Posts Tagged ‘katastrofa smoleńska’

Pewnego dnia obudzimy się, a granice będą zamknięte

To bynajmniej nie jest śmieszne. Polska wypisuje się z obowiązującego prawa w Unii Europejskiej, drobnymi kroczkami jesteśmy z niej wyprowadzani, rzec można: bezboleśnie. Na Radzie UE przyjmowany był roczny raport dotyczący kwestii praw człowieka. Reprezentujący Polskę zastępca Zbigniewa Ziobry Łukasz Piebiak zablokował dokument. Zgłosił do niego weto ze względu, iż była mowa o obronie praw mniejszości seksualnych.

Stanowisko PiS polegało w tym wypadku na wykręcie – mianowicie domagano się ujęcia w raporcie obrony praw katolików. W głosowaniu padł słynny już wynik 1:27. Instytucje unijne nauczyły się obchodzić szerokim łukiem „chorego człowieka Europy”. Raport po prostu został opublikowany jako raport prezydencji Rady, którą w tym półroczu sprawuje Austria.

Nie dość, że zrażamy do siebie innych, to jesteśmy traktowani, jak zarażeni, zadżumieni. Jeden z dyplomatów postawę Polski pisowskiej nazwał jako „haniebną”. Wykluczenie naszego kraju będzie polegało właśnie na takim kordonie sanitarnym kruczków, jak publikacja pod innym instytucjonalnym pretekstem. Działania polityków PiS spotykają się z ostracyzmem, nie są brani pod uwagę, nie są dopraszani do dyskusji.

Nas nie trzeba będzie relegować z Unii, nie potrzeba będzie żadnego Polexitu. Po prostu najważniejsze traktaty unijne, czy to z Maastricht, czy z Schengen będą poprawiane albo renegocjowane, ale Polski jako strony się nie uwzględni. Pewnego dnia obudzimy się, a granice będą zamknięte, zaś pan prezes PiS zaserwuje nam mowę zamiast Teleranka: „Drodzy rodacy, wrogie nam siły…”.

Z kolei Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy (instytucja nieunijna) przyjęło rezolucję, w której wzywa Rosję do zwrotu Polsce wraku samolotu Tu-154M, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Co z tego wynika? Niewiele, acz będzie bita piana jako sukces dyplomacji PiS. Rosja rezolucję potraktuje w swoim stylu, uzna, czy jej się opłaca przyjęcie jej bądź odrzucenie. Złom smoleński w Polsce uznany zostałby za relikwie i mógłby spowodować powrót traumy smoleńskiej, w której pielęgnowaniu – wsadzania palca w ranę – mistrzem jest Antoni Macierewicz, który z miejsca „wybuchnął” radością i nadał rezolucji formę fake-newsa.

Macierewicz napisał na Twitterze m.in.: – „Raport potwierdza stanowisko Polski, że samolot rozpadł się w powietrzu”. Same krętactwa. Otóż Zgromadzenie Rady Europy przyjęło rezolucję na podstawie raportu, a nie sam raport, dzieło zresztą ekspertów prawa międzynarodowego, a nie specjalistów od katastrof smoleńskich. Nigdzie nie ma mowy o żadnym rozpadzie w powietrzu (o żadnych wybuchach), tylko jako dowodzie materialnym, który po 8 latach powinien był oddany Polsce. Tyle.

Mateusz Morawiecki jest mistrzem wpadek, gdyby takich nie miał, uznałby, że dzionek jest stracony. Nie dziwię mu się, bo jego szefem gabinetu politycznego jest Marek Suski. Muszą się tylko podszkolić w szkole aktorskiej i mogą w wersji polskiej zastąpić Jima Carreya i Jeffa Danielsa i zagrać w rodzimym remake’u „Głupi i głupszy”.

Nie wiem, którym jest Morawiecki – tym pierwszym czy drugim, ale minę ze zdumienia, jaką zrobił dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego Andrzej Grygoruk nazwać można wytrzeszczem aż do wypadnięcia gałek ocznych z oczodołów. Grygoruk mógł nie wrócić z twarzą do właściwej mu fizis, gdy usłyszał z ust Morawieckiego: – „Podobno ostatnio coraz więcej jest wilków w naszych lasach. Ja się zaczynam troszeczkę bać wtedy, jak dużo by tych wilków się nazbierało”.

Wytrzeszcz dotyczy nie tylko Grygoruka, bo demokraci w kraju dostają go dzień w dzień po wystąpieniu tego „głupiego” bądź „głupszego”. Nie dość, że Morawiecki nie ma wiedzy, iż wilki są pod ścisłą ochroną, to mu się pomyliły Lasy Państwowe z parkami narodowymi. Taki z Morawieckiego komediant, niestety naraża nas na ciągły wytrzeszcz.

Reklamy

Pisowska ośmiornica

3 tysiące km kłamstw Morawieckiego i Dudy.

Kłamstwa PiS sypią się w gruz, lecz to nie dociera do elektoratu tej partii. Głównie z powodu, że obecnie obieg informacji jest zupełnie inny, niż jeszcze kilka lat temu. Dzisiaj można posługiwać się fake newsami, których siła rażenia wyniosła do władzy Donalda Trumpa, a u nas boty internetowe, wynajęte przez PiS, pomogły zniszczyć prezydenta Bronisława Komorowskiego, z czego skorzystał Andrzej Duda. Ten schemat został przeniesiony na kampanię parlamentarną, której hasłem była „Polska w ruinie”.

Ten sam leitmotiv jest powielany w obecnej kampanii. Przy czym PiS-owi jest o wiele łatwiej, bo ma w swoich rękach media publiczne, a komercyjne korzystają ciągle z profesjonalnej równowagi stron sporu politycznego.

Takie wpadki, jak wizyta Dudy w Waszyngtonie powinny pogrążyć prezydenta do poziomu Lecha Kaczyńskiego w 2010 roku przed katastrofą smoleńską, kiedy to miał 20 procent poparcia i widmo pewnej porażki przy reelekcji, a przecież był mniejszym nieudacznikiem niż obecny prezydent.

Do pisowskich porażek należy zaliczyć wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu ws. ekshumacji smoleńskich, w którym orzeczono, iż zostało naruszone prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, zasądzono rekompensaty rodzinom ofiar katastrofy. Ten precedens zostanie przeniesiony na wszystkich, którzy zwrócą się z podobnym pozwem przeciw instytucjom państwa polskiego.

A zatem powinien lec w gruzach mit smoleński, który był jednym z wehikułów wyniesienia PiS do władzy i do stawiania pomników brata Jarosława Kaczyńskiego, a jest ich w Polsce tyle, ile Kim Ir Sena w Korei Płn. Ale i ten wyrok zostanie przez media propisowskie przedstawiony w propagandowej papce z prezesowską logiką: „nikt nam nie powie, że białe jest białe…”

Mateusz Morawiecki jest spadkobiercą kłamstw Kaczyńskiego, w tym aspekcie niewątpliwie należy mu się tytuł delfina manipulacji. Jego przeciętna kłamstw jest wyjątkowo rekordowa, premier osiąga 2,5 kłamstwa na jedno zdanie. Nawet zmierzono mu długość kłamstw, acz za pomocą narzędzi publicystycznych. Jak pamiętamy, kilka dni temu na spotkaniu w Świebodzinie (Lubuskie) powiedział: – „Nasi poprzednicy mówili: budujmy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów”.Podliczono jednak długości wszystkich wybudowanych autostrad, dróg szybkiego ruchu i wyszło ok. 3 tys. km dróg, jakie wybudowano za poprzedników, głównie rządu PO-PSL.

Takie długie jest kłamstwo Morawieckiego – 3 tys. kilometrów. Jak premier się jeszcze postara i nadyma w tych kłamstwach, to opasze nimi kulę ziemską wynoszącą na równiku 40 tys. km. Niestety, tak absurdalnie trzeba mierzyć niestworzone rzeczy, które głosi ten człowiek „wprowadzający Polskę do Unii Europejskiej”.

Teraz zresztą ma kłopot, bo podobnymi kłamstwami chce omotać szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera. Na szczycie w Salzburgu rząd PiS dostał ostatnią możliwość, aby wycofać się z tzw. reformowania Sądu Najwyższego, gdyż gotowy jest wniosek Komisji Europejskiej, aby w tej sprawie podać Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE. Morawiecki właśnie powiedział, że „my z Jean-Claude Junckerem rozmawiamy nieustannie o sprawach polsko-europejskich, w tym o konieczności reformowania wymiaru sprawiedliwości”. Czyli niczego nie załatwił.

Duda zresztą nie czekał na żadne postanowienia TSUE – dzisiaj wręczył dziesięciu sędziom nominacje do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Pokrętność PiS ma długość 3 tys. km manipulacji Morawieckiego i Dudy. Taka jest ta pajęczyna, ta ośmiornica – którymi to metaforami nazywane są praktyki będące na bakier z prawem i Konstytucją.

Macierewicz nie ujawni dowodów na małostkowość Lecha Kaczyńskiego

Zanadto Antoniemu Macierewiczowi się nie dziwię. 8 lat tyrania, urabiania członków swoich zespołów, podkomisji smoleńskich, elektoratu, robienie z siebie wała, nurzania się w szambie, a tu prokuratura chce, aby dostarczył dowody na wybuchy w Smoleńsku w prezydenckim Tupolewie 10 kwietnia 2010 roku.

Czy prokuratorzy powariowali, czy zwariował prowadzący śledztwo w Zespole Śledczym nr 1 Marek Pasionek? Naprawdę sądzi, że były minister obrony narodowej odpali limuzynę i w kartonach dostarczy wyniki badań i ekspertyz, na podstawie których napisano raport techniczny, że to wybuchy zniszczyły samolot, a Lech Kaczyński w oczywisty sposób poległ bohatersko?

Ludziska! Trzymajcie z dala Pasionka od Macierewicza. Gołym okiem było widać, że Tupolew został rozerwany na strzępy i wykopyrtnął w nienawistną „ruską” glebę. Czyż dowodem nie są rozliczne pomniki smoleńskie, pomniki brata samego prezesa PiS, a ten ostatni, ileż zdarł obuwia w łażeniu za prawdą po Krakowskim Przedmieściu?

To są dowody chwały, dowody emocji patriotycznych. Macierewicz urobił się przez 8 lat, a prokurator chciałby przywłaszczyć jego robotę i bez trudu przepisać dowody na dojście do prawdy i swoją chwałę.

Co z tego, że podkomisja smoleńska nie była na miejscu katastrofy? Przecież mogła narazić swoje życie i pchnąć Władimira Putina do drugiego zamachu. Polski nie stać na drugą katastrofę smoleńską, a Macierewicza na utratę życia.

Macierewicz więc nie dostarczy wyników badań i ekspertyz, które odbiegają nie tylko od badań i ekspertyz fachowców polskich i rosyjskich, ale też odbiegają od rozumu. Nie może być tak, że przez 8 lat Macierewicz robił z siebie idiotę, stawał w tym czasie przed kamerami i zarzekał się, że wybuchy i zamach były – i basta.

Macierewicz zasługuje nie tyle na Nobla, co na Oskara amerykańskiej Akademii Filmowej. Niech Pasionek spróbuje tej roli, niech się wcieli w Roberta De Niro, Toma Hanksa, Leonardo di Caprio – wówczas poczuje, jak się napracował nad rolą, jakiej zaznał żenady.

I najważniejsze: Macierewicz robił to dla Lecha Kaczyńskiego, który w innym wypadku – gdyby wybuchów i zamachu nie było – byłby odpowiedzialny za śmierć 95 ludzi, bo to on był dysponentem lotu.

Czy tego chce Pasionek? Czy chce uznać, że brat Jarosława – ciągle aktualnego prezesa PiS – nie był bohaterem? Chce dowodów na małostkowość? O! Nie – Macierewicz nie ujawni takich dowodów, które są wbrew interesom PiS.

3 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Przed Smoleńskiem i po Smoleńsku głupi

Politycy PiS z tragedii zrobili oręż polityczny, który przyniósł im wymierne korzyści – dla Polski raczej wątpliwe.

8 lat minęło od katastrofy smoleńskiej. Wydawałoby się, że to zdarzenie powinno przejść do historii – z pełnym sztafażem, które ofiarom się należy albo nie należy. Przede wszystkim powinno dojść do narodowej refleksji – w wyniku debaty, mądrych książek – aby tragedia nie poszła na marne.

Czy państwo zdało egzamin z tej historii i czy my obywatele zdaliśmy? Państwo zdaje egzamin, badając przyczyny tragedii i wdrażając wnioski właściwych organów, aby do takiego zdarzenia nie doszło. Gdyby Katyń i Smoleńsk znajdowały się na terenie Polski, Tupolew też by się rozbił. Nie wchodzi w rachubę żadna ingerencja zewnętrzna, żadne wybuchy. Dzisiaj takie rzeczy są nie do ukrycia. Nie dotrzymano procedur bezpieczeństwa, a piloci byli niejako zmuszeni do szarży ułańskiej. Samosierrą były warunki pogodowe, fatalny stan lotniska, żaden Kozietulski z tego nie wyszedł cało.

I można byłoby na tym poprzestać. Jakiś pomnik na uboczu, coroczny lament wpisany w kalendarz uroczystości państwowych, bo przecież nie wystawia się pomników chwały i łuków triumfalnych tym, którzy nie wygrali, nie osiągnęli sukcesu.

Stało się inaczej, bo politycy z tragedii zrobili oręż polityczny, który przyniósł im wymierne korzyści, dla Polski raczej wątpliwe. Nie wydaje mi się, żeby z tego powodu naród był trwale podzielony, wystarczy, że Jarosław Kaczyński odejdzie z polityki, a wrócimy do względnie zdrowej normy. Będzie sporo do naprawiania, ale… damy radę.

Mogę tylko naigrywać się z groteskowych zachowań dzisiejszych władców i podejrzewać, że nie wiedzą, co czynią, a dokładnie: co mówią. Naprawdę mogą nie mieć wyczucia, miary, bo działa na nich ciśnienie polityczne i dbałość o kariery osobiste, polityczne.

Cóż znaczą słowa Kaczyńskiego: – „Nie lękajcie się”? To tylko farsa w ustach tego, który chodzi w obstawie, a do wielkości Jana Pawła II nigdy nie podskoczy. Albo stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „ich śmierć przyniosła jeszcze jeden element wspólny – pamięć o nich”. Autorzy „Ucha prezesa” nie muszą wszystkich dialogów pisać, Adrian wykonuje ich pracę za friko. Nie zawiódł też Mateusz Morawiecki z refleksją: – „10 kwietnia na zawsze pozostanie dniem zadumy nad polskim losem”.

Ten los sami sobie fundujemy i jest to tupolewizm, który dawno, dawno temu sformułował Jan Kochanowski, że Polak „przed szkodą i po szkodzie głupi”. Szczególnie ta głupota dotyczy polityków, którzy jak wyżej cytowani wciskają nam kit retoryczny. To oni przed katastrofą smoleńską i po katastrofie są głupi.

TO JUŻ KONIEC DOJNEJ ZMIANY. POLACY IM TEGO NIE WYBACZĄ I NIE ZAPOMNĄ.

Czy PiS ukrywa przed swoim elektoratem to, że jednak przyjęto w Polsce uchodźców?

Pierwszy o tym doniósł Leszek Miller, który podzielił się na Twitterze lekturą francuskiego „Le Figaro”. – „Minister Czaputowicz w „Le Figaro”: „Przyjęliśmy 2700 migrantów przysłanych przez Europę Zachodnią, ale oni nie chcą zostać w Polsce, gdzie stopa życiowa jest zbyt niska”.

Dlaczego te fakty nie są upublicznione? Czyżby szef MSZ znowu powiedział coś za dużo?”. Rozmowa z szefem polskiej dyplomacji Jackiem Czaputowiczem ukazała się 5 kwietnia. Zatem dlaczego tak długo nie była dostępna polskiej opinii publicznej? Choć to tylko niedługa fraza o imigrantach, powoduje zgrzyt z powodu niespójności logicznej.

Relokacji 2700 uchodźców nie można ukryć ot tak sobie, aby dziennikarze nie wywęszyli. Jakiś podmiot tym się zajmujący przesłał ich z Unii Europejskiej i ktoś ze strony polskiej przyjął, zajmują się tym duże organizacje.

Niepokoi fraza „oni nie chcą zostać w Polsce, gdzie stopa życiowa jest zbyt niska”. Czyli jakiś czas minął od relokacji, aby uchodźcy mogli przekonać się, jak jest w Polsce. No i z jakich to przybyli obszarów „bogactwa” Bliskiego Wschodu i Afryki, iż w Polsce jest dla nich „stopa życiowa zbyt niska”? Wszak uciekali przed głodem i wojną.

Taka sama argumentacja jakiś czas temu padała ze strony Beaty Szydło o uchodźcach uciekających z Polski. Ponadto z wywodu Czaputowicza można wysnuć wniosek, że jednak nie ma w Polsce uchodźców, bo… uciekli. A zatem trudno sprawdzić, czy byli, bo ich nie ma. Nie zachował się żaden dokument, do którego można odesłać?

Coś mi ten chrześcijański akt strzelisty o uchodźcach zajeżdża pisowskim szwindlem naprędce skleconym. Bo instytucje Unii Europejskiej wyciągną odpowiednie wnioski z braku solidarności władzy PiS w kwestii uchodźców. Czaputowicz zastosował manewr węgierski, w połowie stycznia Viktor Orban „pochwalił się”, że przyjął 1,3 tys. uchodźców z Syrii, Afganistanu i Iraku. A że Polska jest większa od kraju swoich bratanków, Czaputowicz zastosował algorytm „Orban razy dwa z hakiem” i wyszło mu 2,7 tys.

Jak zareaguje na to elektorat PiS, któremu fundnięto 2,7 tys. potencjalnych terrorystów? Na szczęście terroryści in spe zbiegli z Polski na Zachód, gdzie będą terroryzować „wyższą stopę życiową”.

Władze PiS nie będą mogły liczyć na veto Węgier

Może trzeba przeprosić się z Mateuszem Morawieckim. Otóż 16 lutego obecnego roku był łaskaw powiedzieć dla popularnego niemieckiego portalu n-tv.de o Węgrzech, „gdzie wszędzie jest pełno korupcji”. Gwoli sprawiedliwości podobną korupcję dostrzegł w Bułgarii, Rumunii i w Czechach.

Ależ ze mnie gapa. Byłem sfrustrowany zdjęciami wierchuszki PiS z pobytu na Węgrzech, na które Morawiecki z Jarosławem Kaczyńskim pojechali, aby odsłonić pomnik smoleński w Budapeszcie, a Viktor Orban – czyżby z zemsty za wypowiedź dla Niemców? – posadził premiera rządu polskiego na konferencji prasowej w rogu stołu, jak niesfornego uczniaka, niczym w oślej ławce.

Morawiecki, nazywając Węgry skorumpowanym krajem nie pomylił się, bowiem Parlament Europejski przedstawił raport, w którym zaleca organom Unii Europejskiej odebranie Węgrom głosu w Radzie Europejskiej i uruchomienie procedur, wypływających ze słynnego artykułu 7. Traktatu o UE, co grozi sankcjami finansowymi.

Węgrom zarzuca się naruszenie wartości demokratycznych (odwrót od standardów demokratycznych) i pogwałcenie prawa. – „Czas na wydawanie ostrzeżeń minął”– powiedziała sprawozdawczyni Parlamentu Europejskiego Judith Sargentini, przedstawiając 26-stronicowy raport.

Orban z Kaczyńskim mogą zakrzyknąć: „Brawo my!”. Przeciwko Polsce w ubiegłym roku uruchomiony został artykuł 7, zwany też opcją atomową. Wreszcie Węgry dołączyć mogą do Polski PiS. Decyzję ostateczną w sprawie Węgier PE podejmie we wrześniu.

Jeżeli tak się stanie, to PiS może być w kropce, gdyż liczyli na veto Węgier w sprawie sankcji. Czyli może być tak, że Węgry stracą prawo veta wobec Polski, jako same oskarżone.

Oskarżone kraje, „gdzie wszędzie jest pełno korupcji”, nie będą mogły chronić siebie nawzajem. Przecież w prawie tak jest, że przestępca za drugiego przestępcę nie może wnieść poręczenia.

Zbigniew Herbert

4 teksty Waldemara Mystkowskiego.

„Ludzki pan” Kaczyński

Prezes PiS uderza przede wszystkim w opozycję, zmniejszając pensje parlamentarzystom oraz w samorządowców.

Jarosław Kaczyński zdecydował, iż za ujawnienie ogromnych nagród przyznanych ministrom i wiceministrom rządu PiS koszta w pierwszym rzędzie poniosą posłowie i senatorowie Platformy Obywatelskiej, bo prezes uznał, że o 20 proc. zmniejsza im pensje poselskie.

Wg prezesa, Krzysztof Brejza z PO musi czuć przy potylicy przystawioną lufę, gdy zapyta o nagrody dla ministrów, albo nie daj boże, ile kosztuje ochrona Kaczyńskiego. Grozi to dalszym obniżeniem pensji Brejzie i jego kolegom. Można też orzec, że prezes to „ludzki pan”, wszak zostawia 80 proc. uposażenia, a mógłby zabrać wszystko i powiedzieć: pieniądze nie są najważniejsze, warto pracować dla idei, a taką jest służba Polsce (tak przekonywał Stanisław Karczewski lekarzy rezydentów).

Parlamentarzyści opozycji zostali zatem ukarani, bo posłowie i senatorowie PiS odbiją sobie w rozlicznych synekurach, w radach nadzorczych państwowych spółek.

Dlaczego nie zostali pokarani ministrowie i wiceministrowie pisowskiego rządu? Bo choć nagrody muszą oddać, to Kaczyński nie zmniejszył im pensji o 20 proc., a to oni są winni, iż przyznawali sobie ogromne premie. I jakiej wysokości muszą oddać nagrody? Te, które zostały ujawnione, czy wszystkie nagrody, w tym jeszcze nieujawnione. Proces odtajniania dodatkowych apanaży był rozwojowy, nie wszystko dotarło do opinii publicznej.

Chyba już nikogo nie dziwi, że poinformował o tym szeregowy poseł, a nie premier rządu albo prezydent. Jak zatem zostanie prawnie usankcjonowana degradacja dochodów parlamentarzystów? Przez dekret prezydenta czy przez sejmową ustawę? Przy okazji można sobie wyobrazić wyrazy twarzy posłów, gdy będą procedować i głosować za zmniejszeniem swoich apanaży.

Czy dojdzie do paradoksalnej sytuacji, iż w MOPS-ach zjawią się politycy pokroju Gowina, który przyznawał, że mu nie starczało do pierwszego, do sytuacji godnej Barei, w której posłowie będą korzystać z socjału dla bezrobotnych, bo im nie starcza?

Piszę, że Kaczyński zarządził oddanie nagród przez rząd PiS, ale to nie jest prawdą w świetle jego słów: – „Ministrowie sami podjęli tę decyzję, dzisiaj było takie spotkanie. Nikt nie protestował”.

Co zatem z byłą premier Beatą Szydło, która w emocjonalnym sejmowym wystąpieniu stwierdziła, że „się należało”. Dostała od prezesa na taką mowę pozwolenie, aby „pokazać pazurki”. Prezes powiedział, że o pazurkach nie mówił. Czy to znaczy, że Beata Szydło zostanie zdymisjonowana z funkcji wicepremiera?

Zdaje się, że mamy takie wzmożenie taniego dziadowskiego państwa z powodu wewnętrznych sondaży, zleconych przez PiS po świątecznych rozmowach Polaków przy stole wielkanocnym. Słupki poparcia muszą wyglądać źle, skoro dochodzi do takich akrobacji prezesa z nagrodami.

„Ludzki pan” orzekł, aby przekazać premie na cele charytatywne dla Caritas, a nie Lux Veritatis, acz może jeszcze dojść do zmiany w kwestii stowarzyszenia i fundacji, której zwrot się należy, bo drugi naczelnik państwa Tadeusz Rydzyk nie wypowiedział jeszcze swojego zdania.

Nowi komuniści spotkali się w Budapeszcie

W Budapeszcie spotkali się dzisiaj dwaj bohaterowi z okładki najnowszego magazynu „Politico Europe” Viktor Orban i Jarosław Kaczyński. Ten ostatni przywiózł ze sobą Mateusza Morawieckiego, premiera polskiego rządu. W narracji jednego z najważniejszych magazynów politycznych dwaj bohaterowie nazywani są nowymi komunistami. Brakowało trzeciego podobnego do nich – Władimira Putina, ale to Orban do niego jeździ, jak Kaczyński do Budapesztu. Jeszcze prezes PiS nie jeździ na Kreml, ale gdyby historia miała się toczyć, jak się toczy, to i tego dostąpimy.

Kaczyński pojechał do Budapesztu w celach hołdowniczych, jakbyśmy mieli do czynienia z dawno minionymi Austro-Węgrami. Do takiego dochodzi anachronizmu. Na przedmieściach Budapesztu (8 km od centrum) odsłonięto pomnik smoleński z płaskorzeźbą Lecha Kaczyńskiego. Zacytuję dramatyczne głosy trzech uczestników uroczystości (dramatis personae), które brzmią jak farsa (do tego sprowadza się katastrofa smoleńska).

Nowy komunista I (Jarosław Kaczyński): – „To, co dzieje się na Węgrzech i w Polsce nie jest wymierzone przeciwko Europie, ale wskazuje jej inną drogę. Choć ta droga jest trudna, to idziemy nią i umacniając naszą przyjaźń, choćby przez budowę tego pomnika, idziemy tą drogą”.

Didaskalia: Ależ zaleciało Krakowskim Przedmieściem.

Nowy komunista I (dalej): – „Za dwa dni to wy będziecie decydować o drodze wolności, nie tylko w skali Węgier, ale i Europy, i świata”.

Nowy komunista II (Viktor Orban): – „Kiedy Polska jest atakowana, to atakowana jest Europa Środkowa, atakowane są też wtedy Węgry”.

Didaskalia: Na Węgrzech w niedzielę odbędą się wybory. Wg komunisty Kaczyńskiego będzie się decydować podczas nich historia Europy i świata. Zaś ataki na Polskę i Węgry idą ze strony… Brukseli. Taka retoryka jest godna jakiejś remizy spod Rzeszowa, a nie polityka, który się mieni nieformalnym naczelnikiem dużego i dumnego narodu europejskiego.

Odezwał się też pomagier nowego komunisty I Mateusz Morawiecki, ten odleciał, jak mówi się kolokwialnie „od czapy”: – „Nie można zrozumieć współczesnej historii Polski bez zrozumienia tej straszliwej katastrofy, jaką była katastrofa smoleńska”. Lech Kaczyński został wyżyłowany politycznie przez brata na wszelkie możliwe sposoby i kiedyś w politologii ten niechlubny epizod z naszej historii będzie analizowany pod kątem, jak uprawia się politykę funeralną.

Spointuję powyższe satyryczne wypowiedzi innym politykiem tego samego obozu, szefem Gabinetu Prezydenta Krzysztofem Szczerskim. Zapytano go w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, dlaczego Donald Trump nie chce spotkać się z Dudą, Szczerski odpowiedział: – „Trump chce się spotkać z Dudą, ale panowie mają zbyt zajęte kalendarze”. I to jest… zupełnie od czapy.

Jest wyjście – oficjalny spis zajęć Trumpa jest powszechnie znany, codziennie od godziny 8 do 11 tweetuje albo ogląda telewizję. Gdyby Duda się postarał (przesunięcie czasowo na Wschodnim Wybrzeżu USA wynosi – 6-7 godzin – w stosunku do czasu środkowoeuropejskiego), to od godziny 1 do 3 w nocy zamiast tweetować z jakimś Ruchadełkiem leśnym, mógłby poćwierkać z Trumpem.

Tak wygląda polska polityka… od czapy.

Panikujący Kaczyński brzytwy się chwyta

Gdy Roman Giertych przestał być politykiem, stał się porządnym adwokatem i przede wszystkim dowcipnym oraz trafnie prognozującym komentatorem. Ponadto znajomość rządzenia Jarosława Kaczyńskiego otworzyła mu oczy na cechy tego człowieka. Giertych podczas rządów PiS-LPR-Samoobrona siadał obok Kaczyńskiego i okupował róg stołu, tak jak dzisiaj sadzany w rogu stołu jest Mateusz Morawiecki. Zdjęcie z Budapesztu, na którym Viktor Orban i Kaczyński siedzą centralnie do dziennikarzy, a w rogu stołu siedzi z miną zbitego psa Morawiecki, wszak szef rządu polskiego, robi wstrząsające wrażenie, wyraża, ileż złego się dzieje z naszą sferą publiczną.

Giertych uważa (na Facebooku pisze), że Kaczyński „panikuje, bo (…) dyktatura, która nie przejęła zdolności zastraszania, przegrywa”. A Kaczyński był tego bliski, aby przejąć pełnię władzy, ale źle ulokował swoją osobę, wysługując się wspomnianym Morawieckim, a wcześniej Beatą Szydło.

Kaczyński się zabezpieczał, bo przyjdzie politykom PiS odpowiedzieć za niszczenie ustroju demokratycznego. I możliwe, że moment dojścia do dyktatury umknął Kaczyńskiemu na zawsze, prezes PiS jest wyznawcą dogmatu autokratów, zdefiniowanego przez Józefa Stalina: „Wolę, gdy ludzie popierają mnie ze strachu niż z przekonania. Przekonania są zmienne, strach zawsze jest ten sam”.

Popieranie ze strachu mógł uzyskać Kaczyński na początku obecnego roku, gdy słupki sondażowe dla PiS sięgały 50 proc. i więcej. Wówczas mógł ogłosić przedterminowe wybory i objąć autorytarne rządy. Giertych: „Gdyby wybory w 2018 wygrał, to następne wybory byłyby fikcją, gdyż przejąłby zdolność kierowania sądami, sondażami, wykończyłby niezależne media i zastraszył przeciwników”.

A teraz prezes PiS może tylko pomarzyć, aby posadzić za kratami Donalda Tuska – acz jeszcze będzie próbował naginać oskarżenia szefa Rady Europejskiej za pomocą nowej komisji śledczej ds. VAT. Lecz to okaże się ledwie groteską, tym bardziej, że o Tusku Polacy przypomnieli sobie jako wybitnym polityku i darzą go największym zaufaniem.

Dzisiaj decyzje Kaczyńskiego są spowodowane paniką, PiS traci poparcie. Giertych konkluduje: „Strach Kaczyńskiego, który spowodował teraz paniczny ruch wynika właśnie z tego, że zdał sobie sprawę, że jego zamach na Państwo Polskie się nie udał”.

Panikujący chwyta się brzytwy. Stoimy jeszcze przed takimi decyzjami panikarza, który może zechcieć nagiąć wyniki wyborów. Mentalność autokraty zaowocuje groźnymi dla państwa i obywateli decyzjami, a Kaczyński jest zdolny do wszystkiego, bo to człowiek z alternatywnego świata, zabezpieczony przed rzeczywistością kordonem ochrony i barierkami. To ktoś „obcy” naszej normalności, polskości. Źle skończy, jak każdy „Alien”.

Kleptokracja PiS

Chroniczne złodziejstwo jest zwane kleptomanią – PiS stworzył z tego ideologię.

Gdy psycholodzy pochylili się nad kleptomanią, odkryto w niej znamiona choroby. Często słyszy się od złodziei, iż mają kłopoty psychiczne, dlatego dobra kleją się im do rąk. Chorobowy stan złodziejski zorganizowany pod szyldem idei można nazwać kleptokracją. Szajki, mafie i inne szemrane towarzystwa cierpią na niedocenianie, na kiepskość, więc dowartościowują się materialnie poprzez kradzenie.

W polityce jest to o tyle groźne, iż można posłużyć się lewicowymi bądź prawicowymi ideami, lecz zawsze łupem takich idei pada budżet wspólny: czy to samorządowy, czy państwa. W PRL powstało usprawiedliwienie, iż złodziejstwo na dobrach państwowych nie jest złodziejstwem, bo złodziej nie okradał bliźniego, tylko znienawidzone państwo.

Ten PRL-owski idiom wrósł w Polaków bardziej niż tatuaż, a bliżej mu do genu narodowego. Niespełna 30 lat po upadku, gen nie mógł być wypleniony, wyleczony, bo na narodzie nie dokonano żadnej lobotomii, terapii elektrowstrząsowej. Było tylko transformacyjne przejście z jednego ustroju w drugi, ale tylko w sferze gospodarczej i urządzeń ustrojowych.

Naród nie był leczony, gdyż leczyć w tym wymiarze może tylko szkoła, wychowanie i pokolenia, a tych pokoleń musi zemrzeć kilka, niektóre tradycje mówią o 7 pokoleniach, inne – jak hebrajska – o 40 latach.

PiS z okradania stworzył ideę, której celem końcowym nie jest dowartościowanie innych, w imieniu których się kradnie, ale przede wszystkim siebie. Można to określić tworzeniem wspólnoty kleptomańskiej. Jarosław Kaczyński kiedyś nawet nazwał to TKM (teraz k… my), uwłaszczył się na państwowym, stworzył Srebrną. Działo się to w wymiarze prywatnej partii, która jednak sięgnęła po władzę w państwie.

Elektorat został kupiony za pieniądze z budżetu, czyli nasze, a gdy został on stygmatyzowany 500+ (jak szkarłatną literą), niejako stworzył wspólnotę z PiS. Nie dziwmy się zatem, że w porywach PiS zyskiwał poparcie 50 proc. Polaków.

Złodzieje zawsze przekupują innych po drodze do celu, lecz łupem właściwym nie dzielą się, bo jest on przeznaczony dla stosunkowo niewielu i jest wielokroć przewyższający niż 500+. Złapany złodziej krzyczy: „łapać złodzieja” (przez dwa lata obowiązywał idiom: „PO przez 8 lat tamto-siamto”), a gdy został przygwożdżony i otwarto mu tobół z trofeami, złodziej stwierdził, że „mu się należy”. Bo ciężko pracował nad zniszczeniem reputacji Polski i zniszczeniem ustroju demokratycznego.

Napracowali się. Ale złodziej zauważył, że stygmatyzowane 500+ grono wspólników odwraca się od niego, bo co to za szmal 500+. Wiec prezes wpadł na szatański pomysł, aby zwrócić trofea, ale nie do Sezamu (budżetu), z którego wynoszono, ale do przyjaznej mu instytucji, do katolickiego Caritasu. Acz zwrot nie będzie pełny, bo można będzie sobie odpisać go od podatku, czyli w gruncie rzeczy nie jest to zwrot, tylko ofiara na Caritas. Te pieniądze są jednak z łupu, nie zawarto na nie żadnej umowy cywilno-prawnej.

Zatem to nie koniec prawnych kłopotów PiS. Zaś w wymiarze psychologicznym, czyli owego genu kleptomanów, nie jest on do powstrzymania, nie ma odwrotu od gnicia i rozkładu tej formacji, która wyznaje ideę kleptomanii i sama stwarza ustrój kleptokracji. Okraść budżet, prawo, demokrację, a nawet Księżyc. Taki jest gen politycznych lunatyków.

Ku pamięci, ucieczka tchórza będącego 28 km od miejsca katastrofy, zjadł obiad, wsiadł do pociągu i dyla do W-wy.Po czym zostaje odpowiedzialnym za komisję do zbadania okoliczności katastrofy.Dzisiaj już wiemy,że ta komisja i badania polegają tylko na dojeniu nas z kasy!

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Anatomia kłamstwa PiS

Pouczająca to lekcja, bowiem pokazuje, jak nie powinna być robiona polityka, bo zawsze kończy się to degradacją Polski.

Przy okazji nałożenia sankcji persona non grata przez Biały Dom na Andrzeja Dudę i Mateusza Morawieckiego możemy doświadczyć, jak wygląda anatomia kłamstwa konstruowanego przez PiS. Pouczająca to lekcja, bowiem pokazuje, jak nie powinna być robiona polityka, bo zawsze kończy się to degradacją Polski i ośmieszeniem polityka tego bądź owego.

Jeszcze wczoraj po ujawnieniu przez Onet sankcji personalnych dotyczących najważniejszych polityków na pisowskim szczycie spotkali się Andrzej Duda, Mateusz Morawiecki i szef dyplomacji Jacek Czaputowicz.

Rzeczniczka Departamentu Stanu USA Heather Nauert pytana o zakaz spotkań z polskim premierem i prezydentem w związku z ustawą o IPN, odpowiedziała: – „Informacje, które mówią o zawieszeniu współpracy dotyczącej bezpieczeństwa lub dialogu na wysokim szczeblu, są po prostu fałszywe. Polska jest bliskim sojusznikiem w ramach NATO, to się nie zmieni. Nie znaczy to jednak, że zgadzamy się z przyjętą ustawą, co jasno wyraziliśmy”. A zatem Nauert nie odpowiedziała na pytanie dotyczące publikacji Onetu, który to portal pisał o czymś zupełnie innym.

Dzisiaj od samego rana nastąpiła ofensywa medialna polityków PiS, która ma na celu zaprzeczyć kompromitacji. I jak to w tej partii bywa, wszyscy z nich posługują się takimi samymi komunikatami wypracowanymi przez służby pijarowskie, a przy okazji wychwalają samych siebie.
Politycy PiS do „odkłamywania” używają mediów prywatnych, a nie tzw. narodowych, bo nikt oprócz nich ich nie śledzi. Łażą więc do TVN, Polsatu, TOK FM, RMF FM, które są jeszcze niezależne i wiarygodne.

Adam Bielan w TVN24 zachwala, że „mamy najlepsze relacje PL-USA, zarówno jeśli chodzi o kwestie współpracy militarnej, jak i wymiany handlowej”. Szkoda, że przy takich stwierdzeniach nie słyszymy rechotu publiki, jak w sitcomie.

Z kolei Michał Dworczyk, szef kancelarii premiera, w RMF FM nazywa to fake newsem, a dziennikarzom Onetu zarzuca, iż posługiwali się nieistniejącą notatką: „Proszę ją pokazać”.

Nawet Mateusz Morawiecki zabrał głos we własnej sprawie, co świadczy, że jemu i Dudzie jednak postawiono ultimatum w Białym Domu. Morawiecki powtórzył komunikaty wcześniej wyrecytowane przez Bielana i Dworczyka, iż „te doniesienia, które ujrzały światło dzienne wczoraj, okazały się zupełnie nieprawdziwe”.

Politycy PiS idą w zaparte, gdyż to kolejny dowód, iż ich działania przynoszą efekt szarańczy. Czego się nie dotkną, zniszczą, zdemolują – i zachwalają, że jest cacy i osiągnęli stan nirwany „najlepszości” na świecie.

Na takie dictum zareagowali dziennikarze Onetu. Podają numer notatki polskiej ambasady w Waszyngtonie, datowanej na 20 lutego – Z-99/2018. Nie ujawniają jej, gdyż musieliby ujawnić informatora, więc zwracają się do MSZ, aby notatkę odtajniono.

Na bazie notatki z ambasady polskiej w USA powstały wewnętrzne dokumenty w MSZ. Jeden z nich, autorstwa Jana Parysa, cytuje Onet: – „Ze względu na znaczenie USA dla naszego bezpieczeństwa nie do przyjęcia jest sytuacja, kiedy prezydent czy premier mają zablokowane kontakty z głównym sojusznikiem. Moim zdaniem uregulowanie sporu z USA jest ważniejsze niż spór z Izraelem czy rozmowy z KE na temat praworządności”.

Te dwa zdania Parysa mówią wszystko. Szarańcza PiS niszczy wszystko, zostawia po sobie ugór. A my jak w sitcomie („Ucho prezesa” na żywo) możemy rechotać z własnej głupoty, iż daliśmy im władzę.

‼️Jurek Owsiak mówi wprost to 😡 Ustawą autorstwa PiS będzie można przejąć pieniądze wpłacane na fundacje. A wszystko to w czasie, gdy kolejni politycy PiS mają zwiazek z , a inni nie potrafią wytłumaczyć się z wielotysięcznych nagród.

DUDA PRZEPROSIŁ, MORAWIECKI RELATYWIZUJE. PIS W ROZTERCE

Przemawiającego Andrzeja Dudę na Uniwersytecie Warszawskim spotkała zasłużona porcja okrzyków „hańba”, „konstytucja” i „hipokryta”. To akompaniujący mu sprzeciw społeczeństwa obywatelskiego w sytuacjach, gdy prezydent zanurza się w środowisku niepisowskim. Czyni to coraz rzadziej, ale z racji pełnionej funkcji nie może się zamknąć tylko wśród swoich, wśród homogenicznego elektoratu.

Na uroczystościach 50. rocznicy Marca ’68 Duda był zmuszony spojrzeć na białe róże, które przyniosła ze sobą większość protestujących. Duda w przemówieniu użył innego języka, do którego nas przyzwyczaił. Przede wszystkim przeprosił za rok 1968 i użył formuły niepisowskiej: „Wybaczcie Rzeczpospolitej, wybaczcie Polakom”.

Jakakolwiek wówczas była Polska, to była nasza ojczyzna. A tamci Polacy to my, ewentualnie nasi bezpośredni przodkowie. Wówczas władza użyła antysemityzmu w walce ze społeczeństwem obywatelskim i sączyła go w dusze rodaków. Odniosła pożądany dla niej skutek.

Dzisiaj skala antysemityzmu jest – na razie – mniejsza, ale jest, a władza nie walczy z nim, toleruje antysemityzm, sączy w inny sposób, poprzez innych. Za to nie przeprosił Duda, acz doceniam, że w ogóle przeprosił.

Przynajmniej Duda okazał się ciut szlachetniejszy od Mateusza Morawieckiego, który wczoraj odniósł się do Marca ’68. Premier odwołał się do formuły Jarosława Kaczyńskiego: pedagogkę wstydu zwalczać pedagogiką bohaterszczyzny.

Niestety taka pedagogika to bezwstyd, a nawet bufonada właściwa osobom o wlaściwościach peryferyjnych, zamkniętych, wywodzących się – kolokwialnie ujmując – z Zad…pia. I stąd jest postać Morawieckiego, który był o Marcu ’68 powiedzieć: „Dla Polaków walczących o wolność Marzec ’68 powinien być powodem do dumy, a nie wstydu „.

Morawiecki nie potrafi wziąć odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone wypędzonym z Polski. Taki z niego mały człowiek, bezwstydnik, który stroi się w cudze piórka bohaterstwa. A kompletną intelektualną wywrotką na skórce od banana jest inny jeszcze relatywizm Morawieckiego, który jednym tchem wymówił: „Ja chcę walczyć z tym antypolonizmem, tak jak skutecznie nasi żydowscy bracia walczą z antysemityzmem”.

Nazwać ten relatywizm nalezy faryzeizmem – w znaczeniu chrześcijańskim. Czy można wybaczać Morawieckiemu, że ciągle nakrywa się nogami, że ciągle się wywraca, że rozum jest dla niego skórką od banana, na którym zwykle robi figurę wyrżnięcia – kolokwialnie – na pysk? Duda jakoś potrafił się znaleźć, Morawiecki kolejny raz wpadł.

WIELKIE BRAWA ZA TE SŁOWA. NIKT TAK JESZCZE NIE ZAORAŁ CZOPKA 🙂

Wybuch smoleński Macierewicza okazał się niewypałem

Za miesiąc odbędzie się największe święto partii Jarosława Kaczyńskiego i związany z tym festyn – 8. rocznica katastrofy smoleńskiej. Prezes z pewnością da popis swojej elokwencji emocjonalnej, tego i owego obrazi – a jak będziemy mieli szczęście – cały naród zostanie opluty jakimś gorszym sortem, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Ustawa o IPN jest nieprecyzyjna, więc postuluję, aby w następnej nowelizacji zawrzeć artykuły precyzujące antypolonizm, pod który podpada retoryka wiecowa Kaczyńskiego.

Niestety, na święto PiS nie otrzymamy dokumentu „ideologicznego”, którego autorem bywał Antoni Macierewicz – „Raportu smoleńskiego”. Poprzednie raporty osiągały status wydawniczy bestsellerów. Pewnie wydawca „Gazeta Polska” i Macierewicz sporo grosza na tym zarobili, bo elektorat PiS wierzy w pismo święte swego apostoła zamachu.

Wiara smoleńska miała się dobrze, gdy działała w opozycyjnych katakumbach, gdy Macierewicz mógł ogłosić każdą niestworzoną brednię, a prezes Kaczyński ze swojego stołka na Krakowskim Przedmieściu potwierdzić, iż „idziemy i zbliżamy się do prawdy”. Gdy wraz ze zdobyciem władzy przez PiS, możliwości badania katastrofy smoleńskiej przez Macierewicza stały się wszechpotężne, gdy prezes ze swoim wiernym ludem odgrodził się barierkami, ideologia katastrofy podupadła – żadnych dowodów na zamach nie ujrzeliśmy. Apostoł smoleński Macierewicz poszedł w odstawkę, ale za to przyszedł czas świątków – pomników Lecha Kaczyńskiego.

Pomnik smoleński na placu Piłsudskiego ma być wyższy niż Grób Nieznanego Żołnierza. Jeszcze pisowcy oficjalnie nie wpadli na pomysł monumentu brata prezesa wielkości Chrystusa w Świebodzinie, ale kto wie, czy obok pozostającego na razie w zamysłach największego portu lotniczego w tej części Europy nie zostanie posadowiony – jak w Rio de Janeiro – ogromny Lech Kaczyński, który będzie rozłożonymi ramionami witał i żegnał.

W 8. rocznicę Macierewicz ma zamiar zaprezentować tylko skromną prezentację multimedialną, przez niektórych określaną filmem. Znaczenie temu zdarzeniu może nadać tylko sam prezes, który albo przybędzie na premierę, albo nie przebędzie. A jak przybędzie, to z kim będzie dawał się fotografować na ściance. Wybuch w smoleńskim Tupolewie okazał się niewypałem. A to pech!

NAWET KOŚCIÓŁ TWIERDZI, ŻE MIESIĘCZNICE TO NIE RELIGIA. CZY PiS UPADŁO NA GŁOWĘ OSKARŻAJĄC KONTRMANIFESTANTÓW???

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Łebski Macierewicz i Mojżesz Kaczyński

Antoni Macierewicz ma łeb jak sklep? To porównanie mnie nie zadowala, bo ma łeb jak galeria handlowa. Tak! Macierewicz nie ma deficytu głowy (jak to ładnie ujął Ludwik Dorn w stosunku do Mariusza Błaszczaka), ma bez mała łeb konia (jeszcze jedna łebska metafora).

Dlaczego? Szybko śpieszę wyjaśnić. Powtórne wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej na kopyto PiS leży w gruzach, lecz minister obrony się nie daje. O, nie! Trwa przy swoich bredniach. Właśnie Macierewicz przeczytał wywiad z przewodniczącym Komisji Technicznej MAK Aleksiejem Morozowem na kremlowskim portalu Sputnik, opublikowanym w języku polskim, a powtórzonym przez agencję prasową RIA Nowosti. I Macierewicz doczytał, że – ogłosił to w swoim wideo felietonie w TV Trwam – „dobrze, że [Morozow – przyp. mój] przyznał się, iż doszło do rozpadu samolotu już przed uderzeniem w ziemię. Dobrze, że [Morozow] potwierdził analizy komisji smoleńskiej prowadzonej przez pana prof. Nowaczyka”.

Z wywiadu z Rosjaninem wynika, iż chodzi o rozpad po uderzeniu w brzozę, a jeszcze przed pierdyknięciem w ziemię, a oprócz tego Nowaczyk nie jest profesorem, tylko doktorem i szefem podkomisji, a nie komisji, bo ta byłaby w świetle prawa bezprawna.

Macierewicz na podstawie swego rozumienia wywiadu w kremlowskim Sputniku, w którym jakoby Morozow zgadza się z ustaleniami podkomisji (profesora) Nowaczyka (wcześniej Berczyńskiego), złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez komisję Millera (powołaną przez Donalda Tuska). I tutaj ma zastosowanie łeb jak sklep, bowiem w ten sposób prokuratura przejmuje badanie przyczyn katastrofy smoleńskiej, gdyż musi ustalić, na czym polegają „wątpliwości co do rzetelności i prawdziwości” raportu Millera w zestawieniu do ustaleń podkomisji ekspertów Macierewicza i do rosyjskiego raportu MAK.

Prokuratura więc ma do zbadania dwa, a nawet trzy razy więcej materiału faktograficznego, a oprócz tego musi wydać jakieś postanowienie oskarżycielskie. Od katastrofy smoleńskiej minęło 7 lat, zapowiada się na kolejnych kilka i więcej lat.

Jarosław Kaczyński przez ten czas będzie zbliżał się do prawdy na Krakowskim Przedmieściu. Kiedyś po takich słowach mojżeszowych prezesa PiS napisałem, że czeka go 40 lat wędrówki po piaskach pustyni, zanim dotrze do prawdy, tj. ziemi obiecanej Kanaan. I się nie pomyliłem.

Cieszy się też członek komisji Millera Maciej Lasek, na Twitterze ogłosił: – „Bum! Stało się! Minister Macierewicz zarzuca Komisji Millera, że NIE PRZEPISAŁA raportu z raportu komisji MAK”. Taka jest logiczna przesłanka zawiadomienia do prokuratury, bo w zawiadomieniu Macierewicza czytamy: „wnioski wyrażone w raporcie końcowym [Millera] w znaczący sposób odbiegają od ustaleń MAK”.

A wracając do naszego Mojżesza na Krakowskim Przedmieściu, łatwo obliczyć, Kaczyński jak biblijna postać Mojżesza dojdzie do prawdy mając 120 lat. Ile prezes PiS będzie łaził po pustyni Krakowskiego Przedmieścia, tyle lat napotka kontrmiesięcznice. Nie łudźmy się, że taki łebski minister jak Macierewicz zostanie zdymisjonowany. Co się jednak stanie, gdy zmieni się rząd, gdy wybory wygra Platforma Obywatelska albo Nowoczesna?

LE TYSIĘCY KOSZTOWAŁA TA MIESIĘCZNICA? 300, 400, 500? A MOŻE JUŻ OKRĄGŁY MILION??? Z NASZYCH PODATKÓW…

Siedlecka i Frasyniuk a los Kaczyńskiego

Publicystka prawna „Polityki” i „Wyborczej” Ewa Siedlecka została wczoraj – podczas zorganizowanej przez Obywateli RP blokady miesięcznicy smoleńskiej – wyniesiona przez policjantów wcześniej niż Władysław Frasyniuk. Była drugą osobą, która przeniesiono z miejsca protestu na miejsce kontrolowane przez policję. Po chwili „dołączył”  do niej i innych przeniesionych legendarny lider „Solidarności”, też przeniesiony Frasyniuk.

Siedlecka opisała, jak przebiegał protest, także opowiedziała o tym portalowi OKO.press tuż po 2-godzinnym „zwolnieniu” jej przez policję. Policji na Krakowskim Przedmieściu było mrowie (zjazd policjantów z całego kraju), można tę ilość porównać do mrowia milicjantów w Grudniu 1970, gdy pacyfikowane były protesty robotników na Wybrzeżu. Nawiasem: przestępcy w tym czasie w całym kraju mają używanie.

Siedlecka opowiada, że nie dopuszczono do nich adwokatów, a to kolejne bezprawne działanie policji. Świadomie używam pojęcia „przeniesieni”, bo to faktycznie był areszt. Siedlecka i Frasyniuk byli izolowani od innych protestujących, byli otoczeni kordonem policji i adwokaci nie mieli do nich dostepu.
Jest to kwalifikacja aresztu. Zarówno Siedlecką, jak i innych postraszono 500 złotowym mandatem, odmówili przyjęcia, więc zostanie uruchomiona procedura sądowa. Frasyniukowi nawet grozi do 3 lat więzienia, bo PiS (przecież nie policja) dopatrzyło się naruszenia „nietykalności policjanta”.

To są strachy na Lachy, bo każdy ma prawo się bronić – szczególnie przed policjantem – gdy ten postępuje brutalnie, albo ofiara może obawiać się użycia paralizatora przez policjanta. Siedlecka zapowiada, iż weźmie udział w takim samym proteście za miesiąc.

Wchodzimy w kolejny etap państwa zarządzanego przez PiS. Magdalena Środa uważa, że pomału przechodzimy z ustroju dyktatorskiego w totalitarny. Nie jest to żadna przesada. Ale ta przemiana ustrojowa świadczy, iż zmierzamy do jakiegoś rozstrzygnięcia. Polska to jednak nie jest Rosja Putina, ani Turcja Erdogana, a to pokazuje kierunek, a w zasadzie los, jaki czeka Kaczyńskiego.

SŁOWA SZCZERSKIEGO BOLĄ PRAWICĘ BARDZO

Kleofas Wieniawa pisze o Błaszczaku.

Mariusz „Deficyt” Błaszczak (Ludwik Dorn dał ksywkę ministrowi twierdząc, iż onże jest chodzącym deficytem inteligencji) w czasie miesięcznicy kroczył w procesji po Krakowskim Przedmieściu.

Jaka zatem to religia i czy jest zarejestrowana?

Religie mają swoje kościoły, meczety, badź bożnice. Gdzie ta religia zatem ma swoje ośrodki kultu? Jeżeli dowiemy się gdzie, będziemy wiedzieć, gdzie mają się odbywać rytuały, bo ulica do nich nie należy, jest przestrzenią zdesakralizowaną.

„Deficyt” w TVP Info był podzielić się zajęciem – nie tylko chodzeniem deficytowym – co też robił na Krakowskim Przedmieściu. „Szliśmy, odmawiając różaniec”.

Mam rozumieć, iż to rytuał zapośrednioczony z katolicyzmu, ale nie z chrześcijaństwa. W pobliżu wszak znajduja się kościoły, trzeba było wpaść do nich – wcześniej wynajmując przestrzeń – i „odmawiać różaniec”.

Może nawet fajniejsze jest, co „Deficyt” Błaszczak zobaczył i usłyszał.

Dojrzał Władysława Frasyniuka. Czyżby otarł się o niego? Tak! Bo przeczytał u Frasyniuka „wpięte w klapę, pisane chyba cyrylicą, po rosyjsku, wulgarne słowa dotyczące PiS”.

Nie wyjawił jakie to wulgarne słowa pisane cyrylicą przeczytał, ale tym samym pochwalił się, iż jest poliglotą.

Błaszczak też usłyszał (czyli poza sezonem „Ucha prezesa”, które dopiero na jesieni będzie kontynuowane) na własne uszy,  że „Frasyniuk groził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wyraźnie słyszałem”.

Też chcielibyśmy poznać owe groźby.

Dochodzę jednak do wniosku, iż Błaszczaka nie tylko znamionuje ów Dornowy „deficyt”, ale zwidy i słuchy właściwe chorobie o wiele poważniejszej niż braki w ilorazie inteligencji.

A tę chorobę nie leczy się w żadnym kościele, meczecie, bożnicy, ale w zakładach o rygorze, o które dbają pielęgniarze, a różaniec i sznurowadła są przechowywane w magazynie do czasu polepszenia się.

TEN WPIS MAĆKA STUHRA W 3 GODZINY NA FB ZDOBYŁ 50 TYSIĘCY REAKCJI. MISTRZ, PO PROSTU MISTRZ.

>>>

OD NAS, DLA WAS.

„Boją się Tuska, więc zabierają się za Kopacz. To polityczny damski boks”

„Nie ma dowodów na zamach, to wymyśli się dowody na łamanie procedur i okłamywanie opinii publicznej” – tak Adam Szostkiewicz komentuje wezwanie Ewy Kopacz do prokuratury. Wg publicysty „Polityki”, PiS kieruje się chęcią zemsty i nienawiścią.

Była premier była przesłuchiwana w charakterze świadka w sprawie nieprzeprowadzenia w Polsce sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej. „Będę miała odwagę bić się o to, by nie upolityczniać jakiegokolwiek zdarzenia tak tragicznego jak katastrofa smoleńska” – mówiła Ewa Kopacz po wyjściu z prokuratury.

„Boją się Tuska, więc zabierają się za byłą premier. Na razie w charakterze świadka, ale kwalifikację można przecież zmienić. Tak samo Tuskowi. Tylko że Tuska chroni prestiż stanowiska, które zajmuje. Zresztą i bez niego poradziłby sobie z wykonawcami politycznego zlecenia. Takie zagrania to polityczny damski boks” – komentuje na blogu Adam Szostkiewicz.

Zemsta i nienawiść

Zdaniem publicysty tygodnika „Polityka”, wzywanie prominentnych polityków PO na przesłuchania to element politycznej taktyki PiS. „Nie ma dowodów na zamach, to wymyśli się dowody na łamanie procedur i okłamywanie opinii publicznej” – ocenia.

Szostkiewicz zwraca uwagę, że poza „motywem zemsty” osoby uczestniczące w nagonce na polityków PO kierują się nienawiścią. Widać to, zdaniem publicysty, choćby w wypowiedziach drugiej żony Przemysława Gosiewskiego – Beaty.

Europosłanka PiS w rozmowie z „Rzeczpospolitą” mówiła: „Patrząc na Tuska i polityków PO ówcześnie rządzących, widzę twarze morderców mojego męża i elity polskiej, która zginęła pod Smoleńskiem’”.

„Gosiewska wyrok już wydała, a może zdradza zarazem przyszły plan polityczny rozprawienia się z PO przy pomocy smoleńskich szczątków” – zastanawia się Adam Szostkiewicz.

W tym kontekście warto przypomnieć wywiad z 2010 roku jaki przeprowadziła Janina Paradowska, nieżyjąca dzienikarka „Polityki”.

Ksiądz Henryk Błaszczyk, duszpasterz służb ratownictwa medycznego, towarzyszący w Moskwie bliskim ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, o tym, jak przebiegała identyfikacja ciał i o dzisiejszych wątpliwościach rodzin zmarłych.

Rozmowa została opublikowana w listopadzie 2010 r.

Janina Paradowska: – Jak to się stało, że po 10 kwietnia ksiądz znalazł się w Moskwie?

Ks. Henryk Błaszczyk: – Pojechałem na osobistą prośbę minister Ewy Kopacz, która tuż po katastrofie smoleńskiej kompletowała ekipę patologów sądowych, lekarzy, ratowników medycznych, psychologów, ludzi znających się na logistyce tego typu operacji, którzy mogli ją wesprzeć w tych pierwszych, najtrudniejszych dniach.

Rodziny wiedziały, że w samolocie jest ksiądz?

Tak, ten lot rozpoczęliśmy zresztą modlitwą. Kiedy padały słowa – i niech się stanie wola Twoja jako w Niebie tak i na Ziemi – to przyznaję, w obecności tych właśnie rodzin, sam przeżyłem głębokie wzruszenie. W tej modlitwie każdy uczestniczył na swój sposób, bo przecież nie wszyscy podzielali moje wyznanie wiary. Miałem jednak wrażenie, iż sama świadomość, że w samolocie obecni są kapłani, bo był również ksiądz pułkownik Marek, kapelan wojskowy, że są psycholodzy, że jest do kogo się odwołać, sprawiła, że już na pokładzie zaczęły się pierwsze rozmowy.

Kim byli psychologowie?

Oni wywodzili się głównie ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Przede wszystkim z tej uczelni wywodzą się psychologowie przygotowani do wczesnej interwencji kryzysowej. Byli też psychologowie z innych ośrodków oraz ekipa Lotniczego Pogotowia Ratunkowego wraz z lekarzami.

Powiedział ksiądz, że już na pokładzie samolotu zaczęły się rozmowy. Z czym zwracano się do księdza, z jakimi pytaniami?

Dlaczego Bóg mi to uczynił? Dlaczego on, dlaczego tak strasznie? Jak się ksiądz czuje z tym, że wydarzyła się taka tragedia?

A co ksiądz może wtedy odpowiedzieć?

Ja mogę uczciwie powiedzieć, że Bóg też ponosi za to odpowiedzialność. On nie jest tylko od rzeczy dobrych i przyjemnych, jest obecny we wszystkim, w życiu i śmierci. Wierzę też, że w zmartwychwstaniu i życiu wiecznym.

Przylecieliście do Moskwy i co było dalej?

W hotelu czekali już pani minister Kopacz z panem ministrem Arabskim. Przywitali wszystkich przed wejściem do hotelu, a potem zaczęła się pierwsza odprawa, bardzo trudna. Zebrały się wszystkie rodziny i to była pierwsza próba przygotowania ich na obrazy, z którymi się spotkają, a także informacja o procedurach i działaniach oraz pracach wykonanych wcześniej przez obecną już polską grupę. To wszystko miało służyć jak najsprawniejszej i najlepszej identyfikacji ciał.

Co można wtedy rodzinom powiedzieć: zobaczycie coś tak strasznego, czego jeszcze nie widzieliście?

Należy powiedzieć: wiemy, że państwu zależy na tym, aby wasi bliscy jak najszybciej wrócili do domu, i chcemy wam pomóc w tym właśnie pragnieniu. I tak też się stało.

Jak rodziny reagowały?

Oczekiwaniem. Bardzo dobrze się stało, że w tym pierwszym etapie przygotowano ich do procedury.

Na czym to polegało?

Na powiedzeniu im, że powinni pomóc lekarzom patologom sądowym, tym wszystkim, którzy przygotowywali identyfikację, uczestnicząc w procedurze, w przesłuchaniu, dokonać porównania osób, które pamiętają, czy ze zdjęć, czy bezpośrednio. Osoby odpowiednio przygotowane przybierały postawę spełnienia postawionego zadania, jakby odsuwały od siebie dojmujące uczucie bólu, żalu, który oczywiście szybko wracał. Ale konieczność współuczestniczenia w identyfikacji – co może brzmi paradoksalnie – w jakiejś mierze porządkowała ich wewnętrznie, choć na chwilę.

Czy w ogóle rodziny miały wyobrażenie, co je czeka? Czy ksiądz miał taką wyobraźnię?

Od lat pracuję na misjach humanitarnych, pracowałem w Gruzji, gdzie mieliśmy szpital polowy, pracowałem na Haiti, gdzie wspólnie z przyjaciółmi prowadziliśmy szpital w epicentrum trzęsienia ziemi, na co dzień pracuję wśród osób, które są dotknięte perspektywą rychłej śmierci, widziałem tyle dramatycznych obrazów, tyle osób umarło na moich rękach. Tak się złożyło, że moja praca duszpasterska polega w dużej mierze na przygotowywaniu ludzi do śmierci i zadbaniu, aby po śmierci zachowana była ich godność. Czy spodziewałem się, co zobaczę? Przy całym moim doświadczeniu muszę powiedzieć, że doznałem wstrząsu, gdy po raz pierwszy zobaczyłem rozmiar tego, co się stało. To był najtrudniejszy czas w całym ciągu moich doświadczeń. Cóż więc mówić o rodzinach. Wbrew temu jednak, co się mówi, dużo ciał było zespolonych, chociaż oczywiście bardzo poranionych. To nie była destrukcja zupełna. Te, które były rozczłonkowane, w każdej części objęte były badaniem DNA, nie było ciała, które nie zostałoby potwierdzone badaniem DNA.

Kiedy po raz pierwszy zobaczył ksiądz ten rozmiar katastrofy?

Następnego dnia rano, kiedy w instytucie medycyny sądowej poprosiłem, aby zwieziono mnie na dół, do dużej sali, gdzie zgromadzone były ciała ofiar katastrofy. Tam też natychmiast, w takim spontanicznym odruchu kapłana, odprawiłem pierwszą stację pogrzebu chrześcijańskiego, poświęciłem te ciała i poleciłem je Bogu zgodnie z rytuałem pogrzebu katolickiego. Uważałem, że nawet jeśli nie wszyscy są katolikami, nie doznają uszczerbku w swojej godności.

I patrząc na tę salę pomyślał ksiądz: Boże, przecież te rodziny nie powinny tego zobaczyć, a one muszą zobaczyć?

Lęk, że w procesie identyfikacji rodziny będą musiały się skonfrontować z tymi obrazami, towarzyszył mi od momentu, kiedy zobaczyłem te ciała. Na to nakładała się myśl, że ta konfrontacja jest nieuchronna, dlatego prosiłem osoby przygotowujące rodziny, dla których ta intencja też była zresztą oczywista, aby przygotować ciała tak, żeby rodzina nie miała problemów z identyfikacją, a jednocześnie nie musiała się konfrontować z tym bezmiarem obrażeń.

To było możliwe?

W wielu przypadkach tak, zwłaszcza kiedy były wyraźne znaki identyfikujące, jak narośle czy blizny po przebytych operacjach.

Część rodzin kwestionuje obecnie identyfikacje, są nawet wnioski o ekshumację. Ksiądz też ma dziś wątpliwości, uważa, że identyfikacje nie były prawidłowe?

Nie mam najmniejszych wątpliwości. Dokonano ogromnego wysiłku dla zachowania najbardziej uczciwej metody identyfikacji ciał. Ten proces mógł trwać bardzo długo, ale Rosjanie, mając doświadczenie wielu katastrof lotniczych, we współpracy z polską grupą, naszymi patologami, ekspertami od kryminalistyki, przeprowadzali z wielką starannością cały proces identyfikacji, który rozpoczynał się od momentu dostarczenia materiału zdjęciowego, genetycznego, od opisów, które powstały w momencie przesłuchiwania rodzin. To wszystko wprowadzane było do programu komputerowego, który zbierał w całość wszystkie informacje. To jest, oczywiście, tylko jedno z narzędzi, bo jednak w końcu ważne jest zobaczenie na własne oczy. Wiem, że niektóre przesłuchania rodzin były bardzo długie, wyczerpujące, ale one nie wynikały ze złej woli, ale właśnie ze staranności. Problemem był może pierwszy dzień, kiedy przesłuchania prowadziło wielu młodych rosyjskich prokuratorów, którzy po raz pierwszy zetknęli się z takimi okolicznościami.

Byli nieco sparaliżowani?

Trochę tak, gdyż ranga tej katastrofy była ogromna. Drugiego dnia pracowali już doświadczeni prokuratorzy i to dawało się natychmiast odczuć. Oni potrzebne informacje zdobywali o wiele szybciej. Na prośbę rodzin uczestniczyłem w trzech przesłuchaniach i nie znalazłem przejawów złej woli czy jakichś elementów pracy operacyjnej, aby pozyskać informacje, które by nie służyły identyfikacji.

Niektórzy przedstawiciele rodzin skarżyli się na arogancję rosyjskich śledczych.

Nie spotkałem się z takim przypadkiem, ale może jakiś się zdarzył. Trzeba wziąć pod uwagę, że rodzina przechodziła raz tę procedurę, a prokurator powtarzał ją z wieloma osobami i jakieś zniecierpliwienie, spotęgowane napięciem, bo katastrofa wyjątkowa, mogło się w którymś momencie pojawić jako efekt potwornego zmęczenia wszystkich. Rozmowy odbywały się zresztą w obecności polskich psychologów, a ponieważ brakowało tłumaczy, poproszono polskie siostry zakonne, pracujące od lat w Moskwie i perfekcyjnie znające język rosyjski, co przyspieszyło procedury i było wsparciem dla wielu rodzin.

Rodziny były na ogół dzielne?

Bardzo dzielne. Nie używam nazwisk w tej rozmowie, ale jednego użyję, bo uważam, że trzeba. Matka pana ministra Handzlika, która w pierwszym dniu, nie znalazłszy ciała swojego syna, z wielką empatią i cierpliwością wspierała inne rodziny. To było wzruszające i budzące podziw. W ogóle rodziny wówczas okazywały sobie życzliwość i szacunek, zwłaszcza gdy oczekiwało się na wejście do sali, gdzie odbywała się identyfikacja.

Wielu nie odważyło się wejść?

Nie znam statystyki, ale były osoby proszące o zwolnienie ich z tej czynności. Większość jednak chciała, także dlatego, aby przeżyć moment pożegnania, czasem tylko poprzez dotknięcie ręki. To wszystko przecież stało się tak nagle.

Wiem, że dwie czy trzy osoby prosiły minister Kopacz, aby to ona dokonała identyfikacji, księdza też proszono?

Uczestniczyłem w identyfikacjach jako osoba, której obecność jest odpowiedzią na potrzebę modlitwy. Proszono mnie, abym wszedł i pomodlił się. To były właściwie prośby powszechne. Niełatwa modlitwa w rozpaczy.

Po siedmiu miesiącach wzbiera fala pretensji – do Rosjan, do polskich władz, do rządu, premiera, podważa się uczciwość identyfikacji, sekcji zwłok. Co ksiądz sobie myśli, słysząc to wszystko?

Przede wszystkim widzę rodziny, które nie mogą do końca przeżyć w spokoju, godnie swojej żałoby. Dla większości z nich to jest właśnie ciągłe powracanie do tych najtrudniejszych chwil, identyfikacji, sekcji, to przymuszanie ich do ciągłego przywoływania najtragiczniejszych chwil i obrazów ich życia, to jest torturowanie ich pamięci.

Przymuszanie przez kogo?

Przez media, polityków, osoby, które w sposób świadomy, dla różnych – także politycznych lub komercyjnych – celów odwołują się do tego trudnego momentu identyfikacji. Proszę mi wierzyć, gdyż wspólnie z psychologami nadal pracuję z grupą rodzin, że ta niemożność przeżycia żałoby i zamknięcia pewnego jej okresu powoduje ogromny ból i uniemożliwia spojrzenie w przyszłość. Powinni iść naprzód, a przymusza się ich do powrotu w trudną przeszłość.

Cierpią? Oburzają się?

Czują coraz większy gniew, niezgodę, ale też bezsilność wobec sytuacji, gdy ta smoleńska gra toczy się nadal. Bardzo często towarzyszy im też lęk przed oceną środowiska. Członkowie rodzin tych, którzy zginęli, boją się, że nieustanne przypominanie, komentowanie, otaczanie katastrofy sensacjami zaczyna sprowadzać ich bliskich do formy produktu na sprzedaż, co odziera śmierć z godności. Pytanie o sekcje mnie po prostu zdumiewa, doprawdy nie wiem, czemu ma ono służyć.

To odpowiem: polityce, podejrzeniom, że nie wszyscy zginęli w wyniku katastrofy, to ksiądz przecież wie. Niektóre rodziny mówią: chcemy protokół sekcji, bo nie wiemy, dlaczego zginął mój mąż, syn. Są wnioski o ekshumację. Ksiądz wszystko widział. Jaki sens miałaby ekshumacja?

Nie znajduję go. Mam w pamięci obraz tych dwóch ciał, o których ekshumacji się mówi, i nie mam tu żadnych wątpliwości.

To ma być ekshumacja w celu ustalenia przyczyny śmierci. Co z tego ksiądz rozumie?

Rozumiem to w ten sposób, że w pytania, które zadają mi niektóre rodziny, wpisana jest jakaś obawa, lęk, zbudowany zresztą na przyzwoleniu, aby osoby niegodne, nieliczące się z ludzkim cierpieniem, budowały obraz innej przyczyny śmierci niż uszkodzenia wielonarządowe powstałe w wyniku katastrofy. Czasem pytano mnie, czy widziałem rany postrzałowe, ślady po duszeniu. Na miłość boską, ktoś, kto stawia taką tezę, upowszechnia ją i zaraża nią bliskich ofiar, opinię publiczną, dokonuje niebywałej agresji, już nie tylko wobec rodzin, ale wobec społeczeństwa.

Jeżeli jedna z matek, dotknięta bólem, mówi o przylocie jakiegoś innego samolotu i jego wylocie poza teren katastrofy, o podkładaniu ciał, to proszę sobie wyobrazić, jakiej agresji musiano dokonać na wyobraźnię tej matki właśnie tworzeniem i utrwalaniem nieprawdziwych obrazów i hipotez, że ona dopuszcza myśl, iż to może być prawda.

Kim musi być człowiek, aby zadawać takie cierpienia matce? Rozmawiałem z bliskim współpracownikiem pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który jako pierwszy z Polaków był na miejscu katastrofy, w kilka minut po uderzeniu samolotu w ziemię. Opisywał mi ten samolot, obrazy ciał, które widział w jednym miejscu. Sugerowanie, że we wraku nie było siedzeń, że nie było ciał, wpływa na reakcję rodzin, na ich lęk, w jaki sposób ich najbliżsi zginęli. Odbiór takich informacji jest bardzo indywidualny. Nie wolno w ten sposób igrać z ludźmi, to jest haniebny proceder.

Ksiądz był przy zamykaniu trumien w Moskwie?

Przy każdej.

Jak to się odbywało, bo ta kwestia też budzi wątpliwości niektórych rodzin?

Po identyfikacji, potwierdzonej dokumentami podpisanymi przez najbliższych lub osoby przez nich upoważnione, ciało było natychmiast oznaczane nazwiskiem pisanym na pasku. Taki sam pasek był również w dokumentacji. Po modlitwie i pożegnaniu przez bliskich zaczynano przygotowywać ciało do transportu. Ciała były owijane szczelnymi workami, oznaczenie było zarówno na ciele, jak i na worku. Następnie kładziono je na wózku i wywożono na parter instytutu, gdzie znajdowała się sala sprawowanego kultu (tak ją nazywano). Tam stały już trumny przygotowane przez specjalną ekipę, złożoną z żołnierzy i pracowników firmy pogrzebowej wynajętej do tej pracy. Jeszcze raz sprawdzano nazwisko i porównywano je z listą dostarczoną przez konsula. Następnie ciało wkładano do trumny i nie zamykano jej, gdyż musiało się jeszcze odbyć posiedzenie komisji, składającej się z przedstawicieli rosyjskiego ministerstwa spraw nadzwyczajnych, patologa sądowego, polskiego konsula oraz rosyjskiej służby granicznej. Jeszcze raz porównywano dokumenty z opisaniem ciała na worku i wtedy zezwalano na dalszą procedurę transportu, która polegała na tym, że przewożono je do pomieszczenia, gdzie było owijane w jedwabny całun do wysokości trzech czwartych ciała, a następnie otulane całunem, który był wewnątrz trumny, co tworzyło taki kokon.

Nad każdym z ciał modliliśmy się, odbywało się jego poświęcenie, wtedy też do trumny wkładałem różańce oraz pamiątki, jeżeli rodziny sobie tego życzyły. Były to listy, w tym od dzieci, obrączki ślubne, zdjęcia, pamiątki rodzinne. Wkładałem je między całun a ciało, aby były blisko zmarłego.

Rosjanie przygotowali dla wszystkich ubrania, czekały gotowe komplety dla mężczyzn i kobiet. Do czego one służyły?

Dla wszystkich uczestniczących w identyfikacji było oczywiste, że próba ubierania ciał odzierałaby je z godności. Ubrania można było tylko ułożyć na ciałach, czyli praktycznie przykryć je, i to robiliśmy, gdy zwłoki były już owinięte w jedwabny całun. Dopiero na te ubrania nakładany był zewnętrzny całun, stanowiący wyposażenie trumny. Gdy to wszystko zrobiliśmy, trumna była przez polską ekipę komisyjnie lutowana, a potem śrubami przytwierdzano drewniane wieko. Trumny były bardzo solidne, ciężkie, miały wnętrza z blachy cynkowej. Żołnierze przenosili je do samochodu i w eskorcie policji przewożono je na lotnisko. Kultura tych żołnierzy i firmy pogrzebowej była nadzwyczajna.

Ksiądz żegnał wszystkich w chwili zamykania trumien?

Mogę powiedzieć, że ze zmarłymi byłem od początku, zanim zaczęła się identyfikacja, aż do chwili, gdy zamykano ostatnią trumnę. Z ostatnimi trumnami wróciłem do Polski.

GDZIE JEST SZACUNEK?? ILE WART JEST DOKTORAT, SKORO DUDA TAK BARDZO WSTYDZI SIĘ PROF. ZIMMERMANA

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Osoba Andrzeja Dudy to postać, która mogłaby przynieść wielkie korzyści światom nauki, uniwersytetu i sztuki. Ktoś mógłby rzec: Duda to człowiek niosący bogactwo treści. Lecz jest to spostrzeżenie niespójne, wewnętrznie sprzeczne, bo prezydent jest politykiem wątpliwej reputacji i konduity. Więc pozostańmy przy wahaniu: między tak i nie.

Na razie Duda przyniósł korzyści kabaretowi, dzięki któremu jest znany jako Adrian. Śmiem twierdzić, że „Ucho prezesa” powoduje zgryz u publiki i na pytanie, jak na imię ma Duda, wcale nie jest pewna odpowiedź: Andrzej. Takim testem mogłoby być pytanie o imię prezydenta w popularnym teleturnieju „Milionerzy”.

Korzyści nauki i literatury widzę w możliwym spektaklu teatralnym, który wziąłby na warsztat temat pod roboczym tytułem: „Sąd historyczny nad Dudą zanim stanie przed Trybunałem Stanu”. Mogłaby to być dzieło wystawione na Scenie Faktu, a jakiś profesor prawa i dramaturg zespoliliby twórcze siły, aby podjąć temat.

Ba, nawet wiem, kto mógłby reprezentować stronę uniwersytecką – autorytet prawa, prof. Jan Zimmermann z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który był promotorem pracy doktorskiej naszego Adriana. Profesor nawet jakby zaczął pisać wspomnianą przeze mnie sztukę teatralną. Oto w wywiadzie dla Wirtualnej Polski powiedział, iż Duda ułaskawiając Mariusza Kamińskiego złamał Konstytucję. A nawet więcej: – „Nie jedyny raz podczas tych dwóch lat. Andrzej Duda złamał Konstytucję wielokrotnie” – prof. Zimmermann jakby pisał już na brudno „Sąd nad Dudą”.

Kolejny suspens do naszego brudnopisu literackiego jest natury bardzo osobistej, prof. Zimmermann mówi (w klasycznej dramaturgii jest to zapisywane: „na stronie”): „Kiedy to wszystko się zaczęło, wiele razy mu (Dudzie – przyp. mój) mówiłem, że źle robi, ostrzegałem. Niestety, zablokował mój telefon, nie przyjmuje maili, zerwał kontakt. Wbrew temu, co mówił na swojej inauguracji, że tak wiele mi zawdzięcza”.

W proponowanej przeze mnie sztuce mogłaby być wielość planów narracji: ten sąd historyczny ze wszystkim za i przeciw, wątek osobisty (prof. Zimmermann i wiarołomny Duda) i przesłanie społeczne. To ostatnio mogłoby być zilustrowane, jak to bezprawie prowadzi do amoralności. Mianowicie podczas rozprawy Sądu Najwyższego, gdy sędziowie badali, czy Duda miał prawo ułaskawić Mariusza Kamińskiego, porządek zakłócił Adam Słomka (skądinąd specjalizujący się w takich happeningach). Przy jego wyprowadzaniu jeden z mężczyzn na widowni strącił czapkę z głowy policjantowi i sięgnął do jego kabury z waltherem.

Nie wiem, co zrobić z innym passusem prof. Zimmermanna, bo nie chciałbym, aby ewentualna sztuka była prostacka, grafomańska, dlatego pozostawiłbym tę kwestię w didaskaliach, jako zalecenie dla reżysera: – „Andrzej Duda nie przejął się niczym. Nie chcę go usprawiedliwiać, bo złamanie przez niego Konstytucji jest poza dyskusją, ale wydaje mi się, że nie zrobił tego swoją samodzielną decyzją” – wypowiadał się już w 2015 roku prof. Zimmermann. – „Ubolewam, że jest on absolwentem naszego wydziału” – konkludował pan profesor.

A może jednak niech pozostanie ten ostatni monolog. Nie wiem, czy profesor UJ Zimmermann chodzi w marszach KOD, lecz są to słowa duchem z protestów obywateli. Pisze o Dudzie, jakby był Makbetem. Otóż – nie! Mordu na demokracji i wolnościach obywatelskich dokonuje wszystkim znany poseł Jarosław Kaczyński. Lecz i po Dudę zbliża się Las Birnam w postaci Trybunału Stanu. Wcześniej jednak chciałbym obejrzeć na scenie „Sąd nad Dudą”.

KTO POPIERA SZUBARTOWICZA?

>>>

Ucieczka Berczyńskiego będzie symbolem rządów PiS.

Konsul hon. w Meksyku Alberto Stebelski-Orlowski: to „forma protestu przeciw temu, co obecnie dzieje się w Polsce”.

Świetnego wywiadu dla wiadomo.co udzielił Marek Borowski.

Marek Borowski: Nie ręczę, do czego może dojść

PiS może zacząć gmerać przy ordynacji wyborczej, może być obawa manipulacji, a to może doprowadzić do wstrząsów i ulicznych zamieszek. Na razie wszystko jeszcze jakoś się trzyma, ale jeżeli będą wątpliwości w sprawie wyborów, to nie ręczę, do czego może dojść – mówi w rozmowie z wiadomo.co senator Marek Borowski, były wicepremier i marszałek Sejmu. Rozmawiamy też o prezydencie, który „jest obecny”, o łamaniu konstytucji, „demokraturze”, Polsce oddalającej się od UE i o wyborach we Francji.

Czy pan też z niecierpliwości czekał na wynik wyborów prezydenckich we Francji?
Tak, czekałem z niecierpliwością i jednak pewnym niepokojem. Sondaże sondażami, ale mieliśmy już ostatnio przykład Brexitu czy Donalda Trumpa, co pokazywało, że istnieje jakaś liczba niedoszacowanych głosów. Mroczna wizja stawała mi przed oczami, chociaż Francuzi są bardziej przewidywalni.

Czyli odetchnął pan z ulgą?
Bardzo się cieszę, że I turę wyborów wygrał Emmanuel Macron i wiele wskazuje na to, że wygra także II turę. Obserwowałem jego działalność wcześniej i bardzo mi się ona podobała.

Mroczna wizja stawała mi przed oczami, chociaż Francuzi są bardziej przewidywalni.

To nie jest jednak, jak pisała dzisiaj francuska prasa, skok w przepaść?
Nie, to jest polityk w miarę doświadczony, był przecież ministrem w rządzie Francois Hollanda. Jest wprawdzie najmłodszy i nie ma tak długiego doświadczenia politycznego, jak np. Fillon, ale to nie jest największy problem. Jego problemem będą wybory parlamentarne i układ sił w Zgromadzeniu Narodowym oraz w Senacie. Jego partia liczy teraz ok. 200 tys. członków, to nie jest mało, ale okaże się, jakie będzie miała poparcie. Jeżeli wystawi dobrych kandydatów, to może zebrać sporo głosów, ale i tak będzie musiała wejść w koalicję, bo taka jest specyficzna, większościowa ordynacja we Francji. Ona eliminuje skrajności.

O czym świadczy, w szerszym kontekście europejskim, taki wybór? Dokonany w dodatku przez zdecydowaną większość Francuzów. To były przecież jedne z najważniejszych wyborów w UE.
Wybory w Niemczech i we Francji, czyli krajach założycielskich UE, to są wybory zasadnicze. Jeżeli jeden z tych krajów dostałby przywódcę, który mówi, że trzeba opuścić UE, to oznaczałoby, że Unia wisi na włosku. Waga tych wyborów była rzeczywiście ogromna. Duża frekwencja oznacza, że udało się rozbudzić emocje we Francuzach. Na emocje działały na pewno dwa skrajne nurty, czyli Le Pen i Melenchon, ale działał także Macron. On bardzo jasno głosił ideę europejską, mówił, że przyszłość Francji jest w Europie i że trzeba się integrować. Pociągnął za sobą tych, którzy są przywiązani do UE, a którzy być może nie poszliby do wyborów w innym przypadku, ale w taki sposób chcieli się przeciwstawić nurtom nacjonalistycznym i antyeuropejskim.

W Unii nie da się działać w pojedynkę, jak obrażony chłopiec czy dziewczynka. A jeżeli będziemy przegrywać pewne sprawy, to rozpocznie się propaganda pod hasłem: Unia nas tępi, to po co nam taka Unia?

U nas też może to zadziałać w taki sposób? Frekwencja w najbliższych wyborach może być wysoka, a przynajmniej wyższa niż do tej pory?
Myślę, że tak. Zwłaszcza jeżeli polityka PiS-u będzie taka, jak do tej pory: obrażanie się na Unię Europejską, ale także obrażanie unijnych instytucji i polityków, przejawy rażącego braku solidarności. Jeżeli to będzie polityka tego typu, to będzie coraz bardziej oddziaływała nie tylko na emocje, ale także na stanowisko UE wobec Polski. Najpierw to może być stanowisko z rezerwą, ale później mogą za tym pójść konkretne i niekorzystne dla nas decyzje. W Unii nie da się działać w pojedynkę, jak obrażony chłopiec czy dziewczynka. A jeżeli będziemy przegrywać pewne sprawy, to rozpocznie się propaganda pod hasłem: Unia nas tępi, to po co nam taka Unia?

Czy taka propaganda może doprowadzić do próby wyprowadzenia Polski z UE?
Nie oskarżam PiS-u o to, że będzie do tego dążył świadomie. Tylko problem w tym, że politycy partii rządzącej nie rozumieją, że pewne zachowania uruchamiają procesy, nad którymi później się już nie panuje. Premier David Cameron też nie chciał wyprowadzić Wielkiej Brytanii z UE, ale tym, co zrobił, wypuścił dżina z butelki. Szybko zaczęła się kłamliwa kampania propagandowa, a trzeba pamiętać, że przy dzisiejszym rozwoju mediów, w tym mediów społecznościowych, nawet najgłupsze kłamstwo jest silniejsze od prawdy. Cameron po prostu przegrał. Nie sądzę, żeby takie działanie w Polsce doprowadziło w konsekwencji do wyjścia Polski z Unii, ale do podgrzania nastrojów doprowadzi na pewno, a to może skutkować wyższą frekwencją.

Raz wypowiada się Jarosław Kaczyński, innym razem któryś z podległych mu polityków, czasami pani premier Beata Szydło, i każda wypowiedź może być inna. Ale przy Merkel oni wszyscy są mali.

PiS-owi nie opłaca się gra na antyeuropejskiej nucie?
Absolutnie się nie opłaca, ale nie wiem, czy oni to rozumieją. Cały czas słyszę, że nie będzie nam Unia mówić, co mamy robić, że Polska wstaje z kolan i tak dalej.

Chociaż jak trzeba, na przykład w Hanowerze, kanclerz Niemiec Angela Merkel okazuje się bardzo ważnym i cenionym przez rząd politykiem.
Fakt, to zależy do sytuacji. Raz wypowiada się Jarosław Kaczyński, innym razem któryś z podległych mu polityków, czasami pani premier Beata Szydło, i każda wypowiedź może być inna. Ale przy Merkel oni wszyscy są mali. Chciałoby się powiedzieć, że Angela Merkel jest mężem stanu, gdyby nie to, że jest kobietą – można ją zatem nazwać „damą stanu”. Ona jest elastyczna, ale i twarda, ma poglądy i do czegoś dąży, nie jest nacjonalistyczna i ksenofobiczna. Muszę przyznać, że podziwiam ją, chociaż to nie mój obóz polityczny. Dla niej Polska, pomijając nawet jej osobiste sentymenty (bywała w Polsce za młodu), jest ważnym krajem, chciałaby mieć w Polsce sojusznika, dlatego mimo wszystko nie obraża się na Polskę. Ale też nie rezygnuje z twardego stawiania różnych spraw, związanych z praworządnością w Polsce. To jest zrozumiałe.

Prezydent nie ma wpływu na nic. Niestety, bardzo obniżył rangę urzędu prezydenta.

Jaki wpływ na politykę, także międzynarodową ma prezydent Andrzej Duda?
Żaden, prezydent nie ma wpływu na nic. Niestety, bardzo obniżył rangę urzędu prezydenta. W polityce zagranicznej absolutnie nie mam czego wymienić.

A jak nazwałby pan to, co robi Andrzej Duda?
Jest, po prostu jest obecny. On rzeczywiście urzęduje „pod żyrandolem”. Kiedyś sam to krytykował, w kampanii wyborczej zapewniał, że tak nie będzie, że nie będzie prezydentem malowanym, nie będzie podpisywał wszystkiego, co mu podadzą. To jest dzisiaj po prostu śmieszne i rażące. Prezydent wręcza ordery, bierze udział w różnych ceremoniach, spotyka się z prezydentami innych krajów, ale przede wszystkim nie jest strażnikiem konstytucji – a to jest jego podstawowa rola.

Konstytucja mówi o tym, że wszystkie władze współpracują ze sobą na zasadach wzajemnego szacunku i to nie może być tylko puste hasło, a jest. Andrzej Duda złamał m.in. ten artykuł ustawy zasadniczej.

Dlaczego z tej roli abdykował?
Abdykacja oznacza, że się jakąś funkcję sprawowało, a on w ogóle jej nie podjął. Jest całkowicie podporządkowany Jarosławowi Kaczyńskiemu. Andrzej Duda uważa, że jak się zgadza z programem PiS-u, to dlaczego ma działać wbrew PiS-owi. To może nawet logicznie brzmi, ale logiczne nie jest. Po pierwsze, program PiS-u nie zawierał wielu rzeczy, które PiS teraz robi; po drugie, nawet jeżeli to wynika z programu, to w sytuacji, w której są oczywiste zastrzeżenia konstytucyjne do jakiejś ustawy, nad tymi zastrzeżeniami wypada się pochylić. Tymczasem prezydent ledwo dostanie taką ustawę na biurko, a już ją podpisuje. Zapewne wie, że to są rozwiązania niezgodne z konstytucją, ale mimo wszystko to robi. Dyskwalifikuje go też to, co zrobił z Trybunałem Konstytucyjnym. Przypominam zaprzysiężenie sędziów w nocy wbrew Trybunałowi. Konstytucja mówi o tym, że wszystkie władze współpracują ze sobą na zasadach wzajemnego szacunku i to nie może być tylko puste hasło, a jest. Andrzej Duda złamał m.in. ten artykuł ustawy zasadniczej.

Teraz zgłasza wątpliwości co do nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Po co?
W tym wypadku nie ma żadnych wątpliwości, tu jest oczywiste złamanie konstytucji. Jeżeli jest w niej zapisane, że kadencja członków Rady trwa 4 lata, to ma tyle trwać i koniec. Prezydent powinien jasno powiedzieć, że nie podpisze takiej ustawy. Jeżeli nawet wyśle do TK, to przecież nic nie da, bo Trybunału już nie ma. Ale prezydent może to zawetować.

Teraz już nie ma możliwości porozumienia, nie może być dialogu między kimś, kto uważa, że jestem zdrajcą, a kimś, kto uważa, że jest uczciwym politykiem. Tu nie ma o czym rozmawiać, bo nie ma wspólnej płaszczyzny: nie mogę być przecież „uczciwym zdrajcą”.

Może, ale myśli pan, że może się na to zdecydować?
Nie. Myślę, że skończy się tak, że zostanie „przekonany”. Podobnie jak wicepremier Jarosław Gowin, on też ma wątpliwości, ale później zawsze daje się przekonać.

W przypadku KRS-u już zapowiedział, że chociaż ma wątpliwości, to będzie głosował za.
Oto polityk elastyczny, co się zowie…

Skok na Trybunał Konstytucyjny i sądy, łamanie konstytucji, dzielenie Polaków – co jest dla pana najbardziej niebezpieczne?
To są pewne sekwencje, każda z tych rzeczy była i jest niebezpieczna, a PiS posuwa się po tej ścieżce coraz dalej. Zaczęło się od języka, już w 2001 roku politycy PiS zaczęli używać słów pełnych nienawiści, a dzielenie na całego zaczęło się po katastrofie smoleńskiej. Teraz już nie ma możliwości porozumienia, nie może być dialogu między kimś, kto uważa, że jestem zdrajcą, a kimś, kto uważa, że jest uczciwym politykiem. Tu nie ma o czym rozmawiać, bo nie ma wspólnej płaszczyzny: nie mogę być przecież „uczciwym zdrajcą”. Znika możliwość dialogu i porozumienia właściwie w każdej sprawie. Kolejnym krokiem jest skoncentrowanie władzy w jednym ręku – Jarosława Kaczyńskiego. Ustawodawczą i wykonawczą ma, brakowało mu jeszcze wyraźnie sądowniczej. Media też już ma, może uprawiać propagandę. A to też tylko pogłębia podział.

Kaczyński ma już w ręku tubę propagandową, ma prokuraturę, dąży do tego, żeby mieć sądy, ma już służby specjalne, i myślę, że przed wyborami rozpocznie się kanonada oskarżania polityków opozycji o różne bezeceństwa. Prokuratura będzie stawiała zarzuty, może uda się nawet kogoś osądzić, sytuacja będzie podbramkowa.

Do czego to wszystko może doprowadzić?
To jest bardzo niebezpieczna ścieżka. Idziemy ku wyborom, ale Jarosław Kaczyński nie ma żadnej pewności, że je wygra, a wręcz przeciwnie – jeżeli będzie dalej tak szło, to prorokuję, że może te wybory przegrać – i będzie się bał przegranej. Może zacząć gmerać przy ordynacji wyborczej, może być obawa manipulacji, a to może doprowadzić do wstrząsów i ulicznych zamieszek. Na razie wszystko jeszcze jakoś się trzyma, ale jeżeli będą wątpliwości w sprawie wyborów, to nie ręczę do czego może dojść.

Prezes nie zdecyduje się na przyspieszone wybory?
Nie, bo nie ma pewności, że wygra. Dobry moment na wybory już minął. To był początek tego roku. Gdybym był szefem PiS-u, to na pewno bym się na to nie zdecydował. Jego rozumowanie jest bardzo proste: ma już w ręku tubę propagandową, ma prokuraturę, dąży do tego, żeby mieć sądy, ma już służby specjalne, i myślę, że przed wyborami rozpocznie się kanonada oskarżania polityków opozycji o różne bezeceństwa. Prokuratura będzie stawiała zarzuty, może uda się nawet kogoś osądzić, sytuacja będzie podbramkowa.

Odsunięcie PiS-u od władzy to będzie ciężki bój.

Antoni Macierewicz dotrwa w rządzie do końca?
Myślę, że nie dotrwa. Ale usuwanie go to będzie proces długi i bolesny. Ministra Waszczykowskiego można wykreślić szybciej i bezpieczniej. Prezes próbuje Macierewicza „załatwić” innymi rękoma, posługuje się prezydentem i specjalną komisją z trzema smutnymi panami w roli głównej. Dla Macierewicza przesłuchanie to był policzek, przecież to on przesłuchuje, a nie jego przesłuchują. To będzie proces odklejania od niego zwolenników i ten proces już się zaczął. Jak Jarosław Kaczyński będzie miał pewność, że tak się stało i że zwłaszcza ojciec dyrektor jest po jego stronie, to zdecyduje się na dymisję ministra obrony narodowej.

A w związku z tym PiS dotrwa w całości, bez podziałów do końca kadencji?
Tak. Władza, po pierwsze, bardzo cementuje, po drugie, musiałby mieć znaczący spadek w sondażach, a tego nie przewiduję. PiS ma swój twardy elektorat na poziomie co najmniej 20 proc. Poza tym będzie prowadził politykę obrzucania opozycji błotem. Sytuacja gospodarcza, bez zasług PiS-u, ale jest i jeszcze będzie całkiem dobra. Świat i UE wydobywają się z kryzysu. Finanse jakoś do wyborów się podtrzyma, a przed nimi jeszcze się trochę obieca… Dlatego odsunięcie PiS-u od władzy to będzie ciężki bój.

Jestem autorem nazwy nowej formacji ustrojowej – demokratury. I to jest to, co już prawie mamy.

Jak zakończy się sprawa działalności komisji badającej ponownie przyczyny katastrofy smoleńskiej? Niedawno „straciła” przewodniczącego, dr Wacław Berczyński podał się do dymisji. A to wszystko coraz bardziej przypomina kabaret.
I to kiepski kabaret. Główną rolę grają w nim zresztą osoby ze stopniami naukowymi. Mam nadzieję, że świat się bardzo tą komisją nie interesuje, ale jak się zainteresuje, to dojdzie do wniosku, że polscy naukowcy to szarlatani. To jest kompletna kompromitacja. Jako pierwszy skompromitował się właśnie pan Berczyński i już uciekł do Stanów Zjednoczonych, pozostali panowie jeszcze zostali i starają się wypełniać funkcje, ale nie mam pojęcia, co oni mają do roboty. Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński będzie dążył jednak do zamknięcia tego tematu. Wszyscy będą tłumaczyć, że prawie na pewno doszło do wybuchu, ale z przyczyn zewnętrznych, czyli na przykład oporu Rosji, nie da się tego udowodnić.

Patrząc na to wszystko, dochodzimy do wniosku, że żyjemy w kraju…?
Jestem autorem nazwy nowej formacji ustrojowej – demokratury. I to jest to, co już prawie mamy. Jak PiS przejmie sądy, to będzie koniec tej drogi. Z demokracji będzie jeszcze wolność słowa, nie wiem, na ile ograniczana, i będą wybory, ale też pytanie, na ile uczciwe. To będą elementy demokratyczne, ale dalece niekompletne. Z drugiej strony będziemy mieli zamknięcie etapu trójpodziału władzy i to będzie ta druga połowa słowa – dyktatura. Będzie można kształtować opinię publiczną przy pomocy aparatu państwowego, a nie rzeczywistego ścierania się poglądów.

Wierzę w to, że po wyborach – jeżeli PiS zostanie odsunięty od władzy – ci, którzy będą tworzyli większość parlamentarną, nie tylko przywrócą rozwiązania demokratyczne, ale pociągną tych, którzy łamali prawo, do odpowiedzialności. Może to być odpowiedzialność polityczna, a tam, gdzie będzie trzeba, także karna.

Ktoś w przyszłości odpowie za łamanie konstytucji?
Mam nadzieję. Wierzę w to, że po wyborach – jeżeli PiS zostanie odsunięty od władzy – ci, którzy będą tworzyli większość parlamentarną, nie tylko przywrócą rozwiązania demokratyczne, ale pociągną tych, którzy łamali prawo, do odpowiedzialności. Może to być odpowiedzialność polityczna, a tam, gdzie będzie trzeba, także karna. To jest konieczne, bo bezkarność rozzuchwala i podobne bezprawie może się jeszcze kiedyś zdarzyć.

CHORĄŻY BARDOŃ WSPÓŁCZUJE STRATY WACKA…

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze o „ucieczce” Berczyńskiego. Przez dwa lata aż o 11 punktów procentowych skurczyła się grupa wierzących w smoleński zamach. To sporo. Trzeba chyba podziękować Wacławowi Berczyńskiemu: od ponad roku jego podkomisja systematycznie i nieustannie czyniła wszystko, by hipotezę zamachową ośmieszyć.

Jeszcze dwa lata temu, w sondażu Kantar Millward Brown SA (dla „Faktów” TVN) 29 proc. zakreślało odpowiedź, że „katastrofa, do której doszło 10 kwietnia 2010 pod Smoleńskiem i w której zginęli prezydent Lech Kaczyński i 95 towarzyszących mu osób, była wynikiem zamachu”. A teraz (sondaż z 24-25 kwietnia) – 18 proc.

Powód tego spadku? Jedyne, co mogło tak spektakularnie ostudzić smoleńską wiarę, to słowa i czyny podkomisji smoleńskiej dr Wacława Berczyńskiego, która miała zamach udowodnić.

Podkomisja pracuje od roku i za wiele dobrego o niej powiedzieć się nie da. Jej członkowie kompetencji do badania katastrof lotniczych nie mają, za to ekstrawaganckie pomysły i owszem. Na przykład podczas burzy mózgów wpadł im do głowy taki, by zderzyć pędzący samolot Tu-154 z brzozą przytwierdzoną do jadącego samochodu. Pomysł został odrzucony. Powód? Jak wyjaśnił dr Berczyński, „głównie ze względów bezpieczeństwa”.

Po roku podkomisja Berczyńskiego niczego nie ustaliła, żadnego raportu nie napisała. W siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej zaprezentowała tylko film, na którym „wierna” kopia kabiny pasażerskiej tupolewa bez okien wybucha. Zero dowodów, masa amatorszczyzny.

Potem dr Berczyński obciążył sam siebie, gdy się przyznał (i to niepytany!), że to on „wykończył caracale”. MON natychmiast wydał oświadczenie, z którego wynikało, że dr Berczyński kłamie. Ale potem wiceminister Bartosz Kownacki przyznał, że Berczyński miał dostęp do dokumentacji przetargowej. Czyli że Berczyński nie skłamał. A jeśli tak, to skłamał MON w oświadczeniu. Znów blamaż.

Czyli Berczyński od ponad roku systematycznie, nieustannie czynił wszystko, by siebie i swoją pracę i podkomisję zdyskredytować, a hipotezę zamachową ośmieszyć. Nikt tak jak on nie zasłużył się w demaskowaniu smoleńskiego kłamstwa. Wielki demaskator Berczyński!

Może gdyby jeszcze jakiś czas tak skutecznie profanował smoleńską religię, za pół roku w zamach z 10 kwietnia 2010 r. wierzyłoby 10 proc.? Za rok – 5 proc.? A tuż przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. – już tylko garstka wyznawców Jarosława Kaczyńskiego?

Jaka szkoda, że dr Berczyński tak szybko uciekł do USA.

W SIECI POJAWIŁY SIĘ KONTRPROPOZYCJE OSTATNIEJ OKŁADKI GAZETY POLSKIEJ. JAK WAM SIĘ PODOBA JEDNA Z NICH?

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku i Szydło.

Co ma z przodu głowy Mariusz Błaszczak? Widzimy i nie zazdrościmy, przynajmniej ja. En face Błaszczak ma „uszy prezesa”, a z tyłu głowy raczej wiedzy i rozumu nie ma, bo gdyby miał, to nie posługiwałby się komunikatami dnia nadesłanymi z dyspozytorni z Nowogrodzkiej. Wiedziałby, że metafora „z tyłu głowy” jest proweniencji NKWD, KGB: w tył głowy oddawano strzały z nagana.

„Ucho prezesa” właśnie podzielił się swą wiedzą na temat tyłu głowy – nieskażony wiedzą o tradycji polskiej i znajomością literatury – iż Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar „z tyłu głowy” ma „ambicje, żeby zająć się polityką”. Taki tył głowy miał wcześniej prof. Andrzej Rzepliński, co okazało się „kulą w płot”, ale Trybunał Konstytucyjny został „rozstrzelany” –  i dzisiaj jest martwy.

Najwidoczniej pisowski Dzierżyński Błaszczak bierze się za Bodnara. Jeżeli niczego nie potrafisz, bierz przykład z Błaszczaka. Nieskażony, ale tablet ma i może czytać z niego komunikaty dnia podczas wypowiedzi w mediach. Niedawno Konrad Piasecki w jakiejś audycji zabrał Błaszczakowi tablet, aby za pomocą przodu głowy sformułował coś własnymi słowami.

Jeszcze bardziej komunikaty dnia słychać w wypowiedziach Beaty Szydło, która o referendum w sprawie reformy (deformy – w istocie) edukacji była się wyrazić za Nowogrodzką, iż „kiedy można było myśleć o referendum, wtedy tego wniosku nie było”.

Gdyby Szydło myślała przodem głowy, to może doszłaby ścieżkami własnych myśli, że zebrać 910 tys. głosów to nie w kij dmuchał, potrzeba trochę czasu. Gdyby słyszała innych, a nie wypatrywała komunikatów dnia, dotarłoby do niej, iż przeciw deformie są nauczyciele, rodzice, samorządy, głośno wyrażali się i demonstrowali, włącznie ze strajkiem szkolnym.

Trzeba słuchać vox populi, a nie vox Dei, czyli głosu prezesa. Z głupawki zawsze można się wycofać, bo przyznanie się do błędu przynosi mniejsze straty, niż wycofanie się z błędu pod przymusem. Przymus kończy się, jak „sukces” w Brukseli – 1:27.

Ha! 55 proc. Polaków – wg sondażu Kantar Millward Brown – opowiada się za referendum ws. deformy edukacji. To jest vox populi, a nie głos prezesa, nawet jeżeli prywatnie się przed nim chyli czoło, jak przed ikoną, gdy ten kiwnie paluszkiem.

Inny z kolei sondaż tejże pracowni jest silniejszy w wyrażaniu vox populi, mianowicie 68 proc. badanych oczekuje, iż prokuratura powinna zbadać rolę Wacława Berczyńskiego w sprawie Caracali. Berczyński, koleś od science-fiction z ładunkiem termobarycznym, wziął nogi za pas i dał dyla z kraju. Zamiast Caracali będą Boeingi, kontrakt za przeszło 2 mld zł na kupno VIP-owskich trzech Boeingów – gdzie pracował Berczyński – kroi się na największą aferę po 1989 roku. Acz Szydło idzie w zaparte, że była komunikowana o negocjacjach z Airbusem w sprawie Caracali. Tak! Macierewicz ją informował. Tyle warte owo „zaparte”, co produkcja Black Hawków w Mielcu. Zaklinała się tam Szydło z Macierewiczem na środku hali produkcyjnej, że zejdą z produkcji z tej właśnie hali.

Taki stan głowy jest w PiS, tył głowy Błaszczaka, przód głowy Szydło. Krótko pisząc: bezgłowie. Nie chcę pisać kolokwialnie, bo musiałbym obrazić, lecz czy powyższych polityków PiS można obrazić? Oni sami siebie obrażają, nie szanują.

I STAŁO SIĘ. EKSPERCI PRZESZLI SAMYCH SIEBIE.

Kleofas Wieniawa pisze o Szydło i Waszczykowskim.

Beata Szydło występuje pod komunikatem dnia, jak pod transparentem: „Komuś naprawdę zależy na tym, żeby uderzać teraz w polski rząd”.

Uderzać w pisowski rząd – małe sprostowanie. Ten rząd demoluje porządek demokratyczny, który polskie elity i Polacy (ta kolejność jest ważna) budowali po 1989 roku.

Powoli zbliżamy się do ustroju, który został nazwany przez Marka Borowskiego demokraturą. Jeszcze tylko pozostała do zdemolowania niezależność władzy sądzenia. PiS jest wewnętrznym najeźdźcą w Polsce, który niewiele ma wspólnego z zachodnimi standardami. A z jakimi? Logiczne.

Szydło te „komuś zależenie” nazywa krytykowanie Antoniego Macierewicz i Witolda Waszczykowskiego, zwłaszcza w kontekscie „wróżby” – bodaj „Rzeczpospolitej” – iż ten ostatni zostanie zdymisjowany przy rekonstrukcji rządu przed wakacjami.

No i Szydło (niepodrabiana pani z logoreą godną niejednego magla) gula skoczyła, że Waszczykowski ma być zrekonstruowany i na śmietnik wyrzucony. O tym zadecyduje jednak nie ona, tylko „pan” Kaczyński.

Szydło owe „komuś” insynuuje szkodzenie w sytuacji, gdy Polska ubiega się o niestałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Otóż to żadna zasługa PiS, tylko pozycję budowali poprzednicy, a zwłaszcza rząd PO-PSL. Jak zniszczona została nasza pozycja przez PiS i wizerunek Polski świadczy „sukces” wyniku 1:27. Taki wynik uzyskałoby LZS Brzeszcze z Barceloną.

To jest wynik pisowski, a Waszczykowski jest najgorszym szefem dyplomacji po 1989 roku, nawet Fotyga (nieogolona) była lepsza.

Zaś o Antonim Macierewiczu szkoda gadać, acz okaże się jego przydatność, gdy wraz z Wojskami Obrony Terytorialnej będzie bronił porządku w pisowskiej Polsce. A tak będzie, gdy wreszcie uda mu się wyprowadzić wojsko na ulicę, co nie wyszło w 1992 roku z Nadwiślańskimi Jednostkami Wojskowymi, aby bronić Jana Olszewskiego przed „nocną zmianą”.

Szydło ma najgłupszych piarowców, porównywalnych z tymi z czasów Gomułki, a świetnie nazwanych przez Kisiela – ciemniakami. Wówczas byli więc ciemniaki, dzisiaj ciemniactwo.

Taka ich czerń – jak pisał Henryk Sienkiewicz.

TAKI PIĘKNY LIMERYK

>>>

KTOŚ W PAŃSTWIE PiS ZNOWU UPADŁ NA GŁOWĘ…

Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”) piszą o Barbarze Blidzie, której śmierć nie została rozliczona. Śmierć Barbary Blidy była początkiem końca tworu nazywanego „IV Rzeczpospolitą”. Polacy zobaczyli wtedy, w jak dramatyczny sposób może się skończyć realizacja spiskowych obsesji władzy. We wtorek mija 10 lat od tamtych wydarzeń.

10 lat od śmierci Blidy i 10 lat bezkarności Ziobry. Platforma miała go rozliczyć, wypadło to żałośnie

25 kwietnia 2007 r. pod dom b. posłanki i minister budownictwa w rządzie SLD przyjechała ekipa ABW z nakazem zatrzymania Barbary Blidy i doprowadzenia jej do prokuratury. Funkcjonariusze z Katowic działali w dwóch grupach: pierwsza miała wejść do domu Blidy w Siemianowicach Śląskich. Druga stała za płotem z kamerą. Jej zadaniem było sfilmowanie wyprowadzenia Blidy z domu. Nagranie miało trafić do lokalnego oddziału telewizji publicznej jako ilustracja gorącego newsa.

Pod parą był też minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Tego dnia wybierał się na Śląsk. Miał tam ogłosić pierwszy sukces w walce z „układem”, którego zniszczenia domagał się ówczesny premier Jarosław Kaczyński.

Barbara Blida nie znała tych planów. Ale od tygodni żyła w strachu. Wiedziała, że ABW „pracuje” nad jej przyjaciółką zamkniętą w „areszcie wydobywczym”. Agenci obiecywali jej wolność w zamian za zeznania obciążające była posłankę. Parę dni wcześniej TVP pokazała „reportaż śledczy” o mafii węglowej. To był kolejny niepokojący sygnał.

Blida wiedziała, że jej nazwisko pojawia się w śledztwie. Stawiała się na wezwania prokuratury. Czy przypuszczała, że tym razem będzie zatrzymana?

Gdy o 6 rano weszła do niej ABW, Blida postanowiła, że nie da się publicznie upokorzyć. W łazience sięgnęła po broń, którą miała w domu.

Do dzisiaj nie jest jasne, czy strzeliła do siebie (taka jest wersja oficjalna), czy też rewolwer wypalił, gdy szamotała się z funkcjonariuszką. Ślady na miejscu zostały profesjonalnie zatarte.

Śmierć Barbary Blidy była początkiem końca tworu nazywanego „IV Rzeczpospolitą”. Polacy zobaczyli, w jak dramatyczny sposób może się skończyć realizacja spiskowych obsesji władzy. Pięć miesięcy później, po dwóch latach nieudolnych i awanturniczych rządów, PiS przegrał wybory.

Ale obiecywane przez zwycięską Platformę Obywatelską rozliczenie duetu Kaczyński-Ziobro z wykorzystywania prokuratury, policji i służb specjalnych do niszczenia politycznych przeciwników wypadło żałośnie. Zapowiedzi, że winni odpowiedzą za swoje czyny, szybko poszły w niepamięć.

Przez kolejne dwie kadencje większość PO-PSL nie zdołała nawet przegłosować wniosku o postawienie przywódców IV RP przed Trybunałem Stanu. Z odpowiedzialności za bezprawne naciski oczyściła ich też prokuratura.

Kolejny akt tego dramatu rozegrał się po ostatnich wyborach. Decyzją Jarosława Kaczyńskiego Zbigniew Ziobro wrócił na stanowisko ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Prokuratorem krajowym zrobił Bogdana Święczkowskiego, w 2007 r. szefa ABW.

25 kwietnia to okrągła rocznica bezkarności Kaczyńskiego, Ziobry i Święczkowskiego. Ponoszą moralną i polityczną odpowiedzialność za śmierć posłanki SLD.

Ale ta data powinna być też wyrzutem sumienia dla Platformy. Recydywą autorytarnych i niszczących demokrację rządów Polska płaci teraz za brak zdecydowania i złamanie danej wyborcom obietnicy rozliczenia IV RP.

NO TO NAS ZATKAŁO

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Walka kobiet o antykoncepcję, o pigułkę „dzień po”

PiS nie znosi sytuacji, gdy ich demolkę i skansen wynosi się na zewnątrz. Chcą prać brudy w domu, niestety te brudy są produkcji PiS, a Polska przystępując do Unii Europejskiej zdecydowała się na nowoczesność, a nie pisowski Ciemnogród i kołtunerię.

Brudy pisowskie na zewnątrz chcą wynieść kobiety, które zainicjowały obywatelski projekt ustawodawczy, aby żadne państwo członkowskie nie mogło samopas ograniczyć dostępu do środków antykoncepcyjnych. Ta inicjatywa to niejako odpowiedź na pomysł wprowadzenia recepty na pigułkę zwaną „dzień po”. Wszak tabletki „ellaOne” są dostępne w całej Unii bez recepty.

Projekt zmian w prawie farmaceutycznym został już przyjęty przez sejmową komisję zdrowia i w najbliższym czasie trafi pod obrady Sejmu. Nie należy mieć złudzeń, iż większość sejmowa z posłanką Sobecką przegłosuje, jak zakrystia im każe, a prezydent – męska odmiana Sobeckiej – ustawę podpisze.

Z tym pisowskim zacofaniem chcą walczyć takie organizacje, jak komitet „Ratujmy Kobiety” wraz z innymi stowarzyszeniami. Walka o prawa polskich kobiet zostanie przeniesiona na forum Komisji Europejskiej. Przygotowany został projekt „Europejska Inicjatywa Ustawodawcza na Rzecz Praw i Godności Kobiet”, którego celem jest uchylenie pewnego przepisu, a dotyczącego zmiany sposobu sprzedaży środków leczniczych. Ten przepis pozwala każdemu krajowi politykę lekową prowadzić wg widzimisię.

Kobiety chcą, aby środki antykoncepcyjne – w tym tabletki „ellaOne” – obowiązywała jedna dyrektywa, by były wyłączone spod widzimisię lokalnych polityków i były dostępne w całej Unii bez recepty. Wówczas żadnym Radziwiłłom i osobom związanych prawem kanonicznym o celibacie nie przyszło do głowy, aby decydować za innych, szczególnie, aby decydować za kobiety.

Wniosek w Komisji Europejskiej będzie składać Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, szefowa komitetu „Ratujmy Kobiety”. Do złożenia projektu potrzebnych jest przynajmniej sześć państw oraz – co będzie sporym wyzwaniem – milion podpisów.

Polki mają już gotowy dokument, pomagać im będą – jest to już dogadane – Niemki, Francuzki i Irlandki. Następnie trzeba powołać międzynarodówkę. I w ten sposób wynosząc walkę o prawa kobiet na zewnątrz przymusić skansen do respektowania praw.

DOBRE

Mazurek od Kaczyńskiego i „tematu” Piaseckiego

Rzecznik PiS Beata Mazurek niespecjalnie wie, co mówi. I nie jestem tym zdziwiony, wystarczy jej posłuchać. W co drugim wypowiadanym zdaniu traci wątek, a zdanie podrzędnie złożone to dla niej slalom gigant z takimi muldami, iż nakrywa się nogami.

Jakie znaczenia niesie zdanie: „Proszę, aby Rafała Piaseckiego nie utożsamiać z nami”. A z kim? Z Platformą Obywatelską? Jak ktoś będzie widział Grzegorza Schetynę, proponuję, aby zadał mu pytanie, czy zgodzi się na utożsamianie Piaseckiego „z nimi”? A może Piaseckiego można było utożsamiać z „nami” do niedzieli, a w ten dzień świąteczny łeb mu ucięli? Albo taka złota myśl pani Mazurek: „Kaczyński interweniował w sprawie Piaseckiego. Dla nas ten temat jest zakończony”.

Czyżby Piasecki się rozwiódł? A może solennie przyrzekł „panu” Kaczyńskiemu, że nie będzie tłukł żony. Jest jeszcze możliwość, że dał dyla w smudze kompromitacji i udał się za Wacławem Berczyńskim, aby zakończyć temat.

Ładunek „termobaryczny” Piaseckiego nazywa się przemocą domową. Temat nie jest zakończony, że posłużę się drewnianym stwierdzeniem osóbki Mazurek, która nie wstydzi się wymawiać publicznie takich sztanc językowych. Ten temat otwiera, a przynajmniej powinien otworzyć oczy dla partii Kaczyńskiego na sprawy przemocy domowej, przemocy wobec kobiet i bezbronnych dzieci. „Temat zamknięty” Piasecki tłukł nie tylko żonę, ale i swoje dzieci, a także teściową, która z nim ślubu nie brała.

A może powodem „zakończenia tematu” jest pobratymstwo emocjonalne Piaseckiego i Jarosława Kaczyńskiego? Ten pierwszy uderza fizycznie rodzinę, także słownie, a prezes PiS wali rodaków słowami, zawsze oddzielony od nich (od nas) czterema ochroniarzami, którzy rocznie kosztują – pośrednio każdego z nas – przeszło milion złotych. Przemocą słowną jest nazywanie rodaków najgorszym sortem, elementem animalnym, gestapo. Gdyby Kaczyński miał zdolność honorową, można byłoby wyzwać go na „ubitą ziemię”. Nie ma honoru, dlatego opluwa zza kordonu ochroniarzy.

Kaczyński na szczęście nie ma żony, nie ma dzieci, nie ma teściowej. Można sobie wyobrazić, iż byłby konkurencją dla Piaseckiego, gdyby swoje emocje słów zamienił na emocję kończyn górnych i dolnych. Idę o zakład, że wykazałby wyższość nad „tematem zamkniętym” z Bydgoszczy.

Tak jak w stanie wojennym był tchórzem, tak do dzisiaj mu to nie przeszło, a pani Mazurek proponuje naukę języka polskiego, a gdy już potrafi sklecić zdania, aby dać „rzeczy słowo” (jak pisał mój wielki poprzednik), niech się weźmie za retorykę – to jest nauka: jak wyrażać się – i mówić do rzeczy. Publiczna przestrzeń języka polskiego nie jest maglem. Nie jest też kloaką.

I CO TERAZ POCZNIE ANTEK BEZ WACKA???

Kleofas Wieniawa pisze o wrabianiu Radosława Sikorskiego w odpowiedzialność za katastrofę smoleńską.

W piętkę gonią ze Smoleńskiem. Takim żałosnym (acz miliony kosztujący podatnika) wyczynem jest ów ładunek termobaryczny, który posłużył Jarosławowi Kaczyńskiemu niemal dojść do „prawdy” w ostatnią rocznicę smoleńską. Taki z niego perypatetyk w marszu po Krakowskim Przedmieściu w otoczeniu tabunu ochroniarzy.

Scenarzysta termobaryczny Wacław Berczyński wziął jednak nogi za pas. Więc pisowcy szukają innej dziury w całym – i… czepiają się nogawek Radosława Sikoirskiego.

„Dziennikarze” tygodnika „wSieci” z brudnego palca wyssali (achtung! achtung!), że Sikorski dopuścił się „kłamstwa pod przysięgą”, bo był zaangażowany w dyplomatyczne przygotowanie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska w Katyniu w kwietniu 2010 roku.

Chore do bólu. A dziennikarze tego tygodnika niech nauczą się pisać i posiądą arkana rzemiosła. Sikorski nie był zaangażowany w kampanię wyborczą, bo nie był z PiS-owskiego obozu.

A po co leciał Lech Kaczyński do Katynia? Wówczas twierdziłem, że z psychologicznego punktu widzenia był zmaltretowany przez brata – typowego wampira psychicznego – tacy ludzie podświadomie szukają ucieczki w samobójstwo.

A jego żyjący brat do dzisiaj uprawia psychiczny terroryzm. Maria Nurowska nazywa go psychicznym potworem. Uważam, że prezes niewiele się różni od bydgoskiego radnego, tamten tłukł żonę, dzieci i teściową, ten nie ma żony, dzieci i teściowej, ale używa przemocy do innych, narzędziami nawet bardziej bolesnymi, retorycznymi: elementem animalnym, gestapo, gorszym sortem. To jest uderzenie zacisniętą pięścią słowa. Kopem z glana metafory.

Wracając do Sikorskiego. A co mógł wówczas szef dyplomacji, wszak nie był ministrem organizacji?

Lech Kaczyński odpowiada moralnie (ale uśmiałem się przy tym egzystencjalnym oksymoronie) za katastrofę. Jak nieboszczyk może ponieść odpowiedzialność? Można go eksmitować z Wawelu. To byłoby jakieś wyjście. Quasi-dziennikarze „wSieci” coś tam chachnmęca w języku polskim, którym zresztą nie potrafią się posługiwać. Takim gościom zawsze wyjdzie groteska, kabarecik.

ODDAJMY CZEŚĆ WIELKIEMU CZŁOWIEKOWI

>>>