Posts Tagged ‘Krystyna Pawłowicz’

SZACUNEK DLA Oszustwa i pazerność trzeba gonić!

Dwa teksty Waldemara Mystkowskiego.

W bałaganie PiS jest metoda?

Kandydatów PiS na prezydentów miast poprzednio przedstawiał Jarosław Kaczyński. Miał kwaśną minę, szybko zszedł ze sceny. Dlaczego tak się stało? Kaczyńskiego dopadł syndrom Breżniewa, który przed odejściem ledwo wchodził na trybunę na Placu Czerwonym, ktoś podtrzymywał mu rękę za łokieć, albo był na prochach, aby mógł machać do gawiedzi. Kaczyński też się zaciął, jak gensek Breżniew, już podczas kampanii prezydenckiej 2010 roku roku łykał barbiturany, o czym mówiła Jadwiga Staniszkis, kiedy jeszcze wierzyła w prezesa.

Z kolanem Kaczyńskiego jest jednak problem. Joachim Brudziński przyszedł do TVN24, aby poinformować, jak policja będzie walczyć z kibolami, do czego asumpt dała burda w meczu Lecha Poznań z warszawską Legią, ale minister szybko przewekslował się na kolano prezesa, nad którym ponoć pracują wybitni ortopedzi. Brudziński raczej nie jest wybitnym ortopedą, więc dlaczego to on informuje o zwyrodniałym kolanie?

Następny obrazek medialny z Brudzińskim podsuwa wiadome asocjacje, bo to pod jego przewodem Komitet Polityczny PiS zatwierdza kolejne kandydatury na prezydentów miast. Po Breżniewie przyszedł na krótko kolejny gensek Konstantin Czernienko. Czyżby Brudziński był Czernienką? Zwłaszcza że Mateusz Morawiecki w tym czasie został zesłany w teren, aby otworzyć obwodnicę w Kępnie i trajlować na konferencji o przedsiębiorczości.

Morawiecki staje się ideologiem PiS („Polska musi rozwijać się równomiernie”). Czyżbyśmy mieli już podział ról w PiS, a Morawieckiemu miała przypaść rola Michaiła Susłowa?

Na razie mamy do czynienia z zapewnieniami uzdrowicielskimi, co do prezesa. Marek Suski samym sformułowaniem wywołał śmiech w narodzie, bo użył kartezjanizmu „myślę”, jak Jaś Fasola: – „Myślę, że niedługo prezes Kaczyński wyjdzie ze szpitala”. Fasola Suski powiedział jeszcze coś, co powoduje, że należy się domyślać, że jednak Komitet Polityczny PiS nie odbył się w siedzibie PiS przy Nowogrodzkiej. Fasola: „Na następnym Komitecie Politycznym PiS będzie (Kaczyński) z nami. Jak prezes zwoła, bo to prezes zwołuje”. A ponadto kolano prezesa jest po zabiegu. Logiczny wniosek z tej logorei Fasoli Suskiego taki, że Kaczyński zwołał komitet akolitów przy swoim łóżku w separatce w szpitalu przy Szaserów. I to jest choroba tej władzy.

Wybory samorządowe są zagrożone. Szef sejmowej komisji samorządu terytorialnego Andrzej Maciejewski twierdzi: – „Trzeba szybko nowelizować kodeks wyborczy albo przełożyć jesienne wybory samorządowe na wiosnę „. Podobnie mówią w Państwowej Komisji Wyborczej: – „Zmiany w ustawie są konieczne”.

PiS-owi o to chodzi – o bałagan, w bałaganie można łatwiej zachachmęcić z wynikiem. Albo przełożyć wybory, gdy sondaże będą dla nich niekorzystne.

Kuchciński uciekł z Sejmu, a Pawłowicz wywęszyła tam smród

O co chodzi, gdy gospodarz daje nogę z domu przed najważniejszym dla tego domu wydarzeniem? Albo napadli na dom nieprzyjaciele, albo przeprowadza w nim deratyzację (odszczurzanie). Dzisiaj marszałek Sejmu Marek Kuchciński wybywa z Polski na dwa dni do Czech. Dzisiaj – 23 maja, a 25. – za dwa dni – odbędzie się Parlamentarne Zgromadzenie NATO.

Czy ktoś z tego coś rozumie? Czyżby Czesi uznali, iż Józef Szwejk przeszedł ostatecznie do historii literatury czeskiej, więc trzeba importować Szwejka z Polski. Kuchciński oficjalnie jedzie na zaproszenie przewodniczącego Izby Poselskiej czeskiego parlamentu Radka Vondraczka.

Aż tak oczekują w Czechach Kuchcińskiego, który nie mówi, tylko mamrocze, a jak ze dwa zdania powie do sensu, to odczytuje z kartki? A może ten Vondraczek jest czeskim Kuchcińskim i chce sobie pomilczeć (ewentualnie pomamrotać) z polskim odpowiednikiem? Wątpię. To tylko w pisowskiej Polsce jest możliwe, aby kogoś tak niedysponowanego intelektualnie posadzono de facto na stołku drugiej osoby w państwie.

Dlaczego Kuchciński daje dyla? Jego koleżanka Krystyna Pawłowicz na Twitterze opublikowała taką oto wieść: – „Przed chwilą byłam w Sejmie. Na antresoli, w miejscu dla prasy i w korytarzu głównym na parterze trudny do zniesienia smród. Zapytana o to pani z TVN powiedziała, że też czuje, ale to „od farby, bo gdzieś coś malowano”. Ale nigdzie prac malarskich nie było …” [interpunkcja moja – przyp. WM]. Poczuła smród. Czyżby chodziło o to, że zaraz odbędzie się odszczurzanie?

Za dwa dni ma „napaść” na Sejm Parlamentarne Zgromadzenie NATO w sile 260 parlamentarzystów z 29 krajów sojuszniczych, więc Włodzimierz Cimoszewicz w TOK FM wysnuł podejrzenia, że może to się „skończyć zerwaniem całego posiedzenia”.

Na coś się zanosi, na coś bardzo nieprzyjemnego, kompromitującego. Mam silne podejrzenia o najgorsze.

Reklamy

CZY POLACY AKCEPTUJĄ PROJEKT?

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Ustawka z wetem prezydenta

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że weto Andrzeja Dudy dotyczące tzw. ustawy degradacyjnej było zwykłą ustawką. Grę w te klocki Jarosław Kaczyński ma przećwiczone, „kunszt” można porównać do gry w warcaby: kto więcej zbije, ten wygrywa.

Nie jest to więc gra w szachy, w której trzeba naprzód przewidywać ruchy przeciwnika, ale zegar i tak tyka, do końca PiS zostało 520 dni. Weto prezydenta sprawdziło się przy dwóch ustawach sądowych, tysiące protestujących zeszło z ulic, a Duda i tak podpisał zmanipulowane ustawy, na które nie daje się jednak nabierać Komisja Europejska.

Wartość weta dotyczące tej ustawy nazywanej też ustawą degradacyjną (autorstwa) Macierewicza i Błaszczaka jest niemal żadna, bo w istocie nie można zdegradować zapisów w podręcznikach. Wszak żaden autor nie napisze, że stan wojenny wprowadził szeregowy Jaruzelski, chodziło o to, aby wymierzyć symbolicznego kopa nieboszczykowi.

Przecież Duda nie zawetował ustawy o zdecydowanie większej wartości egzystencjalnej, tzw. ustawy dezubekizacyjnej, odbierającej emerytury zweryfikowanym funkcjonariuszom, którzy choć jeden dzień przepracowali w PRL w służbach.

Warto więc odnotować ustawy, które winny być zawetowane z powodów naruszenia Konstytucji bądź spychające nas do nienowoczesnych praktyk, ale „niezłomny” Duda je podpisał: o Krajowej Radzie Sądownictwa, o Sądzie Najwyższym, o IPN (oddana do TK), ograniczająca handel w niedzielę, o antykoncepcji awaryjnej, o reformie edukacji czy też nowelizację Kodeksu Wyborczego.

Przy wielkanocnym stole Polacy mają rozmawiać nie o sondażach, które coraz wyraźniej wskazują, iż PiS za 520 dni odda władzę, ale o kosmonaucie Hermaszewskim, który pozostał przy pagonach generalskich. Zresztą na nie powołał się Duda.

Po ustawce z wetem politycy PiS dostali przykazanie, aby się nie wysypać i nie komentować, o czym tweetnęła Beata Mazurek: „komentować nie będziemy”. Ta sama złotousta rzeczniczka komentowała przyjęcie ustawy w Sejmie: „Wrona Orła nie pokona (…) Precz z komuną”.

Wyłamał się z niekomentowania Antoni Macierewicz, ale on jest osobnym bytem politycznym – zdaje się, iż wraz ze swoim Misiewiczem knują w kwestii partii bardziej prawicowej niż PiS – nazwał weto „następnym krokiem w złą stronę”. Wszak pierwszy zły krok to była dymisja Macierewicza.
Weto Dudy więc brzydko pachnie, jest świątecznym jajkiem podrzuconym na polskie stoły, by nie powiedzieć zbukiem.

“Buta, lenistwo, rozpasanie, bezmyślność w działaniu, a przede wszystkim – olewanie obywateli. To są zasady, którymi będziemy się kierować”. Drobna korekta expose PBS.

Szydło przyznała nagrody, Szydło oddała

Były premier Jan Olszewski w przeddzień świąt Wielkiej Nocy i Prima Aprilis zaapelował do Jarosława Kaczyńskiego, aby przeprosił za nagrody, które przyznała sobie, ministrom i wiceministrom Beata Szydło. Szydło więc musiałaby schować pazurki, których pokazania zażądał prezes (och, te metafory prosto z kuwety).

Zdaję sobie sprawę, że mamy Prima Aprilis. I tak podchodzę do krążącego w internecie newsa: – „Premier Szydło i ministrowie zdecydowali się oddać nagrody i przeznaczyć na cele charytatywne!”. Ale biorąc tę wiadomość na pisowski rozum, należy odwrócić kota ogonem, gdyż wszystko w polityce w wykonaniu polityków tej partii jest nieporozumieniem, serwują nam Prima Aprilis przez okrągły rok, więc może w ten dzień są poważni. I może Szydło oddała nagrody na cele charytatywne w imię pijarowskiego hasła: „Beata dała, Beata zabrała”.

Zdaje się, że mało aprilisowy list otrzymał Maciej Stuhr, choć aktor się łudzi, iż wpisuje się on w żarty. Stuhr publikuje ów list od antyfanki na Instagramie, adresowany do „Macieja Szczura”: – „Ty gnoju! Ty szczylu! Ty szwabie w du*ę je*any! Kto ci płaci za to, żebyś pluł na Polskę? Może Niemcy?  Może Ruscy? Ty sku*wysynie! Ty Hu*aszku Wanio! Żebyś zdechł!”.

Takie tradycyjne chrześcijaństwo po polsku, acz w tym wydaniu bardzo intensywne. Primaapilisowym newsem z pewnością jest mem Platformy Obywatelskiej, która publikuje przeciek dotyczący zadań maturalnych z matematyki: „1. Zsumuj wszystkie nagrody dla wiceministrów i ministrów w rządzie PiS”.

Nie wszyscy rodacy mogą płatać sobie figle w kraju, bo oto czytam na koncie PolsatNews.pl na Twitterze z pewnością o bardzo poważnym felerze polskim: – „Ciężarówka z Polski zablokowała na pół dnia autostradę w Holandii. 44-letniego kierowcę aresztowano. Drugi Polak zjechał tirem z autostrady A58 i wylądował w rowie. Też został aresztowany. Łączyło ich jedno – byli tak pijani, że nie mogli ustać na nogach”.

Sikawkowa Pawłowicz sprawiła Dudzie śmigus-dyngus

Od kiedy w Straży Pożarnej pojawiły się kobiety – do parytetów fifty-fifty daleko – strażaczki przejęły inicjatywę w śmigus-dyngus. I leją wodą prosto z pomp strażackich na swoich partnerów w służbie. Największą radochę ma ta przy sikawce, czyli sikawkowa. Co lunie po strażakach, to jej.

Taką sikawkową w PiS jest Krystyna Pawłowicz, która nie przebiera w słowach. Jej retoryka jest zwykle knajacka, a proza na Facebooku i Twitterze podana w kiepskiej polszczyźnie, zwykle z błędami gramatycznymi, interpunkcyjnymi i bez zachowania reguł graficznych. Tak bluzga emocjami, że staje się zrozumiałe, dlaczego nie radzi sobie z polszczyzną. Sikawkowa Pawłowicz zawsze leje swoją brudną polszczyzną na opozycję.

Tym razem lunęła na prezydenta Andrzeja Dudę, bo ten śmiał zawetować ustawę degradacyjną, wg której miano zrywać pagony truchłom generałów (kto ekshumowałby Jaruzelskiego i Kiszczaka, aby zerwać im pagony?). Tym razem Pawłowicz opublikowała list otwarty do Dudy na łamach portalu braci Karnowskich, w którym bluzga na prezydenta z jej formacji. Jako że list przeszedł redakcję, więc nie ma zwykłych dla niej wpadek gramatyczno-interpunkcyjnych, ale za to możemy „podziwiać” niezborność intelektualną, luki w wiedzy, a w zasadzie poznać jej niewiedzę i tak naprawdę odhumanizowane emocje.

Pawłowicz chciałaby urządzić nieboszczykom generałom coś w rodzaju Norymbergi, bo nie było w procesie zbrodniarzy wojennych procedur odwoławczych. Nie trzyma się to żadnej logiki, bo po pierwsze w ustawie degradacyjnej nie było żadnej mowy o sądzeniu, a tylko o wyroku degradującym. Jakby też nie patrzył, Jaruzelskiego i Kiszczaka trudno byłoby podciągnąć pod jakąkolwiek interpretację terminu prawnego ludobójstwa, zdefiniowanego przez polskiego prawnika Rafała Lemkina. No i Pawłowicz odbiera prezydentowi prerogatywę weta, co nawet nie jest śmieszne.

Polecam zapoznania się z listem Pawłowicz, bo pokazuje jak marnej jest ona kondycji intelektualnej. Powstaje pytanie: jak doszło do tego, iż ktoś takiego żenującego pokroju umysłowego wykładał na uczelni?

Posłanka PiS Pawłowicz nadaje się tylko do obsługi bluzgów, do języka godnego podrzędnej knajpy, a nie do obecności w przestrzeni publicznej, acz dopuszczalnym jest, aby w śmigus-dyngus jako sikawkowa PiS lunęła na Dudę, bo temu się należy za wielokrotne złamanie Konstytucji.

6 zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Morawiecki, szlafmyca i nosorożec

Mateusz Morawiecki w zasadzie ma jedną misję w Europie – uratować fundusze unijne dla Polski. Misja może być straceńcza w wypadku, gdyby Jarosław Kaczyński wstał lewą nogą albo kot pomylił kuwetę z szlafmycą prezesa.

Morawiecki odniósł „sukces” w rozmowach z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, bo nie sknocił niczego, acz też nie naprawił. Czy to znaczy, że dyplomatyczne plagi egipskie mamy za sobą, bo zostały wyczerpane przez Beatę Szydło i Witolda Waszczykowskiego? Zobaczymy.

Wspólna konferencja prasowa kanclerz i premiera przebiegała poprawnie, a nawet można byłoby sądzić, iż obydwoje chcieli sprawić wrażenie, że piją sobie z dziobków. Zawiedli jak zwykle dziennikarze, którzy nie potrafią zadać trudniejszych pytań.

W każdym razie nie dostaliśmy odpowiedzi na temat reparacji wojennych – za co prezes może pogonić Morawieckiego. Niczego nie usłyszeliśmy o praworządności w Polsce (a to będzie się decydować w Brukseli, gdy dojdzie do rozdziału funduszy), czy wreszcie o integracji europejskiej, z której wydaje się, że Polska została wyautowana.

Rozbieżność dotyczyła Nord Streamu 2, który dla Merkel jest projektem gospodarczym, a dla nas kompleksem przeniesionym z lat 90., gdy polskie rządy starały się o dywersyfikację nośników energii. Dzisiaj taka ocena winna wylądować w lamusie. Morawiecki kolejny raz potwierdził, jak jesteśmy zakompleksiali pod obecnym rządem, bo ustawa o IPN ma wg niego mieć źródło we „wrażliwości historycznej”. Jeżeli zakłamanie jest wrażliwością, to można spokojnie przyjąć, iż Morawiecki jest nosorożcem (kłania się Ionesco). Inne banialuki Morawieckiego dotyczyły „większej niezależności sądów po reformie” w Polsce. Merkel tylko dobrotliwie spojrzała na swego rozmówcę.

Morawiecki zaprosił ponadto kanclerz Niemiec na obchody 100-lecia odzyskania niepodległości. A to znaczy, że zamierzone przez Andrzeja Dudę referendum konstytucyjne ostatecznie nie odbędzie się. Grupy rekonstrukcyjne mogą też w spokoju przygotowywać powrót Piłsudskiego z Magdeburga.

Jaką plagą egipską są polscy politycy w Europie, mógł się przekonać prezydent Duda, który równolegle wizytował Litwę (naszym partnerze z I Rzeczpospolitej), gdzie witany był przez tamtejszego szefa dyplomacji, a Donald Tusk, który też nawiedził Wilno, został wyściskany przez prezydent Dalię Grybauskaite.

SŁUŻBY JĘZYKA POLSKIEGO POTRZEBNE POLITYKOM

Gdy słyszę naszych polityków, scyzoryk w kieszeni mi się otwiera. Byłoby lepiej, gdyby się nie odzywali, przynajmniej nie sknociliby sprawy, którą jakoby załatwiają dla państwa. A na pewno nie ośmieszaliby się. Politycy PiS są szczególni w tej kwestii, wypływa to z ich mniemanego patriotyzmu. Jak pisze Waldemar Kuczyński: co idiota – to patriota. A ja trawestuję wiersz wspaniałej Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej o ptaszku idiocie. Nasi politycy to patrioci idioci.

Za idiotyzm nie można karać, lecz należy go napiętnować. Miałbym prośbę do Mateusza Morawieckiego, aby za granicą nie ośmieszał się – i nie ośmieszal Polaka jako takiego, bo nas reprezentuje. Oto wobec kompetentnego intelektualnie audytorium w Monachium, bo na konferencji bezpieczeństwa, stwierdza nasz polityczny ptaszek, iż „nie było czegoś takiego jak polskie obozy śmierci”.

Ależ tę wiedzę posiadają wszyscy, którym ona jest potrzebna – i to od 1944 roku. Po co więc takie stwierdzenie? Czyżby Morawiecki nie miał niczego do powiedzenia i wtłaczał tę oczywistą oczywistą, bo sam ma z nią problemy? Każdy psycholog powie, że u Morawieckiego szwankuje coś w jego głowie. Co? Intelekt, niedostatki charakteru, etc.

„Polskie obozy śmierci” są idiomem historycznym, który znaczy, iż na terenie Polski niemieccy naziści zbudowali obozy śmierci. I nie chodzi o dokuczenie narodowi niemieckiemu poprzez ich niechlubną w tej kwestii historię, ale o wskazanie, iż w tych obozach dokonał się holokaust, a były one położone na terenie Polski.

Taki jest język. Mówisz i wiesz! Tak jak niedawno mówiło się „Kononowicz”, a myślało „idiota”. Wiesz zatem, że ktoś nazwany Kononowiczem jest idiotą. A przecież nie każdy Kononowicz jest idiotą. Może Kononowiczem jest Morawiecki?

Dla mnie premier jest takim ptaszkiem, który w Monachium zaćwierkał „oczywistą oczywistość”, po czym inni będą mogli pukać się w głowy: Polak to idiota.

Intelektualnie i talentem Morawiecki nigdy nie dorówna innej pisarce, Zofii Naukowskiej, która w „Medalionach” pisze o polskich obozach śmierci. Czy ona nie wiedziała, co pisze?

Otóż Morawiecki nie wie, co mówi. Gdy słyszę Morawieckiego, otwiera mi się scyzoryk w kieszeni, lepiej, aby się nie odzywał. Przynajmniej niczego nie zepsuje. Posługiwanie się językiem to trudna sprawa. Nie chcę takich ptaszków, którzy fałszują linię melodyczną rozumu – retorykę.

Lepiej ugryźć się w język, wówczas tak powstały pypeć będzie coś uświadamiał. A może powinny być powołane służby językowe, które przeglądać będą przemówienia polskich polityków wygłaszane za granicą, aby nie ośmieszali imienia Polaka.

DROGI GARNITUR I ANGIELSKI NIE WYSTARCZĄ

Premier przekroczył cienką czerwoną linię…

Coś mi się zdaje, że zatęsknimy za Beatą Szydło? Mateusz Morawiecki jest bieglejszy od Szydło w temacie „dobra zmiana”. W ciągu dwóch miesięcy wizerunek Polski skopał do imentu.

PRL był wesołym barakiem w obozie krajów demoludu (podkreślam: obóz), a obecną sytuację świetnie ilustruje praca plastyczna Tomasza Brody, która została nagrodzona Złotym Medalem na legnickiej Międzynarodowej Wystawie Satyrykon. Obraz przedstawia mapę Polski, której granice okalają barierki jakby żywcem przeniesione z Krakowskiego Przedmieścia, pośrodku potężna postać Jarosława Kaczyńskiego z marsową miną, prezes na dokładkę jest pilnowany przez policjantów. Tytuł obrazek nosi „Polish Camp” – i właśnie stajemy się takim polskim obozem… w Unii Europejskiej.

Polski obóz koncentruje na sobie niechęć świata, podsycaną przez polityków PiS. Idiotyczna ustawa o IPN – tak nawet nazwana przez doradczynię Andrzeja Dudy, Zofię Romaszewską – rozpaliła krytykę w kraju i na świecie, a drwa na ruszt ktoś ciągle dorzuca. To, co osiągnął podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium premier Morawiecki, zostanie mu na długo zapamiętane.

Na pytanie dziennikarza Ronena Bergmana o odpowiedzialność za denuncjowanie Żydów na gestapo przez Polaków podczas okupacji i dzisiejsze karanie tych, którzy piszą na ten temat, Morawiecki odpowiedział: – „Oczywiście nie będzie to karane, jeżeli ktoś powie, że byli polscy sprawcy, tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy, ukraińscy sprawcy, nie tylko niemieccy”.

Warunkowanie, iż inni także na terenie naszego kraju trudnili się szmalcownictwem, jest nie tyle zrzucaniem z siebie odpowiedzialności, ale przede wszystkim relatywizowaniem win, co jest sprzeczne z moralnością. Bo czy Żydzi są odpowiedzialni za holocaust? Morawiecki w istocie zrównał ofiary z katami.

Taka odpowiedź Morawieckiego musiała spowodować wzburzenie na świecie. Premier Izraela Benjamin Netanjahu od razu w sobotę opublikował ostre oświadczenie i zapowiedział rozmowę telefoniczną z Morawieckim w niedzielę.

Wcześniej Morawiecki dostał wsparcie PiS. Beata Mazurek aż się zakrztusiła prawdą, napisała „powiedział prawdę, która jest trudna do przyjęcia przez stronę izraelską”, bo „za mówienie prawdy nie ma potrzeby przepraszać”.

A to znaczy, że takie obstawanie przy „prawdzie” dostało zezwolenie na rozpowszechnianie jej przez samego prezesa, który ma koncesję na głoszenie wszelakiej prawdy. Do rozmowy premierów Polski i Izraela doszło. Na oficjalnym koncie premiera Izraela opublikowano tylko suchy komunikat, Netanjahu Morawieckiemu: „powiedział mu, że uwagi, które zostały wypowiedziane, są niedopuszczalne i że nie ma podstaw do porównywania działań Polaków podczas Holokaustu z działaniami Żydów”.

A więc żadnego „sukcesu” rozmowy albo przyznania się do błędu ze strony Morawieckiego nie było, tym bardziej, że premier Polski w dwóch tweetach poinformował świat, że trwa przy swoim, a nawet niejakiego usprawiedliwienie holocaustu dopatruje się w tym, że „Byli niestety i tacy, którzy odsłaniali najciemniejsze strony natury ludzkiej kolaborując z niemieckimi nazistami. Dialog o tej najtrudniejszej historii jest niezbędny, ku przestrodze”.

Doprawdy nie wiem, jak to skomentować. Morawiecki bez krępacji – specjalnie używam takiego języka, bo opisuje on coraz bardziej groteskową postać premiera polskiego rządu – mówi poprzez te wypowiedzi, iż z ofiarami pogada o ciemnej stronie katów, nazistów. I bynajmniej nie jest to literatura, dajmy na to „Ciemna strona Greya”. Jeszcze inaczej interpretując, Morawiecki jest zdziwiony, iż sadystyczne praktyki katów nie wyzwoliły dialogu w ofiarach, które winny być zwolennikami masochizmu.

Minister spraw wewnętrznych przejmuje kontrole nad wyborami w Polsce❗️ upartyjnia

Krystyna Pawłowicz zastąpi warszawską Syrenkę?

Nawet Julia Przyłębska musiała ustąpić miejsca Krystynie Pawłowicz na okładce najnowszego numeru tygodnika Karnowskich „Sieci”, a przecież posłanka PiS nie została Człowiekiem Wolności. Wychodzi na to, że jest kimś lepszym, o czym mogą świadczyć gadżety, które na ilustracji Pawłowicz trzyma w rękach – zamiast tradycyjnego dla niej wachlarza japońskiego, dzierży miecz. Czyżby chodziło o to, że nie chce być już wcieleniem pisowskiego ninja płci żeńskiej, lecz jakąś Jedi z „Gwiezdnych wojen”, a może nawet księżniczką Leią?

Jednak miecz w jej rękach nie wygląda na świetlisty. Gdybyśmy założyli patriotycznie, iż Pawłowicz pozuje na Piastównę, bo zdaje się, że na kogoś podobnego jest wystylizowana posłanka w dobie serialu TVP „Korona królów”, to poleglibyśmy w konfrontacji z twardymi faktami. Mianowicie kobiety naszych pierwszych władców były porównywalne do królic – tak były płodne – i potrafiły trzymać miecz w dłoniach, a Pawłowicz trzyma narzędzie walki za ostrze – co jest zbrodnią na samym sobie – i jak prezes nie zostawi po sobie żadnego potomstwa.

Pawłowicz udzieliła Karnowskim wywiadu. O tyle jest on istotny, iż zwykle posłanka PiS jest awangardą „dobrej zmiany”, które swoje źródło mają w głowie prezesa. Pawłowicz nam wieści, co prezesowi się wykreowało pod siwą czupryną. A że zaraz wejdziemy w czas kampanii wyborczej, to prezes musi kombinować bardziej intensywnie niż zwykle, aby wygrać wybory za cenę ich skręcenia, gdyż jako Mojżesz swego ludu nie pozwoli na to, aby przed Trybunałem Stanu stanęły jego marionetki, czy to Andrzej Duda (wielokroć złamał Konstytucję) bądź Beata Szydło. Mateusz Morawiecki musi się trochę napracować, aby dorównać wymienionym.

Pawłowicz zapowiada, iż dojdzie do ostatecznego rozwiązania z niezależnymi mediami albo zostaną tak sparaliżowane, iż nie będą mogły krytykować władzy PiS. Gdyby jednak krytykowały geniusz Kaczyńskiego, to odebrana im winna być koncesja (Pawłowicz: – „Trzeba stosować środki takie jak ograniczenie lub cofnięcie koncesji, gdy łamane jest prawo”).

W głowie prezesa główny zamysł dotyczy tego, aby „by zmiany były nie do odwrócenia„, gdyż „potrzeba nam więcej kadencji”. Przekładając na język wprost: by PiS nie oddał władzy. A więc „nasza” pisowska winna być Państwowa Komisja Wyborcza i podległe partii Kaczyńskiego sądy, gdyby opozycji wpadło do głowy zaskarżyć wynik „ustalony” w PKW.

Nie łudźmy się – PiS nie odda władzy, nawet gdyby przegrało wybory. Kaczyński zabezpiecza się na najgorszą dla niego możliwość. Ba, walczy o swoje miejsce w historii, to jest zresztą jego główny motor działania pod koniec życia. O znaczeniu w historii narodu świadczą pomniki – i o to walczy prezes. Jacek Karnowski we wstępniaku właśnie im poświęca szczególną uwagę: – „A co do zapowiedzi PO, że pomniki zostaną rozebrane, to można z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż stanie się odwrotnie”.

W tym kontekście patrzę na okładkę „Sieci” i pisząc o tych abnegatach intelektu, wysnuwam takie oto podejrzenie: Pawłowicz z mieczem w rękach może zastąpić warszawską Syrenkę. Warszawiacy mają czego się bać.

Rząd PiS naprawia to, co zniszczył kolejnym knotem

Jak dementują, to coś musi być na rzeczy. W PiS wszak syndrom „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” jest dogmatem partyjnym. Przecieki z centrali Nowogrodzkiej wypływają następującej treści: – „Kaczyński jest wściekły na Morawieckiego za jego długi język”. Po co więc rzecznik PiS Beata Mazurek dementuje: – „Mówienie czy pisanie, że Prezes Jarosław Kaczyński jest wściekły na Premiera Mateusza Morawieckiego to totalna bzdura. Nie skłócicie nas bez względu na to do czego będziecie się posuwać”? Pomijam nielogiczność ostatniego zdania i interpunkcję.

Takie komunikaty nie powstają w próżni. Oto kolejny lapsus (nazywam eufemistycznie) Morawieckiego w wywiadzie dla „Der Spiegel”: – „Polska jest demokratycznym państwem narodowym”. Ufff… ciarki przechodzą po plecach. A jeżeli ma się na uwadze, w jakich pochodach depcze tatuś premiera Kornel Morawiecki i kto z ugrupowania Kukiz’15 wszedł do Sejmu obecnej kadencji, ciarki zamieniają się w podejrzenia i to o barwie brunatnej.

Czy może nas uspokoić sytuacja – o czym zawiadomiła publikę w radiowej Trójce rzecznik rządu Joanna Kopcińska – iż „powstał zespół ds. walki z faszyzmem”? Czujecie tę pisowską mietę przez rumianek? Wszak o tej mięcie niedawno Joachim Brudziński mówił w Sejmie, że w Polsce nie ma faszyzmu, a Mariusz Błaszczak – bywszy ministrem spraw wewnętrznych – utrzymywał, że to margines marginesu.

A teraz powołuje Brudziński zespół. To z kim będzie ten zespół resortowy walczył? Z faszyzmem, który jest „narodową demokracją” (wszak to definicja politologiczna)? Wynika z tego, że PiS będzie częściowo walczył ze sobą, bo w obowiązującej Konstytucji RP mamy zapisany inny ustrój niż twierdzi Morawiecki: demokratyczne państwo prawa.

Poprzednik Brudzińskiego, Błaszczak, rozmontował system zwalczania przestępstw z nienawiści i faszyzmu. w listopadzie 2016 roku rozwiązany został Zespół ds. Ochrony Praw Człowieka, który był kluczową rządową komórką ds. walki z rasizmem, antysemityzmem czy homofobią. Wycofano podręcznik dla policjantów do rozpoznawania przestępstw motywowanych nienawiścią i dyskryminacją, bo wg sławnego wiceministra od konfetti Jarosława Zielińskiego, policjanci uczyli się z niego nienawiści do środowisk prawicowych, jakoby niesłusznie symbol falangi znalazł się na liście symboli nienawiści.

Oj, skrzeczy pisowska rzeczywistość. Zajmują się naprawianiem tego, co sami sknocili, a że inaczej nie potrafią, tylko knocić, można spodziewać się, że nie będą walczyć z faszyzmem, tylko przy okazji rozszerzą definicję faszyzmu i tę walkę przekierują na społeczeństwo obywatelskie.

„Sukces” ustawy o IPN

Podpowiedzi pisowskich „orłów” na kryzys dyplomatyczny z Izraelem.

Ustawa o IPN, która wg marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, ma jakoby nie działać (być martwym prawem), odniosła „sukces”. Oto mamy wojnę dyplomatyczną Polski z Izraelem oraz innymi państwami. Globalne media dotychczas nam wielce sprzyjające (np. „New York Times”) odkrywają, iż antysemityzm w Polsce ma się dobrze, bo PiS dziwnym trafem uwolnił demony przeszłości. Wojna przechodzi na kolejny poziom – najgroźniejszy – bo społeczny.

Oto wpływowa amerykańska organizacja żydowska Ruderman Family Foundation w akcji „Never Deny” zbiera podpisy pod petycją do Białego Domu o zawieszenie stosunków dyplomatycznych z Polską.

Co na to nasi? Nie mogę spamiętać nazwiska szefa polskiej dyplomacji, który na szczęście nie zaapelował do amerykańskiej Polonii o reakcję na „Never Deny”. Acz znając pokraczność pisowskich polityków, nie można zakładać kolejnej ich głupawki. Wszak niepytany może poczuć wzmożenie patriotyczne Mateusz Morawiecki i kolejny raz zaserwuje bigos po polsku, którego świat nie chce spożywać i wywala do kubła na śmieci.

Rozpoczęły się już podpowiedzi „orłów”, co mógłby w tej sytuacji zrobić polski rząd. Wzbił się na wyżyny intelektu naczelny „Do Rzeczy” Paweł Lisicki, który w wywiadzie dla swego portalu, ostrzega: – „Polskie władze w żadnym wypadku nie powinny robić wrażenia, jakby ustępowały pod wpływem siły i szantażu”. I zachęca rząd do dogmatycznej metodologii pisowskiej: – „Odpowiedzią na to, co się dzieje, powinno być na przykład wznowienie ekshumacji w Jedwabnem, które wreszcie by do końca wyjaśniła, co się tam tak naprawdę wydarzyło”.

Polityka funeralna, polityka hien cmentarnych, ta łopatologia jest bliska sercu każdego sympatyka partii Jarosława Kaczyńskiego. Inny „orzeł” – naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz – wpadł na „genialny” pomysł, jak dowiedzieć się, czy ktoś jest Polakiem, czy nie: – „Jeżeli nie wiesz, czy Twój rozmówca jest Polakiem, zapytaj go, co czuje. Takie kryterium to najwspanialszy spadek po naszej historii, która daje nam powód do dumy”.

Tak robią nam koło pióra „orły” pisowskie. Oj, będzie co sprzątać przez wiele, wiele lat po tych nielotach.

KTO DOŁĄCZA DO NASZEJ NIEDZIELNEJ MODLITWY?

NO TO JEST SENSACJA !!!!!!!!!!!!!!!!!!! Bezpośredni atak Pawłowicz na premiera rządu PiS oraz prezydenta Dudę, i przede wszystkim na prezesa Jarosława Kaczyńskiego nie pozostawia wątpliwości, że przyszłość posłanki Pawłowicz zmierza ku końcowi.

Nie będzie także więcej środków na dodatki dla emerytów czy budowę i modernizację dróg lokalnych. Sejm uchwalił właśnie budżet państwa na 2018 rok, w którym zabrakło pieniędzy na te wydatki. Nie zabrakło natomiast na… program budowy strzelnic w każdej gminie.

„To budżet konika polnego. Wszyscy pamiętają bajkę La Fontaine’a. Kiedy mrówki robiły zapasy na zimę, konik się bawił. W tym roku 9 europejskich państw będzie miało nadwyżkę budżetową, a dwa – budżet zrównoważony. Niższy wiek emerytalny w Polsce finansujecie z długu, nawet budowę strzelnic finansujcie z długu” – mówiła jeszcze przed głosowaniem posłanka PO Izabela Leszczyna.

Dochody państwa w 2018 r. wyniosą 355,7 mld zł, a wydatki – 397,2 mld zł. Wzrost gospodarczy zaplanowano na poziomie 3,8 proc., średnioroczna inflacja wyniesie 2,3 proc., dziura w budżecie nie przekroczy 41,5 mld zł, a deficyt całego sektora finansów publicznych – 2,7 proc. PKB.

Paulina Hennig-Kloska z Nowoczesnej stwierdziła: – „Horrendalnie wysoki deficyt to wstyd dla Polski, to pogrążanie przyszłych pokoleń, które będą musiały za to zapłacić”. Nawet poseł z Kukiz’15 Paweł Grabowski apelował do premiera Mateusza Morawieckiego: – „Jako wieloletni prezes banku, wie pan, że nie ma kredytów, których nie można nie spłacać”.

W głosowaniu nad budżetem przepadły niemal wszystkie poprawki opozycji. Nie będzie więc postulowanych przez PSL, Nowoczesną i PO dodatkowych pieniędzy na dofinansowanie służby zdrowia. PSL chciał dodatkowych 2,8 mld zł na wsparcie emerytów i rencistów w formie jednorazowych wypłat. Poprawka przepadła.

PiS nie zgodził się na wprowadzenie reguły „złotówka za złotówkę” w przypadku świadczeń wychowawczych wypłacanych przez państwo (osoba, która nieznacznie przekroczyłaby próg dochodu, traciłaby tylko część świadczenia – tyle, o ile przekroczyła dochód).

NIKT JESZCZE TAK NIE UPODLIŁ ANTONIEGO. Zrównali go z szeregowym partyjnym betonem… KACZYŃSKI, MORAWIECKI I DUDA.

Dwa teksty Waldemara Mystkowskiego.

Po końcu świata Macierewicza

Jak Kaczyński będzie dochodził prawdy bez swego arcykapłana religii smoleńskiej?

Idee fixe Antoniego Macierewicza „katastrofa smoleńska” będzie zaprzątać jego umysł do końca jego świata i o jeden dzień więcej. Spadła mu z nieba i dała miejsce w historii – niekoniecznie chwalebne. Publika przejmuje się wiceszefem PiS – co dalej z nim po degradacji, jeszcze niedawno chciał degradować pośmiertnie generałów z czasów PRL-u, a sam fajtnął, jak nie przymierzając jakiś Flip bądź Flap.

Dzień po swej dymisji Macierewicz stawił się karnie na miesięcznicy, spóźniony na mszę. Zaparkował limuzynę na kopercie dla niepełnosprawnych, wysiadł z nim ochroniarz, minęli innych ochroniarzy i zniknęli w czeluściach kościoła, który na ten moment został twierdzą bronioną przed wiernymi. Macierewicz pewnie chce usłyszeć od prezesa Kaczyńskiego, jak ten będzie dochodził prawdy bez swego arcykapłana religii smoleńskiej.

Właśnie dzień po końcu świata Macierewicza jako ministra podkomisja smoleńska ogłosiła nowe rewelacje w sprawie katastrofy smoleńskiej. Mianowicie było kilka źródeł eksplozji: „w skrzydle, slocie, a także w centropłacie, potwierdzone przez analizę mechanizmu uderzenia drzwi w ziemię”.
Naliczyć można 4 wybuchy. Mamy postęp w ilości eksplozji, ba! – każdy wybuch w innym miejscu i czasie. Internauci otrzaskani w temacie katastrofy doszli do wniosku, iż podkomisja jedyne, co badała z najnowszym ekspertem niejakim Frankiem Taylorem, to zdjęcia z katastrofy. Te rewelacje nie trzymają się kupy, oto pada takie stwierdzenie w raporcie: – „Lewe skrzydło samolotu Tu-154M zostało zniszczone w wyniku eksplozji wewnętrznej”. Jak zatem eksperci poradzili sobie z obecnością zbiornika paliwa w skrzydle? Był wybuch wewnętrzny, ale zbiornika nie naruszył?

Ale to nie jedyny front walki po końcu świata Macierewicza. Naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz oświadczył, że nie zagłosuje na Andrzeja Dudę, bo ten przyczynił się do dymisji największego ministra w dziejach (Duda „wyszantażował tą dymisję” – pisownia oryginalna). A z Macierewiczem może się równać tylko Józef Piłsudski.

Na portalu petycji secure.avaaz.org trwa zbieranie podpisów pod apelem do Mateusza Morawieckiego i Dudy z żądaniem przywrócenia Macierewiczowi stołka ministra obrony narodowej, bo jeszcze Francuzi podrzuca nam Caracale, zresztą Macierewicz ma zaplanowane antyszambrowanie 17 stycznia w Białym Domu, a nuż spotka tam Donalda Trumpa.

Na Twitterze obrodziły jak grzyby po deszczu nowe anonimowe konta broniące Macierewicza, klops z nimi taki, że napisano na nich identyczne treści. Tak wygląda pierwszy dzień po końcu świata Macierewicza. Jak będą wyglądać następne? Może prezes wysmaży mu miejsce na patelni, wszak zwolniła się synekura wicemarszałka Sejmu, a Macierewicz nie jest z byle łapanki, to zasłużony Mefistofeles.

TO JEST WŁAŚNIE TA „DOBRA ZMIANA”. Dorwanie do koryta i propaganda sukcesu w TVP, kiedy tak naprawdę doi się kasę i niewiele robi.

Grupa rekonstrukcyjna Morawieckiego z paralizatorami

Macierewicz, Waszczykowski, Szyszko, Radziwiłł zostali zrekonstruowani podobnymi sobie.

Rząd PiS zrekonstruował się – zasadniczo i głęboko. Niektórzy od razu weszli w pożądaną narrację przez tę partię i orzekli, iż efekty rekonstrukcyjne mieliśmy godne Hitchcocka. Zostaje zatem tylko Spielberg i spotkania III stopnia. Proponuję polać głowę – zamiast emocji, używać zimnego rozumu.

Poprzednia grupa rekonstrukcyjna zdemolowała prawo – zrównała je z ziemią, mamy pożądany ugór pod dyktaturę. Pierwsza odeszła premier Beata Szydło, która niespecjalnie była kumata i nie wiedziała, kiedy Polska została członkiem Unii Europejskiej.

Za nią w podskokach odszedł Antoni Macierewicz, którego zasługi w niszczeniu bezpieczeństwa Polski są wielkie, niczym V kolumna. Możliwe, iż mamy do czynienia z sabotażystą nr 1 w naszej historii. Witold Waszczykowski przynajmniej może uciec w fantazję swego San Escobar. Arystokrata XVIII pokolenia Radziwiłłów chciał rodaków przybliżyć do grobu (w końcu tam wszyscy skończymy), coraz bardziej pozbawiając nas dostępu do opieki medycznej.

Rewolucyjna grupa rekonstrukcyjna w zasadniczych zrębach odchodzi. Zluzowani zostali przez następców, którzy mają wywołać złudę – będzie lepiej. Szydło mogła zwalać na 8 lat rządów PO-PSL, Morawiecki raczej nie będzie usprawiedliwiał się 2 latami Szydło, bo był jej zastępcą.

I tutaj jest klucz do zrozumienia osobowości Morawieckiego. Siedział jak trusia, był wice-Szydło. Morawiecki nie spadł z kosmosu, tylko z polskiej bylejakości, któremu udało się wcześniej dorobić majątku, lecz nie na swoim.

Macierewicz, Waszczykowski, Szyszko, Radziwiłł zostali zrekonstruowani podobnymi sobie, których „profesjonalizm” jeszcze nie został negatywnie obciążony. Bez obawy – będzie podobny, sitcom musi trwać, trzeci sezon „Kiepskich” właśnie się rozpoczął.

Wobec bliskich ucha prezesa Morawiecki wespół ze swym promotorem zastosował roszadę. Mariusz Błaszczak zamienił MSWiA na MON. Można się domyślać, że ukochane dziecko Macierewicza Wojska Obrony Terytorialnej będą teraz wyposażane w paralizatory, a może nawet w zestawy do paintballa – byle podejść bliżej wroga i niegroźna nam będzie wojna hybrydowa.

Joachim Brudziński już nie będzie wypełniać roli damy do towarzystwa Kaczyńskiego – z którym bywał na wszelkich feriach i wakacjach – jako szef MSWiA zapewni prezesowi ochronę 2 tysięcy policjantów na festynach miesięcznic smoleńskich i wjazdów na Wawel po splendor niczym koronę królów.

Ta nowa grupa rekonstrukcyjna zapewnia PiS spokój na kilka miesięcy, przy słabej opozycji może nawet wzrost sondażowy, ale problemy pozostają i będą narastać. To nie od Morawieckiego i jego wojowników z paralizatorami zależy, iż PiS wycofa się z ustaw odbierających niezależność sądom i demolujących demokrację. Grupa rekonstrukcyjna Morawieckiego to li tylko fasada autokracji, a nie demokracji.

JEŚLI KTOKOLWIEK LICZYŁ NA POPRAWĘ TRAKTOWANIA KOBIET PRZEZ PiS, TO PROSZĘ… nie miejcie złudzeń. Min. Szumowski podpisał Deklarację Wiary kilka lat temu. Jeden z jej punktów brzmi następująco: – Uznaję pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim…

Jprd. Turyści.

Aż pięć zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Andrzej Duda na kozetce u Rymanowskiego

Wolałbym, aby Andrzej Duda miał przed sobą lepszego dziennikarza wywiadowcę, niż Bogdan Rymanowski. Marzeniem byłaby Teresa Torańska, na pewno lepsza byłaby Monika Olejnik, Magda Jethon (nie podlizuję się), Justyna Pochanke, Anita Werner – och, kobiety – czy Kamil Durczok, ale jest tak, jak jest. I tak zgoda na dziennikarza spoza mediów „narodowych” jest nie lada stresem dla prezydenta.

Tak naprawdę Duda daje nam powód do wstydu, wszak jest prezydentem Polski, acz nie wszystkich Polaków. Przyzwyczailiśmy się do niego jako osoby złamanej, a u Rymanowskiego wyszła do tego w pełnej krasie bezradność.

Zastanawiające? Ale nie tak bardzo, gdy poskrobiemy w psychoanalityczną pozłotkę Dudy, który zawodzi i któremu wszak nie można zaśpiewać: „Nic się nie stało”. Czort z nim! – jest przegrańcem, ale dlaczego ma za niego płacić Polska?

Duda łamie naszą dumę narodową. Gdy wypowiadam słowa „Polak, Polska” i w jakiejś koincydencji pojawia się Duda, jestem przez Dudę zmniejszany, występuje on jako wielkość mniejsza niż jeden. Jest współczynnikiem, przez który moja rzeczywista wartość doznaje małości. Tak jest przez moment, bo po pewnym czasie przychodzi refleksja: to tylko Duda, ktoś taki nie wpłynie na moje samopoczucie.

Tak działa sfera publiczna, której się poddajemy – chcemy tego, czy nie chcemy. Są ludzie, którzy nas wywyższają, ale też tacy, którzy nas zmniejszają. Duda zdaje się meldować Kaczyńskiemu: „Prezesie, zmniejszyłem Polaków”.

Na trzy rzeczy chciałem zwrócić uwagę, które Dudę obnażają. Z tej kozetki, na której poległ prezydent, musimy wyciągnąć wnioski dla własnego dobra.

Pierwsza to bezradność prezydenta. Ależ z niej nic jeszcze nie wypływa, jeżeli sobie nie uświadomimy, że bezradność jest manipulacją, ma wywołać współczucie – jaki jestem biedny, staram się, ale nie mogę, bo siły wyższe na to nie pozwalają. Taka jest matryca w naszych głowach: bezradnemu przebacza się, on nic nie może. I taki bezradny podpisuje odpowiednią ustawę sądowniczą.

Tego Duda nie musi być świadomy, to w naszej gestii jest krytycznie spojrzeć na jego bylejakość. Nie możemy też stosować demokratycznej formuły: wybraliśmy kogoś spośród siebie. Mazgaje wybrali mazgaja nr 1. Nie! Po to są takie bezpieczniki, jak Konstytucja i Trybunał Konstytucyjny, aby mazgaje nie zwalili winy na swoje braki talentów. Zniszczył Duda bezpieczniki? To za ich demolkę odpowie. Przed prawem nie ma równiejszych, są tylko odpowiedzialni. Ja, ty i mazgaj.

Druga sprawa może jeszcze bardziej znamienna. Było czuć strach, jaki wydał Duda na tej kozetce. Strach przed Donaldem Tuskiem. Ni z gruszki, ni z pietruszki, Duda formuje pod adresem Tuska taką oto pretensję: „człowiek, który powinien być ponad kwestiami politycznymi”. Ludzie! Nie wiedziałem, że Tusk w Brukseli nie sprawuje funkcji politycznej. Jakiż mały człowieczek odezwał się w Dudzie. Gdybym wziął na serio słowa Dudy i zastosował tę psychoanalityczną koincydencję, o której wyżej piszę, to stałbym się kurduplem – i nic by mi nie pomogło, żaden taboret, żadne Krakowskie Przedmieście. Ot, z Dudy strachem podszytego wyszedł ten Filip z konopi. Jak to mówią psycholodzy: kompleks widać jako pypeć na języku.

I trzecia sprawa, która zwróciła moją uwagę, a która wypływa z powyższych: „gigantyczny i nienotowany” sukces wyborczy prawicy w 2015 roku. Nie tylko nieprawdziwe są te dane, ale znowu mówiące, kim jest Duda i co z nim się stało w izolatce Pałacu Prezydenckiego. Możliwe, że on wierzy w to, co mówi, ale tym gorzej to o nim świadczy.

Polityk nie musi kłamać ani manipulować, aby działać i zachowywać się politycznie, to mit czysto pisowski: „kłamać jak Goebbels”. Otóż ten gigantyzm prawicy, to piąty zwycięski wynik PiS w historii dziewięciu kolejnych wyborów parlamentarnych, a więc bardzo przeciętny. Zaś Duda w szóstych wyborach prezydenckich miał najgorszy wynik spośród wszystkich prezydentów.

I w tym zestawieniu przymiotników mamy działanie kozetki, na której znalazł się poległy Duda. Bufon w Dudzie mówi: gigantyczny i nienotowany. Zaś fakty: przeciętny i najsłabszy. Gdy do nadymanego Dudy przystawi się szpileczkę rozumu, taka z niego wychodzi sflaczałość: przeciętny słabeusz.

NAWET PAWŁOWICZ POTWIERDZIŁA, ŻE POSŁOWIE PiS ŚWIADOMIE I NA ROZKAZ KACZYŃSKIEGO ŁAMIĄ KONSTYTUCJĘ… Na to nie dostali zgody od społeczeństwa. CZEKAJĄ ICH PRZEGRANE WYBORY, SĄDY I TRYBUNAŁ STANU. Łamanie Konstytucji nie przedawnia się!

Stanisław Karczewski – wtórny analfabeta?

Specyficzny typ człowieka doszedł do władzy. Przysięgają na coś, czego nie znają. Można mniemać, iż to wtórni nierozumni analfabeci. To są tacy, którzy może czytać potrafią, ale nie rozumieją, co czytają, najpewniej jednak nie chcą rozumieć, bo nie czytają z politycznego nakazu.

Na co przysięgał marszałek Senatu Stanisław Karczewski? Wydaje się – na Konstytucję, tym samym tej Konstytucji winien przestrzegać. Wiedzieć, co w niej napisane.

W TOK FM doszło do dialogu dziennikarki Dominiki Wielowieyskiej i Karczewskiego. Dziennikarka stwierdziła: – „Zostanie skrócona bezprawnie kadencja Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, chociaż w Konstytucji jest napisane, że trwa sześć lat”.

U Karczewskiego zaś zaświecił się migacz polityczny i nie odpowiadał, migał się, wreszcie przyciśnięty do krawężnika odpowiedział: – “Jeśli coś wydaje się, że jest niekonstytucyjne w zapisie prawnym, to musi być zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny”.

Po pierwsze – mowa jest o projekcie, a takich nie rozpatruje Trybunał Konstytucyjny, który w obecnym kształcie jest wydmuszką, Trybunałem partyjnym PiS.

Po wtóre – Wielowieyska pytała, czy Karczewski wie, o czym mówi, czy wie, co jest zapisane w Konstytucji, bo w art. 183 ust. 3 zapisano: “Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Czyli nie można skrócić kadencji. Nawet interpretacją.

Karczewski mógł nie przeczytać, mógł zatkać uszy, gdy mu czytano, ale w prawie rzymskim – a takiemu podlega cywilizacja zachodnia, europejska – obowiązuje zasada: prawo dotyczy tych, którzy je znają lub nie, ale żyją w obszarze jego działania, tj. w tym wypadku Polski. PiS przyjmując prawo ustrojowe złamie Konstytucję, cokolwiek stwierdzi Trybunał PiS, udający Trybunał Konstytucyjny.

Zaś w artykule 187 ust. 3 konstytucji stoi: “Kadencja wybranych członków Krajowej Rady Sądownictwa trwa cztery lata”.

Karczewski przysięgał na Konstytucję, choć nie musi jej znać i ona go obowiązuje. Gdy Karczewski stanie przed Trybunałem Stanu, nie dostanie pytania, czy ją zna, tylko pytanie, czy jej przestrzegał. Ani nie będzie wg prawa usprawiedliwieniem dla Karczewskiego, iż głosował tak, jak potem przyjął Trybunał PiS, bo Karczewski głosował przed werdyktem Trybunału PiS.

Tak samo jest z modlitwą. Nie jest ważne, do jakiego Boga się Karczewski modli, czy do JHWH, czy do Buddy, czy to bogów znanych przed religiami monoteistycznymi, w tym do słowiańskiego Światowita. Wartości szumnie u nas nazywane chrześcijańskimi są we wszystkich religiach podobne, bo to są wartości zapożyczone od człowieka niereligijnego, tylko społecznego, który w procesie ewolucji ukonstytuował dobre życie między osobnikami. Moralność jest uniwersalna, a więc modlitwa do jakiegokolwiek Boga w istocie taka sama.

I obowiązkiem Karczewskiego nie jest przestrzeganie zasad moralnych konkretnego wierzenia poprzez modlitwę, ale moralności. Może jej nie znać, może być analfabetą moralności, ale do pierdla pójdzie tak czy siak, gdy przekroczy normy społeczne – moralnej umowy.

Tak samo jest z Konstytucją. Rozumiem, że w tej kwestii jest Karczewski analfabetą. Jeżeli nie rozumie jej i tak odpowie za jej nieprzestrzeganie, bo Konstytucje obowiązują w ustrojach demokratycznych, gdzie trójpodział władzy jest uniwersalny, jak przykazanie moralności uniwersalnej: „Nie zabijaj!”.

WSZYSCY OCZEKUJEMY TEGO SAMEGO

Siostry Pawłowicz jak Kain i Abel

Krystyna Pawłowicz ma większe kłopoty niż gramatyczne – „wziąść”, czy wziąć. 2 tysiące osób, w tym 230 naukowców wystosowało apel do rektor Wyższej Szkoły Administracji i Prawa  w Ostrołęce, gdzie posłanka PiS jest zatrudniona, aby stała się przedmiotem troski na uczelni.

Zaniepokojenie sygnatariuszy apelu dotyczy obecności Pawłowicz w sferze publicznej, bowiem „przyczyniła się do znacznego obniżenia poziomu debaty publicznej w Polsce poprzez notoryczne szerzenie treści ksenofobicznych, homofobicznych, rasistowskich oraz używanie przy tym obraźliwego języka względem swoich adwersarzy politycznych, jak również zwykłych obywateli niepodzielających jej przekonań.”

Silne to słowa oskarżenia. Nie dziwią jednak, choć sama Pawłowicz zadziwia nieustannym „obniżaniem poziomu”. Apelujacy do rektor uczelni w Ostrołęce zwracają szczególnie uwagę na jedną sprawę, mianowicie „czarę goryczy przelał wpis prof. Pawłowicz z dnia 22 września na jej publicznym profilu na Facebooku, który śledzi regularnie około 40 tysięcy osób”. We wpisie Pawłowicz komentowała samobójczą śmierć 14-letniego Kacpra z okolic Łasku pod Łodzią, który został poddany szykanom na tle homofobicznym w swoim środowisku szkolnym. Pawłowicz „pisała w nim o: ‚propagowaniu … nienaturalnych postaw i relacji’, nazywając je ‚patologiami’ i ‚demoralizowaniu dzieci i młodzieży’” – piszą autorzy listu.

Sygnatariusze uważają, że taka nieetyczna postawa Pawłowicz może skutkować przyzwoleniem na kolejne przemocowe zachowania i winna spotkać sie z troską, tj. zdecydowanym potępieniem moralnym.

Kompetencje prawnicze Pawłowicz to zupełnie nieistotna w tym para kaloszy, bo nie każdy z nas jest prawnikiem, ale kompetencje ludzkie podlegają natychmiastowej weryfikacji. Pawłowicz ma nieprzyjemne oblicze rodem z polskiego Ciemnogrodu.

I oto naprzeciwko niej stawiamy jej siostrę rodzoną Elżbietę Pawłowicz. Osobę zupełnie inną, przede wszystkim empatyczną, więc staje się oczywistym, iż siostra posłanki PiS sytuuje się po przeciwnej stronie barykady człowieczej, barykady politycznej, po stronie jasności.

Traf chciał, że tego samego dnia ta lepsza Pawłowicz zainicjowała akcję pomocy dla założyciela KOD i byłego szefa tego ruchu Mateusza Kijowskiego. Nie miejsce tutaj pisać, dlaczego doszło do takiej sytuacji z Kijowskim, postawa Elżbiety Pawłowicz pokazuje, iż w tej samej rodzinie znaleźć mozna wiele dobra.

Toż to uniwersum atropologiczne: Kain i Abel, Paweł i Gaweł, Jacek Kurski i Jarosław Kurski. Nie! Spokojnie nie napiszę o prezesie i jego meldującym prezydencie. To nie ta broszka.

Dwie siostry Pawłowicz to jakby polskie spécialité de la maison, jak POPiS, który zanim zawiązał się, uległ rozpadowi – a teraz jedna strona wyniszcza nie tyle przeciwników, ile cały kraj. Bo tak jest, iż zło ma wielką siłę rażenia, a dobro jest niezauważalne i ciuła jeden dobry uczynek do drugiego, aby złożyło się z tego jakieś stypendium wolności.

SZOK!!!! PO RAZ PIERWSZY ZGADZAMY SIĘ Z PAWŁOWICZ. Kto potwierdza, że ma rację?

Polityka transakcji PiS

Partia rządząca handluje naszymi prerogatywami obywatelskimi.

Niekonstytucyjne projekty dwóch ustaw sądowych, które powstały w Kancelarii Prezydenta, a które miały zastąpić zawetowane w lipcu, są podobnie niekonstytucyjne. Zawierają zaś kilka zwodniczych  kruczków logicznych. Można rzec, iż spiłowano kanty, ale tak samo znoszona jest niezależność władzy sadowniczej.

Ot, antydemokratyczny diabeł w trzech czwartych, jeżeli Jarosława Kaczyńskiego uznamy za pełnego czarta w wydaniu polskim, jakiegoś Borutę. Co prezes z prezydentem omawiali na słynnych spotkaniach w Belwederze? Bo przecież niby się dogadali.

W tych tete-a-tete Andrzej Duda nie był stroną jako człowiek i polityk. W ten sposób politycy PiS zajmują większą przestrzeń publiczną niż inni, to im najwyraźniej się opłaca, na co wskazują sondaże. Co z opozycją, która dzielnie walczy w Sejmie, ale nie zajmuje mediów i głów Polaków? No, właśnie!

W komisji sejmowej prokurator z PRL-u jest władyką. I tutaj nikt mu nie podskoczy. Projekty ustaw sądowniczych wracają do postaci tych zawetowanych, a nawet w niekonstytucyjności (jeżeli tak logicznie można nazwać) je przerastają.

Dlaczego tak się dzieje? Bo uczestniczymy w spektaklu, który zafundowali nam politycy PiS. Usadzono nas na widowni i farsę nazywają dramatem. Nieudana farsa w rzeczywistości jest tragedią, jak to trafnie, acz nieco knajacko opisał Andrzej Saramonowicz: – „Kiedyś nie bardzo mogłem pojąć, jak te mendy z XVIII wieku doprowadziły Polskę do rozbiorów. A teraz włączam telewizor i widzę”.

Mniej więcej taki jest repertuar PiS. Całkiem zgrabnie przybliżył cele prezesa PiS sławetny prokurator z PRL-u Stanisław Piotrowicz: – „Idziemy na dalekie ustępstwa w sprawie reformy Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa. Żeby był konsensus, to każda strona musi się cofnąć.”

Po to jest zaostrzona gra PiS, aby mieć z czegoś ustąpić. To mogłoby sugerować, iż mamy do czynienia ze sztuką negocjacji. Nie! To jest błąd! Na naszych oczach, którzy jesteśmy usadowieni w wygodnych fotelach („Zaproście mnie do stołu”; pamiętacie?) wmawia się, że to negocjacje. Jeden diabeł (gangster) paktuje z drugim trzy czwarte diabłem (dilerem dyktatury).

Nie i jeszcze raz nie! To jest transakcja, która ubrała się w owczą skórę negocjacji. Handlują demokracją, a w istocie naszą wolnością. A my jak te barany siedzimy w fotelach, po czym zaprowadzi się nas na rzeź (przypomina mi się w tym kontekście sztuka Sławomira Mrożka „Rzeźnia”).

Nasze wolności, prerogatywy obywatelskie, sprzedaje się, kupczy nimi. Polityka PiS jest polityką transakcji i to na każdym niemal poziomie. Kupczy się nami, tak jak Polską kupczyła Targowica w XVIII wieku: antydemokratyczna, antynowoczesna, proklerykalna i promoskiewska („alarm” Donalda Tuska). Paweł Śpiewak zamierza od nowego semestru na UW prowadzić kurs „Socjologia Jarosława Kaczyńskiego”, bynajmniej fakultet niedowartościowujący prezesa PiS, tylko dekonstruujący jego mało zbożne zamiary – transakcji.

Danuśka ma racje .Jedyne co Kaczynskiemu udało sie to podzielić Polakow.Nawet z ojcem i bratem sie różnili. LW

Puszcza Białowieska Lasem Birnam dla PiS

Zawodnik PiS Jacek Saryusz-Wolski wystawiony do starcia z Donaldem Tuskiem odniósł moralne zwycięstwo 1:27. Im dalej w las, tj. od tego zdarzenia, mogę sobie wyobrazić, jak się on czuje. Saryusz-Wolski się nie czuje, bo nieczuciem jest podłe samopoczucie.

Najpierw odreagowywał wpisami ezopowymi na Twitterze, których treść mogli odczytać tylko on i jego demony. Potem przechodził jakąś kurację odwykową od podłości swej, a teraz po swoistym detoksie stara się wejść w buty pisowskie, pomagać partii Jarosława Kaczyńskiego brnąć w absurdy.

Zwykle są to manowce. Najczęstszą metodą obrony w PiS jest stara metoda komusza: „A w Ameryce Murzynów biją”.

„Murzynów” odnośnie Puszczy Białowieskiej Saryusz-Wolski znalazł w Niemczech. Zawodnik PiS zakomunikował na Twitterze, iż „Polsce grożą kary za ochronę Puszczy Białowieskiej. W tym czasie Niemcy wycinają Las Hambach pod kopalnię”.

Jak przeczytali to redaktorzy portali prawicowych, podnieśli larum („larum grają” to wzmożenie patriotyczne, które daje sygnał, aby komuś przywalić). Larum na Niemców ma szczególne umocowanie po tym, jak politycy PiS wpadli na pomysł reparacji wojennych.

Dość szybko się okazało, iż owo zestawienie Puszcza Białowieska i niemieckiego Lasu Hambach to wrzutka rosyjskiego portalu proputinowskiego Russia Today. Porównanie zaś tych obszarów leśnych jest mniej więcej takie jak porównać pustynię z piaskownicą.

Saryusz-Wolski otrzeźwiał z tego larum na Niemców made in Russia, tweeta usunął. Temat jednak żyje. Niemiecki Las nie jest pod żadną ochroną państwową ani europejską. Nie jest parkiem narodowym, ani nawet rezerwatem. A Puszcza Białowieska jest wpisana w światowe dziedzictwo UNESCO, to ostatni nizinny las naturalny Europy. Ostatni, a więc jedyny.

Okazuje się, iż wrzutki Rosji, aby pozyskiwać pożytecznych idiotów w Unii Europejskiej, mają szczególne wzięcie w pisowskiej Polsce. Zresztą coraz bardziej rymuje mi się putinowska Rosja z pisowską Polską.

A z lasów zarówno Saryusz-Wolskiemu, jak i politykom PiS, z prezesem Kaczyńskim na czele, najbliżej do Lasu Birnam, który jak w „Makbecie” zbliża się do ich twierdzy. Gdy już dotrze pod okna Nowogrodzkiej, będzie oznaczał koniec ich mordu na demokracji i koniec ich władzy.

W sprawie skazanego głos zabrał proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Oławie. W „liście poparcia” wymieniono zalety księdza, który miał być dobrym kapłanem i rzetelnie udzielać się we wszystkich pracach duszpasterskich. CO POWINIEN ZROBIĆ ADRIAN???

>>>

>>>

BRAWA DLA MONIKI. BRAWA DLA NIEZALEŻNYCH SĄDÓW. Dziwicie się jeszcze, że tak bardzo pis chce je przejąć?

Trzeba się bić o wolność słowa

Nikt już nie ma złudzeń, że PiS idzie po wolne media. „Musimy mieć 100-procentową pewność, że wszystko, co się dzieje w Polsce, jest kontrolowane przez polską władzę. Czwarta władza też musi być polską władzą” – powiedział wiceminister kultury Paweł Lewandowski. W „Newsweeku” przeprowadzono rozmowę o zakusach PiS na niezależne media oraz o szansach, by obronić niezawisłość czwartej władzy. Jak podkreśla jej pomysłodawczyni, dziennikarka Renata Grochal, takiej rozmowy w polskich mediach jeszcze nie było. O tym jak PiS chce przejąć czwartą władzę Grochal rozmawiała z trojgiem publicystów z innych redakcji. Pytanie kluczowe: czy niezależne media się obronią?

Wszyscy troje: Jacek Żakowski, Andrzej Morozowski i Dominika Wielowieyska ostrzegają, że pisowski zamach na wolne media uda się, jeśli społeczeństwo nie stanie w ich obronie. Zdaniem publicystów, jedna z najbardziej zażartych medialnych bitew rozegra się o stację TVN. Dlaczego? Stacja – która należy do właściciela z USA – od początku był na celowniku obecnej władzy. Andrzej Morozowski (TVN24) twierdzi, że przejęcie TVN24 to dla PiS „lepsze konfitury” niż zdobycie prasy regionalnej poprzez przejęcie grupy Polska Press. Dominika Wielowieyska z „Gazety Wyborczej” uważa, że jeśli TVN nie będzie chciał sprzedać kanału informacyjnego, to wtedy „będą naciski”. Dowody? „TVN, który stał się niedawno częścią wielkiego koncernu Discovery, dostał właśnie domiar 100 milionów zł od urzędu skarbowego” – przypomina Wielowieyska. TVN będzie się oczywiście odwoływał.

Renata Grochal pyta: Po co im niezależne media, skoro mają media publiczne i prawicowe? Jak zauważyła Dominika Wielowieyska, PiS i zaprzyjaźnieni z nim dziennikarze przez 20 ostatnich lat mogli budować swoje media, ale byli nieudolni. Dzisiaj radzą sobie lepiej, jednak powtarzają tę fałszywą narrację, żeby zdominować cały przekaz medialny i zniszczyć niezależne media, czytamy na newsweek.pl.  „PiS jest genialny w zakłamanym nazewnictwie. Podporządkowanie sobie sądów fałszywie nazywa reformą sądownictwa. Teraz mówi: Polska musi mieć wpływ na to, co robią media. To jest genialne, bo wpada w ucho i ludzie tego używają. Ale nie chodzi o żadną decentralizację, repolonizację czy udomowienie. Chodzi o podporządkowanie mediów PiS” – mówi Andrzej Morozowski.

PiSowi zagarnięcie niezależnych mediów jest potrzebne po to, żeby wygrać kolejne wybory – mówi Żakowski. Chociaż jest jednocześnie przekonany, że oni tego nie potrzebują, bo i tak je wygrają. „PiS zniszczy liberalne, uczciwe media w Polsce, tak jak zniszczył hodowlę konia arabskiego. Wyobraźcie sobie program Holeckiej w miejsce programu Olejnik. Czy ci sami widzowie będą to oglądać? Nie” – dopowiada Żakowski. Twierdzi, że jak 100 milionów kary nie podziała, będzie 300. I dlatego PiS chce jak najszybciej przejąć sądy, żeby TVN nie miał się gdzie odwoływać. Żadne z zaproszonej do rozmowy trójki dziennikarzy nie ma złudzeń. Jak ujęła to trafnie Dominika Wielowieyska: „Jarosław Kaczyński jest politykiem wojny, i to wojny na każdym froncie. Chce przejąć sądy, żeby wydawały takie wyroki, jakich on chce i przejąć media, aby nadawały taki przekaz, jaki jemu się podoba”. Dlatego teraz najważniejsze, to obronić wolne media.

Niewiarygodne!!!! A jednak. BAREJA BYŁBY DUMNY. NAWET PO DWÓCH LATACH RZĄDÓW POTRAFIĄ NAS JESZCZE ZASKOCZYĆ… :))))

Dwa zaległe teksty Waldemar Mystkowskiego.

Kuriozalne wiadomości Szefernakera

Jak marny jest PiS świadczy postać trolla Pawła Szefernakera, którego zatrudniła w swojej kancelarii pani Szydło. Jego zwierzchniczka nie wie, kiedy Polska została członkiem Unii Europejskiej, ten zaś wie odpowiednio mniej.

Napisać, iż Szefernaker to chodząca ignorancja, to nic nie napisać. Kim zatem jest ten człowiek? Czy tylko trollem, pomyłką w przestrzeni publicznej, czy wielokroć opisanym w literaturze pięknej i przedmiotu chromym moralnie karierowiczem? Troll to jest pasożyt. Zatem wiemy, że pasożytuje troll Szefernaker w przestrzeni polskiej polityki.

Jest na pewno wstydem dla nas, że ktoś taki jest, że ględzi i smędzi po mediach, bo przecież nie stwarza żadnej myśli. Jak by to powiedział wielki Miron Białoszewski: nie jest podmiotem, jest tylko pomiotem.

Nazwisko Szefernaker to lustro, w którym odbija się małość i upadłość. W gruncie rzeczy mógłby nazywać się Frankenstein, Putin, Kowalski. Nazwisko to jest miano, to jest pustka, nie jest polem semantycznym, to wydmuszka. W tak wydrążoną powłokę – jak pisał Joseph Conrad i Thomas Eliot – wlewamy treść albo pozostajemy „wydrążonymi ludźmi”.

Jakiej treści nabrała w środku wydmuszka o nazwisku Szefernaker? Treści zbuka. Gdy wypowiada się o jakimś problemie, odpowiednio on waniajet.

Jakiś czas temu Beata Szydło była łaskawa powiedzieć, że protesty lipcowe były zorganizowane i opłacane. No, jasne, że ludzie musieli się skrzyknąć, czyli zorganizować i opłacić z własnej kieszeni przejazd na miejsce protestu.

Waniajet? Tak. Tego zbuka można mniemać stworzyła postać wydrążona z taką właśnie treścią, jak Szefernaker, bo oto powiedział ten człowiek, iż ktoś z zewnątrz w internecie podgrzewał do protestów lipcowych, ponoć z kont z Ameryki Południowej.

Krzysztof Ziemiec takich niedorzeczności wysłuchuje i innym głupiutkim podaje ku informacyjnej wierze. W Polsce stało się coś ohydnego, takie postaci, jak Szefernaker są zatrudnieni na wysokich stanowiskach rządowych, nie posiadający kwalifikacji intelektualnych i moralnych, ale potrafi toto snuć teorie grafomańskie.

HIPOKRYZJA PIS W NAJCZYSTSZEJ POSTACI. WSZYSTKO WOLNO BEZ ŻADNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI I KARY. POLACY WAS ZA TO ROZLICZĄ

Pisowskie racje stanu i jej twarze: Tarczyński, Radziwiłł, Gliński, Karczewski

PiS to niewątpliwie ugrupowanie literackie. Tyle, ile codziennie dostarczają tematów, z przerobem nie nadążyłby nawet tytan pracy Józef Ignacy Kraszewski, który popełnił setki tomów. Niewątpliwie jakiś kronikarz zdałby się, aby ten okres transformacji – z demokracji do PRL-u – został opisany w zwartych publikacjach, jakiś nadwiślański Balzak od polskiej „Komedii ludzkiej”.

Komedią nie jest to, co przeżywa lud, ale to, co dostarczają producenci gagów, suspensów, anegdot z jednego tylko gmachu przy ulicy Wiejskiej. Nowogrodzką obsługuje „Ucho prezesa”, choć drugi sezon na razie jest gorszy.

Oto pojęcie – zdawałoby się abstrakcyjne i wprost z politologicznych podręczników – zostało urealnione: racja stanu, a do tego jeszcze – polska racja stanu. Niejeden inteligentny podrapałby się po głowie, gdyby miał odpowiedzieć w takich „Milionerach”, co jest racją stanu. Możliwe, że przegrałby sporą sumkę. Ale nie Marek Suski, on przy odpowiedzi nie musi się drapać z oczywistego powodu, bo nie ma głowy, za to zna odpowiedź: Dominik Tarczyński.

Polską racją stanu jest poseł PiS Tarczyński, przeciwko któremu wystąpił inny poseł (może już były) Łukasz Rzepecki i na komisji sejmowej głosował za pozbawieniem immunitetu „polskiej racji stanu”. Ten Rzepecki mógł być jedynym sprawiedliwym w PiS, ale go wywalili.

Minister Konstanty Radziwiłł nie jest twarzą polskiej racji stanu, choć jego rodzina w historii sprzeniewierzyła się wielokroć polskim racjom. Radziwiłł dzisiaj – jak to określił Bartosz Arłukowicz, poprzedni minister zdrowia – zajmuje się wyłącznie walką z kobietami, o czym świadczą próby zaostrzenia aborcji, zniesienie standardów okołoporodowych, teraz likwidacja in vitro.

Dlaczego z Radziwiłła taki mizogin? Może mamy do czynienia z genem typowym dla PiS: zemsta. Konstanty Radziwiłł mści się za Barbarę Radziwiłłównę (XVI wiek), drugą żonę Zygmunt II Augusta. Ale dlaczego Radziwiłł mści się na mężczyznach?

Ministerstwo Zdrowia zamierza wprowadzić przepisy, które skończą z piciem alkoholu – piwa – pod chmurką. Wypić będzie można tylko w lokalach i w domu. Ciekawe, jak potraktowane zostaną ogródki piwne. Jeszcze tylko wprowadzić godzinę 13-tą, od której będzie można kupić alkohol i przeżyjemy deja vu, acz nie wrócimy do czasów Barbary Radziwiłłówny.

Minister Piotr Gliński chciałby być twarzą kultury, ale tyle ma wspólnego z kulturą, że jest ministrem kultury, co ja z trudem uznaję, a jego brat Robert wprost nazywa go „idiotą”. Ja tak go nie nazywam, bom człowiek kultury. Gliński zrobił umizgi do ludzi kultury i koszty autorskie odliczenia 50 proc. uzysku zamierza zwiększyć dwukrotnie z 80 tys. zł do 160 tys. Glińskiemu to nie pomoże, bo świat kultury w 100 proc. zgadza się z Robertem Glińskim, a poza tym kultura z PiS-em nie chodzi w żadnej parze, choć ponoć do opery i filharmonii zaczął uczęszczać Stanisław Karczewski, który szykuje się do startu w wyborach na prezydenta Warszawy. Mam nadzieję, ze warszawiacy wystawią lokalnego Jacka Jaśkowiaka i Karczewskiemu pójdzie w pięty, przestanie chodzić do opery.

Żeby to była wartościowa komedia należy mieć świadomość, że zwiększenie limitu dla twórców jest projektem Platformy Obywatelskiej, wczoraj Gliński był przeciw, ale nastąpiła noc cudów – pewnie za klepnięciem prezesa na Nowogrodzkiej – i minister zmienił zdanie o 180 proc.

Pisowskie racje stanu mają oblicza Tarczyńskiego, świętoszka Radziwiłła i małokulturalnego„kurtularnego” Glińskiego.

KTO PAMIĘTA TAKIE SAME AKCJE W CZASACH KOMUNY? Znów nadeszły…

>>>

GRABIEC MA RACJĘ. ZAKŁAMANIE I NIEUCZCIWOŚĆ. OTO CAŁY PiS.

KOMU BILET, KOMU? BO JADĘ… DO DOMU 🙂

Pawłowicz przegrała proces, który wytoczyła Olejnik

W swoim felietonie w „Gazecie Wyborczej” Monika Olejnik zacytowała Pawłowicz, która w grudniu 2014 r. krzyczała na sali obrad do posłów i ówczesnego marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego: „Ty chamie, stul pysk!” i „Zamknij ryj!”. Przeczytawszy artykuł, Pawłowicz pozwała Olejnik za to o ochronę dóbr osobistych, żądając przeprosin. Twierdziła, że tak nie mówiła, bo takich wypowiedzi nie ma… w stenogramie sejmowym!

Sąd Apelacyjny w Warszawie nie uwierzył posłance PiS i podtrzymał decyzję Sądu Okręgowego, który orzekł, że Olejnik nie ma za co przepraszać Pawłowicz. Na rozprawie w SA odtworzono zapis wideo obrad Sejmu z grudnia 2014 r., gdy poseł Dariusz Joński z SLD chciał przerwy w związku z zachowaniem Pawłowicz i jej „nieparlamentarnymi słowami”. Z kolei Andrzej Rozenek mówił, że Pawłowicz „zamieniła Sejm w bar” i prosił o przerwę, by mogła „wynieść brudne naczynia”. – „Takie zaczepiania nie powinny mieć miejsca” – krzyczała wtedy Pawłowicz, apelując o reakcje prowadzącego obrady Sikorskiego i twierdząc, że w ogóle się nie odzywała.

Zeznając w Sądzie Apelacyjnym, Pawłowicz „szła w zaparte” i próbowała wykpić się ze słów, które wypowiedziała w Sejmie. – „To kłamstwo” – powiedziała i dodała, że Olejnik dopuściła się „bardzo dużego nadużycia dziennikarskiego i nie sprawdziła tego u źródła”, a oparła się na pomówieniach osób, które są jej przeciwnikami. Olejnik odparła, że Pawłowicz nigdy nie chciała z nią rozmawiać, ani przyjąć zaproszenia na wywiad.

Trzyosobowy skład Sądu Apelacyjnego orzekł, że apelacja Pawłowicz nie jest zasadna, a wyrok Sądu Okręgowego odpowiada prawu, choć dopuścił się on pewnych uchybień (np. nie obejrzał zapisu wideo na rozprawie, co naprawił SA). Według SA, takie wypowiedzi, jak posłanki PiS, mogą być negatywnie oceniane w przestrzeni publicznej, stąd wniosek, że nie doszło do naruszenia jej dóbr.

Pawłowicz nie zostanie więc przeproszona (bo przecież nie było za co!), a sąd nakazał jej zwrócenie Olejnik 3,2 tys. zł kosztów procesu.

CZY ZA 500 ZŁOTYCH MIESIĘCZNIE POLACY POZWOLĄ IM KRAŚĆ MILIARDY?

GDZIE JEST KOŚCIÓŁ GDY PAŁUJĄ LUDZI NA KONTRMIESIĘCZNICACH? GDZIE JEST KOŚCIÓŁ, GDY PREZYDENT I PiS ŁAMIĄ KONSTYTUCJĘ? MODLI SIĘ? TO ZA MAŁO

Waldemar Mystkowski pisze o kardynale Nyczu i Andrzeju Saramonowiczu.

Krótka rozmowa między klechą a twórcą

Sąd Najwyższy raczej nie jest Sądem Ostatecznym (SO). Przynajmniej ten ostatni nie interesuje posłów PiS w wymiarze legislacyjnym. Powinien interesować hierarchów Kościoła katolickiego, ale jaki oni mają wpływ na obsadę zwierzchności SO? Żadnego.

Hierarchowie jednak czasami interesują się sprawami doczesnymi. Złośliwi mówią, że tylko doczesnymi. W takim wypadku strofuję: nie każdy jest Tadeuszem Rydzykiem, który robi z dłoni piramidkę, wymieni numer konta w swoich mediach i manna z kieszeni owieczek wpada do jego sakiewki. Ta manna zrobiła go jednym z najbogatszych Polaków, zmieścił się na liście „100” tygodnika „Wprost” i jak wieści niosą: pnie się coraz wyżej po tej drabinie jakubowej, tj. krezusowej.

Zaś kardynał Kazimierz Nycz troska się o los owieczek przed Sądem Ostatecznym, ale też Sądem Najwyższym. Metropolita warszawski w czasie homilii wygłosił, że „nikt nie przypuszczał, że w czasie obchodów jubileuszu Sąd Najwyższy tak bardzo znajdzie się w centrum zainteresowania”.
Mało tego ogłosił: – „Proszę Boga, by nie został zachwiany fundament trójpodziału władzy”. Co na to Bóg? Raczej się nie dowiemy, bo młyny sprawiedliwości niebieskiej mielą powoli, a Kaczyński tymczasem może chwycić nas wszystkich za twarz i orzec, że „mordom zdradzieckim” to się należy.

Do dialogu między kardynałem a Bogiem postanowił wtrącić swoje trzy obole twórca Andrzej Saramonowicz (och, ten Platon miał rację, aby poetów przegnać ze swojego idealnego państwa). Jak to twórca, Saramonowicz z Nyczem przeszedł od razy na ty: „Ty się, Kazik, nie zasłaniaj Bogiem, tylko podwiń rękawy sutanny i się zabierz za rozwalanie tej góry głupoty, nieprawości, pustosłowia i obłudy, którą razem z innymi klechami sypałeś przez ostatnie 27 lat”.

Saramonowicz to nie Bóg, choć ponoć stworzony na obraz i podobieństwo, więc z tego zapośredniczenia ma prawo zwrócić kardynałowi uwagę, aby „bez owijania w kardynalską bawełnę powiedział o niemoralności pisowskiej władzy w Polsce. A jeśli nie, to niech nam głowy nie zawraca”. Trudno, aby kardynał prosił (modlił się) Saramonowicza, lecz ten za friko udzielił mu rady bez modlitwy. Gdyby ów hierarcha i inni posłuchali tej mądrej rady – piszę świadomie: mądrej – to część góry głupoty runęłaby i Kaczyński nawet nie pomyślałby o zaprowadzeniu niemoralnego reżimu.

W taki to sposób porozmawiali sobie klecha i twórca – Kazik i Jędrek.

Niedziela 1.10.2017 19:00 cała Polska. SUWEREN wychodzi na ulice powiedzieć głośne NIE! dla demontażu trójpodziału władzy w PL

>>>

No, Krycha jak malowana. 😎

WEDŁUG NAS – TEKST DNIA. BRAWO Nikt tego lepiej nie ujął.

Nowoczesna chce ukarania Pawłowicz za jej skandaliczny wpis

W sieci trwa akcja zablokowania Krystynie Pawłowicz dostępu do Facebooka po jej wpisie po samobójczej śmierci 14-letniego chłopca. Był prześladowany przez kolegów, którzy twierdzili, że jest homoseksualistą. Pod apelem o zablokowanie Pawłowicz podpisało się ponad 20 tys. osób.

Tymczasem Nowoczesna złożyła w sprawie tego wpisu Pawłowicz wniosek do sejmowej komisji etyki o jej ukaranie. Posłanka PiS w sobotę napisała na Facebooku: – „Liberalno-lewackie środowiska najpierw propagują wśród dzieci i młodzieży podatnych na różne niestandardowe zachowania – nienaturalne postawy i relacje, a potem, gdy te zaburzone zachowania są przez rówieśników brutalnie wytykane i w skrajnych sytuacjach kończą się tragicznie, to lewaccy ideolodzy patologii obyczajowych odwracają kota ogonem i fałszywie, bezczelnie lamentują nad +morderczą nietolerancją+ rówieśników. Nie siejcie patologii, nie będzie jej śmiertelnego żniwa. Nie demoralizujcie dzieci i młodzieży, dajcie im w spokoju, zgodnie z naturą przeżyć ich dzieciństwo i młodość”.

Posłowie Nowoczesnej ocenili, że wpis Pawłowicz miał formę napastliwą i agresywną wobec osób o orientacji homoseksualnej, jak również wobec środowisk broniących praw takich osób. Jak podkreślili, wpisuje się on w postawę szerzenia nienawiści do osób homoseksualnych. Według Nowoczesnej, Pawłowicz nie zachowała wysokich standardów etycznych, językowych i kulturowych, a jej wpis przyczynia się do brutalizacji języka debaty publicznej.

Joanna Scheuring-Wielgus powiedziała: – „To jest ostatni raz, kiedy wymieniamy imię i nazwisko tej posłanki”. Nowoczesna domaga się również, aby PiS odcięło się od wypowiedzi Pawłowicz, ponieważ – jak tłumaczyła Scheuring-Wielgus – brak reakcji na jej wpis wskazuje, że stanowisko posłanki jest stanowiskiem całego Prawa i Sprawiedliwości.

Wcześniej podobny wniosek złożyła Platforma Obywatelska. Pawłowicz, pytana wówczas przez PAP o wniosek PO w jej sprawie odparła: – „Ja się nie przejmuję”. Podkreśliła, że jej sobotni wpis był „oczywisty i prawdziwy”.

NO I CO WY NA TO?????

Waldemar Mystkowski pisze o Misiewiczach PiS, w tym o Brudzińskim.

Misiewicz Brudziński i jego prostacka wizja historii

Prostactwo PiS –  tych Misiewiczów – ma się coraz lepiej, a Polsce jest coraz gorzej.

Problem z Jarosławem Kaczyńskim i jego partią zasadza się na tym, że nie powinni nigdy zaistnieć w polityce. Bliźniacy z Żoliborza zaistnieli dzięki Lechowi Wałęsie, wcześniej byli znani z tego, że nie byli znani. Wałęsa dla własnych potrzeb wyciągnął ich za uszy, chciał mieć swoje zaplecze – konkurencyjne do takich tuzów osobowościowych, jak Bronisław Geremek, Adam Michnik czy Tadeusz Mazowiecki.

Tak wyciągnięty za uszy – króliczek Wałęsy – Jarosław Kaczyński od razu nabrał ambicji. Nie miał żony, nie miał domu, bo mamusiny to nie dom stworzony własnymi rękoma – więc musiało mu pójść w jakieś ambicje, w jakieś uszy.

Kaczyńskiego uszami – wobec braku ogólnych – stała się polityka. Nie potrzeba mieć specjalnych walorów osobowościowych, wiedzy szczególnej i ogólnej, ale można nauczyć się knuć w polityce.
Kaczyński niczego nie stworzył, zawsze pasożytował, acz wiedział, aby rosnąć w siłę, potrzebny do tego jest coraz większy organizm – najpierw partia (jak jedna upadnie, zakłada się drugą), a najlepszy do pasożytowania jest organizm największy – państwo, Polska.

Właśnie widzimy to stadium ostatnie. Prezes PiS Kaczyński jest pre-figurą Misiewicza, jest pre-Misiewiczem. Rok 1989 roku dla Misiewiczów jak Kaczyński był zaczątkiem idealnym, wszystko się zawaliło. Organizm Polski można było zacząć pacyfikować, zawłaszczać.

Wcale nie przesadzam z opisem prezesa PiS, jego odpowiednikami w literaturze są grafomani. Ci piszą z powołania, mają łatwość pisania, piszą, co im ślina na język przyniesie. Kaczyńskiemu ciągle na język przyniesiona jest grafomania retoryczna, taki jego pypeć. A to patriotyzm, Polska we wszelkich odmianach deklinacji i koniugacji, a jak komuś się nie spodoba – i zapyta za Juliuszem Słowackim: jaka Polska (polscy pisarze zawsze dystansowali się do takich grafomanów patriotyzmu, jak Kaczyński) – prezes PiS obrzuca wówczas swoim produktem organoleptycznym: kanaliami, gorszym sortem, mordą zdradziecką, gestapo etc.

To jest ta słynna już retoryka głoszona z taboretu na Krakowskim Przedmieściu. I tacy ludzie garną się do Kaczyńskiego. Wokół Kaczyńskiego aż się roi od ludzi bez właściwości, bez umiejętności. PiS to zbiór klonów Misiewiczów, powiększający się z chwilą dorwania się do koryta, obsiedli Polskę i na niej pasożytują.

Za dużo nie chcę pisać o prezesie Kaczyńskim, który nie „zasługuje” na większą ekspozycję narracyjną. Wspomnę o jednym Misiewiczu Kaczyńskiego, postaci bez żadnych zasług, a która sobie uwiła szczególne miejsce do pasożytowania – o Joachimie Brudzińskim.

Kto to zacz? Co onże wniósł do dobra wspólnego, oprócz trajlowania w sposób szczególnie nieprzyjemny estetycznie tych samych myśli „własnych”, które wyprodukowane zostały przez PR-owców na Nowogrodzkiej. Brudziński był łaskaw zamieścić w internecie takie oto spostrzeżenie o naszych zachodnich sąsiadach Niemcach: – „Wielu z pouczających dzisiaj w Niemczech polityków czy dziennikarzy, jak ma wyglądać w Polsce demokracja, to ich wnukowie”. Oczywiście, ten wyrób pisowski – Brudziński – nie miał na myśli Willego Brandta, Tomasza Manna czy Bertolda Brechta. Katarzyna Kolenda-Zaleska nazywa wypowiedź Brudzińskiego prostacką wizją historii. Tak! Tylko na takie prostactwo stać tego Misiewicza PiS.

Misiewicz Brudziński to taki sam spadkobierca, jak ci, których chciałby spostponować, odżegnać. Polscy nacjonaliści i faszyści w tamtym czasie lat 30-tych mieli podobną siłą w narodzie, jak naziści w Niemczech, jak dzisiaj PiS – 30 kilka procent.

Niemieckim nazistom nie było po drodze z polskimi nacjonalistami – tylko do Zaolzia. Dzisiaj podobne umizgi Misiewicze PiS robią do Marine Le Pen, do liderów niemieckiego AfD. To są te klony historyczne, które się odradzają. Prostactwo PiS –  tych Misiewiczów – ma się coraz lepiej, a Polsce jest coraz gorzej. Za długo nie potrwamy, gdy organizm Polski będzie toczyć taki liszaj, taki pasożyt, jak partia Kaczyńskiego.

1 POPRAWKA!

Nie wiemy kim jesteś, ale stałaś się hitem sieci. Wspaniałą dziewczyną, której należy się morze kliknięć!

>>>

JEDNO ZDANIE LISA, KTÓRE ZAORAŁO CAŁĄ NIENAWIŚĆ PiS-U

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o programie PiS.

Program PiS programem narodu?

Prawi i Sprawiedliwi twierdzą, że w wyborach otrzymali legitymację uprawniającą do zmian, ale nie uprawnia ona do obracania Polski w perzynę!

„Naród z partią – partia z narodem”. Kiedyś cała Polska obwieszona była takimi i podobnymi hasłami. Owe zamierzchłe czasy, gdy totalna władza atakowała naród prymitywnymi wytworami propagandy, gdy indoktrynowała społeczeństwo w zawłaszczonych mediach i na ulicznych „nośnikach” (jeszcze nie billboardach) dla wielu współczesnych są prehistorią. A w każdym razie dla wielu Polaków doświadczenia z czasów PRL nie mają żadnego przełożenia na szczelnie otaczającą nas rzeczywistość. Już tylko pasjonaci, niszowi historycy i tacy jak ja analizują program PZPR, szukając analogii i paraleli z innymi totalitaryzmami. Szkoda, bo wyniki tych poszukiwań bywają pouczające. W tym przypadku np. okazało się, że rozdźwięk między deklarowanymi zamierzeniami a ich realizacją był za komuny wyraźnie mniejszy niż w „konkurencyjnym” programie PiS.

Program uchwalony w 2014 roku i opublikowany przed wyborami na partyjnej stronie internetowej, rozpoczyna się od zdania: „U podstaw ideowych programu Prawa i Sprawiedliwości leży szacunek dla przyrodzonej i niezbywalnej godności każdego człowieka”. Zauważyliście? Szacunek dla KAŻDEGO człowieka, nie tylko popierającego obecną przewodnią siłę narodu! Tymczasem publiczne wypowiedzi przedstawicieli totalnej władzy to często kpina z ich własnej preambuły programowej. I nic dziwnego, skoro podpisany pod cytowanym programem Jarosław Kaczyński swój szacunek dla niezbywalnej godności każdego człowieka wyraża subtelnie: „komuniści i złodzieje” lub bardziej stanowczo: „kanalie i mordercy”…

Część spośród uprawnionych do głosowania wybrało PiS, bo ta partia obiecała jakoś tak zrobić, żeby robotnicy, chłopi, inteligencja pracująca i frankowicze byli zdrowi, bogaci i szczęśliwi. Wielu ludzi dało się nabrać na odmienione nagle oblicze partii Kaczyńskiego, która schowała swoich bezczelnych i powszechnie nielubianych arogantów za plecy sympatycznych pań, uśmiechających się na okrągło. Byli tacy, którzy uwierzyli, że w pustej teczce, którą wymachiwała kandydatka na premiera, znajdują się gotowe recepty na wszystkie polskie bolączki. Ale na pytanie sondażowni o motywy swojej decyzji wyborczej niemal wszyscy wyborcy PiS wyjaśniają, że przypadł im do gustu opublikowany tuż przed wyborami program. Ten sam, na który powołuje się teraz totalna władza, demolując instytucje demokratyczne. Ten, w którym pełno jest fragmentów dowodzących wielkiego wyborczego oszustwa.

Po pierwsze – kadry
Wszyscy obserwujemy bezprecedensowy nepotyzm i niespotykane dotąd kolesiostwo widoczne w masowym obsadzaniu przez niedokształconych Misiewiczów intratnych posad, z których uprzednio brutalnie wyrugowano uczciwych fachowców. A co o tym mówi program PiS? „Awans społeczny i pomnażanie majątku powinny przebiegać zgodnie z zasadami moralności i wolą zachowania szacunku dla każdego człowieka. (…) Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości niekompetencja, naruszanie prawa, lekceważenie obywateli lub podwładnych, prywata i kolesiostwo nie będą tolerowane (…). Wyżsi urzędnicy państwowi, muszą spełniać wysokie wymagania kwalifikacyjne potwierdzone odpowiednimi egzaminami w Krajowej Szkole Administracji Publicznej. (…) Przywrócimy rzeczywisty wymiar idei profesjonalnej, apolitycznej kadry urzędniczej. Członkowie korpusu służby cywilnej będą korzystać z ochrony i wsparcia”…

Uchodźcy, obcy i inni
Dla prominentnych przedstawicieli naszej totalnej władzy ludzie innej narodowości to sort najgorszy, jeszcze podlejszy, niż opozycja. To potencjalni terroryści, piąta kolumna, groźni nosiciele obcych obyczajów i głosiciele obcej wiary, to uchodźcy nadgryzieni przez pasożyty… A w programie PiS czytamy: „Naród polski kształtował się i dojrzewał poprzez łączenie we wspólnotę ludzi o różnej przynależności etnicznej. Afirmacja przynależności narodowej oznacza dla nas także pełną gotowość uznania podmiotowości innych wspólnot narodowych”.

Społeczeństwo obywatelskie
Cegła po cegle rozbierane są kolejne fragmenty fundamentów polskiej demokracji. PiS zawłaszcza instytucje państwa i ogranicza prawa organizacji pozarządowych. Równocześnie w programie tej partii przeczytać można: „Państwo jest wartością moralną. (…) Tylko demokracja zapewnia jednostce podmiotowość, czyli bycie obywatelem, tylko w demokracji można budować równowagę sił społecznych, która umożliwia sprawiedliwą politykę i jest też warunkiem praworządności. (…) Zdecydowanie odrzucamy etatyzm, tj. dążenie do upaństwowienia szerokiej sfery życia społecznego. Naprawa [państwa] nie wymaga zmian ustrojowych, [lecz] umocnienia społeczeństwa obywatelskiego”…

Unia Europejska
Z niepokojem obserwujemy wojnę, którą PiS wypowiedział Unii Europejskiej. Widzimy przejawy arogancji i buty, niszczących dobre relacje z sąsiadami i z najsilniejszymi państwami wspólnoty. Natomiast program PiS tak precyzuje stosunek tej formacji do idei, które stanęły u podstaw jednoczenia się Europy: „Nie odrzucamy ich, wręcz przeciwnie, uważamy je za bardzo ważne i godne podtrzymania. Chcemy, aby sferą wolności, równości, solidarności i sprawiedliwości była cała Europa”.

Organ Błaszczaka
Zmiany w policji sterowanej przez ministra Błaszczaka nie napawają optymizmem. Permanentna wymiana kadry dowódczej obnaża nieporadność i niekompetencję PiS-owskich kadr. Równocześnie przybywa dowodów postępującej brutalizacji działań policji. Co mówi w tej sprawie program PiS? „Przywrócimy przejrzyste, merytoryczne zasady awansu służbowego, dające szansę na obejmowanie stanowisk kierowniczych i dowódczych wykształconym i dobrze przygotowanym oficerom. (…) Wszelkie patologie i zachowania naruszające prawo lub etykę służby będą się spotykały się z surowymi konsekwencjami służbowymi. (…) Nie będzie tolerancji dla nadużywania władzy”…

Organa Ziobry
Prokuratura stała się już dyspozycyjną formacją przewodniej partii, natomiast w obowiązującym programie PiS czytamy: „Wykluczone musi być (…) „ręczne sterowanie” czynnościami prokuratora przez zwierzchników poprzez nieformalne naciski”… Po zaanektowaniu prokuratury rozpoczął się atak na władzę sądowniczą, mimo że program PiS podkreśla szacunek dla niezawisłości sędziowskiej i „niezależność sądów od innych władz”. W kontekście wojenki o wpływy między prezydentem Dudą a ministrem Ziobro zabawnie brzmi taki oto cytat z programu PiS: „Rola Prezydenta Rzeczpospolitej w sprawach sądownictwa nie może być redukowana do funkcji „notariusza” sporządzającego akty nominacji sędziowskich. Głowa państwa powinna uzyskać (…) realny wpływ na funkcjonowanie sądownictwa”. Równie zabawnie brzmi fragment programu o konieczności podporządkowania się wyrokom sądów przez przedstawicieli władzy wykonawczej: „Karygodne – i wymagające stosowania sankcji karnych i służbowych – są zwłaszcza przypadki nierespektowania wyroków sądowych przez urzędników administracji”. A już naprawdę komicznie brzmi fragment programu dotyczący wyłaniania sędziów Trybunału Konstytucyjnego: „SPRZECIWIAMY SIĘ [takiemu] projektowi zmiany kryteriów i trybu wyłaniania kandydatów na sędziów TK, który ma preferować koneksje polityczne oraz poddawać proces wyłaniania kandydatów partykularnym wpływom zamkniętych środowisk prawniczych. Będziemy proponować przeciwny kierunek zmian, realizujący zasadę demokratycznego zgłaszania kandydatów i elementy konkursu w ich ocenie przez Sejm”…

Konstytucja i sądy
Brak miejsca, by wyliczyć wszystkie rozbieżności między zapowiedziami a ich realizacją. Koniecznie jednak muszę przywołać jeszcze jeden fragment programu, który obrazuje rozmiar oszustwa wyborczego partii władzy. Otóż PiS głosi dzisiaj, że zawetowane projekty ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym są absolutnie, bezwzględnie i w oczywisty sposób zgodne z Konstytucją. Tymczasem w programie partyjnym w kilku miejscach mowa jest o konstytucyjnej przeszkodzie realizacji zamierzeń, a jeśli chodzi np. o skład KRS, zdominowany przez sędziów, to zmiana tej sytuacji WYMAGA NOWELIZACJI KONSTYTUCJI. Dlaczego przed wyborami zmiany w sądownictwie wymagały zmiany Konstytucji, a teraz już nie wymagają? Totalna władza odpowiada, że 80 procent społeczeństwa właśnie tego się domaga. Mało kto pyta, czego konkretnie domaga się te 80%? Bo przecież w żadnym kraju sądy ze swej natury nie budzą miłych skojarzeń i zawsze większość pytanych będzie chciało je reformować. Za przyspieszeniem procedur sądowych optuje zapewne sto procent Polaków. A ile procent domaga się przejęcia władzy sądowniczej przez jedną partię? Jak wielu Polaków prosi Zbigniewa Ziobrę o wzięcie pod but sędziów i sądów? Odpowiedź znaleźć można w rankingach popularności tego polityka.

Równie kłamliwy jest argument, że Polacy, wybierając PiS dali zgodę na dowolne decyzje tej partii, w tym na łamanie Konstytucji, a także arbitralne rozstrzyganie, co jest łamaniem prawa, a co dobrą zmianą. Prawi i Sprawiedliwi twierdzą, że w wyborach otrzymali legitymację uprawniającą do zmian. Tyle że w tej legitymacji nie ma zapisu, nawet najdrobniejszym druczkiem, że uprawnia ona do obracania Polski w perzynę. Polacy wybrali PiS ze względu na program oferujący cukierki i fajerwerki. Sondaże wskazują wzrost popularności tej partii, bo miliony mieszkań, miliony aut na prąd, dopłaty do pieców ekologicznych i dobrego węgla, wsparcie tych i owych – a na wszystko kasy starczy, bo nareszcie przestali kraść… Zanim budżet się rozleci, zanim Europa przyłoży Polsce odczuwalne kary, zanim suweren tupnie – może uda im się jakoś dokulać do kolejnych wyborów i zdobyć większość konstytucyjną. A wtedy…

Prawdziwy program PiS brzmi: JUŻ NIGDY NIE ODDAĆ WŁADZY. Wersja oficjalna, opublikowana przed wyborami, którą wielu Polaków mogłoby uznać za swoją, to tylko wabik. W tym nieszkodliwym na oko programie kryją się groźne wirusy. Tym groźniejsze, że opozycja nie dysponuje programem antywirusowym. W dodatku programu PiS, uruchomionego w ostatnich wyborach, nie da się łatwo odinstalować. Takie już ma ustawienia fabryczne.

I CO Z TEGO, ŻE MA WYKSZTAŁCENIE WYŻSZE, SKORO BRAK JEJ PODSTAWOWEGO

Dwa teksty Waldemara Mystkowskiego. Wcześniejszy.

Ustawy sądowe: Duda chce ewolucji, Kaczyński rewolucji

Treść dwóch ustaw sądowych poznamy najprawdopodobniej w poniedziałek. Wiadomo, co w nich będzie i czym się bądą różnić od zawetowanych przez Andrzeja Dudę. Niestety, nie są to dobre wiadomości dla społeczeństwa obywatelskiego, które wyszło na ulice w lipcu. Nie są to też dobre wieści dla Jarosława Kaczyńskiego z zupełnie innych powodów.

Obywatele i Kaczyński plasują się na antypodach. Gdy my chodzimy normalnie, Kaczyński stoi na głowie. Gdy my poruszamy się swobodnie, Kaczyńskiego chronią barierki i tabuny policjantów. I takie będą ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa – oddzielone barierkami od standardów demokratycznych i tabunami przywilejów dla prezydenta i PiS.

Zawetowane ustawy przez Dudę były napisane w wersji hard. Przygotowane obecnie są nieco złagodzone, zmiękczone, acz to nie jest wersja soft. Duda jest nieodrodnym synem PiS, o rządach tej partii promotor pracy doktorskiej prezydenta Jan Zimmermann wypowiedział się dla niemieckiego „Die Welt”: – „Polska jest już praktycznie dyktaturą”.

Zatem dlaczego głównego doradcę Dudy przy pisaniu tych dwóch ustaw prof. Michała Królikowskiego gnębi prokuratura i straszy? Ano, Duda przepisuje na siebie prerogatywy, które w tamtych ustawach miał minister sprawiedliwości. Duda chce być Ziobrą, a to nie podoba się Kaczyńskiemu, bo w ten sposób wzmacnia się prezydent i może mieć on, a nie rząd wpływ na wyroki decydujące dla władzy.

Wg projektu PiS mieli być wymieceni wszyscy sędziowie, a na ich miejsce dostać się nominaci partyjni, takie Julie Przyłębskie, której to nie chciał dać posady sąd w Poznaniu ze względu na jej mizerne kwalifikacje zawodowe i etyczne.

Otóż Duda proponuje to samo, ale nie chce usuwać nagle członków Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa. Duda proponuje poczekać, chce, aby niektórzy sędziowie odeszli wraz z końcem swojej kadencji, a wielu z nich właśnie w tym roku i na początku następnego je kończy. Duda obniża wiek dla sędziów do 65 roku życia, a do tej pory jest do 70 roku, ale może przedłużyć wiek, jeżeli kadencja jeszcze trwa. To jest ten przypadek I prezes SN Małgorzaty Gersdorf, która kończy na dniach 65 rok życia, ale jej kadencja wg Konstytucji trwa do 2020 roku. Dlatego tak nieciekawie Gersdorf zachowała się podczas zaprzysiężenia dublera do TK Justyna Piskorskiego.

Duda więc dokonuje tego samego, co zapisane było w zawetowanych ustawach, ale daje więcej czasu na to samo, można rzec, iż chce ucukrować zniesienie niezależności władzy sądowniczej. Tak czy siak ma to być kandyzowana dyktatura.

Zaś Kaczyński tak się piekli, bo rozprawiać się będzie na jesieni z mediami, większość spraw oprze się na sądach, a te jeszcze nie będą w pełni pisowskie. Do tego wtrącą się władze unijne i arbitraż unijny, w ten sposób łakomy kąsek mediów komercyjnych, jak TVN, Onet, Newsweek, może nie zostać spożyty. A co się przeciągnie, może ewoluować – i Kaczyński dostanie wydmuszki medialne.

Kaczyński namawia więc Dudę do rewolucji, a Duda chce wolniej – ewolucji. Acz obydwaj dążą do tego samego, do – jak to nazwał promotor Dudy Zimmermann – dyktatury. Jedyny dla nas wniosek: Łańcuchy Światła należy rozpalić wielokroć silniej niż w lipcu.

Wolność mediów według

I nowszy.

Wystrychnięci przez Dudę

Rzecznik Andrzeja Dudy Krzysztof Łapiński chce nas zdziwić swymi wrażeniami. Przed poniedziałkowym przedstawieniem projektów ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa mówi: – „Mam takie wrażenie, że w tych ustawach znajdą się niektóre postulaty, które zgłaszały kluby opozycyjne, więc to też będzie droga wyjścia do poważnej dyskusji nad poparciem tych ustaw„.

Ciekawe, który z postulatów zgłaszała opozycja? I jak rozumie opozycję Kancelaria Prezydenta? Czy opozycją jest Kukiz ’15? A może opozycją jest już PiS, bo prezes tej partii przyjeżdża do Belwederu na rozmowy o ustawach i przekonuje Dudę do swoich autokratycznych racji.

Łapiński zachwala ustawy, jak wcześniej PiS, które Duda zawetował: – „To będą dobre ustawy, bardzo dobrze przygotowane, bardzo dobrze przepracowane„. Przecieki, które przeniknęły do mediów, wskazują, że ustawy prezydenckie nie różnią się od zawetowanych. Partia rządząca będzie obsadzać swoimi nominatami zarówno Sąd Najwyższy, jak i KRS. PiS chciał dokonać wymiany na swoich natychmiast, Duda rozciąga to w czasie, ale niezbyt odległym, bo kilkumiesięcznym. Wiek emerytalny dotknie jednak I prezes SN Małgorzatę Gersdorf z chwilą publikacji ustaw.

A zatem żaden z postulatów opozycji nie został spełniony. Nie można spełnieniem nazywać przejęcie prerogatyw przez Dudę, który będzie miał większy wpływ na obsadę sędziów w SN i KRS, a nie będzie ich miał Zbigniew Ziobro.

Jarosław Kaczyński w tym kontekście zastanawia się, „czy prezydent jest z nami” w wywiadzie dla tygodnika „Sieci”, a zatem Łapiński może mieć dobre wrażenie, że „niektóre postulaty opozycji znajdą się w ustawach„, bo prezes PiS mianował siebie opozycją.

Czyżby PiS nie starczało być partią rządzącą, chce być także opozycją? Tak wynika z wrażeń Łapińskiego i Kaczyńskiego. Niedługo Kaczyński może powiedzieć, że „kanalie” i „mordy zdradzieckie” nie dotyczą opozycji i społeczeństwa obywatelskiego, ale pisowców, do których musi przyjeżdżać i przekonywać do swoich racji.

Lipcowe protesty nie odniosły większych skutków, Duda tylko rozładował napięcie. Czy jeszcze raz społeczeństwu obywatelskiemu uda się zmobilizować, aby zaświecić rządzącym do rozumu? Chyba zanadto wierzyliśmy, iż w Dudzie drzemią jakoweś samodzielne odruchy. Niestety, on jest z tych pisowskich niewolników, którzy postępują tak, jak prezes nakazał. Mamy prawo czuć się (mieć wrażenie) wystrychniętymi na dudków, tj. wystrychniętymi przez Dudę.

>>>

Wjazd do Dąbrowy Górniczej.

Krystyna i jej zajady.

A tak pani poseł PiS wspópracowała z komuszkami. Sekrety Biblioteki Sejmowej. „Życie Gospodarcze” z 1987 😉

Stanisław Skarżyński w „Wyborczej” pisze o ostatnie miesięcznicy smoleńskiej. Skoro policja jest gotowa porywać ludzi z ulicy, to jak można uwierzyć, że demonstrowanie jest w Polsce bezpieczne? Historia podpowiada tu najgorsze scenariusze – i PiS może mieć o to pretensje tylko do Mariusza Błaszczaka.

Policja porywająca demonstrantów to nie jest praktyka demokratycznego państwa prawa

Nie jestem entuzjastą kontrmiesięcznic smoleńskich, bo uważam, że należy tam PiS zostawić, żeby się taplało w swoim smoleńskim obłędzie, a w czasie, kiedy PiS uprawia ten chocholi taniec, zajmować się merytorycznie emeryturami, rentami, szpitalami, żłobkami itd.

Dawno temu przestałem słuchać wystąpień prezesa Kaczyńskiego pod Pałacem Prezydenckim, bo od lat już nie da się tam usłyszeć nic nowego – od siedmiu lat z okładem prezes PiS ze swojej drabinki opowiada, jak to „przybliża się do prawdy”. Zapomina dodać, że ta prawda mu się oddala – jak horyzont, z każdym krokiem o jeden krok.

Rozumiem oczywiście argumenty Obywateli RP, którzy protestują przeciwko sprezentowaniu Jarosławowi Kaczyńskiemu przez Sejm prawa o zgromadzeniach cyklicznych, które jest drwiną z porządnej legislacji, ale uważam, że niewarta skóra wyprawki i zamiast mierzyć się z PiS na ich warunkach, należy porządną pracą oświetlać idiotyzm tego smoleńskiego cyrku.

Z olbrzymim trudem, ale mogę zrozumieć nawet to, że policja łazi za Obywatelami RP i posłami opozycji podczas protestów w obronie wolności sądownictwa. W dobie terroryzmu, politycznego wzmożenia i ogólnego napięcia społecznego nawet im się nie dziwię, choć upolitycznienie policji przez PiS każe oczywiście podejrzewać, że nie tylko o ogólne bezpieczeństwo tu chodzi, ale również o interesy partii rządzącej.

Natomiast tego, co się stało 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu, wytłumaczyć ani zrozumieć się nie da w żadnej części. To, że przypadkowych, pokojowo protestujących ludzi policja wywoziła radiowozami w nieznanym kierunku, to jest barbarzyństwo niemożliwe do zaakceptowania nawet w kraju tylko udającym demokratyczne państwo prawa

Miesięcznice, czyli eskalacja

Pół biedy, że budzi to oczywiste skojarzenia historyczne (bo najsławniejszym pasażerem milicyjnego bagażnika w Polsce był ksiądz Jerzy Popiełuszko) oraz geograficzne (bo porywanie ludzi przez politycznie sterowany aparat przymusu to jest praktyka Rosji pod rządami Putina).

Gorzej, że zachowanie policji podczas 88. miesięcznicy świadczy o tym, że PiS jest gotowe nie tylko nadużywać możliwości stanowienia prawa, ale również wykorzystać aparat przymusu, by bronić zdobytej władzy.

Nie wiadomo, co się stało – czy Mariusz Błaszczak nie panuje nad powierzonym mu resortem, więc nominowani z politycznego klucza i rozliczani z wykonywania politycznych rozkazów dowódcy wywierają taką presję na fukcjonariuszy, że ci robią takie głupstwa, czy policja jest już tak podporządkowana głupiej i złej władzy, że można jej polecić porywanie ludzi z ulicy, żeby zastraszyć przeciwnych tej władzy demonstrantów.

Tyle że to tak naprawdę wszystko jedno. 10 sierpnia 2017 roku po raz pierwszy PiS wprost użyło siły, żeby zastraszyć uczestników pokojowej demonstracji. To nieważne, czy policja zgaduje życzenia władzy, czy wykonuje jej polecenia – jeśli służby państwa są gotowe bez żadnego powodu porywać ludzi z ulicy, to nie mogą gwarantować bezpieczeństwa.

Jak można będzie teraz na słowo uwierzyć, że demonstrowanie w Polsce jest bezpieczne? Że następnym razem demonstrujący nie zostaną bezprawnie wywiezieni? Może zostaną zamknięci w celi na 48 godzin? Pozbawieni możliwości kontaktu z rodziną? Niezbędnych lekarstw? Zamknięci w izolatce? „Psychuszce”?

Historia podpowiada tu najgorsze scenariusze – i PiS może mieć o to pretensje tylko do Mariusza Błaszczaka.

CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI ZWRÓCI DOM, KTÓRY NIELEGALNIE ZASIEDLIŁA JEGO RODZINA?

Złożyliśmy dziś do KPRM wniosek o udostępnienie informacji publicznej w sprawie pożyczki od Skarbu Państwa dla TVP w wys. 800 mln zł! 😡👎📺

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co zostanie po PiS.

Jeźdźcy apokalipsy PiS

Prędzej czy później Krzysztof Ziemiec będzie miał ze sobą problem, bo krytyka jaka go spotyka, nie spływa po nikim jak po kaczce. Za to się płaci, acz do pewnego czasu można „mężnie” przyjmować ją na klatę. Nie znam gościa, lecz nie wydaje mi się twardy, tym bardziej, że krytyka płynie ze strony ludzi, którzy mają autorytet, trudno ich nazwać wazeliniarzami.

Z góry szkoda mi Ziemca. I w tym tonie wypowiada się Jurek Owsiak, którego Przystanek Woodstock został opisany w „Wiadomościach” TVP1 jako „najbardziej obskurny festiwal świata”, a translacja  winna podać (za „Daily Star”), jako „najbardziej nieprzyzwoity festiwal”. W kulturze pop jest to wyróżnienie, jeżeli Owsiak utrzyma Woodstock do przyszłego roku, to można spodziewać się większego napływu młodzieży anglosaskiej.

Nieprzyzwoitość w kulturze anglosaskiej jest pożądana. Owsiak ma do Ziemca chrześcijańską empatię, ocenia, że to był całkiem dobry człowiek, można było z nim wieczerzać, prowadzić interesującą rozmowę np. o podróżach – ba! napić się wódki – a tę ostatnia przyjemność nie z każdym można dzielić.

Owsiak więc nie wyklucza w przyszłości napicia się wódki z Ziemcem, ale chłop powinien znaleźć jakieś przyzwoite zajęcie. Dziennikarstwo pisowskie niszczy go. Z kolei ratunku dla Ziemca raczej nie widzi Marcin Meller, radzi mu aby zapuścił pokutną brodę i nie prowokował swoim obliczem rodaków. Ziemiec powinien udawać kogo innego.

Meller zadaje pytanie, które zaczyna urastać do najważniejszego w naszym życiu publicznym. Otóż PiS uderzając w polską demokrację spowodował pękniecie wśród naszej wspólnoty. Jesteśmy pęknięci na pół. I wcale nie chodzi o to, czy te połowy są równe, ale pękniecie po demolce kaczysotwsko-macierowiczowskiej jest nie do zniwelowania, nie do zasypania.

Jak z tym żyć? Jak żyć po pisowskiej apokalipsie? Wyobraźnia uruchamia obrazy, w których sprawiedliwie osądza się Kaczyńskiego i jego towarzystwo błaszczako-gowino-ziobrowe i wsadza za kraty. Tak działa wyobraźnia bez specjalnego wspomagania intelektu, przetwarza to na emocje, które stosują przedchrześcijańskie rozwiązania, „oko za oko, ząb za ząb”. Takie jest prawo zemsty, wendetty.

Ale to jest ślepa uliczka. Pisze o tym Meller, a ja drążę jeszcze w innych kierunkach. Pisowska apokalipsa właśnie się dokonuje. Polski jeszcze nie stratowali wszyscy jeźdźcy apokalipsy. Na razie tylko jeden przecwałował, a wszystkich jest czterech, ten ostatni najgroźniejszy, bo po nim zostanie spalona ziemia, Polska – odizolowana, narażona na utratę niepodległości.

Jak żyć dzisiaj, gdy znajdujemy się w stadium apokalipsy? Jak przekonać tę drugą część rodaków, że nasze cele są takie same, są zbieżne, że możemy wspólnie drogi do nich wyznaczać, a nie stawać przeciw sobie? Jak powstrzymać dzieło dokonującej się apokalipsy?

Zacząłem od Ziemca, który swoją twarzą sygnował obskurność, a to była nieprzyzwoitość – i to ta pożądana. Może kiedyś Owsiak napije się z nim wódki, ale nie będzie to w Polsce obskurnej, pisowskiej.

A ILE LITRÓW KRWI ODDANO NA MIESIECZNICY?

TAKIE PODSUMOWANIE WYDARZEŃ POD PAŁACEM

>>>