.in. na książkę Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”.

Cezary Tomczyk z kolei mówił, że w przestrzeni publicznej funkcjonuje wiele różnych spraw, m.in. „zamach smoleński”, które się bada. – „Czy w tej sprawie też mamy wierzyć na słowo wiceministra, który jest podwładnym szefa MON” – pytał, nawiązując do wypowiedzi Kownackiego. Zastępca Macierewicza stwierdził wcześniej: – „Komu, jak komu, ale ministrowi Macierewiczowi zarzucanie rosyjskiej agentury to jest nieprzyzwoitość. Tego Goebbels i komuniści by się nie powstydzili”.

Tomczyk podkreślał, że nikt nie podważa historycznych zasług Macierewicza, jak udział w założeniu KOR, czy działalności w opozycji demokratycznej. – „Wątpliwości dotyczą ostatnich lat” – zaznaczył. Według niego w odpowiedzi i argumentach obrońców ministra nie ma odniesienia do faktów, są jedynie inwektywy w stosunku do wnioskodawców dezyderatu. – „Ze strony ministra zamiast obrony dobrego imienia jest wniosek do prokuratury o ściganie dziennikarza” – powiedział Tomczyk.

Książka Tomasza Piątka pt. „Macierewicz i jego tajemnice” opisuje i dokumentuje m.in. powiązania szefa MON z gangsterem-finansistą Siemionem Mogilewiczem, który współpracuje z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU, jak również z samym Władimirem Putinem. Pod koniec czerwca Macierewicz złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez Tomasza Piątka.

👏👏👏👏👏

Waldemar Mystkowski pisze o „propozycji” Emmanuela Macrona.

Duda – morderca Konstytucji i Dr No – Kaczyński

Zagładą dla Polski jest wykluczenie z rodziny państw demokratycznych, z Unii Europejskiej, a do tego zmierzamy pod obecną władzą.

Andrzej Duda w wywiadzie opublikowanym w „Dzienniku” ogłosił się umiarkowanym w „reformowaniu” sądów. Zatem kto jest nieumiarkowany? Wychodzi na to, że Zbigniew Ziobro, a przede wszystkim Jarosław Kaczyński, który nieumiarkowanie – bo aż dwa razy – przybył do Belwederu, aby namawiać Dudę do nieumiarkowania.

Ile razy Duda złamał Konstytucję? Tego nawet Jacek Kurski nie zliczy, choć lubi rachować uczestników protestów. A Kaczyński ani razu nie złamał Konstytucji. Więc kto jest nieumiarkowany? Duda nie raz zamordował Konstytucję RP. Jaka zatem jest różnica między mordercą a seryjnym mordercą?

A Duda seryjnie morduje Konstytucję, Kaczyński ani razu. Szukając dla prezesa porównania, przypomina się stara postać filmowa Dr No, który nie mordował pojedynczo ani seryjnie, tylko planował zagładę.

Zagładą dla Polski jest wykluczenie z rodziny państw demokratycznych, z Unii Europejskiej, a do tego zmierzamy pod obecną władzą. Jednym z najważniejszych elementów zagłady Dr No jest zniszczenie trójpodziału władzy, pozbawienie władzy sądowniczej niezależności. Nie reforma, ale pokiereszowanie sądów. Oczywiście, jest to reforma ze zdeformowaną facjatą, a Duda mówi, że tylko chce obić, zrobić limo.

Nie! Duda morduje, Dr No Kaczyński niesie zagładę. Mylę się? Ależ o tej zagładzie – cywilizacyjnym Holocauście dla Polski – mówił prezydent Francji Emmanuel Macron na nobliwej uczelni, na paryskiej Sorbonie, za którą lata świetlne są nasze uniwersytety.

 „Ten rząd powinien bardzo jasno wytłumaczyć polskiemu ludowi, że jeżeli wprowadzi swój program, musi zaproponować opuszczenie Europy” – powiedział prezydent Francji. Zagłada cywilizacyjna dla Polski. Politycy francuscy sporo wiedzą o Polsce, znają nasze siły i słabości, są wyrachowani, nie bez powodu ich najwybitniejszym dyplomatą był Talleyrand. Francja przegrywa wojny, ale za kulisami potrafi sięgnąć po zwycięstwa.

Macron jest z tej francuskiej szkoły. Ma dla nas słowa współczucia, dla społeczeństwa obywatelskiego, które już raz z władzą PiS w lipcu wygrało. Macron odwołał się do polskich studentów i młodzieży – największej siły lipcowych Łańcuchów Światła – by organizowali debaty, przekonywali społeczeństwo polskie do pozostania w europejskiej rodzinie (jak to kiedyś w tytule zawarł Czesław Miłosz – w „Rodzinnej Europie”).

Dr No Kaczyński i morderca Konstytucji (seryjny) Duda szykują nam zagładę cywilizacyjną, taki sam Holocaust, jakim był PRL.

>>>

od-czasu

Passent: Jaśnie Pan ma teraz 2 zmartwienia: 1/ Jak utrącić Tuska, 2/Jak przegonić aktorki i aktorów ze sceny polit.

c5mwlwswqaeqmiv

W „Wyborczej” świetny wywiad z Kazimierzem Marcinkiewiczem, który przeprowadzili Adam Michnik i Dominika Wielowieyska.  Dziesięć lat temu Kaczyński mówił: wywracamy stolik w naszym domu. Dziś mówi: wywracamy do góry nogami dom.

kazimierz-marcinkiewicz-kaczynski

Kazimierz Marcinkiewicz: Kaczyński stracił wszystko, co kochał. Żyje przeszłością i władzą

ADAM MICHNIK: Jak się czuje Beata Szydło jako premier bez władzy, wykonujący polecenia Jarosława Kaczyńskiego? Pan też kiedyś był obsadzony w tej roli.

KAZIMIERZ MARCINKIEWICZ: Nie zazdroszczę Beacie Szydło, bo ma sto razy gorzej. Ja jednak mogłem sobie ułożyć połowę rządu. Wybrałem np. Stefana Mellera, Grażynę Gęsicką, Zbigniewa Religę. To zupełnie inna klasa polityków. Spotykałem się z Jarosławem raz w tygodniu – w piątek na godzinę. Dzwoniliśmy do siebie incydentalnie. Ale decyzje zapadały na Radzie Ministrów. Rząd Beaty Szydło był tworzony za jej plecami, ministrowie wszystkie decyzje uzgadniają na Nowogrodzkiej, a nie w Alejach Ujazdowskich. Pani premier może ma jakiś wpływ na treść swoich przemówień, i to by było na tyle. Tak wynika z opowieści moich znajomych z PiS.

DOMINIKA WIELOWIEYSKA: Pańscy ministrowie też chodzili na Nowogrodzką.

– Nieliczni i nie za często. Chodzili Zbigniew Ziobro, Ludwik Dorn, ale potem relacjonowali mi te rozmowy. I Zbigniew Wassermann, który także był u mnie dwa razy w tygodniu na długiej rozmowie. Czułem odpowiedzialność za działanie służb i musiałem ich pilnować, bo wiedziałem, że to źródło różnych zagrożeń. I przez ten rok, kiedy rządziłem, żadnych awantur ze służbami nie było.

D.W.: Rząd PiS ma teraz problemy z powodu powtarzających się wypadków z udziałem Biura Ochrony Rządu i Żandarmerii Wojskowej.

– Takiej sytuacji nie było w żadnym poprzednim rządzie ani nie spotyka się jej na świecie. Moim zdaniem wynika to z arogancji władzy, która tworzy atmosferę nacisku i podejrzliwości, uważa, że rządzi absolutnie wszystkim i wszystkimi, także kierowcami czy pilotami. A stąd blisko już do błędów.

A.M.: Jak kształtowały się pańskie relacje z Jarosławem Kaczyńskim?

– Na fali popularności Lecha Kaczyńskiego Jarosław zaczął budować PiS. Kaczyński zawsze potrzebował kogoś, kto się zajmie gospodarką. Kiedyś to był Adam Glapiński, po jakimś czasie byłem ja, a potem w rządzie tę funkcję pełniła Zyta Gilowska. Nieważne są poglądy ekonomiczne tych osób, bo Jarosław Kaczyński nie ma ekonomicznych poglądów. Może być liberalna Gilowska i narodowiec o poglądach socjalistycznych Mateusz Morawiecki. Ważne, że ktoś działkę gospodarczą zdejmuje mu z głowy. Nasza grupa – przyszliśmy do PiS z Markiem Jurkiem, Kazimierzem Michałem Ujazdowskim, Wieśkiem Walendziakiem i Mirkiem Styczniem – przekonała Kaczyńskiego do obniżenia podatków, choć pół roku wcześniej głosował za 50-procentową stawką dla najbogatszych.

D.W.: Dlaczego postawił pan na współpracę z Kaczyńskim?

– Chcieliśmy jednoczyć prawicę. Mieliśmy nadzieję, że uda się zrobić partię, w której nie będzie totalnego lidera, tak jak dziś. Byliśmy też dobrym zapleczem merytorycznym – i Jarosław to wiedział. Mieliśmy poczucie, że możemy być przynajmniej pułkownikami przy generale.

W PiS przez dłuższy czas był Kaczyński, był Ludwik Dorn, i na tym koniec. Nikogo kreatywnego. Nie zabierali głosu, a jeśli nawet, to tylko po to, aby powtórzyć coś za Jarosławem.

A.M.: Gdy został pan premierem, pańskie notowania w sondażach szły w górę. Co takiego się stało, że Kaczyński pozbawił pana stanowiska?

– Pierwszy powód był następujący: chcieliśmy doprowadzić do przyspieszonych wyborów. Prezydent Kaczyński miał nie podpisać budżetu i kadencja Sejmu zostałaby skrócona. Przygotowaliśmy podsumowanie stu dni rządu, mieliśmy zaplanowaną kampanię wyborczą zatwierdzoną przez Jarosława. Wszystkie sondaże dawały nam większość w Sejmie bez LPR i Samoobrony. Bo chodziło o to, aby rządzić samodzielnie. Dzień przed decyzją o niepodpisaniu budżetu przyszedł do Jarosława Andrzej Urbański i mówi: „Świetny projekt z tymi przyspieszonymi wyborami, tylko powiedz mi, kto będzie twarzą tego zwycięstwa: ty czy Marcinkiewicz?”. I Jarosław uznał, że to jest problem. Bo teraz ma premiera z nadania, a będzie miał premiera, który wygrał wybory. I z dnia na dzień zrezygnował z tego planu.

D.W.: Napisałam kilka tygodni temu, że Jarosław Kaczyński chciał ten scenariusz powtórzyć i tym razem. Dał ludziom 500+, rozpętał wojnę o Trybunał, która scementowała jego obóz i trzymała emocje na wysokim poziomie, a polaryzacja sceny politycznej spychała małe ugrupowania na margines. Sądził, że dzięki rozdanym pieniądzom notowania PiS poszybują do 50 proc. I dostanie też premię za zwycięstwo, tak jak PO – rok po wyborach z 2007 r. Wtedy wygra przyspieszone wybory i będzie miał większość konstytucyjną.

– To bardzo prawdopodobne, że planował wybory na wiosnę tego roku. Kiedy zobaczył, że sondaże stoją w miejscu mimo 500+, to w lecie nagle zarządził obniżenie wieku emerytalnego, choć część jego zaplecza gospodarczego broniła się przed tym rękami i nogami. Po cichu mówili inwestorom, że nie ma co się martwić, że to tylko puste obietnice. Ale Kaczyński był zdeterminowany, sądził, że obniżenie wieku może przyniesie mu premię. Nie przyniosło, dlatego zrezygnował z przyspieszonych wyborów. Na razie.

D.W.: Wróćmy do drugiego powodu, dla którego przestał pan być premierem.

– Mimo rezygnacji z przyspieszonych wyborów poparcie wciąż szło w górę. I wtedy zakon PC namówił Lecha Kaczyńskiego, aby mocno się postawił Jarosławowi i wymógł na nim decyzję o mojej dymisji. Leszek mi później tłumaczył, że Jarosław zasługuje, by być premierem, i musi mieć w CV to stanowisko. Jarosław długo bił się z myślami. Uważał, że będzie to źle odebrane, jeśli w Pałacu Prezydenckim i w kancelarii premiera urzędować będzie dwóch braci.

D.W.: Dzisiaj Kaczyński nie martwi się popularnością Beaty Szydło?

– Tym razem nie ma to znaczenia, bo nie są to tak wysokie notowania jak 10-11 lat temu, kiedy mieliśmy ponad 70 proc. zaufania społecznego. Szydło nie wybije się na niepodległość, zaakceptowała bycie marionetką.

D.W.: Lech Kaczyński był hamulcowym radykalnych pomysłów Jarosława?

– Jeśli miałem problem z Jarosławem, szedłem do Lecha i nawet przy mnie dzwonił do brata. On bronił Jarosława przed atakami. Jednocześnie drażniło go, że ja jako premier jestem lubiany, a Jarosław ma tak duży elektorat negatywny. Ale widział, że to, co Jarosław planuje – zwłaszcza w polityce wewnętrznej – idzie za daleko.

A.M.: To była obsesja układu, który tropił Kaczyński?

– Dlatego cały czas naciskał na Ziobrę i szefa CBA Mariusza Kamińskiego, żeby mu coś przynieśli na ten „układ”. Pamiętam, jak szczęśliwy Ziobro do mnie zadzwonił, że wiezie do Jarosława akta afery węglowej związanej z Blidą, bo wreszcie pojawiły się nazwiska polityków. Jarosław – gdy żądał dowodów na „układ” – posługiwał się konkretnymi nazwiskami. Mówił np., że nie może być tak, że nie ma nic na Schetynę, bo on na pewno ma coś za uszami.

D.W.: Jakie są relacje Kaczyńskiego z Antonim Macierewiczem? Są swoimi zakładnikami? Kaczyński boi się frakcji w PiS?

– W moim rządzie Macierewicza nie było. Kiedy później wchodził do MON, mówiłem Radkowi Sikorskiemu: „Bierzesz wielką odpowiedzialność za tego człowieka”. W jednej z moich ostatnich rozmów z Jarosławem rozmawialiśmy o Macierewiczu, który miał zostać pełnomocnikiem ds. likwidacji WSI. Powiedziałem Kaczyńskiemu: „Chyba zwariowałeś, on po miesiącu wsadzi ci nóż w plecy, nigdy nie zbudował niczego pozytywnego”. Pamiętałem, jak usiłował przejąć ZChN i zniszczyć profesora Wiesława Chrzanowskiego. A Kaczyński na to: „Nie znalazłem nikogo, kto może być tak zdesperowany i nie zawaha się przeprowadzić tak trudnej operacji. Oczywiście wiem, jaki on jest, dlatego do tworzenia służb powołam kogoś innego”. Macierewicz go jednak omotał, zbudował silną pozycję, także poprzez informacje pochodzące od służb specjalnych. I to jest jego siła, a dla Jarosława jest to wiedza bardzo ważna.

D.W.: Jak dziś wyglądają relacje Kaczyńskiego z takimi politykami jak Macierewicz czy Ziobro w porównaniu z tym, co działo się dziesięć lat temu?

– Podstawowa różnica polega na tym, że Kaczyński wymusił na nich ograniczenie do minimum występów publicznych. Proszę zauważyć, że w porównaniu z innymi ministrami ta dwójka stosunkowo rzadko pojawia się w mediach. Kaczyński powiedział im: macie robić to, co robicie, ale w zaciszu gabinetów.

D.W.: Dlaczego?

– Boi się, że jeśli będą często występować publicznie, to przejmą jego elektorat, wykreują się na silniejsze osobowości od lidera. Gdy odszedłem z rządu, Ziobro stał się pierwszoplanową postacią. Występował niemal codziennie: a to w telewizji, a to na konferencji prasowej. Teraz – tylko co jakiś czas. Dziesięć lat temu chciał zbudować swoją pozycję podobnie jak kiedyś Lech Kaczyński jako minister sprawiedliwości w rządzie Buzka. I to go ośmieliło później do buntu przeciwko Kaczyńskiemu. Teraz został litościwie przyjęty z powrotem, pod warunkiem że się schowa. Macierewicz wyrósł bardzo przy okazji katastrofy smoleńskiej, dlatego Kaczyński nie chce go nadmiernie eksponować.

D.W.: Może i nie chce, ale Macierewicz nie wychodzi z Radia Maryja. Trwa próba sił między nim a Kaczyńskim w sprawie dymisji Bartłomieja Misiewicza. To jednak niewiarygodne, że młody pomocnik aptekarza stał się źródłem poważnego konfliktu w obozie rządzącym.

– Wytłumaczenie jest bardzo proste. Oni muszą budować swoje poparcie poprzez pełne posłuszeństwo. Misiewicz jest po to, by tłamsić wojskowych, łamać im kręgosłupy, bo wówczas będą ślepo posłuszni i uzależnieni od tego układu władzy. Poza tym Misiewicz jest symbolem wiernopoddaństwa, a to istotny przekaz do swoich: widzicie, jemu włos z głowy nie spadnie, choćby zrobił największe głupoty, bo jest wierny. Nawiasem mówiąc, żołnierze z przetrąconym kręgosłupem nie przydadzą się w państwie demokratycznym.

A.M.: Czym się charakteryzują i czym się kierują ludzie z czołówki obozu władzy, np. Brudziński czy Ziobro?

– Brudziński, Błaszczak, Kuchciński, zakon PC, karierę zawdzięczają wyłącznie Kaczyńskiemu. Nie mają talentów ani zawodów. Nieważne, jakie mają poglądy. Bez Kaczyńskiego ich nie ma. Są mu ślepo oddani, nigdy z nim nie polemizują, a jeśli już, to walczą o stołki dla swoich. Ziobro do tej grupy nie należy, jest bardziej samodzielny. On ciągle myśli, że jest następcą Kaczyńskiego.

A.M.: Macierewicz nie widzi siebie w tej samej roli?

– Widzi, ale jest w PiS znienawidzony. Ma swoją małą frakcję, silnie związaną z Rydzykiem. Nie chodzi o religię czy ideowość. Łączą ich wspólne cele polityczne, razem chcą być silniejszym partnerem dla Kaczyńskiego.

D.W.: Brudziński ma bardzo mocną pozycję?

– Jest liderem zakonu PC, lecz na przywództwo nie ma dużych szans. Zakon też jest znienawidzony jako grupa, która zajęła najwięcej stanowisk i wykosiła wielu konkurentów. Biorą najlepsze kąski, jak Orlen, którego prezesem został Wojciech Jasiński.

Jarosław tak zresztą zarządza partią: jest arbitrem pomiędzy nieznoszącymi się frakcjami.

Gdyby go zabrakło, partia natychmiast by się rozpadła. Nie ma tam żadnej osobowości, która utrzymałaby jedność tego obozu.

D.W.: Przecież w PiS są ludzie myślący, odróżniają propagandę od faktów. Jak to możliwe, że popierają zniszczenie Trybunału, łamanie konstytucji.

– Dominuje fascynacja siłą i skutecznością Kaczyńskiego. Działa na nich adrenalina władzy i nie są w stanie przestawić się na myślenie o Polsce, bo jeszcze kuzyn nie ma pracy i siostra wujka, i kumpel jest nie tam, gdzie być powinien. Oni wciąż układają się w tej władzy. I boją się o miejsca na listach wyborczych w przyszłości.

A.M.: Do czego dąży Jarosław Kaczyński?

– Nigdy nie miał jednorodnych poglądów. Dostosowywał je do potrzeb swojego elektoratu i podporządkowywał jednemu celowi, czyli zdobyciu władzy. Władza jest najważniejsza. Jest jednak istotna różnica między tym, co się działo dziesięć lat temu, a tym, co dzieje się teraz. Wtedy mówił: wywracamy stolik w naszym domu. A dziś: wywracamy do góry nogami dom. Kaczyński żyje tylko przeszłością. Dlaczego więc miałby się przejmować przyszłością innych?

D.W.: Notowania PiS trzymają się wciąż na podobnym poziomie.

– Szczegółowa analiza sondaży pokazuje, że PiS stracił ok. 8 proc.wyborców centrowych, którzy głosowali przeciwko PO, ale tyle samo zyskał wśród tych, którzy głosowali na mniejsze partie albo w ogóle nie głosowali, a mają radykalne antyestablishmentowe poglądy. Na wsi i w małych miastach Kaczyński jest kochany za 500+. Ludzie nie chodzili tam na wybory, bo uważali, że wszyscy politycy ich lekceważą. Teraz mówią, że pójdą.

A.M.: Gdyby miał pan podsumować rok „dobrej zmiany”?

– 500+ znacząco zmieniło polską prowincję. Żyje się tam lepiej, spokojniej, ludzie poczuli stabilizację materialną. Przestali brać chwilówki. Tylko o tym rozmawiają i reszta ich nie interesuje. Druga rzecz: Kaczyński odwraca Polskę do góry nogami. Chce ją oddać swoim. Zrobił to w aparacie państwowym i spółkach skarbu państwa, ale nie ma wpływu na samorządy, dlatego chce zmienić ordynację, tak aby wyeliminować najmocniejszych graczy spośród prezydentów, wójtów i burmistrzów. Liczy, że dzięki temu wypromuje swoich ludzi. To jest niezgodne z konstytucją, ale on to przewidział i zniszczył Trybunał.

A.M.: Mówił, że w Warszawie będzie Budapeszt, lecz mam wrażenie, że oni budują państwo typu putinowskiego.

– Państwo Orbána niewiele się różni od państwa Putina. Orbán tworzy własne media, ma własnych oligarchów, którzy dzięki niemu stają się jeszcze bogatsi. Buduje swój kapitalizm. Kaczyński idzie w tę samą stronę. Różnica między nimi jest taka, że Orbán zmieniał konstytucję zgodnie z prawem, a Kaczyński ją łamie. Likwidacja instytucji demokratycznych i procedur na rzecz wodzostwa to zmiana zachodniego stylu władzy na wschodni. To osłabia i tak słabe państwo, jakim była Polska PO, bo silne państwo to silne i niezależne instytucje i proste, jasne dla wszystkich procedury. Zobaczmy, jak w Wielkiej Brytanii zmieniają się premierzy i ministrowie, a państwo cały czas jest silne.

D.W.: Wielu komentatorów opowiadało przed wyborami, że PiS nie będzie otwierał tylu frontów, że wyciągnął wnioski z czasów pierwszych rządów. Po czym mamy wojnę na bardzo licznych frontach i przeciwko bardzo różnym grupom społecznym.

– Dlatego że Adam Bielan podsunął Kaczyńskiemu bardzo skuteczną narrację, która jest głównym motywem w pisowskim przekazie dnia: na ulicach demonstrują oderwani od koryta. Z obywateli, którzy protestują przeciwko łamaniu konstytucji, zrobił zdrajców, złodziei, którzy żyli kosztem społeczeństwa, a teraz pomstują na „dobrą zmianę” i żałują dla innych 500+. Ta opowieść załamie się dopiero wtedy, gdy przeciwko PiS wystąpią konkretne grupy zawodowe, np. górnicy. I wtedy pojawi się problem, bo narracja o oderwanych od koryta przestanie się sprawdzać.

Ludzie przyzwyczają się do 500+, a jednocześnie będzie ich drażnić chaos, który wprowadza władza. Przecież gdy PiS przegrywał w 2007 r., Kaczyński miał dobry wzrost gospodarczy, malejące bezrobocie, ludziom relatywnie się poprawiło. Ale mieli dość ciągłego zamieszania.

A.M.: Czy to nie zmieni sytuacji na jeszcze bardziej niebezpieczną, bo jeśli górnicy wyjdą, to wiatru w żagle nabiorą narodowcy?

– Kaczyński zrozumiał, że narodowcy to jego elektorat, i PiS skutecznie ich kokietuje.

D.W.: Prokuratura jest dla nich bardzo wyrozumiała: albo umarza śledztwo, albo apeluje do sądu drugiej instancji, by zmniejszyć karę, np. wtedy, gdy spalono kukłę Żyda na wrocławskim Rynku.

A.M.: Akurat w przypadku spalenia kukły Żyda wyrok bezwzględnego więzienia to przesada. Grzywna, prace społeczne – owszem. Kara w zawieszeniu też jest dopuszczalna. Ale bezwzględne więzienie? Tu akurat prokuratura miała rację, że wnioskowała o złagodzenie kary.

– Zgadzamy się jednak, że we wszystkich innych sprawach prokuratura hołubi nacjonalistów. Ziobro nie chce ich sobie zrażać.

A.M.: Ostatni rok przyniósł oddolny spontaniczny ruch sprzeciwu. Czegoś takiego po 1989 roku nie było. Dużo jeździłem po Polsce i jestem tym zafascynowany. Ale jest tam mało młodzieży.

– Młodzi obydwie strony sporu uważają za złe. Mają duże aspiracje i oczekiwania. Żądają więcej niż starzy, a tymczasem widzą, że nie mają już szans na tak skokową poprawę, jakiej doświadczyli ich rodzice. Może nawet będzie im gorzej, bo mają zablokowane drogi awansu.

A.M.: Studenci z Wrocławia wezwali do protestów, lecz nie chcą być mięsem armatnim staruchów, chcą odezwać się swoim głosem.

D.W.: Te protesty nie były liczne. Moja córka na pytanie, dlaczego młodzi się nie angażują, odpowiedziała: „Urodziliśmy się i dorastaliśmy w rzeczywistości, w której demokracja, wolność mediów, prawa obywatelskie były czymś zastanym, a więc pewnym. Nie wyobrażamy sobie, że ktoś może to zabrać”.

– Liczba demonstracji będzie wzrastać, chaos w państwie będzie postępował, podział społeczeństwa będzie jeszcze większy. Z drugiej strony mamy problem z liderami opozycji. Rok temu mówiliśmy, że mają rozmaite braki i słabości. Dziś mają te same obciążenia na swoim koncie, a jeszcze doszły następne. Stoimy w miejscu.

Schetyna jest lepszy w grach politycznych niż w wystąpieniach publicznych, ale przecież przez rok mógł bardziej zainwestować w siebie. Nie zrobił nic. Petru ma pewną świeżość, fajne zaplecze, nie nauczył się jednak niczego, dalej zalicza wpadki.

D.W.: O panu też można powiedzieć, że miał pan olbrzymi kapitał zaufania społecznego, a potem pan to roztrwonił, rujnując swój wizerunek.

– Ale to zupełnie inna sytuacja, bo ja odszedłem z polityki. A gdy odchodziłem, to miałem rekordowe notowania. Poszedłem pracować na swoje i od tamtej chwili wszystkie moje wybory to już wyłącznie moja prywatna sprawa.

D.W.: Co by pan doradził Ryszardowi Petru w związku z jego kłopotami zahaczającymi także o życie prywatne?

– Uważam, że jego życie osobiste nie ma wpływu na notowania. Ważniejsze jest to, że w czasie okupacji sali sejmowej pojechał do Portugalii na wakacje, a nie to – z kim. Najgorsze jest to, że partie opozycyjne nie pracują tak, jak mogłyby pracować. Potrzebny jest dobry zespół, który by narzucał tematy i demaskował błędy władzy. Trzeba zatrudnić profesjonalistów i znaleźć sposób na przełożenie brutalnego politycznego języka PiS na życie ludzi, aby zbudować prosty przekaz trafiający do obywateli.

D.W.: Przykład?

– Można było wziąć filmowców, informatyków i Bóg wie jeszcze kogo, dokładnie przefiltrować nagrania z sejmowych kamer, policzyć, ilu było posłów w Sali Kolumnowej, i wykazać, że nie było kworum przy głosowaniu nad budżetem.

Oczywiście PO, a tym samym cała opozycja, ma pewien problem. Z jednej strony to jedyna partia, która ma pieniądze, co jest niezwykle ważne. Ale nie potrafi się wykaraskać z rządowej przeszłości. Powinna jeszcze bardziej pokazywać twarze nowych ludzi.

D.W.: Opozycja ma dylemat, czy być opozycją umiarkowaną, która tylko przygląda się temu, co PiS robi, czy jednak iść na zwarcie, bo część wyborców tego oczekuje.

– To nie jest żaden dylemat. Można wybrać każdą z tych opcji i każda może się okazać skuteczna. Pod warunkiem że politycy mają plan, jak to rozegrać i zbudować kampanię informacyjną. To nie może się odbywać na zasadzie pospolitego ruszenia. Trzeba było wytłumaczyć, dlaczego zostali w sali obrad. A to średnio się udało.

D.W.: Czy po wizycie Angeli Merkel w Warszawie można powiedzieć, że w polityce zagranicznej nastąpił teraz zwrot i Niemcy stały się partnerem rządu PiS, a nie wrogiem?

– Jestem przekonany, że Merkel zrobiła wszystko, by przywrócić szanse na poważny dialog z Polską, bez względu na głupie zagrywki polskiej strony prosto z piaskownicy.

D.W.: O jakich zagrywkach pan mówi?

– W czasie rozmowy z Merkel Kaczyńskiemu towarzyszyli Ryszard Legutko i Zdzisław Krasnodębski, antyniemieccy europosłowie. Przecież to afront.

A.M.: Pan zaistniał poważnie w polityce, kiedy odniósł pan sukces w załatwianiu środków unijnych dla Polski. Jak dziś Polska jest usytuowana w polityce międzynarodowej?

– Nasza pozycja legła w gruzach z prostego powodu: Jarosław Kaczyński kompletnie nie interesuje się sprawami zagranicznymi, nie rozumie, co się dzieje na świecie. Chyba że coś dotyczy bezpośrednio Polski. Dlatego większość wystąpień polityków PiS na zewnątrz tak naprawdę jest obliczona wyłącznie na uzyskanie efektu propagandowego w Polsce. A jakie to ma konsekwencje dla naszej pozycji w świecie, to już nie ma dla nich większego znaczenia.

Jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Rosja staje na nogi po kryzysie, pokłóciliśmy się z Francją, odwróciliśmy od Niemiec, bo jeśli nasze relacje są w miarę poprawne, to tylko dlatego, że Merkel nie chce ich pogarszać. I mamy Trumpa w USA, co w najbliższych latach będzie oznaczać odwilż z Rosją. Sankcje zostaną zniesione, firmy europejskie rzucą się na Rosję, która jest dziś jak wysuszona gąbka, gotowa wchłonąć życiodajne inwestycje. Rzucą się tam Amerykanie. Na tym przegrają najbardziej Polska i Ukraina. Zostaniemy sami, bo odwróciliśmy się od sojuszników w Europie.

Stajemy się coraz bardziej niechcianym kłopotem Europy.

*Kazimierz Marcinkiewicz – były poseł związany z ZChN, potem AWS i PiS. Były wiceminister edukacji, premier w latach 2005-06. Po dymisji pełnił obowiązki prezydenta Warszawy, a później był dyrektorem w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie. Dziśprowadzi firmę doradczą.

Dwa razy o katastrofie smoleńskiej.

c5l-kk_wuaijfm_

I drugi.

c5ma2b_xeamyifg

Ponadto zaległe dwa felietony Waldemar Mystkowskiego.

Rodzinka+

rodzinka

Marcin Dubieniecki przez 14 miesięcy, podczas których siedział w areszcie, pozostawał najsłabszym ogniwem rodzinki Kaczyńskich. Nic z tego, że jest byłym zięciem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wg aksjologii „pana” Jarosława Kaczyńskiego rodzinki się nie opuszcza, tak jak były agent pozostaje na zawsze agentem. Klęczący w kościołach prezes PiS wszak ma wbity w głowę dogmat: „Co Bóg zwiąże, tego człowiek nie może rozwiązać”. Ogniwo? Ogniwo.

Dubieniecki gnił sobie w areszcie, a zarzuty miał poważne, mianowicie kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, która wyłudziła ponad 14 mln zł z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). Ale od czego jest dobra zmiana, wystarczy dodać plus i mamy pisowskie wartości. Dubienieckiemu zmieniono zespół śledczy do prowadzenia jego sprawy. Zastępca Zbigniewa Ziobry, prokurator krajowy Bogdan Święczkowski powołał w krakowskiej Prokuratorze Regionalnej nowych śledczych z prokuratorem Markiem Sosnowskim na czele.

Ten Sosnowski to musi być wyjątkowy bystrzak, bo w ciągu kilkunastu dni od powołania wypuścił Dubienieckiego na wolność. Piszę bystrzak i dziób mam otwarty z podziwu. To taki… aż mi trudno znaleźć porównanie, ale się nie daję. Józef Ignacy Kraszewski przez całe życie napisał kilkaset tomów prozy, a Sosnowski przez kilkanaście dni przeczytał 400 tomów akt. To tak jakby przeczytał całego Kraszewskiego.

Sosnowski uznał wbrew sądowi, że Dubieniecki nie będzie zacierał śladów swoich przestępstw, nie będzie nakłaniał świadków do fałszywych zeznań. Taki pisowski plus, który z wyznawców tej partii czyni aniołów. Dubieniecki więc mógł odetchnąć powietrzem wolności, tj. smogiem wolności. Chyba tak pozostaje nazwać atmosferę w kraju rządzonym przez PiS. Nawdychał się tego smogu pisowskiego były mąż Marty Kaczyńskiej, zaznaczmy, że kosztował on 3 mln zł kaucji, zabrakło w nim jednak najważniejszego pierwiastka: Dubieniecki nie mógł opuszczać kraju.

Skoczyła Dubienieckiemu gula, dziennikarze „Newsweeka”, którzy opisują tę sprawę, relacjonują, że Dubieniecki w krakowskiej prokuraturze dochodził swego i ustalił, że środki zapobiegawcze stosowane w stosunku do niego, a chodzi o ten najważniejszy zakaz opuszczania kraju, może uchylić „polecenie z samej góry”. Hm, hm, chrząkamy, czyli chodzi o naszego słynnego „pana”.

Dziennikarze próbowali ustalić, czy to prawda, że Sosnowski czekał na interwencję z góry. Ależ oczywiście dostali zapewnienie, że prokuratura nie poddaje się naciskom, czysty pisowski idiom: „nikt nam nie wmówi, że białe jest białe…”

Następuje jednak sekwencja zdarzeń, który potwierdzają działanie sił pańskich. Tego samego dnia, gdy Dubieniecki rozmawia z prokuratorem Sosnowskim, „pan” Kaczyński wysyła pismo do Zbigniewa Ziobry wraz załącznikiem, w którym jest 9 pytań od obrońcy Dubienieckiego. Między innymi są pytania: dlaczego Dubieniecki został zatrzymany w czasie kampanii wyborczej, po co „wytworzono dokumenty”, które mają obciążać Martę Kaczyńską, iż pobrała 50 tys. zł z cypryjskiej firmy Dubienieckiego i najważniejsze, dlaczego Dubieniecki nie może opuszczać kraju.

Po 4 tygodniach „panu” Kaczyńskiemu odpowiada prokurator krajowy Święczkowski. Ponoć odniósł się do zarzutów obrońcy, ale żadna tajemnica śledztwa nie została wydana. Oczywiście dziennikarze „Newsweeka” nie zobaczyli na oczy tego pisma.

Kaczyński sprawę swojej rodzinki pilotuje osobiście, bo to jego Rodzinka+. Za władzy PiS nie spotka jej żadna katastrofa.

mamy

Kogo rodzi polski Kościół katolicki

kogo

Polski Kościół katolicki począł i urodził Jacka Międlara, który jeszcze niedawno nosił sutannę i jako taki zagrzewał ONR-owców do nacjonalizmu i faszyzmu. A to w kościołach we Wrocławiu czy też Białymstoku, jak Polska szeroka. Międlar przerzucany był przez diecezje, jak gorący kartofel, wreszcie tego nie wytrzymał i wziął życie w swoje ręce – wystąpił ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy.

Zyskał więcej czasu na szlifowanie nienawiści, a teraz właśnie wybierał się do Wielkiej Brytanii. Piszą o tym tamtejsze portale, jak choćby ibtimes.co.uk, który przybycie Międlara nazwał „Wojna domowa nadchodzi”. Były ksiądz miał wziąć udział w obchodach Dnia Żołnierzy Wyklętych i Biegu Tropem Wilczym. Miał też wygłosić przemówienie na demonstracji brytyjskiej partii nacjonalistycznej „Britain First”.

Zdaje się, że nic z tego nie będzie, bo były ksiądz został zatrzymany przez brytyjskich funkcjonariuszy na lotnisku London Stansted. Pod denuncjacją na Międlara podpisuje się polska ambasada. Ale to wiemy po już aresztowaniu. Czyżby służby na Wyspach nie czytały portali brytyjskich?

W podobnym temacie. Przygody polskiego dyplomaty w Holandii opisuje bloger Revelstein na blogu tabloidonline. wordpress.com. Otóż 2 lutego przybył do kraju tulipanów wiceszef spraw zagranicznych Jan Dziedziczak, bloger nazywa go wicewaszczykowskim.

Gdy już wszystko załatwił, przed powrotem do kraju zachciało mu się pomodlić w tamtejszym polskim kościele, bo tego dnia było kolejne święto kościelne (Matki Boskiej Gromnicznej). Ale nie zgadzały mu się godziny wylotu samolotu (na szczęście rejsowym, a nie CASĄ) i mszy, która miała się odbyć o godzinie 18-tej. Więc Dziedziczak zadzwonił do księdza, przedstawił się, jaki on jest ważny i zażyczył sobie, aby msza była wcześniej, bo on przebiera nogami, aby wrócić na łono ojczyzny. Księża w innych krajach przedstawiają zupełnie inne charaktery niż nasi tubylcy. Zakomunikował więc ważniakowi, że mu to lata, choćby nawet papież interweniował, msze tutaj odbywają zawsze o tej samej porze.

Tym samym natchnął Dziedziczaka, który zadzwonił do Warszawy, a ta w trybie dyplomatycznym wykonała telefon do Watykanu. Polskie służby dyplomatyczne dowiedziały się znad Tybru, iż kościoły są autonomiczne i Polacy mogą im naskoczyć.

Dziedziczak więc niczym krzyżowiec zrezygnował z lotu do ojczyzny, aby złożyć swoją duszę na łasce kościoła, nawet choćby w Holandii, ale do pełnej swojej ofiarności brakowało mu gromnicy, jako symbolu tego właśnie święta kościelnego. W Holandii znaleźć gromnicę, to jak w Polsce znaleźć pisowca demokratę, więc Dziedziczak zameldował Warszawie, że koka, hasz, prezerwatywy, pigułki dzień po, pornosy są w każdym kiosku, ale gromnicy nie ma. I co stało się? Bogobojny zastępca Waszczykowskiego doczekał gromnicy w poczcie dyplomatycznej.

sledze

>>>

Jak wygląda polityka narodowo-patriotyczna? W PiS sami koledzy patrioci, jak mówi rzecznik klubu PiS Beata Mazurek „zespół kolesi” PiS. Jest to nie po polsku, ale tak patrioci mają, bo po polsku koleś Mazurek powinna powiedzieć – „zespół kolesiów”.

Nie wymagajmy od patriotów, aby byli Polakami, albo mówili poprawnie po polsku. Są po prostu patriotami – i tyle.

Jola Sacewicz proponuje kolesiom z PiS nową normę językową.

panDuda

Szanowny Koleś, Ten Pan Andrzej Duda,
Szanowna Kumpela, Premier Beata Szydło,
Szanowny Koleś, Marszałek Marek Kuchciński,
Szanowny Koleś, Marszałek Stanisław Karczewski,
Szanowny Koleś, Przewodniczący Ryszard Terlecki,
Szanowny Koleś, Prezes Jarosław Kaczyński,
Szanowna Kumpelo i Szanowni Kolesie z Władzy Wykonawczej i Parlamentarnej,
W trosce o jednolitość tytułów grzecznościowych używanych w stosunku do władzy wykonawczej, parlamentarnej i sądowniczej oraz poprawność narodowo-patriotyczną zalecaną przez „dobrą zmianę”, a także przez respekt dla majestatu państwa i z myślą o właściwym kształceniu przyszłych pokoleń prawdziwych patriotów w należnym szacunku do instytucji Rzeczypospolitej – zwracam się do Wielce Szanownych o oficjalną wykładnię nazwania sędziów Sądu Najwyższego w Polsce „zespołem kolesi” przez rzeczniczkę Klubu Parlamentarnego PiS.

Wprowadzona nowa norma potrzebuje uściślenia w zakresie szczebli i rodzaju władz, której tytuł ten będzie dotyczył (w szczególności pada tu pytanie o samorządy), jego odpowiedników w językach obcych oraz dopuszczalnych wersji (np. republika kolesi czy kolesiów) i formy żeńskiej (kumpela?).

Zaś w mediach narodowych za „dobrą zmianę” robi narodowiec Marian Kowalski. Zaś ks. Jacek międlar jest porównywany do ks. Jerzego Popiełuszki.

Tak! Drodzy państwo, Polska dostała od PiS obuchem w łeb i się zatacza.

Albo Polska jest pijana, albo pieprznięta. To jest panświnizm. Pan Świnia Kaczyński (Jarosław mu na imię) powiedział: – Media publicznie mają być narodowe, no i muszą być oglądane.

Monika Olejnik zastanawia się, czy media narodowe będą ogladane:

ksMiędlar

Czy będą oglądane – nie wiem, ale coraz bardziej stają się narodowe. W roli eksperta w TVP i PR zasiada Marian Kowalski, wiceszef Ruchu Narodowego, kulturysta i felietonista (co tam robi, pisze obok dominikanin Tomasz Dostatni). Kolesie z telewizji publicznej i innych prawicowych mediów bronią młodzieńców z ONR. Uważają, że są szykanowani. Cóż złego, że weszli z chorągwiami do kościoła w Białymstoku. Przecież jak straż przychodzi na modlitwy, to też przynosi chorągwie – powiedział jeden z publicystów.

Posuwają się do tego, że księdza Jacka Międlara przyrównują do ks. Jerzego Popiełuszki. Międlar, skarcony przez kurię, ale wynoszony na ołtarze przez prawicowców, mówił do młodych ludzi: „Moi drodzy, ciemiężyciele i otumaniony pasywny motłoch będzie chciał was rzucić na kolana, przeczołgać, przemielić. Przypominam i będę to przypominał zawsze, że my, narodowo-katoliccy radykałowie, nie będziemy klękać przed nikim innym, tylko przed Bogiem. () My, narodowi radykałowie, nie możemy poddać się tchórzowskiej polityce ustępliwości”.

Takie nam zapanowało kolesiostwo z PiS. Duda chyba nie śpi z żoną, bo znowu noce zarywa, aby na Twitterze pisać z „Leśnymi ruchadłami”.

Dudaznowu