Posts Tagged ‘Jan Szyszko’

IDEALNA ODPOWIEDŹ, GDYBY KIEDYŚ KTOŚ WAS ZAPYTAŁ 🙂

Opozycja parlamentarna, pozaparlamentarna i organizacje obywatelskie łączą siły. Koalicja Prodemokratyczna działająca pod patronatem Strajku Kobiet chce się skupić na obronie trzech frontów: sądownictwa, wolności słowa i mediów, a także praw kobiet. Pisze Michał Wilgocki.

Demokratyczna opozycja jednoczy się pod patronatem Strajku Kobiet. Plany: obronić sądy, media i prawa kobiet

Na spotkanie w Warszawie przyszli przedstawiciele opozycji sejmowej (PO i Nowoczesna), pozaparlamentarnej (Razem, Inicjatywa Polska, SLD, Zieloni, Inicjatywa Feministyczna). Byli też przedstawicielki Strajku Kobiet, Obywatele RP, Komitet Obrony Demokracji, Obywatele Solidarni w Akcji, Dziewuchy Dziewuchom, stowarzyszenie TAMA, Kolektyw Czarne Szmaty i Śląskie Perły.

– Podsumowaliśmy nasze dotychczasowe działania i przygotowaliśmy plan na kolejne dwa miesiące – mówi „Wyborczej” Marta Lempart. – Jeszcze przed wrześniowym posiedzeniem Sejmu chcemy zorganizować obywatelski okrągły stół i wspólnie wypracować 10 postulatów dotyczących reformy wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, jeżeli PiS będzie próbował odrzucić weto w parlamencie, natychmiast zareagujemy odpowiednio, tak jak to robiłyśmy do tej pory, na przykład protestami. Chcemy być zawsze tam, gdzie są podejmowane decyzje – przed Sejmem, Senatem, Pałacem Prezydenckim, Trybunałem Konstytucyjnym albo na Nowogrodzkiej.

Przedstawiciele wszystkich organizacji ustalili, że w najbliższym czasie połączą siły z Akcją Demokracja, która zaplanowała spotkania, podczas których będzie tłumaczyć zagrożenia płynące z jedynej niezawetowanej przez prezydenta ustawy – o ustroju sądów powszechnych.

– Postaramy się w jak największym stopniu nagłośnić to, co grozi każdemu obywatelowi, który będzie miał po tej nowelizacji do czynienia z sądami – dodaje Marta Lempart.

Koalicja jest też przygotowana na to, że w każdej chwili PiS może zabrać się do zaostrzenia prawa aborcyjnego. Może to zrobić na dwa sposoby: jeden z nich to poparcie obywatelskiego projektu ustawy zakazującego aborcji w przypadku ciężkiego upośledzenia płodu (to dłuższa droga, bo pod tym projektem nie zostały jeszcze zebrane podpisy). Drugi sposób to rozprawa przed Trybunałem Konstytucyjnym. Wniosek w sprawie niekonstytucyjności usuwania ciąży w przypadku ciężkiej choroby płodu zgłosiła grupa posłów PiS. Koalicja Prodemokratyczna planuje protesty, jeżeli PiS spróbuje zrealizować któryś z wariantów. Włącza się także w zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem „Ratujmy kobiety” liberalizującym prawo aborcyjne.

Kolejny postulat dotyczy języka. Na spotkaniu przedstawiciele Nowoczesnej zadeklarowali, że złożą nowelizację ustawy o języku polskim, tak żeby praktyka stosowania języka wrażliwego na płeć (chodzi m.in. o żeńskie końcówki) została potwierdzona jako ustawowa norma.

– Zapraszamy też do rozmów przedstawicieli redakcji mediów komercyjnych, za które – jak zapowiedziała posłanka Krystyna Pawłowicz – PiS weźmie się po wakacjach. Będziemy je namawiać do wspólnej akcji protestacyjnej. Będziemy również pilnować mediów publicznych, które nie spełniają obecnie swojej misji. Rozważamy różne metody – łącznie z wstępowaniem na drogę prawną i apelami do reklamodawców – dodaje Marta Lempart.

Koalicja zachęca również do tego, żeby cyklicznie, być może nawet raz w tygodniu, spotykać się w terenie, przed biurami parlamentarzystów PiS. Liczy, że w ten sposób dotrze do kilkunastu polityków, którzy wahają się w poparciu dla „dobrej zmiany”.

Jak miała działać? Szybciej? Sprawniej? Skuteczniej? Czy jakoś tak.. 🤔

Wojciech Maziarski na koduj24. pisze o Dudzie.

Czy czarna dziura pochłonie Andrzeja Dudę?

Prezydent postawił jeden krok ku swobodzie, ale jeszcze nie wyrwał się z pola grawitacyjnego PiS.

Podstawowe pytanie polskiej polityki brzmi dziś: co zrobi Andrzej Duda? Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek w ostatnich latach tak wiele zależało od trzeźwości umysłu jednego człowieka. I od jego psychicznej odporności na naciski i groźby.

Zgłaszając weto do dwóch ustaw sądowych, prezydent wyruszył w drogę bez powrotu. Tak podpowiada logika. W obozie politycznym kierowanym przez Jarosława Kaczyńskiego nie czeka go już żadna przyszłość polityczna. Nawet gdyby się pokajał, posypał głowę popiołem i padł na kolana, nie ma najmniejszych szans, by PiS ponownie wystawił jego kandydaturę w kolejnych wyborach prezydenckich. Prezes ani nie zapomni, ani nigdy nie wybaczy mu zdrady, jakiej się dopuścił blokując PiS-owską szarżę na Sąd Najwyższy i Krajową Radę Sądownictwa, a w konsekwencji utrudniając realizację także innych zamierzeń rządzących. Dopóki PiS nie ma kontroli nad wymiarem sprawiedliwości, nie bardzo może przejąć prywatne media, których właściciele z pewnością będą się odwoływać od bezprawnych decyzji do sądów.

Kaczyński, gdyby mógł, pewnie poszedłby dziś przed Pałac Prezydencki, by pokazać tej „zdradzieckiej mordzie i kanalii”, co o niej myśli (swoją drogą, z niecierpliwością czekam na kolejną miesięcznicę smoleńską, ogromnie jestem ciekaw, co też pan prezes powie przed siedzibą prezydenta). Jednak nie bardzo może sobie na to pozwolić. Konstytucyjne uprawnienia sprawiają, że Duda trzyma go w szachu. Dlatego politycy PiS przez zaciśnięte zęby mówią, że czekają na prezydenckie projekty ustaw sądowych. Nie podnoszą głosu ani nie szczerzą kłów, ale pod tą maską udawanego spokoju widać kipiące emocje. Gdyby mogli, wywlekliby zdrajcę z pałacu i rozszarpali go na strzępy. Logika mówi więc, że zerwanie jest nieodwracalne.

Pytanie tylko, czy Andrzej Duda ma tego pełną świadomość. Czy nie ulegnie psychicznej presji i pokusie udobruchania towarzyszy, którzy przez lata stanowili jego partyjne otoczenie. Czy zdaje sobie sprawę, że jeśli chce ocalić skórę, nie tylko nie może się cofnąć, ale nawet nie może zatrzymać się w miejscu, w którym dziś stoi. Musi wykonać kolejne kroki ku politycznej suwerenności, dalej rozluźniając więzy łączące go z dawnym środowiskiem i przełamując lody w stosunkach z opozycją. To dla niego jedyna szansa.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent to sobie uświadamia i czy gotów jest wyciągnąć z tego praktyczne konsekwencje. Wszystkie jego dotychczasowe działania i deklaracje mają charakter połowiczny. Zawetował dwie ustawy sądowe, ale już nie trzecią. Powiedział, że Sąd Najwyższy nie może podlegać prokuratorowi, ale nie powiedział, że nie może też podlegać prezydentowi. Nie przyznał, że PiS-owskie projekty ustaw były sprzeczne z Konstytucją. Zapowiedział, że przygotowując nowe projekty, będzie się konsultować ze środowiskiem prawniczym, ale od razu uprzedził, że wiele osób będzie z tych projektów niezadowolonych.

Wygląda na to, że Andrzejowi Dudzie marzy się stworzenie alternatywnego PiS-u o ludzkiej twarzy – obozu prawicowego, który reprezentując ten sam system wartości, wolny byłby od radykalizmu i bolszewickich zapędów, które ostatnio w coraz większym stopniu dominują w działaniach Jarosława Kaczyńskiego.

Sympatię do tego projektu niedwuznacznie zademonstrował Kościół. List przewodniczącego konferencji Episkopatu abp Stanisława Gądeckiego do prezydenta z podziękowaniem za weto nie pozostawia w tej kwestii wątpliwości. Poparcie okazuje też część prawicowych publicystów (np. Rafał Ziemkiewicz, Paweł Lisicki czy Piotr Zaremba) oraz politycznych autorytetów (np. Jan Olszewski).

To jednak stanowczo za mało, by pomysł powołania obozu stanowiącego polityczne zaplecze Andrzeja Dudy mógł liczyć na powodzenie. Nic nie wskazuje na to, by wśród obecnych parlamentarzystów i polityków PiS znalazła się duża grupa chętnych do zmiany barw klubowych na prezydenckie. Duda może liczyć, co najwyżej, na pojedyncze transfery, a nie na wielki exodus, przypominający np. powołanie Platformy Obywatelskiej, kiedy to liderzy nowo powstającego ugrupowania wyprowadzili z Unii Wolności większość aktywów. Kilkanaście czy nawet trzydzieści szabel w Sejmie to za mało, by prezydent mógł czuć się bezpiecznie jako samodzielny podmiot polityczny.

Wiele wskazuje na to, że w Polsce na prawicy obok PiS-u nie ma miejsca na inne ugrupowanie o mniej radykalnym obliczu. W przeszłości taką partię – o nazwie Polska Jest Najważniejsza – próbował powołać Paweł Kowal i ta próba też zakończyła się klapą. PiS odgrywa na polskiej prawicy rolę czarnej dziury – te niewidoczne ciała niebieskie o gigantycznej grawitacji są swoistymi kosmicznymi odkurzaczami, wysysającymi całą materię z otaczającej ich przestrzeni. W ich polu przyciągania nie ostanie się nic.

Jeśli więc Andrzej Duda nie chce skończyć jak kometa, która na chwilę rozbłysła i zgasła, ponownie wciągnięta w lej PiS-owskiej czarnej dziury i sprasowana w jej wnętrzu, musi się wyrwać z jej pola grawitacyjnego. Jak najszybciej i jak najdalej. A to niechybnie oznacza też zbliżenie się do innych układów planetarnych w tym rejonie nieba.

Czy prezydent ma tego świadomość? I czy będzie miał dość odwagi, by ocieplić relacje z dotychczasowymi politycznymi wrogami?

Przekonamy się w najbliższych tygodniach. Zobaczymy, kogo prezydent zaprosi do prac nad projektami ustaw sądowych i jaki kształt przybiorą te dokumenty. Jeśli będą przypominać wcześniejszą wersję, którą napisali ludzie Ziobry, a główna różnica będzie polegać na tym, że nadzór nad sądami będzie sprawować prezydent, a nie prokurator generalny, oznaczać to będzie, że droga ku suwerenności Andrzeja Dudy zakończyła się po jednym połowicznym kroku.

POBUDKA 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku i Szyszce.

Błaszczak i Szyszko, ministrowie niegodni funkcji są winni kryzysów

Bezprawne działania władzy PiS wcale mnie nie dziwią. Społeczeństwo obywatelskie i opozycja parlamentarna są śledzone i na podsłuchach. Inaczej nie potrafią utrzymać władzy. Protesty lipcowe były największymi po 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego; po odzyskaniu suwerenności nie mieliśmy do czynienia z takim wyraźnie powiedzianym przez Polaków – „nie”.

Protesty lipcowe nie były partyjne – choć parlamentarne partie opozycyjne organizowały swoje – społeczeństwo obywatelskie i to najmłodsze, które zna poprzedni reżim z relacji rodzinnych i środowiskowych powiedziało – „dość”. Opór zwykle ma charakter lawiny, wystarczy ruszenie jednego newralgicznego elementu i rusza protest z łoskotem, aby pod zwałami pogrzebać – w naukach społecznych – winnych kryzysu.

Nie od rzeczy, nie od parady sprawcami tego kryzysu, są marni ludzie PiS. Nikt mnie nie przekona, iż od przeciętności – w znaczeniu nijakości – różni się Mariusz Błaszczak czy Jan Szyszko. To są ludzie niewidzialni, gdyby byli dla nas anonimowi i gdyśmy ich spotkali podczas jakiegoś działania, nie zostałaby zatrzymana na nich żadna uwaga, tak jak nie zauważamy nicości, braku.

Wybrakowanie nam przeszkadza w chwili, gdy staje się normą, gdy jest narzucone przez zbieg okoliczności, w tym wypadku splot zdarzeń politycznych. Wybrakowana postać Błaszczaka szczególnie razi, bo on nawet wypowiada się w mediach.

Piszę o tych dwóch nijakich ludziach PiS przy okazji dwóch drobnych, ale znamiennych zdarzeń, mających w sobie modus operandi PiS.

Ministerstwo Błaszczaka (MSWiA) wystosowało do Fundacji Wolnych Obywateli RP (szefuje jej Paweł Kasprzak) groźbę w formie pisma i to taką, iż można podejrzewać, że ktoś odpowiedzialny za sformułowania w tym straszeniu w piśmie nie zna języka polskiego. Tak było – pamiętam: za komuny – też mieli tamci ciemniacy problem z językiem polskim.

Obywatelom RP wytyka się blokowanie – jak piszą z ministerstwa Błaszczaka w języku mało polskim – „zgromadzenia publicznego odbywającego się w celu oddania hołdu Ofiarom katastrofy smoleńskiej”.

Hołd składa się – mistrze od gadżetu różańca – bóstwom, albo władzy feudalnej. Nie składa się ofiarom, składa się ofiary. Nie można złożyć hołdu tym, którzy przyczynili się pośrednio i bezpośrednio do katastrofy. Jarosław Kaczyński swoją pokrętnością stworzył fakt zakłamania – nazywany mitem smoleńskim – iż jego brat „poległ”. Tak! Poległ na nieprzestrzeganiu procedur i mając niepohamowany pęd do reelekcji prezydenckiej.

I tego rodzaju zakłamaniu stoją na drodze Obywatele RP, stoją przeciw zakłamywaniu Polski. Zaś„zgromadzenie od hołdu” jest coraz droższe. Liczą na to – to mój apel do władz policji – iż zachowają dokumenty, w których zleca się chronienie Jarosława Kaczyńskiego, odczyniającego jakieś „hołdy”na Krakowskim Przedmieściu i z tego miejsca centralnego w kraju robiącego prywatne uroczysko. Jeżeli zlecenie na chronienie „hołdu” wypłynęło od Błaszczaka, to on powinien za ochronę „hołdu”zapłacić. Ostatni „hołd” kosztował przeszło 700 tys. zł, a policjanci nie dojadali. Gdybym wiedział, to podzieliłbym się wolnymi kanapkami, bo miałem przy sobie.

To Obywatelom RP należy się pomnik na Krakowskim Przedmieściu ze szczególnym uwzględnieniem Kasprzaka, bo bronią nas przed paranoją smoleńską i przed „geniuszem” od kanalii i zdradzieckich mord.

Za to w przyszłości Błaszczak musi zapłacić nie tylko majątkiem, ale też paragrafami, aby Polska była normalna. Nie po to nasi przodkowie – a moi od zawsze, od kiedy zapisywana jest historia ojczyzny – walczyli z wrogami, a takich ciurów Błaszczaków – bo jest takim obozowym brakiem – karano za niszczenie porządku w taborach.

I drugi nijaki Jan Szyszko, stosujący modus operandi PiS. Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał – czyli nakaz sankcjonowany może być karą finansową – zaprzestanie dalszej wycinki Puszczy Białowieskiej. Następnego dnia po nakazie do Puszczy udał się operator Polsat News, a tam został pobity, zaś kamera odebrana mu i zniszczono nagranie.

Czy operator filmował wycinkę, której nie zaprzestano, czy robił zdjęcia wspaniałej przyrody niszczonej przez Szyszkę, jest obojętne, ale to wskazuje z jaką władzą mamy do czynienia. Niekompetentną, nieodpowiedzialną, bo ministrami są ludzie tak przeciętni, iż nie znając ich nie zwrócilibyśmy na nich uwagi.

Zostali wywyższeni nie mając kompetencji ani żadnych zasług, tacy ludzie – Błaszczak i Szyszko – wszystko zrobią, aby utrzymać się w siodle. To nie jest władza, to są przedstawiciele nieporozumienia, ciury obozowe, które nie powinny pokazywać się nikomu na oczy, bo zwykle coś zmalują niegodnego miana Polaka.

Franek Sterczewski po raz kolejny zaprasza na pl. Wolności. Tym razem zamiast protestu odbędzie się piknik obywatelski. – Teraz stawiamy na spotkania, mówienie o prawach obywatelskich, aktywności obywatelskiej i konstytucji – podkreśla Sterczewski.

BOSKIE, PO PROSTU BOSKIE :))) Doskonały komentarz…

>>>

Reklamy

CZYTALIŚCIE JUŻ KSIĄŻKĘ O ANTONIM? :))))

JEST WRESZCIE OKAZJA, ABY ŚWIAT POZNAŁ PREZESA

Tak prowadzona przez PiS polityka bezpieczeństwa może odgrodzić Polskę od Europy i świata.

Na kongresie w Przysusze wystąpił Pan Prezes i zapowiedział kontynuację polityki bezpieczeństwa. Konkretnie zaś zadeklarował, że nie wpuścimy do nas żadnych muzułmańskich uchodźców. Takie mamy prawo moralne i nie zawahamy się go użyć.

Owszem, ofiary wojny w Syrii może i próbują ratować życie, ale nie będą tego robić naszym kosztem. Co nas obchodzą cudze problemy. Mamy dosyć własnych. No, a poza tym to – jak przypomniał wszystkim Pan Prezes – nie myśmy rozpętali konflikty w Afryce i na Bliskim Wschodzie i nie my obiecywaliśmy ich rzeczywistym i rzekomym ofiarom schronienie w Europie. W tej sytuacji mamy moralne prawo powiedzieć przybyszom pukającym do bram Unii nasze stanowcze „nie”. Na antyszambrowanie w korytarzach humanitarnych też nie damy zgody. Wpuścić kogoś na korytarz, a potem wniesie manele i trzeba będzie płacić za eksmisję. Znamy takich. Nie bez powodu na naszych osiedlach korytarze grodzi się solidną kratą zamykaną na kłódkę.

Partia rządząca w ogóle robi bardzo wiele dla zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa. Na przykład już jesienią ubiegłego roku zrezygnowała z zakupu nowoczesnych helikopterów bojowych. Choć rząd naraził się na nienawistne ataki ze strony lobby zbrojeniowego niedoszłego francuskiego kontrahenta, nie ugiął się pod presją i śmigłowców nie kupił, bo wszak sprawdzona doktryna obronna powiada, że najlepszą gwarancją pokoju jest dobrowolne rozbrojenie. Od lat redukuje się na świecie potencjały nuklearne w imię zachowania bezpieczeństwa. Historia, i to całkiem niedawna, uczy, że opieszałość w procesie rozbrojenia można nawet spowodować wojnę, co się zdarzyło w Iraku. Więc na wszelki wypadek najlepiej w ogóle zlikwidować armię, czym od wielu miesięcy wyjątkowo skutecznie zajmuje się aktualny minister obrony. Jeszcze trochę i nikt nam nie zarzuci, że wspierając obce koncerny zbrojeniowe ryzykujemy bezpieczeństwo własnych obywateli. A na bojówki KOD-u i tak wystarczy OT z bejsbolami i policja uzbrojona w paralizatory.

Poza tym cały rząd ciężko pracuje nad tym, żebyśmy w żaden sposób nie ucierpieli od importowanego do Europy terroryzmu islamskiego. A to prawdziwe wyzwanie. Bo nie wystarczy, że nie wpuścimy za próg nawet jednego uchodźcy. Przecież w dobie otwartych granic w Sukiennice albo Wawel rozpędzoną ciężarówką może spokojnie wjechać terrorysta z Niemiec. Kto mu zabroni w czasach Schengen? Ataku na WTC też dokonali „turyści”, podróżujący po Stanach, jak gdyby nigdy nic, zwykłym rejsowym samolotem.

Takim „incydentom” nie sposób zapobiec dopóty, dopóki granice Polski będą otwarte dla każdego, jak wrota stodoły, więc politycy PiS już od niemal dwóch lat ciężko pracują nad ich zamknięciem. Prowokują, obrażają, kompromitują siebie i kraj, jak tylko potrafią najlepiej, a Europa nic na to. Unia jest w tej kwestii wyjątkowo uparta i doprawdy już nie wiadomo, co durnego jeszcze zrobić, by ją do Polski ostatecznie zniechęcić. Nie udało się z Komisją Wenecką. Nie wyszło z Tuskiem. To może w końcu przekona ich nasza nieustępliwa postawa w kwestii uchodźczej i wreszcie będzie można na Odrze i Bugu zamontować karty i zamknąć na kłódkę, jak w blokach na Ursynowie.

Naród, oczywiście, też popiera aktualną politykę bezpieczeństwa, na wszelki wypadek już teraz eliminując z polskich tramwajów, ulic i kościołów „podejrzany element” o ciemniejszej karnacji. Bo przezorności nigdy dosyć. W takiej Finlandii zamieszkała para Somalijczyków i w parę lat potem stanowią oni domagającą się poszanowania ich barbarzyńskich obyczajów, pokaźną mniejszość etniczną, samym swoim istnieniem zagrażającą fińskiej tożsamości i tradycyjnemu sposobowi życia. Że nie jedna para, nie somalijska i wcale nie w Finlandii? I co z tego. Coś takiego zawsze może się zdarzyć naprawdę. I ciekawe, kto wtedy będzie gorzko płakał.

A co do kwestii zagrożonych dotacji unijnych, że niby kasę bierzemy, a uchodźców nie chcemy, to Europa jeszcze długo się nam nie wypłaci za wojnę, Powstanie, Jałtę i inne niegodziwości. Albo takie, na przykład, rozbiory. Koniecznie musimy im też doliczyć do rachunku krzywd wszystkie straty, jakie poniosła nasza kwitnąca gospodarka przez przymusowe zniesienie poddaństwa. Dość przypomnieć, ile pieniędzy kosztowały rezydencje magnackie, które po likwidacji pańszczyzny popadły w ruinę, i żeby je teraz oddać prawowitym właścicielom trzeba w nich było porobić remonty kapitalne z budżetu. Bo wstyd oddawać zdewastowane… Tak więc – kasa i tak się nam należy za stulecia krzywd, jakich doznaliśmy jako Naród od naszych sąsiadów, kiedy oni czerpali zyski z kolonii na Madagaskarze (a, nie, na Madagaskar to my chcieliśmy wysłać Żydów z Drugiej Rzeczypospolitej, co jednak nie ma w tych rachunkach nic do rzeczy).

Mamy więc teraz moralne prawo żądać od Unii, Ameryki, Rosji i wszystkich świętych bezpieczeństwa i pieniędzy. Twardo upomnimy się o to także u prezydenta USA, który w najbliższych dniach odwiedzi Warszawę, by potwierdzić solidarność z Polską i zrozumienie dla naszych słusznych roszczeń. Pewnie – na to liczymy – zadeklaruje także dalszą chęć obrony naszych interesów.

Chociaż jednak ten konkretny prezydent raczej nie zrobi tego bezinteresownie, bo wszyscy oni, tam na Zachodzie, za nic mają zwykłą ludzką solidarność. Tylko kasa się dla nich liczy. Donald Trump już w kampanii zapowiadał, że Ameryka pomoże tylko tym, którzy za to solidnie zapłacą. I teraz pewnie zamiast o pokoju na świecie, będzie mówił o inwestycjach w obronność, przy okazji próbując nam wcisnąć trochę przestarzałych Boeingów bez offsetu. No, ale za to publicznie nazwie Polskę przyjaciółką Ameryki i poklepie po ramieniu Prezydenta Niektórych Polaków. Chociaż o wizach raczej nic nie wspomni. Bo przecież Ameryka ma prawo decydować, kto przekracza jej granice. Budują nawet mur (znaczy – mieli budować) na granicy z Meksykiem.

My zaś, jak już Unia zrewiduje prawo do swobodnego przekraczania jej wewnętrznych granic, też oddzielimy się od wszystkich zagrożeń solidną barykadą. A jak już pojedziemy za granicę, to tylko do specjalnych „polskich” stref z naszą obsługą, schabowym, Zenkiem Martyniukiem i „Kocham cię Polsko” w tv. W końcu to chyba normalne, że się trzeba zabezpieczyć. Robimy to zresztą od dawna, w związku z czym okazaliśmy się najbardziej przezornym ze wszystkich narodów. Bo grodzimy się już od całych dekad, tymczasem uchodźcy to stosunkowo nowa sprawa. Nie ma nad Wisłą miasta, gdzie nie byłoby chociaż jednego osiedla ze szlabanem. Większej ulicy bez monitoringu na każdym rogu. Samochodu bez kamery za szybą. Agencji ochroniarskich to mamy chyba najwięcej w Europie. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to już w tej chwili jesteśmy- zdaje się – światowym liderem.

Nasi ważni politycy też nie ruszają się nigdzie, także do Sejmu, bez ochrony, a minister obrony to nawet przez ulicę nie przejdzie inaczej, niż w licznej asyście, chociaż dokoła sami Polacy. Tymczasem taki Donald Tusk chodzi po Brukseli bez obstawy, jakby nie wiedział, że nieopodal Tusk Tower jest islamskie getto, a wokół pełno nie tylko chodzących wolno Belgów, ale też niedokładnie zidentyfikowanych imigrantów muzułmańskich. Że też się nie boi i to nie tylko o życie, ale zwłaszcza o swoje wartości, wiarę i tożsamość…
Cóż, niektórzy po prostu lekceważą zagrożenia i nie dbają o bezpieczeństwo swoje, bliskich i Narodu. No, ale potem, jak się już wynarodowią, albo nawet zmuzułmanią, będą mogli mieć pretensje wyłącznie do siebie.

My tam twardo stawiamy na obronę terytorialną, jednocześnie redukując (dla bezpieczeństwa) potencjał bojowy armii, inwestujemy w służby, piszemy ustawy o powszechnej inwigilacji i śmiało idziemy na zwarcie z Brukselą w kwestii uchodźców, bo może w ten sposób uda się ograniczyć unijną swobodę podróżowania i otoczyć większą ochroną nasze granice.

Wtedy sprawimy sobie jeszcze więcej krat, ochroniarzy, podsłuchów i kamer. Bo wszak największym zagrożeniem dla prawdziwych Polaków są nie-Polacy (albo pseudo-Polacy), czyli ci, którym się nie podoba polityka bezpieczeństwa aktualnego rządu.

KTO Z WAS JESZCZE DZIĘKUJE, ŻE NIE SPOTYKA KOLUMNY SZYDŁO NA DRODZE? 🙂

Za: dziennik.pl

Zarzut przeszkadzania w przebiegu niezakazanego zgromadzenia odczytała we wtorek policja opozycjoniście z czasów PRL Władysławowi Frasyniukowi. Sprawa dotyczy zajść podczas obchodów miesięcznicy smoleńskiej 10 czerwca na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

We wtorek Frasyniuk wraz ze swoim obrońcą mec. Piotrem Schrammem stawili się w komisariacie w podwrocławskiej Długołęce. Przed komisariatem zgromadziło się kilkadziesiąt osób wspierających Frasyniuka – m.in. działacze Komitetu Obrony Demokracji i organizacji Obywatele RP.

Władysławowi Frasyniukowi został odczytany zarzut dotyczący art. 52 Kodeksu wykroczeń, czyli przepisu, który został sformułowany w związku nowymi regulacjami dotyczącymi cyklicznych wydarzeń – poinformował mecenas. Według tego przepisu, wykroczenie popełnia ten, kto „przeszkadza lub usiłuje przeszkodzić w organizowaniu lub w przebiegu niezakazanego zgromadzenia”

Mecenas dodał, że sprawa jest prowadzona przez warszawską komendę policji, a w Długołęce (ze względu na miejsce zamieszkania) Frasyniuk został tylko przesłuchany. – Warszawska komenda podejmie decyzję, czy zostanie sporządzony wniosek do sądu o ukaranie pana Frasyniuka – powiedział.

Frasyniuk nie przyznał się do zarzutu i odmówił składania wyjaśnień. Grozi mu kara ograniczenia wolności lub grzywny.

Mec. Schramm powiedział, że jeżeli warszawska komenda zdecyduje o skierowaniu wniosku o ukaranie Frasyniuka, to on skieruje pytanie prawne do Sądu Najwyższego. – Pytanie o zakres tego, jak rozwiązywać konflikt wartości między art. 52 Kodeksu wykroczeń, który mówi o tym, że się przeszkadza legalnej manifestacji, a art. 57 Konstytucji RP, który mówi o tym, że człowiek ma prawo do tego, by manifestować nawet wtedy, gdy władza jest legalnie wybrana. (…) Obywatel ma prawo wyrażać sprzeciw wobec władzy legalnie wybranej, korzystając ze swojego uprawnienia wynikającego z art. 57 Konstytucji RP – mówił pełnomocnik Frasyniuka.

Frasyniuk zapowiedział, że będzie uczestniczył w kolejnej manifestacji z okazji obchodów miesięcznicy smoleńskiej. – Spotykamy się – wszyscy wolni obywatele – 10 lipca na Krakowskim Przedmieściu w obronie uniwersalnych, europejskich wartości, ale także tych wartości, które są zapisane w Konstytucji RP. Nie ma cienia wątpliwości, że mamy pełne prawo, wynikające z konstytucji, manifestować swój sprzeciw wobec pozbawiania nas prawa do sprzeciwu wobec władzy. Mamy prawo do sprzeciwu wobec dewastowania państwa prawa – mówił Frasyniuk. Dodał, że jest „jednym z obywateli i zawsze będzie stał po stronie obywateli”.

 

Czy ktoś z Was ma jeszcze wątpliwości, dlaczego PiS rządzi w Polsce? 😂😂😂

Waldemar Mystkowski pisze o „zachowaniach” Szyszko.

Szyszkę będą popierać solidarnie córki leśniczego i synowie

Jan Szyszko załatwia posady różnym córkom leśniczego, więc oczekuje, że córki leśniczego, tudzież synowie, a nawet ojcowie owego drobiazgu odwdzięczą się i załatwią ministrowi poparcie.

Taka solidarność wśród sympatyków PiS jest wymagana i dostarczana autobusami. Adam Wajrak pisze o tym, jak córki i synowie leśniczych organizują poparcie w Krakowie, gdzie odbywa się Konferencja UNESCO. W najbliższy czwartek UNESCO zajmie się sytuacją w Puszczy Białowieskiej.

Więc solidarny z córkami leśników Jan Szyszko załatwił sobie ich poparcie. Dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie Jan Kosiorowski organizuje 4 lipca o godzinie 16-tej przed Krakowskim Centrum Kongresowym, w którym rozpoczyna się sesja UNESCO, protest przeciwko wprowadzeniu pod obrady Konferencji sytuacji w Puszczy Białowieskiej.

I tak – 12 Nadleśnictw RDLP ma wysłać na protest 50 osób – pracowników z rodzinami – a cztery Nadleśnictwa (Gorlice, Nawojowa, Niepołomice, Krzeszowice) po 100 osób. Ważna informacja dla protestujących córek i synów popierających Szyszkę – dojazd do Krakowa, transparenty itp. sfinansują nadleśnictwa. I najważniejsza informacja, obligująca leśników: pracownicy Lasów Państwowych mają wystąpić po cywilnemu.

Wajrak tę informacje czerpie z ulotki, którą przeszwarcował mu jakiś leśnik. Opatruje jednym zdaniem komentarza: jednak leśnicy wstydzą się munduru. To tak, jakby Macierewicz wysłał wojsko na wojnę po cywilnemu.

A co do zwożenia autobusami poparcia to powszechna praktyka w PiS. Przecież każdy poseł i senator partii ma zwieźć Kaczyńskiemu w tym samym czasie po 50 cywilów (a nie w mundurach PiS, acz nie wiem, jak wygląda ichni mundur) na poparcie Donalda Trumpa na plac Krasińskich, gdy będzie przemawiał.

Jedni popierają, drudzy się sprzeciwiają. Ale to te same złogi – ostatnio ulubione słówko Jarosława Kaczyński. Złogi komusze.

Nasze początki.

FOTO-KRAJ

>>>

CZY POTRZEBNY JEST LEPSZY KOMENTARZ? ELIZA – JESTEŚMY TWOIMI FANAMI.

ŻAKOWSKI WYJAŚNIŁ NAJLEPIEJ

Do władzy doszli ignoranci dumni ze swojej ignorancji

Prof. Wojciech Sadurski w rozmowie z „Newsweekiem” na pytanie o to, co łączy i w czym tkwi siła prezesa PiS oraz prezydenta USA Donalda Trumpa, odpowiedział jednym słowem – nienawiść! – „Obaj budują swoją pozycję na emocjach negatywnych, które w polityce są silniejsze niż pozytywne. Obaj mogą sobie na to pozwolić, bo wiedzą, że nienawiść do politycznych oponentów jest wśród ich wyborców silniejsza niż niechęć ze strony reszty”.

Zapytany o to, z czego ta nienawiść wynika prawnik i politolog ocenił, że „Trumpa wybrała biała klasa pracująca, która na zdrowy rozum nie miała żadnego powodu, aby popierać finansowego oligarchę niereprezentującego jej interesów”. A co stało się w Polsce? Zdaniem Sadurskiego, doszło do „rozczarowania liberalizmem wciąż bardzo młodym i słabo zakorzenionym. Doszło do rozczarowania społeczeństwa kosztami demokracji, wolnością słowa, i zgromadzeń, pozwalającą na manifestacje ludzi nielubianych, uprawnieniami w procesie sądowym, chroniącymi także oskarżonych, nie tylko ofiary” – dodał politolog.

Zdaniem Sadurskiego, obecnie „do władzy doszli ignoranci dumni ze swojej ignorancji”, a demokratyczna większość dała im do tego mandat. – „Nie mamy wykształcenia, ale z tego powodu nie czujemy się gorsi, za nami są tłumy”. To, z czym mamy dziś do czynienia w Polsce to triumf aroganckiego i ignoranckiego plebsu. – „Wiem, że to wartościujące i aroganckie słowo, używam go niechętnie, ale, niestety, w sposób najbliższy prawdy opisuje rzeczywistość” – stwierdził prawnik w rozmowie z tygodnikiem. Do Kaczyńskiego największą pretensję profesor ma o to, że – jak to sformułował – „z cynicznych powodów dał nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”.

DWA ZDJĘCIA, KTÓRE O PAŃSTWIE PiS MÓWIĄ WIĘCEJ NIŻ TYSIĄC SŁÓW

Działaczka Obywateli RP napadnięta za odmowę przyjęcia odznaczenia od Dudy

Kinga Kamińska – opozycjonistka z czasów PRL i działaczka Obywateli RP – w listopadzie 2015 r. została odznaczona przez Andrzeja Dudę Krzyżem Wolności i Solidarności. W 2017 r. Kamińska je oddała. Zapowiedziała też, że nie przyjmie Krzyża Wolności i Solidarności w imieniu swojej matki, która walczyła w Powstaniu Warszawskim.

We wtorek napadnięto ją w Warszawie. Kamińska uważa, że właśnie za tę odmowę. Całą sytuację opisała na Facebooku. – „Schodziłam dziś po południu do metra spiesząc się pod komisariat na Dzielnej, na przesłuchanie Ewy Siedleckiej. Po schodach schodzę raczej powoli i ostrożnie, patrząc pod nogi. Jak to inwalidka. No bo dwie kule i orteza. Powyżej, oparci o murek ograniczający schody, stali czterej młodzi” – napisała Kamińska. – „Może było ich pięciu. Usłyszałam nad głową: to ta? ta!”Kiedy to powiedzieli, odruchowo podniosłam głowę i spojrzałam. I załapałam się na prysznic w pysk – dobrze, że mam okulary. I dobrze, że to było tylko piwo. I jeszcze bardziej dobrze, że nie dostałam tego piwa w butelce” – opowiada.

W 2013 r. Bronisław Komorowski odznaczył Kingę Kamińską Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju pracy zawodowej i społecznej”.

WYOBRAŻACIE SOBIE COŚ TAKIEGO??? FRASYNIUK JUŻ DOŚWIADCZYŁ PAŃSTWA PiS. TERAZ POLICJA MĘCZY GO WEZWANIAMI NA PRZESŁUCHANIA. Kolej na Wałęsę!

JAK WAM SIĘ PODOBA NAZWA?

Waldemar Mystkowski pisze o córce leśniczego.

Córka leśniczego – konspiracja Szyszki

Naród już zapomniał o „córce leśniczego”, w imieniu której minister środowiska Jan Szyszko wręczył kopertę ministrowi Błaszczakowi przed posiedzeniem rządu. Ten ostatni konspiracyjnie rozglądnął się wokół, dostrzegł kamerę Polsatu, zgłupiał, bo zostali delikwenci przyłapani na gorącym uczynku, ale kopertę Błaszczak wziął.

Później Beata Szydło nazwała to „wypadkiem przy pracy”. Wszystko się zgadza – „wypadek” z powodu obecności kamery. Błaszczak jakoby oddał Szyszce list córki leśniczego. Ale o tym wypadku jednak naród chciałby coś więcej wiedzieć, kto jest córką leśniczego i jaki miała wypadek, który zdarzył się 13 czerwca.

Ministerstwo Środowiska właśnie poinformowało, że nie udzieli w ustawowym terminie odpowiedzi na wniosek o udostępnienie informacji publicznej dotyczącej dokumentów córki leśniczego. Ministerstwo znalazło wybieg, na który się powołuje. „Ze względu na konieczność dokonania analizy sprawy, na podstawie art. 13 ust 2 wyżej cytowanej ustaw, termin udzielenia odpowiedzi zostaje przedłużony do dnia 14 lipca”. Wielce zakonspirowana ta córka leśniczego.

Minie wówczas miesiąc, gdy Szyszko dawał Błaszczakowi kopertę ze słowami: „To jest taka córka leśniczego. Proszę pana, ona prosiła, żebym panu to przekazał. Niech pan to przeczyta, dobrze?”.

Szyszko „taką” proszącą córkę znał. Jaka to konieczność dokonania analizy stoi na przeszkodzie, hę? Aż miesiąc potrzeba na odczytanie imienia i nazwiska pod listem? A może jest ono tak kompromitujące, iż szuka się innej córki leśniczego? Czy Szyszko urządza casting na jakąkolwiek córkę? Szyszko ostatecznie może powiedzieć, że się pomylił, bo to była np. córka myśliwego, córka rzeźnika, etc. A może nawet córka Schetyny.

Koperta wszak też może zaginąć, bo to był „wypadek przy pracy”. Szydło miała wypadek w Oświęcimiu i dziwnym trafem zepsuł się tachometr w limuzynie, w której jechała. Do dzisiaj nie wiemy, z jaką prędkością nastąpił „wypadek przy pracy”.

PiS to partia powypadkowa, katastrofalna, a jej największym „osiągnieciem” jest katastrofa smoleńska.

ŚREDNIOWIECZNE POGLĄDY NASZYCH ŚWIATŁYCH MĘDRCÓW Z PiS MOGĄ WKRÓTCE DOPROWADZIĆ DO WZNOWIENIA WYPRAW KRZYŻOWYCH.

>>>

Trudno się nie zgodzić słuchając dzisiejszych PierwszoRządnych:)))

„każdy polski patriota pragnie, aby w każdym polskim mieście stanął pomnik Lecha Kaczyńskiego”.

Beata Szydło zaliczyła komprmitującą wpadkę w Auschwitz, lansowała pisowską politykę przeciw uchodźcom.

Szydło wzięła udział w obchodach przypadającego 14 czerwca Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych. Jej przemówienie wygłoszone na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu wywołało spore kontrowersje…

– Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby uchronić swoich obywateli – taki wpis pojawił się na oficjalnym koncie PiS na Twitterze. Miało to być skrót myśli wypowiedzianej przez Beatę Szydło podczas przemówienia w Auschwitz. Wielu internautów uznało, iż jest to ewidentna aluzja ze strony premier do sprawy przyjmowania migrantów. Szydło podkreśliła, że wielkim zadaniem dla polityków, jest doprowadzić do tego, by „tak straszliwe wydarzenia, jak te, które miały miejsce w Auschwitz, a także innych miejscach kaźni nigdy więcej się nie powtórzyły”.

Wśród oburzonych na tę wypowiedź Beaty Szydło znalazł się m.in. znany pisarz Jacek Dehnel, który porównał słowa szefowej rządu do nazistowskiej propagandy. – Dokonane przez nas jednostkowe eksperymenty pokazują, że nie przestają oni agitować i próbują się jednoczyć. Zastosowaliśmy ten środek nie bacząc na drobne wahania, w przekonaniu, że tak uspokajamy ogół narodu i działamy w jego duchu – to przytoczony przez Dehnela fragment wypowiedzi Heinricha Himmlera na temat przyczyn stworzenia obozu koncentracyjnego w Dachau.

KTO JEJ PISZE TE TEKSTY? PRZYDAŁABY SIĘ LEKCJA HISTORII, BO NIEWIEDZA NIE USPRAWIEDLIWIA TAKICH SŁÓW.

Upiorne.

„W przypadku Adriana coś wisiało w powietrzu i myśmy to nazwali”

„Pamiętam, że jak już po wyborach żartowaliśmy z prezydenta Dudy, to albo była cisza, ale pomruki niezadowolenia. Teraz to się zmieniło” – mówi Robert Górski w rozmowie z „Newsweekiem”. Twórca ‚Ucha Prezesa” nie ujawnia, czy w nowej serii Adrianowi uda się spotkać z Prezesem.

 

Adrian to jedna z najbardziej znanych postaci „Ucha Prezesa”. Do tej pory bohater komediowego serialu dotarł jedynie do korytarza prowadzącego do prezesowskim gabinetem. I czas spędzał na czekaniu.

Co Robert Górski, twórca „Ucha”, myśli o pierwowzorze Adriana?

Trochę mnie bawi, trochę mnie wzrusza, czasem jest mi go szkoda. Jest cała paleta uczuć. które mam do pana prezydenta, bo jest w niełatwej sytuacji, nie do końca sobie w niej radzi. (…)  Widzę, że prezydent próbuje wydobyć się z tej swojej nieciekawej sytuacji, ale mnie to jakoś nie przekonuje. Gdy przemawia, podnosi głos w taki nienaturalny sposób, jakby chciał dorobić sobie twarz twardziela

– mówi w rozmowie z Newsweekiem”.

Sposób, w jaki pokazany jest prezydent, nie musi się podobać sympatykom PiS, czy samemu Andrzejowi Dudzie. Ale jak zapewnia Robert Górski, w rozmowie z Renatą Grochal, „jakikolwiek serial” nie jest w stanie nikogo zniszczyć.

„Może nadszarpnąć czyjś wizerunek, ale nie zniszczyć. W przypadku Adriana coś po prostu wisiało w powietrzu i myśmy to nazwali” – ocenia.

Nadszedł czas

Górski, razem z założonym przez siebie Kabaretem Moralnego Niepokoju, od lat obśmiewa polskich polityków. Przed wyborczą wygraną PiS były m.in. skecze o premierze, który z zamiłowaniem „harata w gałę”.

Kabareciarz przyznaje, że żarty na temat obecnej władzy pojawiły się jeszcze przed startem „Ucha Prezesa”. Ale nie od razu padły na podatny grunt.

„Jak już po wyborach żartowaliśmy z prezydenta Dudy, to albo była cisza, ale pomruki niezadowolenia, że to za wcześnie. Teraz to się zmieniło” – mówi. Najlepszym przykładem są taksówkarze, którzy „strasznie jadą po PiS”. „A to jest istotny barometr. Przede wszystkim na arogancję i butę” – stwierdza twórca „Ucha Prezesa’ w rozmowie z „Newsweekiem”.

I JAK TU SIĘ NIE ŚMIAĆ? 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o słynnej „córce leśniczego.

Nepotyzm PiS in flagranti z córką leśniczego

Szkoda, że „koperta córki leśniczego” dotarła tylko do Mariusza Błaszczaka i została zatrzymana przez czujne oko kamery (medium cool) telewizji Polsat News.

Piszę „szkoda”, choć nie poznalibyśmy tego zjawiska i konkretnie drogi tej koperty córki leśniczego. Został odkryty szlak przemytniczy, tj. nepotyczno-korupcyjny „z rączki do rączki” praktykowany przez polityków PiS. Trzeba będzie uruchomić nowe sposoby kontrabandy.

Jeszcze inaczej – „szkoda”, że Mariusz Błaszczak odkrył śledzące go oko kamery. Bo gdyby tak się nie stało, a Polsat poczekałby z publikacją wideo do czasu awansu „córki leśniczego”, wówczas czarno na białym mielibyśmy ukazaną drogę nepotyzmu PiS, drogę awansów wszelkich Misiewiczów, pań Sadurskich.

Czy szczytem koperty leśniczego byłaby wewnętrzna kieszeń Błaszczaka, czy też „chodzący deficyt” poszedłby z nią do gabinetu Prezesa i tam na ucho poinformowałby, o co chodzi córce leśniczego? Osiąganie korzyści nieprawnych „na rympał” zyskało nowe oznaczenie semantyczne: „na córkę leśniczego”.

Politycy PiS zostali złapani na gorącym uczynku z „córką leśniczego”. Nepotyzm in flagranti. Złapani nie potrafili zachować się, bo Błaszczak nie powiedział: „przepraszam, ale nie praktykuję tej drogi nepotyzmu łamanego przez korupcję”. Odruchowo kopertę wziął, bo zawsze tak robił.

Najprawdopodobniej to nie chodzący deficyt inteligencji zauważył wpadkę, ale jakiś jego inteligentniejszy asystent. Więc zastosowano metodę „cofanie do tyłu”, wymyśloną jeszcze w epoce slapsticku przez Charliego Chaplina, który dumał na planie, jak zrealizować niebezpieczną scenę z toporem, aby nie narażać siebie na utratę życia.

I taką metodę „cofania się do tyłu” zaczął Błaszczak, zwrócił list Janowi Szyszko, aby ten nadał mu drogę służbową. Szyszko wszak bez udziału kamery Polsat przyjął jednak do własnej kieszeni kopertę córki leśniczego, więc też „cofnął się do tyłu” i oddał kopertę córce leśniczego.

No i wszyscy w Polsce zachodzą w głowę: kto jest ową córką leśniczego. Szyszko może zasłaniać się tajemnicą korespondencji. Tak byłoby, gdyby był listonoszem – i nie może zastosować formuły klauzuli sumienia listonosza, bo nie odmówił córce leśniczego.

DOBRA ZMIANA PRZEBIJA KOLEJNE DNO :)))

Kleofas Wieniawa wraca do kolejnej dyscyplinującej procedury KE

Komisja Europejska wszczyna kolejną procedurę dyscyplinującą. Tym razem dotyczy naruszenia prawa unijnego, a konkretnie:  odmowy udziału w programie relokacji uchodźców.

Krótka piłka. Władze PiS dostaną dwa miesiące na na wypełnienie zobowiązań ws. uchodźców, a jak nie dojdzie do porozumienia, KE kieruje sprawę do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.

Można spodziewać się nałożenia sankcji w postaci odebrania środków unijnych, separacji władzy PiS od najważniejszych decyzji unijnych, szczególnie ws. kształtowania polityki obronności.

Panie i panowie! PiS wyprowadza Polskę z UE. Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w USA, twierdzi, że „to jest póki co jeszcze łagodny początek separacji. Separacji trochę takiej jak w małżeństwie. My chcielibyśmy – polskie władze – żeby Unia Europejska miała jedynie minimalny wpływ na naszą politykę, zwłaszcza wewnętrzną. A z drugiej strony oczekiwalibyśmy, żeby alimenty z Brukseli były wypłacane – żeby środki dalej płynęły”.

A potem – wiadomo – rozwód.

Kto chce żyć z chorym człowiekiem Europy? No, kto?

Acz należy zaznaczyć, iż tym chorym jest obecna władza, która jest antychrześcijańska, za to katolicka po polsku.

Bardzo trafnie ocenia obecnie rządzący wybitny muzyk – geniusz dźwięku – Tomasz Stańko: „to są populiści, okrutne kanalie, wręcz mutanci”.

PANI BS, NIE POSŁUCHA PANI APELU PAPIEŻA? ALE W PROCESJI PANI PÓJDZIE W PIERWSZYM RZĘDZIE, PRAWDA?

Nie wierzę!!! To trzeba zobaczyć! Ten facet powinien się leczyć, i to w trybie pilnym!

>>>

Travolta przyjechał na festiwal do Opola.

Ludzie Beaty Kempy zamieszani w sprawę śmierci . Żądamy komisji śledczej.

Monika Olejnik w „Wyborczej” zadaje Ziobrze fundamentalne pytanie. Swoje dziecko opłakuje ojciec Igora Stachowiaka. Setki dzieci i matek toną w Morzu Śródziemnym, uciekając przed głodem i wojną. Ale politycy PiS potrafią tylko straszyć.

Panie ministrze Ziobro, skoro według pana Igor Stachowiak zmarł z powodu przedawkowania narkotyków, dlaczego policja nie wezwała pogotowia?

Panie ministrze Błaszczak, dlaczego pan nic nie zrobił, skoro zobowiązał się pan wobec ojca Igora Stachowiaka, że zajmie się pan sprawą osobiście?

Panie ministrze Zieliński, od ponad roku wiedział pan, że dwukrotnie użyto paralizatora wobec Igora, o czym pan zresztą powiedział podczas spotkania sejmowej komisji ds. administracji.

Dlaczego głowy komendantów policji poleciały dopiero po wstrząsającym reportażu Wojciecha Bojanowskiego w TVN 24?

Beata Szydło, zamiast powiedzieć przepraszam, zagłuszała sprawę Stachowiaka i Macierewicza, krzycząc z trybuny sejmowej: „Dokąd zmierzasz, Europo! Powstań z kolan, bo będziesz opłakiwała codziennie swoje dzieci!”.

Swoje dziecko opłakuje ojciec Igora Stachowiaka. Setki dzieci i matek toną w Morzu Śródziemnym, uciekając przed głodem i wojną. Ale politycy PiS potrafią tylko straszyć, udawać, że nic nie wiedzą, albo pleść głupoty, że sprawa Stachowiaka to atak za ustawę dezubekizacyjną.

Cech ludzkich nabierają na spotkaniach z dyrektorem Rydzykiem albo na Światowych Dniach Młodzieży, którymi tak się chwalą. A to właśnie na Światowych Dniach Młodzieży papież mówił „o otwartości na ludzi uciekających od wojen i głodu”.

Eurodeputowana Gosiewska, która żądała 5 mln od MON za śmierć męża w Smoleńsku (słabe warunki mieszkaniowe, moralne odszkodowanie), powiedziała w Radiu Maryja: „Bogu powinniśmy dziękować, że rząd premier Beaty Szydło nie godzi się na relokację imigrantów”.

Pan Bóg to słyszy?

DAWNO SIĘ TAK NIE UŚMIALIŚMY 🙂

Każda wieś ma tzw. wsiowego głupka.

Paweł Wroński O Wacku Macierewicza. Dr Wacław Berczyński wciąż pracuje w MON, a jego pensja wynosi 13 tys. zł – ujawnił poseł PO Cezary Tomczyk. Wynika to z dokumentacji, jaką posłowie PO zobaczyli w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Jak mówi Tomczyk, umowa o pracę Berczyńskiego kończy się dopiero 7 marca 2018 r. Nie wiadomo, jak Berczyński pracuje dla polskiego ministerstwa, przebywając obecnie w USA.

Przypomnijmy, że w kwietniu dr Wacław Berczyński – szef podkomisji w MON ds. ponownego wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej – powiedział w wywiadzie, że to on „wykończył caracale”. Chodzi o przetarg na śmigłowce wart 13,5 mld zł, które ostatecznie nie trafiły do polskiej armii. Następnie Berczyński wyjechał do USA, rezygnując ze wszystkich funkcji pełnionych w Polsce. Według MON nie miał nic wspólnego z przetargiem. Okazało się jednak, że miał dostęp do niejawnej dokumentacji w sprawie caracali. Berczyński był wieloletnim pracownikiem Boeinga – samoloty tej firmy na potrzeby rządu MON nabył w marcu tego roku z naruszeniem prawa.

Posłowie PO, przeglądając dokumenty w MON, odkryli dziwną koincydencję: Berczyński zwrócił dokumentację przetargową caracali bezpośrednio przed tym, jak Polska poinformowała Francję o odstąpieniu od umowy na zakup helikopterów.

Wiceminister obrony Bartosz Kownacki stwierdził, że nie wie, czy Berczyński jest wciąż zatrudniony, a jeśli tak, to w jakim charakterze.

PiS TO JEDNAK STAN UMYSŁU

Waldemar Mystkowski pisze o konflikcie między Morawickim a Szyszko.

Wojna Morawieckiego z Szyszką – między stolarzem a piromanem

Wojna między wicepremierem Mateuszem Morawieckim a ministrem środowiska Janem Szyszką toczy się o niebagatelną część Polski, bo aż o jedną trzecią kraju. Ministrowie walczą o drewno. Szyszko z zapałem wycina nawet Puszczę Białowieską z zamiarem sprzedaży drewna na opał, puszczenia drewna z dymem, z kolei Morawiecki chce, aby trafiało do firm związanych z przemysłem meblarskim.

Krótko pisząc, mamy wojnę między piromanem a stolarzem. Piroman Szyszko musi stosować się do ustawy o odnawialnych źródłach energii, która wprowadziła pojęcie „drewna energetycznego”, a musi ono wypełniać parametry dla opału w elektrowniach i elektrociepłowniach.

Parametry regulować mają przepisy opracowane przez trzy resorty: rozwoju, środowiska i energii we współpracy z naukowcami z Instytutu Technologii Drewna. I tutaj jest pies pogrzebany, bo Szyszko dojrzał, iż zawyżenie parametrów drewna energetycznego powoduje trudniejszą sprzedaż surowca dla przemysłu energetycznego, czyli puszczenie z dymem Puszczy (że zabawię się w Białoszewskiego) nie będzie takie łatwe. A tym samym „stolarz” Morawiecki pozyskałby tańszy surowiec dla przemysłu meblarskiego, więc Szyszko wymyślił – owszem, meblarze dostaną drewna skolko ugodno na specjalnych aukcjach, lecz gdy trzykrotnie nie zostanie sprzedane, idzie do pieca.

Resort Morawieckiego nie zgadza się na takie dictum. obawia się cen zaporowych, meblarzy nie byłoby stać na wykup drewna, niekupione powędrowałoby do spalenia. Morawiecki nie chce odpuścić, bo drewno made in Poland w postaci mebli ponoć cieszy się wielkim powodzeniem za granicą. Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego chce z kolei, aby ceny drewna regulował rynek, a nie podległe Szyszce Lasy Państwowe.

Ta walka toczy się o jedną trzecią kraju, bo tyle powierzchni zajmują lasy. Aż się boję pomyśleć, co by się stało, gdyby do tej wojny weszła trzecia strona – resort Piotra Glińskiego, który w walce z ciemnym ludem zechciałby drewno przeznaczyć na celulozę, tj. na produkcję książek. Ale kto wówczas chciałby głosować na PiS?

PRAWDA, KTÓRA ZAORAŁA CAŁE TO FANATYCZNE TOWARZYSTWO

>>>

OTO POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”

Magdalena Środa w „Wyborczej” pisze o ekologii rozumienej w sposób kościelno-pisowski. Postulat ochrony zwierząt przed cierpieniem, jak również przyrody przed dewastacją nie jest uznawany przez ten rząd. Przeciwnie, traktowany jest jako zagrożenie i dla władzy, i dla ludzkości.

Ekologia gorsza od gender: zagrożenie dla władzy i ludzkości

Minęła rocznica podpisania przez polski Sejm ustawy o ochronie zwierząt. Organizacje pozarządowe walczyły latami o to, by politycy wreszcie uznali, że zwierzę nie jest rzeczą, że żyje, czuje, boi się, wymaga ochrony i opieki.

Ustawa ma dwadzieścia lat, a jej stosowanie, zwłaszcza zaś zrozumienie potrzeby ochrony zwierząt przed cierpieniem, jest ciągle nikłe. Bijemy, katujemy, znęcamy się, trzymamy na łańcuchach, głodzimy, pożeramy, organizujemy mięsne i kurze obozy zagłady, wreszcie zabijamy i ranimy dla czystej przyjemności (ot, małe polowanko w przerwie obrad Sejmu). I nie będzie lepiej.

Postulat ochrony zwierząt przed cierpieniem, jak również przyrody przed dewastacją nie jest uznawany przez ten rząd. Przeciwnie, traktowany jest jako zagrożenie i dla władzy, i dla… ludzkości. Można było usłyszeć o tym w Toruniu podczas konferencji „u Rydzyka” (za OKO.press). Piękny to był spektakl, który wejdzie na stałe do historii propagandy, tak jak Jacek Kurski do historii Opola.

Ta władza lubi splendor i tłumy, chętnie za to płaci, dlatego do Torunia zwieziono tysiące. „Słuchacze” toruńscy stawili się „z polecenia służbowego”; każde nadleśnictwo wytypowało osoby na wyjazd. Każde musiało je zawieźć, przytrzymać na miejscu, odwieźć. Koszty tej operacji zapłaciła dyrekcja Lasów Państwowych (no, bo przecież nie dyr. Rydzyk, on zarabia).

Prelegentami byli akademicy, brać wiejska, leśna i duchowna. Treść wystąpień, ich wigor, hasłowość – jak za najlepszych czasów propagandy Gierka, tylko widownia nieco skonsternowana, bo leśnicy to wykształceni ludzie (i to nie u ks. prof. Guza z KUL-u, gwiazdy konferencji).

Całość była poświęcona „Polsce, która jeszcze nie zginęła”, i wsi, która razem z Kościołem, wycinką lasu i zabijaniem zwierząt jest Polski podporą. Wystąpienia były „naukowe” i konkretne.

Ale czego tam nie było! Przede wszystkim był jasno określony wróg. Po gejach, gender i uchodźcach pojawił się nowy, prawdziwy wróg Polski, wsi, Kościoła i „tradycji” – ekolog!

Kim on jest? Tu, podobnie jak w przypadku gender, panowała pewna rozbieżność opinii. Prelegenci nie mogli się zgodzić, czy jest on: (1) nazistą, (2) nihilistą, (3) komunistą, (4) ateistą, (5) materialistą czy jakąś ich kombinacją, na przykład „zielonym nazistą”, czy „przebranym z czerwonej na zieloną szatę komunistą”. Przeważyła opinia, że jest gorszy niż nazista, bo ten przynajmniej „uznawał za coś pozytywnego rasę”, a ekolodzy nie uznają nic (stąd „nihiliści”).

Co robią ekolodzy? „Animizują człowieka” i – w ogólności – „chcą doprowadzić ludzkość do… zagłady”.

Były też wątki patriotyczne. A jakże. I deklaracje, że to, co niektórzy nazywają zaściankiem, zacofaniem i barbarzyństwem, stanowi naszą narodową dumę i naszą przyszłość. Będziemy wycinać, zabijać i stosować pestycydy, będziemy odporni na ekologiczne nowinki i ekologicznych nazistów.

Niech żyje minister Szyszko! Co tam zwierzęta, co tam lasy! Byle Polska rosła w PiS, a ludzie żyli pobożniej. Czyli tak, jak im Rydzyk każe.

W czasach PRL-u Opole zawsze było wbrew władzy. Mamy powrót do tych czasów. – Krzysztof Materna

Waldemar Mystkowski pisze o broni PiS.

Paralizator – broń PiS

Nie jest to wcale łatwa metafora dotycząca PiS, acz partia Kaczyńskiego w naszej historii zasługuje na szczególnie złą ocenę. Poznaliśmy ich w latach 2005-2007 – i niczego się nie nauczyliśmy, więc po 2015 roku zwiększają dawkę swojej władzy. PiS nas paraliżuje. Językiem, polityką i dosłownie paralizatorem – w tym ostatnim wypadku do ostateczności – do śmierci.

Paraliż językiem to domena prezesa Jarosława Kaczyńskiego. On jest wytwórcą jadu: gorszego sortu, elementu animalnego, gestapo. Słownik jadu prezesa to byłby całkiem pokaźny wolumen, nie staram się nic z niego zapamiętać, lecz prezes i jego akolici co rusz nam przypominają. Nigdy się nie nazwałem gorszym sortem, gdyż mam szczególną wrażliwość językową.

Nie przyznaję więc prezesowi prawa do nazywania mnie. Jestem przeciw przyjmowaniu na siebie roli ofiary „gorszego sortu”. Wolę tę dziecięcą (wrażliwość dziecka) odpowiedź: kto się przezywa, sam się tak nazywa. I zawsze tak radzę innym. Kaczyński jest kobrą w swoim pisowskim wężowisku.

Sparaliżowana została polska polityka zagraniczna, spadliśmy we wszelkich rankingach i jesteśmy fatalnym partnerem dla niedawnych naszych przyjaciół. Tego w kraju nie widać, wystarczy jednak poczytać tytuły w zagranicznych mediach, nawet przy pomocy googlowskiego tłumacza.

PiS uczynił z Polski państwo „gorszego sortu”. Wstali z kolan, aby paść na twarz, a w zasadzie na rozum. Padł rozum polityczny. Szczególnie trudny do odzyskania, gdyż ktoś zyskuje naszym kosztem, oddajemy pole i odzyskać je nie będzie łatwo, w stosunkach międzynarodowych nawet między przyjaciółmi grozi to konfliktem.
Ostatnie w kraju perełki – sparaliżowana została piosenka. Jak to możliwe? Przedstawicielom tego show biznesu chcieli odebrać głos, osobowość. Kobiety zachowały się wspaniale. Dla Kayah, Nosowskiej, Rodowicz winno się pisać pieśni. Nie dały się sparaliżować, acz padł festiwal w Opolu.

Jacek Kurski w dawce jadu dorównał prezesowi, uśmiercił dla PiS Opole. Tak właśnie trzeba. Nie przyjmować na siebie jadu, niech sami siebie paraliżują, unieruchamiają, przyjdzie taki moment, że zabuksują się, oniemieją i wyjmiemy im z rąk insygnia.

Naszą bronią jest nie dać się. Tytułuję ten felieton „paralizator – broń PiS”. Nie jest to nadinterpretacja. Przypadek na komisariacie  policji we Wrocławiu jest znamienny. Wystarczy wejrzeć głębiej, aby się przekonać, że śmierć młodego chłopaka ma wszelkie znamiona pisowskich metod.

Ten paralizator był w rękach konkretnych policjantów, lecz politycy PiS zrobili z niego użytek polityczny. O śmierci Igora Stachowiaka wiedzieli Mariusz Błaszczak i jego zastępca Zieliński. Nic się nie stało szefowi komisariatu, a wręcz przeciwnie – awansował na wiceszefa komendy miejskiej we Wrocławiu.

Tak PiS uzależnia od siebie ludzi, masz krew na rękach, jesteś nasz. Taki komendant policji nie odmówi, aby wydać rozkaz pałowania demonstrantów, a może nawet rozkaz do czegoś o wiele gorszego niż użycie paralizatorów. Ten wrocławski paralizator użyty ze skutkiem śmiertelnym to charakterystyka władzy PiS. Paraliżowanie poprzez zastraszanie, oplucie jadem, a w razie czego sięgnięcie po ostateczne rozwiązanie.

A ILE LAT GROZI INNYM ZA ZNĘCANIE SIĘ NAD POLSKĄ??

>>>

TZW. ZADUPIE… ?

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze o schowaniu Macierewicza. To widomy znak. Macierewicz jeszcze niedawno niczym latający holender kursował po kraju, biorąc udział w niezliczonej liczbie uroczystości patriotycznych: składał wieńce, defilował przed pocztami sztandarowymi, wygłaszał pełne namaszczenia mowy. Teraz jednak zamknął się w gmachu przy ul. Klonowej.

Zawirowania po „wykończeniu caracali” przez dr. Wacława Berczyńskiego usiłują desperacko rozwiązać wiceministrowie Dworczyk i Kownacki. Nawet medialny kontratak resortu przeprowadzony na łamach „wSieci” przez dziennikarzy współpracujących zwykle z Antonim Macierewiczem komentował nie on, ale Michał Dworczyk, który tyle się zna na śmigłowcach co Bartosz Kownacki na francuskich widelcach.

Zwykle Macierewicz był chowany na okres kampanii wyborczej, gdy PiS uśmiechało się do wyborców i chciało ich przekonać, że wcale nie jest partią radykalną. Nawet uśmiechający się Antoni Macierewicz, szczególnie uśmiechający się Macierewicz, takiemu przekazowi przeczył. W ostatnich wyborach wskazana jako kandydatka na premiera Beata Szydło stanowczo zaprzeczała, jakoby Macierewicz miał być ministrem obrony. Kandydatem był Jarosław Gowin, który postanowił wziąć czynny udział w tej szopce, prezentując się jako przyszły szef resortu.

Szef MON jeszcze niedawno niczym latający holender kursował po kraju, biorąc udział w niezliczonej liczbie uroczystości patriotycznych: składał wieńce, defilował przed pocztami sztandarowymi, wygłaszał pełne namaszczenia patriotyczne przemówienia. A teraz zamknął się w Gmachu przy ul. Klonowej. Musi to być duże wyrzeczenie z jego strony, bo bardzo to lubił.

W maju wystąpił w zasadzie dwa razy. Widziany był na placu Zamkowym podczas Święta Konstytucji 3 Maja i podczas uroczystości zakończenia II wojny światowej. Wyraźnie unikał jednak mediów. Jego potężna ochrona czyniła wszystko, by nie dopuścić do niego nikogo z mikrofonem. Ale i tak udała się ta sztuka reporterce TVN, no i stało się kolejne nieszczęście. Macierewicz powiedział, że Berczyński nie miał dostępu do dokumentacji przetargowej, choć kilka godzin wcześniej w telewizji wiceminister Dworczyk mówił, że miał, a dokumenty w tej sprawie przedstawiono PO.

Tym razem trudno było Antoniego Macierewicza dostrzec nawet wśród uczestników miesięcznicy smoleńskiej 10 kwietnia. Tłum nie skandował: „Antoni, Antoni!”. Prezes Jarosław Kaczyński nie mówił o jego niezłomnym uporze, który doprowadza do odkrywania prawdy. Ba, po raz pierwszy prezes PiS nie obwieścił, że „dochodzi do prawdy”. Wyglądało na to, jakby ustalenia dr. Berczyńskiego wysadzającego blaszak z namalowanymi oknami przy pomocy ładunku termobarycznego nie w pełni przekonały nawet zwolenników zamachu w PiS, w tym i samego prezesa.

Czyżby kierownictwo partii uznało, że Antoni Macierewicz powinien się przyczaić i próbować przetrwać niebezpieczne chwile? A może to sygnał, że sztandarowy polityk PiS roszczący pretensje do schedy po Jarosławie Kaczyńskim może zostać schowany na dłużej? Sponiewieranie – z najwyraźniejszym przyzwoleniem ze strony Kaczyńskiego – przez partyjną komisję PiS Bartłomieja Misiewicza byłoby tego pierwszym etapem. Ta orzekła przecież, że Misiewicz nie nadaje się na żadne stanowisko państwowe, na które nieustannie pchał go Macierewicz. Brak jakiejkolwiek reakcji szefa MON świadczy o tym, że nie ma on tak silnej pozycji w partii, jakby się wydawało.

Jeśli rzeczywiście prezes PiS myśli o „nowym otwarciu” po wielokrotnie zapowiadanej drugiej części kongresu partii, to mało prawdopodobne, by obyło się bez zmian personalnych. Jest w rządzie PiS wielu kandydatów do odwołania, ale jeśli te ruchy mają być w jakiejkolwiek mierze istotne z punktu widzenia zmiany wizerunku partii, to ofiarą może być wyłącznie minister Macierewicz.

„STUL PYSK”, „TY CHAMIE” POWINNO ZNALEŹĆ SIĘ W STENOGRAMIE SEJMOWYM, JAKO PAMIĄTKA PO CZASACH CHAMSTWA I NIENAWIŚCI.

Waldemar Mystkowski pisze o znikających wyrokach w Trybunale Konstytucyjnym.

Bomba termobaryczna w Trybunale Konstytucyjnym

3 wyroki zniknęły z bazy orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Wyroki o sygnaturach K 47/15 i K 39/16 i K 44/16, a wydane w dniach 9 marca, 11 sierpnia i 7 listopada 2016 r.

To są wyroki nieuznawane przez rząd PiS, nigdy nie zostały opublikowane, mimo zapisu, iż powinno się to odbyć w trybie niezwłocznym. Czy to znaczy, że nie obowiązują? Nie! Nie stosuje się do nich obecny rząd. Przestępca ma wyrok, ale w tej chwili unika wykonania wyroku. Każdy przestępca wpada, chyba że wcześniej uda mu się szczęśliwie zemrzeć. Za nieopublikowanie wyroków odpowie Beata Szydło i jej minister z kancelarii Beata Kempa.

Usunięcia wyroków Trybunału Konstytucyjnego z bazy danych dopuściły się osoby, które wybrał PiS. W pierwszym rzędzie nieprawnie wybrana prezes TK Julia Przyłębska i faktycznie zarządzający TK, Mariusz Muszyński, jeden z trzech dublerów wybranych przez PiS na obsadzone wcześniej miejsca. Do tego ten Muszyński ma na koncie zatajenie pracy agenturalnej. Taki szemrany gość.

Dzisiaj Trybunał Konstytucyjny to w istocie miejsce sankcjonowania bezprawia. Przyłębska jest prawnikiem o niskiej sprawności zawodowej, wszak nie chcieli jej przyjąć do pracy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, mimo wakującego stanowiska („nie nadaje się do orzekania”). Trudno o gorszą rekomendację. Przyłębska to w czystej postaci lewizna intelektualna. Dała się poznać na konferencjach prasowych, trzeba dużo mieć w sobie pobłażania dla marnych ludzi, aby jej cierpliwie wysłuchać.

Nie lepszy jest Muszyński. Postać szemrana, która nigdy nie powinna być obecna w przestrzeni publicznej, o ile nie życzymy Polsce źle. Ale tylko takie marne moralnie i kompetencyjnie osoby mogą być użyte na gwizdek Jarosława Kaczyńskiego. Kiedyś te osoby muszą odpowiedzieć przed prawem i nie może być wobec nich zastosowane prawo łaski.

Nie tylko w kwestii prawa stajemy się republiką bananową. Abyśmy nie zostali krajem z marginesu cywilizacyjnego, wiele zależy od nas samych, w tym wypadku od prawników, którzy powinni stosować się do usuniętych wyroków z bazy danych TK. Wszak mimo ich usunięcia ślad nie zaginął, bowiem odwołania do usuniętych wyroków mamy w blisko stu uzasadnieniach do orzeczeń TK z 2016 r., zamieszczonych w trybunalskiej bazie orzeczeń.

Tak naprawdę trzeba byłoby usunąć wszystkie orzeczenia TK. Ale można zawsze odwołać się do sygnatur, bo treści tych trzech wyroków były publikowane przez Obserwatora Konstytucyjnego. I choć ten też został zamknięty przez Przyłębską i Muszyńskiego, to w Internecie wyroki znalazły przystań niezniszczalności, są dostępne pod adresem niezniknelo.pl.

Ba, nie zniknie pamięć o szemranych Przyłębskiej i Muszyńskim. Takich osób dotyczy idiom „co ma wisieć, nie utonie”. Prawo dopadnie ich. Muszyński w wypadku tych trzech usuniętych wyroków zastosował całkiem poręczną metaforę ładunku termobarycznego, zastosowanego do pisowskiej rzeczywistości alternatywnej przez zbiegłego do USA Wacława Berczyńskiego.

Prawna bomba termobaryczna usunęła trzy wyroki z bazy TK, lecz za ten smród bezprawia Muszyński i Przyłębska bekną w przyszłości. Odbije się im.

PROPAGANDOWA GAZETA POLSKA PRZEKRACZA KOLEJNE GRANICE NIESMAKU. Internauci mocno komentują

W drugim tekście Mystkowski pisze o Szyszce i Rydzyku.

U Rydzyka o wyższości Polaków nad innymi Narodami Ziemi

120 tys. zł wytargano z kasy Lasów Państwowych na imprezę religijno-polityczną, która miała udawać naukową. Czyli była wypasiona, jak diabli, jeżeli uwzględni się, iż wygłoszono na niej „naukawe” (przeciwieństwo: naukowego) odczyty w skromnej ilości ośmiu wykładów. Pieniądze z budżetu wydobył minister Jan Szyszko (ten gościu od kornika, strzelania do bażantów i luksusowej stodoły w Tucznie), oprawę „naukawo”-dewocyjną w Toruniu zapewnił o. Tadeusz Rydzyk i jego Wyższa Szkoła Społeczna i Medialna.

Ciężar wykładów był trudny do zniesienia. Szyszko jest bowiem kuty na wszystkie cztery kończyny, gdyż oznajmił iż współcześnie mamy do czynienia z „animalizacją człowieka”. Zwracam uwagę, iż Szyszko uważa, że nowoczesna nauka nie odróżnia człowieka od zwierzęcią, a prezes Jarosław Kaczyński elementu zwierzęcego dopatruje się tylko u opozycji.

Szyszko to jednak neptek w stosunku do takiego ks. prof. dr hab. Tadeusza Guza z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ten to jest prawdziwy ideolog, guru radiomaryjny. Przede wszystkim jest przeciwnikiem teorii ewolucji, co powoduje, iż w jego umyśle tworzą się wielce oryginalne opisy poglądów.

Guz jest apologetą Szyszki – nie dziwota, bo minister dostarcza honoraria na takie imprezy – i tak: minister Szyszko jest nauczycielem Ludzkości, bo wraz z rządem i swoim ministerstwem wracają do tradycji „kultury życia”, którą oparto na chrześcijaństwie.

To nie wszystko, bo prof. Guz wyciąga nastepujące konsekwencje: „Tym samym Naród Polski oraz Nauka i Państwo Polskie zyskują rolę nauczyciela setek innych Narodów Ziemi”. Przepraszam, ale czytając, zadrżałem, bo jestem części narodu polskiego i pijąc piwo nie miałem świadomości, iż jestem nauczycielem dla setek narodów. Gdy będę w ONZ każę innym przedstawicielom narodów klękać przede mną, bo jestem Kimś.

Ekolodzy wg Guza to”odmiana wojującego neokomunizmu światowego”, ideologia zielonych jest „systemowo antyboska i antyludzka”. Taki ciężar intelektualny zaserwowano na konferencji poświęconej radiomaryjnej ekologii.

Ktoś niechętny o. dyrektorowi Rydzykowi może powiedzieć, że organizuje anachroniczne imprezy, których aktualność plasuje się na setki lat przed narodzeniem Chrystusa, że wykłady są autorstwa Kołtunów z tytułami profesorów.

Proponuję więcej życzliwości dla Rydzyka, jego mistra Szyszki i profesora Guza, albowiem toruńska uczelnia rozpowszechnia wiedzę „naukawą”, a nie naukową, albowiem w tej ostatniej za cholerę nie można udowodnić, że Polak jest nauczycielem innych Narodów.

A ja chcę być Kimś, zwłaszcza gdy konsumuję kolejne piwo.

NIE WSZYSCY DZIŚ BĘDĄ SPALI 🙂

>>>

CAŁA HISTORIA W JEDNYM OBRAZKU

Niepoparcie Donalda Tuska przez PiS jest jednym z elementów wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej. Jarosław Kaczyński wyprowadza Polskę z Unii. Gdzie wyprowadza? Na manowce.

Pisze o tym na Koduj24.pl Wojciech Maziarski.

Kaczyński ukradkiem wyprowadza Polskę z UE

Celem nie jest Donald Tusk – w tej rozgrywce chodzi o to, by szefem Rady Europejskiej przestał być Polak.

Prezes PiS chce przesunąć Polskę na peryferia UE, a potem może nawet w ogóle z niej wystąpić. Komentatorzy bezradnie rozkładają ręce i pytają: czy Jarosław Kaczyński naprawdę nie rozumie, że z punktu widzenia interesów naszego kraju Polak na stanowisku szefa Rady Europejskiego jest wielką wartością? Nawet jeśli tym Polakiem jest jego osobisty wróg Donald Tusk…

To błędnie postawione pytanie. Jarosław Kaczyński doskonale rozumie, że Polak jako nieformalny „prezydent” Europy jest wielką wartością. Tyle że – jego zdaniem – wartością negatywną. Właśnie dlatego podjął próbę usunięcia go z tego stanowiska.

Zabieg z Jackiem Saryuszem-Wolskim nie ma na celu osadzenia nadambitnego renegata z PO w brukselskim fotelu. Jarosław Kaczyński doskonale wie, że to kompletnie nierealne – i mało go to obchodzi. Tak naprawdę liczy się tylko jedno – by pozbyć się z Brukseli Tuska. I to nie tylko dlatego, że ten polityk stał się w ostatnich latach prawdziwą obsesją lidera PiS-u. Oczywiście, miło będzie wysadzić go z siodła i pognębić, wzywając na przesłuchania w prokuraturze. Ale to tylko przy okazji, dla frajdy i rozrywki, bo rzeczywista stawka w tej grze jest znacznie wyższa, a prawdziwym celem jest pozbycie się Polaka ze stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Niech je zajmie ktokolwiek inny – Francuz, Holender, Niemiec. Właśnie Niemiec byłby najlepszy.

UE zagraża planom Kaczyńskiego

Krytycy Kaczyńskiego sądzą, że prezes PiS-u nie rozumie, iż obecność wpływowych Polaków w decyzyjnym centrum Unii zwiększa znaczenie Warszawy i sytuuje ją w unijnym jądrze, a alternatywą może być ześlizgiwanie się na peryferie, a może wręcz wypadnięcie z grona krajów tworzących UE.

Jednak on to doskonale rozumie. I właśnie do tego zmierza. Traktuje silną pozycję Polski w strukturach Unii jako wielkie zagrożenie dla swojej władzy i planów na przyszłość. Nie chce, by Polska pozostawała w jądrze UE. Najszczęśliwszy byłby, gdyby znalazła się na marginesie, którym Bruksela przestałaby się interesować.
Jarosław Kaczyński od chwili przejęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość metodycznie demontuje instytucje ograniczające jego władzę i zmuszające go do podporządkowania się regułom gry, na które nie ma wpływu i których nie może dowolnie zmieniać i naginać do swej woli. Skasował niezależność prokuratury, zniszczył Trybunał Konstytucyjny, podporządkował sobie media państwowe i stopniowo tłamsi prywatne, szykuje się do ofensywy przeciw sądom i samorządom, przygotowuje ustawę wymierzoną przeciw organizacjom pozarządowym, zapowiada „repolonizację”, czyli odbieranie gazet i stacji radiowych oraz telewizyjnych zagranicznym właścicielom.

Czy ktokolwiek jest na tyle naiwny, by wierzyć, że niszcząc w kraju wszystkie instytucje i struktury narzucające mu ograniczenia Jarosław Kaczyński pogodzi się z ograniczeniami wynikającymi z członkostwa w UE?

Scenariusz wychodzenia z Unii

Prezes PiS nigdy nie darzył Unii szczególną atencją, tyle że znając nastroje Polaków nie mógł wystąpić przeciw Brukseli z otwartą przyłbicą – w sondażach za członkostwem w UE opowiada się ponad 80 proc. obywateli. Dziś jesteśmy nawet bardziej euroentuzjastyczni niż przed akcesją – w 2000 r. za wstąpieniem do UE opowiadało się 70 proc. Polaków.

Jarosław Kaczyński wybrał więc metodę stopniowego zasiewania fermentu i wbijania klina między polską opinię publiczną a Unię. W podobny sposób w 1990 r. wypowiedział wojnę rządowi Tadeusza Mazowieckiego. Wiedząc, że nie może frontalnie zaatakować popularnego i lubianego przez Polaków premiera, wybrał dla starcia pole zastępcze, wysuwając kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta i wmawiając początkowo obywatelom, że nie podważa ani nie atakuje linii politycznej rządu, a jedynie chce „przyspieszyć” reformy.

Także w stosunkach z UE obowiązuje dziś w propagandzie PiS bałamutna formuła głosząca, że członkostwo w Unii jest rzeczą dobrą i pożyteczną, jednak sama Unia wymaga reform, musi stać się jakąś bliżej nieokreśloną „Europą ojczyzn”, a traktat trzeba napisać od nowa.

Takie tezy oznaczają w istocie zakwestionowanie Unii Europejskiej. A ponieważ nie wydaje się, by ktokolwiek w Europie zamierzał Kaczyńskiego posłuchać i pisać z nim nowy traktat, konsekwencja może być tylko jedna: kraj nieakceptujący obecnej formuły UE zawsze ma możliwość opuszczenia wspólnoty. Z tej możliwości właśnie skorzystali Brytyjczycy. Kaczyński nie mówi o tym głośno i ukrywa swoje prawdziwe cele, ale w rzeczywistości stara się wepchnąć Polskę na tę samą drogę.

Jak to zrobił Orbán

Wbrew wynikom sondaży, sugerującym, że Polacy są społeczeństwem euroentuzjastycznym, wysiłki prezesa PiS nie są skazane na niepowodzenie. Nastroje społeczne wyraźnie bowiem ewoluują.

„Postawy Polaków w sprawie członkostwa naszego kraju w UE nie są bynajmniej tak jednoznaczne, jak wskazywałyby badania. 37 proc. Polaków uważa bowiem, że nasz kraj mógłby lepiej poradzić sobie z wyzwaniami przyszłości, gdyby był poza UE” – piszą autorzy grudniowego raportu Fundacji Batorego i konkludują: „Jeśli w publicystyce często narzeka się, że polityka PiS wyprowadza Polskę z głównego nurtu polityki europejskiej, to warto zwrócić uwagę, że może to odpowiadać znacznie liczniejszej grupie obywateli, niż zdają się wierzyć krytycy obecnego rządu”.

W sondażu IPSOS dla OKO.press z października 2016 r. zadano pytanie, co należałoby zrobić w związku z tym, że „Europa przeżywa kryzys”. Wprawdzie 43 proc. respondentów odpowiedziało: „pogłębić współpracę i zwiększyć rolę Komisji Europejskiej”, ale niemal tyle samo – 41 proc. – poparło PiS-owską koncepcję „ograniczenia współpracy do spraw gospodarczych i zwiększenie niezależności państw”, a 8 proc. opowiedziało się za wystąpieniem Polski z Unii Europejskiej.

Te trendy niewątpliwie grają na korzyść Kaczyńskiego, który ma przed oczami przykład Węgier – kraju, który w chwili akcesji był jeszcze bardziej proeuropejski niż Polska. W sondażu z 2000 r. za wstąpieniem do UE opowiedziało się 70 proc. Polaków i aż 84 proc. Węgrów. W dzisiejszych badaniach wciąż zdecydowanie przeważają tam ci, którzy uważają, że członkostwo w UE jest dla Węgier korzystne – w lipcu 2016 r. uważało tak 70 proc. obywateli.

A jednak – mimo takich nastrojów – autorytarny i antyeuropejski premier Viktor Orbán cieszy się rzeczywistym poparciem większości społeczeństwa, gdy wytacza propagandowe i polityczne działa przeciw rzekomej unijnej opresji. W oficjalnej propagandzie Bruksela stała się niemal synonimem okupanta.

Rządzącym udało się umiejętnie zbudować wizerunek wroga bazujący na fobiach, uprzedzeniach i stereotypach zakorzenionych w umyśle przeciętego Węgra, dla którego Unia Europejska to nie „my, społeczeństwa Europy”, lecz mityczni biurokraci, wykorzenieni kosmopolici, żywiący się ośmiorniczkami bankierzy i finansiści, pożyczający biednemu ludowi forinty, a domagający się spłacania coraz droższych franków. Ci krwiopijcy chcą nas w dodatku zmusić do przyjęcia dziesiątków tysięcy przybyszy z krajów muzułmańskich. I kto nas przed tym może obronić? Tylko Viktor Orbán – człowiek, który się Unii nie kłania i buduje na południowej granicy zasieki.

Z węgierskich doświadczeń Jarosław Kaczyński z pewnością wyciągnął dwa wnioski: po pierwsze – należy wybrać dogodne pole sporu, w którym władza będzie mogła stanąć przeciw Unii po tej samej stronie barykady, co większość społeczeństwa. Na Węgrzech idealną okazją do tego było pojawienie się rzeki uchodźców przedostających się do kraju przez południową granicę. Węgrzy rzeczywiście widzieli ich na własne oczy i doświadczali związanych z ich obecnością niewygód.

W przeciwieństwie do tego przeciętny Polak żadnego muzułmańskiego uchodźcy nigdy nie widział, bo ich w naszym kraju praktycznie nie ma. Mimo to rządowa propaganda stara się eksploatować ten wątek, licząc na podobny efekt, jak na Węgrzech. Właśnie dlatego minister Błaszczak opowiada dyrdymały o unijnych „strefach szariatu, w których nie obowiązuje zachodnie prawo” i nie wpuszcza syryjskich sierot, które chciały przyjąć władze Sopotu.

Drugi wniosek płynący z węgierskich doświadczeń jest być może jeszcze ważniejszy – niezależnie od tego, jakie jest pole sporu, w oczach przeciętnego obywatela Unia Europejska musi być wrogiem, zaborcą i agresorem. Unia to „oni”. Obcy, którzy chcą „nas” ujarzmić i pozbawić tożsamości.

A jacy to „oni”, jeśli na czele Rady Europejskiej stoi Polak? Wprawdzie Polak najgorszego sortu i wnuk żołnierza Wehrmachtu, ale jednak Polak. To bardzo psuje klarowność obrazu. Dobrze zatem byłoby się go stamtąd pozbyć, zastępując kimś innym, najlepiej niemieckim gejem muzułmaninem, który idealnie ucieleśniałby zagrożenia płynące z Brukseli do Polski.

Przygotowania do decydującej bitwy

Jarosław Kaczyński niewątpliwie ma świadomość, że w nadchodzących miesiącach dojdzie do konfrontacji między Warszawą a Brukselą. Już dotychczasowe przypadki łamania standardów państwa prawa w Polsce spotykały się z protestami na Zachodzie, ale konflikt wciąż nie osiągnął poziomu krytycznego. Z miesiąca na miesiąc jednak ton sporu się zaostrza. Słowa o sankcjach politycznych i finansowych wobec Warszawy (i ewentualnie Budapesztu) padają coraz częściej i z coraz wyższego szczebla. W zeszłym tygodniu wprost powiedział o nich prezydent Francji Francois Hollande.

Prezes PiS niewątpliwie ma świadomość, że przygotowywane przez niego kagańcowe, antykonstytucyjne ustawy wywołają protesty nie tylko w kraju, ale i za granicą. Planowana likwidacja niezależności Krajowej Rady Sądownictwa z pewnością odbije się szerokim echem i wystawi rząd w Warszawie na krytyki i potępienia.
Punktem krytycznym będzie jednak tzw. „repolonizacja” mediów. Gdy polski rząd zacznie odbierać gazety i stacje telewizyjne oraz radiowe niemieckim i amerykańskim koncernom, tamtejsze rządy nie będą mieć wyboru. Pod naciskiem swoich środowisk biznesu będą musiały wkroczyć do akcji przeciw dyktaturze Kaczyńskiego.
A wówczas prezes zacznie wołać „Ratunku, Niemcy mnie biją!”. Przyznacie, że to brzmi znacznie lepiej niż „Tusk mnie bije!”.

STRZAŁ W 10 !!

NO TO JEST SENSACJA !!! Przeczytajcie mema !!! Oświadczenie majątkowe Szyszki:

Waldemar Mystkowski pisze o dwóch wypadkach pisowskich polityków: Macierewicza i Szydło. I co z nich wynika.

Macierewicz i Szydło – ludzie katastrofy

Obydwa wypadki – Antoniego Macierewicza pod Toruniem i Beaty Szydło w Oświęcimiu – łączy pisowskie signum: łamanie procedur i powypadkowe szukanie winnych wśród innych. Znacie to? Tak! Do najbardziej spektakularnej katastrofy doszło pod Smoleńskiem, tam zostało zabitych (jak chce PiS „poległych”) 96 osób. W Toruniu i Oświęcimiu doszło do katastrof drogowych, a te są „bezpieczniejsze” od lotniczych. Gdyby jednak Macierewicz, bądź Szydło stracili życie („polegli”), mielibyśmy kolejne osoby w panteonie partii Kaczyńskiego. Sprawcami byliby jacyś lokalni Putin, bądź Tusk.

Czy pozabijają się Macierewicz, czy Szydło, jest drugorzędne, mogą wszak zabić niewinnych ludzi, którzy na nich nie głosowali. W tym wypadku prawdopodobieństwo (19% elektoratu głosowało na PiS)  jest jak 5:1. Brak procedur w prawie nazywa sie bezprawiem – o to jest gorsze niż katastrofa smoleńska – bo katastrofa taka dotyczy całego kraju, właśnie znajdujemy się w fazie lotu pikującego, brzozą w tym wypadku będzie Bruksela. Tak walniemy, że kilka pokoleń do przodu się nie pozbiera, bo taki jest sens katastrof – rozwala się w try miga i skutki są nieodwracalne.

Nie chcę snuć porównań ogólnych, powrócę do wypadków pod Toruniem i w Oświęcimiu. Z jaką prędkością jechał Antoni Macierewicz do Torunia, wiemy, bo sam się przyznał przez o. Tadeuszem Rydzykiem. 240 km pokonał w 1 godzinę i 40 minut. Ile to wychodzi km na godzinę? To zadanie powinien rozwiązać Mariusz Błaszczak (dlaczego on? – o tym zaraz).

Z jaką prędkością Macierewicz wracał z Torunia na raut Kaczyńskiego, na którym to został uhonorowany przez sobie podległych dziennikarzy „Człowiekiem Wolności”? Należy podejrzewać, że z taką samą prędkością, z jaką jechał do Torunia. Przestępca nieukarany zawsze popełnia ten sam czyn. Recydywa – to przyzwyczajenie, a Macierewicz jest z tego znany. Recydywą jego jest, iż nie po drodze mu z rozumem i racjonalnościa, za to po drodze mu z Misiewiczem. Do wypadku Macierewicza doszło dlatego, że jego osobisty kierowca (ten sam, który wysługiwał się twórcom stanu wojennego) pomylił drogi, był doganiany ze zwiększoną prędkością przez inny pojazd w kolumnie Macierewicza. Podobno kierowca ministra obrony w ogóle nie hamował, zadziałały systemy zbliżeniowe.

Samochody nie miały autocasco, więc ich naprawa będzie opłacana z kasy państwowej. Kierowca Macierewicza dopuścił się następnie przestępstwa, bo zbiegł wraz z Macierewiczem z miejsca wypadku, a Macierewicz w drodze na raut swego zwierzchnika mógł obmyślić, jak zabezpieczyć „niewinność” swoich podwładnych żandarmów. No, jak to zrobił? Zgadliście! Przekupstwo to najstarsza metoda na świecie. Żandarmi z grupy ochronnej dostali 1700 zł dodatku do pensji. Mobilizujące. Gdyby jeden koleś z drugim zechciał odejść i nie daj boże mówić, dodatek traci.

Macierewicz ma łeb jak sklep, a nawet supermarket. Czy taki łeb ma Błaszczak, który wypowiadał się o katastrofie w Oświęcimiu z Beatą Szydło? Błaszczak ma większy łeb, bo wielkości sporej galerii handlowej. Oto po publikacji „Rzeczpospolitej”, w której opisano wypadek oświęcimski z winą konowoju z pasażerką Szydło, Błaszczak w programie 1 Polskiego Radia („Sygnały Dnia”) był powiedzieć: „Jedynym wiarygodnym źródłem informacji jest prokuratura. Już 11 lutego zrobiłem sobie takie proste ćwiczenie, droga tego samochodu to 56 km, czas przejazdu ok 40 minut. Gdy wpisze się w mapę elektroniczną, to jest czas zgodny z takim przejazdem”. Jeszcze dzisiaj matematykę na maturze zaliczyłby na pięć.

Acz nie zgadzają się z nim dziennikarze „Rzeczpospolitej” i politycy opozycji, mianowicie twierdzą, że kolumna poruszała się z prędkością 90 km na godzinę w terenie, w którym dozwolona jest prędkjość 50 km/h. Nie doszło do użycia sygnałów dźwiekowych, do jakich są proceduralnie zobowiązane pojazdy uprzywilejowane. Ba, poseł Platformy Krzysztof Brejza zapowiedział złożenie zawiadomienia do prokuratury o niezabezpieczeniu danych pojazdów (bo tachometry zostały poddane twórczemu zniszczeniu z zapisami technicznymi), ponadto kierowcy przekroczli czas pracy – 10 godzin dla kierowców, 12 godzin dla funkcjonariuszy BOR.

Limuzyna, która została rozwalona – audi za 2,5 mln zł – jeździła zaledwie 2 miesiące i skończyła na drzewie. I tym razem nikt nie został zabity, acz może zostać zniszczone życie 20-letniego kierowcy, który stał się ofiarą systemu PiS zwalania winy na innych.

PiS to szczególna partia. Czego się nie dotkną – kończy się katastrofą. Więc przypominam, iż rządzą Polską – więc co nas czeka? Katastrofa. Na razie kibicujemy innej katastrofie, mianowicie zamierzyli się na przewodniczącego Rady Europejskiej, najwyższego urzędu w skali globalnej sprawowanego przez Polaka. Czy zabiją tę największą karierę w historii Polski? Zdolni są do wszystkiego ludzie od katastrof.

Saryusz-Wolski mówił, że sam zrezygnował z EPP. Został jednak wyrzucony. Chadecy są wściekli, nazywają go „zdrajcą”

>>>

KOREA PÓŁNOCNA, ROSJA, BIAŁORUŚ… I POLSKA. JAK ZA STALINA.

c3g-t6txgaevzgp

CZYTAJ WIĘCEJ TUTAJ:

c3it_rqwqae6vjl

Józef Hen: Nasz „naczelnik” nie napisał swojego „Mein Kampf”, ale marzy mu się podobna władza.

c3iypfwwcaesigj

Tupolewizm na kołach

Skądinąd słusznie Paweł Wroński zauważa, iż katastrofa pod Smoleńskiem ma takie same przyczyny, jak wypadek Macierewicza pod Toruniem, gdy jechał z „kosmiczną” prędkością od jednego swego władcy do drugie, od Rydzyka i Kaczyńskiego. Środowa szarża ministra obrony narodowej pokazuje, że w Polsce kwitnie tupolewizm – mieszanina nadmiernych ambicji, politycznej tromtadracji i absolutnego lekceważenia reguł bezpieczeństwa.

w-najblizszym

CZY TU TRZEBA COŚ DODAWAĆ? CAŁA PRAWDA W JEDNYM OBRAZKU.

c3i725bxuaaohry

Antoni Macierewicz zdołał w środę odwiedzić Powązki, gdzie uczestniczył w pogrzebie gen. Janusza Brochwicz-Lewińskiego „Gryfa”. Później w Toruniu w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej o. Tadeusza Rydzyka wygłosił uwagi na sesji pt. „Oblicza dumy Polaków”. Wieczorem heroicznie starał się zdążyć do Warszawy na wydarzenie dnia, tj. wręczenie Jarosławowi Kaczyńskiemu jakże zasłużonej nagrody dla Człowieka Wolności 2016 Tygodnika „wSieci”.

W drodze powrotnej w „zdarzeniu drogowym”, w którym uczestniczyła kolumna Macierewicza, zostało skasowanych osiem aut, w tym dwa rządowe bmw. Mimo to ministrowi niezłomnie udało się dotrzeć do stolicy na ceremonię. Złośliwi internauci dowodzili, że szybkość, z jaką pokonał ostatni odcinek, była porównywalna z tą, z jaką Lewis Hamilton przejechał trasę Grand Prix Monako. Kto mieszka w Warszawie i od czasu do czasu widzi przejazd charakterystycznej kolumny Macierewicza, wie, że nie jest to wynik niemożliwy do osiągnięcia.

Tym razem minister nie sugerował, że kolizja była spiskiem czy odsłoną puczu opozycji, przed którym ochroniły nas modły rządu wznoszone w Częstochowie.

Niespełna rok temu rozgorączkowana prasa prawicowa komentowała w kategoriach zamachu wypadek prezydenta Andrzeja Dudy, który wracał z nart w Karpaczu. Okazało się, że przyczyną była przeterminowana od lat opona.

W ubiegłym roku bohaterska ekipa „dobrej zmiany” usiłowała upchać w jednym rządowym samolocie Embraer uczestników wyjazdu, którzy do Londynu przylecieli dwoma samolotami. W potężnym bałaganie decyzję podjął pilot – powiedział, że przeciążoną maszyną nie poleci.

Wówczas dziennikarz „Gazety Prawnej” Zbigniew Parafianowicz użył terminu „tupolewizm”, którym określił mieszaninę nadmiernych ambicji, politycznej tromtadracji i absolutnego lekceważenia reguł bezpieczeństwa. Tego wszystkiego, co legło u podstaw katastrofy prezydenckiego Tu-154 w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r.

Prokuratura właśnie stwierdziła, że nic się nie stało, bo cywilnego samolotu nie obowiązuje reguła HEAD dotycząca przewozu VIP-ów.

Macierewicz od lat stara się dowieść, że katastrofa smoleńska to wynik zamachu, a nie zaniedbania reguł zdrowego rozsądku. Zapewne sam w to uwierzył, skoro przekonał do tego dużą część społeczeństwa. Środowe zdarzenie pokazuje, że tupolewizm w Polsce kwitnie. Dzięki czemu w najbliższym czasie możemy oczekiwać kolejnych zastępów bohaterów w niebiosach.

Rozumiem, że minister Macierewicz bardzo chce się dopisać do „apelu poległych” wygłaszanego przy każdej uroczystości wojskowej. Tylko dlaczego usiłuje uczynić bohaterami także osoby postronne?

STOP WARIATOM DROGOWYM

c3ixm6mwmaudkzn

Człowiek wSieci wolności

Monika Olejnik z kolei pokazuje szefa wszystkich szefów jako Człowieka wSieci Wolności, czyli znie-wo-lo-ne-go. Dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego bratu Polacy mogą się czuć wolni, a Polska nie musi się już kłaniać na salonach.

dzieki-2

Ach, co to była za gala. Przybyły najważniejsze osoby w państwie. Zdążył nawet minister obrony Antoni Macierewicz, który przyjechał prosto ze szkoły toruńskiej ojca Rydzyka na galę Jarosława Kaczyńskiego. Uczestniczył w karambolu, ale dał radę.

Jarosław Kaczyński został Człowiekiem Wolności Roku 2016 tygodnika „wSieci”. Martwi mnie to, że tylko roku 2016, bo jak można było usłyszeć na gali, to prezes Kaczyński wywalczył nam wolność.

Pomimo mrozu na sali temperatura była bliska wrzenia, endorfiny czuć było nawet przez szkło.

Pani premier Szydło wzruszona mówiła, że może się uczyć od prezesa Kaczyńskiego, wie, że on ma w sercu drugiego człowieka. Powiedziała też, że „dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego bratu Polacy mogą się czuć wolni”. Dodała, że to dzięki niemu Polska nie musi się już kłaniać na salonach.

Pan prezes powiedział, że wolność jest zagrożona, ale pod rządami jego partii może dojść do jej wielkiego wybuchu w dziedzinie kultury i ekonomii. Prezes nas uczy wolności, jak należy z niej korzystać. Na razie uczy posłów za pomocą straszenia karami finansowymi za brykanie w Sejmie. Uczy Unię Europejską, kto powinien zostać przewodniczącym Rady Europejskiej. Nie Donald Tusk, bo ten, nie jest pewne, ale być może będzie miał kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Pan prezes, dla którego jest tak ważny naród, wszystko, co polskie, mówi UE, że przewodniczącym powinien zostać ktoś innej narodowości.

No tak, mamy wolność, bo można się gromadzić, demonstrować, ale hasła muszą być odpowiednie, bo jak nie, to wkracza prokuratura.

Kiedy Kaczyński mówi o zmianie ordynacji wyborczej i wprowadzeniu kadencyjności, to należy się z tym zgodzić. Ale pan prezes chce to zrobić wstecz, bo przecież prezes, człowiek wolności, zna się na prawie i wie, że nie działa ono wstecz, ale akurat w tym przypadku może.

Okazuje się, że tę wolność wywalczył nam Jarosław Kaczyński, choć zapominano o tym przez tyle lat. Na szczęście teraz, gdy nadeszła „dobra zmiana”, będziemy wiedzieć, jaka jest hierarchia. Polacy będą jeszcze bardziej wolni, kiedy dowiedzą się prawdy o Smoleńsku. Oczywiście na gali o tym nie zapomniano. Ale czekamy, czekamy rok, działa komisja Antoniego Macierewicza, działa prokuratura i nic. Być może w przyszłym roku Człowiekiem Wolności Roku 2017 powinien zostać Antoni Macierewicz.

Kiedyś najważniejszą nagrodą był Człowiek Roku, nagrodę otrzymywali politycy od lewa do prawa.

Z przyjemnością obserwowałam, jak na gali niepokorni stają się pokorni – wobec prezesa. Jakie to urocze.

PODAJCIE DALEJ !!!!!!!! NICZEGO SIĘ NIE NAUCZYLI… KOŚCIÓŁ NACISKA. TERLIKOWSKI NACISKA. RYDZYK NACISKA. BĘDZIE CAŁKOWITY ZAKAZ ABORCJI…

c3htzysxuaaunlv

UPOLITYCZNIENIE SĄDÓW TO KONIEC TRÓJPODZIAŁU WŁADZY. KONIEC DEMOKRACJI. WOLNOŚCI. POCZĄTEK REŻIMU. WTEDY BĘDZIE JUŻ ZA PÓŹNO…

c3i21r4wiaqycyq

PiS rękami Ziobry bierze się za Krajową Radę Sądownictwa. Krótko pisząc: sprowadzenie prawa w Polsce do bezprawia. Pisze o tym Ewa Siedlecka. PiS chce, by o nominacjach sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa decydowali politycy. Chce przerwać kadencję obecnej Rady. KRS dostała od Ministerstwa Sprawiedliwości cztery dni robocze na zaopiniowanie takiego projektu.

do-tej

Projekt ustawy niespodziewanie pojawił się na stronie Rządowego Centrum Legislacji w środę. Na poniedziałek zwołano nadzwyczajne posiedzenie Krajowej Rady Sądownictwa. W tym samym czasie do Warszawy zjadą sędziowie delegaci zgromadzeń sędziów okręgowych i apelacyjnych. Będą oceniać zmiany zapowiadane w wymiarze sprawiedliwości przez rząd PiS.

Nowa wersja ustawy o KRS idzie dalej niż poprzednia, która już podczas wrześniowego Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów została przez międzynarodową organizację sędziów i prokuratorów MEDEL uznana za sprzeczną z europejskimi standardami niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Według konstytucji to właśnie KRS „stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów”.

Konstytucja stanowi, że Krajowa Rada Sądownictwa składa się z 15 sędziów, z prezesów Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego, z ministra sprawiedliwości, przedstawiciela prezydenta, czterech posłów i dwóch senatorów.

Dzisiaj 15 sędziów wybierają do Rady zgromadzenia sędziów. Projekt PiS stanowi, iż całą Krajową Radę Sądownictwa – z wyjątkiem ministra sprawiedliwości, przedstawiciela prezydenta oraz prezesów SN i NSA – wybierać mają posłowie. Wybór będzie trzystopniowy: grupa co najmniej 50 posłów, Prezydium Sejmu i stowarzyszenia sędziowskie przedstawiają marszałkowi Sejmu swoich kandydatów, w dowolnej liczbie. Tych kandydatów zaopiniuje sejmowa komisja sprawiedliwości. Potem marszałek Sejmu wybierze spośród kandydatów tych, których zarekomenduje posłom. I spośród tych „odcedzonych” przez marszałka wybiorą posłowie.

KRS z mocy konstytucji jest zdominowana przez sędziów. PiS wymyślił, jak nie naruszając tego zapisu ustawy zasadniczej, zdominować Radę przez polityków. KRS ma się składać z dwóch „zgromadzeń”. Pierwsze to politycy i prezesi SN i NSA. Drugie – 15 sędziów. Każde „zgromadzenie” głosuje oddzielnie. KRS może pozytywnie zaopiniować kandydata na stanowisko sędziowskie tylko wtedy, gdy każde „zgromadzenie” zaopiniuje go pozytywnie. A więc politycy, którzy mają większość w pierwszym „zgromadzeniu”, mogą zablokować każdą kandydaturę.

Jeśli na wolne stanowisko sędziowskie zgłosi się więcej niż jeden kandydat, prezydentowi przedstawia się co najmniej dwóch do wyboru. To rozwiązanie było też w poprzedniej wersji projektu. I podczas wrześniowego Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów stowarzyszenie MEDEL uznało je za naruszające zakaz ingerencji władzy wykonawczej w sądowniczą.

Projekt Ministerstwa Sprawiedliwości zakłada przerwanie kadencji obecnej Krajowej Rady Sądownictwa. Mandat dotychczasowych jej członków wygasa po 90 dniach od wejścia w życie ustawy. W tym czasie Sejm wybierze ich następców.

W ten sposób PiS stosuje się do wyroków TK. Orzekł on, że naruszeniem konstytucji jest sytuacja, w której choćby na krótki czas znika organ zapisany w ustawie zasadniczej. Dlatego projekt PiS ma mieć dwutygodniową vacatio legis.

– Sam pomysł, by to posłowie wybierali sędziów do KRS, jest sprzeczny z konstytucją – z zasadami trójpodziału władz i niezależności sądownictwa. Kiedy politycy wybiorą cały skład Rady, będzie to powtórka z wyborów do TK w wykonaniu PiS. I koniec niezależności Krajowej Rady Sądownictwa – mówi „Wyborczej” rzecznik KRS, sędzia Waldemar Żurek.

JAKIE CZASY, TAKI ŻART 🙂

c3gn9cmweaatv5r

KOLEJNA ŚCIEMA „DOBREJ ZMIANY”.

c3i0ohzxaaeem3u

Waldemar Mystkowski zajmuje się ministrem Szyszką, który jest ministrem na opak.

co-pali

Minister środowiska nawet jak na standardy PiS jest osobą specyficzną, odbiegającą od normy, które powinny dotyczyć wszystkich. Minister Jan Szyszko powinien chronić i dbać o środowiska, przedstawiać projekty, które idą przeciw zagrożeniom naszemu fizycznemu bytowi na ziemi.

A Szyszko mówi „nie”. Taki z niego Reytan, który widząc zagrożenie ze strony rozumu, kładzie autorytet urzędu w poprzek. Musi mieć to związek z „pochodzeniem” ministra, jest on z „teczki” o. Tadeusza Rydzyka, który miał swój wkład w sukces wyborczy PiS, więc go konsumuje poprzez Szyszkę.

Wydawałoby się, że trzeba chronić przyrodę, zwłaszcza parki narodowe, które nie tylko władze miejscowe otaczają szczególną ochroną, ale jak w przypadku Puszczy Białowieskiej znajdują się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Szyszko jednak tak drążył temat, żeby pogrążyć Puszczę Białowieską, iż wydrążył kornika, który jakoby zagraża puszczy. Minister wpadł na genialny pomysł, że trzeba drzewa wycinać, czyli w istocie pomóc kornikowi. Na nic oburzenie organizacji ekologicznych, Szyszko zrobił Reytana, położył w poprzek autorytet.

grozi-nam

Ktoś może zwrócić mi uwagę, że Szyszko zniszczył autorytet urzędu i ministerstwo środowiska nie ma autorytetu. Zgadza się, ale wierzę, że Szyszko wszystkiego nie zniszczy i po nim autorytet ochrony środowiska będzie odbudowywany. Wierzę w przyszłość autorytetu, a Szyszkę jako osobę spisuję dzisiaj na straty, nie czekam na jego przyszłość.

Tymczasem minister zrobił kolejnego Reytana, gdy zauważył na horyzoncie zagrożenie, z którym – rozum podpowiada – iż trzeba walczyć. Smog przez jakiś czas był na tapecie, bo zagroził naszemu zdrowiu i życiu we wszystkich większych miastach. Zagrożenie nie było jakieś minimalne, bowiem smog stokroć, a nawet tysiąckroć przekraczał dopuszczalne normy.

Minister środowiska przez dłuższy czas milczał, milczał. Drążył temat. Po tym wydrążeniu wyjrzał i oznajmił, że „smogu byłoby mniej, gdyby Polacy palili polskim węglem”. Niczego nie wymyślam, cytuję in extenso.

Szyszko to super Reytan, w skrócie Superman przeciw rozumowi, logice i czemu tam. Bo z tego zdania wynika (klasyka logiki), iż gdyby Polacy palili i palili więcej polskiego węgla, ponad potrzeby palenia węgla, to tym wysiłkiem palenia (głupa) doszliby, iż smog zostałby zlikwidowany.

Pomijam takie kwestie, iż węgiel nie ma barw narodowych, a przeciwnie ma czarne barwy i z jakiejkolwiek ziemi by pochodził, jest równie groźny dla naszego zdrowia, życia, jest zagrożeniem. To gatunek paliwa generuje zagrożenie, a węgiel należy do najgorszego gatunku. Patriotyczny węgiel (polski) jest tak samo groźny dla zdrowia Polaków, jak i pochodzący z Ukrainy, a nawet z Grenlandii (choć nie wiem, czy tam jest wydobywany).

Osoba Szyszki jest zagrożeniem nie tylko dla środowiska, ale dla pojęcia człowieka szlachetnego, żyjącego w prawdzie w stosunku do dostępnej wiedzy. Szyszko jest takim smogiem dla środowiska ludzkiego, bo jakiegokolwiek tematu dotyczącego środowiska by się nie podjął, zawsze pali głupa.

KTO JESZCZE DOŁĄCZY DO NASZEGO APELU O UJAWNIENIE EFEKTÓW ZBIÓRKI PUBLICZNEJ MON? Zgodnie z prawem. Czas już skończyć „dojną zmianę”.

c3hygowwgaiufmb

TO NIEPOJĘTE, CO KACZYŃSKI ZROBIŁ Z POLAKAMI…

c3gmq6dxcaa0_sp

>>>

CZY KOGOŚ WIELKOŚCI PINGWINA MOŻNA NAZWAĆ KURDUPLEM?

c2k0uguxgaehgeu

MAMY NADZIEJĘ, ŻE SPRAWDZIŁ PRZED WYJŚCIEM PRZEZ JUDASZA, ŻE JUŻ NIKT NIE RZUCA

c2kmfbzxcaatx8x

KLIKAJCIE. NALEŻY SIĘ. KSIĄDZ DOSTAŁ PIANY.

c2ksld4xgaic68f

„Macierewicz psuje armię, i mówię to z całą odpowiedzialnością. Brak wiarygodności i fatalna polityka personalna” – tak wojsko pod rządami obecnego szefa MON opisuje w „Tygodniku Powszechnym” Tomasz Siemoniak. Wg b. ministra obrony, Macierewicz odcina od armii prezydenta, a samym resortem „dowodzi” jego 26-letni zastępca.

prezydent

Tomasz Siemoniak nie pozostawia dosłownie suchej nitki na kierownictwie MON i sposobie, w jaki resort prowadzi politykę personalną wobec oficerów. To, że z armii, w krótkim czasie, odchodzą najważniejsi dowódcy ma – zdaniem Siemoniaka – kluczowe znaczenie. Jak twierdzi, to dowód na „niezdolność do współpracy z Macierewiczem”.

Były minister obrony mówi w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym”, że w praktyce ministerstwem obrony kieruje 26-letni rzecznik resortu. I to on wzywa do siebie generałów i z nimi rozmawia.

Misiewicz wzywa generałów na rozmowę

„W praktyce wygląda to tak, że resortem na co dzień zarządza właśnie Misiewicz. Minister zajęty jest wielka polityką, przemówieniami, mediami. Natomiast jego rzecznik zajmuje się m.in. kadrami”.

Siemoniak mówi, że na takie wezwania personalne generał musi się stawić. „Musi przyjść. Niektórzy nie zgadzali się na to i zapłacili stanowiskiem.”

c2j0afwxaaqb0i9

Wojsko to hierarchia. Takie zachowanie poniża generałów

Na pytanie czy to poniża dowódców, Siemoniak przypomina, że wojsko to struktura hierarchiczna. „26-letni urzędnik, który wydaje polecenia, domaga się, by otwierać przed nim drzwi, który jeździ po mieście rządową limuzyną na sygnale, który żąda by do niego mówić: czołem, panie ministrze… . Nie żartuję. Dowódcy odchodzą. Odejście generałów: Mirosława Różańskiego i Mieczysława Gocuła to koniec pewnej epoki. Oni mieli autorytet, gwarantowali normalność i byli parasolem chroniącym żołnierzy przez ‘Misiewiczami’” – mówi Siemoniak.

To dobra decyzja Andrzeja Dudy

Polityk liczy, że „szaleństwa Macierewicza” będzie korygował prezydent, który choć werbalnie popiera szefa MON, to tam gdzie może działa rozsądnie. Jako przykład takich działań Siemoniak wymienia mianowanie generała brygady Sławomira Wojciechowskiego na stanowisko dowódcy operacyjnego rodzajów sił zbrojnych oraz przedłużenie kadencji szefowi Sztabu Generalnego generałowi Gocułowi [gen. Gocuł i tak postanowił z końcem stycznia odejść z armii]. Niestety, jak mówi Siemoniak, minister obrony odcina prezydenta Dudę od wpływu na kształt armii.

„Panowie, proszę mówić szczerze”. Po tygodniu już nie pracował

„Powiem na przykładzie szeroko opowiadanym w wojsku. Kilka tygodni temu prezydent i minister odwiedzili dowództwo generalne. Za stołem generałowie, inspektorzy sił zbrojnych. Prezydent: ‘Panowie, proszę mówić szczerze, jaka jest sytuacja’. Odzywa się jeden z najważniejszych inspektorów. Macierewicz jest niezadowolony. Prostuje koryguje. No, ale prezydent chciał, żeby było szczerze. Mija tydzień i co? Minister zwalnia tego inspektora, świetnego generała. Prośbę prezydenta o szczerość słyszało kilkunastu najważniejszych dowódców będących w sali. I co oni pomyśleli? Zwierzchnik sił zbrojnych każe mówić szczerze, a minister za to wyrzuca, co to jest? Kto w wojsku będzie szanował prezydenta po czymś takim?” – mówi otwarcie Tomasz Siemoniak.

Były minister podkreśla, że dowódca w wojsku musi mieć charakter i swoje zdanie.

Armię zrujnują lizusy i potakiwacze Macierewicza. (…) Minister musi znać prawdę, to są zbyt poważne sprawy, żeby je oddawać picerom i miernotom” – dodaje Siemoniak.

Przez pierwszy rok rządów PiS z armii odeszło albo zostało do tego zmuszonych ponad 260 pułkowników i 26 generałów.

c2nkzjuxgaqyo_w

KUŹNIAR JAK ZWYKLE, W 10.

c2j85jrweaaa1kk

SZCZYT BEZCZELNOŚCI. ŁODZIANIE NIE SĄ NAIWNI I DOSKONALE WIEDZĄ, ŻE PiS DLA NICH NIE ZROBIŁ NIC.

c2mehq9wiaayq9n

KURSKI NAZWANY PO IMIENIU. KŁAMCA I OLEWUS.

policja

Policjanci pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Warszawie prowadzą śledztwo w sprawie wydarzeń, które w nocy z 16 na 17 grudnia miały miejsce przed Sejmem, m.in. blokowano wyjazd posłów i przedstawicieli rządu. Stołeczna policja publikuje wizerunki osób, które mogą mieć związek ze zdarzeniami; wczoraj – kolejnych 21 osób. Rzecznik Komendy Stołecznej Policji Mariusz Mrozek twierdzi, że robi tak na polecenie prokuratury i nie chce komentować całej sprawy. Problem w tym, że prokuratorzy – w tym prokurator okręgowy Paweł Wilkoszewski – też nie chcą rozmawiać na ten temat i zasłaniają się tajemnicą śledztwa. – „Z uwagi na dobro śledztwa nie mogę ujawnić szczegółów tej sprawy” – ucina pytania prasy rzecznik  Prokuratury Okręgowej w Warszawie Michał Dziekański.

c2kochnwiaewu7m

Jednym słowem nie wiadomo, dlaczego stołeczna policja i Prokuratura Okręgowa w Warszawie poszukuje demonstrantów, których wizerunki zdecydowała się upublicznić. Wiadomo natomiast, że warszawska prokuratura postawiła zarzut jednej osobie. Jakub K. sam jednak zgłosił się na policję, a został oskarżony o znieważenie operatora telewizji. Z kolei szef MSWiA poinformował dzisiaj, że policja zidentyfikowała już 80 osób protestujących wówczas przed Sejmem. – „Wszyscy ci, którzy łamią prawo, odpowiedzą, ale to oczywiście jest dziedzina wymiaru sprawiedliwości – ja nie przesądzam, jaki będzie wyrok” – powiedział Mariusz Błaszczak. Słowa te trudno jednak nazwać neutralnymi.

Tymczasem pojawiają się uzasadnione pytania, czy postępowanie policji i prokuratury jest legalne. Dlaczego? – „Myślę, że jest to nadużycie, tym bardziej że prawo do demonstracji jest prawem obywatelskim i należy się zastanowić, czy nie mamy tutaj do czynienia z próbą odstraszenia od demonstrowania. Odnoszę wrażenie, że ludzie będą się teraz bali chodzić na manifestacje” – mówi prof. Andrzej Zoll. – „Nie kojarzę wcześniej takich sytuacji. Przynajmniej nie w wolnej Polsce” – dodaje.

Podobne wątpliwości mają w tej sprawie przedstawiciele Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – „Publikowanie wizerunku tych osób może zostać uznane za środek nieproporcjonalny. Tego rodzaju działania ze strony prokuratury mogą mieć daleko idące konsekwencje dla tych osób poszukiwanych, ponieważ w sferze społecznej czyni to z nich osoby podejrzane. Sam ten fakt może wpływać na ich życie w przyszłości, nawet jeśli nie zostaną im postawione zarzuty” – alarmuje Marcin Wolny z HFPC i dodaje, że można to nawet określić mianem stygmatyzowania. A przecież ich zachowanie cech przestępstwa nie ma! – „W relacjach medialnych nie zaobserwowałem takich działań, które mogłyby wypełniać znamiona czynów opisanych w kodeksie karnym. Ci ludzie korzystali z konstytucyjnej wolności zgromadzeń” – podkreśla. Według HFPC, jeśli te osoby nie zostaną skazane, to będą mogły się ubiegać o odszkodowanie – albo w toku procesu cywilnego, albo przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, który może orzec, że doszło tu do naruszania prawa do prywatności.

Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich przyznaje, że nie pierwszy raz ma do czynienia z podobną sprawą. Od kilku lat trwa spór między RPO a MSWiA o interpretację art. 20 ust. 2a Ustawy o policji. Dotyczy on właśnie m.in. upubliczniania wizerunku osób, bez ich wiedzy i zgody. – „MSW twierdzi, że na podstawie tego artykułu może publikować wizerunki osób poszukiwanych w takich sprawach, a w naszej opinii nie ma ku temu podstaw.  Według kodeksu postępowania karnego, publikacja wizerunku np. w liście gończym dotyczy osoby podejrzanej, czyli znanej z imienia i nazwiska, natomiast nie dotyczy osób o nieustalonej tożsamości. Wizerunku takich ludzi broni prawo autorskie” – argumentuje Mirosław Wróblewski z biura RPO. Ze względu na milczenie prokuratury i policji, trudno wywnioskować, o co podejrzane są osoby, których wizerunki zostały upublicznione, ale zdaniem RPO, trudno dopatrywać się tu naruszenia przepisów o zgromadzeniach publicznych. – „Według Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, nawet blokowanie instytucji publicznych, które wiąże się z dużymi utrudnieniami, powinno być tolerowane i mieści się w zakresie wolności zgromadzeń” – podkreśla Wróblewski. Podobnego zdania jest Marcin Wolny. – „Przypomnę tylko, że pięć lat temu, kiedy „Solidarność” demonstrowała pod Sejmem i użyła bardzo podobnej formy protestu, postępowanie karne w tej sprawie również zostało wszczęte, ale zostało umorzone ze względu na brak znamion czynu zabronionego” – zaznacza.

c2itf6mxgaeb3fz

PANI ANDERS I BŁASZCZAK ZAPEWNE WŚCIEKLI, BO STARSI LUDZIE SĄ NA WOLNOŚCI. INTERNAUCI ZA TO Z SZACUNKIEM DLA SĄDU. DZIĘKUJEMY.

anka-badowska

KOLEJNA RZECZ ZROBIONA NIEZGODNIE Z PRAWEM… I ONI SIĘ NAZYWAJĄ „prawo i sprawiedliwość” ???

c2kl2goxcaa1rii

Waldemar Mystkowski pisze o liście gończm za protestującymi pod Sejmem.

zywi

Warszawska Policja na swojej stronie internetowej zamieściła zdjęcia 21 poszukiwanych osób, które protestowały pod Sejmem w nocy z 16 na 17 grudnia 2016 roku. Osoby te „mogą mieć związek z tymi zdarzeniami”. Dlaczego akurat te osoby, a nie inne, bo przecież było ich więcej?

Ano, znaczy to, że obecnie rządzący inwigilują i chcą uderzyć wybiórczo w przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego. Zastraszyć. Ale takie zastraszenie jest z punktu widzenia prawa nieprawne, bo poszukiwać można osoby znane z imienia i nazwiska. Ściga się „wielce” podejrzanego o przestępstwo, a nie „mogących mieć…”

Ściganie bez nazwiska ma jeden punkt, który organa mogą wykorzystać, mianowicie „wymaga tego ważny interes społeczny”. Taka osoba podejrzana jest o dokonanie szczególnie poważnego przestępstwa, np. terroryzmu.

Jarosław Kaczyński, czy też jego pomagier Mariusz Błaszczak mogą sobie snuć teorie puczystowskie, ale to tylko polityka. Polityka parciana jak ich intelekty, które poznaliśmy na wskroś, bo ich używają, gdy wypowiadają się publicznie.

Można tylko się cieszyć, że po takich publikacjach wizerunków w Polsce nie mamy instytucji łowców poszukiwanych, jak w „Django”, ani pod podobiznami nie pojawiła się „alternatywa”: „żywy lub martwy”.

Acz to policja dopuściła się przestępstwa – piszę świadomie „przestępstwa”, a nie przekroczenia uprawnień – bo twarz to jest coś najcenniejszego, co mamy. To jest nasza godność i honor. Niczego cenniejszego nie mamy, zwłaszcza gdy nie wypowiadamy bredni o puczu.

c2kfhn1xgamwilz

Przy okazji publikacji wizerunków mamy kolejny przykład do jakiego rozkładu państwa prawa dopuścili politycy PiS, w tym wypadku konkretnymi „podejrzanymi” są ministrowie Błaszczak i Ziobro. Albowiem policja twierdzi, że publikuje twarze poszukiwanych na zlecenie prokuratury, a prokuratura się wypiera, takiego polecenia nie wydawała.

Politycy opozycji oznajmili, iż też byli wraz z protestującymi pod Sejmem i publikują swoje wizerunki, też nie podpisane nazwiskami, za to z krojem czcionki typowej dla listów gończych na Dzikim Zachodzie i z nagłówkiem „Wanted”. Znowu nie ma „żywy lub martwy”.

Społeczeństwo obywatelskie mamy więc żywe, a demokrację coraz bardziej martwą. Do tej martwicy przystosowują się nawet kabarety, starają się, aby system kaczyzmu był strawny. Kabaret Moralnego Niepokoju już trzeci odcinek „Ucha Prezesa” oswaja Polaków z prezesem Kaczyńskim, który tyłka zza biurka nie podnosi, tak do niego przyrósł (czyt. „Bajka ruska” Zbigniewa Herberta).

Kaczyński ma frajdę, bo może sprostować, że koty nie piją mleka, a Błaszczak przepada za landrynkami, a nie krówkami. Kabaret rozbraja napiętą sytuacją w kraju, dlatego prezes i jego akolici przyklaskują mu i wnoszą powyżej zacytowane uwagi.

Reżimy zabija się śmiechem i satyrą, z całym szacunkiem dla Roberta Górskiego i jego kumpli, geniusz ich nawet nie drasnął taką jakością satyry jak Bertolda Brechta w „Karierze Artura Ui”, czy Alfreda Jarry „Króla Ubu”. Wielokroć bardziej obnaża system kaczystowski „grówno” Ubu, niż wszystkie uszy prezesa, których zresztą ma dwoje, co widać na każdym obrazku, nawet jeżeli nad Kaczyńskim nie na nadpisu „Wanted”.

BRAK SŁÓW…

c2jn86rwgaqzp

Gen. Dyr Ochr. Środ. zgodził się na zabicie 20 żubrów. Myśliwi zabierają trofea a ciała trafiają do restauracji.

c2jagjbxuae0le2

MÓWIĄ, ŻE JAK BĘDZIE SPORO KLIKNIĘĆ, TO TATAR W GARDLE STAJE…

c2jq5zbwgaefbmi

>>>