Posts Tagged ‘Krzysztof Łapiński’

Miesięcznica w limeryku.

Kończy się lato. Nadejdzie jesień a i zima przeminie. I nadejdzie WIOSNA.😜

Nie. To nie stan wojenny… TO POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”.

Andrzej Karmiński na koduj24 zastanawia się nad wyborcami PiS.

Kiedy i czy w ogóle wyborca PiS przejrzy na oczy?

Do upadku demokracji ostatecznie przyczyniali się ci, którym udało się wmówić, że zło wokół nich czynione jest dla ich dobra.

Z rosnącym mozołem trawię telewizyjne występy polityków i programy gadających głów, gdzie coraz częściej obserwuję zjawisko nazywane przez fachowców od przekazu TV „asynchronem”. Nijak nie zgadza mi się obraz z głosem. Widzę miny poważne, skupione twarze, czoła przeorane bruzdami głębokich propaństwowych myśli i zabronowane zmarszczkami – oznakami troski o polską rację stanu. I równocześnie słyszę oczywiste, ewidentne, niezbite, bezsporne, niezaprzeczalne i prymitywne łgarstwa, jakich wstydziłby się nawet baron Münchhausen, który potrafił sam siebie wyciągnąć z bagna za włosy.

Liczna grupa polityków usiłuje mnie przekonać, że bezczelny zamach PiS na władzę sądowniczą, która przeszkadza tej partii w niezakłóconym panowaniu, ma na celu zwiększenie niezależności sądów i zaowocuje wzmocnieniem konstytucyjnego trójpodziału władzy. Żaden z nich nawet nie mrugnie, wyjaśniając beznamiętnie, że rozsiane po kraju bilbordy, oczerniające polskich sędziów i polski wymiar sprawiedliwości, to element akcji promującej za granicą nasze sukcesy i osiągnięcia.

Widzę uduchowione twarze polityków, ogarnięte płomieniem przenajświętszego oburzenia, ponieważ Jurek Owsiak w rapowanym utworku, który tradycyjnie kończy Przystanek Woodstock, ośmielił się przekazać młodym ludziom przesłanie miłości i przyjaźni, okraszone kilkoma mocnymi słowami. Jednego z tych śmiertelnie oburzonych pamiętam z Klubu Dziennikarzy we Wrocławiu, jak rzucał licznymi ku…ami przy bufecie, bynajmniej nie z zamiarem przesłania miłości i przyjaźni. Innym, dotkniętym nagłym atakiem poprawności językowej, chętnie przypomnę polityków ich własnej formacji, przyłapanych czułym mikrofonem na obrzucaniu sąsiadów niecenzuralnymi wyzwiskami. A polityków, którzy demonstrują szalone przywiązanie do reguł obowiązujących w Kościele katolickim, spytałbym też, dlaczego nie zareagowali, gdy według relacji świadków, podczas ingresu arcybiskupa Jędraszewskiego na metropolitę krakowskiego, abp Sławoj Leszek Głódź miał powiedzieć do jednego z fotografów: – „Spier…laj!”. Dlaczego wtedy nikt nie zaproponował, by siejącym zgorszenie dostojnikiem zajęła się prokuratura i sąd?

Pani premier Szydło z kamienną twarzą zapewnia, że Polska jest państwem o modelowej demokracji, a jedynie wrogie ośrodki i niedouczeni prawnicy z rozmaitych trybunałów międzynarodowych usiłują nadziać nas na widelec – bodaj ten sam, który sprezentowaliśmy Francuzom ucząc ich kultury. Zdaniem pani Szydło – zdaniem wygłoszonym z groźną miną przeciwczołgową – do dzisiaj trzeba uczyć prezydenta Francji, który o polityce nie ma pojęcia, bo i skąd miałby mieć, jeśli nie posiada doświadczenia. Co innego sama pani premier, która o kulturze wie wszystko, bo zawiadywała gminnym ośrodkiem kultury, a doświadczenie polityczne zdobyła, rządząc prowincjonalnym Brzeszczem, nie mówiąc już o dogłębnej wiedzy zdobytej na stanowisku wiceprezesa gminnej Ochotniczej Straży Pożarnej. Tak więc pani Szydło ma prawo z surową miną nieugiętego Katona cenzurować największe postacie światowej polityki. Ma też prawo głoszenia dowolnych bzdur, a także podłych insynuacji o przekupnych opozycjonistach, zwożonych ciupasem na demonstracje antyrządowe. Ma prawo, ponieważ nauczyła się robić to z przekonaniem i namalowaną na obliczu absolutną pewnością siebie, swojej wiedzy, doświadczenia i kwalifikacji. Identyczną ekspresję wyraża twarz ministra Ziobry, kiedy wyrazy unijnej troski o polską demokrację i praworządność przyrównuje do dawnych dyrektyw z Moskwy. Dokładnie tę samą pewność siebie widać na obliczu minister Zalewskiej, przekonującej nas, że w efekcie jej reformy nie tylko żaden nauczyciel nie straci pracy, ale wręcz przybędzie etatów w oświacie.

Świat widział już wielu skundlonych polityków, którzy uwodzili tłumy, brzdąkając na głęboko skrywanych niskich instynktach. Zaskoczeniem jest natomiast zdumiewająco liczny tłum Polaków, którzy wtórują populistom, powielając ich fałszerstwa i kalekie opinie. Psychologowie twierdzą, że kłamstwo poparte autorytetem państwowego stanowiska i głoszone z przekonaniem, z odpowiednią mimiką i butną pewnością siebie, ma wielokrotnie większą siłę przebicia. Może i tak. Ale mam wrażenie, że coraz więcej zwolenników PiS dostrzega krótkie nogi narracji swoich przedstawicieli, a mimo to trwa przy nich, za cenę pokaleczonej godności własnej i zszarganej opinii.

Co się stało tym ludziom? Mam w tej sprawie pewną teoryjkę. Otóż, od pierwszego dnia swych rządów PiS sączy wokół przekonanie, że cokolwiek wyprawia, robi to w imię Suwerena, dla jego dobra. Suweren nie zauważa, że w istocie jego dobra są przez PiS zagarniane. Nie zauważa, bo nie ma świadomości, że demokracja i wolność stanowią jego osobistą własność. Godzi się więc na paskudne metody sprawowania władzy, w przekonaniu, że te środki uświęca cel, czyli on sam. Bo celem PiS-owskiej rewolty jest przecież Suweren. Tak mówi PiS – i tego trzymał się będzie dowartościowany nareszcie wyborca partii władzy.

Niestety, przybywa dowodów, że prawda jest inna. Wyborcy nie są CELEM działań PiS. Jesteśmy tylko ŚRODKIEM utrzymania władzy tej partii. Jesteśmy obiektem jej indoktrynacji, by docelowo wiedzieć to samo, wierzyć w to samo i myśleć tak samo. Jesteśmy przedmiotem zabiegów znanych z historii państw, które bez większego oporu i na własne życzenie stały się autokratyczne, totalitarne lub faszystowskie. W każdym z takich krajów była liczna opozycja, która albo nie mogła uwierzyć w ostateczny upadek demokracji, albo nie potrafiła uzgodnić reguł współpracy, personalnego przywództwa lub metod oporu. W każdym z tych państw byli ludzie, którzy ze strachu lub dla świętego spokoju nie przeciwstawiali się władzy. Ale do upadku demokracji ostatecznie przyczyniali się ci, którym udało się wmówić, że zło wokół nich czynione jest dla ich dobra.

Jak dotrzeć z tą wizją do wyborców PiS? Jak ich przekonać? Co zrobić, by atrakcją turystyczną zdemolowanej Polski nie stały się wysypiska połamanych sumień, składy sczerniałych charakterów i cmentarze poległych nadziei?

PIĘKNE :)) TAK NA NIEDZIELĘ 🙂

SKĄD SIĘ BIORĄ TERRORYŚCI? Z POLSKI

Waldemar Mystkowski pisze o rzecznikach Dudy i Kaczyńskiego.

Pojedynek na gęby rzeczników Dudy i Kaczyńskiego

Po wczorajszym spotkaniu Andrzeja Dudy z Jarosławem Kaczyńskim odbył się pojedynek na miny, na gęby ich rzeczników. Chciałoby się przywołać słynny pojedynek Syfona z Miętusem, ale w tym wypadku mieliśmy tylko natchnionych reprezentantów tego pierwszego.

Przy czym to Kaczyński przybył za potrzebą do Dudy, co zdarzyło się pierwszy raz w historii. Rzecznicy odnieśli się zdawkowo do przeszło dwugodzinnej rozmowy. W tych komunikatach da się jednak odczytać treść rozmowy i wynik.

Beata Mazurek posługuje się zapożyczoną nowomową komuszą: „cel został osiągnięty”, „wspólnie będziemy reformować” i „to już jest sukces”. Czy była przy rozmowach swego szefa i prezydenta? Raczej nie, to typ, który idzie za Kaczyńskim i odpycha tych, którzy chcieliby zadać mu pytanie. Witkacy takie kobiety nazywał kobietonami, wyzute z płciowości i intelektu.

Ale powiedziała jedną rzecz bardzo ważną. Rozmawiano tylko o jednym temacie: o ustawach sądowniczych pisanych w Kancelarii Prezydenta. Zauważmy, że PiS uruchomił kampanię propagandową kosztującą 20 mln zł i promującą treść zawetowanych ustaw. Horrendum, a przy tym jawna korupcja.

Jaka determinacja! To świadczy, że Kaczyński chciał przymusić Dudę do przyjęcia pisowskiej opcji zawartych w zawetowanych ustawach. Czy przez dwie godziny udało mu się?

Więcej usłyszeliśmy od drugiego Syfona, rzecznika Dudy Krzysztofa Łapińskiego. Rozmawiano więcej niż tylko o ustawach sądowniczych, ale to one były w głównym nurcie rozmowy. – „To będą ustawy, które nie będą zawierać tych poprzednich błędów, które prezydent w swoich wetach wskazał i liczy, że te ustawy w czasie procedowania zostaną poparte i uchwalone” – z tego należy sądzić, że Kaczyński nie przekonał Dudy.

To także stanie się tematem rozmowy ze wszystkimi liderami partii parlamentarnych, jakie zostało zadeklarowane przez Kancelarię Prezydenta. Ambiwalentny stosunek mam do stwierdzenia Łapińskiego, że „to będą ustawy, które są zgodne z Konstytucją, nie budzące wątpliwości konstytucyjnych”. Duda ma z tym kłopot, to on głównie łamał Konstytucję, czyżby się nawrócił?

Oczywiście, należy uwzględnić, iż spotkanie to pic na wodę i fotomontaż. Zarówno rzecznicy, jak i rozmówcy pochodzą z jednej parafii świętoszków. Pozostaje mieć nadzieję, że z gęby nie robili cholewy.

CIĘŻKI TYDZIEŃ PRZED NAMI…

SŁOWO OD KAMILA DURCZOKA

Pozdrowienia z Poznania.

>>>

STANIEMY SIĘ NAJSILNIEJSZĄ ARMIĄ NA ŚWIECIE. A wrogów przepędzimy wodą święconą!

MATKA BOSKA MACIEREWICZOWSKA

Na Koduj24.pl piszą o walce w PiS.

Zmagania obozu prezydenckiego z rządem

Czy rezygnacja przez Mastalerka z intratnej posady w PKN Orlen oznacza zemstę PiS na nieformalnym współpracowniku głowy państwa?

Jak już wiadomo, w okolicach połowie sierpnia prezydent Andrzej Duda zażądał od premier Beaty Szydło dymisji szefa MON Antoniego Macierewicza. Temat powrócił na forum w Krynicy. Prezydencki rzecznik Krzysztof Łapiński pytany tam przez dziennikarzy o doniesienia medialne na temat wspomnianych oczekiwań prezydenta, skwitował je krótko: „jeśli prezydent miałby oczekiwania co do zmian w składzie Rady Ministrów, to na pewno wyraziłby je prezesowi Kaczyńskiemu”. Jakby na to nie patrzeć, rzecznik wskazał jedynie – nazwijmy to umownie – pas transmisyjny władzy i stwierdził po prostu fakty. Tymczasem w partii rządzącej po wypowiedzi Łapińskiego zawrzało.

Do słów ministra w Kancelarii Prezydenta ostro odniósł się marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który w środę na Twitterze napisał: „Słowa @kplapinski o wpływie PBS na skład rządu świadczą o braku kompetencji, albo złym wychowaniu. Gdybym był jego szefem zwolniłbym go”. W późniejszej rozmowie z TVP Info nazwał wypowiedź Łapińskiego „wyskokiem pana rzecznika pana prezydenta”. Sama premier Szydło pytana w Krynicy, czy oczekuje dymisji prezydenckiego ministra stwierdziła, że nie będzie komentować słów rzecznika. Po czym podkreśliła, że „prezydent podejmuje decyzję wobec swoich pracowników, tak samo jak ja podejmuję decyzję wobec moich współpracowników”. Dopytywana, czy jej relacje z prezydentem ostatnio nie „ochłodziły się” odparła, że chłodu nie odczuwa.

Co więcej, PiS wraz z premier Beatą Szydło domagają się od prezydenta Andrzeja Dudy szybkiej dymisji jego rzecznika Krzysztofa Łapińskiego. Z informacji Onetu wynika, że padło w tej sprawie ultimatum. Dlaczego? „Nie można tolerować sytuacji, w której rzecznik pozwala sobie na ataki wobec szefowej rządu. Jeśli pan prezydent nie odwoła pana Łapińskiego, to oznaczać to będzie, że dał „zielone światło” swojemu rzecznikowi na taką wypowiedź. A jeśli tak było, to może znacząco utrudnić dalsze rozmowy o prezydenckim referendum dotyczącym zmiany konstytucji czy ustaw o reformie KRS i SN” – powiedział rozmówca Onetu.  Do całego zamieszania odniósł się także sam prezydencki rzecznik. – „Moim zwierzchnikiem jest prezydent. To prezydent Andrzej Duda zdecydował się powołać mnie na funkcję ministra i to on decyduje o obsadzie stanowisk w Kancelarii– mówił Krzysztof Łapiński, dodając, że jego zadaniem jest „przekazywać decyzje i stanowiska prezydenta Andrzeja Dudy”.

PiS  nie zapomniał prezydentowi lipcowych decyzji w kwestii reformy sądownictwa. W tym kontekście media skłonne są odczytywać wtorkową rezygnację Marcina Mastalerka z funkcji dyrektora do spraw komunikacyjnych PKN Orlen. Mastalerek poinformował, że przechodzi do sektora prywatnego. Dlaczego „dobra zmiana” dotknęła właśnie jego? To właśnie były rzecznik PiS i bliski współpracownik Andrzeja Dudy w zwycięskiej kampanii, zdaniem partii rządzącej, rzucił pomysł zablokowania przez prezydenta reformy sądownictwa. Na Nowogrodzkiej są przekonani, że Mastalerek jest także autorem pomysłu o przeprowadzeniu referendum konstytucyjnego. Przypomnijmy, pomysł ten na początku maja dość mocno zaskoczył PiS i samego Jarosława Kaczyńskiego. To zbiegło się niespodziewanie ze zmianą na stanowisku rzecznika prezydenta Marka Magierowskiego (obecnie wiceszefa MSZ). Zastąpił go Krzysztof Łapiński, z którym Mastalerek jest w bardzo bliskim kontakcie – czytamy na portalu Onet. Nasuwa się pytanie: Czy rezygnacja przez Mastalerka z intratnej posady w PKN Orlen oznacza zemstę PiS na nieformalnym współpracowniku głowy państwa?

Teraz relacje prezydent – rząd nabrały jeszcze jaskrawszych odcieni. PiS ponownie został zaskoczony … słowami prawdy. Otóż kolejny człowiek prezydenta, prof. Michał Królikowski, odwiedził program Moniki Olejnik i na PiS nie zostawił suchej nitki. Tak mocnej i miażdżącej krytyki postępowania tej partii w sprawie sądów dawno nie było – czytamy na portalu NaTemat. Przypomnijmy: prof. Królikowski przygotowuje projekty nowych ustaw o sądownictwie. – „Nie dopuszczam takiej sytuacji, że można lojalnością wobec państwa tłumaczyć tak radykalny zamach na instytucję” – powiedział do Olejnik. Dalej było tylko lepiej. Projekty przygotowane przez rządzącą ekipę nazwał „doraźnymi”, „krótkowzrocznymi” i „destrukcyjnymi” i zabrakło jego zdaniem całościowej wizji sądów. Powiedział też, że PiS „zlekceważył” konstytucję przenosząc wszystkich sędziów Sądu Najwyższego w stan spoczynku. Dlatego prezydenckie veto uważa za „genialną, mądrą i propaństwową decyzję”.

To nie wszystko: Trudno, żeby jego słowa spodobały się partii rządzącej, ponieważ uznał zasadność lipcowych protestów! W przeciwieństwie do rządzących polityków nie mówił o sterowanej ani tym bardziej opłacanej akcji protestów. Oświadczył nawet: – „Ci ludzie pomyśleli, że coś ważnego im odebrano albo coś ważnego im się odbiera. I że nie wyrażają na to zgody”. Warto dodać, że prezydencki doradca był przed laty w rządzie PO-PSL wiceministrem sprawiedliwości. Partyjni oficjele, chociażby Krystyna Pawłowicz, po prostu obawiają sie Królikowskiego, co teraz – po występie u Moniki Olejnik – nie dziwi. Wyrażona przez niego krytyka pozostaje wszak w zupełnej sprzeczności z linią rządu.

ILE WARTE JEST SŁOWO POLITYKA PiS?

BIEDNA POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”. LOS POTRAFI BYĆ JEDNAK IRONICZNY…

NO I JAKI ZAORAŁ ŁAPIŃSKIEGO. SUPER. PROSIMY O WIĘCEJ 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o nieuniknionej walce w PiS.

Duda jest skazany na konflikt z Kaczyńskim

Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski

Na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudę należy patrzyć w szerokich kontekstach i wzajemnych współzależnościach, które nie muszą być kompetencjami ich funkcji. Zadałem pytanie: kim jest Kaczyński, gdy wiadomo, iż na Macierewiczu ciążą konkretne podejrzenia?

Renata Grochal z „Newsweeka” o tych dwóch politykach PiS mówiła w TOK FM: „Macierewicz realizuje politykę, którą Jarosław Kaczyński chce realizować”. I trudno nie zgodzić się z publicystką. Ba, nastręczają się bardzo konkretne pytania. Co chce Kaczyński zrobić w Wojskiem Polskim, z polską obronnością?

A w związku z tym pojawią się od razu trzy następne pytania. Czy Kaczyński rękoma Macierewicza chce rozbroić Polskę (nie zakupiono przez dwa lata żadnego sprzętu, bo trudno zaliczyć do niego samoloty dla VIP-ów, zaś najważniejszy kontrakt na śmigłowce bojowe Caracale został zerwany, w zamian niczego nie zaproponowano)?

Drugie pytanie. Czy Kaczyński chce wyrzucać z wojska najbardziej kreatywny element w postaci generałów, jak generał Mirosław Różański, co przypomina czystki Stalina w latach 30-tych? I trzecie pytanie: Czy Kaczyński chce stworzyć z Wojsk Obrony Terytorialnej prywatną armię PiS?

Kaczyńskiego z Macierewiczem łączą szczególne związki. Nikt nie jest mu tak bliski, nawet nie był brat Lech Kaczyński, ani też trzeci bliźniak Ludwik Dorn, ten ostatni dzisiaj pozostaje jego wrogiem. Beata Szydło szybciej przestanie być premierem niż Macierewicz ministrem. Ta ostatnia myśl jest autorstwa Grochal, acz podobnie myślałem.

I teraz nałóżmy te powinowactwa zamiarów Kaczyńskiego z Macierewiczem na postać Andrzeja Dudy. Konflikt prezydenta z prezesem jest nieunikniony, a nawet w dalszej perspektywie rozrywający PiS.

Chyba podobnie myślą generałowie – i to wyborni dowódcy w sile rozwoju zawodowego – jak wspomniany już Różański, ale też dziesiątki innych, którzy zawiązali Fundację Stratpoints z nadrzędnym celem, aby najlepsi generałowie – cenieni np. w NATO – nie marnowali się. Generałowie zwrócili się nawet z przesłaniem do prezydenta: „Jesteśmy otwarci na współpracę z prezydentem Andrzejem Dudą”.

Ciągle miejmy w tyle głowy, że Kaczyński wysługuje się Macierewiczem, a Duda powiedział tym zamiarom stop, nie podpisując listy awansów na generałów.

Następna sprawa, która nabiera rumieńców, acz nie musi nam się podobać, ale na pewno nie będzie podobać się prezesowi i jego otoczeniu. Na medialne światło wyciekły zręby dwóch prezydenckich ustaw sądowniczych, które mają być procedowane w Parlamencie na miejsce zawetowanych w lipcu.

Nie spodobają się rządowi PiS, bo kompetencje ministra sprawiedliwości zostaną cedowane na prezydenta, który przyznaje sobie w ten sposób rolę bezpiecznika. Np. gdy w Sejmie większość trzech piątych posłów nie wyłoni kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent wskaże własnych kandydatów. Przeciek do mediów ma służyć głównie wzmocnieniu politycznemu prezydenta.

Duda więc skonfliktowany jest nie tylko z Macierewiczem, a w istocie z Kaczyńskim, dorzućmy do tego konflikt ze Zbigniewem Ziobrą, nie piszę o Szydło, bo ta marionetka nie ma narzędzi na usamodzielnienie, zresztą byłoby ono niemożliwe przy jej kompetencjach intelektualnych.

Duda nie musi się nam podobać. Widać, iż zaczął bać się o swoją przyszłość, przecież nie chce skończyć przed Trybunałem Stanu, a jeżeli tak myśli i choć trochę o Polsce, to jest skazany na konflikt z Kaczyńskim. Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski.

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Dorota Warakomska o Kongresie Kobiet.

Co Polkom po Kongresie Kobiet

Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski

Na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudę należy patrzyć w szerokich kontekstach i wzajemnych współzależnościach, które nie muszą być kompetencjami ich funkcji. Zadałem pytanie: kim jest Kaczyński, gdy wiadomo, iż na Macierewiczu ciążą konkretne podejrzenia?

Renata Grochal z „Newsweeka” o tych dwóch politykach PiS mówiła w TOK FM: „Macierewicz realizuje politykę, którą Jarosław Kaczyński chce realizować”. I trudno nie zgodzić się z publicystką. Ba, nastręczają się bardzo konkretne pytania. Co chce Kaczyński zrobić w Wojskiem Polskim, z polską obronnością?

A w związku z tym pojawią się od razu trzy następne pytania. Czy Kaczyński rękoma Macierewicza chce rozbroić Polskę (nie zakupiono przez dwa lata żadnego sprzętu, bo trudno zaliczyć do niego samoloty dla VIP-ów, zaś najważniejszy kontrakt na śmigłowce bojowe Caracale został zerwany, w zamian niczego nie zaproponowano)?

Drugie pytanie. Czy Kaczyński chce wyrzucać z wojska najbardziej kreatywny element w postaci generałów, jak generał Mirosław Różański, co przypomina czystki Stalina w latach 30-tych? I trzecie pytanie: Czy Kaczyński chce stworzyć z Wojsk Obrony Terytorialnej prywatną armię PiS?

Kaczyńskiego z Macierewiczem łączą szczególne związki. Nikt nie jest mu tak bliski, nawet nie był brat Lech Kaczyński, ani też trzeci bliźniak Ludwik Dorn, ten ostatni dzisiaj pozostaje jego wrogiem. Beata Szydło szybciej przestanie być premierem niż Macierewicz ministrem. Ta ostatnia myśl jest autorstwa Grochal, acz podobnie myślałem.

I teraz nałóżmy te powinowactwa zamiarów Kaczyńskiego z Macierewiczem na postać Andrzeja Dudy. Konflikt prezydenta z prezesem jest nieunikniony, a nawet w dalszej perspektywie rozrywający PiS.

Chyba podobnie myślą generałowie – i to wyborni dowódcy w sile rozwoju zawodowego – jak wspomniany już Różański, ale też dziesiątki innych, którzy zawiązali Fundację Stratpoints z nadrzędnym celem, aby najlepsi generałowie – cenieni np. w NATO – nie marnowali się. Generałowie zwrócili się nawet z przesłaniem do prezydenta: „Jesteśmy otwarci na współpracę z prezydentem Andrzejem Dudą”.

Ciągle miejmy w tyle głowy, że Kaczyński wysługuje się Macierewiczem, a Duda powiedział tym zamiarom stop, nie podpisując listy awansów na generałów.

Następna sprawa, która nabiera rumieńców, acz nie musi nam się podobać, ale na pewno nie będzie podobać się prezesowi i jego otoczeniu. Na medialne światło wyciekły zręby dwóch prezydenckich ustaw sądowniczych, które mają być procedowane w Parlamencie na miejsce zawetowanych w lipcu.

Nie spodobają się rządowi PiS, bo kompetencje ministra sprawiedliwości zostaną cedowane na prezydenta, który przyznaje sobie w ten sposób rolę bezpiecznika. Np. gdy w Sejmie większość trzech piątych posłów nie wyłoni kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent wskaże własnych kandydatów. Przeciek do mediów ma służyć głównie wzmocnieniu politycznemu prezydenta.

Duda więc skonfliktowany jest nie tylko z Macierewiczem, a w istocie z Kaczyńskim, dorzućmy do tego konflikt ze Zbigniewem Ziobrą, nie piszę o Szydło, bo ta marionetka nie ma narzędzi na usamodzielnienie, zresztą byłoby ono niemożliwe przy jej kompetencjach intelektualnych.

Duda nie musi się nam podobać. Widać, iż zaczął bać się o swoją przyszłość, przecież nie chce skończyć przed Trybunałem Stanu, a jeżeli tak myśli i choć trochę o Polsce, to jest skazany na konflikt z Kaczyńskim. Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski.

Mariola dopowiada: „Kongres daje wsparcie. Jak mam jakiś problem, z czymś nie mogę sobie poradzić, dzwonię do dziewczyn i wiem, że mnie wesprą. Dodadzą otuchy. Uświadomią mi moją siłę”.

Siedzimy w jednej z wałbrzyskich restauracji. Omawiamy szczegóły konferencji „Czas na kobiety”, poświęconej aktywności zawodowej i społecznej kobiet. Odbędzie się następnego dnia w Wałbrzychu na terenie Starej Kopalni – centrum nauki i sztuki. Teresa od 27 lat prowadzi niedużą firmę – sklep z materiałami budowlanymi. Mariola zajmuje się poradnictwem zawodowym, aktywizacją osób bezrobotnych i doradztwem edukacyjnym dla młodzieży. Obydwie są w sile wieku. Uśmiechnięte, energiczne, chętne do działania. Dołącza do nas Ela, głównodowodząca w tym zespole. „Aktywna emerytka”, jak o sobie mówi, martwi się o frekwencję i czy wszystko wypali podczas konferencji. Wiadomo jak to jest, niespodzianki na ostatnią chwilę[1].

Wałbrzych jest specyficznym miastem. Dużo tu żon górników, które w czasach świetności kopalni nie musiały lub nie mogły pracować, bo mężowie im nie pozwalali. Nie uzupełniały też wykształcenia. Zajmowały się dziećmi i domem. Taka była tradycja. Ale gdy kopalnie zamknięto, a 25 tysięcy górników i pracowników przedsiębiorstw pracujących na rzecz kopalń odeszło z pracy z dnia na dzień, te kobiety zostały z niczym. Bez zawodu. Bez motywacji do pracy. Za to często ze sfrustrowanym mężem. Pieniądze z odpraw szybko się skończyły. Wtedy okazało się, że coś trzeba zrobić, jakoś żyć, więc kobiety wzięły sprawy we własne ręce.

Ela – pedagożka, nauczycielka, wykładowczyni i harcerka – była na wszystkich ogólnopolskich Kongresach Kobiet w Warszawie. „Dzięki temu, że jest ten ogólnopolski ruch społeczny, my, w terenie, umiemy znaleźć ideę, dla której pracujemy. Umiemy się zjednoczyć. To platforma, w której odnajdujemy się wszystkie. Integrujemy się. Znajdujemy dla siebie zadania. A poza tym wymyślamy co chwilę coś nowego” – mówi Ela. Przyznaje, że Kongres otworzył jej oczy i wyczulił ją na sprawy kobiet. Teraz jest wiceprzewodniczącą Rady Seniorów przy prezydencie Wałbrzycha.

Teresa dodaje: „Od dwóch lat widzimy, że garnie się do działania coraz więcej kobiet, i to młodych. To bardzo cieszy”.

A co cieszy mnie, co uważam za największe sukcesy istniejącego już dziewięć lat Kongresu Kobiet? Te właśnie te trzy kobiety z Wałbrzycha i setki, tysiące im podobnych w różnych miastach i wsiach w całej Polsce. Kobiety, które zrozumiały, że tylko przez wspólne działanie mogą odmienić swój los. Kobiety, które nie siedzą w kapciach przed telewizorem, nie płaczą i nie rozdzierają szat, gdy mają problemy, tylko zakasują rękawy – jak obrazowo mówiła podczas kampanii wyborczej w 2016 roku w Stanach Zjednoczonych Michelle Obama, namawiając na udziału w wyborach i wsparcia Hillary Clinton – i biorą się do pracy. Jej częścią jest przekonywanie kolejnych kobiet, że warto działać. Że bycie kobietą to wspaniała rzecz, bo ma się poparcie tak wielu znanych i nieznanych, sławnych i zwyczajnych kobiet. Że solidarność nie jest zarezerwowana dla wielkiej polityki albo mężczyzn, ale w praktyce dotyczy także kobiecej codzienności.

O solidarności, a także o stereotypach i sposobach na ich pokonanie rozmawiamy podczas dyskusji na temat aktywności zawodowej kobiet. Dzielimy się także wiedzą, jak wyciągać wnioski z popełnionych błędów. Jak się nie załamać po ogłoszeniu upadłości. Skąd brać pomysły. Gdzie szukać wsparcia, a gdzie pieniędzy. Dyskusja w Wałbrzychu się przeciąga, jak zwykle, bo uczestniczące w spotkaniu kobiety też chcą zabrać głos, pochwalić się inicjatywami, podzielić doświadczeniami.

Po dwóch turach praktycznych warsztatów (jak prowadzić firmę, jak się samorealizować i działać z entuzjazmem, jak rozpoznać swój potencjał) spotykamy się znów wszystkie w sali plenarnej i mam wrażenie, że kobiety nie chcą się rozstać. Potrzebują takich rozmów, wskazówek, ale i bycia wysłuchaną. A gdy widzą, że inna miała tak samo pod górkę, ale dała radę, łatwiej im planować działania. I choć każda z konferencji w cyklu „Czas na kobiety” jest inna ze względu na dostosowany do specyfiki regionu dobór warsztatów i osób dyskutujących, wszędzie zauważam to samo: kobiety wiedzą, że dyskryminacja jest prawdziwym problemem, tak samo jak seksizm. I dopóki nie zadbają o własne bezpieczeństwo, o życie bez przemocy, o przestrzeganie należnych im praw, dopóty nie będą miały siły ani motywacji, by zabiegać o awans czy podwyżkę. A przecież niezależność finansowa daje kobietom wolność.

Tydzień później jestem w Koninie. Tu odbywa się już piąty regionalny Kongres Kobiet. Niepełnosprawne dzieci tańczą na scenie, zagrzewając do dyskusji. Na widowni panie z Kół Gospodyń Wiejskich oraz Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Amazonki, rolniczki, nauczycielki, przedsiębiorczynie. Na scenie tłumaczka migowa, wśród widzów jest bowiem spora grupa osób głuchych i niedosłyszących.

Pierwszy panel – o seksie. Terapeutka, promotorka kobiecej seksualności, dziennikarka i tak zwana kobieta domowa dyskutują o tym, że seks i władza idą w parze, że seks jest wtedy, gdy obie strony mają na to ochotę, że najwyższy czas, by kobiety zadbały o własne potrzeby. „Bądźmy po stronie kobiet. Pilnujmy naszych granic” – apelują. Drugi panel – o stereotypach płciowych. „Różowy czy niebieski” – rozmawiają uczennice i uczniowie z I liceum w Koninie. Pokazują nagrany przez siebie film z przedszkolakami. Pada pytanie, czy dziewczynka może być strażakiem. Maluchy odpowiadają chórem: „Tak!”. A jedna z dziewczynek dodaje: „Strażaczką!”. Widownia bije brawo.

W trakcie przerwy jest okazja, by odwiedzić stoiska w „parku kobiet” w hallu  domu kultury i kina Oskard, gdzie odbywa się jubileuszowy koniński kongres. Stoiska organizacji pozarządowych, inicjatyw pomocowych i kobiecych biznesów przeżywają oblężenie. Kobiety pozdrawiają się, wymieniają telefonami, robią pamiątkowe zdjęcia. Tymczasem w sali na scenę wchodzi córka Ewy, konińskiej pełnomocniczki stowarzyszenia. Agnieszka przez pięć lat istnienia Kongresu w Koninie zdążyła zacząć i skończyć studia.

„Czego nauczyłam się przez te pięć lat?” – pyta. I od razu wyjaśnia: „Nauczyłam się solidarności. Solidarności według kobiet. Jesteśmy od siebie totalnie różne. Jednak co roku ramię w ramię tworzymy coś ponad podziałami. Nauczyłam się współpracy. Współpraca jest na maksa ważna, bo razem znaczymy więcej niż osobno. Nauczyłam się, że w Stowarzyszeniu Koniński Kongres Kobiet »niemożliwe« nie istnieje”. Agnieszka się uśmiecha, ale zaraz poważnieje. „Nauczyłam się, że wolność, demokracja i wszystko to, w co kiedyś wierzyłam, może mi zostać tak łatwo odebrane. Kongres Kobiet zawsze był apartyjny, jednak nigdy apolityczny. Przez pięć lat zmieniło się moje rozumienie walki o prawa kobiet. Pięć lat temu moim marzeniem były suwak i parytet, dzisiaj jest nim godna opieka okołoporodowa. Pięć lat temu chciałam edukacji seksualnej w szkołach, dzisiaj chcę rozsądnej, przemyślanej edukacji, także patriotycznej i historycznej. Pięć lat temu moim przyjaciołom ciężko było mnie wyciągnąć na Manifę czy Marsz Równości. Dzisiaj nie wyobrażam sobie siedzenia w domu, gdy próbuje mi się mówić, jak mam żyć. Zwracam się do moich rówieśników. Urodziliśmy się w wolnym, demokratycznym kraju, dorastaliśmy w europejskiej wspólnocie. Jeśli kochacie nasz kraj tak samo jak ja, musicie chodzić na wybory, musicie startować w wyborach, musicie się angażować”.

Zrywam się z miejsca, podobnie jak wszystkie kobiety w sali, rozlega się burza oklasków. Zerkam na Ewę. Jest dumna z córki, wzruszona, śmieje się. A ja myślę, że takich Ew i Agnieszek potrzebujemy w każdej gminie.

Na przemyślenia o zmianie pokoleniowej nie ma czasu, bo na scenie rozpoczyna się panel feministów. „To jest draństwo, że mężczyzna ze względu na inny chromosom uważa, że może być na piedestale. Patriarchat się przeterminował” – mówi Janusz Leon Wiśniewski, naukowiec i pisarz. A publicysta Roman Kurkiewicz wyjaśnia, dlaczego dla wzmacniania kobiet i równouprawnienia tak ważne jest używanie żeńskich końcówek i nazw zawodów.

Ostatni panel: „Dzień kobiet na co dzień czy od święta?”. Dyskutują dwie posłanki (Joanna Mucha z PO i Paulina Hennig-Kloska z .Nowoczesnej), przedstawicielka show biznesu i ja.  W tym czwórgłosie wyraźnie słychać, jak bardzo zmieniłyśmy się przez ostatnie lata. Dzień kobiet w tym roku upłynął pod znakiem protestów, strajku kobiet i wezwań do przestrzegania naszych praw.

Koniński Kongres kończy się muzycznym występem organizatorek, które stworzyły grupę Ale Babki, i wspólnym śpiewaniem wszystkich na sali „Babę zesłał Bóg…”.

Gdy wieczorem wracam do Warszawy, zdaję sobie sprawę z ogromu pracy, jaką wszystkie przez minione lata wykonujemy. Punktem wyjścia były działania podjęte wokół organizacji I Kongresu Kobiet, na który zjechały ponad cztery tysiące uczestniczek z całej Polski. W trakcie zjazdu dyskutowały w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie o wkładzie kobiet w transformację i historię ostatniego dwudziestolecia w naszym kraju. Było to w 2009 roku. Od tego czasu kongresy odbywają się co roku. Podczas nich dyskutujemy, uczymy się, rozmawiamy z gośćmi z Polski i ze świata. Na pierwszym gościły między innymi Maria Kaczyńska i Jolanta Kwaśniewska, a tytułem „Polki Dwudziestolecia” została uhonorowana Henryka Krzywonos-Strycharska. Na drugim nagrodę otrzymała profesor Maria Janion. Trzeci Kongres okazał się wydarzeniem europejskim, z rekordową międzynarodową obsadą. Czwarty był poświęcony kobietom z obszarów wiejskich. Piąty wzywał do partnerstwa. Szósty, pod hasłem „Wspólnota, równość, odpowiedzialność”, pobił rekord uczestniczek (ponad dziewięć tysięcy). Siódmy opowiedział się za pomocą dla uchodźców i uchodźczyń. Ósmy wzywał do aktywności na rzecz demokracji.

Kolejne kongresy wypracowują postulaty – zbiór żądań i priorytetów, tematów, które są ważne dla kobiet, a które umykają rządzącym. Pierwsza lista w 2009 roku objęła 200 zagadnień, wśród nich: wprowadzenie parytetów płci na listach wyborczych,powołanie niezależnego rzecznika do spraw równości,sporządzanie corocznego raportu w Sejmie o sytuacji kobiet,skuteczną politykę prorodzinną,refundację zapłodnienia in vitro,ochronę kobiet i dzieci przed przemocą,reformę systemu edukacji, by przeciwdziałał dyskryminacji kobiet, uchwalenie ustawy o związkach partnerskich umożliwiającej osobom homoseksualnym i heteroseksualnym godne życie, zwiększenie skuteczności ściągalności alimentów.

Na kolejnych ogólnopolskich spotkaniach naszego ruchu prezentowałyśmy 10–20 postulatów wybranych spośród tych 200, które co roku na zakończenie Kongresu wręczałyśmy premierowi, jako wskazówkę, czego potrzebują kobiety. Premier – sześciokrotnie Donald Tusk i raz Ewa Kopacz – przedstawiał działania rządu na rzecz kobiet[2]. W minionym roku było inaczej. Po raz pierwszy nasze zaproszenie zostało zignorowane, a VIII Kongres Kobiet nie przyjął listy postulatów. W zamian zdecydowałyśmy się na oświadczenie, w którym przypomniałyśmy, że naszym celem, od początku, jest wzmocnienie demokracji, uczynienie jej bardziej równościową, bardziej wrażliwą na dyskryminację, na problemy kobiet. Dla nas brak rozwiązań prawnych dla związków partnerskich i równych praw osób tej samej płci to jedna z najważniejszych nierealizowanych wcześniej spraw. Ale teraz – jak wiadomo – sytuacja kobiet i mniejszości pogorszyła się znacząco. I dalej: „Dziś czas jakby się cofnął. Musimy troszczyć się nie tylko o równość i prawa kobiet, ale i o fundamenty samej demokracji, o jej podstawowe instytucje, o elementarne zasady wolności obywatelskiej. Obecna władza łamie zasady Konstytucji, pogłębia klerykalizację życia publicznego, ideologizuje edukację, upartyjnia media, inwigiluje obywateli, akceptuje język nienawiści, izoluje Polskę od Europy i wreszcie – podważa podmiotowość kobiet i ich prawo do podejmowania decyzji o macierzyństwie.

Nie godzimy się na to! Dlatego Kongres Kobiet będzie wspierał wszelkie inicjatywy obywatelskie na rzecz wolności, demokracji, swobodnego rozwoju społeczeństwa otwartego, praw indywidualnych obywateli i obywatelek. Jesteśmy i będziemy po stronie demokracji, praworządności, równości i europejskości”[3].

W dzisiejszych trudnych dla kobiet czasach warto przypomnieć sobie nasze największe sukcesy. Nie brakuje ich. Obywatelski projekt ustawy o parytetach na listach wyborczych był pierwszą bardzo konkretną inicjatywą Kongresu Kobiet. Zbieranie podpisów pod projektem w całej Polsce pokazało, jak ważne są działania na rzecz kobiet. Dlatego w 2010 roku zostało powołane Stowarzyszenie Kongres Kobiet. Gdy projekt trafił na początku 2010 roku do Sejmu, inicjatywę poparła i przedstawiła na sali plenarnej Izabela Jaruga-Nowacka. W toku prac parlamentarnych zmniejszono gwarantowany udział kobiet i mężczyzn na listach wyborczych do Sejmu, Parlamentu Europejskiego i samorządów z 50 do 35 procent. Ostatecznie ustawę w grudniu 2010 roku przyjął Sejm: za było 241 posłów (SLD, PO i PSL), przeciw – 154 (głównie PiS), 9 wstrzymało się od głosu. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ją na początku 2011 roku. Można uznać, że wprowadzenie w życie idei kwot jest ogromnym sukcesem Kongresu Kobiet. Tysiące osób – zarówno kobiet, jak i mężczyzn – które zbierały podpisy pod obywatelskim projektem, doskonale wiedziało, że nie chodzi o wprowadzanie do polityki kobiet na siłę, tylko o danie im szansy poprzez umieszczenie na listach wyborczych.

Następnym ogromnym osiągnięciem było doprowadzenie do ratyfikacji Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, który to dokument obecny rząd uważa za zbędny. Znów nastąpiła ogromna mobilizacja: dziesiątki apeli, spotkań z politykami, konferencji prasowych, argumentów, przykładów oraz protestów – happeningów, gromadzących panie z czarnymi balonikami, twarzami pomalowanymi w siniaki. Wokół poparcia dla Konwencji udało się zjednoczyć organizacje pozarządowe. Przedstawicielki Kongresu Kobiet uczestniczyły w posiedzeniach komisji sejmowych. Dyskutowały, przedstawiały argumenty, walczyły z absurdalnymi stwierdzeniami, jakoby Konwencja miała zniszczyć naszą cywilizację…

Nasze starania trwały długo, ale było warto. W końcu zwyciężyło przekonanie, że Konwencja jest kompleksowym i skutecznym narzędziem walki z przemocą. Rząd podpisał dokument w grudniu 2012 roku, a Sejm ostatecznie zatwierdził ratyfikację w lutym 2015 roku – za głosowało 254 posłów, przeciw było 175, a 8 wstrzymało się od głosu. Ustawę ratyfikacyjną poparli w posłowie koalicji rządzącej PO-PSL oraz SLD i Twój Ruch. Przeciwko głosowali politycy PiS. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę ratyfikującą w marcu 2015 roku.

Kolejne osiągnięcia ruchu kobiet to zmiany przepisów w wielu dziedzinach. Wymienię najważniejsze: refundacja zabiegów in vitro; wprowadzenie ścigania gwałtu z urzędu i zmiana formy przesłuchań ofiar przemocy seksualnej;zmiana ustawy żłobkowej; monitoring występowania luki płacowej w instytucjach publicznych (administracji centralnej i samorządowej, spółkach komunalnych); pozytywna opinia rządu do projektu unijnej dyrektywy kwotowej[4]; podwyższenie świadczenia pielęgnacyjnego; powołanie pełnomocniczki do spraw równego traktowania – najpierw Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, następnie profesor Małgorzaty Fuszary.

Te sukcesy to efekty żmudnej pracy Kongresu. Tysięcy rozmów, nieustannego prezentowania postulatów, przekonywaniu ministrów i parlamentarzystów. To setki, jeśli nie tysiące spotkań w Sejmie, Senacie, poszczególnych resortach. To rozmowy naszych pełnomocniczek regionalnych z władzami samorządowymi. To konferencje prasowe, udzielane wywiady. To przedstawiane analizy, raporty, fakty i dane. To wielogodzinne dyskusje, w bardziej i mniej  oficjalnych okolicznościach, często niełatwe. To wreszcie happeningi i protesty.

Teraz, gdy kobietom są odbierane ich prawa, protestujemy i będziemy protestować jeszcze głośniej. Kongresowy ruch społeczny skupia osoby indywidualne, organizacje pozarządowe, przedstawicielki biznesu, polityki, świata nauki, sztuki, kultury, dziennikarstwa, związków zawodowych, związków pracodawców itd. – kobiety z całej Polski, o różnych poglądach, z różnych środowisk, ponad politycznymi i wszelkimi innymi podziałami. Henryka Bochniarz i Magdalena Środa, dwie kobiety, które zapoczątkowały i kontynuują pracę na rzecz Kongresu Kobiet, są tego najlepszym przykładem. Dwa różne światy, dwie różne wrażliwości, różne historie życiowe i jedna misja – połączyć kobiety.

Często spotykam się z poglądem, że Kongres Kobiet to „paniusie w garsonkach” – takie słowa padają z ust niektórych feministek i osób z lewej strony sceny politycznej, co chyba ma znaczyć, że paniom z biznesu jest nie po drodze ze „zwykłymi” kobietami. Często słyszę też, że nasz ruch jest zbyt radykalny w swoich feministycznych postulatach i działaniach – to z kolei głos środowisk biznesowych i osób, które wolałyby działania powolne, są bardziej konserwatywne i boją się rewolucji. Pewnie obie grupy mają rację – jesteśmy różne, ale na tym polega nasza siła. Tak, są z nami sławne panie, między innymi Krystyna Janda, Agnieszka Holland, Maja Ostaszewska, Katarzyna Żak. Ale w kongresowym ruchu społecznym działają też bibliotekarki, rolniczki, sołtyski, robotnice, matki, babcie. Najzwyklejsze kobiety. To ich codzienna praca przynosi najwięcej efektów. Na to nakładają się inicjatywy podejmowane przez Stowarzyszenie – monitoring mediów, obserwatorium nierówności płci, szkolenia antydyskryminacyjne, badanie sytuacji kobiet w różnych dziedzinach – skutkujące raportami, konferencjami, szkoleniami.

Dzięki tym działaniom coraz więcej mówiło się o kobietach i ich znaczeniu, powstało wiele organizacji, stowarzyszeń, fundacji, klubów na rzecz kobiet. Kongres Kobiet jest platformą wspierającą różne tego typu działania. Nie uzurpuje sobie prawa do reprezentowania wszystkich kobiet w Polsce, ale wokół tej inicjatywy w całej Polsce wiele się dzieje. Jedne zarażone ideą współpracy i działania kobiety wciągają następne – w edukację, w małe wspólnoty, w ruch emancypacyjny, w wolność i równość.

Idę ulicą Białegostoku. Właśnie zakończyła się kolejna dyskusja o aktywności kobiet na rynku pracy. Podbiega do mnie długowłosa blondynka po trzydziestce. Dziękuje za konferencję, za wiedzę, wsparcie. „Zawsze wydawało mi się, że nie jestem feministką. Że te słowa o walce, stereotypach i dyskryminacji mnie nie dotyczą” – mówi szybko. „Jednak coraz częściej widzę, na każdym kroku, że macie rację. Mniejsze zarobki, pomijanie w szkoleniach, mąż oczekujący obsługi w domu, teściowa, która mówi, że w głowie mi się przewraca, bo nigdy nie będę równa i żebym się z tym pogodziła” – dodaje zawstydzona.

Dlaczego nie zabrała głosu podczas konferencji?

„Jeszcze nie mam śmiałości, by mówić o tym publicznie” – wyjaśnia.

Jeśli choć przez chwilę miałam wątpliwości, czy warto organizować kolejny Kongres Kobiet, czy warto zabiegać o zdobycie finansów, pokonywać setki trudności organizacyjnych, logistycznych, zarywać noce… Ta myśl znika w ułamku sekundy. Oczywiście, że warto. Kolejne kobiety zostaną zarażone świadomością swoich praw, szkodliwości stereotypów, ideą działania i współpracy. Uśmiecham się więc do długowłosej blondynki i mówię: „Do zobaczenia na kolejnej konferencji albo na regionalnym Kongresie, albo na następnym, dziewiątym już ogólnopolskim Kongresie, który w tym roku po raz pierwszy wyjeżdża z Warszawy. Do zobaczenia we wrześniu w Poznaniu!”.

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

>>>

Wiersz Kornela Filipowicza, partnera życiowego Wisławy Szymborskiej.

Zakuty łeb.

Piękna, spokojna Polska. Pod Sejmem podpatrzone.

W PiS wojna na całego, będzie tak dlugo trwała, aż ta władza się rozleci. Trzeba także im pomagać protestować. Kancelaria Prezydencka walczy z Nowogrodzką. Oto rzecznik Dudy. – Nie wypada, aby wiceministrowie pouczali prezydenta. Jeśli któryś z wiceministrów osiągnie takie poparcie w wyborach i zdobędzie ponad 8 mln głosów, to wówczas będzie partnerem do rozmowy – powiedział rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński.

Rzecznik prezydenta ostro odpowiada PiS: 70 proc. chciało reformy, potem 50 proc. chciało weta. Gratuluję

Krzysztof Łapiński rozmawiał z TVN 24. Został zapytany o słowa Patryka Jakiego, który po wecie na Facebooku napisał: „W Polsce, od kiedy pamiętam, było tak, że jak dekomunizacja w różnych obszarach państwa była blisko, to zawsze ktoś wymiękał”.

– Mam nadzieję, że rozemocjonowani politycy trochę ostudzą swoje emocje i ton swoich wypowiedzi. Mam też nadzieję, że politycy Solidarnej Polski nie będą ponownie rozbijać Zjednoczonej Prawicy. To nie jest dobry czas, aby takie działania przeprowadzać. Obecny rząd cieszy się niewielką większością w parlamencie, więc nie można ryzykować tego, aby tę większość utracić. To jest czas na ochłodzenie emocji – powiedział Krzysztof Łapiński.

– Mogę panu wiceministrowi Jakiemu powiedzieć jedno:

To zwycięstwo Andrzeja Dudy otworzyło PiS drogę do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Także dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy pan wiceminister Jaki jest dzisiaj wiceministrem.

Gdyby tego zwycięstwa nie było, to pan Jaki byłby dzisiaj poza parlamentem lub siedziałby w ławach opozycji. Nie wypada, aby wiceministrowie pouczali prezydenta. Jeśli któryś z wiceministrów osiągnie takie poparcie w wyborach i zdobędzie ponad 8 mln głosów, to wówczas będzie partnerem do rozmowy. Panowie Jaki i Wójcik są wiceministrami i posłami dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy w wyborach i to niestosowne, aby wypowiadali się w takim tonie do prezydenta – mówił Krzysztof Łapiński.

Przypomniał też, że w niektórych sondażach nawet 70 proc. Polaków było za reformą wymiaru sprawiedliwości.

– Działania w ostatnich tygodniach w Sejmie doprowadziły do tego, że ponad 50 proc. chciało trzech wet. Codziennie po kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy ludzi wychodziło w różnych miastach protestować.

Ja gratuluję sprawnego przeprowadzenia tej reformy – kpił minister.

Dziennikarka zapytała również o słowa Marka Suskiego, który zasugerował, że Andrzej Duda może nie być kandydatem PiS na prezydenta w kolejnych wyborach.

– O tym pewnie każda partia będzie decydować za dwa lata. Hipotetycznie można sobie wyobrazić, że kandydatem będzie poseł Suski – odpowiedział Łapiński.

Rzecznikowi odpowiedział już Patryk Jaki:

– Partnerem do dyskusji nigdy nie będą dla mnie ludzie od PR-u. Bo oni nigdy nie zrozumieją, dlaczego trzeba robić nie-PR-owe reformy. Ta zaczepka daje szansę TVN na rozgrywanie obozu oraz podtrzymanie tematu konfliktu i emocji postKODu. Teraz widać kto ma jakie intencje – napisał wiceminister.

Magdalena Środa nie wierzy nikomu z PiS-u. I słusznie.

To jest niedopuszczalne, żeby jeden z szefów w TVP Info prowadził „anonimowe” konta, którymi poniża opozycję i walczy z nią.

To zostawię bez komentarza bo samo sie komentuje. 😂😂😂

– Przestańmy się zajmować jednym funkcjonariuszem PiS, jakim jest prezydent Duda. Trzeba wrócić do tego, co jest źródłem sytuacji w Polsce, czyli do Prawa i Sprawiedliwości – mówiła w TOK FM Marta Lempart ze Strajku Kobiet. W ponad 30 miastach odbędą się akcje przeciwko PiS.

„Funkcjonariusze PiS niszczą Polskę” – „spacerowicze” przed biurami partii rządzącej

Zapowiedź zawetowania przez prezydenta ustaw o KRS i SN i podpisanie nowelizacji przepisów dotyczących ustroju sądów nie kończą protestów. Codziennie ludzie zbierają się przed siedzibami sądów.

Dziś protesty odbędą się przed biura Prawa i Sprawiedliwości. Akcja zacznie się  o 18.

– Chodzi o to, by przestać się zajmować tym, co powiedział, podpisał czy nie podpisał pan prezydent. To już w tym momencie nie ma znaczenia. Trzeba wrócić do tego, co jest źródłem sytuacji w Polsce; czyli do Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi o to, by zwrócić uwagę ludzi na to, skąd to wszystko pochodzi – mówiła w TOK FM Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.

Funkcjonariusze od psucia

Zdaniem jednej z inicjatorek Czarnego Protestu, decyzja prezydenta Dudy w sprawie zawetowania ustaw o Krajowym Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym nie powinna przesłonić tego, że głowa państwa podpisała przepisy, które dają wielką władzę min. Ziobrze.

Nie wszyscy idziemy do SN. Zresztą Sąd Najwyższy nie wszystkie sprawy rozpatruje. Najważniejsze więc jest to, co dzieje się w sądach rejonowych, okręgowych. A niezawisłości niezależności sądów zostaliśmy pozbawieni

– oceniła Lempart w „Poranku Radia TOK FM”.

Jak stwierdziła, „pan prezydent zachował się jak funkcjonariusz PiS, który demoluje ustrój”.

Wszyscy, którzy działają w PiS, wiążą się z tą partią, biorą udział w niszczeniu ustroju; w likwidacji wolności i praw obywatelskich. Oni są wszędzie i my też jesteśmy wszędzie

– powiedziała Lempart.

Protesty przed biurami Prawa i Sprawiedliwości to pomysł Strajku Kobiet, ale akcje popierają inne organizacje.

– Udało nam się zaprosić większość partii parlamentarnych i pozaparlamentarnych, organizacje obywatelskie na czele z Obywatelami RP, ludzi związanych z KOD . Będziemy tam razem – zapowiedziała Lempart w rozmowie z Jackiem Żakowski.

Waldemar Mystkowski pisze o nowym zjawisku młodych Polek i Polaków, które zmiecie PiS.

Lipcowa rewolucja wydaje się być trwała

Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa.

Andrzej Duda podjął rękawicę rzuconą przez protestujących, zawetował dwie z trzech ustaw dotyczących sądownictwa. I nie dlatego to zrobił, że zrozumiał cokolwiek, ale dlatego, że się przestraszył.

Przewroty, upadki, rewolucje zawsze mają za jedną z zasadniczych przyczyn bezpośrednich  – strach. To już się stało i nie jest do cofnięcia, choćby nie wiem, co PiS robił, to se ne vrati. Właśnie! Nie chodzi o decyzję Dudy, chodzi o to, co się urodziło na ulicy dzięki ustawom sądowniczym, a czego niechcący akuszerem został Duda.

Atmosfera się nie uspokoi, bo protest zobaczył się w lustrze. Zobaczył, jaką posiada siłę i przede wszystkim: usłyszał siebie, wyartykułował się, acz są to na razie pierwociny artykulacji, zręby są jednak wyraźne.

Duda na tym nie skorzysta, jest więźniem pisowskiego zaplecza, jest skazany na inicjatywy polityczne akolitów i samego Jarosława Kaczyńskiego. Aby się uwiarygodnić, musiałby wszystko odrzucać, wetować, a tego nie zrobi, gdyż prawdopodobnie jest postawiony na funkcji prezydenta siłą haków, które były w użyciu w słynny poniedziałek (24.07.2017 – warto zapamiętać tę datę), gdy delegacja marszałków i premier chciała na nim wymóc cofnięcie weta.

Duda ma więc świadomość, że parafując jakąkolwiek ustawę nie podobającą się nowemu podmiotowi politycznemu – nazwijmy na razie: protestującymi – spotka się z podobną reakcją ulicy, street politics, jak w lipcu. Nie wejdzie też w żaden bliższy alians z protestującymi, bo gdyby był niezłomny – jak zarzekał się bufoniarsko na początku prezydentury – już dawno wyszedłby do protestujących.

Nie jest to jednakże pocieszająca wiadomość dla opozycji parlamentarnej. Co wrażliwsi mają tego świadomość. Podczas ośmiu dni lipcowych – chyba już możemy używać nazwy rewolucja lipcowa – politycy rzadko byli dopuszczani do głosu. Piszę na przykładzie Poznania. Tylko w pierwszym dniu protestu organizowanym przez KOD do głosu został dopuszczony prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

W następnych dniach prowadzący Franciszek Sterczewski zachęcał polityków do robienia notatek, a nie do gulgotania w sitko, a nawet namawiał do służby w ochranianiu protestu. Usłyszał tę zachętę nie tylko Ryszard Petru, aby wdziać odblaskową kamizelkę. W tym sensie lipcowe protesty – lipcowa rewolucja – jest postkodowska. Nie przekreśla to KOD, nie wyklucza go, ukazała jednak błędy, które popełnił KOD. Acz – to też trzeba mieć na względzie – błędy były nie do uniknięcia. Dlatego, że politycy zostali sprowadzeni do swego wymiaru funkcji: służby, dlatego nagle zjawili się młodzi i objęli dowodzenie nieposłuszeństwem obywatelskim. Wyartykułowali się, bo w trakcie protestów nie tylko słyszeliśmy potrzebę bronienia trójpodziału władzy, szczególnie sądownictwa, ale też potrzeby z innych beczek społecznych potrzeb. To nie był protest gatunkowy (w sprawie sądownictwa), to był protest szerokiego nurtu, głównego i pokoleniowy.

Nie jest to więc dobra wiadomość dla Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, ale dla poszczególnych polityków tych partii owszem, bo mają ucho i otwarty rozum na wrażliwość, która właśnie się artykułuje. Protesty wykreowały młode elity. I są to m.in młodzi prawnicy – norma np. w USA – ale nie tylko, świat nie jest im obcy, a Europa domem takim samym, jak Polska.

Protestujący z rewolucji lipcowej zamyślają o powołaniu nowego podmiotu politycznego. Jedna z uczestniczek Małgorzata Sikorska chce fundować Polskę od nowa, pisze o tym (punkts.blog.polityka.pl): – „Czy potencjał, który tak wyraźnie ujawnił się w czasie ostatnich manifestacji (i to zarówno po stronie przemawiających, jak i uczestników), przełoży się na powstanie nowej siły politycznej, której przedstawiciele być może będą mieli odmienne zdania, co do kwestii szczegółowych, ale zgodzą się co to pryncypiów – tego, że ta „nowa” Polska musi być zbudowana na otwartości, szacunku i solidarności społecznej? Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa”.

Wielce prawdopodobne, że narodził się polski Emmanuel Macron.

Władysław Frasyniuk: Dobrze będzie, ale bądźmy czujni

>>>

TAK BĘDZIE

O tajnym państwie PiS w Polsce piszą w „Wyborczej” Agata Kondzińska, Iwona Szpala i Bartłomiej Kuraś. Do Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego można wejść tylko z zaproszeniem, o którym decyduje Jarosław Kaczyński. Z informacji „Wyborczej” wynika, że w izbie pamięci zmarłego prezydenta pojawi się wkrótce nowy eksponat – sarkofag z Wawelu.

Willa na warszawskim Żoliborzu ma adres Mickiewicza 51, ale wchodzi się do niej od tyłu, z ul. Solskiego. To tu działa Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Za płotem jest dom prezesa PiS. Nieruchomości chronią byli komandosi, którzy założyli spółkę GROM Group. PiS płaci im miesięcznie 100 tys. zł.

Szefową instytutu jest Barbara Czabańska, była żona posła PiS i szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego. W zarządzie instytutu jest też Adam Lipiński, wiceprezes PiS i druh Kaczyńskiego jeszcze z czasów jego pierwszej partii – Porozumienia Centrum.

Działalność instytutu im. Lecha Kaczyńskiego: Biznesy, spotkania, pamiątki

Instytut ma szerokie spektrum działalności.

Po pierwsze, jest właścicielem spółek Srebrna i Srebrna Media. To biznesowe zaplecze środowiska Jarosława Kaczyńskiego, które opisaliśmy w ubiegłotygodniowym cyklu „PiS: Pieniądze i Spółki” (dostępny na Wyborcza.pl). Obie spółki zajmują się nieruchomościami – ich wynajmem oraz projektami deweloperskimi. Pierwsza chce stawiać 190-metrowy wieżowiec w Warszawie, druga ma kilka hektarów ziemi w Puszczy Augustowskiej i szykuje się do budowy osiedla domków letniskowych.

Po drugie, instytut to miejsce spotkań. Tajnych oraz zamkniętych. Tajne było m.in. spotkanie prezydenta Andrzeja Dudy, który we wrześniu 2015 r. rozmawiał tam z Jarosławem Kaczyńskim. Po kryzysie sejmowym na początku roku Kaczyński ściągnął do instytutu ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę. O spotkaniach zamkniętych napiszemy za chwilę.

Po trzecie, w instytucie powstaje izba z pamiątkami po Lechu Kaczyńskim. Kiedy na Wawelu rozpoczęły się poszukiwania pierwszego sarkofagu, w którym spoczywała zmarła pod Smoleńskiem para prezydencka, trop wiódł na Żoliborz.

Prezes Jarosław Kaczyński zaprasza. Ale nie bywa

O kulisach działania instytutu opowiadają „Wyborczej” uczestnicy tamtejszych spotkań. Sami nie mamy szans wejść – listę gości osobiście akceptuje Jarosław Kaczyński, który od lat nie rozmawia z „Wyborczą”. Zdarza mu się wykreślać osoby z listy. „Polityka” pisała, że kiedyś zabronił wstępu nawet senator PiS Annie Marii Anders.

Seminaria dla polityków i przyjaciół PiS odbywają się na parterze. Salon mieści 40-50 osób. Kaczyński tam nie bywa – ze współpracownikami się nie brata, na rozmowy zaprasza ich do centrali PiS przy ul. Nowogrodzkiej. Organizatorami spotkań są Edward Stańczak (kustosz izby pamięci Lecha Kaczyńskiego) oraz Józef Orzeł. To były polityk PC, dziś prezes Ruchu Kontroli Wyborów. Organizacja sugeruje, że przegrane przez PiS wybory samorządowe w 2014 r. były sfałszowane, postuluje też liczne zmiany w ordynacji, np. przezroczyste urny, które przez cały czas obserwują kamery.

Spotkania w instytucie odbywają się średnio co miesiąc. Ostatnie – 1 czerwca – dotyczyło rozwoju polskiej dyplomacji gospodarczej. Przemawiali wiceprezes PKO BP Max Kraczkowski oraz Adam Brożek z Ministerstwa Rozwoju. – Było ok. 30 osób. Dyskusja toczyła się na bardzo wysokim poziomie. To było moje pierwsze wystąpienie w instytucie, ale spokojnie mogę go nazwać klubem dyskusyjnym inteligencji żoliborskiej – mówi Kraczkowski. – W przyszłym miesiącu w instytucie odbędzie się spotkanie z ministrem środowiska prof. Janem Szyszką.

Twarze rządu PiS. O czym mówią na Żoliborzu

Goście instytutu pokazują nam kolejne zaproszenia. Wśród prelegentów są czołowe nazwiska rządu PiS, m.in. wicepremier Mateusz Morawiecki (przedstawiany jako „stały komentator”, to w salonie instytutu wykuwa swoją pozycję w partii), minister edukacji Anna Zalewska, minister sportu Witold Bańka oraz minister z kancelarii premiera Henryk Kowalczyk. Przemawiają też szefowie spółek skarbu państwa (m.in. PKP i KGHM) czy wiceprezes IPN Krzysztof Szwagrzyk. Wykłady miał też politolog Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, który publikuje na portalu wPolityce.pl i tygodniku „wSieci”. – Przyjechałem tam na zaproszenie kustosza izby pamięci. Za prelekcje nie przysługuje honorarium – mówi Kostrzewa-Zorbas.

Tematy? Różne. Gospodarka, budowa centralnego portu lotniczego między Warszawą a Łodzią czy „Poszukiwanie bohaterów. Kara dla morderców” o poszukiwaniu ofiar SB, które w czasach stalinizmu po kryjomu grzebano na „łączce”, części Powązek Wojskowych.

W programie są też występy artystyczne. W jednym z zaproszeń czytamy, że aktor Jerzy Zelnik (przedstawiony jako „honorowy wolontariusz”) interpretował wiersze patriotyczne i poezję kustosza Stańczaka z grupy poetyckiej Okno. Szukamy jego wierszy w sieci. Znajdujemy m.in. „Ład będzie?”. Idzie to tak:

na prawo klucz łabędzi

a jadę Wałem

Miedzeszyńskim z teściową

w drugi dzień po nocy

Narodzin Boga

pod Betlejemem

więc pod Domem Chleba

gdzie nie witano Marii

chlebem ani solą

białe łabędzie

czyżby to wracały

anioły z chóru?

dodaję gazu

chciałbym je zapytać

jak Mama?

jak Maleństwo?

(…)

Od Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego do CBA

Wrzesień 2016 r. Do instytutu przyjechali goście z mazowieckich Wiskitek. Przywieźli księgę kondolencyjną, do której po katastrofie smoleńskiej wpisywali się mieszkańcy wsi. Do izby pamięci przekazał ją wójt Franciszek Miastowski, któremu towarzyszył szef lokalnego PiS Krzysztof Maciejczyk. Wraz z nimi przyjechała też delegacja orkiestry strażackiej z Wiskitek. – Fajnie grała – wspomina poseł PiS Paweł Lisiecki, który przemawiał w instytucie.

Parę dni później sąd pierwszej instancji skazał wójta Miastowskiego za wręczenie 18 tys. zł łapówki ekspertowi oceniającemu wnioski o dofinansowanie z UE. Na trop sprawy wpadli agenci CBA. Wójt dostał trzy lata w zawieszeniu. Kilka miesięcy później wyrok stał się prawomocny.

Z Wawelu do Warszawy

Na piętrze willi na Żoliborzu eksponowane są pamiątki po Lechu Kaczyńskim. Zbiór „świadectw o Prezydencie po jego śmierci” – jak czytamy na stronie instytutu – jest wciąż w budowie. Ma tam trafić pierwszy sarkofag, w którym para prezydencka spoczywała na Wawelu. Podczas jej ekshumacji w listopadzie 2016 r. został uszkodzony, więc Prokuratura Krajowa zleciła wykonanie kolejnego. Co się stało z pierwszym, który kosztował Kancelarię Prezydenta 169 tys. zł? Dzwonimy do proboszcza katedry na Wawelu. – W naszych magazynach go nie ma – zapewnia ks. prałat Zdzisław Sochacki. – Strona rządowa, która ufundowała ten sarkofag w 2010 r., dostała go z powrotem. Pojechał do Warszawy. Transportem zajmowała się Prokuratura Krajowa, która prowadziła wszystkie czynności związane z ekshumacją – dodaje.

Pytamy Prokuraturę Krajową, gdzie jest pierwszy sarkofag. – Odpowiedzi może udzielić prokuratorski zespół smoleński. Zespół prowadzi czynności w terenie. Jak wróci, to zajmie się tą kwestią. Dokładnego terminu nie umiem podać – mówi prok. Ewa Bialik.

– Gdybyśmy dostali pod opiekę sarkofag, byłby to dla nasz zaszczyt. Na razie nie słyszałem o takich planach. Nie wiem, czy moglibyśmy go eksponować w siedzibie, raczej nie mamy odpowiednich warunków. Mogę zapewnić, że sarkofag z pewnością nie tuła się po kraju. Nie wiem, gdzie jest. A nawet gdybym wiedział, to nie mógłbym powiedzieć – ucina kustosz Stańczak.

Tymczasem w piątek późnym wieczorem premier Beata Szydło przyjęła rezygnację Józefa Pilcha, wojewody małopolskiego. Formalnie z przyczyn zdrowotnych. – Odwołanie wojewody w piątek wieczorem, bez oficjalnego pożegnania, świadczy o tym, że miarka musiała przebrać się w ostatnich dniach – uważa małopolski działacz PiS. W urzędzie wojewódzkim, ale też od warszawskich polityków PiS usłyszeliśmy, że sprawą, która miała bezpośrednio zdecydować o odwołaniu Pilcha, jest „brak wiedzy o miejscu przechowywania pierwszego sarkofagu pary prezydenckiej z Wawelu, mimo że formalnie jest to majątek Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego”.

INTERNET OSZALAŁ :))))

Wojciech Cieśla w „Newsweeku” pisze o twierdzy Kaczyńskiego przy Nowogrodzkiej.

Na ulicy Nowogrodzkiej w centrum Warszawy od półtora roku zapadają decyzje, które decydują o losach Polski. Jak wygląda najważniejszy szaniec prezesa PiS?

Żółtawo-brązowy budynek na Nowogrodzkiej 84/86 nie rzuca się w oczy. Podobnych, lekko nadpsutych wiekiem budowli z epoki Gierka w centrum miasta stoi sporo. Szczególnie tu, na granicy Ochoty i Śródmieścia, rzut kamieniem od Woli. Trzy piętra, kilka reklam na elewacji, wygięte od słońca brązowe listwy udają lekki, ażurowy woal, którym ktoś — dziś nie wiadomo kto — kazał szczelnie otoczyć gmach (zasłaniając okna). Gdzieniegdzie białe klocki klimatyzatorów. To siedziba Prawa i Sprawiedliwości, miejsce, w którym urzęduje prezes Jarosław Kaczyński. Stąd od jesieni 2015 r. rządzi Polską.

Budynek, wygięty w kształt liter L, bokami widzi róg dwóch ulic: jeden (krótszy) przylega do Nowogrodzkiej, okna drugiego (dłuższego) wychodzą na parking i ulicę Raszyńską.

— To stary budynek, kilka razy remontowany, ale to wciąż lifting. Elewacja jest obciachowa, jakieś deski czy krokwie przyczepione, udają żaluzję, paździerz. Podobno na usunięcie tego nie godzi się miasto — tłumaczy nam jeden z byłych posłów PiS. — Właścicielem siedziby jest nasza spółki Srebrna. W cięższych czasach, żeby przeżyć, wynajęliśmy kilka pomieszczeń. Dużych. Klub bilardowy ma kilkaset metrów, tam gdzie była redakcja Ekspresu Wieczornego, wynajęliśmy 2000 metrów na studio fotograficzne.

Topografia Nowogrodzkiej nie jest znana wszystkim działaczom czy nawet posłom PiS. Nie wszyscy mają tu wstęp.

Formalnie Nowogrodzka jest biurem, z którego zarządza się partią. Daje pracę około 40 osobom: kilku księgowym, obsłudze stron internetowych, radcy prawnemu, sprzątaczkom, kierowcom, recepcjonistce, koordynatorom regionów, obsłudze prezesa i wiceprezesów PiS. Średnia wieku ekipy — dziś powyżej trzydziestki. Powód? Wielu młodych działaczy, którzy do 2015 r. wiernie służyli partii, dziś zarabia w rządzie lub spółkach skarbu.

Do głównej kwatery PiS prowadzą dwa wejścia. Obu pilnują ochroniarze. Jedno, główne, od ulicy Nowogrodzkiej, zna cała Polska. Tam na polityków czekają kamery i reporterzy. Proste, aluminiowe drzwi. Za drzwiami ochroniarz wpuszcza petentów albo na pierwsze, albo na drugie piętro.

Opowiada jeden z pracowników biura PiS: — Pierwsze jest ważniejsze, tam siedzi prezes, jego sekretarka pani Basia i księgowość. Nie wejdzie tam nikt, kto nie był umówiony. Na drugie, gdzie jest recepcja z logo partii, trafiają ludzie ze skargami, z pismami, ci, którzy mają do partii jakiś interes.

— Parter jest najgorszy, najmniej poważany — opowiada jeden z pracowników biura. — Kiedyś mieściło się tam pismo Nowe Państwo, potem biuro „Lipy” [Adam Lipiński – red.], potem siedziała tam ekipa Mariusza Kamińskiego — Ernest Bejda, Maciej Wąsik, Martin Bożek. Mieli własną salkę konferencyjną. Jarali szlugi jak lokomotywy. Dziewczyny z księgowości, która była piętro wyżej, mdlały od smrodu. Szef biura w końcu wydał zakaz palenia. Dziś wszyscy palacze w chłodne dni skupiają się w łączniku między siedzibą PiS a budynkiem Srebrnej.

Każdy, kto wchodzi głównym wejściem, jest dobrze widoczny z ulicy. Ale za rogiem budynku, ukryte przed oczami wścibskich, jest drugie wejście. Pracownicy biura PiS nazywają je „łącznikiem”. — Po lewej stronie od wejścia jest pokój Adama Lipińskiego, obok siedzi ochrona — opisuje nam jeden z działaczy. — Tam znajdują się drugie schody, którymi można dojść do korytarza i tylnych drzwi do gabinetu prezesa. Sam Naczelnik korzysta właśnie z tego wejścia. Czasem wprowadza się nim urzędników, którzy ze względu na funkcje nie mogą być złapani przez dziennikarzy jak wchodzą do Kaczyńskiego. Tego wejścia używa też Jacek Kurski, gdy ma sprawę do prezesa. Tu nie wejdzie nikt niezapowiedziany.

Na elewacji widać kilka kamer. Według jednego z naszych rozmówców od 2014 r., od czasu afery podsłuchowej, główna kwatera PiS uzbrojona jest też w urządzenia antypodsłuchowe. — Prezes siedzi tuż przy oknie, najprostszy mikrofon kierunkowy mógłby wychwycić wszystko, o czym mówi — tłumaczy pracownica PiS. — Te urządzenia montowała Grom Group, która ochrania Jarosława. Ludzie czasami skarżą się przez to na kłopoty z telefonami. Ja sama spotkałam przez przypadek na Nowogrodzkiej chłopaków z Grom Group w weekend, gdy coś montowali. Spytałam, co to za urządzenia? Tajemnica.

PANIE PREZYDENCIE, DZIĘKUJEMY ZA 4 CZERWCA

Waldemar Mystkowski namawia do odzyskiwania Polski.

Odzyskać Polskę

Dni historyczne nabierają blasku podczas swoich rocznic. Ale 4 czerwca 1989 roku był dniem szczególnym, od razu błyszczał, od razu stanął na koturnie swojej doniosłości. Wskazywał, że to, co za nami należy już do epoki reżimowego króla Ćwieczka, acz była ogromna obawa, że ten Ćwieczek podniesie łeb, zechce cofnąć zmiany, lecz już wiedzieliśmy, jak chwycić za łeb tę hydrę.

Przykład dała Polska, a potem potoczyło się tak szybko u sąsiadów i u Sowietów, że można było się dziwować, jak imperium mogło tak długo trzymać się na swych glinianych nogach.

Data 4 czerwca jest ważna jeszcze z innego powodu, Polska weszła w swój najlepszy okres historyczny. Tego kompletnie nie wiedzieliśmy w 89 roku. Głowy zajmował problem, jak wyjść z długów gierkowskich. Ile fantastycznych padało rozwiązań, wszystkie były nierealne. Stanęliśmy przed odpowiedzialnością za siebie, za Polskę.

Polska w tamtym czasie dostała najlepszy możliwy kapelusz. Tak! – ten z plakatu „W samo południe”. Najpierw udało się z kapelusza wyciągnąć Lecha Wałęsę, a drugim takim królikiem był Leszek Balcerowicz – twórca cudu transformacji. Wiem, nie wszystko się udało, lecz jak to się ma, że nam najlepiej się udało?

Polska w latach po 1989 roku ma najlepsze wyniki na świecie – komparatystycznie. Najlepsze. Ale co najważniejsze – Polska nigdy tak dobrze się nie miała gospodarczo i społecznie w swojej tysiącletniej historii, nawet w Złotym Wieku (czyli XVI) nie mieliśmy się tak dobrze.

Bo ten nasz kapelusz trafiał na dobre głowy i otoczenie nam sprzyjało, a nawet jeden z odwiecznych wrogów – Niemcy – okazał się adwokatem naszych ambicji cywilizacyjnych. Polska opuściła peryferie – i bodaj najważniejszy symbol to największy awans rodaka w historii – Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej.
Jak to się stało, że dwa lata temu udało się przekonać rodaków do „Polski w ruinie”? Długo by o tym pisać – i warto pisać, trzeba pisać, trzeba tak drążyć nasze trzewia, aby ukazać, iż każdy cud ma swoje kiepskie podszewki, ma słabe strony, ma zgniliznę.

Dwa lata temu oddaliśmy prezydenturę osobie o słabej konstrukcji intelektualno-duchowej, a rząd – partii w ruinie. PiS jest ruiną bez cudzysłowu. Od niemal początku zaczął niszczyć to, co najlepiej nam udało się w historii. A jest co niszczyć, więc systematycznie są demolowane instytucje demokratyczne.

PiS przeciw sobie powołał społeczeństwo obywatelskie – opór tego społeczeństwa, nieposłuszeństwo. Półtora roku temu powstał KOD i podobne instytucje oporu obywatelskiego, w tym Czarny Protest.

A dokładnie rok temu powstał portal koduj24, gdzie mam przyjemność pisać o absurdach politycznej rzeczywistości tworzonej przez PiS, która już przerosła Bareję, znalazła wyraz w „Uchu prezesa”. Uważam, iż owe Stendhalowe lustro na gościńcu jest niewystarczające, bo idzie jeszcze trudniejszy czas, gdy zostaną zdemolowane sądy. Epoki bezprawia nie przerabialiśmy w historii, bo czym innym była utrata niepodległości, obydwie wojny światowe i PRL.

Bezprawie wewnętrzne, które funduje PiS zdarza nam się po raz pierwszy w historii, nawet czasy saskie i ich pokłosie są zupełnie czym innym, czym innym był zamach majowy 1926 i sanacja. Dzisiaj PiS ma co demolować, bo nigdy tak dobrze się nie mieliśmy.

Nie możemy patrzyć bezczynnie, gdy zapada nam się Ojczyzna. Bez histerii musimy odzyskiwać Polskę. Jednym z takich forum, taką agorą odzyskiwania kraju jest koduj24.pl.

Referendum w Podkowie Leśnej – kolejny prztyczek dla p. Sasina.

Kleofas Wieniawa pisze o rzeczniku Dudy.

Wręcz fizycznie nie znoszę niechlujów umysłowych – nie nazwę „intelektualnych” – takich, jak nowy rzecznik Andrzeja Dudy, Krzysztof Łapiński.

Niechluj twierdzi, że „Sąd Najwyższy nie miał prawa do interpretowania prerogatyw prezydenta”. Cytat jest in extenso.

Otóż SN nie interpretował prerogatyw prezydenta, ale wyraził stanowisko, iż Duda nie ma prerogatyw zastępowania sądu. W konstytucji nie ma zapisu, iż prezydent jest sędzią, bo gdyby tak było, nie potrzebne byłyby sądy.

„Uniewinnienie” niewinnego Mariusza Kamińskiego jest niechlujstwem umysłowym. Wyrok nieprawomocny nie jest skazaniem, bo delikwent nieprawomocnie osądzony nie może siedzieć za kratami, gnić w kiciu.

Tyle.

I tacy niechluje jak Łapiński łaża po mediach i seplenią swymi spróchniałymi umysłami. Duda już dawno zasłużył na Trybunał Stanu i o tym powinien myśleć po nocach. I z tego powodu powinny wypadać mu włosy, nie zdziwiłbym się, gdyby mu z nocy na noc powiększała się tonsura na ciemieniu. Duda ma marny charakter Adriana, jest płaski intelektualnie i nie ma żadnego ducha.

Duda nie jest nieszczęściem dla siebie, bo to mnie średnio obchodzi, niech tym martwią się jego rodzice, Duda jest nieszczęściem dla Polski, A Łapiński to ledwie niechluj, jakich pełno, ale ci przynajmniej nie pchają się, aby bredzić swoje oksymorony.

>>>

DO ZOBACZENIA NA MARSZU WOLNOŚCI Warszawa, Pl. Bankowy 13.00

SZACUNEK DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY SIĘ WYBIERAJĄ 🙂

Monika Olejnik zastanawia się w „Wyborczej”, na czym gra Duda. Może lepiej przestrzegać konstytucji, zamiast mówić, że jest niedobra?

Andrzej Duda 25 maja 2015 r. mówił o sobie, że będzie prezydentem wszystkich Polaków. I że zrobi wszystko, żeby nie było podziałów. A potem? Jest, jak jest. Wśród antyrządowych manifestantów widział tych, którzy walczą o swoje przywileje, i tych, których hasłem ma być „Ojczyznę dojną racz nam zwrócić, Panie”. Wtedy prezydent przeprosił, potem już nigdy. Stwierdził też, że nie pomoże „jazgot” ani żadne demonstracje, będziemy realizować program PiS-u z żelazną konsekwencją. I tak się dzieje. A w czasie kampanii wyborczej mówił, że prezydent nie może być notariuszem, a czy nim został, wszyscy widzą.

Kiedy bezradnie walczy z Antonim Macierewiczem, nawet ci, którzy na niego nie głosowali, są oburzeni zachowaniem ministra i tych z PiS-u, którzy kpią z listów prezydenta do ministra. Polska była też świadkiem spektakularnego spotkania Andrzeja Dudy z Jarosławem Kaczyńskim na Nowogrodzkiej.

Można odnieść wrażenie, że Andrzej Duda nie potrafi się wybić na niezależność i może stąd jego gromkie słowa 3 maja: że chce, żeby w 2018 r. przeprowadzić referendum w sprawie zmiany konstytucji. Ale jakie referendum? Czy Polacy mają odpowiedzieć, czy chcą, czy nie chcą zmian w konstytucji? Czy pan prezydent powiedział nam, jakiego chce ustroju? Czy uzgodnił to z prezesem Kaczyńskim?

Już widać nerwowość w szeregach PiS-u. Niektórzy mówią, że pierwszy raz o tym słyszą, a inni, że to nie jest jego pomysł, bo przecież prezes chce zmiany konstytucji. Żeby to zrobić, trzeba mieć większość dwóch trzecich w parlamencie, a tego PiS nie ma. Więc może lepiej przestrzegać konstytucji, zamiast mówić, że jest niedobra?

Pan prezydent w wywiadzie dla TVP powiedział, że obrońcy konstytucji to jej autorzy: bronią jej prawnicy, bo „była tworzona przez prawników, a w Trybunale Konstytucyjnym orzekali prawnicy”. Trudno, żeby o konstytucji decydowali cukiernicy, choć zapewne brali udział w referendum w 1997 r., kiedy 53,36 proc. uprawnionych zdecydowało o tym, że chce takiej konstytucji.

Ostatnio pan prezydent zaskakuje twardością. W TVP Historia oznajmił nagle: „Miejmy świadomość, że dzieci i wnuki zdrajców RP, którzy tutaj walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk w mediach i w biznesie”. A gdzie był Andrzej Duda, kiedy wiceministrem sprawiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyńskiego był Andrzej Kryże, który w 1980 r. skazał na areszt Wojciecha Ziembińskiego, Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Czumę za organizowanie obchodów Święta Niepodległości? Czy Andrzejowi Dudzie nie przeszkadza to, że konstytucją poniewiera pan Piotrowicz? Może nie warto szukać wnuków, prawnuków, tylko spojrzeć na byłych pezetpeerowców, którzy tak łatwo przylgnęli do partii rządzącej?

Jak można rozliczać dzieci za dziadów, pradziadów? Jak pan prezydent to chce sprawdzić? I czy zna nazwiska tych, którzy zasiadają w biznesie dzięki swoim pradziadom, którzy zabijali? Bo tak powiedział w innym wywiadzie: „No przecież byli tacy, co mordowali”.

Przed 1989 r. ludzie żyli, pracowali, byli tacy, którzy siedzieli w więzieniach, byli w opozycji, a byli też lekarze, którym teraz będzie się zabierało emerytury, bo pracowali w MSW. Byli milicjanci, którzy ścigali gwałcicieli, morderców, złodziei – im też się będzie zabierało emerytury. Czy to jest zgodne z konstytucją?

W KWESTII ZDRAJCÓW, PRZYPOMINAMY PREZYDENTOWI SŁOWA ZIOBRO. NIGDY ICH NIE COFNĄŁ. A PAD NIGDY TEGO NIE SPROSTOWAŁ.

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku i jego zastępcy.

Minister Mariusz Błaszczak jest taki, jakim go widać. Choć poprzednie zdanie należy obwarować spostrzeżeniem Marka Migalskiego (swego czasu kolegi partyjnego), że go jednak nie widać. Spotkanie z Błaszczakiem grozi kolizją, bo nie wiesz, kiedy się o niego potkniesz.

Jest nijaki, niewidzialny. Są tacy ludzie. Wówczas zalecam im, aby zawsze mieli ze sobą gwizdek. Widzą zbliżającego się innego osobnika i nie chcą zrobić mu krzywdy, niech informują o swojej bytności sygnałem dźwiękowym. To wszak powszechne rozwiązanie w komunikacji.

Niewidzialność Błaszczaka ponadto postrzegam ciut inaczej niż Migalski. Błaszczak lubi odezwać się o multi-kulti (czyt. o uchodźcach). Przychodzi Błaszczak do mediów ze swoim tabletem i czyta to, co spreparowano na Nowogrodzkiej: „Uchodźcy są zagrożeniem, nie ma ich w Polsce, więc nasz kraj jest bezpieczny”. Tak Błaszczak rozwiązuje nasze bezpieczeństwo. Poprzez braki, w Polsce poprzez brak uchodźców. Czego więc brak Błaszczakowi? Osobowości, której bogactwo odróżnia nas od wszelkich Błaszczaków.

Błaszczak walczy z multi-kulti na zewnątrz, ale multi-kulti propaguje w policji, w której działa jeden związek zawodowy NSZZ Policjantów. Nawet jest to zapisane w ustawie o policji. Ale minister Błaszczak chce związkowego multi-kulti w policji. A to dlatego, że  NSZZ Policjantów kilka razy postawiło się Błaszczakowi. Między innymi oczekiwało większej ochrony prawnej przy pacyfikowaniu kiboli, a Błaszczak wg ideologii PiS tych ostatnich chroni jako element patriotyczny.

Policyjni związkowcy protestowali, gdy wykorzystywano ich przy rozbijaniu demonstracji przed Sejmem podczas grudniowej blokady mównicy sejmowej przez posłów opozycji. A najbardziej boli związkowców, iż chce się im obniżyć emerytury. Szczególnie tym najdłużej pracującym, którzy pracowali w PRL-u, choćby jeden dzień.

Błaszczak wpadł na pomysł, aby wprowadzić multi-kulti związkowe i zamierza wprowadzić przepisy w porozumieniu z NSZZ Solidarność. W policji powinno działać więcej związków zawodowych, w tym „Solidarność” mogli bezkrytycznie pałować społeczeństwo obywatelskie i mogło omijać szerokim łukiem kiboli-patriotów. Związkowcy z NSZZ Policjantów nie zgadzają się na takie upolitycznienie policji.

Do ciekawego zdarzenia doszło w mieście Łomży z zastępcą Błaszczaka, wiceministrem Jarosławem Zielińskim. Błaszczak powinien gwizdać, jak się zbliża, a Zieliński to Błaszczak podniesiony do potęgi Błaszczaka. Jest taki niewidzialny, iż swego czasu zarządził, aby policjanci w ramach obowiązków cięli konfetti.

Zbliża się Zieliński, z niebios lecą kolorowe płatki papieru. Acz słysząc i widząc Zielińskiego nie dziwię się, musi zaznaczać jakoś swoją obecność. We wspomnianej Łomży tym razem nie sypano na Zielińskiego konfetti, bo media strasznie skrytykowały ten rytuał, na rynku głównym tego miasta wykopano maszt z flagą Unii Europejskiej. Dlaczego? Bo takiego Zielińskiego nie widać w otoczeniu cywilizacyjnym, kimś staje się na gumnie, na zapiecku.

Błaszczak ma miejsce w historii kabaretu (patrz: Mariusz w „Uchu prezesa”), Zieliński do pozycji swego pryncypała dopiero się dokopuje poprzez wykopywanie masztów z flagami UE.

To przypominałoby sytuację Republiki Weimarskiej, kiedy z kwitnącej demokracji stworzono legalnie system autorytarny

Kleofas Wieniawa pisze o nowym rzeczniku Dudy i jak Platforma dobiera się do czterech liter Macierewicza.

Odejście Marka Magierowskiego można interpretować etapem „referendalnym” w obozie Andrzeja Dudy, który to obóz został zepchnięty do głębokiej defensywy.

Czy wreszcie Duda wejdzie wraz z Adrianem (z „Ucha…”) do pokoju prezesa, aby się wyartykułować? PiS przestraszył się sondaży, a będzie coraz gorzej. Prezes może dopuścić Dudę do głosu. Acz zalecam prezydentowi szykowanie się do Trybunału Stanu i wzbogacanie retoryki, bo ma ją ubogą, a która może mu się bardzo przydać na ławie oskarżonego.

Co może zmienić w otoczeniu prezydenta nowy rzecznik Krzysztof Łapiński, który zdobywał względną sympatię i był na najlepszej drodze, aby pójść w ślady Kazimierza Ujazdowskiego.

To zresztą może być powód tej nominacji, aby zatkać Łapińskiego, aby nie poszło kilku innych za nim w smugę Ujazdowskiego. Kilka szabel mniej czyni Kaczyńskiego zakładnikiem Kukiza.

Nie wierzę, aby Duda zdobył się na samodzielność, bo nie ma jej wpisanej w swoją osobowość, ani w możliwości intelektualne, ale może być celem kilku polityków z otoczenia prezydenta.

Zdecydowanie ważniejsze zdarzenia niż rzecznik prezydenta to audyt Platformy Obywatelskiej w MON, audyt, który można nazwać „śladami Berczyńskiego i podobnych Misiewiczów”, którzy uwalili przetarg na caracale.

Macierewicz z pewnością zatarł wszelkie ślady, ale nie zatrze braków w dokumentacji, które będą wskazywały dokonane bezprawie. Minister jest cwany, ale nie aż tak, aby posadzać go o jakiś geniusz. Wszelka amoralność – a to jedna z cech Macierewicza – zostawia linie papilarne swej próżności.

Na razie audytorzy PO odkryli, iż dostęp do dokumentów przetargowych na śmigłowce bojowe mieli osobnicy bez certyfikatów dostępu do informacji niejawnej, a są to Berczyński, nieuk Misiewicz i nowy szef podkomisji smoleńskiej (na 30 synekurach w spółkach zbrojeniowych) Kazimierz Nowaczyk.

Partia tak niebezpieczna dla Polski, jak PiS, bodaj nigdy nie zdarzyła się w historii Polski. Nawet saski dwór drezdeński nie rozwalał tak kraju, jak „lepszy sort” Kaczyńskiego.

BĄDŹMY O 13.00 NA PLACU BANKOWYM TRZEBA IŚĆ NA ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO

>>>

SĄ JUŻ ZNANE NAJNOWSZE WYNIKI BADAŃ. ZOBACZCIE SAMI. POLACY SIĘ POWOLI BUDZĄ

c3c6bq3wiaexnkt

Ewa Siedlecka „Wyborcza”) pisze o niszczeniu sądownictwa przez Ziobrę. Zmiany proponowane przez PiS to poważne zagrożenie dla niezależności sądów i niezawisłości sędziów, zmierzają do upolitycznienia sądownictwa – oceniają polscy sędziowie. Krajowa Rada Sądownictwa uznała, że w rażący sposób naruszają konstytucję.

Sędziowie ostro o pomysłach PiS na sądy. „Zagrażają niezależności, służą upolitycznieniu, sprzeczne w konstytucją”

sedziowie

W Warszawie obradowali w poniedziałek sędziowie, przedstawiciele okręgów i apelacji sądowych z całej Polski. I Krajowa Rada Sądownictwa, której dotyczy projekt przekazany w czwartek do konsultacji społecznych. Ministerstwo Sprawiedliwości dało na jego zaopiniowanie cztery dni robocze.Zmiany w ustawie o KRS to: przerwanie kadencji obecnej Rady, wybranie nowej – przez posłów, stworzenie w niej dwóch „zgromadzeń”, które będą mogły nawzajem blokować sędziowskie nominacje. W czwartek min. Zbigniew Ziobro mówił też o pomyśle wprowadzenia sędziów pokoju wybieranych przez obywateli do sądzenia drobnych spraw, o stworzeniu elektronicznego rejestru spraw, likwidacji większości stanowisk funkcyjnych w sądownictwie i powołaniu specjalnej Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym, w której oskarżycielami będą prokuratorzy.

Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki mówił o tych zmianach jako demokratyzacji sądów. Tłumaczył, że jeśli sędziów do KRS wybiorą politycy (a nie, jak dotąd, sędziowie), to będzie tak, jakby wybierał ich cały naród. – Według polskiej konstytucji naród sprawuje władzę w sposób bezpośredni lub w sposób pośredni. Proszę powiedzieć, w jaki sposób dziś przeciętny obywatel ma wpływ na władzę sądowniczą? – mówił Jaki.

Zagrożona niezależność

Sędziowie z całej Polski przyjęli uchwałę: deklarują w niej, że chcą zmian w sądownictwie, ale te zapowiadane przez ministra Ziobrę „nie doprowadzą do usprawnienia i przyspieszenia postępowań sądowych”. Przypominają, że „Minister Sprawiedliwości nie wykonuje ustawowych obowiązków i blokuje obsadzanie wolnych miejsc sędziowskich” – w tej chwili już 500.

„Krajowa Rada Sądownictwa w formule proponowanej przez Ministerstwo Sprawiedliwości nie będzie gwarantować wyboru na stanowiska sędziowskie osób o najwyższych kwalifikacjach. (.) Proponowane zmiany stanowią poważne zagrożenie dla niezależności sądów i niezawisłości sędziów, będących fundamentem demokratycznego państwa prawa. Stracą na nich przede wszystkim obywatele i ich konstytucyjne prawo do sądu” – piszą sędziowie.

Dwie godziny po sędziach swoją opinię wydała KRS, która zebrała się na nadzwyczajnym posiedzeniu.

„Opiniowany projekt ustawy w rażący sposób narusza normy konstytucji” – czytamy w uchwale. KRS stwierdza, że odebranie sędziom prawa wyboru do Rady swoich przedstawicieli upolitycznia ją i narusza konstytucyjne zasady podziału władz, niezależności sądów i artykuł mówiący, że KRS stoi na straży niezawisłości sędziów i niezależności sądów. Stworzenie dwóch „zgromadzeń” w KRS oznacza odebranie jej konstytucyjnej kompetencji do wnioskowania o powoływanie sędziów, a także zmianę jej konstytucyjnego kształtu: z ciała jednolitego na dwuizbowe. Sprawia, że KRS nie będzie w stanie wykonywać konstytucyjnych obowiązków. I uprzywilejowuje polityków w KRS, bo głos dziesięciu członków zgromadzenia „politycznego” będzie ważył tyle samo co głos 15 sędziów ze zgromadzenia „sędziowskiego”.

Konstytucyjną zasadę podziału władz, niezależności sądów i niezawisłości sędziów oraz zasady powoływania sędziów narusza propozycja, by KRS przedstawiała prezydentowi kandydatów „do wyboru”, bo daje to prezydentowi dodatkową, nieopisaną w konstytucji kompetencję. Konstytucję narusza też przerwanie kadencji obecnej KRS i wybranie jej składu na nowo.

KRS zauważa, że zasady, według których swoich przedstawicieli do Rady wybierają: władza wykonawcza, ustawodawcza i sadownicza, zaakceptowało społeczeństwo w referendum konstytucyjnym. To odpowiedź na argument PiS, że sędziowie nie są wybierani przez obywateli.

„Projektowane przepisy prowadzą do jednoznacznego upolitycznienia Krajowej Rady Sądowniczej oraz pozbawienia samorządu sędziowskiego jakiegokolwiek wpływu na przedstawianie kandydatów na sędziów” – pisze KRS w uzasadnieniu opinii.

Pomysły PiS sprzeczne ze standardami Rady Europy

Opinia KRS została przyjęta przy trzech głosach sprzeciwu: posła Stanisława Piotrowicza (PiS) i senatorów PiS Rafała Ambrozika i Stanisława Gogacza. Na posiedzeniu nie było przedstawiciela prezydenta Wiesława Johanna, ministra Zbigniewa Ziobry i posłanki PiS Krystyny Pawłowicz.

Dokument ma 18 stron. KRS powołuje się w nim na wydaną tego samego dnia opinię Rady Wykonawczej Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa (ENCJ). To ciało złożone z przedstawicieli rad sądownictwa krajów Rady Europy.

„Projekt zmian w ustawie o Krajowej Radzie Sądownictwa może zaszkodzić niezależności sądownictwa w Polsce” – czytamy w opinii ENCJ. Według ENCJ pomysły Ministerstwa Sprawiedliwości co do KRS są sprzeczne ze standardami przyjętymi dla sądownictwa w Radzie Europy.

c3bye0kwcaeac1p

KOŚCIÓŁ W POLITYCE TO GŁOSI SŁOWO BOŻE CZY PO PROSTU BLUŹNI?

prokurator

W dziale ds. wojskowych Prokuratury Rejonowej Poznań-Grunwald rozpoczęły się przesłuchania kierowców, uczestniczących w karambolu z udziałem kolumny Antoniego Macierewicza w miejscowości Lubicz pod Toruniem. Wezwanie w trybie pilnym dostał już kierowca lawety. Zarówno jego zdaniem, jak i pozostałych świadków, karambol spowodował kierowca prowadzący rządową limuzynę z Antonim Macierewiczem na pokładzie. Przebieg wypadku będzie badał prokurator z Żandarmerii Wojskowej, całkiem niedawno mianowany przez samego szefa MON.

Ze wstępnych ustaleń prokuratury wynika, że powodem karambolu mogły być niekorzystne warunki na drodze. Jeden z samochodów jadących w kolumnie rządowej miał stracić przyczepność i uderzyć w pojazd przed nim. Na oficjalny komunikat trzeba jednak jeszcze poczekać.

Sam minister utrzymuje, że auto, którym podróżował nie spowodowało wypadku. – „Jego przyczyna jest badana, ale jedno jest pewne – że nie został on spowodowany przez kierowcę samochodu, którym ja jechałem. Co do tego nie ma cienia wątpliwości, bo ten samochód został z tyłu uderzony przez jeden z innych samochodów” – oznajmił Antoni Macierewicz.

(TO TAK JAKBY PRZESTĘPCA MIANOWAŁ KUMPLA SĘDZIĄ W PROCESIE. Śmieszne, że sami nie wierzą w to, że będzie uczciwie, tylko muszą mieć nadzieję)

c3bma_twmaamdxx

W poniedziałkowym programie Radia Zet poseł PiS Krzysztof Łapiński, próbując odpowiadać na pytania Konrada Piaseckiego, wił się jak piskorz, nie kryjąc swojego zaskoczenia wiadomością, iż prokuratora prowadzącego sprawę mianował niedawno na to stanowisko sam szef MON. Łapińskiemu nie pozostawało mu nic innego, jak wyrazić nadzieję, że prokurator okaże się godny pokładanego w nim zaufania i będzie chciał udowodnić swoją niezależność. Już wkrótce przekonamy się, jak będzie.

SZOK !!!! BISKUP GŁÓDŹ WYKRZYKUJE „SPIER…LAJ” DO FOTOGRAFA… „Nigdy nie spotkałem się z takim chamstwem” RT

c3bryxuw8aeldnn

Tytus Kondracki to jeden z krakowskich fotografów, którzy mieli oficjalną akredytację na Ingres abp. Marka Jędraszewskiego. Właśnie ujawnił, jakimi słowami „potraktował” go biskup Sławoj Leszek Głódź. Tylko dlatego, że Kondracki fotografował wypakowywanie prezentów dla arcybiskupa, usłyszał, że ma „spier****”.

Z relacji fotografa wynika, że biskup emeryt nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. „Spier****” .Usłyszałem tuż przed zapozowaniem do zdjęcia” – opisuje Kondracki. Jak twierdzi, zapytał Głodzia, czy wypada mu używać takiego języka. Jedna z obecnych tam kobiet miała odpowiedzieć, że trzeba wybaczyć biskupowi i „być miłosiernym”.

tytus-kondracki

O co poszło? Prawdopodobnie o zawartość bagażnika, w którym znajdować się miały prezenty dla nowego arcybiskupa krakowskiego Marka Jędraszewskiego. Sam Kondracki nie wie, jakie to były prezenty, a biskup się nie pochwalił. Wsiał do samochodu i odjechał.

c3bfz08w8aey-dt

Powyżej ostatni apostołowie – Gorszyciele prawdy.

annka

Wojciech Czuchnowski pisze o teczce Wałęsy. Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego władza groziła Lechowi Wałęsie, że ujawni materiały o jego współpracy z SB. Przywódca „Solidarności” nie uległ i nie zdradził. Ale sprawa ciągnie się za nim do dzisiaj.

co-wynika

Eksperci ocenili, czy donosy w tej teczce pisał Lech Wałęsa. Zawartość teczki „Bolka” i jej kontekst historyczny przeanalizowali autorzy najnowszego numeru periodyku „Wolność i Solidarność” wydawanego przez Collegium Civitas i Europejskie Centrum Solidarności.

Pobierz dokument w formacie pdf >>

Bezpieka przyciska i grozi

Próbę szantażu wobec Wałęsy internowanego w Arłamowie opisuje Tomasz Kozłowski, naukowiec z IPN. Władze wysłały do Wałęsy ppłk. Czesława Wojtalika (w latach 70. wiceszefa SB w Gdańsku). „Wojtalik zagroził ujawnieniem współpracy z SB z początku lat siedemdziesiątych – pisze Kozłowski. – Wałęsa stracił pewność siebie. Z raportu oficera BOR wiemy, jakie wrażenie zrobiła ta wizyta: Denerwowało go zaglądanie do jego pokoju. Szybko zjadał posiłek i szedł do swego pokoju. Prawie cały dzień przestał oparty o parapet okna i spoglądający bezwiednie w bliżej nieokreśloną dal ”.

(PROSTY CZŁOWIEK, KTÓRY MIAŁ ODWAGĘ I WIERZYŁ, ŻE WYGRA. WTEDY REŻIM GO NIE ZŁAMAŁ. DZIŚ TEŻ NIE DA RADY.)

c3fm40oxaaakck_

Przewodniczący zdelegalizowanej „S” nie dał się złamać, stał się symbolem oporu. Gdy Komitet Noblowski wytypował Wałęsę do Pokojowej Nagrody Nobla, komuniści usiłowali go skompromitować aktami „Bolka”. W MSW powstał zespół fabrykujący donosy agenta, by dowieść jego współpracy w czasie powstawania Wolnych Związków Zawodowych i „S”. Fałszywki podrzucano m.in. Annie Walentynowicz.

Andrzej Friszke, historyk z Collegium Civitas, opisuje niezłomną postawę Wałęsy na przesłuchaniach: „Unikał jakichkolwiek ocen czy rozmowy o szczegółach, w końcu odpowiedział krótko: Wyrosłem ze słusznego protestu klasy robotniczej i wierzyłem w mądrość świata pracy. Dziś jestem zobligowany tymi ludźmi, którzy siedzą. Siedzą między innymi przeze mnie. Moralnie jestem odpowiedzialny za tych ludzi ” – cytuje Friszke.

Od informatora do kontestatora

W periodyku „WiS” teczkę „Bolka” (750 stron) analizuje Jan Skórzyński z Collegium Civitas. Nie neguje, że po Grudniu ’70 Wałęsa, jeden z przywódców krwawo stłumionego protestu stoczniowców, zgodził się na współpracę.

Bezpieka zwerbowała wtedy ponad 130 robotników z Trójmiasta, w tym Wałęsę. Skórzyński odrzuca możliwość, że teczka była sfabrykowana, zawiera bowiem zbyt wiele prawdziwych szczegółów z życia Wałęsy i typowych dla niego zwrotów. „Kilkakrotnie przesłuchiwany, z pewnością straszony, niedoświadczony działacz robotniczy opowiedział o swoim udziale w protestach grudniowych i podjął zobowiązania wobec SB” – pisze Skórzyński. Przypomina, że przyznał to w zawoalowany sposób w swojej pierwszej autobiografii „Droga nadziei”. Wałęsa wspominał tam: „Prawdą jest też, że z tego starcia [z SB] nie wyszedłem zupełnie czysty. Postawili warunek: podpis! I wtedy podpisałem”.

(PANIE PREZYDENCIE, KOCHANY LECHU. DZIĘKUJEMY CI ZA ODWAGĘ, SPRYT I WOLNOŚĆ, KTÓRĄ TERAZ PRÓBUJĄ NAM ZNÓW ODEBRAĆ.)

c3ffrfcwyaaofsy

Skórzyński stwierdza, że na początku współpracy (1971-72) „informacje przekazywane przez Bolka naraziły wielu jego kolegów na prześladowania, ułatwiały pacyfikację oporu i pozwalały SB na kontrolowanie sytuacji w Stoczni Gdańskiej. Niezależnie od intencji Wałęsy w tej mierze rola jego donosów była jednoznacznie negatywna. Tę postawę można próbować zrozumieć, ale nie da się jej obronić”.

„Bolek” informował o planach drukowania nielegalnych ulotek, próbach strajku i o robotnikach, którzy mieli mieć broń odebraną milicjantom. Dostawał za to pieniądze.

Pod koniec 1971 r. zmienił postawę. Zaczął pouczać „prowadzących go” esbeków, jak należy traktować robotników. Krytykował władze za niedotrzymywanie zobowiązań złożonych po Grudniu. W analizie z 1972 r. SB pisze: „TW zamiast rozładowywać istniejącą atmosferę na zakładzie, pogłębiał ją swoimi wystąpieniami. Na zebraniu stawał po stronie tych, który sprzeciwiali się zarządzeniom dyrekcji, tłumacząc później na spotkaniu [z SB], że zrobił to po to, aby mieć w dalszym ciągu zaufanie u osób przez nas rozpracowywanych”.

c3fzlipwiaas6qr

Skórzyński: „Wedle opinii SB Bolek był informatorem nietypowym. Choć początkowo dobrze wypełniał swe zadania, to po pewnym czasie zaczął wyplątywać się z sieci bezpieki i zamiast donosów przekazywać jej własne opinie o sytuacji w stoczni i problemach pracowniczych. W dodatku zaczął publicznie występować z ostrą krytyką władz, podburzając innych i w rezultacie pełniąc rolę odwrotną niż ta, której oczekiwali od niego policyjni mocodawcy. Zamiast uśmierzać atmosferę i ułatwiać kontrolę załogi, stał się rozsadnikiem niezadowolenia i źródłem destabilizacji. W końcu miarka się przebrała – kierownictwo stoczni pozbyło się coraz bardziej kłopotliwego pracownika. Tajna policja nie interweniowała, by go zatrzymać w zakładzie. Najwidoczniej uznała, że przynosi więcej szkody niż pożytku”.

Epizod w biografii

(NIE DONOSIŁ NA KOLEGÓW I NIKT PRZEZ NIEGO NIE CIERPIAŁ. STAŁ NA CZELE NAJWIĘKSZEGO ZRYWU WOLNOŚCIOWEGO W POLSCE. I ŻADEN PiS TEGO NIE ZMIENI)

c3fxibqwqaamdt_

Kontakty Wałęsy z SB trwały do 1975 r., ale naprawdę znamiona współpracy miały jego relacje z lat 1971-72. Potem zaczął unikać spotkań, przychodził bez raportów i istotnych dla bezpieki informacji. Nie reagował na pouczenia i przydzielane zadania.

W lutym 1975 r. esbek ostrzegł Wałęsę, że jest decyzja, by go zwolnić z pracy za „wichrzycielstwo”. Wałęsa „oświadczył, że nie da się tak zwolnić i będzie dochodził swoich praw”. Skórzyński: „Ostatnie słowa skierowane do oficera prowadzącego dobrze ilustrują ewolucję, jaka się dokonała w młodym stoczniowcu. W ciągu kilku lat przeszedł drogę od człowieka zastraszonego, gotowego do współpracy z władzami, do hardego, świadomego swych praw robotnika. Następne lata potwierdzą trwałość tej przemiany, doprowadzając Lecha Wałęsę na czoło ruchu walczącego o wolność Polski”.

Autor podkreśla: „Wszelkie kontakty z SB zakończyły się na kilka lat przed przystąpieniem Wałęsy do ruchu opozycyjnego. Jeśli więc w okresie pogrudniowym był uwikłany we współpracę z policją, to potrafił się z tego uzależnienia wyrwać. Od roku 1976 władze traktowały go jako przeciwnika. I tak już było do końca PRL”.

Skórzyński podsumowuje: „Historię Bolka można odczytać na kilka sposobów. W jednym ujęciu będzie to opowieść o ludzkiej słabości, zdradzie i kolaboracji, w drugim – o początkowym załamaniu i późniejszym stopniowym podnoszeniu się z upadku, o społecznym i obywatelskim dojrzewaniu młodego robotnika w niejednoznacznej moralnie atmosferze rządów Edwarda Gierka. Jeszcze inna narracja to opis przebiegłej gry prowadzonej przez przyszłego przywódcę Solidarności , który wyprowadził w pole aparat bezpieczeństwa PRL.

Nie zacierając negatywnych konsekwencji współpracy Lecha Wałęsy z SB, widzę w tym jedynie epizod jego biografii, istotny, ale niedefiniujący politycznego życiorysu przywódcy Solidarności ”.

Waldemar Mystkowski pisze o kadrach PiS na przykładzie Karczewskiego.

karczewski

DOPROWADZAJĄ DO KATASTROF NA WŁASNE ŻYCZENIE

c3bqdnnweae82tb

Karczewski osiwał z braku zasług

Problemem polskiej polityki i przestrzeni publicznej jest z pewnością Jarosław Kaczyński i jakość jego partii. PiS stara się wpisać w globalny scenariusz, iż zachodzące zmiany na świecie i Europie mają przełożenie na Polskę, na które prezes i jego partia odpowiadają.

Otóż nic bardziej mylnego. PiS działa przeciwskutecznie nowym zjawiskom, pogłębia ich przyczyny, wprowadza jeszcze większy zamęt. Jedyną receptą PiS jest odświeżenie XIX wiecznego wzorca sprawowania władzy, a wraz z nią zniszczenie nowoczesnych instytucji i miękkich wartości, takich jak zaufanie, ten kapitał społeczny, który nigdy w naszym kraju nie był ważny. Obecnie jest jeszcze gorzej, bo Polak bardziej wierzy obcemu niż drugiemu Polakowi. Przecież elektorat PiS Niemca, a nawet Rosjanina nie nazwie niepełnosprawnym, a Polaka – tak. To jest „sukces” Kaczyńskiego.

Słabością PiS jest więc ich prezes i jeszcze gorsze kadry, nie dziwmy się zatem, żeby utrzymać się u władzy, będą niszczyć demokratyczne instytucje, demokratyczne standardy. Tylko w ten sposób utrzymają cugle, ale z takiego powożenie rozpierzchnie się im także własny elektorat.

Zauważmy, jak słabymi powożącymi są poszczególni politycy PiS. Prezydenta Andrzeja Dudę nawet nie można porównać do notariusza, bo to uwłacza temu zawodowi, Beatę Szydło nikt poważnie nie traktuje, bo ona sama nie wie, co mówi, ma „szczęśliwie” logoreę, więc mówi i mówi – bez sensu. Niewielu chce w tym bezsensie wyławiać jakiekolwiek sensy. Podobnie przedstawia się marszałek Sejmu Marek Kuchciński, czy też marszałek izby refleksji, Senatu, Stanisław Karczewski.

Ten ostatni z refleksji ma tylko siwe włosy i żadnych publicznych zasług, aby ktokolwiek do jego refleksyjności się odwoływał. Karczewskiego nikt nie cytuje, a więc nie darzy szacunkiem jego refleksji. Karczewski najwyżej może zdobyć się na spostrzeęnie, iż Łukaszenka to ciepły człowiek.

Kaczyński do władzy dobrał sobie takich ludzi, jakich miał. Lepszych nie potrzebował, w istocie są to ludzie z odrzutu, ludzie zbędni, bo tylko tacy mogą bezrefleksyjnie stać na czele rozwalonych instytucji. Na czele Trybunału Konstytucyjnego stanęła leniwa Julia Przyłębska, której zatrudnić w normalnych czasach nie chciał nawet Sąd Okręgowy w Poznaniu, mimo wakatów.

I kimś takim jest Karczewski, Przyłębska Senatu, nawet mam wrażenie, iż jego jedynym walorem jest owa siwość, którą widzisz i możesz odnieść wrażenie, że w procesie życia jakiejś wiedzy nabył o życiu. Nie, nie nabył, chyba że za wiedzę uznamy kłamanie, mętniactwo, unikanie odpowiedzialności, tchórzliwość.

Ta Przyłębska Senatu rzecze o obecnej pracy mediów w Sejmie: „Generalne zasady są zachowane i one będą obowiązywać. Amen”. Generalnie – jest kluczem do mętniactwa. Media zostały odgrodzone od władzy, bo kuchnia obecnej władzy jest wyjątkowo nieprofesjonalna. Kuchciński musi czytać z kartki „dzień dobry”, bo może zapomnieć, że tak się wita, zaś Karczewski z refleksyjności ma tylko siwe włosy i może posiwiałe niewłasne myśli.

c3cqyaqwqaarvko

Karczewski bezrefleksyjnie powtarza pisowskie komunikaty dnia, a dzisiaj dotyczą one wymiaru sprawiedliwości, służby zdrowia i oświaty, bo to kolejne dziedziny, które Kaczyński wraz ze swymi fatalnymi kadrami demoluje. Nazywane są reformami. Karczewski mówi o tych referomach, że nie jest to „pójście na żadną wojnę”: „Chcemy wprowadzać reformy. Jeżeli wprowadzamy reformy dla społeczeństwa, dla Polski, Polaków, bo tego oczekują”.

Reforma edukacji polegać ma na tym, że młodzież będzie niekonkurencyjna w stosunku do rówieśników na świecie, zdrowia nie będzie zabierał smog. bo polski węgiel go nie wytwarza, zaś sądownictwo będzie bardziej demokratyczne, bo podległe reprezentantom narodu, czyli politykom.

Tak nas reformują w tym teatrzyku coraz bliższym dawno, dawno minionych czasów, Kaczyński i jego kadry, które nie są żadnymi elitami. Tym razem nieco skupiłem się na Karczewskim, który nie ma żadnych zasług dla kraju, ale stoi na czele izby refleksji. Polski nie stać na tak bezrefleksyjne postaci, Polska ma kadry, elity, które coś osiągnęły, potrafią mówić, pisać książki, wydawać sądy zgodne z prawem.

PiS zaś ma takich Karczewskich, którzy osiwiali z braku zasług.

BEZPRAWNY I BEZKARNY

c3bohw6waaahd1b

>>>