Posts Tagged ‘katastrofa smoleńska’

NAWET KOŚCIÓŁ TWIERDZI, ŻE MIESIĘCZNICE TO NIE RELIGIA. CZY PiS UPADŁO NA GŁOWĘ OSKARŻAJĄC KONTRMANIFESTANTÓW???

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Łebski Macierewicz i Mojżesz Kaczyński

Antoni Macierewicz ma łeb jak sklep? To porównanie mnie nie zadowala, bo ma łeb jak galeria handlowa. Tak! Macierewicz nie ma deficytu głowy (jak to ładnie ujął Ludwik Dorn w stosunku do Mariusza Błaszczaka), ma bez mała łeb konia (jeszcze jedna łebska metafora).

Dlaczego? Szybko śpieszę wyjaśnić. Powtórne wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej na kopyto PiS leży w gruzach, lecz minister obrony się nie daje. O, nie! Trwa przy swoich bredniach. Właśnie Macierewicz przeczytał wywiad z przewodniczącym Komisji Technicznej MAK Aleksiejem Morozowem na kremlowskim portalu Sputnik, opublikowanym w języku polskim, a powtórzonym przez agencję prasową RIA Nowosti. I Macierewicz doczytał, że – ogłosił to w swoim wideo felietonie w TV Trwam – „dobrze, że [Morozow – przyp. mój] przyznał się, iż doszło do rozpadu samolotu już przed uderzeniem w ziemię. Dobrze, że [Morozow] potwierdził analizy komisji smoleńskiej prowadzonej przez pana prof. Nowaczyka”.

Z wywiadu z Rosjaninem wynika, iż chodzi o rozpad po uderzeniu w brzozę, a jeszcze przed pierdyknięciem w ziemię, a oprócz tego Nowaczyk nie jest profesorem, tylko doktorem i szefem podkomisji, a nie komisji, bo ta byłaby w świetle prawa bezprawna.

Macierewicz na podstawie swego rozumienia wywiadu w kremlowskim Sputniku, w którym jakoby Morozow zgadza się z ustaleniami podkomisji (profesora) Nowaczyka (wcześniej Berczyńskiego), złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez komisję Millera (powołaną przez Donalda Tuska). I tutaj ma zastosowanie łeb jak sklep, bowiem w ten sposób prokuratura przejmuje badanie przyczyn katastrofy smoleńskiej, gdyż musi ustalić, na czym polegają „wątpliwości co do rzetelności i prawdziwości” raportu Millera w zestawieniu do ustaleń podkomisji ekspertów Macierewicza i do rosyjskiego raportu MAK.

Prokuratura więc ma do zbadania dwa, a nawet trzy razy więcej materiału faktograficznego, a oprócz tego musi wydać jakieś postanowienie oskarżycielskie. Od katastrofy smoleńskiej minęło 7 lat, zapowiada się na kolejnych kilka i więcej lat.

Jarosław Kaczyński przez ten czas będzie zbliżał się do prawdy na Krakowskim Przedmieściu. Kiedyś po takich słowach mojżeszowych prezesa PiS napisałem, że czeka go 40 lat wędrówki po piaskach pustyni, zanim dotrze do prawdy, tj. ziemi obiecanej Kanaan. I się nie pomyliłem.

Cieszy się też członek komisji Millera Maciej Lasek, na Twitterze ogłosił: – „Bum! Stało się! Minister Macierewicz zarzuca Komisji Millera, że NIE PRZEPISAŁA raportu z raportu komisji MAK”. Taka jest logiczna przesłanka zawiadomienia do prokuratury, bo w zawiadomieniu Macierewicza czytamy: „wnioski wyrażone w raporcie końcowym [Millera] w znaczący sposób odbiegają od ustaleń MAK”.

A wracając do naszego Mojżesza na Krakowskim Przedmieściu, łatwo obliczyć, Kaczyński jak biblijna postać Mojżesza dojdzie do prawdy mając 120 lat. Ile prezes PiS będzie łaził po pustyni Krakowskiego Przedmieścia, tyle lat napotka kontrmiesięcznice. Nie łudźmy się, że taki łebski minister jak Macierewicz zostanie zdymisjonowany. Co się jednak stanie, gdy zmieni się rząd, gdy wybory wygra Platforma Obywatelska albo Nowoczesna?

LE TYSIĘCY KOSZTOWAŁA TA MIESIĘCZNICA? 300, 400, 500? A MOŻE JUŻ OKRĄGŁY MILION??? Z NASZYCH PODATKÓW…

Siedlecka i Frasyniuk a los Kaczyńskiego

Publicystka prawna „Polityki” i „Wyborczej” Ewa Siedlecka została wczoraj – podczas zorganizowanej przez Obywateli RP blokady miesięcznicy smoleńskiej – wyniesiona przez policjantów wcześniej niż Władysław Frasyniuk. Była drugą osobą, która przeniesiono z miejsca protestu na miejsce kontrolowane przez policję. Po chwili „dołączył”  do niej i innych przeniesionych legendarny lider „Solidarności”, też przeniesiony Frasyniuk.

Siedlecka opisała, jak przebiegał protest, także opowiedziała o tym portalowi OKO.press tuż po 2-godzinnym „zwolnieniu” jej przez policję. Policji na Krakowskim Przedmieściu było mrowie (zjazd policjantów z całego kraju), można tę ilość porównać do mrowia milicjantów w Grudniu 1970, gdy pacyfikowane były protesty robotników na Wybrzeżu. Nawiasem: przestępcy w tym czasie w całym kraju mają używanie.

Siedlecka opowiada, że nie dopuszczono do nich adwokatów, a to kolejne bezprawne działanie policji. Świadomie używam pojęcia „przeniesieni”, bo to faktycznie był areszt. Siedlecka i Frasyniuk byli izolowani od innych protestujących, byli otoczeni kordonem policji i adwokaci nie mieli do nich dostepu.
Jest to kwalifikacja aresztu. Zarówno Siedlecką, jak i innych postraszono 500 złotowym mandatem, odmówili przyjęcia, więc zostanie uruchomiona procedura sądowa. Frasyniukowi nawet grozi do 3 lat więzienia, bo PiS (przecież nie policja) dopatrzyło się naruszenia „nietykalności policjanta”.

To są strachy na Lachy, bo każdy ma prawo się bronić – szczególnie przed policjantem – gdy ten postępuje brutalnie, albo ofiara może obawiać się użycia paralizatora przez policjanta. Siedlecka zapowiada, iż weźmie udział w takim samym proteście za miesiąc.

Wchodzimy w kolejny etap państwa zarządzanego przez PiS. Magdalena Środa uważa, że pomału przechodzimy z ustroju dyktatorskiego w totalitarny. Nie jest to żadna przesada. Ale ta przemiana ustrojowa świadczy, iż zmierzamy do jakiegoś rozstrzygnięcia. Polska to jednak nie jest Rosja Putina, ani Turcja Erdogana, a to pokazuje kierunek, a w zasadzie los, jaki czeka Kaczyńskiego.

SŁOWA SZCZERSKIEGO BOLĄ PRAWICĘ BARDZO

Kleofas Wieniawa pisze o Błaszczaku.

Mariusz „Deficyt” Błaszczak (Ludwik Dorn dał ksywkę ministrowi twierdząc, iż onże jest chodzącym deficytem inteligencji) w czasie miesięcznicy kroczył w procesji po Krakowskim Przedmieściu.

Jaka zatem to religia i czy jest zarejestrowana?

Religie mają swoje kościoły, meczety, badź bożnice. Gdzie ta religia zatem ma swoje ośrodki kultu? Jeżeli dowiemy się gdzie, będziemy wiedzieć, gdzie mają się odbywać rytuały, bo ulica do nich nie należy, jest przestrzenią zdesakralizowaną.

„Deficyt” w TVP Info był podzielić się zajęciem – nie tylko chodzeniem deficytowym – co też robił na Krakowskim Przedmieściu. „Szliśmy, odmawiając różaniec”.

Mam rozumieć, iż to rytuał zapośrednioczony z katolicyzmu, ale nie z chrześcijaństwa. W pobliżu wszak znajduja się kościoły, trzeba było wpaść do nich – wcześniej wynajmując przestrzeń – i „odmawiać różaniec”.

Może nawet fajniejsze jest, co „Deficyt” Błaszczak zobaczył i usłyszał.

Dojrzał Władysława Frasyniuka. Czyżby otarł się o niego? Tak! Bo przeczytał u Frasyniuka „wpięte w klapę, pisane chyba cyrylicą, po rosyjsku, wulgarne słowa dotyczące PiS”.

Nie wyjawił jakie to wulgarne słowa pisane cyrylicą przeczytał, ale tym samym pochwalił się, iż jest poliglotą.

Błaszczak też usłyszał (czyli poza sezonem „Ucha prezesa”, które dopiero na jesieni będzie kontynuowane) na własne uszy,  że „Frasyniuk groził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wyraźnie słyszałem”.

Też chcielibyśmy poznać owe groźby.

Dochodzę jednak do wniosku, iż Błaszczaka nie tylko znamionuje ów Dornowy „deficyt”, ale zwidy i słuchy właściwe chorobie o wiele poważniejszej niż braki w ilorazie inteligencji.

A tę chorobę nie leczy się w żadnym kościele, meczecie, bożnicy, ale w zakładach o rygorze, o które dbają pielęgniarze, a różaniec i sznurowadła są przechowywane w magazynie do czasu polepszenia się.

TEN WPIS MAĆKA STUHRA W 3 GODZINY NA FB ZDOBYŁ 50 TYSIĘCY REAKCJI. MISTRZ, PO PROSTU MISTRZ.

>>>

Reklamy

OD NAS, DLA WAS.

„Boją się Tuska, więc zabierają się za Kopacz. To polityczny damski boks”

„Nie ma dowodów na zamach, to wymyśli się dowody na łamanie procedur i okłamywanie opinii publicznej” – tak Adam Szostkiewicz komentuje wezwanie Ewy Kopacz do prokuratury. Wg publicysty „Polityki”, PiS kieruje się chęcią zemsty i nienawiścią.

Była premier była przesłuchiwana w charakterze świadka w sprawie nieprzeprowadzenia w Polsce sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej. „Będę miała odwagę bić się o to, by nie upolityczniać jakiegokolwiek zdarzenia tak tragicznego jak katastrofa smoleńska” – mówiła Ewa Kopacz po wyjściu z prokuratury.

„Boją się Tuska, więc zabierają się za byłą premier. Na razie w charakterze świadka, ale kwalifikację można przecież zmienić. Tak samo Tuskowi. Tylko że Tuska chroni prestiż stanowiska, które zajmuje. Zresztą i bez niego poradziłby sobie z wykonawcami politycznego zlecenia. Takie zagrania to polityczny damski boks” – komentuje na blogu Adam Szostkiewicz.

Zemsta i nienawiść

Zdaniem publicysty tygodnika „Polityka”, wzywanie prominentnych polityków PO na przesłuchania to element politycznej taktyki PiS. „Nie ma dowodów na zamach, to wymyśli się dowody na łamanie procedur i okłamywanie opinii publicznej” – ocenia.

Szostkiewicz zwraca uwagę, że poza „motywem zemsty” osoby uczestniczące w nagonce na polityków PO kierują się nienawiścią. Widać to, zdaniem publicysty, choćby w wypowiedziach drugiej żony Przemysława Gosiewskiego – Beaty.

Europosłanka PiS w rozmowie z „Rzeczpospolitą” mówiła: „Patrząc na Tuska i polityków PO ówcześnie rządzących, widzę twarze morderców mojego męża i elity polskiej, która zginęła pod Smoleńskiem’”.

„Gosiewska wyrok już wydała, a może zdradza zarazem przyszły plan polityczny rozprawienia się z PO przy pomocy smoleńskich szczątków” – zastanawia się Adam Szostkiewicz.

W tym kontekście warto przypomnieć wywiad z 2010 roku jaki przeprowadziła Janina Paradowska, nieżyjąca dzienikarka „Polityki”.

Ksiądz Henryk Błaszczyk, duszpasterz służb ratownictwa medycznego, towarzyszący w Moskwie bliskim ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, o tym, jak przebiegała identyfikacja ciał i o dzisiejszych wątpliwościach rodzin zmarłych.

Rozmowa została opublikowana w listopadzie 2010 r.

Janina Paradowska: – Jak to się stało, że po 10 kwietnia ksiądz znalazł się w Moskwie?

Ks. Henryk Błaszczyk: – Pojechałem na osobistą prośbę minister Ewy Kopacz, która tuż po katastrofie smoleńskiej kompletowała ekipę patologów sądowych, lekarzy, ratowników medycznych, psychologów, ludzi znających się na logistyce tego typu operacji, którzy mogli ją wesprzeć w tych pierwszych, najtrudniejszych dniach.

Rodziny wiedziały, że w samolocie jest ksiądz?

Tak, ten lot rozpoczęliśmy zresztą modlitwą. Kiedy padały słowa – i niech się stanie wola Twoja jako w Niebie tak i na Ziemi – to przyznaję, w obecności tych właśnie rodzin, sam przeżyłem głębokie wzruszenie. W tej modlitwie każdy uczestniczył na swój sposób, bo przecież nie wszyscy podzielali moje wyznanie wiary. Miałem jednak wrażenie, iż sama świadomość, że w samolocie obecni są kapłani, bo był również ksiądz pułkownik Marek, kapelan wojskowy, że są psycholodzy, że jest do kogo się odwołać, sprawiła, że już na pokładzie zaczęły się pierwsze rozmowy.

Kim byli psychologowie?

Oni wywodzili się głównie ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Przede wszystkim z tej uczelni wywodzą się psychologowie przygotowani do wczesnej interwencji kryzysowej. Byli też psychologowie z innych ośrodków oraz ekipa Lotniczego Pogotowia Ratunkowego wraz z lekarzami.

Powiedział ksiądz, że już na pokładzie samolotu zaczęły się rozmowy. Z czym zwracano się do księdza, z jakimi pytaniami?

Dlaczego Bóg mi to uczynił? Dlaczego on, dlaczego tak strasznie? Jak się ksiądz czuje z tym, że wydarzyła się taka tragedia?

A co ksiądz może wtedy odpowiedzieć?

Ja mogę uczciwie powiedzieć, że Bóg też ponosi za to odpowiedzialność. On nie jest tylko od rzeczy dobrych i przyjemnych, jest obecny we wszystkim, w życiu i śmierci. Wierzę też, że w zmartwychwstaniu i życiu wiecznym.

Przylecieliście do Moskwy i co było dalej?

W hotelu czekali już pani minister Kopacz z panem ministrem Arabskim. Przywitali wszystkich przed wejściem do hotelu, a potem zaczęła się pierwsza odprawa, bardzo trudna. Zebrały się wszystkie rodziny i to była pierwsza próba przygotowania ich na obrazy, z którymi się spotkają, a także informacja o procedurach i działaniach oraz pracach wykonanych wcześniej przez obecną już polską grupę. To wszystko miało służyć jak najsprawniejszej i najlepszej identyfikacji ciał.

Co można wtedy rodzinom powiedzieć: zobaczycie coś tak strasznego, czego jeszcze nie widzieliście?

Należy powiedzieć: wiemy, że państwu zależy na tym, aby wasi bliscy jak najszybciej wrócili do domu, i chcemy wam pomóc w tym właśnie pragnieniu. I tak też się stało.

Jak rodziny reagowały?

Oczekiwaniem. Bardzo dobrze się stało, że w tym pierwszym etapie przygotowano ich do procedury.

Na czym to polegało?

Na powiedzeniu im, że powinni pomóc lekarzom patologom sądowym, tym wszystkim, którzy przygotowywali identyfikację, uczestnicząc w procedurze, w przesłuchaniu, dokonać porównania osób, które pamiętają, czy ze zdjęć, czy bezpośrednio. Osoby odpowiednio przygotowane przybierały postawę spełnienia postawionego zadania, jakby odsuwały od siebie dojmujące uczucie bólu, żalu, który oczywiście szybko wracał. Ale konieczność współuczestniczenia w identyfikacji – co może brzmi paradoksalnie – w jakiejś mierze porządkowała ich wewnętrznie, choć na chwilę.

Czy w ogóle rodziny miały wyobrażenie, co je czeka? Czy ksiądz miał taką wyobraźnię?

Od lat pracuję na misjach humanitarnych, pracowałem w Gruzji, gdzie mieliśmy szpital polowy, pracowałem na Haiti, gdzie wspólnie z przyjaciółmi prowadziliśmy szpital w epicentrum trzęsienia ziemi, na co dzień pracuję wśród osób, które są dotknięte perspektywą rychłej śmierci, widziałem tyle dramatycznych obrazów, tyle osób umarło na moich rękach. Tak się złożyło, że moja praca duszpasterska polega w dużej mierze na przygotowywaniu ludzi do śmierci i zadbaniu, aby po śmierci zachowana była ich godność. Czy spodziewałem się, co zobaczę? Przy całym moim doświadczeniu muszę powiedzieć, że doznałem wstrząsu, gdy po raz pierwszy zobaczyłem rozmiar tego, co się stało. To był najtrudniejszy czas w całym ciągu moich doświadczeń. Cóż więc mówić o rodzinach. Wbrew temu jednak, co się mówi, dużo ciał było zespolonych, chociaż oczywiście bardzo poranionych. To nie była destrukcja zupełna. Te, które były rozczłonkowane, w każdej części objęte były badaniem DNA, nie było ciała, które nie zostałoby potwierdzone badaniem DNA.

Kiedy po raz pierwszy zobaczył ksiądz ten rozmiar katastrofy?

Następnego dnia rano, kiedy w instytucie medycyny sądowej poprosiłem, aby zwieziono mnie na dół, do dużej sali, gdzie zgromadzone były ciała ofiar katastrofy. Tam też natychmiast, w takim spontanicznym odruchu kapłana, odprawiłem pierwszą stację pogrzebu chrześcijańskiego, poświęciłem te ciała i poleciłem je Bogu zgodnie z rytuałem pogrzebu katolickiego. Uważałem, że nawet jeśli nie wszyscy są katolikami, nie doznają uszczerbku w swojej godności.

I patrząc na tę salę pomyślał ksiądz: Boże, przecież te rodziny nie powinny tego zobaczyć, a one muszą zobaczyć?

Lęk, że w procesie identyfikacji rodziny będą musiały się skonfrontować z tymi obrazami, towarzyszył mi od momentu, kiedy zobaczyłem te ciała. Na to nakładała się myśl, że ta konfrontacja jest nieuchronna, dlatego prosiłem osoby przygotowujące rodziny, dla których ta intencja też była zresztą oczywista, aby przygotować ciała tak, żeby rodzina nie miała problemów z identyfikacją, a jednocześnie nie musiała się konfrontować z tym bezmiarem obrażeń.

To było możliwe?

W wielu przypadkach tak, zwłaszcza kiedy były wyraźne znaki identyfikujące, jak narośle czy blizny po przebytych operacjach.

Część rodzin kwestionuje obecnie identyfikacje, są nawet wnioski o ekshumację. Ksiądz też ma dziś wątpliwości, uważa, że identyfikacje nie były prawidłowe?

Nie mam najmniejszych wątpliwości. Dokonano ogromnego wysiłku dla zachowania najbardziej uczciwej metody identyfikacji ciał. Ten proces mógł trwać bardzo długo, ale Rosjanie, mając doświadczenie wielu katastrof lotniczych, we współpracy z polską grupą, naszymi patologami, ekspertami od kryminalistyki, przeprowadzali z wielką starannością cały proces identyfikacji, który rozpoczynał się od momentu dostarczenia materiału zdjęciowego, genetycznego, od opisów, które powstały w momencie przesłuchiwania rodzin. To wszystko wprowadzane było do programu komputerowego, który zbierał w całość wszystkie informacje. To jest, oczywiście, tylko jedno z narzędzi, bo jednak w końcu ważne jest zobaczenie na własne oczy. Wiem, że niektóre przesłuchania rodzin były bardzo długie, wyczerpujące, ale one nie wynikały ze złej woli, ale właśnie ze staranności. Problemem był może pierwszy dzień, kiedy przesłuchania prowadziło wielu młodych rosyjskich prokuratorów, którzy po raz pierwszy zetknęli się z takimi okolicznościami.

Byli nieco sparaliżowani?

Trochę tak, gdyż ranga tej katastrofy była ogromna. Drugiego dnia pracowali już doświadczeni prokuratorzy i to dawało się natychmiast odczuć. Oni potrzebne informacje zdobywali o wiele szybciej. Na prośbę rodzin uczestniczyłem w trzech przesłuchaniach i nie znalazłem przejawów złej woli czy jakichś elementów pracy operacyjnej, aby pozyskać informacje, które by nie służyły identyfikacji.

Niektórzy przedstawiciele rodzin skarżyli się na arogancję rosyjskich śledczych.

Nie spotkałem się z takim przypadkiem, ale może jakiś się zdarzył. Trzeba wziąć pod uwagę, że rodzina przechodziła raz tę procedurę, a prokurator powtarzał ją z wieloma osobami i jakieś zniecierpliwienie, spotęgowane napięciem, bo katastrofa wyjątkowa, mogło się w którymś momencie pojawić jako efekt potwornego zmęczenia wszystkich. Rozmowy odbywały się zresztą w obecności polskich psychologów, a ponieważ brakowało tłumaczy, poproszono polskie siostry zakonne, pracujące od lat w Moskwie i perfekcyjnie znające język rosyjski, co przyspieszyło procedury i było wsparciem dla wielu rodzin.

Rodziny były na ogół dzielne?

Bardzo dzielne. Nie używam nazwisk w tej rozmowie, ale jednego użyję, bo uważam, że trzeba. Matka pana ministra Handzlika, która w pierwszym dniu, nie znalazłszy ciała swojego syna, z wielką empatią i cierpliwością wspierała inne rodziny. To było wzruszające i budzące podziw. W ogóle rodziny wówczas okazywały sobie życzliwość i szacunek, zwłaszcza gdy oczekiwało się na wejście do sali, gdzie odbywała się identyfikacja.

Wielu nie odważyło się wejść?

Nie znam statystyki, ale były osoby proszące o zwolnienie ich z tej czynności. Większość jednak chciała, także dlatego, aby przeżyć moment pożegnania, czasem tylko poprzez dotknięcie ręki. To wszystko przecież stało się tak nagle.

Wiem, że dwie czy trzy osoby prosiły minister Kopacz, aby to ona dokonała identyfikacji, księdza też proszono?

Uczestniczyłem w identyfikacjach jako osoba, której obecność jest odpowiedzią na potrzebę modlitwy. Proszono mnie, abym wszedł i pomodlił się. To były właściwie prośby powszechne. Niełatwa modlitwa w rozpaczy.

Po siedmiu miesiącach wzbiera fala pretensji – do Rosjan, do polskich władz, do rządu, premiera, podważa się uczciwość identyfikacji, sekcji zwłok. Co ksiądz sobie myśli, słysząc to wszystko?

Przede wszystkim widzę rodziny, które nie mogą do końca przeżyć w spokoju, godnie swojej żałoby. Dla większości z nich to jest właśnie ciągłe powracanie do tych najtrudniejszych chwil, identyfikacji, sekcji, to przymuszanie ich do ciągłego przywoływania najtragiczniejszych chwil i obrazów ich życia, to jest torturowanie ich pamięci.

Przymuszanie przez kogo?

Przez media, polityków, osoby, które w sposób świadomy, dla różnych – także politycznych lub komercyjnych – celów odwołują się do tego trudnego momentu identyfikacji. Proszę mi wierzyć, gdyż wspólnie z psychologami nadal pracuję z grupą rodzin, że ta niemożność przeżycia żałoby i zamknięcia pewnego jej okresu powoduje ogromny ból i uniemożliwia spojrzenie w przyszłość. Powinni iść naprzód, a przymusza się ich do powrotu w trudną przeszłość.

Cierpią? Oburzają się?

Czują coraz większy gniew, niezgodę, ale też bezsilność wobec sytuacji, gdy ta smoleńska gra toczy się nadal. Bardzo często towarzyszy im też lęk przed oceną środowiska. Członkowie rodzin tych, którzy zginęli, boją się, że nieustanne przypominanie, komentowanie, otaczanie katastrofy sensacjami zaczyna sprowadzać ich bliskich do formy produktu na sprzedaż, co odziera śmierć z godności. Pytanie o sekcje mnie po prostu zdumiewa, doprawdy nie wiem, czemu ma ono służyć.

To odpowiem: polityce, podejrzeniom, że nie wszyscy zginęli w wyniku katastrofy, to ksiądz przecież wie. Niektóre rodziny mówią: chcemy protokół sekcji, bo nie wiemy, dlaczego zginął mój mąż, syn. Są wnioski o ekshumację. Ksiądz wszystko widział. Jaki sens miałaby ekshumacja?

Nie znajduję go. Mam w pamięci obraz tych dwóch ciał, o których ekshumacji się mówi, i nie mam tu żadnych wątpliwości.

To ma być ekshumacja w celu ustalenia przyczyny śmierci. Co z tego ksiądz rozumie?

Rozumiem to w ten sposób, że w pytania, które zadają mi niektóre rodziny, wpisana jest jakaś obawa, lęk, zbudowany zresztą na przyzwoleniu, aby osoby niegodne, nieliczące się z ludzkim cierpieniem, budowały obraz innej przyczyny śmierci niż uszkodzenia wielonarządowe powstałe w wyniku katastrofy. Czasem pytano mnie, czy widziałem rany postrzałowe, ślady po duszeniu. Na miłość boską, ktoś, kto stawia taką tezę, upowszechnia ją i zaraża nią bliskich ofiar, opinię publiczną, dokonuje niebywałej agresji, już nie tylko wobec rodzin, ale wobec społeczeństwa.

Jeżeli jedna z matek, dotknięta bólem, mówi o przylocie jakiegoś innego samolotu i jego wylocie poza teren katastrofy, o podkładaniu ciał, to proszę sobie wyobrazić, jakiej agresji musiano dokonać na wyobraźnię tej matki właśnie tworzeniem i utrwalaniem nieprawdziwych obrazów i hipotez, że ona dopuszcza myśl, iż to może być prawda.

Kim musi być człowiek, aby zadawać takie cierpienia matce? Rozmawiałem z bliskim współpracownikiem pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który jako pierwszy z Polaków był na miejscu katastrofy, w kilka minut po uderzeniu samolotu w ziemię. Opisywał mi ten samolot, obrazy ciał, które widział w jednym miejscu. Sugerowanie, że we wraku nie było siedzeń, że nie było ciał, wpływa na reakcję rodzin, na ich lęk, w jaki sposób ich najbliżsi zginęli. Odbiór takich informacji jest bardzo indywidualny. Nie wolno w ten sposób igrać z ludźmi, to jest haniebny proceder.

Ksiądz był przy zamykaniu trumien w Moskwie?

Przy każdej.

Jak to się odbywało, bo ta kwestia też budzi wątpliwości niektórych rodzin?

Po identyfikacji, potwierdzonej dokumentami podpisanymi przez najbliższych lub osoby przez nich upoważnione, ciało było natychmiast oznaczane nazwiskiem pisanym na pasku. Taki sam pasek był również w dokumentacji. Po modlitwie i pożegnaniu przez bliskich zaczynano przygotowywać ciało do transportu. Ciała były owijane szczelnymi workami, oznaczenie było zarówno na ciele, jak i na worku. Następnie kładziono je na wózku i wywożono na parter instytutu, gdzie znajdowała się sala sprawowanego kultu (tak ją nazywano). Tam stały już trumny przygotowane przez specjalną ekipę, złożoną z żołnierzy i pracowników firmy pogrzebowej wynajętej do tej pracy. Jeszcze raz sprawdzano nazwisko i porównywano je z listą dostarczoną przez konsula. Następnie ciało wkładano do trumny i nie zamykano jej, gdyż musiało się jeszcze odbyć posiedzenie komisji, składającej się z przedstawicieli rosyjskiego ministerstwa spraw nadzwyczajnych, patologa sądowego, polskiego konsula oraz rosyjskiej służby granicznej. Jeszcze raz porównywano dokumenty z opisaniem ciała na worku i wtedy zezwalano na dalszą procedurę transportu, która polegała na tym, że przewożono je do pomieszczenia, gdzie było owijane w jedwabny całun do wysokości trzech czwartych ciała, a następnie otulane całunem, który był wewnątrz trumny, co tworzyło taki kokon.

Nad każdym z ciał modliliśmy się, odbywało się jego poświęcenie, wtedy też do trumny wkładałem różańce oraz pamiątki, jeżeli rodziny sobie tego życzyły. Były to listy, w tym od dzieci, obrączki ślubne, zdjęcia, pamiątki rodzinne. Wkładałem je między całun a ciało, aby były blisko zmarłego.

Rosjanie przygotowali dla wszystkich ubrania, czekały gotowe komplety dla mężczyzn i kobiet. Do czego one służyły?

Dla wszystkich uczestniczących w identyfikacji było oczywiste, że próba ubierania ciał odzierałaby je z godności. Ubrania można było tylko ułożyć na ciałach, czyli praktycznie przykryć je, i to robiliśmy, gdy zwłoki były już owinięte w jedwabny całun. Dopiero na te ubrania nakładany był zewnętrzny całun, stanowiący wyposażenie trumny. Gdy to wszystko zrobiliśmy, trumna była przez polską ekipę komisyjnie lutowana, a potem śrubami przytwierdzano drewniane wieko. Trumny były bardzo solidne, ciężkie, miały wnętrza z blachy cynkowej. Żołnierze przenosili je do samochodu i w eskorcie policji przewożono je na lotnisko. Kultura tych żołnierzy i firmy pogrzebowej była nadzwyczajna.

Ksiądz żegnał wszystkich w chwili zamykania trumien?

Mogę powiedzieć, że ze zmarłymi byłem od początku, zanim zaczęła się identyfikacja, aż do chwili, gdy zamykano ostatnią trumnę. Z ostatnimi trumnami wróciłem do Polski.

GDZIE JEST SZACUNEK?? ILE WART JEST DOKTORAT, SKORO DUDA TAK BARDZO WSTYDZI SIĘ PROF. ZIMMERMANA

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Osoba Andrzeja Dudy to postać, która mogłaby przynieść wielkie korzyści światom nauki, uniwersytetu i sztuki. Ktoś mógłby rzec: Duda to człowiek niosący bogactwo treści. Lecz jest to spostrzeżenie niespójne, wewnętrznie sprzeczne, bo prezydent jest politykiem wątpliwej reputacji i konduity. Więc pozostańmy przy wahaniu: między tak i nie.

Na razie Duda przyniósł korzyści kabaretowi, dzięki któremu jest znany jako Adrian. Śmiem twierdzić, że „Ucho prezesa” powoduje zgryz u publiki i na pytanie, jak na imię ma Duda, wcale nie jest pewna odpowiedź: Andrzej. Takim testem mogłoby być pytanie o imię prezydenta w popularnym teleturnieju „Milionerzy”.

Korzyści nauki i literatury widzę w możliwym spektaklu teatralnym, który wziąłby na warsztat temat pod roboczym tytułem: „Sąd historyczny nad Dudą zanim stanie przed Trybunałem Stanu”. Mogłaby to być dzieło wystawione na Scenie Faktu, a jakiś profesor prawa i dramaturg zespoliliby twórcze siły, aby podjąć temat.

Ba, nawet wiem, kto mógłby reprezentować stronę uniwersytecką – autorytet prawa, prof. Jan Zimmermann z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który był promotorem pracy doktorskiej naszego Adriana. Profesor nawet jakby zaczął pisać wspomnianą przeze mnie sztukę teatralną. Oto w wywiadzie dla Wirtualnej Polski powiedział, iż Duda ułaskawiając Mariusza Kamińskiego złamał Konstytucję. A nawet więcej: – „Nie jedyny raz podczas tych dwóch lat. Andrzej Duda złamał Konstytucję wielokrotnie” – prof. Zimmermann jakby pisał już na brudno „Sąd nad Dudą”.

Kolejny suspens do naszego brudnopisu literackiego jest natury bardzo osobistej, prof. Zimmermann mówi (w klasycznej dramaturgii jest to zapisywane: „na stronie”): „Kiedy to wszystko się zaczęło, wiele razy mu (Dudzie – przyp. mój) mówiłem, że źle robi, ostrzegałem. Niestety, zablokował mój telefon, nie przyjmuje maili, zerwał kontakt. Wbrew temu, co mówił na swojej inauguracji, że tak wiele mi zawdzięcza”.

W proponowanej przeze mnie sztuce mogłaby być wielość planów narracji: ten sąd historyczny ze wszystkim za i przeciw, wątek osobisty (prof. Zimmermann i wiarołomny Duda) i przesłanie społeczne. To ostatnio mogłoby być zilustrowane, jak to bezprawie prowadzi do amoralności. Mianowicie podczas rozprawy Sądu Najwyższego, gdy sędziowie badali, czy Duda miał prawo ułaskawić Mariusza Kamińskiego, porządek zakłócił Adam Słomka (skądinąd specjalizujący się w takich happeningach). Przy jego wyprowadzaniu jeden z mężczyzn na widowni strącił czapkę z głowy policjantowi i sięgnął do jego kabury z waltherem.

Nie wiem, co zrobić z innym passusem prof. Zimmermanna, bo nie chciałbym, aby ewentualna sztuka była prostacka, grafomańska, dlatego pozostawiłbym tę kwestię w didaskaliach, jako zalecenie dla reżysera: – „Andrzej Duda nie przejął się niczym. Nie chcę go usprawiedliwiać, bo złamanie przez niego Konstytucji jest poza dyskusją, ale wydaje mi się, że nie zrobił tego swoją samodzielną decyzją” – wypowiadał się już w 2015 roku prof. Zimmermann. – „Ubolewam, że jest on absolwentem naszego wydziału” – konkludował pan profesor.

A może jednak niech pozostanie ten ostatni monolog. Nie wiem, czy profesor UJ Zimmermann chodzi w marszach KOD, lecz są to słowa duchem z protestów obywateli. Pisze o Dudzie, jakby był Makbetem. Otóż – nie! Mordu na demokracji i wolnościach obywatelskich dokonuje wszystkim znany poseł Jarosław Kaczyński. Lecz i po Dudę zbliża się Las Birnam w postaci Trybunału Stanu. Wcześniej jednak chciałbym obejrzeć na scenie „Sąd nad Dudą”.

KTO POPIERA SZUBARTOWICZA?

>>>

Ucieczka Berczyńskiego będzie symbolem rządów PiS.

Konsul hon. w Meksyku Alberto Stebelski-Orlowski: to „forma protestu przeciw temu, co obecnie dzieje się w Polsce”.

Świetnego wywiadu dla wiadomo.co udzielił Marek Borowski.

Marek Borowski: Nie ręczę, do czego może dojść

PiS może zacząć gmerać przy ordynacji wyborczej, może być obawa manipulacji, a to może doprowadzić do wstrząsów i ulicznych zamieszek. Na razie wszystko jeszcze jakoś się trzyma, ale jeżeli będą wątpliwości w sprawie wyborów, to nie ręczę, do czego może dojść – mówi w rozmowie z wiadomo.co senator Marek Borowski, były wicepremier i marszałek Sejmu. Rozmawiamy też o prezydencie, który „jest obecny”, o łamaniu konstytucji, „demokraturze”, Polsce oddalającej się od UE i o wyborach we Francji.

Czy pan też z niecierpliwości czekał na wynik wyborów prezydenckich we Francji?
Tak, czekałem z niecierpliwością i jednak pewnym niepokojem. Sondaże sondażami, ale mieliśmy już ostatnio przykład Brexitu czy Donalda Trumpa, co pokazywało, że istnieje jakaś liczba niedoszacowanych głosów. Mroczna wizja stawała mi przed oczami, chociaż Francuzi są bardziej przewidywalni.

Czyli odetchnął pan z ulgą?
Bardzo się cieszę, że I turę wyborów wygrał Emmanuel Macron i wiele wskazuje na to, że wygra także II turę. Obserwowałem jego działalność wcześniej i bardzo mi się ona podobała.

Mroczna wizja stawała mi przed oczami, chociaż Francuzi są bardziej przewidywalni.

To nie jest jednak, jak pisała dzisiaj francuska prasa, skok w przepaść?
Nie, to jest polityk w miarę doświadczony, był przecież ministrem w rządzie Francois Hollanda. Jest wprawdzie najmłodszy i nie ma tak długiego doświadczenia politycznego, jak np. Fillon, ale to nie jest największy problem. Jego problemem będą wybory parlamentarne i układ sił w Zgromadzeniu Narodowym oraz w Senacie. Jego partia liczy teraz ok. 200 tys. członków, to nie jest mało, ale okaże się, jakie będzie miała poparcie. Jeżeli wystawi dobrych kandydatów, to może zebrać sporo głosów, ale i tak będzie musiała wejść w koalicję, bo taka jest specyficzna, większościowa ordynacja we Francji. Ona eliminuje skrajności.

O czym świadczy, w szerszym kontekście europejskim, taki wybór? Dokonany w dodatku przez zdecydowaną większość Francuzów. To były przecież jedne z najważniejszych wyborów w UE.
Wybory w Niemczech i we Francji, czyli krajach założycielskich UE, to są wybory zasadnicze. Jeżeli jeden z tych krajów dostałby przywódcę, który mówi, że trzeba opuścić UE, to oznaczałoby, że Unia wisi na włosku. Waga tych wyborów była rzeczywiście ogromna. Duża frekwencja oznacza, że udało się rozbudzić emocje we Francuzach. Na emocje działały na pewno dwa skrajne nurty, czyli Le Pen i Melenchon, ale działał także Macron. On bardzo jasno głosił ideę europejską, mówił, że przyszłość Francji jest w Europie i że trzeba się integrować. Pociągnął za sobą tych, którzy są przywiązani do UE, a którzy być może nie poszliby do wyborów w innym przypadku, ale w taki sposób chcieli się przeciwstawić nurtom nacjonalistycznym i antyeuropejskim.

W Unii nie da się działać w pojedynkę, jak obrażony chłopiec czy dziewczynka. A jeżeli będziemy przegrywać pewne sprawy, to rozpocznie się propaganda pod hasłem: Unia nas tępi, to po co nam taka Unia?

U nas też może to zadziałać w taki sposób? Frekwencja w najbliższych wyborach może być wysoka, a przynajmniej wyższa niż do tej pory?
Myślę, że tak. Zwłaszcza jeżeli polityka PiS-u będzie taka, jak do tej pory: obrażanie się na Unię Europejską, ale także obrażanie unijnych instytucji i polityków, przejawy rażącego braku solidarności. Jeżeli to będzie polityka tego typu, to będzie coraz bardziej oddziaływała nie tylko na emocje, ale także na stanowisko UE wobec Polski. Najpierw to może być stanowisko z rezerwą, ale później mogą za tym pójść konkretne i niekorzystne dla nas decyzje. W Unii nie da się działać w pojedynkę, jak obrażony chłopiec czy dziewczynka. A jeżeli będziemy przegrywać pewne sprawy, to rozpocznie się propaganda pod hasłem: Unia nas tępi, to po co nam taka Unia?

Czy taka propaganda może doprowadzić do próby wyprowadzenia Polski z UE?
Nie oskarżam PiS-u o to, że będzie do tego dążył świadomie. Tylko problem w tym, że politycy partii rządzącej nie rozumieją, że pewne zachowania uruchamiają procesy, nad którymi później się już nie panuje. Premier David Cameron też nie chciał wyprowadzić Wielkiej Brytanii z UE, ale tym, co zrobił, wypuścił dżina z butelki. Szybko zaczęła się kłamliwa kampania propagandowa, a trzeba pamiętać, że przy dzisiejszym rozwoju mediów, w tym mediów społecznościowych, nawet najgłupsze kłamstwo jest silniejsze od prawdy. Cameron po prostu przegrał. Nie sądzę, żeby takie działanie w Polsce doprowadziło w konsekwencji do wyjścia Polski z Unii, ale do podgrzania nastrojów doprowadzi na pewno, a to może skutkować wyższą frekwencją.

Raz wypowiada się Jarosław Kaczyński, innym razem któryś z podległych mu polityków, czasami pani premier Beata Szydło, i każda wypowiedź może być inna. Ale przy Merkel oni wszyscy są mali.

PiS-owi nie opłaca się gra na antyeuropejskiej nucie?
Absolutnie się nie opłaca, ale nie wiem, czy oni to rozumieją. Cały czas słyszę, że nie będzie nam Unia mówić, co mamy robić, że Polska wstaje z kolan i tak dalej.

Chociaż jak trzeba, na przykład w Hanowerze, kanclerz Niemiec Angela Merkel okazuje się bardzo ważnym i cenionym przez rząd politykiem.
Fakt, to zależy do sytuacji. Raz wypowiada się Jarosław Kaczyński, innym razem któryś z podległych mu polityków, czasami pani premier Beata Szydło, i każda wypowiedź może być inna. Ale przy Merkel oni wszyscy są mali. Chciałoby się powiedzieć, że Angela Merkel jest mężem stanu, gdyby nie to, że jest kobietą – można ją zatem nazwać „damą stanu”. Ona jest elastyczna, ale i twarda, ma poglądy i do czegoś dąży, nie jest nacjonalistyczna i ksenofobiczna. Muszę przyznać, że podziwiam ją, chociaż to nie mój obóz polityczny. Dla niej Polska, pomijając nawet jej osobiste sentymenty (bywała w Polsce za młodu), jest ważnym krajem, chciałaby mieć w Polsce sojusznika, dlatego mimo wszystko nie obraża się na Polskę. Ale też nie rezygnuje z twardego stawiania różnych spraw, związanych z praworządnością w Polsce. To jest zrozumiałe.

Prezydent nie ma wpływu na nic. Niestety, bardzo obniżył rangę urzędu prezydenta.

Jaki wpływ na politykę, także międzynarodową ma prezydent Andrzej Duda?
Żaden, prezydent nie ma wpływu na nic. Niestety, bardzo obniżył rangę urzędu prezydenta. W polityce zagranicznej absolutnie nie mam czego wymienić.

A jak nazwałby pan to, co robi Andrzej Duda?
Jest, po prostu jest obecny. On rzeczywiście urzęduje „pod żyrandolem”. Kiedyś sam to krytykował, w kampanii wyborczej zapewniał, że tak nie będzie, że nie będzie prezydentem malowanym, nie będzie podpisywał wszystkiego, co mu podadzą. To jest dzisiaj po prostu śmieszne i rażące. Prezydent wręcza ordery, bierze udział w różnych ceremoniach, spotyka się z prezydentami innych krajów, ale przede wszystkim nie jest strażnikiem konstytucji – a to jest jego podstawowa rola.

Konstytucja mówi o tym, że wszystkie władze współpracują ze sobą na zasadach wzajemnego szacunku i to nie może być tylko puste hasło, a jest. Andrzej Duda złamał m.in. ten artykuł ustawy zasadniczej.

Dlaczego z tej roli abdykował?
Abdykacja oznacza, że się jakąś funkcję sprawowało, a on w ogóle jej nie podjął. Jest całkowicie podporządkowany Jarosławowi Kaczyńskiemu. Andrzej Duda uważa, że jak się zgadza z programem PiS-u, to dlaczego ma działać wbrew PiS-owi. To może nawet logicznie brzmi, ale logiczne nie jest. Po pierwsze, program PiS-u nie zawierał wielu rzeczy, które PiS teraz robi; po drugie, nawet jeżeli to wynika z programu, to w sytuacji, w której są oczywiste zastrzeżenia konstytucyjne do jakiejś ustawy, nad tymi zastrzeżeniami wypada się pochylić. Tymczasem prezydent ledwo dostanie taką ustawę na biurko, a już ją podpisuje. Zapewne wie, że to są rozwiązania niezgodne z konstytucją, ale mimo wszystko to robi. Dyskwalifikuje go też to, co zrobił z Trybunałem Konstytucyjnym. Przypominam zaprzysiężenie sędziów w nocy wbrew Trybunałowi. Konstytucja mówi o tym, że wszystkie władze współpracują ze sobą na zasadach wzajemnego szacunku i to nie może być tylko puste hasło, a jest. Andrzej Duda złamał m.in. ten artykuł ustawy zasadniczej.

Teraz zgłasza wątpliwości co do nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Po co?
W tym wypadku nie ma żadnych wątpliwości, tu jest oczywiste złamanie konstytucji. Jeżeli jest w niej zapisane, że kadencja członków Rady trwa 4 lata, to ma tyle trwać i koniec. Prezydent powinien jasno powiedzieć, że nie podpisze takiej ustawy. Jeżeli nawet wyśle do TK, to przecież nic nie da, bo Trybunału już nie ma. Ale prezydent może to zawetować.

Teraz już nie ma możliwości porozumienia, nie może być dialogu między kimś, kto uważa, że jestem zdrajcą, a kimś, kto uważa, że jest uczciwym politykiem. Tu nie ma o czym rozmawiać, bo nie ma wspólnej płaszczyzny: nie mogę być przecież „uczciwym zdrajcą”.

Może, ale myśli pan, że może się na to zdecydować?
Nie. Myślę, że skończy się tak, że zostanie „przekonany”. Podobnie jak wicepremier Jarosław Gowin, on też ma wątpliwości, ale później zawsze daje się przekonać.

W przypadku KRS-u już zapowiedział, że chociaż ma wątpliwości, to będzie głosował za.
Oto polityk elastyczny, co się zowie…

Skok na Trybunał Konstytucyjny i sądy, łamanie konstytucji, dzielenie Polaków – co jest dla pana najbardziej niebezpieczne?
To są pewne sekwencje, każda z tych rzeczy była i jest niebezpieczna, a PiS posuwa się po tej ścieżce coraz dalej. Zaczęło się od języka, już w 2001 roku politycy PiS zaczęli używać słów pełnych nienawiści, a dzielenie na całego zaczęło się po katastrofie smoleńskiej. Teraz już nie ma możliwości porozumienia, nie może być dialogu między kimś, kto uważa, że jestem zdrajcą, a kimś, kto uważa, że jest uczciwym politykiem. Tu nie ma o czym rozmawiać, bo nie ma wspólnej płaszczyzny: nie mogę być przecież „uczciwym zdrajcą”. Znika możliwość dialogu i porozumienia właściwie w każdej sprawie. Kolejnym krokiem jest skoncentrowanie władzy w jednym ręku – Jarosława Kaczyńskiego. Ustawodawczą i wykonawczą ma, brakowało mu jeszcze wyraźnie sądowniczej. Media też już ma, może uprawiać propagandę. A to też tylko pogłębia podział.

Kaczyński ma już w ręku tubę propagandową, ma prokuraturę, dąży do tego, żeby mieć sądy, ma już służby specjalne, i myślę, że przed wyborami rozpocznie się kanonada oskarżania polityków opozycji o różne bezeceństwa. Prokuratura będzie stawiała zarzuty, może uda się nawet kogoś osądzić, sytuacja będzie podbramkowa.

Do czego to wszystko może doprowadzić?
To jest bardzo niebezpieczna ścieżka. Idziemy ku wyborom, ale Jarosław Kaczyński nie ma żadnej pewności, że je wygra, a wręcz przeciwnie – jeżeli będzie dalej tak szło, to prorokuję, że może te wybory przegrać – i będzie się bał przegranej. Może zacząć gmerać przy ordynacji wyborczej, może być obawa manipulacji, a to może doprowadzić do wstrząsów i ulicznych zamieszek. Na razie wszystko jeszcze jakoś się trzyma, ale jeżeli będą wątpliwości w sprawie wyborów, to nie ręczę do czego może dojść.

Prezes nie zdecyduje się na przyspieszone wybory?
Nie, bo nie ma pewności, że wygra. Dobry moment na wybory już minął. To był początek tego roku. Gdybym był szefem PiS-u, to na pewno bym się na to nie zdecydował. Jego rozumowanie jest bardzo proste: ma już w ręku tubę propagandową, ma prokuraturę, dąży do tego, żeby mieć sądy, ma już służby specjalne, i myślę, że przed wyborami rozpocznie się kanonada oskarżania polityków opozycji o różne bezeceństwa. Prokuratura będzie stawiała zarzuty, może uda się nawet kogoś osądzić, sytuacja będzie podbramkowa.

Odsunięcie PiS-u od władzy to będzie ciężki bój.

Antoni Macierewicz dotrwa w rządzie do końca?
Myślę, że nie dotrwa. Ale usuwanie go to będzie proces długi i bolesny. Ministra Waszczykowskiego można wykreślić szybciej i bezpieczniej. Prezes próbuje Macierewicza „załatwić” innymi rękoma, posługuje się prezydentem i specjalną komisją z trzema smutnymi panami w roli głównej. Dla Macierewicza przesłuchanie to był policzek, przecież to on przesłuchuje, a nie jego przesłuchują. To będzie proces odklejania od niego zwolenników i ten proces już się zaczął. Jak Jarosław Kaczyński będzie miał pewność, że tak się stało i że zwłaszcza ojciec dyrektor jest po jego stronie, to zdecyduje się na dymisję ministra obrony narodowej.

A w związku z tym PiS dotrwa w całości, bez podziałów do końca kadencji?
Tak. Władza, po pierwsze, bardzo cementuje, po drugie, musiałby mieć znaczący spadek w sondażach, a tego nie przewiduję. PiS ma swój twardy elektorat na poziomie co najmniej 20 proc. Poza tym będzie prowadził politykę obrzucania opozycji błotem. Sytuacja gospodarcza, bez zasług PiS-u, ale jest i jeszcze będzie całkiem dobra. Świat i UE wydobywają się z kryzysu. Finanse jakoś do wyborów się podtrzyma, a przed nimi jeszcze się trochę obieca… Dlatego odsunięcie PiS-u od władzy to będzie ciężki bój.

Jestem autorem nazwy nowej formacji ustrojowej – demokratury. I to jest to, co już prawie mamy.

Jak zakończy się sprawa działalności komisji badającej ponownie przyczyny katastrofy smoleńskiej? Niedawno „straciła” przewodniczącego, dr Wacław Berczyński podał się do dymisji. A to wszystko coraz bardziej przypomina kabaret.
I to kiepski kabaret. Główną rolę grają w nim zresztą osoby ze stopniami naukowymi. Mam nadzieję, że świat się bardzo tą komisją nie interesuje, ale jak się zainteresuje, to dojdzie do wniosku, że polscy naukowcy to szarlatani. To jest kompletna kompromitacja. Jako pierwszy skompromitował się właśnie pan Berczyński i już uciekł do Stanów Zjednoczonych, pozostali panowie jeszcze zostali i starają się wypełniać funkcje, ale nie mam pojęcia, co oni mają do roboty. Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński będzie dążył jednak do zamknięcia tego tematu. Wszyscy będą tłumaczyć, że prawie na pewno doszło do wybuchu, ale z przyczyn zewnętrznych, czyli na przykład oporu Rosji, nie da się tego udowodnić.

Patrząc na to wszystko, dochodzimy do wniosku, że żyjemy w kraju…?
Jestem autorem nazwy nowej formacji ustrojowej – demokratury. I to jest to, co już prawie mamy. Jak PiS przejmie sądy, to będzie koniec tej drogi. Z demokracji będzie jeszcze wolność słowa, nie wiem, na ile ograniczana, i będą wybory, ale też pytanie, na ile uczciwe. To będą elementy demokratyczne, ale dalece niekompletne. Z drugiej strony będziemy mieli zamknięcie etapu trójpodziału władzy i to będzie ta druga połowa słowa – dyktatura. Będzie można kształtować opinię publiczną przy pomocy aparatu państwowego, a nie rzeczywistego ścierania się poglądów.

Wierzę w to, że po wyborach – jeżeli PiS zostanie odsunięty od władzy – ci, którzy będą tworzyli większość parlamentarną, nie tylko przywrócą rozwiązania demokratyczne, ale pociągną tych, którzy łamali prawo, do odpowiedzialności. Może to być odpowiedzialność polityczna, a tam, gdzie będzie trzeba, także karna.

Ktoś w przyszłości odpowie za łamanie konstytucji?
Mam nadzieję. Wierzę w to, że po wyborach – jeżeli PiS zostanie odsunięty od władzy – ci, którzy będą tworzyli większość parlamentarną, nie tylko przywrócą rozwiązania demokratyczne, ale pociągną tych, którzy łamali prawo, do odpowiedzialności. Może to być odpowiedzialność polityczna, a tam, gdzie będzie trzeba, także karna. To jest konieczne, bo bezkarność rozzuchwala i podobne bezprawie może się jeszcze kiedyś zdarzyć.

CHORĄŻY BARDOŃ WSPÓŁCZUJE STRATY WACKA…

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze o „ucieczce” Berczyńskiego. Przez dwa lata aż o 11 punktów procentowych skurczyła się grupa wierzących w smoleński zamach. To sporo. Trzeba chyba podziękować Wacławowi Berczyńskiemu: od ponad roku jego podkomisja systematycznie i nieustannie czyniła wszystko, by hipotezę zamachową ośmieszyć.

Jeszcze dwa lata temu, w sondażu Kantar Millward Brown SA (dla „Faktów” TVN) 29 proc. zakreślało odpowiedź, że „katastrofa, do której doszło 10 kwietnia 2010 pod Smoleńskiem i w której zginęli prezydent Lech Kaczyński i 95 towarzyszących mu osób, była wynikiem zamachu”. A teraz (sondaż z 24-25 kwietnia) – 18 proc.

Powód tego spadku? Jedyne, co mogło tak spektakularnie ostudzić smoleńską wiarę, to słowa i czyny podkomisji smoleńskiej dr Wacława Berczyńskiego, która miała zamach udowodnić.

Podkomisja pracuje od roku i za wiele dobrego o niej powiedzieć się nie da. Jej członkowie kompetencji do badania katastrof lotniczych nie mają, za to ekstrawaganckie pomysły i owszem. Na przykład podczas burzy mózgów wpadł im do głowy taki, by zderzyć pędzący samolot Tu-154 z brzozą przytwierdzoną do jadącego samochodu. Pomysł został odrzucony. Powód? Jak wyjaśnił dr Berczyński, „głównie ze względów bezpieczeństwa”.

Po roku podkomisja Berczyńskiego niczego nie ustaliła, żadnego raportu nie napisała. W siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej zaprezentowała tylko film, na którym „wierna” kopia kabiny pasażerskiej tupolewa bez okien wybucha. Zero dowodów, masa amatorszczyzny.

Potem dr Berczyński obciążył sam siebie, gdy się przyznał (i to niepytany!), że to on „wykończył caracale”. MON natychmiast wydał oświadczenie, z którego wynikało, że dr Berczyński kłamie. Ale potem wiceminister Bartosz Kownacki przyznał, że Berczyński miał dostęp do dokumentacji przetargowej. Czyli że Berczyński nie skłamał. A jeśli tak, to skłamał MON w oświadczeniu. Znów blamaż.

Czyli Berczyński od ponad roku systematycznie, nieustannie czynił wszystko, by siebie i swoją pracę i podkomisję zdyskredytować, a hipotezę zamachową ośmieszyć. Nikt tak jak on nie zasłużył się w demaskowaniu smoleńskiego kłamstwa. Wielki demaskator Berczyński!

Może gdyby jeszcze jakiś czas tak skutecznie profanował smoleńską religię, za pół roku w zamach z 10 kwietnia 2010 r. wierzyłoby 10 proc.? Za rok – 5 proc.? A tuż przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. – już tylko garstka wyznawców Jarosława Kaczyńskiego?

Jaka szkoda, że dr Berczyński tak szybko uciekł do USA.

W SIECI POJAWIŁY SIĘ KONTRPROPOZYCJE OSTATNIEJ OKŁADKI GAZETY POLSKIEJ. JAK WAM SIĘ PODOBA JEDNA Z NICH?

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku i Szydło.

Co ma z przodu głowy Mariusz Błaszczak? Widzimy i nie zazdrościmy, przynajmniej ja. En face Błaszczak ma „uszy prezesa”, a z tyłu głowy raczej wiedzy i rozumu nie ma, bo gdyby miał, to nie posługiwałby się komunikatami dnia nadesłanymi z dyspozytorni z Nowogrodzkiej. Wiedziałby, że metafora „z tyłu głowy” jest proweniencji NKWD, KGB: w tył głowy oddawano strzały z nagana.

„Ucho prezesa” właśnie podzielił się swą wiedzą na temat tyłu głowy – nieskażony wiedzą o tradycji polskiej i znajomością literatury – iż Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar „z tyłu głowy” ma „ambicje, żeby zająć się polityką”. Taki tył głowy miał wcześniej prof. Andrzej Rzepliński, co okazało się „kulą w płot”, ale Trybunał Konstytucyjny został „rozstrzelany” –  i dzisiaj jest martwy.

Najwidoczniej pisowski Dzierżyński Błaszczak bierze się za Bodnara. Jeżeli niczego nie potrafisz, bierz przykład z Błaszczaka. Nieskażony, ale tablet ma i może czytać z niego komunikaty dnia podczas wypowiedzi w mediach. Niedawno Konrad Piasecki w jakiejś audycji zabrał Błaszczakowi tablet, aby za pomocą przodu głowy sformułował coś własnymi słowami.

Jeszcze bardziej komunikaty dnia słychać w wypowiedziach Beaty Szydło, która o referendum w sprawie reformy (deformy – w istocie) edukacji była się wyrazić za Nowogrodzką, iż „kiedy można było myśleć o referendum, wtedy tego wniosku nie było”.

Gdyby Szydło myślała przodem głowy, to może doszłaby ścieżkami własnych myśli, że zebrać 910 tys. głosów to nie w kij dmuchał, potrzeba trochę czasu. Gdyby słyszała innych, a nie wypatrywała komunikatów dnia, dotarłoby do niej, iż przeciw deformie są nauczyciele, rodzice, samorządy, głośno wyrażali się i demonstrowali, włącznie ze strajkiem szkolnym.

Trzeba słuchać vox populi, a nie vox Dei, czyli głosu prezesa. Z głupawki zawsze można się wycofać, bo przyznanie się do błędu przynosi mniejsze straty, niż wycofanie się z błędu pod przymusem. Przymus kończy się, jak „sukces” w Brukseli – 1:27.

Ha! 55 proc. Polaków – wg sondażu Kantar Millward Brown – opowiada się za referendum ws. deformy edukacji. To jest vox populi, a nie głos prezesa, nawet jeżeli prywatnie się przed nim chyli czoło, jak przed ikoną, gdy ten kiwnie paluszkiem.

Inny z kolei sondaż tejże pracowni jest silniejszy w wyrażaniu vox populi, mianowicie 68 proc. badanych oczekuje, iż prokuratura powinna zbadać rolę Wacława Berczyńskiego w sprawie Caracali. Berczyński, koleś od science-fiction z ładunkiem termobarycznym, wziął nogi za pas i dał dyla z kraju. Zamiast Caracali będą Boeingi, kontrakt za przeszło 2 mld zł na kupno VIP-owskich trzech Boeingów – gdzie pracował Berczyński – kroi się na największą aferę po 1989 roku. Acz Szydło idzie w zaparte, że była komunikowana o negocjacjach z Airbusem w sprawie Caracali. Tak! Macierewicz ją informował. Tyle warte owo „zaparte”, co produkcja Black Hawków w Mielcu. Zaklinała się tam Szydło z Macierewiczem na środku hali produkcyjnej, że zejdą z produkcji z tej właśnie hali.

Taki stan głowy jest w PiS, tył głowy Błaszczaka, przód głowy Szydło. Krótko pisząc: bezgłowie. Nie chcę pisać kolokwialnie, bo musiałbym obrazić, lecz czy powyższych polityków PiS można obrazić? Oni sami siebie obrażają, nie szanują.

I STAŁO SIĘ. EKSPERCI PRZESZLI SAMYCH SIEBIE.

Kleofas Wieniawa pisze o Szydło i Waszczykowskim.

Beata Szydło występuje pod komunikatem dnia, jak pod transparentem: „Komuś naprawdę zależy na tym, żeby uderzać teraz w polski rząd”.

Uderzać w pisowski rząd – małe sprostowanie. Ten rząd demoluje porządek demokratyczny, który polskie elity i Polacy (ta kolejność jest ważna) budowali po 1989 roku.

Powoli zbliżamy się do ustroju, który został nazwany przez Marka Borowskiego demokraturą. Jeszcze tylko pozostała do zdemolowania niezależność władzy sądzenia. PiS jest wewnętrznym najeźdźcą w Polsce, który niewiele ma wspólnego z zachodnimi standardami. A z jakimi? Logiczne.

Szydło te „komuś zależenie” nazywa krytykowanie Antoniego Macierewicz i Witolda Waszczykowskiego, zwłaszcza w kontekscie „wróżby” – bodaj „Rzeczpospolitej” – iż ten ostatni zostanie zdymisjowany przy rekonstrukcji rządu przed wakacjami.

No i Szydło (niepodrabiana pani z logoreą godną niejednego magla) gula skoczyła, że Waszczykowski ma być zrekonstruowany i na śmietnik wyrzucony. O tym zadecyduje jednak nie ona, tylko „pan” Kaczyński.

Szydło owe „komuś” insynuuje szkodzenie w sytuacji, gdy Polska ubiega się o niestałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Otóż to żadna zasługa PiS, tylko pozycję budowali poprzednicy, a zwłaszcza rząd PO-PSL. Jak zniszczona została nasza pozycja przez PiS i wizerunek Polski świadczy „sukces” wyniku 1:27. Taki wynik uzyskałoby LZS Brzeszcze z Barceloną.

To jest wynik pisowski, a Waszczykowski jest najgorszym szefem dyplomacji po 1989 roku, nawet Fotyga (nieogolona) była lepsza.

Zaś o Antonim Macierewiczu szkoda gadać, acz okaże się jego przydatność, gdy wraz z Wojskami Obrony Terytorialnej będzie bronił porządku w pisowskiej Polsce. A tak będzie, gdy wreszcie uda mu się wyprowadzić wojsko na ulicę, co nie wyszło w 1992 roku z Nadwiślańskimi Jednostkami Wojskowymi, aby bronić Jana Olszewskiego przed „nocną zmianą”.

Szydło ma najgłupszych piarowców, porównywalnych z tymi z czasów Gomułki, a świetnie nazwanych przez Kisiela – ciemniakami. Wówczas byli więc ciemniaki, dzisiaj ciemniactwo.

Taka ich czerń – jak pisał Henryk Sienkiewicz.

TAKI PIĘKNY LIMERYK

>>>

KTOŚ W PAŃSTWIE PiS ZNOWU UPADŁ NA GŁOWĘ…

Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”) piszą o Barbarze Blidzie, której śmierć nie została rozliczona. Śmierć Barbary Blidy była początkiem końca tworu nazywanego „IV Rzeczpospolitą”. Polacy zobaczyli wtedy, w jak dramatyczny sposób może się skończyć realizacja spiskowych obsesji władzy. We wtorek mija 10 lat od tamtych wydarzeń.

10 lat od śmierci Blidy i 10 lat bezkarności Ziobry. Platforma miała go rozliczyć, wypadło to żałośnie

25 kwietnia 2007 r. pod dom b. posłanki i minister budownictwa w rządzie SLD przyjechała ekipa ABW z nakazem zatrzymania Barbary Blidy i doprowadzenia jej do prokuratury. Funkcjonariusze z Katowic działali w dwóch grupach: pierwsza miała wejść do domu Blidy w Siemianowicach Śląskich. Druga stała za płotem z kamerą. Jej zadaniem było sfilmowanie wyprowadzenia Blidy z domu. Nagranie miało trafić do lokalnego oddziału telewizji publicznej jako ilustracja gorącego newsa.

Pod parą był też minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Tego dnia wybierał się na Śląsk. Miał tam ogłosić pierwszy sukces w walce z „układem”, którego zniszczenia domagał się ówczesny premier Jarosław Kaczyński.

Barbara Blida nie znała tych planów. Ale od tygodni żyła w strachu. Wiedziała, że ABW „pracuje” nad jej przyjaciółką zamkniętą w „areszcie wydobywczym”. Agenci obiecywali jej wolność w zamian za zeznania obciążające była posłankę. Parę dni wcześniej TVP pokazała „reportaż śledczy” o mafii węglowej. To był kolejny niepokojący sygnał.

Blida wiedziała, że jej nazwisko pojawia się w śledztwie. Stawiała się na wezwania prokuratury. Czy przypuszczała, że tym razem będzie zatrzymana?

Gdy o 6 rano weszła do niej ABW, Blida postanowiła, że nie da się publicznie upokorzyć. W łazience sięgnęła po broń, którą miała w domu.

Do dzisiaj nie jest jasne, czy strzeliła do siebie (taka jest wersja oficjalna), czy też rewolwer wypalił, gdy szamotała się z funkcjonariuszką. Ślady na miejscu zostały profesjonalnie zatarte.

Śmierć Barbary Blidy była początkiem końca tworu nazywanego „IV Rzeczpospolitą”. Polacy zobaczyli, w jak dramatyczny sposób może się skończyć realizacja spiskowych obsesji władzy. Pięć miesięcy później, po dwóch latach nieudolnych i awanturniczych rządów, PiS przegrał wybory.

Ale obiecywane przez zwycięską Platformę Obywatelską rozliczenie duetu Kaczyński-Ziobro z wykorzystywania prokuratury, policji i służb specjalnych do niszczenia politycznych przeciwników wypadło żałośnie. Zapowiedzi, że winni odpowiedzą za swoje czyny, szybko poszły w niepamięć.

Przez kolejne dwie kadencje większość PO-PSL nie zdołała nawet przegłosować wniosku o postawienie przywódców IV RP przed Trybunałem Stanu. Z odpowiedzialności za bezprawne naciski oczyściła ich też prokuratura.

Kolejny akt tego dramatu rozegrał się po ostatnich wyborach. Decyzją Jarosława Kaczyńskiego Zbigniew Ziobro wrócił na stanowisko ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Prokuratorem krajowym zrobił Bogdana Święczkowskiego, w 2007 r. szefa ABW.

25 kwietnia to okrągła rocznica bezkarności Kaczyńskiego, Ziobry i Święczkowskiego. Ponoszą moralną i polityczną odpowiedzialność za śmierć posłanki SLD.

Ale ta data powinna być też wyrzutem sumienia dla Platformy. Recydywą autorytarnych i niszczących demokrację rządów Polska płaci teraz za brak zdecydowania i złamanie danej wyborcom obietnicy rozliczenia IV RP.

NO TO NAS ZATKAŁO

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Walka kobiet o antykoncepcję, o pigułkę „dzień po”

PiS nie znosi sytuacji, gdy ich demolkę i skansen wynosi się na zewnątrz. Chcą prać brudy w domu, niestety te brudy są produkcji PiS, a Polska przystępując do Unii Europejskiej zdecydowała się na nowoczesność, a nie pisowski Ciemnogród i kołtunerię.

Brudy pisowskie na zewnątrz chcą wynieść kobiety, które zainicjowały obywatelski projekt ustawodawczy, aby żadne państwo członkowskie nie mogło samopas ograniczyć dostępu do środków antykoncepcyjnych. Ta inicjatywa to niejako odpowiedź na pomysł wprowadzenia recepty na pigułkę zwaną „dzień po”. Wszak tabletki „ellaOne” są dostępne w całej Unii bez recepty.

Projekt zmian w prawie farmaceutycznym został już przyjęty przez sejmową komisję zdrowia i w najbliższym czasie trafi pod obrady Sejmu. Nie należy mieć złudzeń, iż większość sejmowa z posłanką Sobecką przegłosuje, jak zakrystia im każe, a prezydent – męska odmiana Sobeckiej – ustawę podpisze.

Z tym pisowskim zacofaniem chcą walczyć takie organizacje, jak komitet „Ratujmy Kobiety” wraz z innymi stowarzyszeniami. Walka o prawa polskich kobiet zostanie przeniesiona na forum Komisji Europejskiej. Przygotowany został projekt „Europejska Inicjatywa Ustawodawcza na Rzecz Praw i Godności Kobiet”, którego celem jest uchylenie pewnego przepisu, a dotyczącego zmiany sposobu sprzedaży środków leczniczych. Ten przepis pozwala każdemu krajowi politykę lekową prowadzić wg widzimisię.

Kobiety chcą, aby środki antykoncepcyjne – w tym tabletki „ellaOne” – obowiązywała jedna dyrektywa, by były wyłączone spod widzimisię lokalnych polityków i były dostępne w całej Unii bez recepty. Wówczas żadnym Radziwiłłom i osobom związanych prawem kanonicznym o celibacie nie przyszło do głowy, aby decydować za innych, szczególnie, aby decydować za kobiety.

Wniosek w Komisji Europejskiej będzie składać Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, szefowa komitetu „Ratujmy Kobiety”. Do złożenia projektu potrzebnych jest przynajmniej sześć państw oraz – co będzie sporym wyzwaniem – milion podpisów.

Polki mają już gotowy dokument, pomagać im będą – jest to już dogadane – Niemki, Francuzki i Irlandki. Następnie trzeba powołać międzynarodówkę. I w ten sposób wynosząc walkę o prawa kobiet na zewnątrz przymusić skansen do respektowania praw.

DOBRE

Mazurek od Kaczyńskiego i „tematu” Piaseckiego

Rzecznik PiS Beata Mazurek niespecjalnie wie, co mówi. I nie jestem tym zdziwiony, wystarczy jej posłuchać. W co drugim wypowiadanym zdaniu traci wątek, a zdanie podrzędnie złożone to dla niej slalom gigant z takimi muldami, iż nakrywa się nogami.

Jakie znaczenia niesie zdanie: „Proszę, aby Rafała Piaseckiego nie utożsamiać z nami”. A z kim? Z Platformą Obywatelską? Jak ktoś będzie widział Grzegorza Schetynę, proponuję, aby zadał mu pytanie, czy zgodzi się na utożsamianie Piaseckiego „z nimi”? A może Piaseckiego można było utożsamiać z „nami” do niedzieli, a w ten dzień świąteczny łeb mu ucięli? Albo taka złota myśl pani Mazurek: „Kaczyński interweniował w sprawie Piaseckiego. Dla nas ten temat jest zakończony”.

Czyżby Piasecki się rozwiódł? A może solennie przyrzekł „panu” Kaczyńskiemu, że nie będzie tłukł żony. Jest jeszcze możliwość, że dał dyla w smudze kompromitacji i udał się za Wacławem Berczyńskim, aby zakończyć temat.

Ładunek „termobaryczny” Piaseckiego nazywa się przemocą domową. Temat nie jest zakończony, że posłużę się drewnianym stwierdzeniem osóbki Mazurek, która nie wstydzi się wymawiać publicznie takich sztanc językowych. Ten temat otwiera, a przynajmniej powinien otworzyć oczy dla partii Kaczyńskiego na sprawy przemocy domowej, przemocy wobec kobiet i bezbronnych dzieci. „Temat zamknięty” Piasecki tłukł nie tylko żonę, ale i swoje dzieci, a także teściową, która z nim ślubu nie brała.

A może powodem „zakończenia tematu” jest pobratymstwo emocjonalne Piaseckiego i Jarosława Kaczyńskiego? Ten pierwszy uderza fizycznie rodzinę, także słownie, a prezes PiS wali rodaków słowami, zawsze oddzielony od nich (od nas) czterema ochroniarzami, którzy rocznie kosztują – pośrednio każdego z nas – przeszło milion złotych. Przemocą słowną jest nazywanie rodaków najgorszym sortem, elementem animalnym, gestapo. Gdyby Kaczyński miał zdolność honorową, można byłoby wyzwać go na „ubitą ziemię”. Nie ma honoru, dlatego opluwa zza kordonu ochroniarzy.

Kaczyński na szczęście nie ma żony, nie ma dzieci, nie ma teściowej. Można sobie wyobrazić, iż byłby konkurencją dla Piaseckiego, gdyby swoje emocje słów zamienił na emocję kończyn górnych i dolnych. Idę o zakład, że wykazałby wyższość nad „tematem zamkniętym” z Bydgoszczy.

Tak jak w stanie wojennym był tchórzem, tak do dzisiaj mu to nie przeszło, a pani Mazurek proponuje naukę języka polskiego, a gdy już potrafi sklecić zdania, aby dać „rzeczy słowo” (jak pisał mój wielki poprzednik), niech się weźmie za retorykę – to jest nauka: jak wyrażać się – i mówić do rzeczy. Publiczna przestrzeń języka polskiego nie jest maglem. Nie jest też kloaką.

I CO TERAZ POCZNIE ANTEK BEZ WACKA???

Kleofas Wieniawa pisze o wrabianiu Radosława Sikorskiego w odpowiedzialność za katastrofę smoleńską.

W piętkę gonią ze Smoleńskiem. Takim żałosnym (acz miliony kosztujący podatnika) wyczynem jest ów ładunek termobaryczny, który posłużył Jarosławowi Kaczyńskiemu niemal dojść do „prawdy” w ostatnią rocznicę smoleńską. Taki z niego perypatetyk w marszu po Krakowskim Przedmieściu w otoczeniu tabunu ochroniarzy.

Scenarzysta termobaryczny Wacław Berczyński wziął jednak nogi za pas. Więc pisowcy szukają innej dziury w całym – i… czepiają się nogawek Radosława Sikoirskiego.

„Dziennikarze” tygodnika „wSieci” z brudnego palca wyssali (achtung! achtung!), że Sikorski dopuścił się „kłamstwa pod przysięgą”, bo był zaangażowany w dyplomatyczne przygotowanie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska w Katyniu w kwietniu 2010 roku.

Chore do bólu. A dziennikarze tego tygodnika niech nauczą się pisać i posiądą arkana rzemiosła. Sikorski nie był zaangażowany w kampanię wyborczą, bo nie był z PiS-owskiego obozu.

A po co leciał Lech Kaczyński do Katynia? Wówczas twierdziłem, że z psychologicznego punktu widzenia był zmaltretowany przez brata – typowego wampira psychicznego – tacy ludzie podświadomie szukają ucieczki w samobójstwo.

A jego żyjący brat do dzisiaj uprawia psychiczny terroryzm. Maria Nurowska nazywa go psychicznym potworem. Uważam, że prezes niewiele się różni od bydgoskiego radnego, tamten tłukł żonę, dzieci i teściową, ten nie ma żony, dzieci i teściowej, ale używa przemocy do innych, narzędziami nawet bardziej bolesnymi, retorycznymi: elementem animalnym, gestapo, gorszym sortem. To jest uderzenie zacisniętą pięścią słowa. Kopem z glana metafory.

Wracając do Sikorskiego. A co mógł wówczas szef dyplomacji, wszak nie był ministrem organizacji?

Lech Kaczyński odpowiada moralnie (ale uśmiałem się przy tym egzystencjalnym oksymoronie) za katastrofę. Jak nieboszczyk może ponieść odpowiedzialność? Można go eksmitować z Wawelu. To byłoby jakieś wyjście. Quasi-dziennikarze „wSieci” coś tam chachnmęca w języku polskim, którym zresztą nie potrafią się posługiwać. Takim gościom zawsze wyjdzie groteska, kabarecik.

ODDAJMY CZEŚĆ WIELKIEMU CZŁOWIEKOWI

>>>

Osiół.

Andrzej Duda zaczyna się już bać. Pisze o tym Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”). Zatrzeszczała uruchomiona przez PiS machina niszczenia niezależności polskich sądów. Prezydent Andrzej Duda postawił się ministrowi Zbigniewowi Ziobrze i wstrzymał prace nad ustawą pozwalającą partii władzy przejąć kontrolę nad Krajową Radą Sądownictwa.

Prezydent ma wątpliwość, czy zakładane w ustawie skrócenie obecnej kadencji KRS jest zgodne z Konstytucją RP. A już zapowiadał się blitzkrieg na miarę zwycięstwa „przedstawicieli suwerena” nad Trybunałem Konstytucyjnym.

Ziobro o sądach: „patologia”

Media publiczne i prorządowe od miesięcy zohydzały wizerunek sędziów, przedstawiając ich jako zwyrodnialców, drobnych złodziei i alimenciarzy. Ziobro i jego współpracownicy w jednym zdaniu wymieniali sądy z takimi słowami jak „patologia”, „klika” oraz „sitwa”. Grozili dyscyplinarkami i brali w obronę sprawcę ataków na sędziego podczas rozprawy. Sejm, nie przejmując się sprzeciwem opozycji, wszystkich środowisk prawniczych i organizacji międzynarodowych, przyjął w pierwszym czytaniu nowe przepisy o KRS.

Wydawało się, że teraz sprawę klepnie tylko komisja sprawiedliwości z niezawodnym prokuratorem Piotrowiczem na czele, potem szybka ścieżka w Senacie, podpis prezydenta i latem, a najpóźniej jesienią Ziobro zamelduje prezesowi, że zadanie „odzyskania sądów” zostało wykonane.

Czemu Duda stawia się Ziobrze

Co poszło nie tak? Czemu prezydent stawia się Ziobrze, chociaż dotychczas „niezłomnie” parafował wszystko, czego tylko chciała partia? Przecież jeszcze niedawno Andrzej Duda mówił, że Ziobro był „najlepszym w historii ministrem sprawiedliwości”…

Nie wierzę w „przebudzenie” Andrzeja Dudy. Dotąd prezydent za nic miał nawoływania, by szanował swój urząd i stał na straży konstytucji. Nie przejmował się głosami swoich wychowawców z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy przypominali mu zasady państwa prawa wpajane na studiach prawniczych.

Duda się boi

Powód sprzeciwu głowy państwa wydaje się inny: Krajowa Rada Sądownictwa jest organem państwa, którego członkowie mają w konstytucji zagwarantowaną pełną kadencyjność. Oprócz KRS taką gwarancję ma w konstytucji tylko Prezydent RP. Jeżeli dzisiaj obecna władza zmieni tą zasadę odnośnie do Rady, to Andrzej Duda nie może mieć pewności, że władza następna (albo nawet jeszcze ta sama) nie zrobi tego w stosunku do jego urzędu.

Sprzeciw prezydenta to nie „przebudzenie”. To strach.

Dla radnego PiS Rafała Piaseckiego z Bydgoszczy.

Ambasador USA o kwestii smoleńskiej: nie widzimy już nic, co moglibyśmy zrobić

BRAWO DLA NIEZALEŻNYCH SĄDÓW. PROKURATURA NIE ZAMIECIE POD DYWAN KOLEJNEJ SPRAWY DZIAŁACZKI PiS

Monika Olejnik pisze o państwie PiS. W państwie praktycznym PiS-u – jakże innym od państwa teoretycznego PO! – armia może tracić 30 generałów i 250 pułkowników, można też sobie pozwolić na ujawnienie własnych szpiegów. Bo najważniejsze jest ściganie Tuska

Państwo za czasów PO przez osiem lat było teoretyczne – to ulubiony cytat z podsłuchanej rozmowy między Bartłomiejem Sienkiewiczem a Markiem Belką. Powtarzany przez prezydenta Andrzeja Dudę, premier Beatę Szydło, szefa MSW Mariusza Błaszczaka. Częściej cytowany jest Bartłomiej Sienkiewicz niż Henryk Sienkiewicz.

Dzisiaj rzeczywiście państwo polskie staje się praktyczne: pękająca opona w limuzynie prezydenta, pędzący samochód z panią premier zatrzymujący się na drzewie, uciekający z miejsca wypadku kierowca Antoniego Macierewicza.

W państwie praktycznym należy sobie wszystko podporządkować. Trwa zamach na sędziów, na Sąd Najwyższy. Najlepiej wszystkich wymienić i zacząć od początku, bo przecież jak to możliwe, by w sądach pracowali ci sami ludzie co przed 1989 r.?

Co innego w prokuraturze. Najnowsza „Polityka” pisze o wiceprokuratorze generalnym Waldemarze Puławskim, który „czuwa nad śledztwem dotyczącym Donalda Tuska”. Puławski od 1984 r. pracował w warszawskiej prokuraturze, a już w III RP weryfikował śledczych. A przypomnę jeszcze słynnego prokuratora Piotrowicza, który macha nam przed oczami konstytucją.

W państwie praktycznym można przesłuchiwać przez osiem godzin przewodniczącego Rady Europejskiej, żeby sprawdzić, czy przypadkiem służby rosyjskie i polskie ze sobą nie współpracowały. W państwie praktycznym szefem SKW może być człowiek, który znalazł na swoim płocie martwą wiewiórkę i twierdził, że ktoś mu ją przyczepił w odwecie za jego działalność. Po tzw. dobrej zmianie „wykańczać” caracale może dr Berczyński, który pochwalił się Magdalenie Rigamonti, jak uratował Polskę przed francuskimi śmigłowcami.

Ministerstwo Obrony Narodowej zaprzecza, oświadcza, że nie ma z tym nic wspólnego, ale okazuje się, jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”, że dr Berczyński dostawał dokumenty z Inspektoratu Uzbrojenia MON. Na jakiej podstawie? Tego nie wiemy. Dlaczego miał dostęp do materiałów niejawnych, tego też nie wiemy. W państwie teoretycznym byśmy zapewne wiedzieli.

Władza chce zmienić wszystko. Ma zakusy na konwencję antyprzemocową, choć jest wielu skorych do bitki mężczyzn, można takich odnaleźć w PiS.

W państwie praktycznym minister obrony narodowej może lekceważyć prezydenta, nie odpowiadać na jego listy, a armia może tracić 30 generałów i 250 pułkowników. W państwie praktycznym można sobie pozwolić na ujawnienie szpiegów dzięki czemu, jak pisze w „Wyborczej” Wojciech Czuchnowski, „obce służby, nie ruszając się zza biurka, mogą zidentyfikować naszych szpiegów, a potem odtworzyć ich kontakty za granicą”.

Ale co to obchodzi szefa SKW pana Piotra Bączka. On ściga Tuska i to jest najważniejsze przesłanie obecnej władzy.

PIĘKNE PODSUMOWANIE RZĄDÓW PiS. Rachunek sumienia znaleziony w sieci. Autor: Ada112

Waldemar Mystkowski pisze o ambasadorze Przyłębskim i Beacie Szydło.

Ambasador RP w Niemczech Andrzej Przyłębski nie może być pewien swego stołka, bo jego zwierzchnik Witold Waszczykowski też nie jest pewny posady, może wylecieć przy pierwszej lepszej rekonstrukcji. Nie wiem, jakim łukiem Przyłębski obejdzie ustawę dekomunizacyjną, wszak ma solidną teczkę w IPN jako TW Wolfgang. Może liczyć, iż ustawa zostanie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego, a tam żona Julia z innym agentem Mariuszem Muszyńskim znajdą jakiś haczyk, aby nie podlegał lustracji.

Przyłębski jednak musi punktować u prezesa, u którego splotem słonecznym czy też piętą Achillesa jest „Tusk”. Walniesz Kaczyńskiego Tuskiem to jęczy na cały kraj i wyzywa: ty elemencie animalny, najgorszy sorcie, gestapo. Przyłębski nieprzypadkowo przybrał ksywkę Wolfagang, bo lubi jako Wolf poszczekać, poszarpać za nogawki i wyć do księżyca.

W Berlinie Przyłębskiego nie tolerują, zresztą nie uprawia żadnej dyplomacji, bo dla polityki PiS jest ona zbędną. Ambasador a to załatwi salę kinową dla filmu „Smoleńsk” (kilka miesięcy za tym chodził), a to dla jakiegoś lokalnego dziennika poszczeka na Tuska. Proszę zauważyć, że nie piszę, iż zamienia się w kundelka, ale w Wolfa. Szarpie za nogawkę Tuska i szczerzy zęby na łamach „Neue Osnabrücker Zeitung”, sugerując, że to był niemiecki kandydat: „najwyraźniej z punktu widzenia Berlina istniały nie cierpiące zwłoki powody, by przedłużyć kadencję Donalda Tuska”.

Spowodowało, że – mówi to dyplomata (w istocie wzorzec z Sevres dyplomatołka wg definicji niezapomnianego Władysława Bartoszewskiego): „Wina za pogorszenie się stosunków polsko-niemieckich leży po stronie Niemiec”. Hau, hau – szczeka Wolf Przyłębski, a tak naprawdę boi się o posadę i melduje prezesowi: Heil, heil.

W o wiele ważniejszej niemieckiej gazecie, bo w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ) – ichniej „Gazecie Wyborczej” – ukazał się artykuł podpisany przez Beatę Szydło. Wszak wiadomo, że pani premier tego nie mogła napisać, lecz podpisała. Nie waham się tak nazywać, choć język jest szydłowski – ble, ble godny magla – pusty znaczeniowo, owijający bawełnę w inną bawełnę, jest to zresztą charakterystyka PiS. Nie potrafią zająć się konkretami, bo najlepsi są w pluciu na przeciwników politycznych.

Artykuł publikuje „FAZ” z powodu tego, iż w niedzielę w Hanowerze Szydło wraz z Angelą Merkel będą otwierały targi przemysłowe. Szydło „pisze” o wszystkim, a tak naprawdę o niczym, przy tym wciskając sporą dawkę kłamstw, pisowskiej trucizny. My, w Polsce już się uodporniliśmy (co cię nie zabije, to wzmocni), a szkoda, gdyż przeciwstawić się złu najlepiej za pierwszym razem, gdy jest determinacja. Szydło kłamie w czytelnicze niemieckie oczy: „Polska nie jest przygotowana na falę uchodźców”, ale „dobrze radzimy sobie z ponad milionem ukraińskich obywateli”.

Takich oszustw i bleblań jest co nie miara, ale pojawia się też inny ton: „Jesteśmy gotowi do zawierania dobrych kompromisów we wszystkich ważnych kwestiach europejskich”. Te „dobre kompromisy” znamy w Polsce jako „dobrą zmianę”. Niemcy ani nikt w Europie na to się nie nabiorą, bo nie ma żadnych „dobrych” konkretów.
Na szczęście o Tusku autor podpisany jako Szydło nic nie pisze. I to jest najlepszy element tego artykułu. Szydło w Niemczech jednak wystąpi i na jakimś konkrecie się wyrżnie, bo tak mają wszyscy pisowcy (Morawiecki, Waszczykowski, itd.), którzy na światowych salonach otwierają buzie.

REALIZUJE PLAN „POLSKA W RUNIE”?

UMARLIŚMY ZE ŚMIECHU :)))))))))

Pod MON pikieta przeciw szkodnikowi Macierewiczowi. ANTONI pod sąd! KTO JEST ZA?

Kleofas Wieniawa pisze o aferach Macierewicza.

Beata Szydło nie dostała pozwolenia od prezesa, aby zdymisjonować Antoniego Macierewicza. Więc wotum nieufności Platformy Obywatelskiej wobec ministra obrony będzie miało formę krytyki, a jest za co go rugać, bo to postać z pogranicza zaprzaństwa i zdrady.

Przegranym też może czuć się Andrzej Duda, dla którego polityka epistolarna jest najwyższą formą sprzeciwu i buntu wobec odebrania mu konstytucyjnych prerogatyw. Macierewicz i tak wykopyrtnie. Oby jak najprędzej, aby straty były względnie najmniejsze.

Afera z Wacławem Berczyńskim ma posmak korupcji i znamiona wielkiej afery. Ten człowiek tak czuł się pewnie pewnie, że chlapał jęzorem bez opamiętania.

Widać, iż wyobraźnię ma kiepską, bo fabuła z ładunkiem termobarycznym to jakość grafomanii. Na wierzch będą wychodzić coraz gorsze rzeczy.

DOBRE 🙂

>>>

NOCNE CZUWANIE NA NOWOGRODZKIEJ

Jerzy Stuhr po prostu genialny! Kiedyś teksty z Seksmisji były żartem, a dziś? Panie Jurku, z okazji urodzin, 100 lat!

Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”) pisze, jak IPN zdradził polskich szpiegów. Nazwiska prawie tysiąca oficerów i agentów wywiadu PRL i III RP ujawnia publicznie dostępny katalog IPN. Obce służby, nie ruszając się zza biurka, mogą zidentyfikować naszych szpiegów, a potem odtworzyć ich kontakty za granicą.

Wśród danych są nazwiska legalizacyjne, pod którymi oficerowie występowali za granicą. – To nieprawdopodobny skandal. Większość tych ludzi jeszcze żyje, czynne są ich kontakty. Państwo polskie po prostu ich zdradziło – mówi „Wyborczej” były oficer Agencji Wywiadu, do niedawna nadzorujący jeden z wydziałów w tej służbie.Według ustawy o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu ujawnione dane powinny stanowić najściślejszą tajemnicę państwową. Dlaczego więc znalazły się w domenie publicznej? Bo funkcjonariusze, których dotyczą, zaczęli służbę przed 1989 r. Ich nazwiska zostały ujawnione w ramach ustawy o IPN, która odtajnia materiały służb specjalnych PRL. Wcześniej szpiedzy, którzy pracowali dla niepodległej Polski, byli chronieni w tzw. zbiorze zastrzeżonym. Ale od końca 2016 r. decyzją szefów służb zbiór ten był odtajniany. Efekt? – Wystarczy ogólna sygnatura akt i mamy cały polski wywiad jak na dłoni – tłumaczy nasz rozmówca.

Dane z inwentarza IPN

Ta sygnatura to dla wywiadu 003175. Po wpisaniu jej w wyszukiwarkę „Inwentarza archiwalnego” pokazują się 973 zapisy. Przy większości z nich informacja o starej sygnaturze oznaczonej literą „Z”, czyli „Zastrzeżone”. To dane personalne szpiegów i oficerów wywiadu, zarówno tych z czasów zimnej wojny, jak i tych, którzy działali w końcówce PRL, a potem w III RP. Są tam oficerowie urodzeni w latach 60. (jest nawet rocznik ’68), co znaczy, że większość ich służby przypada na lata po upadku komunizmu. Ujawnione zostały zarówno ich prawdziwe nazwiska, jak i te, pod którymi występowali jako „oficerowie pod przykryciem” lub „nielegałowie”, najgłębiej utajnieni szpiedzy przez lata mieszkający za granicą.

Przykłady? „Inwentarz” potwierdza, że oficerem wywiadu był Mariusz Kazana, szef protokołu dyplomatycznego MSZ, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem. Z samego katalogu można się dowiedzieć, że jako oficer nosił nazwisko legalizacyjne Czarski, a do służby wstąpił w 1986 roku. W otwartych zasobach są dostępne trzy teczki Kazany – jedna z MSW i dwie z czasów jego służby wojskowej.

W „Inwentarzu” jako polski szpieg zdemaskowany jest też Jarosław Skonieczka. To jeden z urzędników, którzy wprowadzali Polskę do NATO. W połowie pierwszej dekady XXI w. był szefem wydziału ds. partnerstwa z krajami trzecimi w NATO. Do dziś pracuje w centrali Sojuszu. Spis podaje jego nazwisko legalizacyjne – Kutrzeba. Reszta dostępna w aktach.

W katalogu można też znaleźć operacyjne nazwiska dwóch polskich oficerów, którzy w latach 90. zginęli w Libii i Libanie, pełniąc służbę jako „oficerowie pod przykryciem”. Ich bliscy do dzisiaj dostają renty rodzinne, które w ramach ustawy dezubekizacyjnej mają być obniżone do 1500 zł brutto. Rodziny tych oficerów nie są nawet w stanie wystąpić do MSWiA o zastosowanie wobec nich procedury wyjęcia spod działania ustawy, bo nie znają szczegółów służby. Nie ma do nich dostępu samo ministerstwo.

1,6 mln rekordów z IPN

„Inwentarz archiwalny” to ten sam spis, który w 2004 r. wyciekł z IPN jako tzw. lista Wildsteina (od nazwiska prawicowego publicysty, który twierdzi, że wyniósł listę). Wtedy jednak spis liczył ok. 160 tys. nazwisk. Teraz ma ponad 1,6 mln tzw. rekordów. W większości to nazwiska.

Przez lata „Inwentarz” był dostępny tylko w archiwum Instytutu, jednak od 2012 r. można z niego korzystać poza IPN. Od 2016 r. trafiają do niego materiały ze zbioru zastrzeżonego, dotyczące m.in. pozytywnie zweryfikowanych oficerów i agentury przejętej przez służby III RP. Decyzja w sprawie ostatecznej likwidacji „zbioru zastrzeżonego” zapadła w marcu 2017 r. Naciskało na nią wybrane przez obecny rząd Kolegium IPN. Główną rolę odegrał w tym Sławomir Cenckiewicz, wiceszef Kolegium, były likwidator WSI i zwolennik lustracji. Wtedy w „Inwentarzu” znalazła się większość danych ludzi pracujących dla wywiadu.

W TAMTYCH CZASACH PREMIER NIE BYŁ MALOWANY… CZEŚĆ PAMIĘCI TADEUSZA MAZOWIECKIEGO!

Katarzyna Kolenda-Zalewska pisze o lepszych i gorszych ofiarach smoleńskich. Jakiekolwiek inne życie zamarło. Najważniejsze osoby w państwie słowem i czynem pokazywały prezesowi, że to one najlepiej czczą pamięć 10 kwietnia. I wyborcom PiS, bo także o nich – już poza głową prezesa – zaczęła się poważna walka.

Pani premier zorganizowała akademię ku czci, na której prezes podzielił się pojednawczą refleksją o lepszej części narodu, która cierpiała naprawdę, w przeciwieństwie do tych, którzy cierpieli na niby, a tak naprawdę to chyba się cieszyli, bo jak to inaczej rozumieć. Pani Szydło z panią Kempą już wcześniej wyczuły, że były ofiary lepsze i gorsze, i o tych gorszych w ich mniemaniu postanowiły zapomnieć. Po co na tablicy w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów prezes ma widzieć nazwisko wicepremier Jarugi-Nowackiej obok nazwiska Przemysława Gosiewskiego.Z porannego nastroju, kiedy to łzy kręciły się w oczach, patrząc na twarze tych, którzy zginęli, nie pozostał już prawie ślad.

Żadnego pojednania, żadnej wspólnoty. Prezydent zrozumiał to przesłanie najlepiej, bo w zeszłym roku jeszcze nie zrozumiał i wyskoczył z jakimś wybaczaniem. Prezes szybko ustawił go wtedy w szeregu, więc teraz prezydent błędu już nie popełnił. Z pełnego patosu przemówienia nie zostało nic poza obrazem całkowitej podległości. Było ono nie oddaniem czci, ale hołdu.

Do rywalizacji stanął też minister obrony narodowej. Prezes cały czas mówi o zbliżaniu się do prawdy, więc Macierewicz dał mu tę prawdę na tacy. Może jeszcze nie ma dowodów na zamach, ale są dowody na wybuchy. Jak mówi szef smoleńskiej podkomisji, stuprocentowo pewne. Wyborcy PiS są zachwyceni aktywnością szefa MON w sprawie katastrofy, a on dzięki ich lojalności buduje sobie polityczne zaplecze na tyle poważne, że nawet prezes zaczyna dostrzegać, że coś wymyka mu się spod kontroli.

Ogrodzona przestrzeń wokół Pałacu Prezydenckiego najdobitniej pokazuje, że władza życzy sobie świętować rocznicę w swoim gronie. Zawłaszczone miejsce pamięci staje się symbolem dzielenia społeczeństwa na tych, którzy rzekomo cierpieli, i na tych, którzy tylko cierpienie udawali. Niezapraszanie rodzin ofiar nie swoich na państwowe uroczystości to wyraz większego przemysłu pogardy niż jakakolwiek krytyka, która padła pod adresem Lecha Kaczyńskiego.

Rządzący dali jasno do zrozumienia. To nasza rocznica i wara wam od niej. Nie chcemy was tutaj. Nie będzie wspólnego świętowania, nie będzie też wspólnej pracy, współdziałania, łączących nas spraw. Jesteśmy od was innym, lepszym narodem.

Smutna była ta rocznica, ale wnioski z niej płynące są jeszcze smutniejsze.

ZAPLANUJCIE SOBIE W KALENDARZACH. TO JUŻ NIE SĄ ŻARTY. WYJDŹMY WSZYSCY MANIFESTOWAĆ WOLNOŚĆ, KTÓRĄ JESZCZE MAMY I KTÓREJ TRZEBA BRONIĆ!

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku, jako pani Pelagii.

Pani Pelagia bardziej mi pasuje do Mariusza Błaszczaka niż Mariusz z „Ucha Prezesa”, Pelagia ponadto pasuje wybitnie do takiego Bartosza Kownackiego, który wszak jest od bombek, jak rozmówczyni Zenona Laskowika „Z tyłu sklepu”.

PiS stoi Pelagiami nie tylko z powodów intelektualnych, ale też estetycznych, choć ubrani w drogie garnitury, to ze względu na „parcianą retorykę” („Potęga smaku” Zbyszka Herberta) są tymi skołtunionymi paniami Pelagiami.

„Pani Pelagia” Kownacki mianował akwarystę (od rybek na sprzedaż) Krzysztofa Kozłowskiego na szefa fabryki „bombek” Nitro-Chemu, największego w NATO producenta trotylu. Czy z tego wyniknie wielkie „buum!”? Z pewnością, acz może nie z tą fabryką, to prawem statystycznym coś pójdzie z „hukiem, z dymem”. Nieprzypadkowo PiS zdarzyła się katastrofa smoleńska, nieprzypadkowo rozwalają pancerne limuzyny. Niedołęstwo zawsze podobnie skutkuje.

„buum!” może pójść gospodarka, zbliżamy się do Grecji, nie będzie to jednak „taka piękna katastrofa” Zorby, ale Morawieckiego. Ten też jest Pelagią, innych prezes nie toleruje.

„Pelagia” Błaszczak zasłynął już „polskimi obozami kontenerowymi”. Wyobraźnia go jednak nie poniosła, bo zapowiedział, że tak jak w obozach koncentracyjnych, w jego obozach kontenerowych dla uchodźców będą druty kolczaste. Może nie doczytała Pelagia, że trzeba prąd puścić drutami, ale to przed nią, bo po wtorku wszak następuje środa.

„Pelagia” wypowiadał się w Polskim Radiu w programie 1 na temat „problemu wizerunkowego”, a miało PiS ten problem z powodu Bartłomieja Misiewicza. Ale co tam! – od czego jest „nasz lider, pan premier…”. Zrazu sobie pomyślałem, że Pelagia bawi się płciami, jak ja, takie polityczne gender, zresztą uprawiane przez Szekspira (pomyślałem, że Szydło jest „panem premierem”), lecz Błaszczak nie potrafi tego robić, bo mu kołtun zawadza, tym „panem premierem” jest… Kaczyński.

O, żesz. To Pelagii się „cofło” do lat 2006-2007. „Okazało się, że była potrzebna komisja, że była potrzebna interwencja lidera PiS, premiera Jarosława Kaczyńskiego, żeby ten problem zamknąć”. Komisja dla jednego Misiewicza, który ledwo zdał maturę i nie zrobił nawet licencjatu u Rydzyka? Czterech chłopa do wykopania jednego nieuka? No i Pelagia Błaszczak mnie nie zawiodła, bo to nie wina PiS. Tak jest! „Sprawa została rozwiązana. Nasi poprzednicy tylko przyklepywali sprawy”. Znaczy się, sprawa Misiewicza została załatwiona, bo poprzednicy – PO-PSL – przyklepywali… Misiewicza.

Takie Pelagie ma PiS: Błaszczak, Kownacki, Jaki… Budowniczy polskich obozów kontenerowych z drutem kolczastym, na razie bez prądu.

I CIERPLIWOŚĆ PREZYDENTA SIĘ WYCZERPAŁA 🙂 W TYM JEDNYM LIŚCIE WIDAĆ JAK BARDZO MACIEREWICZ LEKCEWAŻY DUDĘ.

Kleofas Wieniawa pisze o walce między Dudą a Macierewiczem.

Andrzej Duda poczuł juchę i postanowił wykorzystać okazję, aby dobić Antoniego Macierewicza. Nie tylko za upokorzenia, które zaznał, ale by zyskać jakąś pozycję w PiS. Wyciekł list Dudy do Macierewicza (z wiadomością dla Beary Szydło), w którym domaga zajęcia stanowiska w sprawie listów Biura Bezpieczeństwa Narodowego dotyczących ”szczególnego znaczenie dla bezpieczeństwa państwa”. Jest to pisowski enigmatyczny język, bo nie wiadomo dokładnie czego list dotyczy.

Czy Duda ma szanse?

Dobić Macierewicza – tak. Bo ministra obrony już nie da się schować w katakumbach, jak w czasie kampanii wyborczej do parlamentu, gdy Jarosława Gowina wyciągnięto za uszy i przedstawiono, jako królika do funkcji szefa MON.

Macierewicz będzie walczył, a drzazgi będą śmigać. Zagrozi Jarosławowi Kaczyńskiemu, ten ostatni może zechcieć postawić na Dudę, lecz prezydent z kolei wie, iż bez radykalnego postawienia się, grozi mu już 2020 roku Trybunał Stanu.

Przy czym Duda nie ma żadnego charakteru i jest marny politycznie. Tak! – władza PiS się sypie. Czy opozycja będzie potrafiła to wykorzystać?

Wcale nie potrzebny jest Donald Tusk, aby wbić kołek osikowy politykom PiS. Duda w cuglach przegra wybory choćby z Rafałem Trzaskowskim.

Erozja PiS szybko może przybrac postać lawiny. Mądrość opozycji wyrazić się winna tym, że potrafi przeciwdziałać by Polska nie spadła w przepaść wraz z PiS.

Czy opozycję stać na to? Czy są takie siły jak w 1989 roku? Mam sporo wątpliwości. Polscy politycy – jak w PRL-u – to niedojrzali ludzie, polska demokracja niemal skapitulowała przed takim satrapą na drabince z Tesco jak prezes Kaczyński.

I JESZCZE JEDEN I JESZCZE RAZ!!! KOCHAMY PANA PANIE JURKU

>>>

POCZUCIE WINY PROWADZI NAWET DO SZALEŃSTWA…

Stanisław Skarżyński (OKO.press, „Wyborcza”) pisze o nowym wynalazku Macierewicza ładunku termobarycznym. Z punktu widzenia nauki zamach w Smoleńsku jest tym samym co ufoludki w latających talerzach. Ze społecznego punktu widzenia – świadectwem fatalnej kondycji rozumu w Polsce.

Teoria o zamachu w Smoleńsku zwykle rozpatrywana jest w suchym porządku faktów. Analizując kolejne wypowiedzi Antoniego Macierewicza i jego akolitów wskazuje się ich błędy we wnioskowaniu, wytyka uznanie za udowodnione hipotez, które nie mają oparcia w faktach i przypomina raz po raz sekwencję zdarzeń, które doprowadziły do tego, że na kilkadziesiąt sekund przed katastrofą Tupolew w gęstej mgle leciał wprost na ścianę wzniesienia; mało brakowało, żeby odejście na drugi krąg się udało. Gdyby nie rosnąca tam brzoza, na której została trzecia część skrzydła, skończyłoby się na zadrapaniach i olbrzymim skandalu.

Tak jest i dziś, dzień po wyświetleniu najgłupszego filmu w historii prac „ekspertów” Macierewicza – internet i gazety wypełniają wyliczenia błędów logicznych, faktograficznych i fizycznych zawartych w prezentacji zespołu Wacława Berczyńskiego.

W porządku rozumu przyczyny katastrofy nie są żadną tajemnicą. Chcąc ją zgłębić przy pomocy oświeceniowego „szkiełka i oka” wystarczy czytać dużo mądrych dokumentów i w ten sposób poznać najlepsze z istniejących wyjaśnienie katastrofy, które jest dziełem ekspertów Jerzego Millera i Macieja Laska. Teoria nauki jest brutalna: dowód jest dobry tylko tak długo, jak długo nie zostanie obalony. Tymczasem naukową wartość ich raportu potwierdza to, że reaguje on na nowe fakty, takie jak poprawiony odczyt stenogramów czy kolejne badania.

Z punktu widzenia nauki zamach w Smoleńsku jest hipotezą bez śladu dowodu, ma dokładnie ten sam status naukowy co ufoludki w latających talerzach. Ale świadectwem kondycji rozumu w Polsce jest nie tylko to, że wciąż 14 procent Polek i Polaków wierzy w zamach, ale również to, że pozostali pozwolili, by wybory prezydenckie i parlamentarne wygrała partia, której wiceprezesem jest najwybitniejszy w Polsce opowiadacz smoleńskich głupot. Na marginesie, fizyka to niejedyny przedmiot, na którym PiS jest z rozumem i wiedzą na bakier, lecz wykorzystuje to, że ocen nie wystawia nauczyciel, lecz obywatele w demokratycznym głosowaniu: czarodziejska stała się dzięki temu artmetyka, stosowana nie tylko w ekonomii, ale również w polityce zagranicznej, oraz gramatyka, w której Kaczyński może „wyłanczać”, a Krystyna Pawłowicz „wziąść”.

Za PiS stoi dobrze opisana potrzeba ludzka nakazująca sięgać po czary i fałszywe wyjaśnienia, by unikać poczucia zagrożenia ze strony rzeczywistości, która raz po raz demonstruje swoją bezwzględność. W porządku nauk społecznych to samo zjawisko z stoi za popularnością zamachu w Smoleńsku, za dociekaniami jak była ubrana, czy piła alkohol i czy „prowokowała” ofiara gwałtu oraz za tłumaczeniem bezrobocia lenistwem, nieuctwem i brakiem kręgosłupa tych, którzy są biedni i pozbawieni realnej możliwości zmiany owego stanu.

Tyle że dostrzegając to, dochodzi się paradoksu. Polski zwolennik rozumnego podejścia do świata musi – rozumem właśnie – przyjąć do wiadomości, że nie przez rozum wiedzie dziś droga do sukcesu. Dowodem fakt, jak licznie nasi współobywatele i współobywatelki albo sami ulegają potrzebie nadawania światu sensu przez  myślenie magiczne, albo – to postawa powszechniejsza – owo myślenie magiczne szczególnie im nie przeszkadza.

Ich decyzje i postawy to krzyk w stronę racjonalnych mediów, racjonalnych partii oraz racjonalnych współobywateli: „inaczej opowiedzcie nam tę historię. Nie przez rozum, ale przez serce. Nie tak, żeby to miało sens, ale przede wszystkim tak, żeby się chciało w to uwierzyć i dla tego żyć”.

Jak? Tego „szkiełko i oko” nie powiedzą. Ale jeśli nie dostaną opowieści mniej trucicielskiej, lecz równie emocjonalnej co smoleńska, dalej będą odpływać w objęcia współczesnych czarowników: Wacława Berczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego.

Misiewicz wraca. MON nie podlega żadnej kontroli. To groźne, bo dysponuje jedną dziesiątą budżetu państwa!

Paweł Wroński pisze o powrocie Misiewicza.Odnalazł się skarb ekipy Prawa i Sprawiedliwości – Bartłomiej Misiewicz. Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita”, 10 kwietnia zaraz po obchodach smoleńskich zarząd Polskiej Grupy Zbrojeniowej zdecydował, że Misiewicz zostanie pełnomocnikiem zarządu ds. komunikacji. Zarząd jest w całości obsadzony ludźmi ministra Macierewicza.

Całe szczęście. Przez dłuższy czas nawet wiceministrowie w MON nie wiedzieli, co robi ulubieniec ministra Macierewicza – z wykształcenia maturzysta z doświadczeniem technika w aptece Aronia w Łomiankach – szef gabinetu politycznego i rzecznik resortu. Szkoda byłoby, aby tak wielki talent polityczny marnował się w ukryciu.

To już drugie wejście Bartłomieja Misiewicza do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. We wrześniu ubiegłego roku okazało się, że został tam członkiem rady nadzorczej. Nie miał co prawda koniecznego wyższego wykształcenia ani nie ukończył kursu na członków rady nadzorczej, ale na jego potrzeby w sierpniu został zmieniony status PGZ. Ustąpił. Potem były lutowe nieszczęsne występy w nocnym klubie, ale z fotograficznej ustawki w tabloidach wynika, że Misiewicz lekko schudł, ustatkował się, znalazł miłość i być może nawet studiuje to „normalne prawo” na uczelni w Toruniu.

Bartłomiej Misiewicz stał się symbolem pisowskich rządów. Dzięki nim młodzi, niekompetentni, ale obdarzeni tupetem i protekcją partyjnych notabli i ojca Tadeusza Rydzyka mogą wierzyć, że też będą zajmować najbardziej eksponowane stanowiska i korzystać z uroków życia. W poprzednim, złym „minionym okresie”, gdy wybitny specjalista od PR Igor Ostachowicz – doradca premiera Donalda Tuska -został zatrudniony w zarządzie Orlenu jako specjalista od PR, protestowały zgodnie wszystkie media z „Wyborczą” na czele. Głosiliśmy, że jest to złamanie zasad oraz przyzwoitości. Ostachowicz w ciągu doby zrezygnował. W przypadku Misiewicza chyba nikt specjalnie głośno nie będzie protestował. A odetchnie z ulgą. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy ekipa PiS znacząco przesunęła zasady przyzwoitości, kierując się niezłomnie zasadą TKM.

Dlatego po tej nominacji należy złożyć serdeczne gratulacje Misiewiczowi, a jeszcze większe pracownikom MON oraz polskim żołnierzom. Do tej pory ulubieniec ministra Macierewicza skutecznie rozstawiał wszystkich po kątach w ministerstwie, testował poziom służalczości, nakazywał wojskowym oddawanie sobie honorów wojskowych, co wpływało dewastująco na morale żołnierzy. Teraz będzie mógł nadal być faktycznie u boku Antoniego Macierewicza, będzie mógł w PGZ robić to, co w MON za większe pieniądze, a szkody dla polskiej armii będą mniejsze.

O tym, że „Misiewicz powinien zniknąć z życia publicznego”, mówił prezes Jarosław Kaczyński, „niedojrzałość Misiewicza” do zajmowania wyższych stanowisk wskazywał prezydent Andrzej Duda. Gratulacje należą się więc także ministrowi Macierewiczowi. Nominacja Misiewicza to może być znak ostatecznego zwycięstwa nad obiekcjami prezesa Kaczyńskiego i marudzeniem prezydenta Dudy. Cóż, w końcu jest to godna nagroda za wynalezienie „bezgłośnego wybuchu ładunku termobarycznego” na pokładzie Tu-154 w siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Mam nadzieję, że Bartłomiej Misiewicz jeszcze z pewnością wypłynie. Wicemarszałek Joachim Brudziński już twierdzi, że przejdzie do historii europejskiego PR-u. Ma bowiem w sobie wszystkie cechy, które czynią zeń doskonałego działacza obecnej ekipy, bohatera naszych czasów.

PRZED KIM SIĘ TAK CHRONI? PRZED POLAKAMI? Piękny przykład dla żołnierzy.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu.

Podkomisja Antoniego Macierewicza dokonała kopernikańskiego odkrycia o ładunku termobarycznym, który eksplodował w smoleńskim Tupolewie. Dlaczego inni nie wpadli na ten pomysł? Proste – bo nie ma żadnych dowodów, a podzespół Wacława Berczyńskiego, choć nie przedstawił cienia dowodu, za to dowiódł. Nawet udało się im pokonać prawa fizyki, iż wybuch jest szybszy od dźwięku, a rozum od fantazji.

Popularny portal lotniczy FlightGlobal.com zaczyna opis najnowszego dzieła podwładnych  Macierewicza „O obrotach sfer smoleńskich” od enuncjacji: „Polski rząd podsyca niezdrową urazę wobec katastrofy prezydenckiego Tu-154 w Smoleńsku, która teraz objawia się jako farsa urojeń”. Im głębiej w tekst, tym bardziej mnożą się określenia, jak: „obsesja”,  „urojona farsa” i „paranoja”. Zaś nieumiejętność przyznania się, iż katastrofa była tragicznym wypadkiem i niczym ponadto, jest „tchórzostwem na potwornym poziomie”.

Kopernik nie był tak odważny, jak Giordano Bruno, ani jak Macierewicz, poczekał z publikacją wiekopomnego dzieła, aż wyzionie ducha. Macierewicz jest tego świadomy, iż jego światłość mogłaby stać na przeszkodzie wielkich tego świata, więc utworzył wokół swojej osoby kordon nie do przeniknięcia dla wrogów.

Jak podaje portal onet.pl, ministra obrony chroni prawie stu żandarmów. Naprzeciw adresu Macierewicza na Żoliborzu zostało opróżnione mieszkanie, w którym ochrona pod bronią nie spuszcza 24 godzin na dobę osoby Macierewicza. Dyżury są pełnione rotacyjnie, jak zmiany warty w jednostkach wojskowych.

Kiedy Macierewicz ma gdzieś przebywać jakiś czas, wcześniej wkraczają pirotechnicy z psem, sprawdzają, czy miejsce jest czyste i niezagrożone. Kontrolowane są auta i samoloty, którymi podróżuje Macierewicz. Utrzymanie jest ogromnie wysokie, bo ci ochroniarze mają uposażenie większe niż żołnierze GROM, plus dodatki za niebezpieczeństwo. Całkiem możliwe, że posiłki serwowane Macierewiczowi są sprawdzane przez jakiegoś podręcznego kuchcika. Przeżyje kuchcik, Macierewicz zaczyna szamanie, zatruje się lub zejdzie, Macierewicz zaznaje głodu.

Nie są to jakieś moje dowcipy, to dzieje się w Polsce, tę paranoję ma minister. Wiemy, że ochrona Kaczyńskiego kosztuje rocznie blisko 1,5 mln zł, a Macierewicza jest grubo wyższa, lecz prezes jest tylko posłem. Macierewicz nie jest urojony, Macierewicz dostarcza urojenia, bo jest tych urojeń właścicielem. Taka to paranoja.

TYLKO KOMUNIŚCI POTRAFILI TAK KŁAMAĆ

>>>

Takie paranoiczne odpowiedzi padają na pytania o nowe teorie smoleńskie.

Kłamstwo zawsze dzieli.

Mamy nowe pojęcie smoleńskie: ładunek termobaryczny. Co to jest? Wyjaśnia Piotr Cieśliński („Wyborcza”). Ładunek termobaryczny eksplodował na pokładzie tupolewa. W wyniku tego wybuchu konstrukcja maszyny została rozerwana – to najnowsze ustalenia podkomisji smoleńskiej przedstawione z okazji siódmej rocznicy katastrofy w Smoleńsku.

Co to jest ładunek termobaryczny? Zwany jest także bombą paliwowo-powietrzną. Składa się z zapalnika oraz paliwa lub sproszkowanego materiału wybuchowego, które są rozpylane w powietrzu. Zapalnik powoduje zapłon i wybuch tak rozpylonego aerozolu czy pyłu.

Prostą wersję ładunku termobarycznego można zrobić domowym sposobem – rozpylając w powietrzu chmurę mąki i ją podpalając (ale lepiej tego w domu nie próbować). Zresztą w ten sposób zostały one wymyślone – kiedy ludzie podpatrzyli eksplozje węglowego miału w kopalniach, mąki w młynach czy pyłu w silosach zbożowych.

Ładunków termobarycznych używano w Wietnamie i Zatoce Perskiej

Ponieważ taka bomba zawiera samo paliwo bez utleniacza (utleniaczem jest po prostu tlen z powietrza), to eksploduje z większą mocą niż inne bomby konwencjonalne o tej samej wadze.

Jej moc niszcząca tkwi w kuli ognia, która pali wszystko, co znajdzie się w jej zasięgu, ale przede wszystkim w długotrwałej fali uderzeniowej o dużym ciśnieniu. Stąd wzięła się też nazwa takiego ładunku – termobaryczny:  od greckich słów therme (temperatura) i baros (ciśnienie).

Zwykle używa się go do wywołania eksplozji w dużej objętości setek, a nawet tysięcy metrów sześciennych, która ma na celu burzenie dużych struktur, schronów i całych baz (wybuch trotylu o tej samej masie jest skondensowany w dużo mniejszej objętości, ma o wiele mniejszy zasięg). Takich bomb Amerykanie używali w Wietnamie do niszczenia kryjówek Vietcongu, a także podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, a Rosjanie w Czeczeni.

Ale są też wersje mniejsze – granaty, a nawet naboje, które eksplodują w powietrzu na tej samej zasadzie, co lotnicze bomby termobaryczne.

Ładunek termobaryczny – charakterystyczne ślady na ciałach ofiar

Jeśli taka bomba eksplodowała w tupolewie, który zniżał się do lądowania w Smoleńsku, to powinna pozostawić charakterystyczne ślady. Nie tylko na fragmentach samolotu, ale w ciałach ofiar. Ponieważ tuż po eksplozji, gdy spada temperatura kuli ognia, powstaje efekt „zasysania” powietrza z otoczenia. Tworzy się chwilowa „próżnia”, a ten, kto znajdzie się w jej zasięgu, dosłownie się dusi. Z tego powodu takie ładunki nazywa się też bombą próżniową.

Eksplozja w pomieszczeniu zamkniętym ma dramatyczny przebieg, bo fala uderzeniowa ulega wielokrotnemu odbiciu od ścian. Ofiary giną od szoku ciśnieniowego (mają uszkodzone błony bębenkowe i narządy wewnętrzne), doznają oparzeń wdychając płonącą chmurę, a gdy pojawia się próżnia, ich płuca są dosłownie rozrywane, jak po wyjściu ze stacji kosmicznej bez skafandra w otwartą przestrzeń.

Wojciech Czuchnowski objaśnia w prostych słowach, na czym polega nowe kłamstwo smoleńskie. Poniedziałkowy pokaz „ustaleń” powołanej przez rząd PiS podkomisji smoleńskiej był triumfem partyjnej woli nad prawdą i zdrowym rozsądkiem.

Latami skrzyknięci przez Antoniego Macierewicza „eksperci” nie mogli znaleźć dowodów na wybuchy i na zamach jako przyczynę katastrofy smoleńskiej. Teraz znaleźli sposób, jak sobie z tym poradzić.

Ponieważ na wraku i w miejscu katastrofy nie było śladów eksplozji, wymyślili, że na pokładzie wybuchła „bomba termobaryczna”, bo nie zostawia ona śladów takich jak klasyczny ładunek.

Do bomby dopasowali fakty, pomijając oczywiste dowody zapisane np. na czarnych skrzynkach. Z pełną powagą prezentowali opinii publicznej m.in. szaleńczą teorię o samolocie, który mimo utraty kilku metrów skrzydła wcale nie musiał się rozbić, i o „eksplozji, która zabiła pasażerów” jeszcze przed uderzeniem maszyny w ziemię.

Po tym szokującym seansie – który nomen omen odbył się w sali kinowej – dziennikarze nie mogli zadać ani jednego pytania. Wszystko to odbyło się w oficjalnej oprawie uroczystości państwowej w budynku szanowanej Wojskowej Akademii Technicznej.

Od 10 kwietnia 2017 r. kłamstwa szarlatanów od Macierewicza pójdą w świat jako prawda głoszona przez państwo polskie. To chyba najsmutniejszy wniosek z smoleńskich uroczystości.

Waldemar Mystkowski pisze o „święcie PiS” – rocznicy katastrofy.

7. rocznica katastrofy smoleńskiej powinna być dniem pamięci o ofiarach, a dla osobników o głębszej osobowości – dniem refleksji. Myśl mogłaby być skierowana na sens egzystencji, jakąś refleksję metafizyczną, włącznie z eklezjastyczną „marnością nad marnościami”. Dla umysłów krytycznych refleksja mogłaby być okraszona przekleństwem polskiej bylejakości. Acz w takim dniu nie powinno się rozdrapywać ran, bo do tego służą pozostałe 364 dni w roku.

Jednak partia rządząca PiS co roku urządza swój jarmark bohaterszczyzny Lecha Kaczyńskiego, którego czyni główną postacią partyjnych jasełek. Ogłaszane są coroczne wyniki konkursu nowej teorii spiskowej, czyli „dojścia do prawdy o zamachu smoleńskim”.

Można z tej rocznicy skręcić całkiem zgrabną groteskę, opowieść dokumentalną, uczestnicząc aktywnie w rytuałach pisowskich, albo groteskę czysto artystyczną – siedem lat to wystarczający szmat czasu, aby nabrać dystansu do tej tragedii. Przecież o katastrofie smoleńskiej i kręceniu mitu smoleńskiego tak naprawdę nie ma żadnego dzieła, bo do takich nie zaliczam zakalców artystycznych, więc na takie dzieło już czas.
Obserwuję ten dzień – 10 kwietnia 2017 roku – bardzo wybiórczo, opatrzył mi się czarny humor, odnotuję parę spraw i je skomentuję kilkoma słowy.

Mamy nową teorię zamachową, która będzie obowiązywała przez rok wśród wyznawców ludu smoleńskiego aż do następnej rocznicy. Zawinili rosyjscy kontrolerzy lotu na lotnisku Siewiernyj (o czym wiemy od czasu publikacji raportu rządowego Jerzego Millera) i powracamy do teorii wybuchu. Tym razem nazywa się go eksplozją ładunku termobarycznego (cokolwiek on znaczy). Przeprowadzono nawet kosztowne eksperymenty, których wartość naukowa zdaje się taka, jak ekspertów Macierewicza, którzy nie są ekspertami w żadnej z dziedziny katastrof lotniczych.

Maciej Lasek nazwał te teorie rodem z tandetnych filmów klasy C. To, że to nie trzyma się kupy, bo o rozumie nie warto wspominać, świadczy brak związku z danymi z rejestratorów Tupolewa, tj. czarnych skrzynek. Po prostu coś sobie założyli i następnie za grube pieniądze doszli do końcowego wniosku dowodowego: „co było do udowodnienia” – zamach.

Dla mnie jest to groteskowe, ale takie nie musi być w działaniach międzynarodowych, bo za tym musi iść oskarżenie rządu rosyjskiego, gdyż kontrolerzy wykonywali zlecone im zadanie. Acz z tym ładunkiem termobarycznym może być tak, że został zainstalowany przez polskich pirotechników albo wniesiony przez jakiegoś uczestnika lotu.

W Kancelarii Premiera została odsłonięta tablica poświęcona trzem postaciom, które zginęły pod Smoleńskiem, Lechowi Kaczyńskiemu, Przemysławowi Gosiewskiemu i Zbigniewowi Wassermannowi. Dlaczego jednak poinformowano, iż „upamiętniono 96 ofiar”? Wytłumaczenie jest jedno, mianowicie jest to logiczny dalszy ciąg słynnego 1:27, tym razem – 3:96.

Antoni Macierewicz z kolei popisał się innowacyjnie w swoim stylu. Odsłonił na powietrzu popiersie Lecha Kaczyńskiego przed budynkiem Dowództwa Garnizonu Warszawa, po czym został ów biust przeniesiony do środka. W myśl groteskowej formuły należy postawić pytanie: czy popiersie miało zobaczyć świat zewnętrzny, czy świat miał zobaczyć popiersie brata Jarosława Kaczyńskiego?

Gdy to piszę święto pisowskie, trwa w najlepsze, ledwie trawię ten funeralny szajs. Polska za sprawą PiS stała się żałosnym krajem, na skraju śmieszności.

Kleofas Wieniawa pisze o tablicy pamiątkowej w Kancelarii Premiera.

Mickiewicz po śmierci jest tak samo wielki, jak przed śmiercią, acz należy pamiętać, iż w pierwszym roku po publikacji „Pana Tadeusza” patrioci-czytelnicy kupili 15 egzemplarzy tego genialnego dzieła.

Patrioci przed śmiercią i po śmierci byli analfabetami patriotyzmu, zaś gdyby w czasach Mickiewicza istniały kije bejsbolowe użyliby w obronie swego analfabetyzmu.

Przed śmiercią Przemysław Gowskiewski był małym człowieczkiem, który tylko mógł powodować salwy śmiechu, gdyby ktoś chciał mu się dłużej przyglkądać i miał – jak pisał kolejny wielki poeta Zbigniew Herbert – zastosować do niego kategorię „Potęgi smaku”.

Po śmierci zaś stał się cennym dla obydwóch żon na kilka milion odszkodowania dla każdej.

O zmarłych mówi/pisze się tylko dobrze w dniu pogrzebu i w ciągu kilku dni żałoby, bo potem zmarli powracają do swoich rozmiarów.

Małym politykiem – co widać po pismach pośmiertnych, a tych brak – był Lech Kaczyński, choć jego „zasługą” jest katastrofa smoleńska z powodu, iż był dysponentem lotu Tu154M 10 kwietnia 2010 roku do Smoleńska.

W Kancelarii Premiera została odsłonięta tablica pamiątkowa, którą poświęcono trzem postaciom Kaczyńskiemu, Gosiewskiemu i Zbigniewowi Wassermannowi.

Dlaczego brak innych nazwisk, a wszystkich ofiar było 96, choć byłych ministrów i wiceministrów mniej? A kto za ileś lat będzie pamiętał Beatę Szydło, wyjątkową premier rządu po 1989 roku i to bynajmniej jej wyjątkowość nie wypływa z jakichś zasług.

3 mazwiska na tej tablicy w Kancelarii Premiera – co udało mi się dostrzec: kicz artystyczny – to w stosunku do ofiar, jak 3:96.

Swoista powtórka 1:27. Żałosne towarzystwo, najbardziej groteskowe w historii Polski, nawet przebijające w tym komuchów. PRL PiS.

Tomasz Lis ma rację.

>>>

KOGO JESZCZE SPROWOKUJĄ NIE MAJĄC ŻADNYCH DOWODÓW?

BRAWOOOO PISOWSKA ZMIANO

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze, co wydarzyło się w Smoleńsku. Nadal około 20 proc. z nas wierzy, że katastrofa smoleńska to nie był po prostu wypadek lotniczy. Dlatego podajemy garść konkretnych argumentów, które pomogą w rozmowie z przyjaciółmi czy bliskimi, którzy uwierzyli w zamach.

Rano 10 kwietnia 2010 r. ważący prawie 80 ton Tu-154 w biało-czerwonych barwach próbował w gęstej mgle poderwać się znad drzew rosnących przed lotniskiem w Smoleńsku. Nie dał rady. Zahaczył skrzydłem o brzozę, obrócił się na plecy, uderzył o ziemię. Zginęli wszyscy, 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński. Lecieli na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

„To nie był po prostu wypadek lotniczy. Przypadkiem, przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności czy zaniedbanie, jednocześnie śmierć ponieśli najwyżsi rangą urzędnicy państwowi i niemal całe dowództwo sił zbrojnych? Takie rzeczy się nie zdarzają”. Wpierw nieśmiało, w internecie, ale wkrótce dołączyli do nich politycy. Że to sztuczna mgła była, że hel został rozpylony nad lotniskiem, że we wnętrzu samolotu był paraliżujący gaz i bomba paliwowa, że były wybuchy (jeden, dwa lub trzy), że samolot rozpadł się w powietrzu – tak przedstawiano przyczyny katastrofy smoleńskiej na łamach prawicowych mediów. Pisano też o „tych, którzy przeżyli” i o tajemniczych wyciekach z samolotu.

Te wszystkie teorie spiskowe padły na podatny grunt. Jeszcze niedawno w zamach smoleński wierzył blisko co trzeci Polak. Ta wiara słabnie, ale nadal spora grupa – około 20 proc. – wierzy, że to nie był po prostu wypadek lotniczy. Ponad połowa Polaków tę spiskową teorię odrzuca. Hipoteza zamachu wciąż sprawdza się jako polityczne paliwo. Dlatego przypominamy najczęściej zadawane pytania o przyczyny katastrofy smoleńskiej – i podajemy odpowiedzi, sformułowane tak, by laik wiedział, o co chodzi.

To garść konkretnych argumentów, które mogą się przydać w spokojnej rozmowie z sąsiadem, koleżanką z pracy, przyjaciółmi, bliskimi, którzy uwierzyli PiS-owi, że ktoś zamachnął się na życie prezydenta Kaczyńskiego.

Katastrofa smoleńska. Czy doszło do niej przez mgłę?

Gdyby nie ona, do katastrofy zapewne by nie doszło. Ale gdyby załoga przestrzegała procedur bezpieczeństwa, samolot by się nie rozbił.

Minimalne warunki do lądowania Tu-154 na takim lotnisku jak Siewiernyj to 1000 m widoczności poziomej i 100 m pionowej – czyli będąc na tej ostatniej wysokości, załoga musi zobaczyć ziemię, by zacząć się zniżać. O 8.14 białoruski kontroler z Mińska informuje po angielsku załogę, że w Smoleńsku widoczność pozioma wynosi zaledwie 400 m. Chwilę potem kpt. Arkadiusz Protasiuk, dowódca załogi, mówi do stewardesy: „Nieciekawie, wyszła mgła, nie wiadomo, czy wylądujemy”. Anonimowy głos pyta: „A jeśli nie wylądujemy, to co?”. „Odejdziemy” – odpowiada Protasiuk.

O 8.23 dochodzi do pierwszej rozmowy załogi z wieżą w Smoleńsku, która informuje, że widoczność pozioma to 400 m i że „warunków do przyjęcia [samolotu] nie ma”. Dowódca odpowiada: „Dziękuję. Jeśli można, spróbujemy podejścia, a jeśli nie będzie pogody, wtedy odejdziemy na drugi krąg”. Kontroler pyta więc, ile Polacy mają paliwa (odpowiedź: 11 ton) i jakie przewidziano lotniska zapasowe. „Mińsk i Witebsk” – mówi kpt. Protasiuk.

Załoga tupolewa rozmawia też w tym czasie z załogą jaka-40, którym wcześniej przylecieli do Smoleńska dziennikarze. „Ogólnie rzecz biorąc, to pizda tutaj jest. Widać ok. 400 m i na nasz gust podstawy [chmur] są poniżej 50 m grubo” – ocenia por. Artur Wosztyl, dowódca załogi jaka. „No, nam się udało w ostatniej chwili wylądować, natomiast powiem szczerze, że możecie próbować jak najbardziej. (…) Możecie próbować, ale jeśli wam się nie uda za drugim razem, to proponuję wam lecieć np. do Moskwy albo gdzieś”.

O 8.30 załoga jaka-40 dorzuca, że kilkadziesiąt minut przed przylotem tupolewa na Siewiernym próbował lądować rosyjski transportowy Ił-76, ale choć pilot doskonale znał lotnisko, po dwóch nieudanych próbach odleciał do Tweru. O 8.37 załoga jaka znów łączy się z Tu-154 i ocenia, że widoczność pozioma to zaledwie 200 m.

Katastrofa smoleńska. Czy jej przyczyną jest brzoza?

Zderzenie z nią było skutkiem tego, że samolot znalazł się zbyt nisko. Mierzące kilkanaście metrów wysokości drzewo rosło 855 m od progu pasa startowego. Tupolew złamał brzozę na wysokości 6,66 m, w miejscu, gdzie jej średnica wynosi ok. 40 cm. W wyniku uderzenia maszyna straciła około jednej trzeciej lewego skrzydła, wpadła w niekontrolowany obrót w lewą stronę i plecami uderzyła w ziemię.

Fakt zderzenia z brzozą jest bezsporny – oprócz zeznań świadków potwierdziły to kawałki skrzydła Tu-154 wbite w drzewo, elementy maszyny leżące pod nim oraz odłamki brzozy w szczątkach samolotu.

Dlaczego samolot był tak nisko?

Tuż przed pasem lotniska jest głęboki na maksymalnie 60 m jar, a załoga korzystała z niewłaściwego wysokościomierza. Pierwszy pilot przestawił ciśnienie na swoim wysokościomierzu barometrycznym, który podaje faktyczną wysokość od poziomu lotniska, by wyłączyć alarmowe komunikaty systemu TAWS („terrain ahead”, czyli „ziemia przed tobą”, i „pull up”, czyli „natychmiast do góry”). Nawigator zamiast z wysokościomierza barometrycznego odczytywał wysokość z radiowysokościomierza podającego faktyczną odległość od ziemi – czyli od dna jaru, a nie poziomu pasa startowego.

Czy tupolew lądował?

Wszystko wskazuje na to, że załoga nie chciała lądować, ale za późno podjęła decyzję o tzw. odejściu na drugi krąg. Z analizy stenogramów wynika, że po pierwszej komendzie „odchodzimy” przez chwilę nic się nie działo. Po komendzie drugiego pilota został odnotowany nieznaczny ruch sterami, ale taki, który nie przerwał pracy autopilota. Dopiero później dowódca pociągnął wolant na siebie. Sekundę potem manetki silników zostały przestawione na położenie startowe, czyli na maksymalną moc. Ale było już za późno, by poderwać ważący blisko 80 ton samolot.

Z zapisu czarnych skrzynek wiemy, że prezydencki tupolew prawie do końca leciał na autopilocie. I to był błąd, bo na lotnisku Siewiernyj nie było systemu ILS (instrumental landing system), więc samolot nie mógł sam odlecieć. Jasno mówi o tym instrukcja techniki pilotowania Tu-154.

Komisja Millera wykonała eksperyment na bliźniaczym tupolewie i potwierdziła, że próba wykorzystania do odejścia autopilota zabrała załodze pięć bezcennych sekund – dźwięk sygnalizujący zerwanie autopilota i przejście na sterowanie ręczne czarna skrzynka zarejestrowała o 8:40:57:5. Maszyna była wtedy tylko 2 m nad poziomem lotniska, 28 m nad ziemią i leciała z prędkością 277 km/godz. (ok. 72 m/s).

Komisja Millera ustaliła też, że dowódca tupolewa lubił latać na automatycznym pilocie, był z pokolenia, które bardziej wierzy w systemy komputerowe niż w ręczne sterowanie. W dodatku załogi 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego niezwykle rzadko latały na lotniska bez ILS i nie miały doświadczenia w lądowaniu bez tego systemu.

Rosyjscy kontrolerzy są winni katastrofy smoleńskiej?

Współwinni. Polska prokuratura chce postawić zarzut umyślnego spowodowania katastrofy ppłk. Pawłowi Plusninowi (kierownikowi lotów 10 kwietnia 2010 r.) i mjr. Wiktorowi Ryżence (kierownikowi strefy lądowania obsługującemu radiolokacyjny system naprowadzania). Polscy prokuratorzy uznali, że powinni zamknąć lotnisko z powodu fatalnych warunków atmosferycznych.

Ze stenogramów rozmów na wieży (też są rejestrowane) wiemy, że Rosjanie uważali, iż tupolew w ogóle nie wystartuje z Warszawy, a gdy był już w powietrzu, kontrolerzy rozważali skierowanie go na zapasowe lotnisko. Nie byli jednak samodzielni – na wieży był też płk Nikołaj Krasnokutski, który kontaktował się z dowództwem w Moskwie, i to on anulował decyzję ppłk. Plusnina, który chciał odesłać tupolewa na inne lotnisko. Moskwa uznała bowiem, że zamknięcie lotniska wywoła skandal dyplomatyczny.

W dodatku na pokładzie tupolewa język rosyjski znał tylko dowódca samolotu i to on, a nie nawigator, prowadził rozmowy z wieżą, zamiast skupić się wyłącznie na pilotowaniu maszyny.

Załoga nie znała też rosyjskich procedur i nie zrozumiała komendy „pasadka dopołnitielno”, co znaczy „lądowanie warunkowo”. Tupolew powinien się zniżyć na wysokość 100 m – do tzw. wysokości decyzji – i czekać na kolejne polecenia. Kiedy wszystko jest w porządku, a załoga widzi ziemię, wieża powinna wydać komendę „pasadku razrieszaju” – to jest właśnie zgoda na lądowanie. Załoga powinna ją potwierdzić słowami „pasadku razrieszili”.

Gdy tupolew się zniżał, kontroler kilka razy przekazał załodze komunikat „na kursie i na ścieżce” – ostatni raz, gdy maszyna była 2 km od progu pasa startowego. Oznacza to, że samolot leci prawidłowo zarówno pod względem wysokości, jak i jej położenia lewo/prawo względem pasa. Ale te komunikaty były nieprawdziwe – prawdopodobnie dlatego, że radar w Smoleńsku działał nieprawidłowo. Rosjanie nie dopuścili potem polskich specjalistów do tzw. oblotu lotniska – sprawdzenia, czy urządzenia na Siewiernym działają tak, jak powinny. Przekazali tylko, że wszystko było OK. Mimo to w raporcie komisji Millera wykazano, że informacje kontrolerów nie odzwierciedlały położenia samolotu względem ścieżki.

Był wybuch na pokładzie?

Nie było. Ani komisja Millera, ani wojskowi śledczy i zespoły biegłych nie odnalazły żadnego dowodu na zamach czy rozpad maszyny w powietrzu. Nie pokazała go też podkomisja powołana przez szefa MON Antoniego Macierewicza, choć pracuje od roku i od roku to zapowiada.

Biegli przebadali ponad 700 próbek – wraku, gleby z miejsca katastrofy, pnia brzozy, wbitych w nią kawałków metalu, foteli, ekshumowanych ciał ofiar. Z analizy szczątków samolotu i miejsca katastrofy wynika, że nie doszło do wybuchu „punktowego albo przestrzennego”, a biegli nie odkryli pozostałości takiego zdarzenia, np. wywinięcia blach poszycia na zewnątrz kadłuba, stopienia metalu czy śladów sadzy. Wykluczyli też „długotrwałe przebywanie w atmosferze zawierającej znaczne stężenia tlenku węgla, które mogłyby doprowadzić do śmiertelnego zatrucia”. Ciała ofiar nie noszą śladów uszkodzeń charakterystycznych dla eksplozji. Przeciwnie, biegli stwierdzili, że „obrażenia będące przyczyną śmierci są charakterystyczne dla katastrofy lotniczej”. Nie było m.in. uszkodzeń błony bębenkowej, co dowodzi, że nie nastąpiła drastyczna zmiana ciśnienia atmosferycznego.

Gdyby coś na pokładzie eksplodowało, towarzyszyłaby temu fala cieplna o temperaturze ok. 3 tys. st. Celsjusza, nagły skok ciśnienia i odgłos eksplozji. Rejestratory głosu i te zapisujące dane o pracy najważniejszych systemów samolotu niczego takiego nie wykazały – w tym polski, bardzo dokładny ATM-QAR, odczytany w Warszawie.

Wreszcie teorii zamachu i rozpadu samolotu jeszcze w powietrzu zaprzecza rozrzut szczątków maszyny – to teren o wymiarze ok. 60 na 130 m od miejsca zderzenia z drzewami do miejsca upadku. Przed punktem, w którym tupolew pierwszy raz uderzył w ziemię, znaleziono tylko pojedyncze elementy – efekt uderzeń w pomniejsze drzewa.

Gen. Błasik był w kokpicie?

Pewności nie ma, ale są silne poszlaki, że dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik był tuż za plecami załogi. To przede wszystkim odczytany przez biegłych zapis rozmów w kabinie pilotów. Raporty rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) i komisji Millera mówiły, że gen. Andrzej Błasik był w kokpicie aż do chwili katastrofy, a jego obecność interpretowały jako „bezpośrednią presję na pilotów” (MAK) lub „presję pośrednią” (komisja Millera).

Z najpóźniej odczytanych fragmentów rozmów w kokpicie (przez biegłych prokuratury) wynika, że o godzinie 8:35:49 gen. Błasik mówi: „Faktem jest, że my musimy to robić do skutku”. O 8:40:11 mówi: „Po-my-sły”. A o 8:40:22: „Zmieścisz się śmiało”. Do katastrofy doszło o 8.41.

Według ostatniej, z wiosny 2016 r., ekspertyzy biegłych powołanych przez prokuraturę wojskową gen. Błasik był w kokpicie tuż przed katastrofą i jego obecność miała wpływ na załogę oraz podejmowane przez nią decyzje. Zdaniem biegłych obecność gen. Błasika mogła nawet zablokować pilotów psychicznie. Generał nie protestował, gdy łamali procedury, np. schodząc poniżej wymaganych minimów widoczności. Na pewno nie wydawał załodze rozkazu, by wylądowała, ale też polecenia, by odeszła na drugi krąg. Złamał też zasadę „czystego kokpitu” podczas podchodzenia do lądowania, zwłaszcza w krytycznych warunkach atmosferycznych – nie powinno być w nim żadnych osób postronnych, kimkolwiek by były.

Powinni lądować na lotnisku zapasowym?

W planie lotu były dwa lotniska zapasowe: Mińsk (ok. 305 km od Smoleńska) i Witebsk (ok. 130 km) – te same, które wyznaczono przy okazji wizyty w Katyniu premiera Donalda Tuska 7 kwietnia. Ale Tusk leciał w środku tygodnia, a prezydencki tupolew w sobotę, kiedy lotnisko w Witebsku było zamykane – wylądować można by na nim dopiero po uzgodnieniu tego ze stroną białoruską (tak stało się, gdy wieczorem po katastrofie skorzystały z niego dwie maszyny – z Tuskiem i Jarosławem Kaczyńskim na pokładzie).

Zgodnie z procedurami o zmianie miejsca lądowania decyduje pilot. W przypadku lotu prezydenta powinien się skonsultować z Kancelarią Prezydenta. Właśnie na wypadek nieoczekiwanych zdarzeń 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, który wtedy woził najważniejsze osoby w państwie (po katastrofie rozwiązany), proponował Kancelarii Prezydenta start najpóźniej o 6.30. Nawet po wylądowaniu w Mińsku prezydent Lech Kaczyński i pasażerowie tutki nie spóźniliby się na główne uroczystości rozpoczynające się o godz. 11 czasu polskiego – lot do stolicy Białorusi zabrałby ok. 50 minut, a dojazd samochodem – 3-3,5 godz.

Ze stenogramów rozmów w kokpicie wiadomo, że o godz. 8.26 dowódca samolotu przekazał Mariuszowi Kazanie, dyrektorowi protokołu dyplomatycznego MSZ, jednoznaczny komunikat: „Panie dyrektorze – wyszła mgła w tej chwili i w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść – zrobimy jedno zejście – ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. Tak że proszę [już myśleć lub pomyśleć?] nad decyzją, co będziemy robili”. O godz. 8.30 Kazana wrócił do kokpitu i wypowiedział zdanie: „Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robimy”. I wyszedł.

Jak doszło do katastrofy smoleńskiej?

Tupolew zszedł za nisko, zniżał się za szybko, a w gęstej mgle nie miał kontaktu wzrokowego z ziemią. I za późno próbował odlecieć. Wtedy uderzył skrzydłem w brzozę, stracił jego fragment, a potem sterowność. Zaczął się przekręcać i wreszcie się rozbił. Komisja Millera podała sześć czynników, które doprowadziły do katastrofy:

  • piloci nie użyli wysokościomierza barycznego pokazującego rzeczywistą wysokość lotu nad lotniskiem;
  • nie reagowali na komendy „pull up” systemu TAWS ostrzegającego o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi;
  • początkowo próbowali odlecieć na automatycznym pilocie, przez to stracili cenne sekundy;
  • rosyjscy kontrolerzy utwierdzali ich błędnie w przekonaniu, że są „na kursie i na ścieżce”, czyli że dobrze podchodzą do lądowania;
  • komenda kontrolerów, by pilot przestał się zniżać i wyrównał lot, była spóźniona;
  • szkolenia w 36. Pułku były nieprawidłowe.

CHORĄŻY BARDOŃ DO TARCZYŃSKIEGO JAK ŻOŁNIERZ DO TŁUMOKA

Redakcja OKO.press zorganizowała debatę dla opozycji. Trzaskowski: Wpadam w szał, kiedy ktoś wrzuca PO i PiS do jednego worka. Robiliśmy to samo co oni? Nowacka: Odsunąć PiS od władzy tylko po to, by dalej tkwić w konserwatywnej ściemie? To ja dziękuję.

Opozycja razem czy osobno przeciw PiS-owi? Debata Oko.press

Czy opozycja może się zjednoczyć przeciw PiS-owi? Na to pytanie podczas debaty OKO.press, która odbyła się 5 kwietnia w warszawskim kinie Muranów, odpowiadali politycy: Barbara Nowacka (Inicjatywa Polska), Joanna Scheuring-Wielgus (Nowoczesna), Rafał Trzaskowski (PO) i Adrian Zandberg (Partia Razem). Dyskusja była niesłychanie burzliwa. Na sali był nadkomplet – kilkaset osób. Czytelnicy portalu i zaproszeni goście reagowali żywiołowo, czasem oklaskami i buczeniem.

PIOTR PACEWICZ, naczelny OKO.press: Czy przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. powinna powstać szeroka koalicja partii, od liberałów po lewicę, która wystąpiłaby wspólnie przeciwko PiS-owi?

AGATA SZCZĘŚNIAK, wicenaczelna OKO.press: Czy taka koalicja mogłaby się skupić wokół podstawowych wartości, liberalnego minimum, państwa prawa, obrony demokracji, państwa świeckiego, Unii Europejskiej?

ADRIAN ZANDBERG: W wyborach samorządowych nastawiamy się na to, żeby w wielu miastach zbudować społeczne koalicje, które będą alternatywą dla tego obłędnego wyboru: albo PiS, albo Platforma. We Wrocławiu budujemy taką koalicję z Zielonymi, przeciw neoliberalnemu zarządzaniu miastem – ale także przeciw PiS-owi. Mam nadzieję, że uda się zbudować taką społeczną listę także w Warszawie i Trójmieście. My swoich sojuszników widzimy w ruchach społecznych i ekologicznych, wśród Zielonych czy ruchów kobiecych.

Wspólnie np. oceniamy skandal reprywatyzacji w Warszawie i odpowiedzialność Hanny Gronkiewicz-Waltz i PO za to, co w tej sprawie przez lata się działo. Wspólnie też myślimy, że chcemy państwa naprawdę świeckiego. Wspólnie wreszcie wierzymy w to, że kobiety mają prawo do wyboru, i nie boimy się powiedzieć, że jesteśmy za złagodzeniem ustawy antyaborcyjnej, a nie, jak tzw. liberalna opozycja, migamy się od odpowiedzi na ten temat. Zatem z kim razem? Z tymi, którzy dzielą z nami wartości.

JOANNA SCHEURING-WIELGUS: W sytuacji, którą mamy od półtora roku, nie wyobrażam sobie innej możliwości niż wspólne przeciwstawienie się szaleństwu PiS-u. Czuję intuicyjnie, że nie ma innej możliwości, bo to, w czym ja przynajmniej w parlamencie biorę udział, to jest jakiś matrix, którego nikt przy zdrowych zmysłach się nie spodziewał. Trzeba trochę odsunąć na bok egoistyczne ambicje bycia politykiem w swoim ugrupowaniu i spojrzeć na sprawę szeroko, z myślą o tym, co dobre dla Polek i Polaków.

RAFAŁ TRZASKOWSKI: Wpadam w szał, kiedy ktoś znowu wrzuca PO i PiS do jednego worka. Popatrzcie państwo na to, co się dzieje w tej chwili w Polsce. Jeżeli ktoś mi mówi, że robiliśmy dokładnie to samo, to ma klapki na oczach.

Porozumienie jest absolutnie konieczne. Musimy przywrócić szacunek dla podstawowych instytucji, dla konstytucji, służby cywilnej, dyplomacji, odbudować pozycję Polski w polityce zagranicznej, chyba się wszyscy co do tego zgodzimy. Choć pewnie nie zgodzimy się w kwestiach podatkowych czy podobnych.

Koalicja jaka i z kim? Bo oczywiście przed wyborami samorządowymi i później parlamentarnymi można próbować się dogadywać w sprawie jednej listy, co nie oznacza, że ma być ścisłe porozumienie programowe, bo to niewykonalne.

Jako Platforma wyciągnęliśmy wnioski z ostatnich lat, ja nic innego nie robię, tylko jeżdżę po całej Polsce i rozmawiam z ludźmi. Nie stawiajcie nam, państwo, zarzutu, że nie rozmawiamy: rozmawiamy, słuchamy i wyciągamy wnioski.

BARBARA NOWACKA: Byłoby draństwem, gdyby ktokolwiek próbował dla własnych celów politycznych skonsumować protesty kobiet. To jest wielki kapitał, który może zdobyć każdy, kto stanie i powie: „Tak, ja jestem za prawami kobiet, za liberalizacją prawa do aborcji, za dostępem do antykoncepcji” – bo większość kobiet, które brały udział w protestach, powie, że jest za tym kimś. Do jasnej cholery, niech partie przestaną to zawłaszczać! To nie jest niczyje. To jest tych wszystkich kobiet, które protestowały. I wielka nauczka dla polityków: te masy kobiet i mężczyzn, którzy wtedy wyszli na ulice, nie zagłosują na nikogo, kto powie, że wpisze kompromis aborcyjny w konstytucję, droga PO. Bo nie ma żadnego kompromisu!

Czy jest możliwa jakakolwiek koalicja? Trzeba zapytać: po co? Tylko po to, by odsunąć PiS od władzy i wrócić do tego samego bagna, w którym żeśmy tkwili? To ja dziękuję. Jeżeli mielibyśmy dalej tkwić w konserwatywnej ściemie, gdzie państwo nie jest świeckie, gdzie zwykły człowiek nie jest zauważany, gdzie panują w dużej mierze korupcja i nepotyzm, naprawdę to nie ma sensu. I to nie jest zarzut wyłącznie do PO, ale do wszystkich innych partii, które przez lata kładły łapę na mediach, na spółkach skarbu państwa.

Dlaczego PiS-owi tak łatwo poszło? Bo instytucje były słabe (oklaski). Dlaczego były słabe? Bo przez lata wszystkie partie, łącznie z PO, ale wcześniej również SLD, z wielkim udziałem PSL-u, niszczyły instytucje. Nie mielibyśmy dzisiaj PiS-u u władzy, gdyby nie brak odwagi przez te wszystkie lata. I teraz, jeżeli chcemy odsunąć PiS, odrzućmy też to, co było. Powiedzmy: państwo polskie ma być państwem świeckim, żadnych modłów, wyprowadźmy religię ze szkół (oklaski). Jeśli państwo polskie ma być sprawiedliwe, to, po pierwsze, przestrzegajmy konstytucji, w której jest zapisana sprawiedliwość społeczna (niewielkie oklaski). A po drugie, zróbmy dwie zmiany w konstytucji: równość małżeńska, prawo do zawierania związku dla każdego, i rozdział Kościoła od państwa.

MICHAŁ SUTOWSKI, Krytyka Polityczna (głos z sali): Żeby obalić PiS, potrzebne są w opozycji przynajmniej dwa skrzydła. Wydaje się, że najsensowniejszy jest jej podział na frakcję konserwatywno-liberalną – niech Nowoczesna z Platformą się dogadają – i lewicową. Bo nawet jeśli konserwatyści i liberałowie dostaną te 30, 35 proc. w wyborach, to i tak potrzeba jeszcze 15 proc., żeby pokonać PiS z narodowcami.

KRZYSZTOF ŁOZIŃSKI, pomysłodawca i współzałożyciel KOD-u (głos z sali): Państwo tutaj chyba nie do końca zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji. Te wypowiedzi były głównie wiecowe, emocjonalne, a nie racjonalne. A my jesteśmy w tej chwili w takiej sytuacji, że rządzi ekipa, która nie ma zamiaru oddać władzy. I będzie się jej trzymać wszelkimi metodami. Łącznie ze stosowaniem przemocy. Kiedy słyszę od ludzi, że to przecież nie jest jeszcze dyktatura, bo nie aresztują i nie zabijają, to ja mówię: bo jeszcze nie zaczęli. W tej chwili mamy starcie o niezawisłość sądów. To jest wielkie zagrożenie. Żyłem w czasach, kiedy sądy były uzależnione politycznie, wiem, co to znaczy. I chciałem tylko przypomnieć, że członkowie Państwowej Komisji Wyborczej też są sędziami.

TRZASKOWSKI: Nie jestem aż takim pesymistą, żeby twierdzić, że PiS nie odda władzy, że dojdzie do rozlewu krwi. Będzie kuglować, zmieni ordynację wyborczą, różne rzeczy jeszcze zobaczymy, pewnie gorsze niż te, które widzimy dzisiaj. Ale gdy PiS przegra wybory, to władzę odda.

Jeżeli połączona opozycja ma wygrać wybory, to na pewno nie poprzez głoszenie takich tez jak legalizacja małżeństw jednopłciowych czy wycofanie religii ze szkół, choć ja sam akurat jestem za, mam dzieci, wiem, jak to w szkołach wygląda. Jeżeliby to wpisać jako coś najważniejszego na nasze sztandary, to tych wyborów nie wygramy. Chodzi o to, by zdobyć ludzi z centrum i nawet trzeba kawałek prawicy uszczknąć, tej, która sensownie myśli o państwie. Musimy zagospodarować jak największą część tego elektoratu, który nie będzie już chciał głosować na PiS.

Współpracujmy, rozmawiajmy o tym, co nas łączy. Ja mam bardzo liberalne poglądy, ale gdybym miał wziąć odpowiedzialność za całą PO, to czasami trzeba by było iść na kompromis, być mniej wyrazistym, nie umieszczać na samej górze tych priorytetów, które serce dyktuje.

NOWACKA: Potrafimy ze sobą rozmawiać, i to dosyć konstruktywnie. Podejrzewam, że prawie wszyscy tu obecni byli razem przynajmniej na jednej wspólnej demonstracji, 16 grudnia zeszłego roku. Od Platformy, poprzez Nowoczesną, Inicjatywę Polską, po Razem i inne partie, ugrupowania zaprzyjaźnione. Można? Można! Dlaczego? Dlatego że wtedy działy się rzeczy bardzo istotne dla naszego kraju, PiS nielegalnie głosował nad budżetem. Potrafiliśmy powiedzieć razem, że nie zgadzamy się na to, co robi PiS. Pewnie można takie akcje powtórzyć. Razem zbieramy podpisy w sprawie referendum pod auspicjami ZNP, koniec końców wszystkie obecne tutaj partie poparły w ten czy inny sposób projekt „Ratujmy kobiety”. Można? Można. Tylko trzeba mieć jakiś pozytywny cel, coś więcej niż tylko odsunięcie PiS-u od władzy. To jest pierwszy, niezbędny krok. Ale co dalej?

ZANDBERG: Kilka słów na temat tego, co mówił pan Łoziński. Oczywiście gdybyśmy mieli do czynienia z otwartą przemocą ze strony państwa, z rozlewem krwi albo z bezczelną próbą sfałszowania wyborów, odpór musiałyby dać wszystkie demokratyczne siły. Ale nie mamy dzisiaj rozlewu krwi.

(Głos z sali: „Mamy wojnę psychologiczną”).

PACEWICZ: Wychodzę z tej sali pokrzepiony. Mamy polityków, którzy nie są tacy źli, naprawdę fajnych, zróżnicowanych. To jest to pokolenie, które być może sprawi, że polityka w Polsce będzie lepsza. Sondaże OKO.press wskazują, że rozkład sił wygląda dziś u nas mniej więcej tak: 30 proc. ludzi z różnych powodów popiera władzę, a około połowy, ostatnio 48 proc., uważa, że źle się w Polsce dzieje. Generalnie wahadło zaczyna się wyraźnie wychylać w dobrą stronę. A reszta jest w państwa rękach.

TO JEST SZTUKA, W PROPAGANDOWEJ TELEWIZJI ZAORAĆ JEDYNIE SŁUSZNEGO BRUDZIŃSKIEGO. SZACUNEK PANIE

Waldemar Mystkowskim pisze o Danielu Olbrychskim, który uważa polityków PiS za brzydkich i złych.

Dwoje młodych posłów Platformy Obywatelskiej Kinga Gajewska-Płochocka i Arkadiusz Myrcha produkuje na Facebooku program „Z parą o polityce”, do którego zapraszają znacznego gościa i rozmawiają o polityce. Tym razem politycy rozmawiali z Kmicicem, czyli Danielem Olbrychskim, który nadał tej postaci literackiej bardzo polską siłę. Kmicic Sienkiewicza zlał się z Kmicicem Olbrychskiego w jedność.

Olbrychski jest zaniepokojony tym, co się dzieje w Polsce, tym jak ojczyzna w XXI wieku jest degradowana, jak politycy obecnie rządzącej partii zwracają nas z kursu zachodniego na prowincjonalizm, zaprzepaszczają wszystkie lata emancypacji narodowej po 1989 roku w celu partyjnego zawłaszczenia. Olbrychski mówił o patriotyzmie, o nowoczesnej jego postaci w dzisiejszych czasach, który dla społeczeństwa obywatelskiego sprowadza się do tego, aby „odsunąć PiS od władzy, bo każdego dnia demoluje Polskę, ośmiesza Polskę, pozbawia zdolności obronnych również, a w związku z tym wiarygodności w NATO”.

PiS niszczy kraj od wewnątrz i choć zdarzały się w naszej historii demolujące okresy – rokosze, bunty, wojny domowe – to dzisiaj dzieje się tak, jak nigdy przedtem: „PiS to niszczyciele Polski, jakich w historii nie widziałem, bo komuniści musieli to robić na rozkaz Rosji, a tu wszystko jest z woli jednego człowieka, któremu pomagają ludzie brzydcy i źli”.

Połączenie moralności i estetyki jest całkiem na miejscu: zło jest banalne u małych, brzydkich ludzi. To definicja turpistyczna, przyglądnijmy się tym ludziom, słuchając ich jednocześnie, a zobaczymy jak spod warstwy makijażu wyłażą im robale zakłamania, jak na obrazach Hieronima Boscha.

Przy tak zdefiniowanej pisowszczyznie biję brawo Olbrychskiemu. Zdarzyło się dzisiaj PiS u władzy, bo do cna politycy tej partii potrafili wykorzystać to, co im „podarowała” historia – katastrofę smoleńską. To ona ich wyniosła na urzędy. Smoleńsk wg Olbrychskiego jest „rozrusznikiem i podpałką” partii Kaczyńskiego: „Ciągle trzeba coś tu dorzucać i dzięki temu mają 30 procent tych oszalałych. To sekta”.

PiS miał „szczęście” w jeszcze jednym, mianowicie do tej pory Kościół katolicki był opoką. Polacy odwoływali się do niego w chwilach braku niepodległości i PRL, ale zdarzył się jeden człowiek, który dokonał podziału: „Pierwsze zwaśnienie zaczęło się w domach. Niektórzy uważali, że to, co tam jest propagowane to zgroza, inni wierzyli we wszystko, co tam jest mówione. Kościół został podzielony. To, co się nie udało zaborcom, kagiebistom i NKWD udało się radiu z Torunia”.

I oto potwierdzenie słów Olbrychskiego. Wicemarszałek Sejmu tak mówił w TVP Info o ludziach, którzy nie godzą się na niszczenie sfery publicznej, upartyjnianie symboli narodowych: „Trafiłem kiedyś na tę dzicz zdradzającą objawy prawie diabelskiego opętania, gdy kiedyś udałem się prywatnie na miesięcznicę na Wawel”.

Tak! Wicemarszałek Sejmu, który powinien się dystansować od wypowiedzi bezpośrednio obrażających ludzi. Nazywa się Joachim Brudziński, który jest kwintesencją „brzydkich i złych”.

MISTRZ I UCZENNICA czyli jak dzwonić przez etui i wyłączony telefon 🙂

>>>

JEŚLI TAK SOBIE RADZI Z TELEFONEM, TO JAK PORADZIŁBY SOBIE Z KOBIETĄ? I jak on ma kierować rządem, prezydentem i Polską? Przez etui?

Wiceszef „Wyborczej” Jarosław Kurski pisze o kłamstwie smolenskim. Siedem lat Antoni Macierewicz z błogosławieństwem Jarosława Kaczyńskiego zwodzi – rodziców, wdowy i wdowców oraz dzieci i bliskich ofiar – kolejnymi spiskowymi teoriami. Słuchanymi z nadzieją, bo owej bezsensownej śmierci nadawały sens właśnie.

Nadchodzi siódma rocznica, 84. miesięcznica, 364. tygodnica katastrofy smoleńskiej. Znów z ust Jarosława Kaczyńskiego padną oskarżenia o zdradę, śmiertelny spisek i zamach na życie prezydenta. Znów będzie mówił, że „choć potężne siły nam przeszkadzają, to zbliżamy się do prawdy”, że „prawda jest już blisko”.

Jest dokładnie na odwrót. To prawda o Smoleńsku zbliża się do was.

Latami dawaliście fałszywe świadectwa. Utopiliście w błocie pomówień wybitnych urzędników i oddanych państwu lotniczych ekspertów z komisji Macieja Laska i Jerzego Millera. Lżyliście prokuratorów prowadzących śledztwo. Mnożyliście oparte na fałszywych dowodach insynuacje o zmowie Tuska i Putina, jednym, dwóch i trzech wybuchach, sztucznej mgle, rozpylonym helu, trotylu… Mówiliście, że samolot rozpadł się w powietrzu, że wrak leżał gdzie indziej, że trzy osoby przeżyły i że dobijano rannych…

Siedem lat Antoni Macierewicz z błogosławieństwem Jarosława Kaczyńskiego zwodzi – rodziców, wdowy i wdowców oraz dzieci i bliskich ofiar – kolejnymi spiskowymi teoriami. Słuchanymi z nadzieją, bo owej bezsensownej śmierci nadawały sens właśnie.

Co dziś macie im do powiedzenia?

Rządzicie absolutnie od 18 miesięcy. Zrobiliście czystkę w prokuraturze wojskowej, powołaliście nową komisję badania wypadków lotniczych. Osobna smoleńska podkomisja pracuje przy MON.

Macie wszystko: swoją prokuraturę, swoich ekspertów z Polski i zagranicy, nieograniczone środki. Mimo to nie jesteście w stanie w najmniejszym stopniu podważyć ustaleń komisji Laska i Millera, bo ich podważyć się nie da. Bo wasze kłamstwa zderzają się z faktami, z twardymi dowodami, z prawami fizyki i aerodynamiki. Prawa Newtona czy zasady zachowania pędu nikt jeszcze nie pokonał.

Kłamaliście o Smoleńsku, bo kłamstwo torowało wam drogę do władzy i do zemsty. Dziś opada maska, a im więcej będzie mijać czasu, tym bardziej odsłoni się wasza groteskowa bezradność.

Grzebiecie w popiołach jak starogermańskie ludy, które nie pozwalały odejść zmarłym, a ich doczesne szczątki przenosiły ze sobą z miejsca na miejsce.

Nie dajecie spokoju zmarłym, nasyłacie prokuratorów na święte groby, by o świcie otwierać trumny. Pogardzacie uczuciami rodzin, które się na to nie godzą, a ponad ich wolę przedkładacie zemstę na urojonym wrogu za urojone winy. Wiecie, że ekshumacje już niczego nie wyjaśnią, ale rozkopujecie groby, by wykazać tylko „nieprawidłowości” i „zaniedbania”. Mącicie i wzniecacie niekończące się wątpliwości po to tylko, by powiedzieć „wina Tuska” i by odsunąć odpowiedzialność od ludzi ze swojego obozu.

Kłamaliście cynicznie. Narodową żałobę zmieniliście w polityczny spektakl. Ludzką tragedię w partyjny wiec. Święte symbole w patriotyczny jarmark. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu w cep na waszych wrogów. Od siedmiu lat depczecie uczucia tych, którzy żałobę przeżywają głęboko, ale w ciszy i bez ostentacji.

Tylko że wy nie milczycie – wy oskarżacie, chowając się za krzyże, modlitwy, ołtarze i ornaty, mieszając sacrum z profanum; to, co prywatne, z tym, co państwowe.

Dziś waszej herezji nadajecie status państwowy. Myślących inaczej usuwacie z Krakowskiego Przedmieścia, bo „Polska zwycięży, a zdrajcy przegrają”. Ale mimo propagandy rządowych i prorządowych mediów coraz mniej ludzi wierzy w zamach.

Dlatego gdy tylko w swoim gronie znów będziecie wykręcać sens słów, gdy obchodzić będziecie kolejną rocznicę „zamachu smoleńskiego”, czcić „poległych” i sławić ich „męczeństwo”, pamiętajcie, że ludzie wiedzą, iż ta rocznica to też rocznica wielkiego kłamstwa. Waszego kłamstwa.

NIE PORÓWNUJMY BEATY SZYDŁO DO PREMIERA. POZA TYM W ŚWIEBODZICACH NIE MA LOTNISKA…

Michał Ogórek pisze o Zbigniewa Ziobrze. Rodzina ministra Ziobry dość przytomnie z powodu zwycięstwa PiS postawiła na ubezpieczenia, ale i tak jej to nie pomogło.

W kręgach związanych z ministrem Ziobrą alarmują, że na skutek jakichś przetasowań w spółce PZU pracę w zarządzie mają stracić jego żona i brat. Jak się tam znaleźli, nie wiadomo i nie ma to nic do rzeczy. Widać tylko, że jest z nimi tak jak w dawnych czasach z członkami PZPR, którzy nigdy do tej partii nie wstępowali, a jedynie byli zawsze stamtąd represyjnie wyrzucani.

Rzuca się w oczy to, że rodzina ministra Ziobry dość przytomnie z powodu zwycięstwa PiS postawiła na ubezpieczenia, ale i tak jej to nie pomogło.

Jest to jednak tylko przedsmak kataklizmu: przecież całe klany zostaną w Polsce bez środków do życia po ich nieuchronnym wyrzuceniu ze spółek skarbu państwa. Zważywszy na liczbę rodzin, jaka została w nich zatrudniona, szykuje się eksplozja bezrobocia. Przy okazji okaże się też, czy w społeczeństwie moralne potępienie nepotyzmu przy zatrudnianiu obejmie również plemienne wywalanie.

Jedyne, co może zrobić PiS, aby ochronić jakoś swoich ludzi, to – póki może – uchwalić jeszcze ustawę, że nie można wywalać z roboty wszystkich żywicieli jednej rodziny naraz.

„Jak patrzę na niektórych polityków z PiS, to myślę, że o czymś takim jak patriotyzm czy Polska nie mają pojęcia”

Waldemar Mystkowski pisze o Ziobrze i Morawieckim.

Na temat nepotyzmu wicepremier Mateusz Morawiecki ma jednoznaczne zdania: „Każdy gdzieś musi pracować”. W ten sposób PiS załatwia problem zawłaszczania państwa. Działacze tej partii, rodziny i pociotkowie polityków obsiedli państwowe spółki jak szarańcza.

Takie upartyjnienie państwa do tej pory się nie zdarzyło. Kompetencje nie są wymagane, bo tych nie posiadają nawet – a zwłaszcza – politycy PiS. Sam Morawiecki choć przed sprawowaniem wysokiej funkcji w rządzie był prezesem BZ WBK, lecz tylko dlatego, że właścicielom Santander potrzebna była twarz (czyt. nazwisko), a nie rzeczywiste umiejętności i sukcesy zawodowe w finansach i myśli ekonomicznej.

W rządzie PiS trwa walka o wpływy w najbardziej intratnych państwowych spółkach. Polem walki był Państwowy Zakład Ubezpieczeń, który dziwnym trafem do niedawna znajdował się pod wpływami Zbigniewa Ziobry. Minister sprawiedliwości obsadził w PZU jako prezesa Michała Krupińskiego, który nazywany jest złotym dzieckiem PiS. Jakoś ta złota jakość jest ulubiona w PiS, bo sam Ziobro był nazywany „złotym chłopcem” przez o. Tadeusza Rydzyka.

Wartość tych ludzi jest raczej bliższa tombakowi. Ten Krupiński z nadania Ziobry stracił jednak posadę prezesa za sprawą Morawieckiego, który wygrał walkę o wpływy w PZU. Morawiecki więc wyrzucił z roboty złote dziecko PiS, ale Krupiński jest kuty na cztery łapy cwaniaka (złoty cwaniak). Przeczuwając, że Morawiecki tak go potraktuje, poszedł na L4, a chorobę w Krupińskim dojrzała jego rodzona mama, która jest lekarzem.

Można powiedzieć „złota rodzina Krupińskich”, choć synek stracił robotę, to na chorobowym pobiera 80 proc. dotychczasowego uposażenia, czyli 80 tys. zł miesięcznie zgarnia do kieszeni ten złoty cwaniak.

PZU dla Ziobro to było złoto samo w sobie, bo w państwowej spółce zatrudniony był też brat Zbigniewa, Witold Ziobro, którego możemy nazwać „złotym bratem”, a w spółce PZU Link 4 pracowała żona Ziobry, Patrycja Kotecka, „złota żona”.

A Morawiecki usprawiedliwia: „Każdy gdzieś musi pracować”. Taka jest pisowska moralność, która w opozycji do złota jest moralnością z tombaku.

CHORĄŻY BARDOŃ NIE WIERZY, ŻE PREZES SIĘ WYLECZY. A WY? 🙂

>>>