Posts Tagged ‘Jacek Saryusz-Wolski’

Jprd. Turyści.

Aż pięć zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Andrzej Duda na kozetce u Rymanowskiego

Wolałbym, aby Andrzej Duda miał przed sobą lepszego dziennikarza wywiadowcę, niż Bogdan Rymanowski. Marzeniem byłaby Teresa Torańska, na pewno lepsza byłaby Monika Olejnik, Magda Jethon (nie podlizuję się), Justyna Pochanke, Anita Werner – och, kobiety – czy Kamil Durczok, ale jest tak, jak jest. I tak zgoda na dziennikarza spoza mediów „narodowych” jest nie lada stresem dla prezydenta.

Tak naprawdę Duda daje nam powód do wstydu, wszak jest prezydentem Polski, acz nie wszystkich Polaków. Przyzwyczailiśmy się do niego jako osoby złamanej, a u Rymanowskiego wyszła do tego w pełnej krasie bezradność.

Zastanawiające? Ale nie tak bardzo, gdy poskrobiemy w psychoanalityczną pozłotkę Dudy, który zawodzi i któremu wszak nie można zaśpiewać: „Nic się nie stało”. Czort z nim! – jest przegrańcem, ale dlaczego ma za niego płacić Polska?

Duda łamie naszą dumę narodową. Gdy wypowiadam słowa „Polak, Polska” i w jakiejś koincydencji pojawia się Duda, jestem przez Dudę zmniejszany, występuje on jako wielkość mniejsza niż jeden. Jest współczynnikiem, przez który moja rzeczywista wartość doznaje małości. Tak jest przez moment, bo po pewnym czasie przychodzi refleksja: to tylko Duda, ktoś taki nie wpłynie na moje samopoczucie.

Tak działa sfera publiczna, której się poddajemy – chcemy tego, czy nie chcemy. Są ludzie, którzy nas wywyższają, ale też tacy, którzy nas zmniejszają. Duda zdaje się meldować Kaczyńskiemu: „Prezesie, zmniejszyłem Polaków”.

Na trzy rzeczy chciałem zwrócić uwagę, które Dudę obnażają. Z tej kozetki, na której poległ prezydent, musimy wyciągnąć wnioski dla własnego dobra.

Pierwsza to bezradność prezydenta. Ależ z niej nic jeszcze nie wypływa, jeżeli sobie nie uświadomimy, że bezradność jest manipulacją, ma wywołać współczucie – jaki jestem biedny, staram się, ale nie mogę, bo siły wyższe na to nie pozwalają. Taka jest matryca w naszych głowach: bezradnemu przebacza się, on nic nie może. I taki bezradny podpisuje odpowiednią ustawę sądowniczą.

Tego Duda nie musi być świadomy, to w naszej gestii jest krytycznie spojrzeć na jego bylejakość. Nie możemy też stosować demokratycznej formuły: wybraliśmy kogoś spośród siebie. Mazgaje wybrali mazgaja nr 1. Nie! Po to są takie bezpieczniki, jak Konstytucja i Trybunał Konstytucyjny, aby mazgaje nie zwalili winy na swoje braki talentów. Zniszczył Duda bezpieczniki? To za ich demolkę odpowie. Przed prawem nie ma równiejszych, są tylko odpowiedzialni. Ja, ty i mazgaj.

Druga sprawa może jeszcze bardziej znamienna. Było czuć strach, jaki wydał Duda na tej kozetce. Strach przed Donaldem Tuskiem. Ni z gruszki, ni z pietruszki, Duda formuje pod adresem Tuska taką oto pretensję: „człowiek, który powinien być ponad kwestiami politycznymi”. Ludzie! Nie wiedziałem, że Tusk w Brukseli nie sprawuje funkcji politycznej. Jakiż mały człowieczek odezwał się w Dudzie. Gdybym wziął na serio słowa Dudy i zastosował tę psychoanalityczną koincydencję, o której wyżej piszę, to stałbym się kurduplem – i nic by mi nie pomogło, żaden taboret, żadne Krakowskie Przedmieście. Ot, z Dudy strachem podszytego wyszedł ten Filip z konopi. Jak to mówią psycholodzy: kompleks widać jako pypeć na języku.

I trzecia sprawa, która zwróciła moją uwagę, a która wypływa z powyższych: „gigantyczny i nienotowany” sukces wyborczy prawicy w 2015 roku. Nie tylko nieprawdziwe są te dane, ale znowu mówiące, kim jest Duda i co z nim się stało w izolatce Pałacu Prezydenckiego. Możliwe, że on wierzy w to, co mówi, ale tym gorzej to o nim świadczy.

Polityk nie musi kłamać ani manipulować, aby działać i zachowywać się politycznie, to mit czysto pisowski: „kłamać jak Goebbels”. Otóż ten gigantyzm prawicy, to piąty zwycięski wynik PiS w historii dziewięciu kolejnych wyborów parlamentarnych, a więc bardzo przeciętny. Zaś Duda w szóstych wyborach prezydenckich miał najgorszy wynik spośród wszystkich prezydentów.

I w tym zestawieniu przymiotników mamy działanie kozetki, na której znalazł się poległy Duda. Bufon w Dudzie mówi: gigantyczny i nienotowany. Zaś fakty: przeciętny i najsłabszy. Gdy do nadymanego Dudy przystawi się szpileczkę rozumu, taka z niego wychodzi sflaczałość: przeciętny słabeusz.

NAWET PAWŁOWICZ POTWIERDZIŁA, ŻE POSŁOWIE PiS ŚWIADOMIE I NA ROZKAZ KACZYŃSKIEGO ŁAMIĄ KONSTYTUCJĘ… Na to nie dostali zgody od społeczeństwa. CZEKAJĄ ICH PRZEGRANE WYBORY, SĄDY I TRYBUNAŁ STANU. Łamanie Konstytucji nie przedawnia się!

Stanisław Karczewski – wtórny analfabeta?

Specyficzny typ człowieka doszedł do władzy. Przysięgają na coś, czego nie znają. Można mniemać, iż to wtórni nierozumni analfabeci. To są tacy, którzy może czytać potrafią, ale nie rozumieją, co czytają, najpewniej jednak nie chcą rozumieć, bo nie czytają z politycznego nakazu.

Na co przysięgał marszałek Senatu Stanisław Karczewski? Wydaje się – na Konstytucję, tym samym tej Konstytucji winien przestrzegać. Wiedzieć, co w niej napisane.

W TOK FM doszło do dialogu dziennikarki Dominiki Wielowieyskiej i Karczewskiego. Dziennikarka stwierdziła: – „Zostanie skrócona bezprawnie kadencja Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, chociaż w Konstytucji jest napisane, że trwa sześć lat”.

U Karczewskiego zaś zaświecił się migacz polityczny i nie odpowiadał, migał się, wreszcie przyciśnięty do krawężnika odpowiedział: – “Jeśli coś wydaje się, że jest niekonstytucyjne w zapisie prawnym, to musi być zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny”.

Po pierwsze – mowa jest o projekcie, a takich nie rozpatruje Trybunał Konstytucyjny, który w obecnym kształcie jest wydmuszką, Trybunałem partyjnym PiS.

Po wtóre – Wielowieyska pytała, czy Karczewski wie, o czym mówi, czy wie, co jest zapisane w Konstytucji, bo w art. 183 ust. 3 zapisano: “Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Czyli nie można skrócić kadencji. Nawet interpretacją.

Karczewski mógł nie przeczytać, mógł zatkać uszy, gdy mu czytano, ale w prawie rzymskim – a takiemu podlega cywilizacja zachodnia, europejska – obowiązuje zasada: prawo dotyczy tych, którzy je znają lub nie, ale żyją w obszarze jego działania, tj. w tym wypadku Polski. PiS przyjmując prawo ustrojowe złamie Konstytucję, cokolwiek stwierdzi Trybunał PiS, udający Trybunał Konstytucyjny.

Zaś w artykule 187 ust. 3 konstytucji stoi: “Kadencja wybranych członków Krajowej Rady Sądownictwa trwa cztery lata”.

Karczewski przysięgał na Konstytucję, choć nie musi jej znać i ona go obowiązuje. Gdy Karczewski stanie przed Trybunałem Stanu, nie dostanie pytania, czy ją zna, tylko pytanie, czy jej przestrzegał. Ani nie będzie wg prawa usprawiedliwieniem dla Karczewskiego, iż głosował tak, jak potem przyjął Trybunał PiS, bo Karczewski głosował przed werdyktem Trybunału PiS.

Tak samo jest z modlitwą. Nie jest ważne, do jakiego Boga się Karczewski modli, czy do JHWH, czy do Buddy, czy to bogów znanych przed religiami monoteistycznymi, w tym do słowiańskiego Światowita. Wartości szumnie u nas nazywane chrześcijańskimi są we wszystkich religiach podobne, bo to są wartości zapożyczone od człowieka niereligijnego, tylko społecznego, który w procesie ewolucji ukonstytuował dobre życie między osobnikami. Moralność jest uniwersalna, a więc modlitwa do jakiegokolwiek Boga w istocie taka sama.

I obowiązkiem Karczewskiego nie jest przestrzeganie zasad moralnych konkretnego wierzenia poprzez modlitwę, ale moralności. Może jej nie znać, może być analfabetą moralności, ale do pierdla pójdzie tak czy siak, gdy przekroczy normy społeczne – moralnej umowy.

Tak samo jest z Konstytucją. Rozumiem, że w tej kwestii jest Karczewski analfabetą. Jeżeli nie rozumie jej i tak odpowie za jej nieprzestrzeganie, bo Konstytucje obowiązują w ustrojach demokratycznych, gdzie trójpodział władzy jest uniwersalny, jak przykazanie moralności uniwersalnej: „Nie zabijaj!”.

WSZYSCY OCZEKUJEMY TEGO SAMEGO

Siostry Pawłowicz jak Kain i Abel

Krystyna Pawłowicz ma większe kłopoty niż gramatyczne – „wziąść”, czy wziąć. 2 tysiące osób, w tym 230 naukowców wystosowało apel do rektor Wyższej Szkoły Administracji i Prawa  w Ostrołęce, gdzie posłanka PiS jest zatrudniona, aby stała się przedmiotem troski na uczelni.

Zaniepokojenie sygnatariuszy apelu dotyczy obecności Pawłowicz w sferze publicznej, bowiem „przyczyniła się do znacznego obniżenia poziomu debaty publicznej w Polsce poprzez notoryczne szerzenie treści ksenofobicznych, homofobicznych, rasistowskich oraz używanie przy tym obraźliwego języka względem swoich adwersarzy politycznych, jak również zwykłych obywateli niepodzielających jej przekonań.”

Silne to słowa oskarżenia. Nie dziwią jednak, choć sama Pawłowicz zadziwia nieustannym „obniżaniem poziomu”. Apelujacy do rektor uczelni w Ostrołęce zwracają szczególnie uwagę na jedną sprawę, mianowicie „czarę goryczy przelał wpis prof. Pawłowicz z dnia 22 września na jej publicznym profilu na Facebooku, który śledzi regularnie około 40 tysięcy osób”. We wpisie Pawłowicz komentowała samobójczą śmierć 14-letniego Kacpra z okolic Łasku pod Łodzią, który został poddany szykanom na tle homofobicznym w swoim środowisku szkolnym. Pawłowicz „pisała w nim o: ‚propagowaniu … nienaturalnych postaw i relacji’, nazywając je ‚patologiami’ i ‚demoralizowaniu dzieci i młodzieży’” – piszą autorzy listu.

Sygnatariusze uważają, że taka nieetyczna postawa Pawłowicz może skutkować przyzwoleniem na kolejne przemocowe zachowania i winna spotkać sie z troską, tj. zdecydowanym potępieniem moralnym.

Kompetencje prawnicze Pawłowicz to zupełnie nieistotna w tym para kaloszy, bo nie każdy z nas jest prawnikiem, ale kompetencje ludzkie podlegają natychmiastowej weryfikacji. Pawłowicz ma nieprzyjemne oblicze rodem z polskiego Ciemnogrodu.

I oto naprzeciwko niej stawiamy jej siostrę rodzoną Elżbietę Pawłowicz. Osobę zupełnie inną, przede wszystkim empatyczną, więc staje się oczywistym, iż siostra posłanki PiS sytuuje się po przeciwnej stronie barykady człowieczej, barykady politycznej, po stronie jasności.

Traf chciał, że tego samego dnia ta lepsza Pawłowicz zainicjowała akcję pomocy dla założyciela KOD i byłego szefa tego ruchu Mateusza Kijowskiego. Nie miejsce tutaj pisać, dlaczego doszło do takiej sytuacji z Kijowskim, postawa Elżbiety Pawłowicz pokazuje, iż w tej samej rodzinie znaleźć mozna wiele dobra.

Toż to uniwersum atropologiczne: Kain i Abel, Paweł i Gaweł, Jacek Kurski i Jarosław Kurski. Nie! Spokojnie nie napiszę o prezesie i jego meldującym prezydencie. To nie ta broszka.

Dwie siostry Pawłowicz to jakby polskie spécialité de la maison, jak POPiS, który zanim zawiązał się, uległ rozpadowi – a teraz jedna strona wyniszcza nie tyle przeciwników, ile cały kraj. Bo tak jest, iż zło ma wielką siłę rażenia, a dobro jest niezauważalne i ciuła jeden dobry uczynek do drugiego, aby złożyło się z tego jakieś stypendium wolności.

SZOK!!!! PO RAZ PIERWSZY ZGADZAMY SIĘ Z PAWŁOWICZ. Kto potwierdza, że ma rację?

Polityka transakcji PiS

Partia rządząca handluje naszymi prerogatywami obywatelskimi.

Niekonstytucyjne projekty dwóch ustaw sądowych, które powstały w Kancelarii Prezydenta, a które miały zastąpić zawetowane w lipcu, są podobnie niekonstytucyjne. Zawierają zaś kilka zwodniczych  kruczków logicznych. Można rzec, iż spiłowano kanty, ale tak samo znoszona jest niezależność władzy sadowniczej.

Ot, antydemokratyczny diabeł w trzech czwartych, jeżeli Jarosława Kaczyńskiego uznamy za pełnego czarta w wydaniu polskim, jakiegoś Borutę. Co prezes z prezydentem omawiali na słynnych spotkaniach w Belwederze? Bo przecież niby się dogadali.

W tych tete-a-tete Andrzej Duda nie był stroną jako człowiek i polityk. W ten sposób politycy PiS zajmują większą przestrzeń publiczną niż inni, to im najwyraźniej się opłaca, na co wskazują sondaże. Co z opozycją, która dzielnie walczy w Sejmie, ale nie zajmuje mediów i głów Polaków? No, właśnie!

W komisji sejmowej prokurator z PRL-u jest władyką. I tutaj nikt mu nie podskoczy. Projekty ustaw sądowniczych wracają do postaci tych zawetowanych, a nawet w niekonstytucyjności (jeżeli tak logicznie można nazwać) je przerastają.

Dlaczego tak się dzieje? Bo uczestniczymy w spektaklu, który zafundowali nam politycy PiS. Usadzono nas na widowni i farsę nazywają dramatem. Nieudana farsa w rzeczywistości jest tragedią, jak to trafnie, acz nieco knajacko opisał Andrzej Saramonowicz: – „Kiedyś nie bardzo mogłem pojąć, jak te mendy z XVIII wieku doprowadziły Polskę do rozbiorów. A teraz włączam telewizor i widzę”.

Mniej więcej taki jest repertuar PiS. Całkiem zgrabnie przybliżył cele prezesa PiS sławetny prokurator z PRL-u Stanisław Piotrowicz: – „Idziemy na dalekie ustępstwa w sprawie reformy Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa. Żeby był konsensus, to każda strona musi się cofnąć.”

Po to jest zaostrzona gra PiS, aby mieć z czegoś ustąpić. To mogłoby sugerować, iż mamy do czynienia ze sztuką negocjacji. Nie! To jest błąd! Na naszych oczach, którzy jesteśmy usadowieni w wygodnych fotelach („Zaproście mnie do stołu”; pamiętacie?) wmawia się, że to negocjacje. Jeden diabeł (gangster) paktuje z drugim trzy czwarte diabłem (dilerem dyktatury).

Nie i jeszcze raz nie! To jest transakcja, która ubrała się w owczą skórę negocjacji. Handlują demokracją, a w istocie naszą wolnością. A my jak te barany siedzimy w fotelach, po czym zaprowadzi się nas na rzeź (przypomina mi się w tym kontekście sztuka Sławomira Mrożka „Rzeźnia”).

Nasze wolności, prerogatywy obywatelskie, sprzedaje się, kupczy nimi. Polityka PiS jest polityką transakcji i to na każdym niemal poziomie. Kupczy się nami, tak jak Polską kupczyła Targowica w XVIII wieku: antydemokratyczna, antynowoczesna, proklerykalna i promoskiewska („alarm” Donalda Tuska). Paweł Śpiewak zamierza od nowego semestru na UW prowadzić kurs „Socjologia Jarosława Kaczyńskiego”, bynajmniej fakultet niedowartościowujący prezesa PiS, tylko dekonstruujący jego mało zbożne zamiary – transakcji.

Danuśka ma racje .Jedyne co Kaczynskiemu udało sie to podzielić Polakow.Nawet z ojcem i bratem sie różnili. LW

Puszcza Białowieska Lasem Birnam dla PiS

Zawodnik PiS Jacek Saryusz-Wolski wystawiony do starcia z Donaldem Tuskiem odniósł moralne zwycięstwo 1:27. Im dalej w las, tj. od tego zdarzenia, mogę sobie wyobrazić, jak się on czuje. Saryusz-Wolski się nie czuje, bo nieczuciem jest podłe samopoczucie.

Najpierw odreagowywał wpisami ezopowymi na Twitterze, których treść mogli odczytać tylko on i jego demony. Potem przechodził jakąś kurację odwykową od podłości swej, a teraz po swoistym detoksie stara się wejść w buty pisowskie, pomagać partii Jarosława Kaczyńskiego brnąć w absurdy.

Zwykle są to manowce. Najczęstszą metodą obrony w PiS jest stara metoda komusza: „A w Ameryce Murzynów biją”.

„Murzynów” odnośnie Puszczy Białowieskiej Saryusz-Wolski znalazł w Niemczech. Zawodnik PiS zakomunikował na Twitterze, iż „Polsce grożą kary za ochronę Puszczy Białowieskiej. W tym czasie Niemcy wycinają Las Hambach pod kopalnię”.

Jak przeczytali to redaktorzy portali prawicowych, podnieśli larum („larum grają” to wzmożenie patriotyczne, które daje sygnał, aby komuś przywalić). Larum na Niemców ma szczególne umocowanie po tym, jak politycy PiS wpadli na pomysł reparacji wojennych.

Dość szybko się okazało, iż owo zestawienie Puszcza Białowieska i niemieckiego Lasu Hambach to wrzutka rosyjskiego portalu proputinowskiego Russia Today. Porównanie zaś tych obszarów leśnych jest mniej więcej takie jak porównać pustynię z piaskownicą.

Saryusz-Wolski otrzeźwiał z tego larum na Niemców made in Russia, tweeta usunął. Temat jednak żyje. Niemiecki Las nie jest pod żadną ochroną państwową ani europejską. Nie jest parkiem narodowym, ani nawet rezerwatem. A Puszcza Białowieska jest wpisana w światowe dziedzictwo UNESCO, to ostatni nizinny las naturalny Europy. Ostatni, a więc jedyny.

Okazuje się, iż wrzutki Rosji, aby pozyskiwać pożytecznych idiotów w Unii Europejskiej, mają szczególne wzięcie w pisowskiej Polsce. Zresztą coraz bardziej rymuje mi się putinowska Rosja z pisowską Polską.

A z lasów zarówno Saryusz-Wolskiemu, jak i politykom PiS, z prezesem Kaczyńskim na czele, najbliżej do Lasu Birnam, który jak w „Makbecie” zbliża się do ich twierdzy. Gdy już dotrze pod okna Nowogrodzkiej, będzie oznaczał koniec ich mordu na demokracji i koniec ich władzy.

W sprawie skazanego głos zabrał proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Oławie. W „liście poparcia” wymieniono zalety księdza, który miał być dobrym kapłanem i rzetelnie udzielać się we wszystkich pracach duszpasterskich. CO POWINIEN ZROBIĆ ADRIAN???

>>>

>>>

Też mnie to zastanawia czemu łyse mięśniaki z ONR-u chowają się za krzyżem. Może im Kościół uświadomi, co oznacza ten symbol.

Waldemar Mystkowski pisze o Jacku Saryusz-Wolskim, który się wybudził ze śpiączki po nokaucie 1:27.

Jacek Saryusz-Wolski dał się wykorzystać do „sukcesu” 1:27, który to przejdzie do historii „powstawania z kolan”, aby w wyniku tego heroicznego aktu uderzyć głową o powałę. Polska pisowska leży, Saryusz-Wolski zaliczył w związku z tym glebę.

Mogło się wydawać, że na tym skończy się jego „pięć minut”, poleży, pozipie – takim zipaniem była nawałnica wpisów na Twitterze pisanych językiem ezopowym. Ja na ten przykład dochodziłem do stanu, iż usłyszawszy nazwisko „Saryusz-Wolski”, pytałem: kto to?

A przecież ten „sukces” był niedawno i to nie ja skoczyłem na główkę. Saryusz-Wolski dochodzi do przytomności i zaczyna kombinować. Wszak musi przekuć „sukces” na sukces bez cudzysłowu. Toż to nie kiep. Rozglądnął się wokół siebie, sytuacja PiS jeszcze bardziej się pogorszyła. W takiej Francji po zwycięstwie Emmanuela Macrona dyplomacja Witolda Waszczykowskiego nie będzie miała czego szukać.

Kompromitacja na wszystkich możliwych frontach, nawet nie uratowałaby sytuacji Canossa na wzór dwóch krzyżackich mieczy i Bartosz Kownacki, który posypawszy głowę popiołem pojechałby do Paryża pod Łuk Triumfalny z dwoma widelcami.

Po wyborach prezydenckich we Francji, a już zwłaszcza po wyborach w Niemczech, służby dyplomatyczne muszą dostać nowego szefa. Niech Waszczykowski knoci na innych frontach. I jakaś szansa otwiera się przed Saryusz-Wolskim. Mała szansa, bo mała, gdyż jego związki z PiS są bardzo świeże, a takich „pan” Kaczyński nie lubi. Nie był Saryusz-Wolski odpowiednio długo hartowany upokorzeniami, wszak ulubioną formą dochodzenia do lojalności w partii prezesa.

W technologii metali istnieje forma największej twardości (lojalności), którą uzyskuje węglik spiekany. W języku kolokwialnym można ją porównać do tego, jak człowiek rozumny za wszelką cenę chce zostać bucem. Do tego trzeba nie lada samozaparcia, twardości. I tę przyspieszoną formę zapiekłości w sobie, stania się bucem wśród buców, można było zaobserwować w wypowiedzi Saryusz-Wolskiego w „Gościu Wiadomości” TVP Info.
Ta zapiekłość w sobie Saryusz-Wolskiego to: „Polska jest w UE traktowana jako „chłopiec dla bicia”, taką taktykę obrano wobec nas i Węgier”. Albo „Nikt wcześniej nie domagał się rozstrzygania o sprawach wewnętrznych na arenie międzynarodowej”. Nie ma to wiele wspólnego z prawdą, lecz w PiS nie o to chodzi.

Na miejscu prezesa pokiwałbym głową na wypowiedzi Saryusz-Wolskiego: „No, ładnie, prawie mówisz, jak ja”, ale to trzeba latami spiekać w sobie taką bucowatość. Popatrz, panie Jacku, na Beatę Szydło, popłakała się na szczycie unijnym, gdy Tuska wybrali, dostała kwiaty, uśmiechnęła się i mamy sukces.

Saryusz-Wolski ma niewiele czasu, aby prezesa do siebie przekonać. Takich wystąpień robienia z siebie buca musi zaliczyć bez liku, a szanse ciągle niewielkie. Ktoś jednak po Waszczykowskim musi objąć tę niewdzięczną funkcję, aby knocić wizerunek Polski na zewnątrz. Ławka jest jednak krótka.

Kleofas Wieniawa pisze o nowej bohaterce wyklętej, Mariii Szonert-Binienda.

Szczyt unijny dotyczący wytycznych w sprawie Brexitu zakończył się sukcesem. 27 państw członkowskich jednomyślnie dało mandat instytucjom unijnymym do negocjowania ze stroną brytyjską o jak najlepsze warunki rozstania.

Nawet nasza pani premier z logoreą była zadowolona, że stanęła po stronie większości i osiągnęła wynik 27:0.

Ale i tam dopadło nas polactwo. Donald Tusk wypowiedział się na temat konsul „honorowej” w USA (Acron, Ohio) Marii Szonert-Biniendy, która to metodą voodoo wbijała szpilki w wizerunek Tuska, przedstawiając go na Facebooku w fotomontażu w mundurze SS.

Owe voodoo nie jest jednak bezdomne, bo wyznawcą tej formy terapeutycznej jest prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Tusk o pani niehonorowej Szonert-Biniendzie był powiedzieć: „Mogę z przykrością stwierdzić, że do tej pory prokuratura nie wykazywała gorliwości, żeby ścigać z urzędu te ewidentne wykroczenia czy przestępstwa, dlatego tym razem postanowiliśmy tak, bo to za moją zgodą, skłonić jednak prokuraturę do działania. To skandal, który będzie kosztował niestety także Polskę, bo to przecież nie urzędnik, ale jednak konsul honorowy i to fatalnie wpływa Polski – i w Stanach Zjednoczonych i tu, w Europie. Tak szczerze powiedziawszy to w głowie mi się nie mieści, że ktoś taki może być konsulem i to jeszcze ten przymiotnik „honorowym” .

Pełnocmocnik Tuska adwokat Roman Giertych zapowiedział, iż do prokuratury złożony zostanie wniosek o ściganie z urzędu konsul „honorowej” Szonert-Biniendy.

A wszystkim wiadomo, jak skutecznym jest adwokatem Giertych. Na miejscu Zbigniewa Ziobry wypytałbym o koligacje rodzinne, czy aby ta pani niehonorowa nie jest związana z nim więzami krwi, bo więzami mentalnymi – na pewno.

Nawet Szydło otworzyła usta i wyszły z nich słowa: „Oczekuję w tej chwili szybkiej decyzji ministra spraw zagranicznych”.

Ale Waszczykowski nazwany ministrem był się wypowiedzieć, że Szonert-Binienda wypowiadała się na Facebooku prywatnie, bo ona państwowo tak nie sądzi (można mniemać wg logiki dyplomatołka Waszczykowskiego).

Cokolwiek politycy PiS by nie zrobili, zawsze wychodzi im groteska. O ich niechlujstwie intelektualonym i moralnym pisać się nie chce. Ile można pisać o „beleco”?

Były ambasador w USA Ryszard Schnepf pisze, jak to drzewiej z panią niehonorową bywało.

>>>

Powrót do przyszłości.

A TO DOBRE :))))

Sondaż zbiorczy dla opozycji i dla PiS wygląda przerażająco dla Jarosława Kaczyńskiego. Na jego miejscu robiłbym w portki. 42 do 29.

W Polsacie News Dariusz Ociepa komentował wotum nieufności i sondaż, który pokazuje, że PiS przegrywa z opozycją i nie może powoływać się na suwerena.

Dariusz Ociepa: To fenomen takich jak ten wniosków o konstruktywne wotum nieufności dla rządu. Choć już na starcie wiadomo, że wniosek nie ma szans, to i tak wszyscy o nim mówią.

— I O TO CHODZI PLATFORMIE – Ociepa dalej: Wałkować temat porażki Brukseli ile się da.

— PO WYBORZE TUSKA NA DRUGĄ KADENCJĘ PLATFORMA DOSTAŁA WIATRU W ŻAGLE – Ociepa: Tak blisko PiS Platforma nie była od wyborów.

— GDYBY DO WYNIKU PO DODAĆ TEN NOWOCZESNEJ I PSL, PIS PRZEGRAŁOBY – Ociepa dalej: To tylko dwa punkty różnicy, a gdyby do wyniku Platformy dodać ten Nowoczesnej i ludowców, PiS przegrałoby z opozycją.

I drugi sondaż – jeszcze gorszy dla rządzących.

Sondaż IBRiS: Złe oceny Dudy i Szydło

– Oceny czołowych polityków mają duży związek z notowaniami partii, z której się wywodzą – tłumaczy politolog dr hab. Ewa Marciniak. – A PiS wyraźnie przeszacowało siłę Polski na arenie unijnej i swe nieprzejednane stanowisko w sprawie reelekcji Donalda Tuska. Koszty są więc większe niż zyski, które partia próbuje generować.

SUWEREN OCENIŁ PiS. TO POCZĄTEK KOŃCA FATALNEJ ZMIANY

Zbonikowski – seksoholik z PiS.

News Kolejna odsłona serialu i jego przygody z wymiar. Ciąg dalszy będzie zły

DOŁĄCZ DO NAS, JEŚLI WOLISZ POLSKĘ NIŻ WOLSKĘ

Waldemar Mystkowski pisze o Saryusz-Wolskim.

Saryusz-Wolski jako Judasz chce jednak zatrzymać 30 srebrników

Jacek Saryusz-Wolski był szarą polityczną eminencją, która dobrze wpisała się w przyszłe podręczniki historii, acz nie jako postać centralna. I tak powinien skończyć, następne pokolenia wskazywałyby go jako dumę rodu, którą znajduje się w przypisach do ważnych dat, zdarzeń, postaci. Czy to złe?

Wybitniejsi od Saryusz-Wolskiego „gorzej” kończyli. Ale Saryusz-Wolski gorzej skończy niż na to zasługuje. Swoje zasługi grzebie pod swoją małością, co daje asumpt do podejrzenia, iż był przeceniany przez innych. To dość powszechne zjawisko i tacy ludzie, gdy nie znajdą się w głównym nurcie jako skrzywdzeni, pompują swoje ego.

Do tego Saryusz-Wolski nie jest esencjonalnym politykiem, raczej jego osoba wysługiwała się politykom swoją fachowością. O jego politycznym światopoglądzie trudno mówić, bo nie dał się głębiej poznać, a twórczość internetowa, którą uprawia głównie na Twitterze klasyfikuje go jako Ezopa, a o ile mi wiadomo takiej ideologii nie ma, a jeżeli byłaby to trudno byłoby ją spozycjonować – li to lewica, czy prawica? I takiego „ni pies, ni wydra” upolowali i wykorzystali pisowcy. Jakie zawarł umowy towarzysko-polityczne, trudno orzec, choć pisał o tym „Newsweek”, ale to wiedza z trzeciej, czwartej ręki, a więc wiarygodność, jak w głuchym telefonie: jeden drugiemu powiedział.

Saryusz-Wolski, godząc się na zdradę – na Targowicę partyjną – musiał mieć świadomość, jakiego podejmuje się zadania. Mianowicie wykluczenia z partii, z której listy dostał się do Parlamentu Europejskiego, czyli z Platformy Obywatelskiej, wykluczał się z partii brukselskiej – rodziny partii chadeckich – i wykluczał się z profitów brukselskich. Musiał to wiedzieć, a więc na coś liczył ze strony PiS, bo nie liczył, że jego nieznana szerzej osoba wygra z Donaldem Tuskiem, tym bardziej, że Traktat Europejski nie przewiduje bezpośredniej konfrontacji kandydata z przewodniczącym Rady Europejskiej, ubiegającego się o reelekcję.
Saryusz-Wolski dokonał więc samowykluczenia, zdrady Platformy Obywatelskiej, dokonał politycznego seppuku. Po takiej śmierci zadanej własną ręką musiał na coś liczyć od tych, którym dał się wykorzystać, dla których miał być taranem ich potrzeb politycznych.

Krótko pisząc: Saryusz-Wolskiemu coś obiecano? Co? A jeżeli zawierał pakt z takim podmiotem, jak partia Jarosława Kaczyńskiego to należało spisać jakiś dokument, bo słowo u „pana” prezesa jest bezwartościowe. Czy Saryusz-Wolski spisał swoją cenę, za którą wystąpi w beznadziejnej misji. Czym jest jego „30 srebrników”?

Piszę to, gdyż Saryusz-Wolski, niepogodzony z utratą apanaży w Parlamencie Europejskim, lamentuje, że został wyrzucony z komisji spraw zagranicznych i komisji ds. konstytucyjnych europarlamentu, które jak w każdym ciele przedstawicielskim podlegają przetargom partyjnym. Partia, z której został wyrzucony, zachowuje wakat do obsady i właśnie tego dokonała. W owych komisjach na miejsce byłego polityka Platformy wskoczyli Julia Pitera i Michał Boni.

Saryusz-Wolski dokonał seppuku na rzecz PiS, które winno mu wynagrodzić zdradę. Za 30 srebrników Judasza kupiono ziemię pod Hakeldamę, cmentarz dla pielgrzymów.

Utratę apanaży winien Saryusz-Wolski rekompensować sobie w PiS bądź odzyskaniem stanowisk, ale z puli rodziny politycznej PiS w Parlamencie Europejskim albo w innej gratyfikacji. Polityk zapowiada odwołanie do Trybunału Sprawiedliwości UE. Jest to jakieś znamię czasu, kiedyś Judasz Iskariota dokonał seppuku (no, obwiesił się), dzisiaj Judasz chce zatrzymać przywileje, zatrzymać 30 srebrników. Nie godzi się na Hakeldamę, co dzisiaj da się przetłumaczyć, jako śmietnik historii. Podejrzewam najgorsze dla Saryusz-Wolskiego, Kaczyński potraktował go pocałunkiem śmierci.

CZY KTOŚ WIE, ILE PIENIĘDZY WYCIĄGAJĄ Z NASZYCH PODATKÓW, ABY JEŹDZIĆ Z CAŁĄ ŚWITĄ NA WAWEL?

WOTUM NIEUFNOŚCI WOBEC RZĄDU PiS – W PEŁNI ZASADNE. TAKIEJ BEZCZELNEJ PROPAGANDY I KŁAMSTWA NAWET ZA KOMUNY NIE BYŁO

>>>

JESTEM POLAKIEM. NIENAWIDZĘ TYCH, KTÓRZY POLSCE SZKODZĄ. PANIE KACZYŃSKI, ZMIATAJ PAN !!! KAŻDY DZIEŃ RZĄDÓW PIS TO STRATY DLA POLSKI !

Wywiad z Ludwikiem Dornem w „Wyborczej” wiele wyjaśnia z bieżącej polityki „pana” prezesa Kaczyńskiego. Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego bitwa o prezydenta w 2020 r. ma wymiar egzystencjalny. Teraz PiS pokaże, że idzie na nas unijna nawała, dowodzona przez Niemcy, a jej chorążym jest Tusk. I do wyborów będzie pracować największa machina kłamliwej propagandy i ogłupiania, jaką stworzono w III RP. Po to by w 2020 r. Tusk przegrał – mówi Ludwik Dorn.

Agnieszka Kublik: Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej na II kadencję. Żadne z 27 państw Unii nie poparło rządu PiS, nawet Węgry. Co z tą porażką zrobi Jarosław Kaczyński?

Ludwik Dorn*: Porażka, mówi pani? Nie. To, co się stało, było wkalkulowane w plan Kaczyńskiego. Choć może liczył na trochę inny wynik głosowania, np. 25:3.

Wykalkulowana porażka?

– Łączę ją z koncepcją polityczną powstałą w ostatnich miesiącach. Nie twierdzę, że ona przyniesie Kaczyńskiemu sukces, ale na pewno jest przez niego przemyślana. Ma związek z wyborami prezydenckimi w 2020 r. Tylko wtedy w tym szaleństwie widzę sens.

Jaki?

– Najpierw diagnoza sytuacji PiS. Jeżeli chodzi o zdolność zdobywania wyborców, PiS stanął w miejscu, a nawet lekko się cofa. W sondażach widać tendencję lekkiego spadku. Ona może narastać, bo w dziedzinie redystrybucji, w polityce socjalnej, nic więcej nie da się zrobić. Drugiego programu 500 plus nie będzie. PiS nie przyciągnie już nowych wyborców. Czyli nie będzie lepiej, będzie gorzej.

Co więcej, sytuacja w Unii się zmienia. Tworzy się tam nowy porządek, główne siły polityczne i instytucje, jak Komisja Europejska, będą przejmowały niektóre postulaty antyeuropejskich partii populistycznych, choć w mocno zmienionej formie. I Polacy będą mieli coraz gorsze warunki do życia i pracy w UE.

Dlaczego?

– Powodem wzrostu siły antyeuropejskich populistów w starej Europie jest sprzeciw wobec rozszerzenia Unii. Przy spowolnionym wzroście gospodarczym, kryzysach w starej Unii obywatele z nowej Europy, przede wszystkim Polacy, bo jest ich najwięcej, zaczęli konkurować z mieszkańcami starej Europy o ograniczony zasób dóbr, o pracę i zasiłki. To tło populistycznego buntu przeciwko elitom Unii, które populiści widzą w urzędnikach z Brukseli, ale także w partiach głównego nurtu, które doprowadziły do rozszerzenia UE. Partie niepopulistyczne, by bronić swojej pozycji, muszą przejmować część postulatów populistów. A więc i Komisja Europejska zacznie dryfować w tę stronę.

Jakie będą konsekwencje?

– Nasz interes nie polega na tym, ile możemy zyskać, tylko na tym, ile możemy stracić. Możemy stracić więcej, możemy mniej. Polska powinna tak grać, by Polaków zabolało jak najmniej. Plan Kaczyńskiego jest taki, by zabolało jak najbardziej. Będą napływać niedobre wiadomości ze starej Unii dotyczące np. konkurencji o miejsca pracy i polityki społecznej. Można je łagodzić, ale to słabo przemawia do wyobraźni, zwłaszcza wyborców PiS. Lepiej głośno zaprotestować. Krzyczeć, że nie oddamy ani guzika i ma być tak jak dotąd. To oczywiście będzie oznaczać, że nie będziemy mieli na nic wpływu, bo nas przegłosują. I zaboli bardziej.

Ma boleć Polaków do wyborów…

– …parlamentarnych i prezydenckich w latach 2019 i 2020. Wtedy Tusk będzie naturalnym liderem całej Polski anty-PiS – od feministek aż nawet po część czytelników „Gościa Niedzielnego”.

Niezwykle szeroka koalicja.

– PiS sobie na nią dzielnie zapracowuje. Ale z punktu widzenia Kaczyńskiego bitwa o prezydenta w 2020 r. ma wymiar egzystencjalny. Niezależnie od tego, kto w 2019 r. będzie tworzyć rząd, prezydent jest kwestią egzystencjalną. Jeżeli rząd będzie tworzyło PiS – samo lub z koalicjantem – to nie sądzę, by mieli 276 posłów lub więcej. Tyle potrzeba, by odrzucić weto prezydenta. Załóżmy, że PiS zostaje odsunięte od władzy. Koalicja anty-PiS też raczej nie będzie miała więcej niż 276 posłów. Wtedy prezydent jest gwarancją, że nie wejdą w życie np. ustawy odbierające PiS wpływ na media publiczne i zmiany ustaw o służbach specjalnych umożliwiające ich „depisyzację”.

I chodzi o to, by do wyborów prezydenckich w 2020 r. Tuska jak najbardziej…

– …zohydzić. Plan został zarysowany w wywiadzie pana Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej”. Pokazał tam obszary oddziaływania na świadomość społeczną: idzie na nas unijna nawała, dowodzona przez Niemcy, a jej chorążym jest Tusk. Rozbija Europę. A my jesteśmy jedyną w Europie siłą, której zależy na równych szansach. Do wyborów będzie pracować największa machina kłamliwej propagandy i ogłupiania, jaką stworzono w III RP. Czyli media publiczne obrośnięte „wSieci”, „DoRzeczy”, „Gazetą Polską” itd.

Polacy są jednymi z największych euroentuzjastów w Unii. Granie na niechęci do UE może nie być takie łatwe.

– Wrażenie zrobił na mnie niedawny raport Fundacji Batorego „Polacy wobec UE. Koniec konsensusu”. Tam wychwycono, że wprawdzie Polacy są bardzo euroentuzjastyczni (akceptacja dla członkostwa w UE wynosi ok. 77 proc.), ale ten konsensus jest płytki, mało treściwy. Kiedy Unia zacznie działać w sposób dla nas niekorzystny, to znaczna część euroentuzjazmu może wyparować.

Będzie się do czego odwołać. Przycięcie zasiłków na dzieci Polaków pracujących w starej Unii? Wina Tuska. Wszystko, co złe dla Polaków w UE – wina Tuska.

To po co Kaczyński walczył z Tuskiem kandydaturą Jacka Saryusz-Wolskiego?

– Aby formułować sprzeciw wobec Tuska w kategoriach proeuropejskich. Mądrość etapu jest taka, że politycznie programu antyeuropejskiego nie da się sformułować, więc proszę, mamy tu człowieka, który był w ekipie wprowadzającej Polskę do UE.

Jeśli plan Kaczyńskiego jest taki, jak pan go kreśli, to jest bardzo groźny dla Polski.

– Zgadzam się. Dużo zależy od opozycji. A ona jest taka, jaka jest. Innej raczej nie będziemy mieć. To są intelektualnie i politycznie leniuchy.

Dygresja: nad PO chce mi się płakać. Złożyli wniosek o wotum nieufności wobec rządu. Czyli zrzucają tę bombę atomową wtedy, kiedy zostanie sprowadzona do kapiszona. Bo taki wniosek ma sens jedynie we wrześniu 2018 r., tuż przed wyborami samorządowymi. Wtedy miałby dużą siłę rażenia.

To czego pan oczekuje od opozycji?

– Od PO i PSL, by sformułowały i zaczęły realizować alternatywną polską politykę europejską w formie rozmów międzypartyjnych w rodzinie Europejskiej Partii Ludowej. Na zasadzie: tamci nie chcą z wami rozmawiać, a my tak. Oczywiście nie będą traktowani jak rząd, bo rząd ma demokratyczną legitymację. Również do tego, niestety, by szkodzić swojemu krajowi, co PiS czyni. Opozycja musi pokazać, że jest alternatywa. Zintensyfikowanie kontaktów PO i PSL z CDU/CSU, związane choćby z tym, co ma być ustalane na szczytach UE, pokaże, że jest ośrodek, który po dojściu do władzy będzie prowadził nieszkodzącą Polsce politykę europejską. Czasami wchodzącą w negocjacyjny spór ze starą Unią, w tym z Niemcami, ale nastawioną na porozumienie.

Opozycja powinna też Polaków nastraszyć. Polskie społeczeństwo ma strach w kościach. Po doświadczeniach ostatnich 300 lat, a zwłaszcza XX w., większość Polaków nie widzi nic dobrego w perspektywie, że zostaniemy wyklętym narodem Europy. Nie uśmiecha nam się taka polityka, że im więcej wrogów, tym większa chwała. Trzeba straszyć tak: rodacy, tu chodzi o wasze portfele, wasze miejsca pracy, szanse awansów waszych dzieci, o wasze bezpieczeństwo. Bo jak mamy wokół samych wrogów lub nam niechętnych, którzy nie mają powodu, by palcem kiwnąć w naszej sprawie, to w końcu wszyscy skończymy niedobrze.

Plan Kaczyńskiego ma szanse powodzenia?

– Ma, choć jest ryzykowny. Jest szansa, że padnie. To w dużej mierze zależy od opozycji, od niepisowskich elit. Dziś opozycja leniuchuje i wychodzi z założenia, że PiS sam sobie strzela samobóje, sam otwiera nowe fronty, to po co się męczyć? Lepiej siądźmy na brzegu rzeki i czekajmy, aż trup PiS nią spłynie. Ale sam nie spłynie. Jeżeli nie będzie długofalowej, poważnej pracy ze strony opozycji, jeżeli nie będzie projektu alternatywnego sformułowanego na poważnie, a nie na żółtych paskach w telewizji informacyjnej, jeżeli wspólnie z centroprawicą niemiecką i francuską nie powoła się wspólnego think tanku, którego głos będzie się liczył w UE i w Polsce, to trup PiS sam nie spłynie.

Plan Kaczyńskiego nie wypali pod warunkiem, że opozycja będzie miała swój plan?

– Tak. Plan na polską politykę europejską, bo wybory w 2019 r. i 2020 r. będą o wiele bardziej gorące emocjonalnie niż wybory w 2015 r. A jednym z głównych wymiarów tych wyborów będzie kwestia europejska. To będą wybory strategiczne. Stawka: gdzie w sensie geostrategicznym i egzystencjalnym ma być Polska w następnych kilkudziesięciu latach.

TO BYŁ NOKAUT. 27:1 PiSOWSKA KATASTROFA (bo trudno to nazwać meczem czy walką) PRZESZŁA DO HISTORII ŚWIATOWEJ DYPLOMACJI.

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Szef MSZ z obniżonym poziomem zaufania

Witold Waszczykowski znalazł sposób, aby nie doszło do takich kompromitujących porażek rządu PiS z instytucjami unijnymi, jak podczas szczytu w Brukseli, na którym przedłużono Donaldowi Tuskowi mandat przewodniczącego Rady Europejskiej. Należy Unię Europejską bojkotować: „Musimy drastycznie obniżyć poziom zaufania wobec UE. Zacząć prowadzić także politykę negatywną”.

Przecież PiS ma to „obcykane”. Prowadzili politykę negatywną z Trybunałem Konstytucyjnym i obniżyli poziom zaufania niepublikowaniem wyroków. Rezultat otrzymali: de facto nie ma niezależnego TK, więc nie obawiają się porażki. Julii Przyłębskiej podyktuje się wyrok, który będzie się zgadzał ze zdaniem prezesa.

Instytucje unijne, do których Waszczykowski chce obniżyć poziom zaufania, w tym wypadku to zbiór 28 państw (po Brexicie – 27), które pod przewodem szefa Rady Europejskiej podejmują strategiczne decyzje. Krótko pisząc – Waszczykowski chce obniżyć nie tylko prestiż Tuska, ale kanclerz Niemiec, prezydenta Francji, a nawet premiera Węgier. W sumie chce obniżyć wszystkich przywódców krajów unijnych. W tej parcianej retoryce Waszczykowskiego należy szybciutko przywołać wywyższenie prezesa PiS na drabince z Tesco.

A może nie zrozumieliśmy Waszczykowskiego? Acz jego retoryka jest kiczowata – niestety, nie jest zbyt lotny intelektualnie, a tym samym niezbyt zgrabnie używa języka – to zastanówmy się nad jego dalszymi słowami, które mają wyjaśnić, co „poeta” miał na myśli. Wg niego w polityce negatywnej chodzi o „blokowanie innych inicjatyw, aby prowadzić bardzo ostrą grę”, „trzeba mieć ostre zęby”.Nie wypracowywać wspólnych stanowisk ani dochodzić do konsensusu, nie podporządkować się obowiązującym zachodnim standardom demokratycznym bądź zobowiązaniom międzynarodowym, ale „prowadzić bardzo ostrą grę”.

Kto to mówi? Szef dyplomacji, jakby ktoś nie wiedział, kim jest w rządzie PiS Witold Waszczykowski. A nie jest ministrem wojny. I nie bądźmy zatem zdziwieni, że porażka 27:1 spotkała takiego zawodnika i jego przełożoną Beatę Szydło. Przyjaciół potraktowali jak wrogów, więc musieli dostać takie baty, wszak jeden z „goli” w bramce PiS jest dziełem napastnika Viktora Orbana.

Mogę sobie żartować, pisać ten felieton w tonie „Ucha prezesa”, ale Unia Europejska to nie wróg Polski, to nie Rosja, to projekt cywilizacyjny, który był marzeniem Polaków i się ziścił. A taki niewydarzeniec, jak Waszczykowski na polecenie Kaczyńskiego, ustawia UE w pozycji wroga, w pozycji Rosji. A może o to chodzi? Nie chodzi o Tuska, nie chodzi o Angelę Merkel, o pozostałych przywódców krajów Unii Europejskiej, ale o jeszcze jednego wroga, który potrzebny jest zwierzchnikowi Waszczykowskiego, Kaczyńskiemu, aby Polaków ustawić przeciw, włożyć im nóż w zęby i takimi wyprowadzić z Unii Europejskiej.

Nie piszę też tego, aby kpić z Waszczykowskiego, który dla mnie jest kpiną sam w sobie, z którym prawdopodobnie nie napiłbym się piwa, ale uzmysławiam, jak budowana jest retoryka, z którą – jak ze śpiewem – na ustach będziemy wyprowadzani z Unii Europejskiej. Przed tym też przestrzega najnowszy „Newsweek”, dziennikarze tego tygodnika piszą, iż „klęska w Brukseli”, to „kolejny powód, aby wyprowadzić Polskę z Unii”. Jeżeli wyprowadzić, to gdzie poprowadzić? Kierunek jest jeden, najpierw „ciepły człowiek” Łukaszenka (u którego moszczą sobie pisowcy gniazdko w razie czego), a potem ten, do którego zwiał Janukowycz. Takie ich Zaleszczyki. Zdziwieni?

A TO PIĘKNE 🙂

Po PiS stajnie Augiasza do posprzątania

Przed szczytem unijnym Jacka Saryusza-Wolskiego nikt z Platformy Obywatelskiej nie mógł telefonicznie złapać, aby potwierdził, że dał się wrobić PiS-owi. Dzisiaj Saryusz-Wolski udziela się na Twitterze i to z nadprodukcją 140-znakowych myśli. Niestety nie są one głębokie, choć widać, iż autor chciałby zawrzeć w nich głębię tajemnicy, którą w posiadaniu mają wielcy ludzie.

Saryusz-Wolski nie jest wielki, a w znanym kontekście – śmieszny, żałosny. Jednym sztychem popełnił na sobie samobójstwo polityczne, zabił swój niewątpliwy dorobek. Zapewniał jakiś czas temu, że wysiadł z Platformy na przystanku Polska.

Niewątpliwy specjalista od PiS i Kaczyńskiego dziennikarz „Newsweeka” Michał Krzymowski w najnowszym numerze tygodnika zajmuje się wysiadką pisowskiego niedoszłego kandydata na przewodniczącego Rady Europejskiej. Otóż tym przystankiem jest jednak najpowszechniejszy przystanek: Kasa.

Przystanek znajdował się w warszawskim mieszkaniu europosła PiS Ryszarda Czarneckiego, czekał na Saryusza-Wolskiego „pan” prezes Jarosław Kaczyński. Tam dobito interes. Saryusz-Wolski da twarz, czyli ciała, prezes mu da miejsce na liście wyborczej PiS do Parlamentu Europejskiego, bo w PO był spychany na boczny tor, ponadto prezes dorzucił Saryuszowi-Wolskiemu obroku do tak pomyślanego koryta, mianowicie trochę szmalu na jego fundację Centrum Europejskie Natolin. Oczywiście, szmal pochodzić będzie z naszej wspólnej kasy – z budżetu państwa.

Jakie to proste! Po co zasłaniać się wielkimi słowami, do tego kiepsko użytymi, bo nie dostał Saryusz-Wolski od Bozi tego, co mają poeci. Prozaizmy jego tak brzmią, że aż zęby zgrzytają same.

Kandydaturę Saryusz-Wolskiego odczarowuje w „Wyborczej” Ludwik Dorn, który porażkę Kaczyńskiego z kandydatem PiS nazywa porażką, ale prezes PiS ją wykalkulował, acz mógł skalkulować nie aż tak nokautująco – 1 do 27. „Pan” Kaczyński złapał w miarę wygodnego jelenia, wystawił go na europejski strzał, Saryusz-Wolski padł, ale rykowiskiem teraz zajmie się propaganda podległych mediów, aby przekuć na wygraną w wyborach prezydenckich Andrzeja Dudy. Chodzi o to, że do polityki krajowej wróci Donald Tusk i stanie naprzeciw cienkiego Dudy, wówczas żadne skręcone ordynacje wyborcze Dudzie nie pomogą.

A tak machina propagandowa PiS będzie pracowała na zohydzeniem Tuska, Unii Europejskiej. PiS-owi poparcie zatrzymało się i nie ma z czego dosypywać do populizmów, więc zabezpieczają się Dudą, gdyby mieli przegrać wybory parlamentarne. Duda ma ich ratować przed Trybunałami Stanu, czy też przed zwykłym sądem dla „pana” posła Kaczyńskiego.

Czy tym się powodował Kaczyński, jak kalkuluje w wywiadzie Dorn? O Dornie od zawsze mam podobne zdanie, potrafi się kreować. A Kaczyński nie wybiega za daleko politycznie, zawsze kierował się od przypadku do przypadku. Jest w tym typowy, nie potrafi się wycofać, przyznać do błędu, a więc idzie na eskalowanie. I podkreślam: ta eskalacja może dla nas skończyć się tragicznie, włącznie z wyjściem z Unii Europejskiej. Po Kaczyńskim będzie, co sprzątać. Stajnie Augiasza mogą być poręczną metaforą, a więc od nas będzie wymagana siła herkulesowa, aby z nieporządkiem po PiS się zmierzyć.

KOMENTARZ BUDKI TRAFIONY W 10-TKĘ 🙂

>>>

CAŁA HISTORIA W JEDNYM OBRAZKU

Niepoparcie Donalda Tuska przez PiS jest jednym z elementów wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej. Jarosław Kaczyński wyprowadza Polskę z Unii. Gdzie wyprowadza? Na manowce.

Pisze o tym na Koduj24.pl Wojciech Maziarski.

Kaczyński ukradkiem wyprowadza Polskę z UE

Celem nie jest Donald Tusk – w tej rozgrywce chodzi o to, by szefem Rady Europejskiej przestał być Polak.

Prezes PiS chce przesunąć Polskę na peryferia UE, a potem może nawet w ogóle z niej wystąpić. Komentatorzy bezradnie rozkładają ręce i pytają: czy Jarosław Kaczyński naprawdę nie rozumie, że z punktu widzenia interesów naszego kraju Polak na stanowisku szefa Rady Europejskiego jest wielką wartością? Nawet jeśli tym Polakiem jest jego osobisty wróg Donald Tusk…

To błędnie postawione pytanie. Jarosław Kaczyński doskonale rozumie, że Polak jako nieformalny „prezydent” Europy jest wielką wartością. Tyle że – jego zdaniem – wartością negatywną. Właśnie dlatego podjął próbę usunięcia go z tego stanowiska.

Zabieg z Jackiem Saryuszem-Wolskim nie ma na celu osadzenia nadambitnego renegata z PO w brukselskim fotelu. Jarosław Kaczyński doskonale wie, że to kompletnie nierealne – i mało go to obchodzi. Tak naprawdę liczy się tylko jedno – by pozbyć się z Brukseli Tuska. I to nie tylko dlatego, że ten polityk stał się w ostatnich latach prawdziwą obsesją lidera PiS-u. Oczywiście, miło będzie wysadzić go z siodła i pognębić, wzywając na przesłuchania w prokuraturze. Ale to tylko przy okazji, dla frajdy i rozrywki, bo rzeczywista stawka w tej grze jest znacznie wyższa, a prawdziwym celem jest pozbycie się Polaka ze stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Niech je zajmie ktokolwiek inny – Francuz, Holender, Niemiec. Właśnie Niemiec byłby najlepszy.

UE zagraża planom Kaczyńskiego

Krytycy Kaczyńskiego sądzą, że prezes PiS-u nie rozumie, iż obecność wpływowych Polaków w decyzyjnym centrum Unii zwiększa znaczenie Warszawy i sytuuje ją w unijnym jądrze, a alternatywą może być ześlizgiwanie się na peryferie, a może wręcz wypadnięcie z grona krajów tworzących UE.

Jednak on to doskonale rozumie. I właśnie do tego zmierza. Traktuje silną pozycję Polski w strukturach Unii jako wielkie zagrożenie dla swojej władzy i planów na przyszłość. Nie chce, by Polska pozostawała w jądrze UE. Najszczęśliwszy byłby, gdyby znalazła się na marginesie, którym Bruksela przestałaby się interesować.
Jarosław Kaczyński od chwili przejęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość metodycznie demontuje instytucje ograniczające jego władzę i zmuszające go do podporządkowania się regułom gry, na które nie ma wpływu i których nie może dowolnie zmieniać i naginać do swej woli. Skasował niezależność prokuratury, zniszczył Trybunał Konstytucyjny, podporządkował sobie media państwowe i stopniowo tłamsi prywatne, szykuje się do ofensywy przeciw sądom i samorządom, przygotowuje ustawę wymierzoną przeciw organizacjom pozarządowym, zapowiada „repolonizację”, czyli odbieranie gazet i stacji radiowych oraz telewizyjnych zagranicznym właścicielom.

Czy ktokolwiek jest na tyle naiwny, by wierzyć, że niszcząc w kraju wszystkie instytucje i struktury narzucające mu ograniczenia Jarosław Kaczyński pogodzi się z ograniczeniami wynikającymi z członkostwa w UE?

Scenariusz wychodzenia z Unii

Prezes PiS nigdy nie darzył Unii szczególną atencją, tyle że znając nastroje Polaków nie mógł wystąpić przeciw Brukseli z otwartą przyłbicą – w sondażach za członkostwem w UE opowiada się ponad 80 proc. obywateli. Dziś jesteśmy nawet bardziej euroentuzjastyczni niż przed akcesją – w 2000 r. za wstąpieniem do UE opowiadało się 70 proc. Polaków.

Jarosław Kaczyński wybrał więc metodę stopniowego zasiewania fermentu i wbijania klina między polską opinię publiczną a Unię. W podobny sposób w 1990 r. wypowiedział wojnę rządowi Tadeusza Mazowieckiego. Wiedząc, że nie może frontalnie zaatakować popularnego i lubianego przez Polaków premiera, wybrał dla starcia pole zastępcze, wysuwając kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta i wmawiając początkowo obywatelom, że nie podważa ani nie atakuje linii politycznej rządu, a jedynie chce „przyspieszyć” reformy.

Także w stosunkach z UE obowiązuje dziś w propagandzie PiS bałamutna formuła głosząca, że członkostwo w Unii jest rzeczą dobrą i pożyteczną, jednak sama Unia wymaga reform, musi stać się jakąś bliżej nieokreśloną „Europą ojczyzn”, a traktat trzeba napisać od nowa.

Takie tezy oznaczają w istocie zakwestionowanie Unii Europejskiej. A ponieważ nie wydaje się, by ktokolwiek w Europie zamierzał Kaczyńskiego posłuchać i pisać z nim nowy traktat, konsekwencja może być tylko jedna: kraj nieakceptujący obecnej formuły UE zawsze ma możliwość opuszczenia wspólnoty. Z tej możliwości właśnie skorzystali Brytyjczycy. Kaczyński nie mówi o tym głośno i ukrywa swoje prawdziwe cele, ale w rzeczywistości stara się wepchnąć Polskę na tę samą drogę.

Jak to zrobił Orbán

Wbrew wynikom sondaży, sugerującym, że Polacy są społeczeństwem euroentuzjastycznym, wysiłki prezesa PiS nie są skazane na niepowodzenie. Nastroje społeczne wyraźnie bowiem ewoluują.

„Postawy Polaków w sprawie członkostwa naszego kraju w UE nie są bynajmniej tak jednoznaczne, jak wskazywałyby badania. 37 proc. Polaków uważa bowiem, że nasz kraj mógłby lepiej poradzić sobie z wyzwaniami przyszłości, gdyby był poza UE” – piszą autorzy grudniowego raportu Fundacji Batorego i konkludują: „Jeśli w publicystyce często narzeka się, że polityka PiS wyprowadza Polskę z głównego nurtu polityki europejskiej, to warto zwrócić uwagę, że może to odpowiadać znacznie liczniejszej grupie obywateli, niż zdają się wierzyć krytycy obecnego rządu”.

W sondażu IPSOS dla OKO.press z października 2016 r. zadano pytanie, co należałoby zrobić w związku z tym, że „Europa przeżywa kryzys”. Wprawdzie 43 proc. respondentów odpowiedziało: „pogłębić współpracę i zwiększyć rolę Komisji Europejskiej”, ale niemal tyle samo – 41 proc. – poparło PiS-owską koncepcję „ograniczenia współpracy do spraw gospodarczych i zwiększenie niezależności państw”, a 8 proc. opowiedziało się za wystąpieniem Polski z Unii Europejskiej.

Te trendy niewątpliwie grają na korzyść Kaczyńskiego, który ma przed oczami przykład Węgier – kraju, który w chwili akcesji był jeszcze bardziej proeuropejski niż Polska. W sondażu z 2000 r. za wstąpieniem do UE opowiedziało się 70 proc. Polaków i aż 84 proc. Węgrów. W dzisiejszych badaniach wciąż zdecydowanie przeważają tam ci, którzy uważają, że członkostwo w UE jest dla Węgier korzystne – w lipcu 2016 r. uważało tak 70 proc. obywateli.

A jednak – mimo takich nastrojów – autorytarny i antyeuropejski premier Viktor Orbán cieszy się rzeczywistym poparciem większości społeczeństwa, gdy wytacza propagandowe i polityczne działa przeciw rzekomej unijnej opresji. W oficjalnej propagandzie Bruksela stała się niemal synonimem okupanta.

Rządzącym udało się umiejętnie zbudować wizerunek wroga bazujący na fobiach, uprzedzeniach i stereotypach zakorzenionych w umyśle przeciętego Węgra, dla którego Unia Europejska to nie „my, społeczeństwa Europy”, lecz mityczni biurokraci, wykorzenieni kosmopolici, żywiący się ośmiorniczkami bankierzy i finansiści, pożyczający biednemu ludowi forinty, a domagający się spłacania coraz droższych franków. Ci krwiopijcy chcą nas w dodatku zmusić do przyjęcia dziesiątków tysięcy przybyszy z krajów muzułmańskich. I kto nas przed tym może obronić? Tylko Viktor Orbán – człowiek, który się Unii nie kłania i buduje na południowej granicy zasieki.

Z węgierskich doświadczeń Jarosław Kaczyński z pewnością wyciągnął dwa wnioski: po pierwsze – należy wybrać dogodne pole sporu, w którym władza będzie mogła stanąć przeciw Unii po tej samej stronie barykady, co większość społeczeństwa. Na Węgrzech idealną okazją do tego było pojawienie się rzeki uchodźców przedostających się do kraju przez południową granicę. Węgrzy rzeczywiście widzieli ich na własne oczy i doświadczali związanych z ich obecnością niewygód.

W przeciwieństwie do tego przeciętny Polak żadnego muzułmańskiego uchodźcy nigdy nie widział, bo ich w naszym kraju praktycznie nie ma. Mimo to rządowa propaganda stara się eksploatować ten wątek, licząc na podobny efekt, jak na Węgrzech. Właśnie dlatego minister Błaszczak opowiada dyrdymały o unijnych „strefach szariatu, w których nie obowiązuje zachodnie prawo” i nie wpuszcza syryjskich sierot, które chciały przyjąć władze Sopotu.

Drugi wniosek płynący z węgierskich doświadczeń jest być może jeszcze ważniejszy – niezależnie od tego, jakie jest pole sporu, w oczach przeciętnego obywatela Unia Europejska musi być wrogiem, zaborcą i agresorem. Unia to „oni”. Obcy, którzy chcą „nas” ujarzmić i pozbawić tożsamości.

A jacy to „oni”, jeśli na czele Rady Europejskiej stoi Polak? Wprawdzie Polak najgorszego sortu i wnuk żołnierza Wehrmachtu, ale jednak Polak. To bardzo psuje klarowność obrazu. Dobrze zatem byłoby się go stamtąd pozbyć, zastępując kimś innym, najlepiej niemieckim gejem muzułmaninem, który idealnie ucieleśniałby zagrożenia płynące z Brukseli do Polski.

Przygotowania do decydującej bitwy

Jarosław Kaczyński niewątpliwie ma świadomość, że w nadchodzących miesiącach dojdzie do konfrontacji między Warszawą a Brukselą. Już dotychczasowe przypadki łamania standardów państwa prawa w Polsce spotykały się z protestami na Zachodzie, ale konflikt wciąż nie osiągnął poziomu krytycznego. Z miesiąca na miesiąc jednak ton sporu się zaostrza. Słowa o sankcjach politycznych i finansowych wobec Warszawy (i ewentualnie Budapesztu) padają coraz częściej i z coraz wyższego szczebla. W zeszłym tygodniu wprost powiedział o nich prezydent Francji Francois Hollande.

Prezes PiS niewątpliwie ma świadomość, że przygotowywane przez niego kagańcowe, antykonstytucyjne ustawy wywołają protesty nie tylko w kraju, ale i za granicą. Planowana likwidacja niezależności Krajowej Rady Sądownictwa z pewnością odbije się szerokim echem i wystawi rząd w Warszawie na krytyki i potępienia.
Punktem krytycznym będzie jednak tzw. „repolonizacja” mediów. Gdy polski rząd zacznie odbierać gazety i stacje telewizyjne oraz radiowe niemieckim i amerykańskim koncernom, tamtejsze rządy nie będą mieć wyboru. Pod naciskiem swoich środowisk biznesu będą musiały wkroczyć do akcji przeciw dyktaturze Kaczyńskiego.
A wówczas prezes zacznie wołać „Ratunku, Niemcy mnie biją!”. Przyznacie, że to brzmi znacznie lepiej niż „Tusk mnie bije!”.

STRZAŁ W 10 !!

NO TO JEST SENSACJA !!! Przeczytajcie mema !!! Oświadczenie majątkowe Szyszki:

Waldemar Mystkowski pisze o dwóch wypadkach pisowskich polityków: Macierewicza i Szydło. I co z nich wynika.

Macierewicz i Szydło – ludzie katastrofy

Obydwa wypadki – Antoniego Macierewicza pod Toruniem i Beaty Szydło w Oświęcimiu – łączy pisowskie signum: łamanie procedur i powypadkowe szukanie winnych wśród innych. Znacie to? Tak! Do najbardziej spektakularnej katastrofy doszło pod Smoleńskiem, tam zostało zabitych (jak chce PiS „poległych”) 96 osób. W Toruniu i Oświęcimiu doszło do katastrof drogowych, a te są „bezpieczniejsze” od lotniczych. Gdyby jednak Macierewicz, bądź Szydło stracili życie („polegli”), mielibyśmy kolejne osoby w panteonie partii Kaczyńskiego. Sprawcami byliby jacyś lokalni Putin, bądź Tusk.

Czy pozabijają się Macierewicz, czy Szydło, jest drugorzędne, mogą wszak zabić niewinnych ludzi, którzy na nich nie głosowali. W tym wypadku prawdopodobieństwo (19% elektoratu głosowało na PiS)  jest jak 5:1. Brak procedur w prawie nazywa sie bezprawiem – o to jest gorsze niż katastrofa smoleńska – bo katastrofa taka dotyczy całego kraju, właśnie znajdujemy się w fazie lotu pikującego, brzozą w tym wypadku będzie Bruksela. Tak walniemy, że kilka pokoleń do przodu się nie pozbiera, bo taki jest sens katastrof – rozwala się w try miga i skutki są nieodwracalne.

Nie chcę snuć porównań ogólnych, powrócę do wypadków pod Toruniem i w Oświęcimiu. Z jaką prędkością jechał Antoni Macierewicz do Torunia, wiemy, bo sam się przyznał przez o. Tadeuszem Rydzykiem. 240 km pokonał w 1 godzinę i 40 minut. Ile to wychodzi km na godzinę? To zadanie powinien rozwiązać Mariusz Błaszczak (dlaczego on? – o tym zaraz).

Z jaką prędkością Macierewicz wracał z Torunia na raut Kaczyńskiego, na którym to został uhonorowany przez sobie podległych dziennikarzy „Człowiekiem Wolności”? Należy podejrzewać, że z taką samą prędkością, z jaką jechał do Torunia. Przestępca nieukarany zawsze popełnia ten sam czyn. Recydywa – to przyzwyczajenie, a Macierewicz jest z tego znany. Recydywą jego jest, iż nie po drodze mu z rozumem i racjonalnościa, za to po drodze mu z Misiewiczem. Do wypadku Macierewicza doszło dlatego, że jego osobisty kierowca (ten sam, który wysługiwał się twórcom stanu wojennego) pomylił drogi, był doganiany ze zwiększoną prędkością przez inny pojazd w kolumnie Macierewicza. Podobno kierowca ministra obrony w ogóle nie hamował, zadziałały systemy zbliżeniowe.

Samochody nie miały autocasco, więc ich naprawa będzie opłacana z kasy państwowej. Kierowca Macierewicza dopuścił się następnie przestępstwa, bo zbiegł wraz z Macierewiczem z miejsca wypadku, a Macierewicz w drodze na raut swego zwierzchnika mógł obmyślić, jak zabezpieczyć „niewinność” swoich podwładnych żandarmów. No, jak to zrobił? Zgadliście! Przekupstwo to najstarsza metoda na świecie. Żandarmi z grupy ochronnej dostali 1700 zł dodatku do pensji. Mobilizujące. Gdyby jeden koleś z drugim zechciał odejść i nie daj boże mówić, dodatek traci.

Macierewicz ma łeb jak sklep, a nawet supermarket. Czy taki łeb ma Błaszczak, który wypowiadał się o katastrofie w Oświęcimiu z Beatą Szydło? Błaszczak ma większy łeb, bo wielkości sporej galerii handlowej. Oto po publikacji „Rzeczpospolitej”, w której opisano wypadek oświęcimski z winą konowoju z pasażerką Szydło, Błaszczak w programie 1 Polskiego Radia („Sygnały Dnia”) był powiedzieć: „Jedynym wiarygodnym źródłem informacji jest prokuratura. Już 11 lutego zrobiłem sobie takie proste ćwiczenie, droga tego samochodu to 56 km, czas przejazdu ok 40 minut. Gdy wpisze się w mapę elektroniczną, to jest czas zgodny z takim przejazdem”. Jeszcze dzisiaj matematykę na maturze zaliczyłby na pięć.

Acz nie zgadzają się z nim dziennikarze „Rzeczpospolitej” i politycy opozycji, mianowicie twierdzą, że kolumna poruszała się z prędkością 90 km na godzinę w terenie, w którym dozwolona jest prędkjość 50 km/h. Nie doszło do użycia sygnałów dźwiekowych, do jakich są proceduralnie zobowiązane pojazdy uprzywilejowane. Ba, poseł Platformy Krzysztof Brejza zapowiedział złożenie zawiadomienia do prokuratury o niezabezpieczeniu danych pojazdów (bo tachometry zostały poddane twórczemu zniszczeniu z zapisami technicznymi), ponadto kierowcy przekroczli czas pracy – 10 godzin dla kierowców, 12 godzin dla funkcjonariuszy BOR.

Limuzyna, która została rozwalona – audi za 2,5 mln zł – jeździła zaledwie 2 miesiące i skończyła na drzewie. I tym razem nikt nie został zabity, acz może zostać zniszczone życie 20-letniego kierowcy, który stał się ofiarą systemu PiS zwalania winy na innych.

PiS to szczególna partia. Czego się nie dotkną – kończy się katastrofą. Więc przypominam, iż rządzą Polską – więc co nas czeka? Katastrofa. Na razie kibicujemy innej katastrofie, mianowicie zamierzyli się na przewodniczącego Rady Europejskiej, najwyższego urzędu w skali globalnej sprawowanego przez Polaka. Czy zabiją tę największą karierę w historii Polski? Zdolni są do wszystkiego ludzie od katastrof.

Saryusz-Wolski mówił, że sam zrezygnował z EPP. Został jednak wyrzucony. Chadecy są wściekli, nazywają go „zdrajcą”

>>>

64 lata temu.

c6kq548waae6gmd

Jacek Saryusz-Wolski jest nie wątpliwie „bohaterem” weekendu. Bartosz T. Wieliński pisze w „Wyborczej”. W sumie dobrze się stało, że Jarosław Kaczyński postanowił do końca walczyć przeciwko Donaldowi Tuskowi. Europa będzie wreszcie musiała zareagować.

dobrze

Sposób, w jaki podjęto decyzję o wystawieniu przeciwko Tuskowi Jacka Saryusza-Wolskiego, sporo mówi o tym, jak jest sprawowana w Polsce władza. Postanowił o tym nie rząd, ale partia – to komitet polityczny PiS zobowiązał premier Beatę Szydło do niepopierania Tuska.

Mocno zapachniało PRL, czasami, gdy nie ukrywano, że szef rządu jest jedynie figurantem, a krajem rządzą biuro polityczne i pierwszy sekretarz.

O tym, że w Polsce PiS władza sprawowana jest tak samo, wiadomo było od samego początku. Jednak nigdy wcześniej jej mechanizmy nie zostały w tak jaskrawy sposób obnażone jak teraz. No, ale chodzi przecież o osobistego wroga Jarosława Kaczyńskiego, którego prezes obwinia o śmierć swojego brata i którego najchętniej widziałby w kajdankach na ławie oskarżonych.

Gdy w grę wchodzą tak wielkie emocje, nie ma miejsca na subtelność. Racja stanu też nie odgrywa większej roli.

Jeszcze niedawno polscy i europejscy dyplomaci snuli rozważania, jak na unijnym szczycie Beata Szydło wybrnie z tej kabały. Rozważano scenariusz, w którym podczas głosowania premier wyszłaby z sali obrad, np. odebrać ważny telefon. Inne rozwiązanie: podczas głosowania nie padłoby pytanie kto jest za, ale kto jest przeciw Tuskowi.

W obydwu sytuacjach premier Szydło mogłaby z czystym sumieniem wrócić do Polski i powiedzieć, że na byłego premiera nie głosowała. Dla Kaczyńskiego takie kompromisowe rozwiązanie to za mało. Prezes PiS dąży do tego, by wroga obedrzeć z godności. Miesiąc temu podczas spotkania w warszawskim hotelu Bristol całował w dłoń kanclerz Angelę Merkel, dziś w haniebny sposób wytyka Tuskowi, że jest nie polskim, lecz niemieckim kandydatem na szefa Rady Europejskiej.

Być może Jarosław Kaczyński liczy, że swoim uporem zmusi Europę do ustępstw. 10 lat temu, gdy na szczycie w Brukseli negocjowano traktat lizboński, jego brat Lech Kaczyński tak długo stawał okoniem w sprawie systemu liczenia głosów w Radzie Europejskiej (Polska domagała się wówczas przyznawania głosów według pierwiastka kwadratowego wyciąganego z liczby ludności), że ostatecznie Merkel, by ratować traktat, musiała dzwonić do Warszawy i negocjować z premierem Jarosławem Kaczyńskim.

Teraz nie chodzi jednak o traktat, ale o przywódcę Europy w ciężkich czasach, gdy Unia trzeszczy w szwach, a jej wrogowie na wschodzie i zachodzie rosną w siłę.

Czy Kaczyński może cokolwiek osiągnąć? Chyba jedynie to, że zniechęceni do Polski unijni politycy zdecydują się postawić na jeszcze innego kandydata niż Tusk czy Saryusz-Wolski. Byłby to pierwszy przypadek, gdy rządowi państwa UE udałoby się utrącić kandydaturę rodaka. Reputacja Polski osiągnęłaby dno.

Unia Europejska stoi dziś przed szansą, by dobitnie pokazać Kaczyńskiemu, że nie akceptuje jego zagrywek. Ani w sprawie przewodniczącego Rady Europejskiej, ani w kwestii łamania przez rząd PiS podstawowych wartości UE: praworządności, niezależności sądów, wolności mediów. Trwająca od roku procedura Komisji Europejskiej w sprawie łamania praworządności w Polsce to żmudny proces przekonywania Warszawy, że błądzi. Efektów na razie nie widać. Tymczasem kraje Unii mogą w tej sprawie natychmiast wysłać Warszawie jasny sygnał. Wystarczy, że zignorują sprzeciw rządu PiS i wybiorą Tuska.

Niech politycy PiS na własnej skórze odczują, jak niewiele ich sprzeciw znaczy – będzie to boleśniejsze tym bardziej, że Tuska poprą węgierscy sojusznicy. Niech zobaczą, jak to jest być w Europie izolowanym. Niech poczują smak klęski. Taka lekcja da im do myślenia.

c6gejktwyaactnz

Zaś Waldemar Mystkowski uważa, że Polak Polakowi wilkiem.

kaczynski

Unia Europejska miała okazję zobaczyć, jak sprawowana jest władza w Polsce. Decyzję o niepoparciu Donalda Tuska na reelekcję przewodniczącego Rady Europejskiej nie podjęły osoby sprawujące władzę wykonawczą w Polsce (premier bądź prezydent), ale komitet centralny PiS, bo takim jest komitet polityczny tej partii.

A do tego znając strukturę zarządzania w tej partii, gdzie prezes jest nieusuwalny, nawet chyba po jego śmierci, bo nie ma w statusie PiS takiego punktu, decyzję podjął I sekretarz tej partii, czyli prezes.

Tak wygląda władza w Polsce, władza nieodpowiedzialna, takim też kandydatem nieodpowiedzialnym PiS jest Jacek Saryusz-Wolski. W tym wypadku nieodpowiedzialność ma bardzo ostrą wymowę, polska racja stanu zostana znokautowana przez zawodnika wagi muszej, taka też jest wartość Kaczyńskiego w UE.

Kaczyński nie znokautował Tuska, ale polską rację stanu, kruchą roślinkę, która była hodowana przez ogromną większość polityków po 1989 roku i pielęgnowana przez społeczeństwo polskie – i jak drzewa w lex Szyszko, tak racja stanu w lex Kaczyński – została ścięta.

Prezesa PiS mało obchodzi Polska, zarówno tutaj i na zewnątrz, interesują go chore pomysły zbudowane na glebie jego kompleksów. Da się to porównać do narośli w anatomii, do nowotworu. Czy ten nowotwór jest złośliwy, śmiertelny, czy jeszcze niegłęboko zakorzeniony i da się go wyciąć? – przekonamy się dość szybko.

Usunąć taką zrakowaciałą tkankę może tylko świetny onkolog. Ale nie może być on przeprowadzać operacji na samym sobie, ani z rodziny. Kto zatem poda rękę Polsce, kto nam pomoże?

Saryusz-Wolski nie ma żadnych szans na szefa Rady Europejskiej, na co więc liczy? Na szefa polskiej (pisowskiej) dyplomacji po Waszczykowskim? Jeżeli ma trochę wybraźni, to musi mieć świadomość jak zdegradował swoją pozycję przetargową na salonach dyplomatycznych.

Wracając do sytuacji Tuska. Stała się nagle skomplikowana, ale czy rok temu z okładem wiedzieliśmy, że PiS będzie tak demolował Polskę? Na szczycie europejskim Tusk nie zostanie zgłoszony przez delegata polskiego, czyli Beatę Szydło. Może zgłosić się sam, tak mówi Artykuł 15 Traktatu o Unii Europejskiej w punkcie 5 o reelekcji przewodniczącego, która może być raz odnawialna.

A to znaczy, że Tusk sam się zgadza na swoją „odnawialność”. Zatem nie jest niemieckim kandydatem, co stara się Kaczyński wmówić ciemnemu ludowi. Skomplikowanie dotyczy zupełnie czego innego. Mianowicie Unia znajduje się w okresie trudnym, dyskusji na swoją przyszłością, której 5 wariantów w Parlamencie Eurropejskim niedawno przedstawił szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Szefowie krajów członkowskich UE mogą bać się wojny polsko-polskiej, a do tego mogłaby ona mieć aneks w postaci zapowiadanego przez Kaczyńskiego wydania europejskiego nakazu aresztowania za Tuskiem. I to może być przez Szydło rzucone na szalę podczas szczytu.

To nie człowiek człowiekowi wilkiem, to Polak Polakowi wilkiem, a poprzez strukturę władzy obecnie sprawowanej w kraju wydać wyraxnie – Kaczyński jest Polakowi wilkiem, tj. Tuskowi. W prezesie wszystko wyje z zemsty, a wraz z nim jego wataha.

c6jut-exeaajhow

Kleofas Wieniawa jest jeszcze dosadniejszy.

pis-nie

Unia Europejska miała okazję zobaczyć, jak sprawowana jest władza w Polsce. Decyzję o niepoparciu Donalda Tuska na reelekcję przewodniczącego Rady Europejskiej nie podjęły osoby sprawujące władzę wykonawczą w Polsce (premier bądź prezydent), ale komitet centralny PiS, bo takim jest komitet polityczny tej partii.

A do tego znając strukturę zarządzania w tej partii, gdzie prezes jest nieusuwalny, nawet chyba po jego śmierci, bo nie ma w statusie PiS takiego punktu, decyzję podjął I sekretarz tej partii, czyli prezes.

Tak wygląda władza w Polsce, władza nieodpowiedzialna, takim też kandydatem nieodpowiedzialnym PiS jest Jacek Saryusz-Wolski. W tym wypadku nieodpowiedzialność ma bardzo ostrą wymowę, polska racja stanu zostana znokautowana przez zawodnika wagi muszej, taka też jest wartość Kaczyńskiego w UE.

Kaczyński nie znokautował Tuska, ale polską rację stanu, kruchą roślinkę, która była hodowana przez ogromną większość polityków po 1989 roku i pielęgnowana przez społeczeństwo polskie – i jak drzewa w lex Szyszko, tak racja stanu w lex Kaczyński – została ścięta.

Prezesa PiS mało obchodzi Polska, zarówno tutaj i na zewnątrz, interesują go chore pomysły zbudowane na glebie jego kompleksów. Da się to porównać do narośli w anatomii, do nowotworu. Czy ten nowotwór jest złośliwy, śmiertelny, czy jeszcze niegłęboko zakorzeniony i da się go wyciąć? – przekonamy się dość szybko.

Usunąć taką zrakowaciałą tkankę może tylko świetny onkolog. Ale nie może być on przeprowadzać operacji na samym sobie, ani z rodziny. Kto zatem poda rękę Polsce, kto nam pomoże?

Saryusz-Wolski nie ma żadnych szans na szefa Rady Europejskiej, na co więc liczy? Na szefa polskiej (pisowskiej) dyplomacji po Waszczykowskim? Jeżeli ma trochę wybraźni, to musi mieć świadomość jak zdegradował swoją pozycję przetargową na salonach dyplomatycznych.

Wracając do sytuacji Tuska. Stała się nagle skomplikowana, ale czy rok temu z okładem wiedzieliśmy, że PiS będzie tak demolował Polskę? Na szczycie europejskim Tusk nie zostanie zgłoszony przez delegata polskiego, czyli Beatę Szydło. Może zgłosić się sam, tak mówi Artykuł 15 Traktatu o Unii Europejskiej w punkcie 5 o reelekcji przewodniczącego, która może być raz odnawialna.

A to znaczy, że Tusk sam się zgadza na swoją „odnawialność”. Zatem nie jest niemieckim kandydatem, co stara się Kaczyński wmówić ciemnemu ludowi. Skomplikowanie dotyczy zupełnie czego innego. Mianowicie Unia znajduje się w okresie trudnym, dyskusji na swoją przyszłością, której 5 wariantów w Parlamencie Eurropejskim niedawno przedstawił szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Szefowie krajów członkowskich UE mogą bać się wojny polsko-polskiej, a do tego mogłaby ona mieć aneks w postaci zapowiadanego przez Kaczyńskiego wydania europejskiego nakazu aresztowania za Tuskiem. I to może być przez Szydło rzucone na szalę podczas szczytu.

To nie człowiek człowiekowi wilkiem, to Polak Polakowi wilkiem, a poprzez strukturę władzy obecnie sprawowanej w kraju wydać wyraxnie – Kaczyński jest Polakowi wilkiem, tj. Tuskowi. W prezesie wszystko wyje z zemsty, a wraz z nim jego wataha.

c6gwjm-waaaxxux

W tym samym dniu Polacy zdobyli mistrzostwo świata w drużynie w skokach narciarskich w Lahti. Złoto nie przykryje zapachu tej przykrej konstystencji, która zajeżdża od PiS.

c6lepuyxmaeoofu

>>>

eliza-michalik

Prof. Wojciech Sadurski w „Wyborczej” pisze o wielkim zadaniu prof. Małgorzaty Gersdorf, I prezes Sądu Najwyższego. Wyrzucona drzwiami kontrola konstytucyjna wróci oknem, jeśli każdy najzwyklejszy sędzia zacznie oceniać zgodność ustaw z konstytucją. Dlatego prezes Gersdorf, która nawołuje: miejcie odwagę, musi dać głowę.

wojciech-sadurski

Wniosek posłów PiS sugerujących nielegalność wyboru prof. Małgorzaty Gersdorf na pierwszą prezes Sądu Najwyższego jest z prawnego punktu widzenia tak bezpodstawny, że jedynym jego wytłumaczeniem jest makiawelizm. Chodzi o „wypranie” sędziów dublerów Trybunału Konstytucyjnego, wybranych na już obsadzone stanowiska. Zasypując TK wnioskami groteskowymi (wpisuje się w tę listę także niedawny wniosek Zbigniewa Ziobry o uznanie nielegalności powołania trzech „starych” sędziów TK), daje się spacyfikowanemu Trybunałowi szansę okazania swej bezstronności, nic przy tym nie tracąc. Z drugiej strony, stwarza się w opinii publicznej wrażenie, że jakieś prezeski wybrane w sposób nie całkiem czysty są po obu stronach sporu, więc lepiej machnąć na to ręką.

Tym razem cel został jednak wybrany bardzo przemyślnie z punktu widzenia demonologii PiS-owskiej. W odróżnieniu od raczej anonimowych dla opinii publicznej trzech sędziów TK profesor Gersdorf wyrosła na czołową postać polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nie godzi się z rozmontowywaniem państwa prawa, już od dłuższego czasu wypowiada się krytycznie o zamachu PiS na zasady konstytucyjne, a chwilą kluczową, która uczyniła ją w oczach władzy wrogiem publicznym numer jeden, stało się jej wystąpienie z 31 stycznia przed sędziami apelacyjnymi i okręgowych. Wystąpienie, które – można to powiedzieć bez przesady – przejdzie do historii polskiego prawa.

Oto bowiem bez owijania w bawełnę pierwsza prezes SN wypowiedziała trzy prawdy.

Po pierwsze, zapowiadane przez władzę wykonawczą „reformy” sądów zagrażają niezawisłości sędziowskiej. Choćby przez to, że w Sądzie Najwyższym ma powstać Izba Dyscyplinarna, w której zasiądzie również tzw. czynnik społeczny, a taki mieszany skład będzie mógł usunąć każdego sędziego, „który nie zgadza się z poddaniem prawa potrzebom bieżącej praktyki i woli politycznej”.

Po drugie, kończy się w Polsce zadekretowane w konstytucji demokratyczne państwo prawa, bo demokratycznie wybrana większość zmienia konstytucję bez wymaganej większości, przez ustawodawstwo zwykłe.

I po trzecie, w obliczu tych zagrożeń dla państwa prawa i trójpodziału władzy specjalna odpowiedzialność spoczywa na sędziach. „Środowisko sędziowskie może pokazać klasę, na jaką nie jest stać wielu obywateli”.

Te trzy bardzo proste prawdy sprowadziły na profesor Gersdorf nagonkę, a przekazy dnia, tygodnia i miesiąca określiły szerszą klasę osób, na której należy skupiać niechęć społeczną: „kastę sędziowską”. Profesor Gersdorf stała się jej demonicznym uosobieniem.

Zabij wroga, nim się rozmnoży

W ataku na profesor Gersdorf zawiera się jednak większy zamysł.

W obliczu faktycznego rozbrojenia TK coraz częściej w debatach prawniczych pojawia się wizja alternatywnej wobec trybunału kontroli konstytucyjności ustaw, a mianowicie przez sądy powszechne, z sądem najwyższym jako ich zwieńczeniem. To w istocie najstarsza na świecie forma sądowej kontroli konstytucyjności, zainicjowana w USA przez sędziego Johna Marshalla w 1803 roku. Parafrazując, Marshall powiedział: „Jeśli mam przed sobą dwa prawa, które powinienem stosować w danej sprawie, ustawę i konstytucję, a dostrzegam między nimi sprzeczność – muszę wybrać konstytucję”. W ten sposób sędzia odmawia uznania ważności niekonstytucyjnej ustawy.

Taki system kontroli prawa, dokonywany przez sędziów wszystkich sądów, ale specjalnie (bo z mocą dla całego kraju) przez sędziów sądu najwyższego, przyjęty został w bardzo wielu państwach: Kanadzie, Japonii, Australii, Indiach… Jednak w większości państw europejskich przyjęto inny model – wyspecjalizowany trybunał. Co jednak czynić, gdy ten trybunał zostanie ubezwłasnowolniony?

Oczywista odpowiedź brzmi: obowiązek muszą przejąć na siebie sędziowie sądów powszechnych. Mają ku temu nie tylko prawo, ale także obowiązek. Konstytucja bowiem wyraźnie stwierdza, że jej przepisy stosuje się bezpośrednio (art. 8). Oznacza to, że w każdej sprawie, która ma konstytucyjne aspekty (a jaka ich nie ma?), sędzia musi uwzględniać nade wszystko konstytucję, a ustawę tylko w tej mierze, w jakiej jest z nią zgodna.

Taka filozofia jest śmiertelnym zagrożeniem dla PiS, bo kontrola konstytucyjności jego ustaw, właśnie wyeliminowana drzwiami, może wrócić oknem. Aby do tego nie dopuścić, należy skompromitować i zohydzić sędziów, którzy mogą się tego zadania podjąć. A jak skuteczniej to uczynić niż przez podważenie legalności urzędu pierwszej prezes?

Obie mają coś za uszami

Ale jest jeszcze jedna, wspomniana na początku, korzyść z ataku na Małgorzatę Gersdorf. Chodzi o to, by opinii publicznej zaszczepić przekonanie, że w przypadku obu prawniczek stojących na czele najwyższych sądów: Sądu Najwyższego i TK, jest coś tam nie w porządku z ich wyborem, a zatem zostawmy to prawnikom, niech się między sobą spierają do woli, a my z praktycznych powodów zaakceptujmy legalność wyboru obu pań.

Tymczasem między okolicznościami wyboru prof. Gersdorf i mgr Przyłębskiej nie ma żadnej symetrii. Gersdorf została wybrana na podstawie ustawy i regulaminu z 2002 roku, przyjętych 12 lat przed jej wyborem i nigdy niezakwestionowanych. Regulamin wyborów w SN został prawidłowo opublikowany, a w tym, że konkretyzacja ogólnych zasad wyboru zarysowanych przez Konstytucję RP i ustawę o SN została dokonana przez regulamin wewnętrzny, nie ma absolutnie nic dziwnego ani karygodnego. W istocie to normalna praktyka prawna.

Tymczasem mgr Julia Przyłębska została „wybrana” przez zgromadzenie, w którym zasiadali trzej dublerzy, o których TK jednoznacznie (3 i 9 grudnia 2015 r.) zawyrokował, że zostali wybrani nielegalnie, bo na miejsca już zajęte. Zabrakło głosowania nad formalną uchwałą o przedstawieniu kandydatur prezydentowi. Na dodatek mgr Przyłębska w żaden sposób nie spełnia konstytucyjnego wymogu „wyróżniania się wiedzą prawniczą”, jaki musi spełnić każdy sędzia TK, a więc tym bardziej – prezes.

Podważając legalność wyboru profesor Gersdorf, PiS pragnie propagandowo wybielić okoliczności wyboru mgr Przyłębskiej. Daje tej ostatniej możliwość okazania „wspaniałomyślności”, gdy Trybunał odrzuci wniosek posła Mularczyka. Ale jeśli tak się stanie, stanowić to będzie tylko potwierdzenie słów pierwszej prezes na spotkaniu z sędziami 31 stycznia: „Sądy łatwo przekształcić w igraszkę w rękach polityków”.

*Wojciech Sadurski – profesor prawa na Uniwersytecie Sydnejskim i profesor w Centrum Europejskim UW, obecnie gościnny profesor na wydziale prawa Uniwersytetu Yale w USA

Klasyka. W kraju udawać mocarstwo, uszy po sobie na zewnątrz. Ale żeby dać się zdominować Słowacji?

bartosz-t-wielinski

Janusz Lewandowski, eurodeputowany PO, pisze o PiS-ie, tj. psie ogrodnika.

PiS jak pies ogrodnika. Wersja eksportowa

waldemar-kuczynski

Najnowsza wunderwaffe, w osobie Saryusz-Wolskiego, wzbogaciła arsenał środków PiS ds. zwalczania Tuska w roli szefa Rady Europejskiej. Pomysłowości w destrukcji trudno im odmówić. Bywają ludzie kreatywni w psuciu i szkodzeniu. Bielan i Czarnecki na pewno zasłużyli na uznanie niedościgłego mistrza w tej dziedzinie – Jarosława Kaczyńskiego.

Nie ma w tej intrydze, szkodliwej dla Polski, nawet śladu myślenia pozytywnego. Ani śladu refleksji o polskiej racji stanu w tych niespokojnych czasach! Jest tylko partyjna rozgrywka, na użytek krajowy, bez względu na szkody międzynarodowe. Autorzy tej międzynarodowej intrygi nie są aż tak głupi, by nie wiedzieć, że Saryusz-Wolskiego używają instrumentalnie, byle zamieszać. On sam nie jest tak głupi, by nie wiedzieć, że nie istnieje jako kandydat w świecie realnym. Istnieje tylko w zmyślonym świecie PiS, w nadziei, że lud smoleński to kupi. Z pomocą telewizji Kurskiego.

Funkcja szefa Rady Europejskiej nie jest zarezerwowana dla Polski. Niezwykłe przełamanie monopolu Zachodu na najważniejsze funkcje w UE – najpierw Buzek jako prezydent Parlamentu Europejskiego, teraz Tusk jako przewodniczący Rady Europejskiej, wzięło się z walorów osobistych jednego i drugiego, ale było też wyrazem uznania dla Polski, podziwianej jako kraj sukcesu. Aż do roku 2015. Te polskie pozycje to jest niedościgle marzenie innych krajów, które dołączyły do UE po roku 2004. Są to funkcje poza zasięgiem małych ludzi, którzy uczestniczą w małostkowej zemście Jarosława Kaczyńskiego na Tusku. Na szczęście, nieudanej…

Polska PiS 2017 jest jak pies ogrodnika, tyle że w wydaniu eksportowym. Bo nie chodzi o sąsiedzką zawiść i krajowe podwórko. Rzecz dzieje się na oczach zdumionej Europy. Polski rząd i politycy rządzącej partii ścigają się na pomysły, jak dokuczyć rodakowi, który sprawuje najwyższy urząd w Unii Europejskiej. Sami nie mają szans, więc chwytają się wszelkich sposobów, byle zaszkodzić. Brzydko się chwytają!

Udział Saryusz-Wolskiego w tej ponurej farsie to jakieś tragikomiczne nieporozumienie. Nie można go traktować jak dziecko, zagubione we mgle polityki. Miał szansę zaprzeczyć. Nie wyparł się swego udziału. Wszystko wskazuje na to, że był świadomym uczestnikiem ataku na swego rodaka. Dał swoje nazwisko, będąc wciąż wiceszefem EPP. Nie ma czego szukać w świecie europejskiej chrześcijańskiej demokracji. Jeśli dobrze się czuje w gronie sprawców zamachu na demokrację, rządy prawa i pozycję Polski w Europie – jego sprawa. My czekamy na potwierdzenia mandatu Tuska, już w przyszłym tygodniu. Będzie to optymistyczny zadatek na przyszłość, na przekór „dobrej zmianie”.

natemat

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

prezydent-pomidor

Prezydent Pomidor, a nie Duda

Nie wiem, czy Pan Bóg w niebiesiech śmiał się z Andrzeja Dudy, bo ten pierwszy wszak jest niebytem, dzisiaj nieprzydatnym społecznie, acz w metafizyce owszem, ale Duda i polscy hierarchowie nie mają zbytniego pojęcia o metafizyce, tylko o pilnowaniu swoich ziemskich interesów.

Nie wiem też, czy Panu Bogu zależy na poście (przefasowany rytuał koszerności, bo chrześcijaństwo jest z żebra wiary mojżeszowej), acz miał sens w Średniowieczu, lecz niebyt (figuratywny), w którego wierzy Duda, musiał zmartwić się „kiełbaską” Dudy na Kasprowym Wierchu, bo ta zamieniła się w faszerowany pomidor.

Chciałem przypomnieć Dudzie i jego niewydarzonym ludziom od public relations (niekwestionowani grafomani), iż to jeszcze gorzej, bo faszerowany pomidor jest mniej „postny” od kiełbaski, a to dlatego, że idea postu zakłada ubogość, czyli w tym wypadku – porównawczo – zamiast włosienicy Duda włożył na siebie garnitur od Armaniego. Niech Duda dowie się, jak ludzie ubodzy się pożywiają, raczej postną kiełbaską niż faszerowanym pomidorem, serwowanym zresztą u Ritza.

Ale prezydenta mamy złamanego, czyli w sprawowaniu funkcji zakłamanego. Wychodzi na to, że Duda nie chciałby łamać postu, ale Konstytucję owszem złamie, bo „pan” z Nowogrodzkiej mu kazał. I jeszcze warto byłoby przypomnieć Dudzie, że nie został wybrany na prezydenta Watykanu, ani nawet PiS-u, ale Rzeczpospolitej.
Z tej afery kiełbasianej wyszedł więc Dudzie jad kiełbasiany. Tak wygląda polska katolicka „poezja” lingwistyczna. a przy okazji: z powodu jadu kiełbasianego zmarł nasz wieszcz A. Mickiewicz. I może ta kiełbaska pomidorowa coś zawierała w sobie, jakieś toksyny umysłowe, bo oto Duda przemówił w Witowie k. Zakopanego na starcie biegu „Szlak bez granic”. Uwaga! – bo podejrzewam u Dudy coś pochodnego od choroby morskiej.

Oto Duda w swojej retoryce wraca do Kasprowego Wierchu, gdzie rozmawiał z prezydentem Słowacji Andrejem Kiską (stąd ta kiełbasa, bo drzewiej mówiono na nią kiszka), iż rozmawiał „o rozwoju więzi nie tylko pomiędzy Polską i Słowacją”, ale w znacznie szerszej formule „tzw. Trójmorza”. Ki diabeł? – może zapytać wierzący w piekło (kolejna idea zapożyczona z mitologii orfickiej) – słyszało się o Międzymorzu, takie endeckie farmazony, ale Trójmorze? I szybciutko poznajemy, jakie to fale szumią w głowie Dudy. Cytuję: „Aby były dobre połączenia pozwalające nam na sprawne przemieszczanie się, na taką spokojną i łatwą turystykę od Morza Bałtyckiego aż do Morza Czarnego i Adriatyckiego”.

Ktoś przytomny powie: ależ tak jest już od dawna w Unii Europejskiej, nie potrzeba jakiś nowych idei otwarcia przejść granicznych. Dalej Duda mówił: „Wystarczy, że wszędzie przeprowadzimy takie inicjatywy łączące czy likwidujące granice, że wszędzie będziemy mówili o potrzebie komunikacji, potrzebie spotkania. Ta wielka idea połączenia trzech mórz”. No, wycofuję się. Bo z wcześniejszego mojego wywodu można byłoby sądzić, iż Duda cofnął się do Średniowiecza. Tak daleko się nie cofnął, cofnął się do czasu, gdy Polska nie należała do Unii Europejskiej, gdy nie było strefy Schengen. Więc nie bądźcie zdziwieni, że Duda chce podnosić szlabany między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem.

Takiego cofniętego mamy prezydenta. Czym nafaszerowano tego pomidora? A może jest tak, jak w tej dziecięcej zabawie, w której na każde pytanie dla rozśmieszenia odpowiada się: pomidor. I my Polacy nie mamy prezydenta tylko Pomidora. Acz poprawnie powinno być: Pomidor. Duda? Pomidor. Prezydent? Pomidor.

Jaki ten Gałczyński był przewidujący, gdy pisał satyrę na Polskę sanacyjną: „Skumbrie w tomacie”:
Raz do gazety „Słowo Niebieskie”
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
przyszedł maluśki staruszek z pieskiem
(skumbrie w tomacie pstrąg)„. itd.

Dzisiaj tego staruszka z pieskiem należy tylko zamienić na staruszka z kotkiem. Tak walnięto Polskę pomidorem. A mnie osobiście na pewien czas odstręczać będzie zupa pomidorowa. Cofa mi się.

c6euw9jwcaeoxzs

>>>

I TEN WSZYSTKOWIEDZĄCY WZROK…

c52npmdwaaalrq1

WP ujawnia: kierowca Szydło nie miał prawa prowadzić samochodu – Wiadomości – WP.PL

wp-ujawnia

W „Wyborczej” o krucjacie przeciw Tuskowi piszą Bartosz T. Wieliński, Agata Kondzińska, Tomasz Bielecki i Justyna Dobrosz-Oracz. To Jarosław Gowin, Ryszard Czarnecki i Ryszard Legutko przekonywali do kandydatury Jacka Saryusza-Wolskiego na szefa Rady Europejskiej, choć wiadomo, że europoseł PO nie ma szans z Donaldem Tuskiem. PiS ma wobec niego plany.

pozyteczny

Według informacji „Wyborczej” pomysł, by Warszawa jako kandydata na europrezydenta wystawiła właśnie Saryusza-Wolskiego, pierwszego w historii pełnomocnika polskiego rządu ds. integracji europejskiej, obecnie europosła PO i wiceprzewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej, pojawił się w grudniu zeszłego roku. Pierwsza kadencja Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej dobiegała końca, a przywódcy UE zaczynali na poważnie dyskusję o jego wyborze na następne dwa i pół roku. Rząd Beaty Szydło wcześniej unikał jednoznacznych deklaracji. Jedynie prezes PiS Jarosław Kaczyński w październiku mówił, że „nie wyobraża sobie, by polski rząd poparł Tuska”. Źródła w polskiej dyplomacji dawały do zrozumienia, że Polska podczas głosowania wstrzyma się od głosu. – Wydawało się, że premier Szydło podczas zatwierdzania Tuska po prostu będzie wychodzić z sali – mówił jeden z unijnych dyplomatów.

gazeta-wyborcza-tusk

W styczniu, gdy decyzja o wystawieniu Tuskowi kontrkandydata już zapadła, Kaczyński zaostrzył ton. Mówił m.in. o szkodliwych dla Polski decyzjach, za którymi stoi były premier. Wczoraj na konferencji prasowej przypuścił atak. – Tusk łamie elementarne zasady Unii Europejskiej. Łamie zasadę neutralności, wprost popiera opozycję, która sama nazywa się totalną i chciałaby obalić rząd pozaparlamentarnymi metodami – mówił, dodając, że taki ktoś nie może stać na czele Rady Europejskiej.

„Wyborczej” udało się ustalić, że za Saryuszem-Wolskim w rządzie lobbował wicepremier Jarosław Gowin, a w partii europosłowie Ryszard Czarnecki i Ryszard Legutko. Inne źródło podaje, że Kaczyńskiego do tej kandydatury przekonywała również Ewa Ośniecka-Tamecka, dawna współpracownica Saryusza-Wolskiego, obecnie rektor Kolegium Europejskiego w Natolinie. Nasze źródła twierdzą, że najwięcej czasu zajęło przekonanie właśnie Kaczyńskiego. Na wczorajszej konferencji szef PiS unikał tego tematu, mówił, że Saryusza-Wolskiego „nie zna dobrze” i że „obserwuje go tylko z daleka”.

Nasi rozmówcy w PiS i w PO twierdzili, że Saryusz-Wolski nie ma nic do stracenia, bo pokłócił się z Platformą Obywatelską, której ma za złe m.in. to, że nie mianowała go eurokomisarzem. Na start z list PO w kolejnych wyborach nie ma szans. – Teraz zyskuje rozgłos, pięć dni, podczas których mówi się tylko o nim – twierdzi jeden z polityków PiS. Przyznaje, że szanse Saryusza-Wolskiego przeciwko Tuskowi są nikłe. – To gra obliczona na jeden przekaz: zgłaszamy swojego kandydata, żeby nie było wrażenia, że nie popieramy Polaka. Popieramy, ale mamy lepszego niż Tusk. Tylko niestety Unia go nie zaakceptowała – słyszymy w PiS. Co będzie z Saryuszem–Wolskim po porażce? Jedne źródła w PiS mówią, że zastąpi Witolda Waszczykowskiego na stanowisku szefa MSZ. Inne, że PiS wyśle go do unijnych instytucji.

Rzecznik rządu Rafał Bochenek tych doniesień komentować nie chce. – Premier prowadzi w tej chwili rozmowy z przywódcami krajów unijnych, nie ma konkretnych ustaleń – mówi. Z informacji „Wyborczej” wynika jednak, że w poniedziałek Polska poinformowała Maltę, która w tym półroczu przewodniczy UE, iż będzie miała innego kandydata. Wcześniej premier obdzwaniała w tej sprawie przywódców UE, o czym informował „Financial Times”.

Kandydatura Saryusza-Wolskiego w UE budzi zdumienie. Także w Grupie Wyszehradzkiej. Karel Schwarzenberg, szef komisji spraw zagranicznych czeskiego parlamentu, mówił „Wyborczej”, że Tusk był „bardzo dobrym przewodniczącym”. – Dlaczego mielibyśmy go zastępować? – pytał. Jego słowacki odpowiednik František Šebej mówił wprost: – Nie rozumiem, co jest nie tak z Tuskiem. Jestem z niego zadowolony.

Janusz Lewandowski, europoseł PO, mówi ostro: – Albo Saryusz-Wolski zdementuje te informacje, albo poniesie konsekwencje.

„NASZE STANOWISKO JEST ŻADNE” – cała unia i wszyscy myślący Polacy potwierdzają słowa Terleckiego 

c52xcq4wyaaw8y5

CZY JAK NOWORODKI BEZ WYSTARCZAJĄCEJ OPIEKI ZACZNĄ UMIERAĆ, TO POWIEDZĄ, ŻE BÓG TAK CHCIAŁ???

c5003vawmaeld63

„W życiu nie myślałem, że będę musiał użyć tak mocnych słów w korespondencji do Ministra Zdrowia” – Jurek Owsiak.

c50iv6kxqaeouft

Rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa opowiada, co nas czeka, gdy zostanie zniszczona niezależność sądownictwa. „Życzę ci, gnoju, abyś zdechł jak najszybciej”. „Zdychaj, stalinowski, kłamliwy pomiocie”. Dostaję takie SMS-y, od września coraz więcej. Jeden człowiek pisze do mnie cały czas. Od wczoraj przysłał mi z 50 SMS-ów – mówi sędzia Waldemar Żurek, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa.

zycze-ci

Michał Wilgocki, Łukasz Woźnicki: Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie gróźb wobec sędziów Krajowej Rady Sądownictwa. Ale pan nie chciał ścigania sprawców.

Waldemar Żurek, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa: To ludzie niezrównoważeni. Chłoną propagandę polityków, to ich nakręca. Jestem sędzią z grubą skórą, najmowałem się do tej pracy także na trudne czasy. Jestem rzecznikiem KRS i nie zamierzam utajniać numeru telefonu, bo ktoś próbuje mnie zaszczuć.

A prokuratura uruchomiła tę sprawę, chociaż jej nie zawiadamiałem. Wystarczył tekst w serwisie wPolityce.pl. Ile takich spraw wszczynają po artykułach? Poszedłem na przesłuchanie, ale nie czułem, że jestem traktowany jak osoba pokrzywdzona. Prokurator mówił, że moja sprawa jest numerem jeden. Wyczułem sugestię, że ktoś mu kazał ją podjąć.

Co w tym złego?

– W tym szaleństwie jest metoda. Prokuratura uruchomi 20 postępowań przeciw ludziom, którzy do mnie piszą. Potem się okaże, że to jakiś człowiek, który ma żal do sądów, albo internauta, który niewiele rozumie. A ja będę wzywany do prokuratury, odciągany od obowiązków. Punkt ciężkości z tego, co się dzieje w KRS, i z reformy sądownictwa zostanie przeniesiony na moją osobistą walkę. Dlatego nikt mnie w to nie wciągnie. Nie udostępnię prokuraturze telefonu. Nie przekażę danych z mojego życia prywatnego, bo mam podejrzenie, że prokurator może ujawnić materiały ze śledztwa. Przy sprawie Józefa Piniora minister Zbigniew Ziobro zapowiedział: będziecie atakować mojego prokuratora, to ujawnię materiały.

Stenogramy z podsłuchów Józefa Piniora ostatecznie ujawniła publiczna telewizja.

– I to nie są przypadki. Po wypadku kolumny Beaty Szydło minister Mariusz Błaszczak wypowiadał się tak, jakby widział, co jest w protokole. A protokół do momentu wniesienia do sądu jest niejawny. Jak ma się zachować obrońca, gdy niejawne dowody są podsyłane opinii publicznej, a ta wydaje wyrok? Jak ma procedować sąd?

„Wymiar sprawiedliwości nie może funkcjonować w warunkach zastraszania i wywierania wpływu na sędziów”. To z niedawnego oświadczenia KRS. Sędziowie czują się zastraszeni?

– Oświadczenie dotyczyło m.in. procesu w sprawie śmierci ojca Zbigniewa Ziobry, w której rodzina oskarżyła lekarzy o błędy. To, co wtedy zrobiła prokuratura, było grubą sprawą. Jest dzień do wydania wyroku, a prokuratura wszczyna śledztwo ws. przekroczenia uprawnień przez sędzię, która zaraz ma wydać merytoryczne orzeczenie. Do sądu przychodzi faks: jest postępowanie. Bierze w tym udział Prokuratura Krajowa, która jest powołana do bardzo poważnych przestępstw, a nie sprawy rzekomego błędu medycznego. To była próba wpływania na sędziego, i to w prywatnej sprawie.

„Przywracamy uczciwość i służbę w sądownictwie”, „Czas najwyższej kasty dobiega końca” – tak Ziobro uzasadnia swoją reformę.

– Chce pokazać, że jest szeryfem. Ale szeryf był dobry na Dzikim Zachodzie, gdzie nie było reguł. My mamy konstytucję i szereg przepisów, które są uzdą dla polityków. Minister chce je zlikwidować. Chodzi o chęć kumulacji władzy i niezrozumienie, jak działa demokracja.

Minister prze do stworzenia silnego jednowładztwa. Już mamy dwie władze, a nie trzy, bo władza ustawodawcza jest zlana z wykonawczą. Posłowie nie deliberują w Sejmie nad rządowymi projektami, tylko je przegłosowują. Teraz ma się to zlać jeszcze bardziej.

Ten plan był prosty od początku – KRS, która stoi na straży niezależności sądów, ma się stać ciałem obcym, które medialnie trzeba skopać, obrzucić błotem, pokazać, że chroni kastę. Wtedy łatwiej będzie przeprowadzić reformę.

(Sędzia chwyta za telefon, bo przychodzi kolejny SMS. „Bandyci w togach do gazu” – czyta).

c52jkdzxqaezi-g

Według rządowego projektu ustawy o KRS to posłowie będą wybierać sędziów zasiadających w Radzie. Dziś wybierają ich zgromadzenia sędziowskie. Jakie będę efekty?

– To upolityczni całkowicie organ, który ma wpływ na wybór każdego sędziego w kraju – od sądu rejonowego po Najwyższy. Ten wpływ będzie mieć większość polityczna. Znajdą się sędziowie, którzy będą chcieli zrobić kariery i dostać się do nowej KRS. Mówię to z bólem.

Obecnie w Ministerstwie Sprawiedliwości pracuje ponad 150 sędziów, którzy nie orzekają. Jeśli będą chcieli dostać się do KRS, będą musieli wydeptać ścieżkę do polityków. Później będzie się z tych ścieżek korzystać przy nominacjach sędziowskich. A nawet jeśli sędziowie powołani do KRS się zbuntują, to ustawa i tak dzieli KRS na dwie izby. Politycy z jednej izby będą mogli skutecznie zablokować sędziów z drugiej.

Resort chce zmieniać także ustawę o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury i dać pierwszeństwo w dostępie do urzędu sędziego absolwentom szkoły. Co to zmieni?

– Minister pozbawi KRS wpływu na nominacje asesorskie. Asesorami zostaną absolwenci przejętej przez niego KSSiP. Za chwilę może wymyślić ustawę, że jak asesor jest dobry, to bez KRS zostaje sędzią. Minister będzie powiększał tę liczbę sędziów wchodzących do zawodu z plakietką „nominat ministra Ziobry”. Już ma dla nich miejsce – nie obsadził ponad 500 wakatów w sądach.

Żeby było jasne – KSSiP to był pomysł dobry. Poziom merytoryczny osób, które wychodzą ze szkoły, jest wysoki, europejski. Ale dziś są takie przepisy, że z dnia na dzień może zostać przekształcona w szkołę janczarów. Minister już może powołać dyrektora szkoły i sprzeciwić się zatrudnieniu konkretnego wykładowcy.

Minister Ziobro przygotowuje sobie grunt. W Sądzie Najwyższym chce utworzyć izbę, która będzie mogła usuwać sędziów dyscyplinarnie. Trybunał Konstytucyjny już został rozbrojony, za chwilę będzie po KRS. Wtedy przyjdzie czas na Sąd Najwyższy, który może przejąć rolę Trybunału, więc trzeba go będzie wymienić.

W jaki sposób Sąd Najwyższy może zostać przejęty?

– KRS jest rządowi potrzebna właśnie do przejęcia Sądu Najwyższego, bo to ona decyduje o nominacjach. Wystarczy, że w SN wprowadzi się niższy wiek emerytalny, i połowa składu odejdzie. Każdy prawnik, który ma dziesięć lat stażu jako radca prawny czy adwokat, może się do Sądu Najwyższego dostać. O nowym składzie SN zadecyduje nowa KRS.

c52d7q9xmaac4wl

Zakłada pan najgorszy scenariusz.

– Proszę spojrzeć na prezes TK Julię Przyłębską. Czy ktoś wierzył, że sędzia z takim stażem i „osiągnięciami” zostanie prezesem? A stało się. Ktoś wierzył, że będą łamane procedury przy powoływaniu sędziów do TK? Że prezydent nie przyjmie ślubowania od sędziów? Że nie będą publikowane wyroki TK, a posiedzenia będą nazywane „spotkaniami przy kawie i ciasteczkach”? To się nie mieściło w głowie. Ale to się naprawdę dzieje.

Kilka miesięcy temu niektórzy się uśmiechali, gdy mówiłem, że może być próba wygaszenia mandatów sędziów KRS. No bo jak można wygasić kadencję konstytucyjnego organu zwykłą ustawą? Można, nawet w miesiąc – tak chce Ministerstwo Sprawiedliwości. Ci, którzy projektują te przepisy, powinni odpowiadać karnie, bo wprost łamią konstytucję.

Sędziowie z KRS rozmawiają z ministrem Ziobrą o reformie? On przecież jest członkiem Rady.

– Chciałbym, by minister z nami porozmawiał. Ale na 27 posiedzeń KRS był obecny dwa razy – na godzinę, półtorej. Zdążył złożyć wniosek, by KRS wszczęła postępowanie dyscyplinarne przeciw ówczesnemu prezesowi TK Andrzejowi Rzeplińskiemu, chociaż nie mamy takich uprawnień. Prezes Sądu Najwyższego zadała mu też pytanie, jakie reformy sądownictwa planuje. Ziobro odparł: „Będzie głęboka, przekonacie się państwo w swoim czasie”.

Potem minister Ziobro się już w KRS nie pojawił, a o „reformach” dowiadujemy się z mediów.

Co zostało sędziom i środowisku prawniczemu? Nie zgadza się z pomysłami ministra, protestuje, wydaje oświadczenia.

– Jesteśmy w Sieci Krajowych Rad Sądownictwa, która jest ciałem europejskim. I ona z ogromnym niepokojeniem przygląda się temu, co dzieje się w Polsce. Nawet jeśli nas zlikwidują, ona będzie podejmować działania. To nie będą działania dobre dla Polski. Popsują nam opinię. Uderzą w gospodarkę, bo każdy przedsiębiorca chce wiedzieć, że w kraju, w którym działa, orzeka niezawisły sąd. Lepszy, gorszy, ale niezależny od polityki. Na forum międzynarodowym staniemy się wyspą, gdzie można robić wszystko, bo nie ma kontroli sądowej.

Ostatnią rzeczą, która nam została, jest budzenie w sędziach poczucia, że teraz spełnia się misja. Że musimy trwać i wydawać wyroki zgodnie z naszym sumieniem. Poddawać je kontroli konstytucyjnej, choć dziś jest ona rozproszona. Będziemy mieli 11 tys. trybunałów konstytucyjnych w sądach. To nie jest dobre dla obywatela, bo prawo może być różnie rozumiane w Gdańsku czy Krakowie. To by się zbiegało w Sądzie Najwyższym, ale on za chwilę może zostać „rozstrzelany”. Ale ja już wolę taką kontrolę konstytucyjności niż jej brak lub kontrolę TK, który dzisiaj jest kojarzony politycznie.

Będziemy też pokazywać społeczeństwu, że sąd nie poddaje się naciskom, choćby ze strony samego ministra. I że jak sądy upadną, to obywatela nikt już nie obroni. Sądy muszą stawać po stronie prawdy, nawet przeciw własnemu państwu.

W sondażu CBOS wymiar sprawiedliwości pozytywnie ocenia zaledwie 28 proc. ankietowanych. Negatywnie – aż 49 proc.

– Prawda, ale wiemy też, że osoba, która bywa w sądach, jest bardziej zadowolona z ich pracy od tej, która nigdy nie miała z nimi do czynienia. Co z tego wynika? Za pomocą propagandy można wpływać na tych, którzy w sądach nie bywają. Po nadzwyczajnym kongresie sędziów rozpoczął się na nas atak części mediów, który trwa do dzisiaj. I efekty widać gołym okiem.

Sprawa sędziego, który kradł w sklepie, waszemu zawodowi nie pomaga.

– Apelujemy, by jak najszybciej go ukarać. Prosimy o szybki wniosek o uchylenie immunitetu. Bo jeżeli mamy monitoring, przesłuchanie ochroniarza, to wystarczy wniosek do sądu o uchylenie immunitetu i możemy postawić zarzuty. Jak państwo myślicie, czy taki wniosek jest w sądzie? Sprawa od tygodni jest wałkowana w mediach publicznych. Zamiast ukarać, lepiej mówić „sędzia złodziej”. I to działa.

PRZEKAŻCIE DALEJ, ABY NIKT NIE ZAPOMNIAŁ

c5027g-wmauqbj6

Waldemar Mystkowski pisze o trzecim projekcie ustawy ws. KRS przygotowanym przez resort Ziobry.

Ziobro w ataku na Krajową Radę Sądownictwa

atak

Konstytucja RP już nie działa. Z grubsza nazywając mamy ustrój kaczystowski, którego wykładnią jest samopoczucie „pana” Kaczyńskiego, bądź jego akolitów, którzy zgadują, co prezes ma na myśli. Do tego doszło w kraju, który jest członkiem Unii Europejskiej i do niedawna uchodził za prymusa w tym projekcie cywilizacyjnym.

Przy takim tempie dewastacji za długo nie pobędziemy w UE, nie będziemy musieli brać udziału w głosowaniu nad Polexit, dojdzie do zwyczajnego won z Unii, bo kto będzie tolerował kraj podobny do Białorusi? Jarosław Kaczyński może się tylko cieszyć, Łukaszenka nie jest wpuszczany do Brukseli, a on w ogóle nie jeździ nigdzie poza gumno PiS.

Czy można uważać za normalny kraj, w którym partia rządząca robi wszystko – zaprzegając do tego cały aparat partyjny i państwowy – aby uwalić najwybitniejszego polityka po 1989 roku w strukturach europejskich i który zaszedł tak wysoko, jak nigdy Polakowi się nie udało?

To są wyczyny godne Księgi Guinnessa w kategorii: „Zaprzaństwo”. Kaczyński na trwale wpisuje się po czarnej stronie historii. Właśnie PiS zabiera się za trzeci element podziału władzy struktur demokratycznych, za niezależność sądownictwa. Władza sądzenia zależna od władzy wykonawczej i ustawodawczej to kres ustroju demokratycznego.

Za Krajową Radę Sadownictwa PiS bierze się we właściwy reżimom sposób – hybrydalny. Tak hybrydowo – kilkoma ustawami – został zniszczony Trybunał Konstytucyjny, tak maja paść sądy. A sposób jest godny Putina. Mianowicie przejęcie Krajowej Rady Sądownictwa odbędzie się za pomocą trzech ustaw. Dwa projekty ustaw są znane i opublikowane na stronach Rządowego Centrum Legislacji, lecz trzeci projekt nie jest tam opublikowany. Dlaczego? Bo idzie dalej niż niż drugi, który jest mocno krytykowany w Polsce (przez KRS, Sąd Najwyższy, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz organizacje prawnicze) i przez Komisję Europejską.

Trzeci projekt dotyczący KRS został opublikowany na stronach samego KRS. Najważniejszy punkt to propozycja wygaśnięcia mandatu członka KRS w 30 dni. Jeżeli sędzia bądź nominat nie spodoba się PiS-owi mogą go zdymisjonować w ciągu miesiąca.

W konstytucji jest zapis, że członkowie KRS są wybierani na 4 lata, a zatem mandat trwa 4 lata. Tak mówi konstytucja, ale nie prezes i jego akolita – w tym przypadku magister Zbigniew Ziobro. Tym samym jakiekolwiek zapisy w konstytucji dotyczące kadencyjności sprawowania urzędu – włącznie z kadencją prezydenta – będą unieważnione, bo kadencję wg PiS można wygasić zwykła ustawą.

Konstytucja RP jest już świstkiem papieru, którym prezes podtarł swoje cztery litery. Rzecznik KRS sędzia Waldemar Żurek na Twitterze podsumował wyczyny Ziobry: „Raz ustawa zwykła zmieni Konstytucję, to będzie fatalny precedens, można wygasić wszystko”.

BARDZO DOBRA KRYTYKA KACZYŃSKIEGO, PiS-U I KOŚCIOŁA. SZACUNEK DLA KSIĘDZA WALCZAKA 

c51fkzpxqai6s90

>>>