Posts Tagged ‘Lech Wałęsa’

Ile jest wart Lech Wałęsa?

Przeciw podkopującemu Polskę PiS-owi stanął Wałęsa i wsparł go Jagger.

Lech Wałęsa, postać za życia historyczna, w podręcznikach historii wyląduje obok Mieszka I, Władysława Jagiełły, Tadeusza Kościuszki i Józefa Piłsudskiego. Jakoś innych naszych bohaterów nie widzę obok, aby mogli emanować światłem jak pierwszy szef „Solidarności”.

Jak w każdym przypadku, bohater jest silny dzięki innym. Bohaterstwo narodowe to dyscyplina zespołowa. Wałęsa jest emanacją nas wszystkich, nas Polaków, którzy mieliśmy aspiracje wyzwolić się ze zniewolenia („zniewolenia umysłów”, jak to trafnie zawarł w metaforze Czesław Miłosz).

Bohaterstwo Wałęsy jest naszym udziałem, zdobyliśmy się na nie, bo mieliśmy takiego, a nie innego lidera. Śmiem go nazwać niemal nieskazitelnym, choć miał jakiś tam grzeszek w młodości i ma w sobie dawkę narcyzmu, aby nie bał się poniesienia odpowiedzialności. Więc wśród innych bohaterów Wałęsa jest niemal krystaliczny i jak to zawsze bywa w podobnych sytuacjach – ma śmiertelnych wrogów.

Mówiąc o Lechu Wałęsie, można ocenić wartość siebie, nas Polaków, a też jego samego. Nie będą to liczby bezwględne, lecz przybliżone, które trzeba mnożyć – jak to bywa w takich wypadkach.

Wałęsa napisał list do Rolling Stonesów i do Micka Jaggera, aby wsparli nas w obronie niezależności sądów. I w tym momencie wartość Wałęsy eksplodowała. Jagger na koncercie powiedział tylko: – „Polska, co za piękny kraj, jestem za stary, by być sędzią, ale jestem dość młody, by śpiewać”.

Tyle. Eksplozja. To może być nawet Big Bang naszego wyzwolenia się spod PiS, wewnętrznego najeźdźcy. Słowa Jaggera cytują największe dzienniki globu i portale, publikują artykuły, które relacjonują, na jakim wrednym zakręcie historii się znaleźliśmy.

Jaką wartość przedstawia owa promocja naszej walki o demokrację w Polsce? Ogromną. Czy Polska Fundacja Narodowa (której nazwa ma zapaszek brunatności) byłaby w stanie za wszystkie setki milionów złotych przebić się z komunikatem o podobnej sile rażenia na globalnym rynku informacji? Oczywiście, że nie.

Albo inny przykład. Rząd PiS wpadł na genialny pomysł, aby opublikować w mediach światowych treść umowy dotyczącej noweli ustawy o IPN, którą tajemnie zawarły pisowska Polska i Izrael. Nie dość, że się ośmieszyli, nie dość, iż Izrael jako strona gwałtownie zaprotestował, to miliony z naszych kieszeni zostały wydatkowane na naszą hańbę.

Lech Wałęsa jest darem, na który zasłużyliśmy, bo jest emanacją tego najlepszego, co Polska posiada i co ceni w nas świat, a obecna władza PiS – czego by się nie dotknęła – zamienia wszystko w zawartość szamba i niestety – strawestuję słowa Mateusza Morawieckiego – tym rynsztokiem podkopuje Polskę. Przeciw temu podkopującemu Polskę rynsztokowi stanął Wałęsa i wsparł go Jagger.

Mam złe wiadomości dla płynącego Morawieckiego w głównym nurcie rynsztoku podkopującym Polskę. W sierpniu na dwa koncerty przyjedzie do Polski Roger Waters, były lider Pink Floyd. On nie chrzani się w komunikatach politycznych – tak mają Brytole. Więc najlepiej dla PiS byłoby odwołać jego koncerty – np. przy wspomożeniu wszelkich stowarzyszeń Matki Boskiej, w opiekę której oddał premier naszą ojczyznę – bo… wartość Wałęsy znowu wzrośnie i to wielokrotnie.

Reklamy

Nie rzucajmy ikonę Wałęsy wrogom na pożarcie

Lech Wałęsa reaktywował Komitet Obywatelski (KO). Po niemal 30 latach demokracji doszło do takiej potrzeby, aby przypomnieć o tym ustroju, iż jest poważnie zagrożony, wolności jest coraz mniej, a ponadto wybory mogą być sfałszowane.

Nie chodzi wszak tylko o wyniki wyborów, ale o powstrzymania procesu niszczenia osiągnięć w kraju i za granicą. Dramatycznej erozji ulega znaczenie Polski, władze PiS degradują nas w Unii Europejskiej, stają się partnerami politycznymi jawnych przyjaciół władców Kremla.

Przecież w imię jakoby zagrożenia uchodźcami – co brzmi niemal, jak: kosmitami – Mateusz Morawiecki ściska się w Budapeszcie ze swoim przyjacielem Orbanem, zaś ten ostatni jest przyjacielem Putina.

To niewielki łańcuszek: Morawiecki – Orban – Putin, w którym występują dwa ogniwa antyunijne będące w UE. Czy społeczeństwo obywatelskie da radę, aby powstrzymać popadanie kraju w zależność od Moskwy? Podobna droga antyzachodnia w XVIII wieku wiodła do Targowicy, a potem do utraty niepodległości.

KO tworzą liderzy dwóch opozycyjnych partii – Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej – oraz inne autorytety środowisk twórczych, prawnych, politycznych.

Tak to na razie wygląda. KO może i powinien być płaszczyzną porozumienie także stowarzyszeń społeczeństwa obywatelskiego, oporu przeciw coraz bardziej autorytarnej władzy. Były szef „Solidarności” nie może w tej chwili powołać się na założone przez siebie związki zawodowe, bo one znalazły się w tym samym w miejscu, w którym wówczas stało ZOMO, aby powołać się na klasyka.

Czy PiS jest partią komuchów? Wiele cech zbliża partię Kaczyńskiego do PZPR, nie tylko mentalność samego wodza i jego przybocznych towarzyszy, wszak profil intelektualno-charakterologiczny Błaszczaka, Brudzińskiego, Kuchcińskiego jest tak samo guzik warty jak Czyrka, Kanii, Milewskiego, Olszowskiego. Są równie wybrakowani, lecz wierni woli wodza.

Jest naprawdę czego się bać. Sądownictwo zostało praktycznie załatwione, władze unijne próbują przeciwstawić się dążeniom niszczenia niezależności władzy sądowniczej, ale co one mogą. Na tej drodze sprzeciwu muszą stanąć sami Polacy, świadomi tego, jakie zagrożenie niesie sądownictwo partyjne. Nie mamy już mediów publicznych, zostały przez PiS zawłaszczone.

PiS szykuje w czas kanikuły niespodzianki – oni tak mają. Na środę zapowiedziano nadzwyczajne posiedzenie Sejmu. A cóż takiego stało się nadzwyczajnego, aby w nagłym trybie zwoływać izbę ustawodawczą. Może chodzić o majstrowanie przy ordynacji wyborczej albo o dekoncentrację mediów.

Lech Wałęsa jest na świecie ikoną wolności. Jest tym, co mamy najcenniejszego. W obronie wolności i demokracji winniśmy stanąć obok niego. Tę perłę – ikonę – nie rzucajmy przeciw wrogom, Ewangelia Mateusza przestrzega: „Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, nie poszarpały was samych”.

PiS jest do wszystkiego zdolne, wszak ich wódz może nas nazwać kanaliami, mordami zdradzieckimi, gorszym sortem. A jego towarzysze sięgnąć po najgorsze metody.

STAŁO SIĘ! Antoni rozpoczął atak. Nie czeka już na prezesa. W PiS zaczęła się walka o najważniejszy stołek! Kto wygra? Obóz Rydzyka, Morawiecki czy może Prokurator Zero? Na kogo stawiacie?

3 teksty Waldemara Mystkowskiego.

W kraju PiS, czyli w Pokraju

Andrzej Saramonowicz uważa, iż pisowskie państwo nie jest Polską, jest jej karykaturą, absurdem.

Scenarzysta, reżyser  i pisarz w jednej osobie Andrzej Saramonowicz w rozmowie z Tomaszem Lisem przyznał się do swojej ambicji, iż ściga się z PiS: – „Trwa rywalizacja między mną a włodarzami państwa na to, kto wymyśli większy absurd. Niestety, czasami jestem bezradny”.

Przypomnę, że Saramonowicz jest autorem prześmiesznych filmów „Testosteron” czy też „Ciało”. Pocieszeniem dla niego może być to, iż z PiS-em przegrałby Bareja i Mrożek, a nawet najwięksi światowi twórcy surrealistyczni. W te klocki partia Jarosława Kaczyńskiego to mistrz.

Gdyby istniało boisko absurdu, Kaczyński byłby nie tylko Robertem Lewandowskim, ale też miałby technikę Lionela Messiego. Z kolei Andrzej Duda byłby odpowiednikiem Cristiano Ronaldo. Oto absurd prezydenta godzien bramki Ronaldo strzelonej przewrotką. Mianowicie rząd PiS „jest atakowany”, bo odnosi sukcesy, „im Polska będzie silniejsza, tym mocniej będzie atakowana”.

I chyba to zapamiętamy z pobytu Dudy w USA, a słowa te wypowiedział dla „opiniotwórczej” TV Trwam, która miała wyłączność na wywiad z prezydentem. Dla porównania – wycieczki Dudy za Atlantyk nie zauważyły żadne media amerykańskie, nikt nie odnotował jego sukcesu. Za to wszystkie najważniejsze dzienniki USA poświęciły artykuły Lechowi Wałęsie, który odwiedził protestujących niepełnosprawnych w Sejmie.

I Saramonowicz chce się ścigać z takim Dudą? Duda jest sam w sobie niedorzecznością, bowiem jego imię to Absurd. W podobne nadymanie wpadł Mateusz Morawiecki w Sali BHP Stoczni Gdańskiej, skąd dał nogę, gdy zaznał obywatelskiej niezgody na niedorzeczności. Absurd to immanentna cecha polityków tej formacji politycznej. Na nadymanie PiS dają się nabierać dziennikarze, którzy wydawałoby się są odporni na sodówkę kiepskich retorycznie Dudy i Morawieckiego. Rafał Kalukin z „Polityki” ma pretensje do KOD, iż „jeśli się wiecuje, to się nie rozmawia. Koniec, kropka”. Kalukin jest ofiarą chciejstwa, bo oczekuje od KOD-u, który nie ma narzędzi zmuszenia Morawieckiego do dialogu, iż wymusi na Morawieckim ten dialog.

Morawiecki jednak się nie poddaje w ściganiu absurdalnym. Po sprincie w Sali BHP, prezentuje się na dłuższym dystansie. Oto ogłosił nowy program „Mosty plus”. Na czym on ma polegać? Wybudowane zostaną przeprawy tam, gdzie mostów nie ma. To nawet logiczne, ale jak absurdalne.

Czekam na inne „plusy”, np. „drogi plus”, aby powstały tam, gdzie dróg nie ma, albo „mieszkania plus” – tam, gdzie mieszkań nie ma. Aha, przepraszam – z mieszkaniami nie wyszło, program został zapomniany. Morawieckiemu polecam eksperyment, aby wybudował mosty na rzekami, których nie ma. Taki jest dramat z naszymi mistrzami od absurdów.

Tacy politycy rządzą w naszym kraju. Saramonowicz uważa, iż pisowskie państwo nie jest Polską, jest jej karykaturą, absurdem. Uznał, że nazwę Polska trzeba chronić i dać odpowiednie rzeczy słowo. Dla PiS nasza ojczyzna to jest Pokraj i taki też tytuł dał swojej książce „Pokraj”. Nie znam jej, ale sądzę, że w Pokraju rządzą Pokraki.

Mimowiedną definicję panującej prawdy w tym Pokraju dał bliski ministrowi od kultury PiS Piotrowi Glińskiemu – Dawid Wildstein. Odniósł się on do fake newsa, który chciano podrzucić Lechowi Wałęsie. Na tej bazie tak definiowana jest pokraczna prawda PiS przez Wildsteina: – „Że wpis Wałęsy to fejk? Może. Ale przecież mógł tak napisać, nie? A nawet jak nie napisał, to tak myśli. A nawet jeżeli tak nie pomyślał, to mógł tak pomyśleć. Czyli nie fejk”.

Dziś Salą BHP jest kawałek podłogi w Sejmie

Inne czasy, inna Sala BHP. Ta słynna w Stoczni Gdańskiej przeszła instytucjonalną metamorfozę. Dzisiaj służy do obrad ONR tudzież wystąpień premiera Morawieckiego, który z niej się salwował.

Sala BHP w dzisiejszej Stoczni Gdańskiej (wówczas im. Lenina) zyskała swoją symboliczną wartość w czasach wyraźnych, gdy władza stała przeciw narodowi, reprezentując interesy Moskwy. W stosunku do tamtych czasów dzisiejsze są niewyraźne, bo władza PiS – w odróżnieniu od PZPR – jest emanacją części społeczeństwa, ale ta władza stoi przeciw większej części narodu, która na nią nie głosowała. Władza PiS stoi też przeciw Konstytucji RP, standardom demokracji, przeciw trójpodziałowi władzy.

Niewyraźność tej władzy ma się więc z immanentnych cech demokracji. Można być przeciw demokracji, korzystając z demokracji. PZPR zaś nie był przeciw demokracji ludowej, ale przeciw demokratycznej opozycji. Sala BHP więc jest symbolem minionych czasów, gdy państwo i jego społeczeństwo walczyło o podmiotowość – dzisiaj jest w tym aspekcie martwa.

Dzisiaj Sala BHP to niewielka część podłogi w Sejmie, na której protestują i śpią niepełnosprawni i ich opiekunowie. Komuniści wszelkimi środkami propagandowymi walczyli z protestującymi stoczniowcami w Sali BHP. Dzisiaj w zwalczaniu protestujących niepełnosprawnych na takich samych pozycjach, jak komuniści stoją politycy PiS. Pomysły tych ostatnich są nawet bardziej nieludzkie, bo chcą odszczurzać, nasłać Sanepid, odczłowieczyć niepełnosprawnych.

Bohater naszych czasów, czasów jednak minionych, Lech Wałęsa przyjechał do Sejmu. I co mógł ofiarować? Tylko solidarność i radę: skorzystania z siły protestu górników, przed którymi ulega każda władza, bo się ich po prostu boi. Jeden z dziennikarzy nawet sobie zamarzył: przed Sejmem zjawiają się górnicy, którzy palą opony, żądając nie 15. pensji dla siebie, lecz 500 zł dla niepełnosprawnych.

Iwona Hartwich, matka niepełnosprawnego Kuby Hartwicha, jest nieformalną liderką protestu w Sejmie i kimś w rodzaju Wałęsy, przeniesionego w nasze niewyraźne czasy. Nie spodziewała się, że Lech Wałęsa rozwiąże problem protestujących, bo – jak bardzo przytomnie zauważyła – „to zadanie rządu”.

Dzisiaj Sala BHP to ten kawałek podłogi w Sejmie, na którym protestują niepełnosprawni, potrzebują naszego wsparcia, aby wytrwali, nie poddali się, aby osiągnęli swój cel, jak stoczniowcy w imieniu wszystkich Polaków w Sierpniu 1980 roku.

Przykrywanie bezradności PiS?

Pijarowski pomysł z rekonstrukcją rządu kuśtyka na dwie nogi.

Wydaje się, że PiS sięga po sprawdzone recepty pijarowskie – przykryć. Jarosław Kaczyński niedomaga, a Mateusz Morawiecki nie radzi sobie – ucieka z Sali BHP Stoczni Gdańskiej, a przede wszystkim ucieka od protestujących niepełnosprawnych w Sejmie.

Bezradność tę trzeba przykryć czymś, co zajęłoby media, bo to poprzez nie narzuca się agendę. Sięgnięto więc po „rekonstrukcję”, po telenowelę, która przyniosła poprzednio oczekiwane rezultaty. Zamiast zająć się rzeczywistymi problemami – bezprawiem PiS i upadkiem prestiżu kraju – dziennikarze trajkotali, kto kogo załatwi i komu zaliczenie gleby się należy. Poprzednio Morawiecki załatwił Szydło.

Teraz rekonstrukcja wg najnowszego pijaru aż tak wysoko nie sięga, bo nie tyka Morawieckiego, ale jego ministrów. Rekonstrukcję podrzucono „Dziennikowi Gazecie Prawnej” poprzez uniwersalną formułę „kukułczego gniazda”, tj. poprzez polityka „zbliżonego do Nowogrodzkiej”. Co świadczy, iż jest to polityk z tzw. zakonu Porozumienia Centrum. Stare wygi PiS chciałyby namieszać Morawieckiemu. Jeżeli ten pomysł powstał teraz, to należałoby użyć aktualizacji miejsca pobytu prezesa – polityk „zbliżony do Szaserów”.

Dziennikarze „Dziennika” mają świadomość, na jakim grząskim gruncie przypuszczeń się poruszają, swój materiał o rekonstrukcji tytułują: „Rekonstrukcja. Sezon drugi”. Ten sezon drugi miał już pilota rekonstrukcyjnej telenoweli, mianowicie, kto uda się na saksy do Brukseli. Padło na Beatę Szydło i Marka Kuchcińskiego, choć tylko ta pierwsza wchodzi w skład rządu.

Szydło jest pewniakiem, że zostanie zrekonstruowana. Nie uczestniczy w podejmowaniu decyzji rządowych i nie jest dopuszczona do rozmów z protestującymi niepełnosprawnymi. Inne kandydujące nazwiska z gabinetu Morawieckiego do telenoweli rekonstrukcji to: minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, szef resortu infrastruktury Andrzej Adamczyk, a także minister edukacji Anna Zalewska oraz minister energii Krzysztof Tchórzewski.

Nie ma się specjalnie, czym ekscytować, to jak blok reklamowy – słyszysz te nazwiska podczas telenoweli: albo przełączasz na inny kanał, albo robisz sobie herbatę – no, oprócz minister Zalewskiej, której reforma edukacji polega z grubsza na tym, że młodzież ma być wychowana jako przyszły elektorat PiS.

Pijarowski pomysł rekonstrukcji rządu ma same wady i raczej nie powstał w głowie Kaczyńskiego. Po pierwsze, rząd nie może nieustannie się rekonstruować. Po drugie, wstrząsnąć mediami można tylko rekonstrukcją Morawieckiego. Kto jednak miałby go zastąpić? Przed erą „chorego kolana” prezesa należałoby oczekiwać, że to Kaczyński zastąpi Morawieckiego, ale dzisiaj… ten pijarowski pomysł rekonstrukcji kuśtyka na dwa chore kolana.

4 teksty Waldemara Mystkowskiego.

„Ludzki pan” Kaczyński

Prezes PiS uderza przede wszystkim w opozycję, zmniejszając pensje parlamentarzystom oraz w samorządowców.

Jarosław Kaczyński zdecydował, iż za ujawnienie ogromnych nagród przyznanych ministrom i wiceministrom rządu PiS koszta w pierwszym rzędzie poniosą posłowie i senatorowie Platformy Obywatelskiej, bo prezes uznał, że o 20 proc. zmniejsza im pensje poselskie.

Wg prezesa, Krzysztof Brejza z PO musi czuć przy potylicy przystawioną lufę, gdy zapyta o nagrody dla ministrów, albo nie daj boże, ile kosztuje ochrona Kaczyńskiego. Grozi to dalszym obniżeniem pensji Brejzie i jego kolegom. Można też orzec, że prezes to „ludzki pan”, wszak zostawia 80 proc. uposażenia, a mógłby zabrać wszystko i powiedzieć: pieniądze nie są najważniejsze, warto pracować dla idei, a taką jest służba Polsce (tak przekonywał Stanisław Karczewski lekarzy rezydentów).

Parlamentarzyści opozycji zostali zatem ukarani, bo posłowie i senatorowie PiS odbiją sobie w rozlicznych synekurach, w radach nadzorczych państwowych spółek.

Dlaczego nie zostali pokarani ministrowie i wiceministrowie pisowskiego rządu? Bo choć nagrody muszą oddać, to Kaczyński nie zmniejszył im pensji o 20 proc., a to oni są winni, iż przyznawali sobie ogromne premie. I jakiej wysokości muszą oddać nagrody? Te, które zostały ujawnione, czy wszystkie nagrody, w tym jeszcze nieujawnione. Proces odtajniania dodatkowych apanaży był rozwojowy, nie wszystko dotarło do opinii publicznej.

Chyba już nikogo nie dziwi, że poinformował o tym szeregowy poseł, a nie premier rządu albo prezydent. Jak zatem zostanie prawnie usankcjonowana degradacja dochodów parlamentarzystów? Przez dekret prezydenta czy przez sejmową ustawę? Przy okazji można sobie wyobrazić wyrazy twarzy posłów, gdy będą procedować i głosować za zmniejszeniem swoich apanaży.

Czy dojdzie do paradoksalnej sytuacji, iż w MOPS-ach zjawią się politycy pokroju Gowina, który przyznawał, że mu nie starczało do pierwszego, do sytuacji godnej Barei, w której posłowie będą korzystać z socjału dla bezrobotnych, bo im nie starcza?

Piszę, że Kaczyński zarządził oddanie nagród przez rząd PiS, ale to nie jest prawdą w świetle jego słów: – „Ministrowie sami podjęli tę decyzję, dzisiaj było takie spotkanie. Nikt nie protestował”.

Co zatem z byłą premier Beatą Szydło, która w emocjonalnym sejmowym wystąpieniu stwierdziła, że „się należało”. Dostała od prezesa na taką mowę pozwolenie, aby „pokazać pazurki”. Prezes powiedział, że o pazurkach nie mówił. Czy to znaczy, że Beata Szydło zostanie zdymisjonowana z funkcji wicepremiera?

Zdaje się, że mamy takie wzmożenie taniego dziadowskiego państwa z powodu wewnętrznych sondaży, zleconych przez PiS po świątecznych rozmowach Polaków przy stole wielkanocnym. Słupki poparcia muszą wyglądać źle, skoro dochodzi do takich akrobacji prezesa z nagrodami.

„Ludzki pan” orzekł, aby przekazać premie na cele charytatywne dla Caritas, a nie Lux Veritatis, acz może jeszcze dojść do zmiany w kwestii stowarzyszenia i fundacji, której zwrot się należy, bo drugi naczelnik państwa Tadeusz Rydzyk nie wypowiedział jeszcze swojego zdania.

Nowi komuniści spotkali się w Budapeszcie

W Budapeszcie spotkali się dzisiaj dwaj bohaterowi z okładki najnowszego magazynu „Politico Europe” Viktor Orban i Jarosław Kaczyński. Ten ostatni przywiózł ze sobą Mateusza Morawieckiego, premiera polskiego rządu. W narracji jednego z najważniejszych magazynów politycznych dwaj bohaterowie nazywani są nowymi komunistami. Brakowało trzeciego podobnego do nich – Władimira Putina, ale to Orban do niego jeździ, jak Kaczyński do Budapesztu. Jeszcze prezes PiS nie jeździ na Kreml, ale gdyby historia miała się toczyć, jak się toczy, to i tego dostąpimy.

Kaczyński pojechał do Budapesztu w celach hołdowniczych, jakbyśmy mieli do czynienia z dawno minionymi Austro-Węgrami. Do takiego dochodzi anachronizmu. Na przedmieściach Budapesztu (8 km od centrum) odsłonięto pomnik smoleński z płaskorzeźbą Lecha Kaczyńskiego. Zacytuję dramatyczne głosy trzech uczestników uroczystości (dramatis personae), które brzmią jak farsa (do tego sprowadza się katastrofa smoleńska).

Nowy komunista I (Jarosław Kaczyński): – „To, co dzieje się na Węgrzech i w Polsce nie jest wymierzone przeciwko Europie, ale wskazuje jej inną drogę. Choć ta droga jest trudna, to idziemy nią i umacniając naszą przyjaźń, choćby przez budowę tego pomnika, idziemy tą drogą”.

Didaskalia: Ależ zaleciało Krakowskim Przedmieściem.

Nowy komunista I (dalej): – „Za dwa dni to wy będziecie decydować o drodze wolności, nie tylko w skali Węgier, ale i Europy, i świata”.

Nowy komunista II (Viktor Orban): – „Kiedy Polska jest atakowana, to atakowana jest Europa Środkowa, atakowane są też wtedy Węgry”.

Didaskalia: Na Węgrzech w niedzielę odbędą się wybory. Wg komunisty Kaczyńskiego będzie się decydować podczas nich historia Europy i świata. Zaś ataki na Polskę i Węgry idą ze strony… Brukseli. Taka retoryka jest godna jakiejś remizy spod Rzeszowa, a nie polityka, który się mieni nieformalnym naczelnikiem dużego i dumnego narodu europejskiego.

Odezwał się też pomagier nowego komunisty I Mateusz Morawiecki, ten odleciał, jak mówi się kolokwialnie „od czapy”: – „Nie można zrozumieć współczesnej historii Polski bez zrozumienia tej straszliwej katastrofy, jaką była katastrofa smoleńska”. Lech Kaczyński został wyżyłowany politycznie przez brata na wszelkie możliwe sposoby i kiedyś w politologii ten niechlubny epizod z naszej historii będzie analizowany pod kątem, jak uprawia się politykę funeralną.

Spointuję powyższe satyryczne wypowiedzi innym politykiem tego samego obozu, szefem Gabinetu Prezydenta Krzysztofem Szczerskim. Zapytano go w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, dlaczego Donald Trump nie chce spotkać się z Dudą, Szczerski odpowiedział: – „Trump chce się spotkać z Dudą, ale panowie mają zbyt zajęte kalendarze”. I to jest… zupełnie od czapy.

Jest wyjście – oficjalny spis zajęć Trumpa jest powszechnie znany, codziennie od godziny 8 do 11 tweetuje albo ogląda telewizję. Gdyby Duda się postarał (przesunięcie czasowo na Wschodnim Wybrzeżu USA wynosi – 6-7 godzin – w stosunku do czasu środkowoeuropejskiego), to od godziny 1 do 3 w nocy zamiast tweetować z jakimś Ruchadełkiem leśnym, mógłby poćwierkać z Trumpem.

Tak wygląda polska polityka… od czapy.

Panikujący Kaczyński brzytwy się chwyta

Gdy Roman Giertych przestał być politykiem, stał się porządnym adwokatem i przede wszystkim dowcipnym oraz trafnie prognozującym komentatorem. Ponadto znajomość rządzenia Jarosława Kaczyńskiego otworzyła mu oczy na cechy tego człowieka. Giertych podczas rządów PiS-LPR-Samoobrona siadał obok Kaczyńskiego i okupował róg stołu, tak jak dzisiaj sadzany w rogu stołu jest Mateusz Morawiecki. Zdjęcie z Budapesztu, na którym Viktor Orban i Kaczyński siedzą centralnie do dziennikarzy, a w rogu stołu siedzi z miną zbitego psa Morawiecki, wszak szef rządu polskiego, robi wstrząsające wrażenie, wyraża, ileż złego się dzieje z naszą sferą publiczną.

Giertych uważa (na Facebooku pisze), że Kaczyński „panikuje, bo (…) dyktatura, która nie przejęła zdolności zastraszania, przegrywa”. A Kaczyński był tego bliski, aby przejąć pełnię władzy, ale źle ulokował swoją osobę, wysługując się wspomnianym Morawieckim, a wcześniej Beatą Szydło.

Kaczyński się zabezpieczał, bo przyjdzie politykom PiS odpowiedzieć za niszczenie ustroju demokratycznego. I możliwe, że moment dojścia do dyktatury umknął Kaczyńskiemu na zawsze, prezes PiS jest wyznawcą dogmatu autokratów, zdefiniowanego przez Józefa Stalina: „Wolę, gdy ludzie popierają mnie ze strachu niż z przekonania. Przekonania są zmienne, strach zawsze jest ten sam”.

Popieranie ze strachu mógł uzyskać Kaczyński na początku obecnego roku, gdy słupki sondażowe dla PiS sięgały 50 proc. i więcej. Wówczas mógł ogłosić przedterminowe wybory i objąć autorytarne rządy. Giertych: „Gdyby wybory w 2018 wygrał, to następne wybory byłyby fikcją, gdyż przejąłby zdolność kierowania sądami, sondażami, wykończyłby niezależne media i zastraszył przeciwników”.

A teraz prezes PiS może tylko pomarzyć, aby posadzić za kratami Donalda Tuska – acz jeszcze będzie próbował naginać oskarżenia szefa Rady Europejskiej za pomocą nowej komisji śledczej ds. VAT. Lecz to okaże się ledwie groteską, tym bardziej, że o Tusku Polacy przypomnieli sobie jako wybitnym polityku i darzą go największym zaufaniem.

Dzisiaj decyzje Kaczyńskiego są spowodowane paniką, PiS traci poparcie. Giertych konkluduje: „Strach Kaczyńskiego, który spowodował teraz paniczny ruch wynika właśnie z tego, że zdał sobie sprawę, że jego zamach na Państwo Polskie się nie udał”.

Panikujący chwyta się brzytwy. Stoimy jeszcze przed takimi decyzjami panikarza, który może zechcieć nagiąć wyniki wyborów. Mentalność autokraty zaowocuje groźnymi dla państwa i obywateli decyzjami, a Kaczyński jest zdolny do wszystkiego, bo to człowiek z alternatywnego świata, zabezpieczony przed rzeczywistością kordonem ochrony i barierkami. To ktoś „obcy” naszej normalności, polskości. Źle skończy, jak każdy „Alien”.

Kleptokracja PiS

Chroniczne złodziejstwo jest zwane kleptomanią – PiS stworzył z tego ideologię.

Gdy psycholodzy pochylili się nad kleptomanią, odkryto w niej znamiona choroby. Często słyszy się od złodziei, iż mają kłopoty psychiczne, dlatego dobra kleją się im do rąk. Chorobowy stan złodziejski zorganizowany pod szyldem idei można nazwać kleptokracją. Szajki, mafie i inne szemrane towarzystwa cierpią na niedocenianie, na kiepskość, więc dowartościowują się materialnie poprzez kradzenie.

W polityce jest to o tyle groźne, iż można posłużyć się lewicowymi bądź prawicowymi ideami, lecz zawsze łupem takich idei pada budżet wspólny: czy to samorządowy, czy państwa. W PRL powstało usprawiedliwienie, iż złodziejstwo na dobrach państwowych nie jest złodziejstwem, bo złodziej nie okradał bliźniego, tylko znienawidzone państwo.

Ten PRL-owski idiom wrósł w Polaków bardziej niż tatuaż, a bliżej mu do genu narodowego. Niespełna 30 lat po upadku, gen nie mógł być wypleniony, wyleczony, bo na narodzie nie dokonano żadnej lobotomii, terapii elektrowstrząsowej. Było tylko transformacyjne przejście z jednego ustroju w drugi, ale tylko w sferze gospodarczej i urządzeń ustrojowych.

Naród nie był leczony, gdyż leczyć w tym wymiarze może tylko szkoła, wychowanie i pokolenia, a tych pokoleń musi zemrzeć kilka, niektóre tradycje mówią o 7 pokoleniach, inne – jak hebrajska – o 40 latach.

PiS z okradania stworzył ideę, której celem końcowym nie jest dowartościowanie innych, w imieniu których się kradnie, ale przede wszystkim siebie. Można to określić tworzeniem wspólnoty kleptomańskiej. Jarosław Kaczyński kiedyś nawet nazwał to TKM (teraz k… my), uwłaszczył się na państwowym, stworzył Srebrną. Działo się to w wymiarze prywatnej partii, która jednak sięgnęła po władzę w państwie.

Elektorat został kupiony za pieniądze z budżetu, czyli nasze, a gdy został on stygmatyzowany 500+ (jak szkarłatną literą), niejako stworzył wspólnotę z PiS. Nie dziwmy się zatem, że w porywach PiS zyskiwał poparcie 50 proc. Polaków.

Złodzieje zawsze przekupują innych po drodze do celu, lecz łupem właściwym nie dzielą się, bo jest on przeznaczony dla stosunkowo niewielu i jest wielokroć przewyższający niż 500+. Złapany złodziej krzyczy: „łapać złodzieja” (przez dwa lata obowiązywał idiom: „PO przez 8 lat tamto-siamto”), a gdy został przygwożdżony i otwarto mu tobół z trofeami, złodziej stwierdził, że „mu się należy”. Bo ciężko pracował nad zniszczeniem reputacji Polski i zniszczeniem ustroju demokratycznego.

Napracowali się. Ale złodziej zauważył, że stygmatyzowane 500+ grono wspólników odwraca się od niego, bo co to za szmal 500+. Wiec prezes wpadł na szatański pomysł, aby zwrócić trofea, ale nie do Sezamu (budżetu), z którego wynoszono, ale do przyjaznej mu instytucji, do katolickiego Caritasu. Acz zwrot nie będzie pełny, bo można będzie sobie odpisać go od podatku, czyli w gruncie rzeczy nie jest to zwrot, tylko ofiara na Caritas. Te pieniądze są jednak z łupu, nie zawarto na nie żadnej umowy cywilno-prawnej.

Zatem to nie koniec prawnych kłopotów PiS. Zaś w wymiarze psychologicznym, czyli owego genu kleptomanów, nie jest on do powstrzymania, nie ma odwrotu od gnicia i rozkładu tej formacji, która wyznaje ideę kleptomanii i sama stwarza ustrój kleptokracji. Okraść budżet, prawo, demokrację, a nawet Księżyc. Taki jest gen politycznych lunatyków.

Ku pamięci, ucieczka tchórza będącego 28 km od miejsca katastrofy, zjadł obiad, wsiadł do pociągu i dyla do W-wy.Po czym zostaje odpowiedzialnym za komisję do zbadania okoliczności katastrofy.Dzisiaj już wiemy,że ta komisja i badania polegają tylko na dojeniu nas z kasy!

Rocznica Porozumień Sierpniowych. Wydarzenie, którego nie pozwolimy odebrać historii!

SZUBARTOWICZ W PUNKT!

Wreszcie “Dobrej zmianie“ coś się udalo.

Magdalena Środa o Macierewiczu.

I śmieszno, i straszno

Paramilitarne rządy Macierewicza budzą to przerażenie, to śmiech.

Na studia wraca „wojsko”. To fantastyczny pomysł! Dzisiejsza młodzież za dużo siedzi w internecie, „na wojsku” pozna realne życie, a zwłaszcza dowie się wielu niezwykle użytecznych rzeczy: „jak zabijać innych”, „gdzie w pobliskim schronie jest zupa”, no i „co robić, gdy w pobliżu wybuchnie bomba atomowa”. Pamiętam świetnie! – „Trzeba się przykryć natłuszczonym papierem. Jeśli nie zdążysz dotrzeć do lodówki po smalec, sięgnij po gazetę, ta zawsze jest pod ręką”.

„Na wojsku” – prócz wielu innych umiejętności (nie pamiętam dziś jakich) – rozwinął się niewątpliwie mój duch patriotyczny. Zajęcie zbrojne i medyczne przeplatane bowiem były wykładami ideologicznymi: jak i dlaczego kochać socjalistyczną ojczyznę? Dlaczego Polacy mimo przegranych bitew są tak bohaterskim narodem? Oraz jak wspaniałym jest nasz Przywódca Partyjny! Wykłady były żołnierskie, a więc proste, ale też tematy były oczywiste. Wiedzy i talentów nie potrzebowały.

Teraz będzie, „jak kochać ojczyznę PiS”. Temat nieco bardziej złożony, ale wychowankowie Macierewicza pewno znają go już na pamięć. Liceum nie zdołało nauczyć mnie patriotyzmu a la Gierek, bo tak zwane „Przysposobienie obronne” służyło głównie do „chodzenia na azymut”, czyli na wagary. Na szczęście mieliśmy w klasie kolegę, który pasjonował się lotami bombowymi nad Warszawą w czasie II wojny światowej, czym zajmował uwagę wojskowego nauczyciela. Chłopiec ten był zresztą jedynym, który pragnął iść do wojska i jedynym w klasie, który miał kategorię dyskwalifikującą go. Tak więc „wojsko” zarówno w liceum, jak i na studiach osiągnęło przeciwny skutek do zamierzonego: nauczyło nas pacyfizmu, nienawiści do prostackiej ideologii i niechęci do zmarnowanego czasu (choć cośmy się pośmiali to nasze). Czy teraz też tak będzie? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Nie wiem, co musiałoby się stać, by zajęcia z wojskowości osiągnęły taki poziom, że stałyby się pożyteczne i czy w ogóle muszą być pożyteczne? Na poziom intelektualny wykładowców chyba nadal nie ma co liczyć, bo militarny system odstrasza ludzi zdolnych, a paramilitarne rządy Macierewicza budzą to przerażenie, to śmiech (coś między „Dzielnym wojakiem Szwejkiem” a „Gwiezdnymi wojnami”). Na powagę zajęć również nie ma co liczyć, bo tylko wojskowi nie zdają sobie sprawy z braku skuteczności „żołnierskiego” przekazu jakichkolwiek wiadomości. „Wojsko” PiS na studiach będzie równie uciążliwe i zbyteczne jak „wojsko” za czasów Gierka, zwłaszcza, że – jak widać – wzorce absolutnie te same. I tak samo śmieszno, i straszno.

HARCERZE NIE SĄ PiS-OWI POTRZEBNI… WSTYD !!!

FOR i posłowie domagają się wyjaśnień od Szydło

Marek Tatała z Forum Obywatelskiego Rozwoju wysłał do Kancelarii Premiera wniosek z pytaniami, dotyczącymi ujawnienia dowodów, na których swoją wypowiedź o lipcowych protestach oparła Beata Szydło. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” stwierdziła, że były one opłacone i dobrze wyreżyserowane.

Tatała powołuje się na zapisy Konstytucji i ustawy o dostępie do informacji publicznej i pyta:
„1) Kto reżyserował ostatnią fale protestów?

2) Jakie dokumenty i inne materiały będące w posiadaniu Pani Premier potwierdzają, kto reżyserował ostatnią fale protestów?

3) Kto opłacał ostatnia falę protestów?

4) Jakie dokumenty i inne materiały będące w posiadaniu Pani Premier potwierdzają, kto reżyserował ostatnią fale protestów?

5) Jaką kwotą została opłacona ostatnia fala protestów?”

Kancelaria Premiera musi udzielić odpowiedzi w terminie 14 dni od daty wpłynięcia wniosku.

Z kolei Jacek Protasiewicz z Europejskich Demokratów wystosował interpelację poselską i prosi o odpowiedź na następujące pytania:

„1. Kto – zgodnie z wiedzą Pani Premier (osoba fizyczna, osoba prawna, organizacja pozarządowa etc.) – był podmiotem opłacającym opisane działania, które miały miejsce w lipcu 2017 r.? Jeżeli – ze względu na przepisy prawa – nie może Pani ujawnić konkretnych nazwisk bądź nazw, proszę o informację czy były to podmioty krajowe lub zagraniczne.

2. Jakiego rzędu kwoty wykorzystano do sfinansowania tych protestów?

3. Z jakich źródeł pochodzą informacje dotyczące opłacania społecznych protestów? Czy ta wiedza uzyskana została dzięki działaniom polskich lub zagranicznych służb specjalnych?

4. Jeśli posiadane przez Panią informacje mają źródło operacyjne, to proszę o odpowiedź na jakiej podstawie prawnej i z jakiego powodu takowe czynności były prowadzone wobec organizatorów i uczestników legalnych demonstracji w lipcu bieżącego roku?”

Podobne zapytanie wysłała Agnieszka Pomaska z PO. W przypadku interpelacji poselskich odpowiedź można sie spodziewać – niestety – po kilku tygodniach.

Tłum skandował \”Lech Wałęsa\” pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. Były prezydent: Musimy jeszcze raz się poderwać.

Waldemar Mystkowski pisze o obchodach rocznicy Porozumień Sierpniowych.

Duda, Szydło, Karczewski unikali Wałęsy, jak diabeł święconej wody

Andrzej Duda i Beata Szydło unikali 37. rocznicy Porozumień Sierpniowych w kolebce Solidarności, jak diabeł święconej wody. Ich doradcy wyszperali Lubin, więc pojechali tam, gdzie nikt ich się nie spodziewał. Prezydent Duda zdobył się na koślawą metaforę: – „Lubin krwią podpisał porozumienia sierpniowe”.

Akurat Sierpień ’80 ma się do 35. rocznicy Zbrodni Lubińskiej, jak Armia Krajowa (AK) do Żołnierzy Wyklętych. To zupełnie inny porządek. Szydło znowu wpadła w logoreę (bo nie wierzę, aby jej pisali takie przemówienia PR-owcy): – „Jesteśmy państwem demokratycznym, wolnym i suwerennym”. Na szczęście nie powiedziała, kto reżyserował i opłacał protesty w sierpniu 1980 roku.

Szydło i Duda uciekli od Lecha Wałęsy, wokół którego winny się obracać uroczystości, jak Ziemia wokół Słońca. Polska legenda jest żywa, czego nam zazdrości świat. Wałęsa nie sprzeniewierzył się demokracji, wolności i suwerenności, a tego o sobie nie mogą powiedzieć prezydent i premier. I to jest ich kłopot, ale też nasz wspólny frasunek, bo to jednak władze polskie. Musimy się za nich wstydzić.

Za to dziarsko poczynał sobie marszałek Senatu Stanisław Karczewski. On zwykle jest wysyłany na takie trudne chrzty bojowe. Nie trafia do osób, do których powinien trafić, ale trafia przynajmniej na rzeczone miejsce. Był na Białorusi, nie trafił do opozycji prodemokratycznej, ale do „ciepłego człowieka” Łukaszenki. Ma taki nietrafiony gen. Trafił do Gdańska, ale nie trafił do Wałęsy.

Ba, Karczewski nawet odezwał się do szefa gdańskiej Solidarności, który nijak się ma do szefów klasycznej Solidarności z lat 1980-81. Znowu mu wyszedł jakiś „ciepły człowiek”, jakiś żołnierz wyklęty. Koślawy ten marszałek. Za to słyszał o 21 postulatach sierpniowych, a także o porozumieniu sierpniowym, o czym był łaskaw powiedzieć: – „My tak naprawdę dopiero w tej chwili próbujemy realizować to, co państwo podpisaliście 37 lat temu”.

Jak to usłyszałem, a byłem w pozycji wertykalnej, usiadłem. Przynajmniej marszałek czuje się spadkobiercą komuchów i „próbuje realizować”, co tamci podpisali. A jak realizuje? To kolejna autokrytyka (komuchy nazywali to samokrytyką). Karczewski jako przykład niezrealizowanych postulatów podał dotyczący poprawy funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej: – „Mamy jeszcze dużo do zrobienia w tym zakresie”. Ja odczytuję to jako krytykę ministra Konstantego Radziwiłła, który ostatnio wsławił się kumoterstwem, dał pół miliona na fundację kuzyna Radziwiłła. To peryfraza godna Marcela Prousta.

Po łebkach opisuję zachowanie władzy wobec najważniejszej rocznicy w naszej współczesnej historii i może ta moja pisanina brzmieć jak groteska, czy też farsa. Lecz niczego tutaj nie zmyślam. Władza tak się zachowuje, tak unika  odpowiedzialności, miga się, boi się stanąć oko w oko z bohaterem Wałęsą, który mieści się w krótkim porządku naszej wielkości: Mieszko I, Bolesław Chrobry, Władysław Jagiełło, Tadeusz Kościuszko, Józef Piłsudski.

Ławka naszych bohaterów jest krótka, na niej znajduje się nasza żyjąca legenda: Lech. To z nim należy się solidaryzować, jego fetować.

Powinienem jeszcze napisać o opozycji, do której mam zastrzeżenia, ale przynajmniej nie jest groteskowa i farsowa. Grzegorz Schetyna dzisiaj solidarność odczuwa z poszkodowanymi przez nawałnicę. I tam na Kaszuby zaprasza europosłów. Bo solidarność jest wówczas, gdy się nie boimy wspólnoty z poszkodowanymi, z innymi, z potrzebującymi. W solidarności od swojego można dostać po łbie nie tylko kropidłem, ale gdy chce się być świętoszkiem, to ucieka się od święconej wody, bo może okazać, że jest się diabełkiem, jak pisał wielki Molier.

78 LAT PO WOJNIE…

SZACUNEK, PANIE PREZYDENCIE

>>>

ASZdziennik dopatrzył się modyfikacji w logo „Solidarności”. Piękny prezent związkowców dla prawdziwego przywódcy strajku  

Najwybitniejszy polski scenarzysta filmowy w historii Krszytof Piesiewicz wczoraj pisał.

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia.pl analizuje perfidną grę Dudy.

Podstępna gra Dudy. Czy prezydent przejmie partię Kaczyńskiego?

Siedemdziesiąt jeden lat będzie miał Jarosław Kaczyński, gdy w 2020 roku odbędą się wybory prezydenckie. Nie jest żadną tajemnicą, że w Prawie i Sprawiedliwości zdają już sobie sprawę, że w najbliższych latach nastąpi sukcesja władania nad obecnie rządzącą partią i już dziś toczy się rywalizacja o schedę po Kaczyńskim. Wielu dziś zastanawia się, kto może przejąć władzę w PiS – jedni mówią o Joachimie Brudzińskim, inni o Antonim Macierewiczu czy Mateuszu Morawieckim, którego ponoć namaścić ma sam naczelnik. Pojawiają się też ostatnio sondaże, że to Beata Szydło byłaby najlepiej widziana na stanowisku prezesa Prawa i Sprawiedliwości po odejściu Jarosława Kaczyńskiego na emeryturę. W rozważaniach politologów i komentatorów życia politycznego nie pada jednak nazwisko prezydenta Dudy. Nie wiedzieć dlaczego, nikt nie traktuje go poważnie, włączając w to jego kolegów z macierzystej partii.

I właśnie w tym lekceważącym traktowaniu prezydentury Andrzeja Dudy szukałbym przyczyn nie tylko prezydenckich wet do ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości, ale i uruchomienia inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej, którą prezydent objął patronatem. Andrzej Duda wcale nie chce skłócić się z Prawem i Sprawiedliwością, tylkochce na tyle wzmocnić siebie i swój urząd, by działacze partii Kaczyńskiego oraz ich sympatycy w chwili oddania władzy przez prezesa PiS to w nim widzieli najmocniejszego gracza po prawej stronie sceny politycznej. Wbrew pozorom ma do tego dziś wszelkie narzędzia.

Po pierwsze, demokratyczny mandat ponad 50% wyborców. Tego argumentu będzie używał wielokrotnie przez najbliższe lata, wbijając szpilkę właśnie Kaczyńskiemu, który nigdy tak dużego poparcia nie osiągnął. Już dziś politycy z najbliższego grona prezesa PiS powtarzają co prawda, że to taka specyfika wyborów, że to Kaczyński „wymyślił Dudę” i zrobił go prezydentem. W miarę jednak upływu czasu oraz powtarzanego argumentu, że to jednak było przekazanie mandatu do zmian Andrzejowi Dudzie, właśnie na jego korzyść będzie zyskiwał na sile. Tym bardziej w sytuacji, gdy dojdzie do starcia potencjalnych sukcesorów po Kaczyńskim – ani Brudziński, ani Morawiecki, ani tym bardziej Macierewicz takim mandatem społecznym pochwalić się nie mogą.

Po drugie, weta do ustaw, w których rośnie siła i uprawnienia członków gabinetu Beaty Szydło (czy innego premiera z PiS), a maleje władza prezydenta lub choćby samorządu, gdzie prezydent widzi potencjalnego koalicjanta. Przypomnijmy sobie uzasadnienie weta do ustawy o Sądzie Najwyższym czy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Istotą zarzutów Andrzeja Dudy była zbyt duża władza ministra Ziobry, w znaczący sposób naruszająca jego bezpośrednie prerogatywy. Nie bez powodu wielu komentatorów mówiło w okresie lipcowego kryzysu, że gdyby prezydent podpisał ustawy o SN i o KRS, to w gruncie rzeczy przestałby już być PiS-owi potrzebny. Wszelką władzę nad jego być albo nie być zyskałby gabinet premiera. Na to Andrzej Duda, dumny z tego, że zagłosowało na niego więcej Polaków niż na partię Kaczyńskiego, pozwolić nie mógł. To przecież on obiecywał, że będzie wprowadzał reformy, które poprawią los najsłabszych Polaków. W kampanii wyborczej krytycy podkreślali, że przecież Konstytucja nie przewiduje dla niego narzędzi do prowadzenia aktywnej polityki, więc jego obietnice składane są na wyrost. Dziś można zaryzykować stwierdzenie, że już wtedy w głowie kandydata Dudy pojawił się pomysł, że w Polsce powinien być system prezydencki.

Trafnie zdiagnozował tę kwestię ostatnio Roman Giertych w swoim felietonie dla serwisu NaTemat, że ta rozszerzająca wykładnia przepisów Konstytucji, w ramach której prezydent przyznał sobie prawo do rozstrzygania, czy wniosek organu dotyczący jakiejś czynności jest dla niego wiążący czy nie, to nic innego jak próba zmiany systemu parlamentarno – gabinetowego w prezydencki. Podobnie z kwestią prawa łaski, zastosowaną w formie abolicji indywidualnej, które tak dokonane stawia prezydencką prerogatywę ponad wszelkimi innymi władzami. Rozpoczęcie inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej pod hasłami wzmocnienia władzy prezydenta, który ma jego zdaniem najsilniejszy mandat do rządzenia w kraju z tytułu wyboru w wyborach bezpośrednich, to nic innego jak realizacja planu sformalizowania władzy prezydenta jako nadrzędnej. Gdyby ta inicjatywa się powiodła, po odejściu z aktywnej polityki prezesa Kaczyńskiego to właśnie gospodarz Pałacu Prezydenckiego byłby naturalnym przywódcą całej zjednoczonej prawicy.

Takie motywy inicjatyw prezydenta Dudy i rozpoczętego procesu emancypacji od centrali partyjnej rozgryzł już prezes Kaczyński oraz dwór go otaczający. Dlatego w inicjatywie zmiany konstytucji, mimo że pokrywa się ona przecież z programem PiS, to sojuszników w PiS dziś nie znajdzie. Nikt nie jest zainteresowany, by wzmacniać potencjalnego rywala do schedy po Kaczyńskim. Nie taką dla niego rolę przygotowano. Dlatego też jesienią należy się spodziewać dalszego konfliktu obozu prezydenckiego z centralą partyjną. Zresztą zalążki już widać po dzisiejszych wypowiedziach Beaty Szydło, która podkreśla, że to rząd, nie prezydent mają rację w kwestii ustaw sądowych. Słyszymy to także z ust Zbigniewa Ziobro, który otwarcie mówi, że większość 3/5 przy wyborze członków do KRS to już temat nieaktualny i nie do przyjęcia. Walka o władzę trwa więc w najlepsze. Tym razem jednak PiS i prezydent nie stoją już po tej samej stronie.

Koniecznie! 😀✌️

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczętym właśnie 3. sezonie rządów PiS.

Trzeci sezon serialu PiS

Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji.

Sezon ogórkowy szybko minął, została po nim mizeria polskiej polityki. Właśnie wkraczamy w 3. sezon serialu produkcji mediów narodowych „Wyprowadzanie Polski z UE”, a także równoległego: „Chwyt narodu za twarz”.

W pierwszym odcinku zobaczyliśmy odświeżoną premier Beatę Szydło, która podzieliła się radosną nowiną („Ewangelia PiS”) w „Gazecie Polskiej”: – „Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd”.

Pani Szydło winna jak najszybciej przedstawić adres kasy, która wypłacała szmal protestującym, nazwisko reżysera tych protestów (acz tego ostatniego jestem w stanie natychmiast wymienić), a to dlatego, że właśnie wyciągnąłem rękę i domagam się opłaty za mój protest. Każdego dnia wychodziłem na protesty, a nie skapnął mi żaden grosz. Przeciwnie – musiałem opłacać dojazd i jakoś zorganizować światełko, bo byłem jednym z wielotysięcznych ogniw „Łańcucha światła” w Poznaniu.

Reżyserem protestów była partia PiS, której ustawy znoszące niezależność sądów wyprowadziły rodaków na ulice. I nie uderzaliśmy „w rząd”, ale w honor prezydenta, aby zawetował ustawy. Domagaliśmy się 3 razy weto, niestety, były tylko dwa.

Drugim wątkiem rozpoczętego 3. sezonu rządów PiS jest przepisywanie historii na nowo. Rozdział z podręczników „Polska w Unii Europejskiej” rozpoczyna się „Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej”. Został napisany ustami Konrada Szymańskiego w Radiowej Jedynce.

Wszyscy się oburzyli. Jak to? Wszak widzieliśmy, że Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz podpisywali akcesję Polski do UE, a Miller przytomnie się upomniał, że hola-hola: – „przecież ja jeszcze żyję”.

Szymański wcale nie musiał się pomylić. Dostępna jest w internecie odpowiedź pani Szydło na pytanie: kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej? Znacie? Przypomnę: „W 1992, a może 1993”. Wówczas Szymański był wiceszefem Młodzieży Wszechpolskiej, która to organizacja jest antyunijna, ale Szymański mógł robić za kreta.

Szymański jest kretem? Przyglądnijcie mu się dobrze. Trzeci wątek odcinka premierowego 3. sezonu jest autorstwa europosła, którego nazywam „O w pół do pierwszą” (on tak mówi, ta fraza w jego wykonaniu też jest dostępna w internecie). Ryszard Czarnecki był łaskaw się podzielić najradośniejszą nowiną (Stary Testament PiS), iż Westerplatte w 1939 roku bronili volksdeutsche, którzy organizują obchody 1. września. Oto w pełnym brzmieniu wpis na Twitterze: „Związek VOLKSDEUTSCHOW w Polsce organizuje obchody 1. Września na Westerplatte. Adamowicz przyznał im do tego prawo, bo się pierwsi zgłosili” (pisownia oryginalna).

Czarnecki musiał się poróżnić z panią Szydło albo wie, czego my nie wiemy, bo to ona ma brać udział w obchodach. Byłaby jednak zrozumiała postawa Szydło w wielu kwestiach, jeżeli uwzględnimy sugestię Czarneckiego – peryfrazę – iż jest volksdeutschem. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz poleciał po honorze Czarneckiego: – „Jak Panu nie wstyd pisać takie rzeczy o Westerplatte, miejscu, w którym ginęli Polacy? Premier Szydło ma wziąć udział w tych uroczystościach”.

Czy Czarnecki ma zdolności honorowe? Ktoś, kto nakładał krawat czerwono-biały bywszy w Samoobronie, raczej nie ma honoru. Zauważmy, że w pierwszym odcinku we wszystkich trzech wątkach przewija się nazwisko Szydło, a nie ma w nim „ukrytej opcji” Jarosława Kaczyńskiego. Spokojnie, jutro, pojutrze się odezwie!

Ten 3. sezon może być rozstrzygający dla całego serialu PiS. Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji, Unia Europejska ma już dość – ostro wypowiedzieli się Emmanuel Macron i Angela Merkel – więc przezornie w odwrotnym kierunku na Białoruś z poselską delegacją PiS udał się wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (wcześniej przyjacielską kwerendę odbył marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wsławił się określeniem miejscowego satrapy Łukaszenki – „ciepły człowiek”). Czy Polacy zgodzą się na odwrócenie zadkiem do UE? Właśnie w tym sezonie będziemy o tym decydować.

To fakt – to jest wypowiedź godna debila

>>>

I JAK TU MAJĄ SIĘ Z NAS NIE ŚMIAĆ? EUROPA TRZYMA SIĘ ZA BRZUCH…

CAŁY OBŁUDNY PLAN PiS OBNAŻONY. OKAZAŁ SIĘ FIKCJĄ.

Andrzej Karmiński na Koduj24.pl pisze o Porozumieniach Sierpniowych.

Nieporozumienie Sierpniowe

Po 37 latach przyzwoici Polacy stanęli przed pytaniem, czy ustrzegliśmy zdobycze tamtego gorącego lata?

37 lat temu Andrzej Waligórski przyniósł do redakcji „Słowa Polskiego” wiersz, który udało się nam, młodym reporterom działu miejskiego, przemycić przed cenzorem i opublikować. Wiersz opowiadał o tym, co działo się wtedy wokół nas. O tym, że nam się zdarzył „piękny, mądry zryw, że Polacy rzekli, gdy się zeszli: – Są w ojczyźnie rachunki krzywd, lecz nie obca dłoń je przekreśli”. Waligórski uważał, że o wydarzeniach tamtego lata powstaną kiedyś „legendy i sagi, będą wiedzieć przyszłe pokolenia, że raz kiedyś narodowe flagi wywieszono bez rozporządzenia”. I prosił, żeby zapamiętać „te noce nieprzespane i te bramy fabryczne wśród kwiatów, gdy przestała naraz być sloganem dyktatura proletariatu”.

Ja zapamiętałem. Do dzisiaj pamiętam klimat tamtego lata, atmosferę napięcia, obaw i wielkich nadziei. Polska zamarła w oczekiwaniu na swoją historyczną szansę. A potem ludzie zaczęli się budzić. Powracające z Wybrzeża wagony kolejowe z hasłami malowanymi na burtach rozwoziły dobrą nowinę do najdalszych zakątków kraju. Na ścianach urzędowych budynków pojawiały się wezwania do strajku i do wsparcia protestujących. W każdym prawie domu można było znaleźć kopię 21 postulatów, często ledwie widocznych, bo przepisanych przez dziesięć kalek na domowej maszynie albo na służbowej w jakimś biurze.

Ludzie byli nie tacy jak dziś. Nieznajomi mijali się na ulicy z uśmiechem i pozdrawiali życzliwie, a czasem zatrzymywali się i rozmawiali ze sobą. Rozmawiali, a nie wykłócali. To byli całkiem inni Polacy. Kiedy zastrajkowała wrocławska zajezdnia – ta, w której Władek Frasyniuk rozpoczął polityczną karierę jako rzecznik prasowy komitetu protestacyjnego – okoliczni mieszkańcy nadal przychodzili na swoje przystanki, bo podjeżdżały tam liczne samochody prywatne, a nawet auta służbowe, oferując bezpłatną podwózkę do pracy lub do domu.

Łączyła nas wtedy nadzieja na lepszy los i na bezpieczną przyszłość. Jednoczyły wspólne marzenia i wiara, że spełni się choćby część postulatów, tych wyartykułowanych na Wybrzeżu, i innych – zasłyszanych, przeczytanych w ulotkach, uznanych za własne. O co nam wtedy chodziło? Głównie o to, by partia panująca oddała Polakom skradzione instytucje demokratyczne, by zwróciła nam zawłaszczoną wolność. Chodziło też o to, żeby władza przestrzegała choćby tylko tej koślawej konstytucji, choćby tego prawa, które sobie ustanowiła i tych międzynarodowych konwencji, które podpisała. Żeby telewizja i inne media anektowane przez partię rządzącą nie kłamały w żywe oczy, nie oszukiwały tak bezczelnie i nie szczuły na przeciwników władzy, nazywając ich warchołami i wichrzycielami na usługach wrogich ośrodków. Żeby patriotami nie byli tylko ci, co popierają rząd, a jego przeciwnicy nie stawali się automatycznie wrogami Polski i zdrajcami narodu. Żeby przywódca przewodniej partii nie był tak wszechwładny i żeby można go było bezkarnie nie lubić. Żeby tajne służby przestały nas podsłuchiwać i podglądać, żeby prokuratura i sądy nie były na gwizdek władzy i żeby ZOMO nie stało tam, gdzie ZOMO. Żeby państwem, administracją i gospodarką kierowali fachowcy, a nie partacze i gamonie z partyjną legitymacją. Żeby naszym dzieciom nie wciskano zafałszowanej historii, a oświata przestała być narzędziem politycznej indoktrynacji. Żeby byle grafoman – wazeliniarz gloryfikujący władzę nie rugował prawdziwego pisarza z polskiego panteonu twórców. Chodziło też o to, żeby opuścić frajerskie sojusze, otworzyć Polskę na zachodni świat i bez powodu nie wieszać psów na demokratycznych krajach i narodach bardziej od nas cywilizowanych. A w ogóle to chodziło o to, żeby naprawdę, tak naprawdę, a nie tylko w propagandowym sloganie, Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej – dzięki własnej pracy i pomysłowości Polaków, a nie metodą rozdawnictwa dóbr po uważaniu. I żeby nie korumpować społeczeństwa za pieniądze wypracowane przez społeczeństwo, byle tylko trwać przy władzy.

Niezapomniany Andrzej Waligórski z wrodzonym optymizmem zakończył ten swój wiersz wyznaniem wiary, że odtąd każdy rok, dzień, i miesiąc pracowitszy będzie i łaskawszy, „wierzę bowiem w sierpień ’80, co – strzeżony – pozostanie w nas na zawsze”. Po 37 latach przyzwoici Polacy stanęli przed pytaniem, czy ustrzegliśmy zdobycze tamtego gorącego lata? Co pozostało w nas z Sierpnia’80? Trzeba przyjrzeć się dzisiejszej Polsce. Warto sprawdzić, czy dopilnowaliśmy realizacji najważniejszych spośród ówczesnych marzeń, dążeń i postulatów. Warto zapytać, czy zdaliśmy egzamin z wolności i demokracji. A jeśli nie – to może zastanowić się, czy historia przewidziała dla nas w tej sprawie sesję poprawkową. A jeśli tak?

LIS SKOMENTOWAŁ NAJLEPIEJ! 🙂

NIE TORTURUJCIE NAS SWOJĄ „MĄDROŚCIĄ”. EUROPA SIĘ Z NAS ŚMIEJE…

PANIE JAKI. CO PAN PROPONUJE?

Waldemar Mystkowski pisze o SKOK-ach.

SKOK-i i PiS przyciągają się, jak wszystkie szemrane interesy

Od kilkunastu lat wiadomym jest, iż SKOK-i są największą aferą finansową III RP. Aferą, która ma wpisany w podstawy pierworodny grzech aferalny – w postaci przejmowania poszczególnych kas w kraju poprzez centralną czapę, zawiadywaną przez braci Biereckich, w tym przez – uważanego za założyciela kas – Grzegorza Biereckiego, obecnie senatora PiS. Kasy od początku nie podlegały kontroli finansowych instytucji nadzorczych, zawsze szukając parasola ochronnego. Najpierw był to AWS, a potem parasol trzymała nad głowami Biereckich partia Jarosława Kaczyńskiego.

Tym samym za parasol polityczny SKOK-i musiały odwzajemniać się w postaci wszelkich ulg finansowych dla polityków PiS, uznaniowości w formie sponsoringów, pomaganiu w tworzeniu mediów pisowskich. A oprócz tego grupa zgromadzona wokół rodziny Biereckich wyprowadzała dla siebie pieniądze pod pretekstami tworzenia siostrzanych spółek w rajach podatkowych.

Aferalna wiedza o SKOK-ach jest dla nas tylko powierzchowna, bo nikt z zewnątrz nie zrobił solidnego audytu – nawet publicystycznego. SKOK-i pod parasolem PiS są w chronicznym upadku – ten upadek jest opłacalny. Finansiści i wspierający ich politycy zarabiają nie tylko na zyskach, ale i na stratach. Wszak superatę można od razu transferować do własnej kieszeni, a manko uzupełnią klienci i polityczni opiekunowie, którzy korzystają z kasy państwa. Ten ostatni sposób nazywany jest piramidą, braki bowiem uzupełniają następni pożyczkodawcy.

SKOK-i równie dobrze mogły wejść w polityczny alians z każdą partią, ale nie ma takiej w kraju, która trwa od początku III RP, oprócz PiS. Pre-PiS-em było Porozumienie Centrum, które też, jak SKOK-i ufundowane jest na podobnej aferze co Art-B (siedział za kratami najbliższy współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, Maciej Zalewski).

Więc SKOK-i były „skazane” na PiS, do takiej konsolidacji musiało dojść, bo afera przyciąga aferę, aby można było dokonać podziału rynku. Dobrze ukazane jest to we wszystkich częściach „Ojców chrzestnych” – „ty zajmiesz się narkotykami, a ja panienkami i ochroną”. Taka jest logiki aferalności, acz w polityce te „subtelności” mają nieco inaczej przebiegające linie demarkacyjne.

Długo SKOK-i opierały się nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), bo taki  organ państwowy ma wgląd w przepływ pieniędzy, niekoniecznie prawomyślny. Zamieszana w ochronę przed kontrolą KNF była kancelaria prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w której prawnie odpowiadał za tę działkę Andrzej Duda – SKOK-i to jeden z naczelnych jego grzechów pierworodnych, kto wie, czy nie podstawowy, który jest do dzisiaj skutecznym hakiem.

Gdy SKOK-i już nie mogły działać w nieprzejrzystości, bo musiały uzupełniać swoje braki z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG), zgodziły się na nadzór KNF. Na BFG składają się wszystkie banki.
Mimo łatania braków z BFG do tej pory upadło kilkanaście SKOK-ów. W upadłości są kolejne. Stan na dzisiaj jest dramatyczny, bo wyczerpały się wielomiliardowe składki banków złożone w BFG.

Albo inne banki zostaną opodatkowane na rzecz BFG, które mogłyby wspomóc bankrutujące SKOK-i, albo państwo przyjdzie na ratunek. Andrzej S. Bratkowski, były wiceprezes NBP i były członek Rady Polityki Pieniężnej, mówi dla portalu Interia: – „Może się okazać, że do ratowania SKOK-ów będzie musiał dopłacać budżet państwa”.

A to znaczy, gdyż ludzie pokroju Bratkowskiego są ostrożni, „dyplomatyczni” retorycznie, iż państwo dołoży się do braków w SKOK-ach. Czyli – Polko i Polaku – z twoich podatków będzie ratowany szemrany interes Biereckich i ich ochroniarzy politycznych – PiS. Państwo polskie jest coraz bardziej szemrane pod obecną władzą PiS.

CAŁA ŁÓDŹ JEST Z PANIĄ! NIKT NIE ZROBIŁ WCZEŚNIEJ TAK WIELE DLA MIASTA.

SPRAWDŹ, CZY SŁUCHAJĄC MUZYKI NIE CZCISZ SZATANA? W internecie nic nie ginie:

>>>

Historia koło zatoczyła…

PRL czekoladę Wedla zamienił na wyrób czekoladopodobny o nazwie „22 lipca”. Dzisiaj przyjęta przez Senat ustawa jest wyrobem „prawopodobnym”.

Senat przyjął ustawę o Sądzie Najwyższym bez poprawek. Został już tylko podpis prezydenta

Senatorowie po kilkunastu godzinach obrad zdecydowali o przyjęciu ustawy o Sądzie Najwyższym. Aby weszła w życie, musi zostać już tylko podpisana przez prezydenta.

Obrady Senatu rozpoczęły się o 9 rano. Około godz. 1 w nocy ustawę, wraz ze zgłoszonymi przez senatorów poprawkami, oddano pod obrady komisji. Ta dostała jednak zaledwie kilkanaście minut na dyskusję nad 300 poprawkami. Oczywiście zostały one natychmiast odrzucone i komisja zarekomendowała przyjęcie ustawy o Sądzie Najwyższym.

„Liczyliśmy na dialog”

– W imieniu senatorów PO postanowiliśmy utrzymać nasz wniosek o odrzucenie ustawy w całości – mówił senator Jan Rulewski tuż przed ostatnim głosowaniem. – Ta ustawa pozostaje w głębokim konflikcie z konstytucją. Liczyliśmy na dialog. Świadczą o tym nasze poprawki – uzasadniał.

Po krótkich apelach opozycji, ustawa została natychmiast przegłosowana na sali plenarnej Senatu. Za opowiedziało się 55 senatorów, przeciw było 23, a 2 się wstrzymało.

Tłum reaguje na głosowanie

Przed Senatem słychać było okrzyki: „targowica”, „hańba”, „zdrajcy” i „zamach stanu”. Do zgromadzonych wyszli senatorowie PO, którzy słyszeli z ich strony „Dziękujemy”. Jednocześnie krzyczeli „Zablokujcie” – to już pod adresem senatorów PiS.

Weto prezydenta

Aby ustawa weszła w życie, musi zostać podpisana przez prezydenta. Tymczasem instytucje z całego świata domagają się weta Andrzeja Dudy. Ich lista przytłacza i cały czas się wydłuża.

A TERAZ USIĄDŹCIE WYGODNIE I PRZECZYTAJCIE, DLACZEGO NIE BĘDZIE VETA. I przekażcie dalej. Niech się wszyscy dowiedzą jakiego mamy prezydenta

Jeszcze Polska nie zginęła

Wiceszef „Wyborczej Jarosław Kurski pisze. W czwartek w nocy widziałem pod Sądem Najwyższym ludzi, którzy za własne pieniądze przyjechali wesprzeć protest w Warszawie. Rolnik spod Hrubieszowa, pielęgniarz z Gdańska, studentka z Brukseli, przedsiębiorca z Katowic…

Spotkałem ich wszystkich po nieprzespanej nocy, gdy stanęli w piątek rano przy wejściu do Sądu Najwyższego, pozdrawiając idących do pracy sędziów i pracowników sądu. Owacje, słowa zachęty, uściski dłoni. Jedna pani sędzia nie powstrzymała łez. To nie były łzy wzruszenia, to były łzy rozpaczy. Ludzie płaczą, kiedy wali się ich świat.

Dziesiątki tysięcy zdeterminowanych ludzi dzień w dzień wylegają na ulice w wielu polskich miastach. Przekrój społeczeństwa. Starzy i młodzi. Wielu młodych. Rodzice z małymi dziećmi.

Zamach na Sąd Najwyższy to otwarcie na oścież wrót do autorytaryzmu, do uwięzienia „mord zdradzieckich” i „kanalii” – każdego, kogo wskaże prezes PiS. To kompletna bezbronność obywatela wobec wszechwładnego państwa.

To otwarta droga do rozprawy z mediami, bo dyspozycyjny sąd zadławi każdą gazetę lub przyklepie bezprawne odebranie koncesji stacji radiowej lub telewizyjnej.

To sposób, aby zniszczyć konkurencyjne partie, odebrać im dotacje, wreszcie – sfałszować wybory.

To zapaść demokracji w Polsce i izolacja Polski w Europie. Ale jeszcze nie koniec Polski.

Mimo że wszelka miara została przekroczona, mimo że protestują samorządy prawnicze, związki zawodowe, organizacje społeczne i Unia Europejska – władza się na razie nie cofa i pewnie się nie cofnie.

Czy zostały nam tylko bezsilność, wściekłość i upokorzenie? Poczucie porażki i daremnego trudu?

Przeciwnie. Władza okazała się pyszna, głucha i ślepa – a to niewidoczny początek końca każdej tyranii. Po drugie, udowodniliśmy sobie, że po półtora roku od zwycięstwa PiS staliśmy się wreszcie społeczeństwem świadomym swych obywatelskich praw. Po trzecie, że potrafimy się szybko zmobilizować i z wielką siłą o nasze prawa upominać. A to powinno być dla władzy memento.

W czwartek w nocy przez otwarte okna wpadły do sali komisji Senatu słowa hymnu narodowego. Spierano się o Sąd Najwyższy. Śpiewali demonstranci, a słowa pieśni podjęli senatorowie opozycji. Senatorowie PiS stali w milczeniu.

Kiedy władza boi się obywateli – milknie. Ta władza będzie milkła coraz częściej. Dopóki będziemy pokojowo i masowo demonstrować na ulicach – Polska jeszcze nie zginęła, póki My żyjemy.

PIĘKNY WIDOK Z WARSZAWY. JESZCZE TYLU LUDZI POD PAŁACEM NIE BYŁO. SZACUNEK DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY DZIŚ MANIFESTUJĄ W WIELU POLSKICH MIASTACH

Waldemar Mystkowski pisze o Polsce pod pętlą.

Polska pod pętlą

Dzisiaj wybieramy swoją przyszłość, swoją wolność, acz musimy znowu o nią walczyć.

Piątek, 21.07.2017. Zapiski „Polska pod pętlą” mają być postawieniem przed podobnym wyborem, jaki zasugerował w Senacie Jan Rulewski, który przyszedł na obrady w drelichu więziennym z wpiętą powyżej pasa białą różą. To my decydujemy, choć innym wydaje się, że decydują za nas: co będzie nie tyle symbolem Polski, a naszą codziennością, rzeczywistością polityczną.

Co wybierzemy? Czy mamy na tyle w sobie przekonania, determinacji, że staniemy twardo niewzruszenie po swojej stronie? A jeżeli stajemy za sobą – jeden za drugim, jeden obok drugiego – to kto stoi naprzeciwko? Czy ten naprzeciw nas jest wrogiem, czy interlokutorem? Czy jednak mamy się dogadać, przekonać, zawrzeć kompromis? Pokonać, czy wejść w alians?

Ja jestem przekonany do swoich racji. Ale czy on też? Czy tylko został postawiony przypadkowo, wbrew sobie, a może tylko dla korzyści chce być moim wrogiem, może ten cynizm dzisiaj mu się opłaca, a jutro jest w stanie z niego zrezygnować?

Zauważmy, iż dzisiaj polityka wdarła się w naszą egzystencję. Wszystko jest polityką? Jak kiedyś odniósł się do pozornie innej sfery Edward Stachura „Wszystko jest poezją”. A Zbigniew Herbert w podobnej egzystencjalnej sytuacji stanu wojennego pisał „Raport z oblężonego miasta”: „wyznaczono mi z łaski poślednią rolę kronikarza / zapisuję – nie wiadomo dla kogo – dzieje oblężenia”.

Już z tego cytatu widać, iż sytuacja Herberta (i moja) była inna, niż dzisiaj. Była przegrana, Herbert czuł się przegrany, a jednak po 7 latach mógł stwierdzić: myliłem się, bo wygrałem. Pointa tego wspaniałego wiersza jest następująca: „patrzymy w (…) twarz zdrady // i tylko sny nasze nie zostały upokorzone”.

Mimo że nie mamy wpływu na sny, wówczas były wolnością od polityki. W tym samym czasie tuż po pacyfikacji w kopalni „Wujek” pisałem „Pytanie z pętlą” („Wilgotny język polski”, PIW 1989). I pointowałem zupełnie inaczej niż Herbert: „Robotnik zdejmuje pętlę z szyi i uderza” (cytat z pamięci, bo nie mam w domu swojej książki, a nie chce mi się iść do biblioteki).

Dzisiaj zatem nie jest tak źle, na jawie wybieramy swoją rzeczywistość, swoją przyszłość, swoją wolność, acz musimy już o nią walczyć. Przygotowywana jest dla nas pętla, w której chcą nas zamknąć. Wydają na razie na nas wyrok, a potem poprowadzą.

Wybiegam naprzód, acz chcę być kronikarzem dzisiaj, lecz nie tym herbertowskim z „Raportu…”. Wczoraj stanąłem na placu Wolności w trochę innym miejscu, niż zwykle staję w czasie protestów. Stanąłem na podeście, spojrzałem na morze ludzi, na 10 tysięcy tych „jeden obok drugiego”, na poznaniaków wylewających się na ulicę, że wstrzymane zostały po raz pierwszy kursy tramwajów.

I pewnie wszystko przebiegłoby, jak poprzednimi dniami, gdyby nie dziecko obok na rękach dwudziesto-kilkuletniej mamusi. Dziewczynka zaczęła płakać, a w tym czasie przemawiał Tomasz Piątek (ten od Macierewicza). Chciałem go posłuchać, bo nawiązał do wątku autobiograficznego, jak zaczynał pisanie we Włoszech. I nie było mi dane dowiedzieć się o Piątku, bo zacząłem stroić miny do dziecka, robić na nosie dylu na badylu, czy też trele morele. Dziecko jedno-dwuroczne z płaczu wpadło w śmiech, więc dalej zabawiałem, robiłem teatrzyk, już nie obawiałem się, że będzie płakać, ale nie potrafiłem inaczej i uznałem, że ten nasz protest płaczowo-śmiechowo-dylowy jest wartościowszy niż wspaniałych 10 tysięcy poznaniaków. Do tego teatrzyku dołączyła dziewczynka trzy-czteroletnia, którą ojciec posadził sobie na barana. Dołączyło potem jeszcze jedno starsze dziecko.

Protestowaliśmy w ten inny sposób nawet w trakcie czytania Konstytucji RP. Nie napiszę, jak to przebiegało w czasie 10-minutowego milczenia przy „łańcuchu światła” ani przy odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego, bo zostanę posądzony o sprofanowanie słusznej walki społeczeństwa obywatelskiego.

Dzisiaj słyszę, że minister od policji* (niektóre nazwiska w przypisach), który nie był na manifestacji, twierdzi, że manifestujący to byli spacerowicze. Na placu Wolności staliśmy przeszło godzinę, a spacerował – acz nie na spacerniaku – Jan Rulewski w więziennym drelichu ze swego miejsca w Senacie do trybuny senackiej.

Co do spacerów. Chciałem się swoim spacerem przyłączyć do ostatniej miesięcznicy na Placu Zamkowym i Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, ale policjant przy policjancie – oraz barierki – bronili procesji prezesa i ministra z różańcem.

Nie zbieramy się po to, aby się odgrodzić. Nie manifestujemy, aby być zniewolonymi przez policję i barierki, ale po to, aby spacerować. Aby matki i ojcowie z dziećmi nie przychodzili na manifestacje, a ja na nich je zabawiał, bo one też są wkurzone, że muszą być razem z walczącymi rodzicami – wówczas płaczą.

Polacy nie dadzą sobie założyć pętlę na Polskę, bo nie jesteśmy zniewoleni, jak ci podczas procesji chowający się za policjantami i barierkami. Jak to teraz powiedział Lech Wałęsa: „Może bronić demokracji trzeba będzie drogą niedemokratyczną”, a ja jak napisałem w grudniu 1981 roku: zdjąć pętlę z szyi i … Nie damy się zamknąć w pętli i prowadzić naszą wolność na szafot, na rzeź.

WSTYD I HAŃBA DLA SENATU. NIGDY WAM TEGO NIE ZAPOMNIMY!!!

CZY MOŻNA TO PIĘKNIEJ UJĄĆ? 🙂

>>>

Kierowcy! W sumie to wszyscy rodacy, gdyż jeśli drożeje paliwo to wszystko drożeje! Podziękujcie i

Potrzebujemy ciebie! Wracaj do zdrowia!

Lech Wałęsa w szpitalu

Jego obecność na poniedziałkowej kontr-miesięcznicy w Warszawie stoi pod dużym znakiem zapytania.

– Ojciec trafił do szpitala. Ma poważne problemy z krążeniem, lekarze kategorycznie nakazali mu przez najbliższe dni leżenie – mówi „Newsweekowi” syn Jarosław Wałęsa.

Lech Wałęsa zapowiedział swoją obecność na kontr-miesięcznicy 10 lipca w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, gdzie wraz z Władysławem Frasyniukiem, działaczami ruchu Obywatele RP oraz wszystkimi, którzy nie zgadzają się z obecną polityką rządu miał demonstrować w obronie prawa do zgromadzeń. PiS przeforsował ustawę na mocy, której zakazano obywatelom organizacji kontr-demonstracji. Prawo to zostało uchwalone specjalnie po to, aby nie można było organizować żadnych zgromadzeń w dniu, gdy PiS organizuje pod Pałacem Prezydenckim kontr-miesięcznice.

W pierwszej informacji przesłanej do redakcji przez Jarosława Wałęsę, napisano, ze obecność Lecha Wałęsy 10 lipca w Warszawie jest wykluczona. W rozmowie z tygodnikiem, syn przyznał jednak, że jest to stan na chwilę obecną: – O wszystkim zadecydują lekarze. Chciałem towarzyszyć ojcu w kontrmiesięcznicy, stać przy jego boku, ale nie pozwalały mi na to obowiązki eurodeputowanego. Obaj wspieramy ruch broniący praw i wolności obywatelskich w państwie zawłaszczanym przez PiS. Dla mnie, jako dla syna najważniejsze jest jednak zdrowie ojca.

BARDZO WAZNE !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Waldemar Mystkowski pisze o przygotowywanych czystkach w dyplomacji.

Szatniarz prezesa Waszczykowski i jego ustawa o złogach

Los Witolda Waszczykowskiego znajduje się w rękach prezesa Kaczyńskiego, ten los ma nomenklaturę: „złogi”. Prezes PiS na kongresie w Przysusze zwrócił uwagę szefowi dyplomacji, iż wstrzymał się ze złogami: „sprawa jest już zaawansowana, chociaż nie zakończona, bo ustawa jest już w komisji, dokładnie w podkomisji sejmowej”. I jako konsylium jednoosobowe Kaczyński zlecił kurację: „złogów jest tam u pana dużo i trzeba zmieniać”.

Ustawa o złogach, bo przecież nie o dyplomacji, ma usunąć doświadczonych pracowników, aby na ich miejsce przyjąć usłużnych funkcjonariuszy PiS. Praca w dyplomacji i na placówkach dyplomatycznych jest wysokopłatna, więc synekur jest do rozdzielenia co niemiara. Do tego na zewnątrz trzeba bronić państwa rządzonego przez PiS, które wycofuje nas z cywilizacji zachodniej. Na tym froncie zawalczą wszelacy Suscy i Misiewicze, po których kompetencje spływają, jak po kaczce.

Ustawa o złogach ma być przyjęta jeszcze przed rozjazdem posłów na wakacje. W najbliższy czwartek sejmowa podkomisja zajmie się nowelizacją ustawy, która w pierwszym rzędzie ma usunąć – słowa prezesa – „powołanych przez naszych przeciwników, jest ich bardzo dużo”.

Z automatu ustanie stosunek pracy osób, które zostały zatrudnione w okresie PRL-u i pierwszym roku rządów Tadeusza Mazowieckiego. W ustawie wprowadzony jest termin „przesłanka negatywna”, który w grafomańskiej poezji się nie broni, a prawo pracy zastąpione zostaje „mocą prawa uchwalonego”. Najprawdopodobniej mamy do czynienia z bublem prawnym, którego nie ma kto cofnąć, gdyż nie działa Trybunał Konstytucyjny, a prezydent składa podpisy, jak partyjnie wytresowany „pies Pawłowa” – na gwizd.

W projekcie MSZ brzmi to: „negatywną przesłankę zatrudnienia w służbie zagranicznej dotyczącej osób, które w okresie do 31 lipca 1990 r. pracowały bądź pełniły służbę albo były współpracownikami organów bezpieczeństwa państwa w rozumieniu tzw. ustawy lustracyjnej”.

Na zatrudnionych po 1990 roku też znajdzie się bat, bowiem projekt przewiduje 6-miesięczny okres przejściowy. W tym czasie dokonany zostanie przegląd kadr służby zagranicznej, zaproponowane zostaną nowe warunki pracy i płacy, a jak Waszczykowski uzna, iż komuś źle z oczu patrzy albo jest wegetarianinem, bądź lubi poruszać się na rowerze, nastąpi rozwiązanie stosunku pracy z mocy prawa.

Wg tych zapisów nie powinien pracować choćby taki „Wolfgang” Przyłębski, mąż Julii Przyłębskiej. Ale to swój pisowski, więc Waszczykowski jako szatniarz rzeknie: „I co mi pan zrobi?”. Smutne państwo PiS toczy gangrenę w każdej dziedzinie.

Amerykańskie media skomentowały gwizdy i buczenie na Wałęsę podczas spotkania z Trumpem…bardzo trafnie 😀

>>>

Pomoc byłym członkom SKOK obiecała m.in. Kancelaria Prezydenta, ale po wyborach parlamentarnych zmieniła front. 

Nagłe zmiany prokuratorów, fałszywe komisje, wizyty na ul. Nowogrodzkiej i u ojca Rydzyka – tak wygląda codzienność tych, którzy walczą o odzyskanie pieniędzy i wykrycie sprawców największego przekrętu w historii III RP. Zdaniem byłych członków SKOK Wołomin, obecna władza tkwi w tej aferze po uszy.
  • Byli członkowie SKOK ujawniają kulisy kontaktów z czołowymi politykami PiS
  • W 2015 r. zwrócili się do Jarosława Kaczyńskiego. Ten polecił kontakt z CBA, które odmówiło zajęcia się sprawą
  • Pomoc obiecała Kancelaria Prezydenta, ale tuż po wyborach parlamentarnych zmieniła front. Doradca Dudy: nie mam nic do powiedzenia
  • Ojciec Rydzyk umówił poszkodowanych z Patrykiem Jakim, ale do spotkania nigdy nie doszło
  • Byli członkowie SKOK mówią wprost: działania Ziobry i Ministerstwa Sprawiedliwości sprzyjają organizatorom tej kradzieży

Tak PiS sięga do kieszeni Polaków ❗️#paliwoPlus

Nie tylko cena paliw rośnie: energia, gaz, od 1.07 woda, wcześniej podatek bankowy, wkrótce handlowy. Wszyscy składamy się na .

Prof. Wojciech Sadurski pisze o Trumpie.

Plebs, dowieziony autokarami na Plac Krasińskich i wrzeszczący “Do-nald-Trump!” a chwilę przedtem, w kierunku Lecha Wałęsy „Bo-lek!” i „Precz-zko-mu-ną!”, to był ten sam plebs, choć może pokoleniowo późniejszy, co ten, który wrzeszczał na polskich placach „Po-mo-że-my!” a nieco wcześniej „Sy-jo-niś-ci do Sy-ja-mu!”.

Trump, polityczny trup we własnym kraju, prezydent „cieszący się” najniższą popularnością społeczną od czasu, gdy zaczęto w USA robić na ten temat sondaże, przeczytał z telepromptera ładny esej o historii, napisany przez jakiegoś researchera z Departamentu Stanu, ale jego prawdziwe myśli zaprezentowane zostały, gdy nie miał telepromptera i mówił z głowy. W czasie konferencji prasowej, kompletnie zignorował gospodarza, czyli Andrzeja Dudę i wdał się, w swoim stylu, w małostkowe, przepełnione kompleksami i złością, porachunki z amerykańskimi mediami, a także – co było złamaniem wszelkich kanonów takich wystąpień prezydenckich za granicą, ze swoim poprzednikiem.

Wybrany przez Rosjan, a w każdym razie przy ich walnym wsparciu, Donald Trump starał się rozmyć prawdę, potwierdzoną przez FBI, o zewnętrznym wpływie na wynik wyborów, twierdząc, że poza Rosjanami mogli to robić także jacyś inni ludzie, z bliżej niezidentyfikowanych krajów. Blagierstwo Trumpa na chwilę podjął też Andrzej Duda, skarżąc się, że jakieś media nie relacjonowały jego wizyty w… Chorwacji. W ten sposób stworzył z Trumpem wspólnotę pokrzywdzonych.

Ot, takie było to spotkanie dwóch Prezydentów. Ciekaw tylko jestem, dlaczego ten tłum, wrzeszczący na Placu Krasińskich, nie krzyknął chociaż raz: „Pomóż zdobyć wrak!”. Przecież to był główny powód radości z wyboru Trumpa okazywanej przez PiS i media Karnowskich czy Rydzyka: Trump miał przymusić Putina, by ten zwrócił główny dowód na zamach. Czy Andrzej Duda zdobył się na odwagę, by o tym wspomnieć? Myślę, że znam odpowiedź.

PiS z uporem maniaka manipuluje ws ! trwa! Amber Gold zaczyna być kotwicą dla kłamstw PiSu!

PO zapowiada powołanie parlamentarnego zespołu ds. SKOK-ów

Posłowie PO Izabela Leszczyna i Krzysztof Brejza zapowiedzieli, że jeśli nie powstanie komisja śledcza ds. SKOK-ów, wówczas Platforma jesienią powoła parlamentarny zespół w celu wyjaśnienia – jak podkreślili – m.in. powiązań polityków PiS ze SKOK-ami.

Leszczyna podkreśliła, że marszałek Sejmu Marek Kuchciński wciąż nie poddał pod głosowanie uchwały PO ws. powołania komisji śledczej ds. SKOK-ów. – Co PiS ukrywa w SKOK-ach? To pytanie będziemy zadawać tak długo, aż PiS wreszcie powoła komisję śledczą ws. SKOK Wołomin – zapowiedziała. – Jeśli PiS nie zrobi tego, jesienią powołamy parlamentarny zespół, w którym będziemy wyjaśniać krok po kroku, kto stoi za oszustwami w SKOK-ach, kto odpowiada za tę aferę, kto na niej dorobił się majątku i dlaczego tak wielu oszukanych ze SKOK Wołomin nie może dzisiaj znaleźć pomocy w PiS-ie – dodała Leszczyna.

Posłanka PO zaznaczyła, że w tym tygodniu SKOK-i obchodziły 25-lecie działalności i z tej okazji, dodała, prezydent Andrzej Duda i prezes NBP Adam Glapiński wystosowali listy do Kasy Krajowej. W listach, według Leszczyny, piszą o „szczególnej misji SKOK-ów”. – Chcielibyśmy się dowiedzieć, co to za misja? Bo z pewnością nie jest to tania pożyczka dla biednych, bo kredyty w SKOK-ach oprocentowane są o wiele wyżej niż w bankach – zaznaczyła posłanka. – Jeśli prezes NBP pisze do Kasy Krajowej, notabene do prezesa, który nie ma pozytywnej opinii KNF-u, żeby tę funkcję piastować, że będzie wspierał SKOK-i, to zaczynamy się bardzo niepokoić, czy Bank Centralny w Polsce jest rzeczywiście bankiem niezależnym, niepodlegającym wpływom politycznym – dodała Leszczyna.

Brejza podkreślił, że PO niepokoi „umacnianie się pozycji w państwie i instytucjach”. – Zwłaszcza odpowiedzialnych i związanych z władzą sądowniczą – mówił. Jak dodał PO niepokoi również wzrost wpływów SKOK-ów w Trybunale Konstytucyjnym. Według polityka PO część sędziów Trybunału, w tym Henryk Cioch i Lech Morawski „to osoby powiązane z systemem SKOK”.

– To jest bardzo niebezpieczne, biorąc pod uwagę chociażby fakt, że krótko po wygranych wyborach przez PiS prokuratura umorzyła sprawę SKOK-ów – mówił Brejza. Jak dodał w sprawie SKOK-ów badane były różne wątki, m.in. założenie przez obecnego senatora PiS Grzegorza Biereckiego spółki holdingowej w Luksemburgu. – Środki z systemu SKOK zaczęły płynąć szerokim strumieniem do spółki w Luksemburgu – wskazał.

– SKOK-i każdego dnia padają, system ten jest niewydolny, a senator Bierecki z klubu PiS zarobił w ostatnich latach 50 mln zł, jest krezusem. To są wpływy niemalże magnackie – ocenił Brejza.

Poseł PO zapowiedział, że parlamentarny zespół ds. SKOK-ów będzie „wnikliwie zbierał materiały”. – Podejmujemy to wyzwanie panie prezesie Kaczyński, panie senatorze Bierecki – podkreślił Brejza. – Mówi się, że istnieje nienazwany, nieformalny klub posłów SKOK-ów. To są posłowie PiS finansowo związani ze SKOK-ami, posłowie, którzy reprezentują też interesy SKOK-ów. My to wszystko wyjaśnimy – dodał.

Według Brejzy z pożyczek branych w SKOK-ach sfinansowana została m.in. działalność Amber Gold. – Tych związków pomiędzy Amber Gold a SKOK-ami jest znacznie więcej, podejmujemy to wyzwanie. Wyzwanie ujawniania prawdy na temat SKOK-ow. Prawda wyjdzie na jaw – powiedział.

TAKIEJ AFERY NIE WOLNO ZAMIATAĆ POD DYWAN. TO BĘDZIE POCZĄTEK KOŃCA PiS

A Nowoczesna już powołała zespół parlamentarny ds. SKOK-ów.

– Powołujemy zespół ds. wyjaśnienia sprawy SKOK-ów. Podpisało się już 22 posłów, ale lista jest otwarta. Liczymy na to, że do zespołu dołącza też posłowie i senatorowie PiS. Im szczególnie, jeśli chcą mieć czysta kartę, powinno zależeć na tym, by tę sprawę wyjaśnić – poinformował Paweł Pudłowski na briefingu w Sejmie.

Waldemar Mystkowski pisze o Lechu Wałęsie, który z nim będzie uczestniczył w kontrmiesięcznicy 10 lipca.

Blady strach PiS z powodu Wałęsy

Na obóz rządowy padł blady strach z powodu udziału w kontrmiesięcznicy Lecha Wałęsy. Nie mają dobrego sposobu, jak zapobiec temu, aby nie wziął w niej udziału laureat pokojowej Nagrody Nobla i ikona walki o niepodległość. Już nie wystarczą seanse nienawiści, jak na placu Krasińskich podczas przemówienia Donalda Trumpa, gdy zwieziona gawiedź pisowska reagowała „Bolkiem” na pojawienie się Wałęsy i wymienienie jego nazwiska przez Trumpa.

Orwella stosuje się w TVP i planowany jest na czasy, gdy naród zostanie chwycony za twarz. Ten sposób nie zadziała teraz, bo Wałęsa nie jest strachliwy, jak prezes Kaczyński.

Rozważany jest wariant z niedopuszczeniem Wałęsy do Krakowskiego Przedmieścia. Ochrona BOR – na rozkaz pisowskiego ministra Błaszczaka bądź jego zastępcy Zielińskiego – może dostać sygnał, że Wałęsa jest zagrożony i mogą wynieść go w trakcie zbliżenia się do miejsca protestu lub już z Krakowskiego Przedmieścia. Odbyłoby się to wbrew woli Wałęsy i miałoby cechy aresztu domowego – już przerabiano ten schemat na poprzedniej miesięcznicy – a nawet można byłoby określić takie działanie chwilowym internowaniem.

Inny wariant to wyniesienie Wałęsy „siłami społecznymi”, tj. deklarującymi się Karolem Guzikiewiczem ze związkowcami. Podobno akces zgłosili też kibole Arki Gdynia, którzy nie powrócą po meczu o Superpuchar z Warszawy, by zostać do pomocy Guzikiewiczowi. Chęć także zgłosili narodowcy byłego księdza Międlara z Wrocławia. Wówczas policja musiałaby się wycofać i pozwolić „działać” tym ormowcom związkowo-kibolsko-endeckim. Przerabiano to w Radomiu wobec KOD-u. Ale kontrmiesięcznica to jednak zupełnie inna półka.

W tym wariancie opanowanie chaosu może grozić skutkami najgorszymi. Rozpatrywany jest wariant klasyczny, typowo pisowski, bo stosowany przez wszelkie reżimy: prowokatorzy wmieszani w tłumy protestujących. Prowokatorzy zawodowi i prowokatorzy, których PiS powtykał wcześniej w niezależne stowarzyszenia, jak komuniści w „Solidarność” w latach 80-tych. Prowokacje mogą być różne, a podstawowa to przemoc, wówczas policja rozpędza protestujących, nie bacząc na Wałęsę i Frasyniuka.

PiS ucieknie się do zastosowania któregoś ze scenariuszy, a może do jakiejś hybrydy, acz nie przeceniałbym subtelności Błaszczaka i Zielińskiego, to chodzące deficyty, więc raczej walną rozwiązaniem z grubej rury. Kontrmiesięcznice rosną w siłę, bo to nie tylko członkowie Obywateli RP.

Nie znam zbyt dobrze tej nowej ustawy o zgromadzeniach cyklicznych. Obywatele RP cyklicznie wszak gromadzą się w kontrmiesięcznicach. Prawnicy niech wezmą pod rozwagę: kto ma prawo do cykliczności? Ci, którzy gromadzą większe tłumy, a tak jest z Obywatelami RP i innymi, czy siedmioletni żałobnicy smoleńscy, którzy z różańcami w ręku pomylili kościoły z Krakowskim Przedmieściem?

>>>