Posts Tagged ‘Magdalena Środa’

Rocznica Porozumień Sierpniowych. Wydarzenie, którego nie pozwolimy odebrać historii!

SZUBARTOWICZ W PUNKT!

Wreszcie “Dobrej zmianie“ coś się udalo.

Magdalena Środa o Macierewiczu.

I śmieszno, i straszno

Paramilitarne rządy Macierewicza budzą to przerażenie, to śmiech.

Na studia wraca „wojsko”. To fantastyczny pomysł! Dzisiejsza młodzież za dużo siedzi w internecie, „na wojsku” pozna realne życie, a zwłaszcza dowie się wielu niezwykle użytecznych rzeczy: „jak zabijać innych”, „gdzie w pobliskim schronie jest zupa”, no i „co robić, gdy w pobliżu wybuchnie bomba atomowa”. Pamiętam świetnie! – „Trzeba się przykryć natłuszczonym papierem. Jeśli nie zdążysz dotrzeć do lodówki po smalec, sięgnij po gazetę, ta zawsze jest pod ręką”.

„Na wojsku” – prócz wielu innych umiejętności (nie pamiętam dziś jakich) – rozwinął się niewątpliwie mój duch patriotyczny. Zajęcie zbrojne i medyczne przeplatane bowiem były wykładami ideologicznymi: jak i dlaczego kochać socjalistyczną ojczyznę? Dlaczego Polacy mimo przegranych bitew są tak bohaterskim narodem? Oraz jak wspaniałym jest nasz Przywódca Partyjny! Wykłady były żołnierskie, a więc proste, ale też tematy były oczywiste. Wiedzy i talentów nie potrzebowały.

Teraz będzie, „jak kochać ojczyznę PiS”. Temat nieco bardziej złożony, ale wychowankowie Macierewicza pewno znają go już na pamięć. Liceum nie zdołało nauczyć mnie patriotyzmu a la Gierek, bo tak zwane „Przysposobienie obronne” służyło głównie do „chodzenia na azymut”, czyli na wagary. Na szczęście mieliśmy w klasie kolegę, który pasjonował się lotami bombowymi nad Warszawą w czasie II wojny światowej, czym zajmował uwagę wojskowego nauczyciela. Chłopiec ten był zresztą jedynym, który pragnął iść do wojska i jedynym w klasie, który miał kategorię dyskwalifikującą go. Tak więc „wojsko” zarówno w liceum, jak i na studiach osiągnęło przeciwny skutek do zamierzonego: nauczyło nas pacyfizmu, nienawiści do prostackiej ideologii i niechęci do zmarnowanego czasu (choć cośmy się pośmiali to nasze). Czy teraz też tak będzie? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Nie wiem, co musiałoby się stać, by zajęcia z wojskowości osiągnęły taki poziom, że stałyby się pożyteczne i czy w ogóle muszą być pożyteczne? Na poziom intelektualny wykładowców chyba nadal nie ma co liczyć, bo militarny system odstrasza ludzi zdolnych, a paramilitarne rządy Macierewicza budzą to przerażenie, to śmiech (coś między „Dzielnym wojakiem Szwejkiem” a „Gwiezdnymi wojnami”). Na powagę zajęć również nie ma co liczyć, bo tylko wojskowi nie zdają sobie sprawy z braku skuteczności „żołnierskiego” przekazu jakichkolwiek wiadomości. „Wojsko” PiS na studiach będzie równie uciążliwe i zbyteczne jak „wojsko” za czasów Gierka, zwłaszcza, że – jak widać – wzorce absolutnie te same. I tak samo śmieszno, i straszno.

HARCERZE NIE SĄ PiS-OWI POTRZEBNI… WSTYD !!!

FOR i posłowie domagają się wyjaśnień od Szydło

Marek Tatała z Forum Obywatelskiego Rozwoju wysłał do Kancelarii Premiera wniosek z pytaniami, dotyczącymi ujawnienia dowodów, na których swoją wypowiedź o lipcowych protestach oparła Beata Szydło. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” stwierdziła, że były one opłacone i dobrze wyreżyserowane.

Tatała powołuje się na zapisy Konstytucji i ustawy o dostępie do informacji publicznej i pyta:
„1) Kto reżyserował ostatnią fale protestów?

2) Jakie dokumenty i inne materiały będące w posiadaniu Pani Premier potwierdzają, kto reżyserował ostatnią fale protestów?

3) Kto opłacał ostatnia falę protestów?

4) Jakie dokumenty i inne materiały będące w posiadaniu Pani Premier potwierdzają, kto reżyserował ostatnią fale protestów?

5) Jaką kwotą została opłacona ostatnia fala protestów?”

Kancelaria Premiera musi udzielić odpowiedzi w terminie 14 dni od daty wpłynięcia wniosku.

Z kolei Jacek Protasiewicz z Europejskich Demokratów wystosował interpelację poselską i prosi o odpowiedź na następujące pytania:

„1. Kto – zgodnie z wiedzą Pani Premier (osoba fizyczna, osoba prawna, organizacja pozarządowa etc.) – był podmiotem opłacającym opisane działania, które miały miejsce w lipcu 2017 r.? Jeżeli – ze względu na przepisy prawa – nie może Pani ujawnić konkretnych nazwisk bądź nazw, proszę o informację czy były to podmioty krajowe lub zagraniczne.

2. Jakiego rzędu kwoty wykorzystano do sfinansowania tych protestów?

3. Z jakich źródeł pochodzą informacje dotyczące opłacania społecznych protestów? Czy ta wiedza uzyskana została dzięki działaniom polskich lub zagranicznych służb specjalnych?

4. Jeśli posiadane przez Panią informacje mają źródło operacyjne, to proszę o odpowiedź na jakiej podstawie prawnej i z jakiego powodu takowe czynności były prowadzone wobec organizatorów i uczestników legalnych demonstracji w lipcu bieżącego roku?”

Podobne zapytanie wysłała Agnieszka Pomaska z PO. W przypadku interpelacji poselskich odpowiedź można sie spodziewać – niestety – po kilku tygodniach.

Tłum skandował \”Lech Wałęsa\” pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. Były prezydent: Musimy jeszcze raz się poderwać.

Waldemar Mystkowski pisze o obchodach rocznicy Porozumień Sierpniowych.

Duda, Szydło, Karczewski unikali Wałęsy, jak diabeł święconej wody

Andrzej Duda i Beata Szydło unikali 37. rocznicy Porozumień Sierpniowych w kolebce Solidarności, jak diabeł święconej wody. Ich doradcy wyszperali Lubin, więc pojechali tam, gdzie nikt ich się nie spodziewał. Prezydent Duda zdobył się na koślawą metaforę: – „Lubin krwią podpisał porozumienia sierpniowe”.

Akurat Sierpień ’80 ma się do 35. rocznicy Zbrodni Lubińskiej, jak Armia Krajowa (AK) do Żołnierzy Wyklętych. To zupełnie inny porządek. Szydło znowu wpadła w logoreę (bo nie wierzę, aby jej pisali takie przemówienia PR-owcy): – „Jesteśmy państwem demokratycznym, wolnym i suwerennym”. Na szczęście nie powiedziała, kto reżyserował i opłacał protesty w sierpniu 1980 roku.

Szydło i Duda uciekli od Lecha Wałęsy, wokół którego winny się obracać uroczystości, jak Ziemia wokół Słońca. Polska legenda jest żywa, czego nam zazdrości świat. Wałęsa nie sprzeniewierzył się demokracji, wolności i suwerenności, a tego o sobie nie mogą powiedzieć prezydent i premier. I to jest ich kłopot, ale też nasz wspólny frasunek, bo to jednak władze polskie. Musimy się za nich wstydzić.

Za to dziarsko poczynał sobie marszałek Senatu Stanisław Karczewski. On zwykle jest wysyłany na takie trudne chrzty bojowe. Nie trafia do osób, do których powinien trafić, ale trafia przynajmniej na rzeczone miejsce. Był na Białorusi, nie trafił do opozycji prodemokratycznej, ale do „ciepłego człowieka” Łukaszenki. Ma taki nietrafiony gen. Trafił do Gdańska, ale nie trafił do Wałęsy.

Ba, Karczewski nawet odezwał się do szefa gdańskiej Solidarności, który nijak się ma do szefów klasycznej Solidarności z lat 1980-81. Znowu mu wyszedł jakiś „ciepły człowiek”, jakiś żołnierz wyklęty. Koślawy ten marszałek. Za to słyszał o 21 postulatach sierpniowych, a także o porozumieniu sierpniowym, o czym był łaskaw powiedzieć: – „My tak naprawdę dopiero w tej chwili próbujemy realizować to, co państwo podpisaliście 37 lat temu”.

Jak to usłyszałem, a byłem w pozycji wertykalnej, usiadłem. Przynajmniej marszałek czuje się spadkobiercą komuchów i „próbuje realizować”, co tamci podpisali. A jak realizuje? To kolejna autokrytyka (komuchy nazywali to samokrytyką). Karczewski jako przykład niezrealizowanych postulatów podał dotyczący poprawy funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej: – „Mamy jeszcze dużo do zrobienia w tym zakresie”. Ja odczytuję to jako krytykę ministra Konstantego Radziwiłła, który ostatnio wsławił się kumoterstwem, dał pół miliona na fundację kuzyna Radziwiłła. To peryfraza godna Marcela Prousta.

Po łebkach opisuję zachowanie władzy wobec najważniejszej rocznicy w naszej współczesnej historii i może ta moja pisanina brzmieć jak groteska, czy też farsa. Lecz niczego tutaj nie zmyślam. Władza tak się zachowuje, tak unika  odpowiedzialności, miga się, boi się stanąć oko w oko z bohaterem Wałęsą, który mieści się w krótkim porządku naszej wielkości: Mieszko I, Bolesław Chrobry, Władysław Jagiełło, Tadeusz Kościuszko, Józef Piłsudski.

Ławka naszych bohaterów jest krótka, na niej znajduje się nasza żyjąca legenda: Lech. To z nim należy się solidaryzować, jego fetować.

Powinienem jeszcze napisać o opozycji, do której mam zastrzeżenia, ale przynajmniej nie jest groteskowa i farsowa. Grzegorz Schetyna dzisiaj solidarność odczuwa z poszkodowanymi przez nawałnicę. I tam na Kaszuby zaprasza europosłów. Bo solidarność jest wówczas, gdy się nie boimy wspólnoty z poszkodowanymi, z innymi, z potrzebującymi. W solidarności od swojego można dostać po łbie nie tylko kropidłem, ale gdy chce się być świętoszkiem, to ucieka się od święconej wody, bo może okazać, że jest się diabełkiem, jak pisał wielki Molier.

78 LAT PO WOJNIE…

SZACUNEK, PANIE PREZYDENCIE

>>>

Reklamy

Ze sztambucha Kryśki P.

Prezes na wybiegu.

Działaczka opozycji PRL nie pozostawia złudzeń, że nazwisko „Kaczyński” w historii Polski nic nie znaczyło, przynajmniej do 2005r.

Tamara Olszewska na Koduj24.pl pisze o nawałnicy, jaka spotkała PiS.

PiS odleciało wraz z nawałnicami

Na pierwszym miejscu premier oraz szefowie MON i MSWiA postawili gierki polityczne, a nie ludzi.

„I raz i dwa i trzy… kłamię ja i kłamiesz ty”. Nawałnica, która dwa tygodnie temu przeszła przez Polskę ujawniła całą „prawdę” o politykach PiS. Nie wiem, jak Wy, ale ja w osłupieniu wsłuchiwałam się w te wszystkie kłamstwa i zastanawiałam się, kim trzeba być, by w nie uwierzyć. Kim trzeba być, by wierzyć, że ktokolwiek w nie uwierzy.

Premier Szydło
Kilka dni trwało aż udało się tej pani pokonać daleką drogę i dotrzeć tam, gdzie ludziom zawalił się ich świat. Krąży po internecie fotka, jak to premier wita się z wojewodą. Ubrana we wzorzystą, lekką kurteczkę, eleganckie butki sportowe. Strój ewidentnie niedostosowany do spotkań w terenie, gdzie brud, powalone drzewa, błoto.

W końcu jednak przyjechała, machnęła sobie kilka fotek, udzieliła kilku wywiadów, ogrzała swój wizerunek w blasku fleszy i tyle… Zapomniała jak w 2015 roku, będąc jeszcze w opozycji, oskarżała premier Kopacz o bierność po przejściu nawałnic, a miesiąc później o polityczne rozgrywanie klęski związanej z suszą. Mówiła wtedy: – „Natomiast, kiedy ludzie potrzebują konkretnej pomocy, kiedy potrzebują konkretnych działań i rozwiązań, zamyka się w swoim gabinecie i tam debatuje. Dzisiaj miejsce polskiego premiera jest tam, gdzie są te nieszczęścia, jest wśród ludzi, którzy dzisiaj tej konkretnej pomocy potrzebują (…) Tam [w powiecie chrzanowskim – red.] spotkam się z ludźmi. Będziemy również próbowali taką inicjatywę podjąć, żeby oni nie zostali pozostawieni sami sobie”. Zapewne zapomniała, jak powinien reagować na ludzką tragedię polski premier, ale w internecie nic nie ginie, więc i te słowa zachowały się ku pamięci.

Minister Błaszczak
Następny członek pisowskiego rządu, który po kilku dniach raczył sobie przypomnieć, że warto się ruszyć i wydać odpowiednie dyspozycje, by pomóc ofiarom nawałnic. Długo społeczeństwo zastanawiało się, dlaczego tak późno rząd włącza się do akcji ratunkowej. Wyjaśnienie wydaje się być całkiem proste. Jak to powiedział pan Błaszczak w jednym z programów, „sytuacja w woj. pomorskim wynika z tego, że jest zdominowane przez samorządowców z totalnej opozycji”. Tak więc wszystko jasne. To ta wredna opozycja ściągnęła nawałnice nad Polskę, a potem z całych swych podłych sił broniła władzy dostępu i utrudniała przyjście z pomocą. Jednak każdy, normalnie myślący, już wie. Rząd postanowił wykorzystać tragedię ludzi dla realizacji własnych celów. Zamiast pomagać, postanowili zbić tutaj własny kapitał polityczny. Wykazać nieudolność władz samorządowych, by podbić swoje szanse w wyborach 2018 roku. Zapomniał Błaszczak jednak o pewnym drobiazgu. Zgodnie z rozporządzeniami, stanami kryzysowymi w województwach zajmują się wojewodowie i rząd, nie samorządy. Niby nic, a jednak pokazuje to bardzo wymownie, jakim kłamstwem posługuje się minister Państwa Polskiego.

Minister Macierewicz
Dopiero 15 sierpnia podjął decyzję o oddelegowaniu wojska na tereny, gdzie przeszły nawałnice. Jakże wymownie brzmią słowa sołtysa Rytla, który poinformował, że już w piątek Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego rozmawiało z MON, ale… no właśnie… Macierewicz uznał, że wojska nie da, bo nie ma takiej potrzeby i koniec. W końcu jednak żołnierze dotarli na miejsce. Pojawił się nawet sam wódz Macierewicz. Najpierw zakopał się w błocie, a potem rozejrzał się nieco i zwrócił do swoich żołnierzy: – „Ale uważajcie przede wszystkim, naprawdę, nie ma tutaj co ryzykować”. Czy była to dobra rada, by za bardzo się nie eksploatowali, nie brali się za prace z serii niebezpiecznych, grożących np. naderwaniem mięśni czy urazem kręgosłupa? Ciekawe podejście do sprawy, prawda?

Do pracy w usuwaniu skutków nawałnic Macierewicz nie dopuścił jednostek Obrony Terytorialnej. Dziwne, tym bardziej, że jednym z zadań WOT jest „ochrona ludności przed skutkami klęsk żywiołowych, likwidacja ich skutków, ochrona mienia, akcje poszukiwawcze oraz ratowanie lub ochrona zdrowia i życia ludzkiego, a także udział w realizacji zadań z zakresu zarządzania kryzysowego”. Dziennikarze zapytali o to Marka Pietrzaka, rzecznika WOT i usłyszeli, że powód jest całkowicie prosty. Na Pomorzu wciąż jeszcze nie powstały jednostki Obrony Terytorialnej, a z kolei o przesunięciu jednostek z innych regionów to ktoś inny decyduje (w domyśle – sam Macierewicz).

Gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego wojsko tak późno włączyło się w pomoc poszkodowanym, dlaczego WOT nie dostało okazji wykazania się, to i moja odpowiedź będzie prosta. 15 sierpnia miała miejsce defilada i choćby „żabami z nieba leciało” wojsko polskie i WOT musiało przemaszerować, pokazać swą moc i siłę, powalić naród na kolana swoim pięknem… i to było ważniejsze od działań na terenach objętych kataklizmem. Ważniejsze od tragedii ludzi.

Trzy najważniejsze osoby w państwie, których psim obowiązkiem było ruszyć szanowne cztery litery, by pomóc ofiarom nawałnic – premier, minister obrony i minister spraw wewnętrznych – nawaliły. Na pierwszym miejscu postawili gierki polityczne, a nie ludzi. Pokazali swoją „rzetelność”, „odpowiedzialność” i najzwyklejszą „ludzką uczciwość”. Teraz próbują zatrzeć to złe wrażenie, więc obiecują ostro sypnąć kasą i myślą, że to wystarczy. Myślą, że ludzie padną im do kolan w podzięce i w wyborach samorządowych im się odwdzięczą. A ja mam nadzieję, że wygra rozum i pamięć, że ludzie nie sprzedadzą się za ochłap…

BARDZO WAŻNE SŁOWA

DZIŚ CI, KTÓRYCH WTEDY NIE BYŁO, ZABIERAJĄ NAM PRAWO DO ŚWIĘTOWANIA ROCZNICY „SOLIDARNOŚCI”. TO JEST PO PROSTU WSTYD.

Magdalena Środa pisze na blogu na portalu naTemat.pl o trollach internetowych.

Troll to osobowość. Niektórzy po prostu lubią pluć i wyzywać od „k***w” i „dziwek”

Nawet jeśli troll to jest ktoś, kto zarabia na tym, że jest chamski (taka jego praca) to zarazem jest kimś, kto taki sposób zarabiania wybiera. Można usprawiedliwiać trolla, że to konieczność, „każdy z czegoś musi żyć!”. Dzisiaj mamy nieco więcej możliwości. Sądzę więc, że troll to nie praca, ale osobowość.

Ludzie rodzą się trollami i dopiero internet umożliwia im samopoznanie. Niektórzy po prostu lubią pluć, i zapewne w niczym nie są tak dobrzy. Trollowanie daje więc pieniądze i poczucie dumy, że się trafnie opluło. Najbardziej martwi mnie to, że wśród trolli (wszystko jedno czy zawodowych czy „z natury” lub z przekonania) są również kobiety.

Nie dlatego, żebym myślała, że kobiety są łagodniejsze, ale dlatego, że przez setki lat były grupą wykluczoną (z edukacji, pracy, polityki, nawet we własnym domu nie miały praw), więc powinny być bardziej wrażliwe na opresję innych i mniej ich opresjonować.

Gdy czytam post, jakiejś zapewne miłej, pani, która nie wiedząc jak mnie obrazić nazywa mnie „żydówką” (Żydzi to grupa chyba najbardziej opresjonowana w dziejach ludzkości) to sobie myślę czy ona w ogóle myśli? Bo to że przeciętny troll uwielbia przykładać słabszym – to raczej normalne. Ale trollica?! Słabsza jeszcze słabszym??

Bo „żyd”, w języku polskim to nie przynależność etniczna czy kulturowa ale wyzwisko. Jak już ktoś nie ma wyobraźni lub – przeciwnie – ma resztki poczucia wstydu (trolle z reguły nie znają tego uczucia) to używa innych dosadnych określeń odnoszących się z reguły do opresjonowanych kobiet takich jak k… czy dziwka, ale jak już jest na samym trollim dnie to korzysta z chwytów nazistowskiej propagandy. Brrr! Ciekawe ilu trolli pracowało lub współpracowało z gestapo?

Twardy elektorat PiS.

TAKA PRAWDA. Macron raz jeszcze wymierzył PiS siarczysty policzek.

Też płaczę 😂😂😂

Waldemar Mystkowski pisze o Macronie w kontekście polskim.

Macron pokazał miejsce Polsce pisowskiej

Prezydent Francji Emmanuel Macron zafundował nam narrację o Polsce. Narrację, która opowiadana jest w Paryżu, ale nie tylko, bo w Brukseli i na niemal całym „zgniłym Zachodzie”. Macron wybrał się do naszej części Europy i skrzętnie ominął Polsce.

Francuz ma do załatwienia jedną ważną obietnicę z kampanii prezydenckiej i wydawałoby się, że Polska nie jest w tej kwestii do ominięcia, ale ciągle nie doceniamy władzy PiS. Potrafią wiele. Z naszego regionu to z Polski najwięcej jest delegowanych pracowników do realizacji kontraktów w innym państwie Unii, szczególnie we Francji. Macron chce, aby obowiązywała zasada: za tę samą pracę powinna zostać wypłacona ta sama płaca. Aby francuscy pracownicy byli konkurencyjni dla polskich, aby nie dochodziło do socjalnego dumpingu i nieuczciwej konkurencji.

Ta kwestia socjalna wydawałoby się szczególnie leży w gestii władz pisowskich. Okazuje się, że jednak tak nie jest. Bo w pakiecie zawsze pojawiają się inne sprawy polityczne, w tym przestrzeganie standardów demokratycznych i wolności obywatelskie.

Macron podzielił się narracją o Polsce. W Bułgarii powiedział, iż „Europa to region stworzony na podstawie wartości, związanych z demokracją i wolnością publiczną, z czym Polska jest dziś w konflikcie”. Te słowa są szczególnie nieprzyjemne dla rządu Beaty Szydło, bo następne wskazują, czym Polska staje się dla zachodniej Europy: – „Polska nie definiuje europejskiej przyszłości dzisiaj i nie będzie definiować Europy jutro”. Taka asertywność w dyplomacji jest wykluczająca: – „Polska się izoluje w Europie”.

To już nie tylko słowa. Za sprawą PiS doszło do „wygaszenia” Trójkąta Weimarskiego, teraz przestała istnieć Grupa Wyszehradzka, Francję poparły Czechy i Słowacja. Powstał nowy regionalny format „Trójkąt z Austerlitz”, składający się z Austrii, Czech i Słowacji, który jest nawiązaniem do historycznego zwycięstwa Francuzów w 1805 roku.

Macron niczym Napoleon odniósł zwycięstwo. Z czym zatem została Polska? W tym wypadku z upieraniem się, iż nie zgadza się z naruszeniem w kwestii wysyłania pracowników do krajów unijnych i ma obowiązywać dyrektywa, jak wcześniej. Niestety, ta przegrana socjalna w UE wygląda jak 1:27 w kwestii niepoparcia Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej.

Rząd PiS przegrywa w Unii bitwę za bitwą. Spójrzmy na tournee Francuza poprzez inny okular, mianowicie rodak Macrona Stendhal o narracji jako takiej był łaskaw rzec: – „Powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościńcu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży.”

Przeszedł więc Macron po Europie środkowo-wschodniej, Mitteleuropie, jak po gościńcu, i co zobaczyliśmy w tym lustrze? Osamotnioną Polskę, bez przyjaciół, z samymi wrogami bliskiej i dalekiej zagranicy, czyli znaleźliśmy się porzuceni w „błocie przydrożnej kałuży”. Jak długo Polacy będą się godzić na tę sytuację?

Nasz hirouuu…😉 narodowy … 😅

KTO JEST ZA? :)))

Witajcie w państwie pis

>>>

Esencja pisowskich nieszczęść.

Kto to, ach, kto to?

Magdalena Środa pisze o arcybiskupie Jędraszewskim.

Święta ignorancjo!

Kościół musi wreszcie dokonać wymiany pokoleniowej.

Wysłuchałam wypowiedzi abp M. Jędraszewskiego, który porównywał miesięcznice smoleńskie i kontrmanifestacje do sytuacji księży prześladowanych przez SB, dlatego, że mieli odwagę modlić się podczas mszy za internowanych. W roli dzielnych księży widzi dziś abp Jędraszewski – rząd PiS, a w roli SB – opozycję demokratyczną. To więcej niż kuriozalne. Zaprawdę, trudno zrozumieć taką opinię zwłaszcza, że wygłasza ją autorytet kościelny, który w naszym kraju ma charakter autorytetu moralnego.

Stawiam więc trzy tezy (postulaty?), by tę wypowiedź zinterpretować. Pierwsza, że Kościół musi wreszcie dokonać wymiany pokoleniowej. Na jego czele stoją bowiem ludzie, którzy niewiele rozumieją z tego, co się dzieje, nie potrafią trafnie osądzić sytuacji politycznej i kulturowej ani też wyciągnąć wniosków. Są serwilistyczni, konserwatywni, krótkowzroczni. Nie dzieje się tak, być może, z powodu złej woli, ale z innych przyczyn. Nie będę wnikać, jakich… Co prawda nie jestem pewna, czy w Kościele przy całym jego oportunizmie, hedonizmie i poczuciu władzy, wykluć się mogła jakaś nowa generacja młodych księży samodzielnie myślących i zajmujących się raczej służbą Jezusowi niż Kaczyńskiemu, ale zawsze możemy mieć taką nadzieję.

Teza druga odnosi się do wiedzy. Otóż sądzę, że takie wypowiedzi jak abp. Jędraszewskiego są wynikiem jakiejś głębokiej ignorancji, co do tego, czym jest demokracja, czym jest państwo (inne niż kościelne), czym opozycja, wreszcie, jak ważna jest rola pamięci historycznej. Porównywanie dzisiejszej opozycji do dawnej SB, a autorytarnej i despotycznej władzy PiS do księży, którzy byli w opozycji, jest zapewne spowodowane brakiem ogólnej wiedzy. Abp. Jędraszewski ma jednak wiele okazji, by wiedzę nadrobić i wielka szkoda, że z takiej okazji nie korzysta. Poziom wykształcenia kościelnych kadr jest z roku na rok coraz gorszy, co przekłada się nie tylko na publiczne wypowiedzi, ale również na działalność liturgiczną i katechetyczną. Kościół powinien o tym wiedzieć i interesować się nie tylko swoją władzą, ale i wykształceniem, tak hierarchów, jak i adeptów kościelnych.

Po trzecie wreszcie: jestem przekonana, że każdy w naszym państwie, księża również, powinni przejść przez kurs praktycznej edukacji obywatelskiej oraz etycznej. Katecheza nie wystarcza, by mieć adekwatne narzędzia do oceny współczesnego świata i do współodpowiedzialnego uczestniczenia w nim. Tu trzeba wiedzy, umiejętności i praktyki demokratyczno-obywatelskiej.

Zdaje się jednak, że szanse na taką wiedzę, praktykę i odpowiedzialność wśród kleru są – przy takich „autorytetach” jak abp. Jędraszewski bardzo niewielkie. Święta ignorancja, święty oportunizm – zwyciężą.

Premier dowiedziała się o tragedii w poniedziałek. TVPIS nie podawało?

PRZECZYTAJCIE. BYŁO MALOWANIE TRAWY NA ZIELONO… TAK DZIAŁA PAŃSTWO? TAKA MIAŁA BYĆ POLSKA PO DOBREJ ZMIANIE? PRZEPROŚCIE I SP…………

Waldemar Mystkowski o tym, co nas czeka na jesieni – i nie tylko.

PiS przegrupowuje się – przed nami gorąca jesień

„Na mieście” zaczynają mówić, że Andrzej Duda szykuje się do stworzenia własnego zaplecza politycznego. To już nie tylko sugestia z tajemniczą miną posła Kukiz ’15 Marka Jakubiaka, ale całkiem poważnych publicystów, którzy przebąkują o poważnych zmianach w PiS, a tym samym o poważnych zmianach na scenie politycznej.

Obóz Dudy in spe miałby jakoby składać się z części zaplecza PiS, głównie zatrudnionego w Kancelarii Prezydenta, z ugrupowania Pawła Kukiza i  – spora niespodzianka – polityków PSL. Trudno orzec, na ile samodzielne były weta Dudy, bo niespecjalnie dowierzam prezydentowi. Mógł wejść w rolę dobrego policjanta, złego wskazując na Nowogrodzkiej.

Załóżmy jednak, że Duda skalkulował, iż opłaca mu się być przyzwoitym, nie zapisać się źle w historii i stanął ością w autokratycznym gardle prezesa. Jeżeli tak jest, to Duda nie ma szans na prezydenturę drugiej kadencji, nie wygra wbrew PiS.

Jak zużyta jest władza PiS, widać teraz, gdy nawałnice dotknęły część Polski. Nie miał kto podjąć decyzji o pomocy walczącym ze skutkami kataklizmu, a jak już podjęto spóźniony i niewystarczający ratunek to odbyło się to w formie groteski, zarówno w wydaniu Antoniego Macierewicza, jak i zagubionej, ponoć pozostającej w głębokiej depresji, Beaty Szydło.

Nie tylko zużycie obecnego rządu wskazuje na to, że zmiana zostanie dokonana. Filozofia polityczna PiS mająca tylko jednego autora to nie jest rządzenie bądź administrowanie – bo tego naprawdę nie potrafią – ale zdobywanie kolejnych przyczółków władzy poprzez konflikt, poprzez przekraczanie standardów demokratycznych, prawnych, konstytucyjnych. Było to możliwe, gdy Duda parafował wszystko, jak leci, gdy Szydło uśmiechała się i zwycięstwem zasad nazywała totalną porażkę polityczną 1:27.

Układ władzy w PiS jest w niemocy. Może mu nadać siłę ktoś inny, a nawet Kaczyński może pokusić się być premierem. Rządzenie na gwizdek z gabinetu na Nowogrodzkiej wyczerpało się. Tym bardziej, że projekty ustaw dotyczących sądów wejdą lada chwila na agendę. Na jesieni władza PiS zmierzy się repolonizacją bądź z innym pretekstem niszczenia mediów prywatnych. Będzie to wyzwanie, na które już nie wystarczą płoty przed Sejmem.

A jeżeli Duda nadal będzie zachowywał się przyzwoicie? Jesień będzie więc gorąca i przewyższy temperaturą dotychczasowe rozwałki PiS. Na to jest skazany prezes, który nie ma zbytniego pojęcia o rządzeniu krajem, ale potrafi zdobywać i zawłaszczać instytucje, a to są różne pary kaloszy.

A co z opozycją? I tutaj mamy jeszcze większy kłopot. Dzisiaj opozycja to nie tylko partie parlamentarne czy też rozproszkowana lewica, ale to społeczeństwo obywatelskie, NGO’sy i hybryda ponadpokoleniowa „Łańcuchy Światła”, które w każdym protestującym mieście były inne, a najsilniejsze w Poznaniu.

Słyszymy, iż opozycja powinna się zjednoczyć, tworzyć wspólne listy wyborcze itd. Znając polskie polityczne obyczaje, owo zjednoczenie równie dobrze może być wołaniem o wojenkę. Na szczęście pierwsze są wybory samorządowe, które nie muszą być li tylko konkurowaniem partyjnym, ale eksperymentem partyjno-stowarzyszeniowym oplecionym łańcuchami światła. W częściach Polski, w miastach – opozycja może tworzyć najkorzystniejsze dla niej formy reprezentacji wyborczej, mogą one i muszą się różnić. Polacy obudzili się w lipcu – teraz Polacy muszą w sposób jak najbardziej naturalny przy pomocy polityków, samorządowców, aktywistów społecznych artykułować potrzeby dla lokalnych społeczności.

Podstawowym zawołaniem dla opozycji jest podmiotowość lokalna, która nie musi być warunkowana jakąś wielką ideą, ale być orientacją na jeden lub kilka wybranych celów, a te zawsze łączą. Energia lipcowa Polaków dobrze wykorzystana w wyborach samorządowych pokona PiS – jestem o tym przekonany. Na tej bazie będzie dużo łatwiej tworzyć strategie zwycięstwa parlamentarnego nad PiS.

RYSZARD KALISZ: CAŁY SYSTEM ZAWIÓDŁ

nowa.tv >>>

Lis bezlitosny dla władzy: Ta ekipa to najwięksi nieudacznicy w historii, o niebo więksi niż PRL-u

Tokfm >>>

Jak to ich internauci nazwali??? Kurwizja?

>>>

TO ON PORWIE NAS DO WALKI Z POPULIZMEM. TO ON WYGRA WYBORY. TO ON BĘDZIE PREZYDENTEM.

TAK BĘDZIE JUŻ ZA 2,5 ROKU 🙂

Sławomir Sierakowski pisze o Polsce, ktora

WSTAJE Z GŁOWY

Polska jest krajem, który udowadnia reszcie świata, że państwo demokratyczne może być tutaj wyłącznie sezonowe.

Przesączony patriotyzmem to kraj, w którym jedni kibice pokazują światu zło nazistowskiej przemocy, a drudzy zasadzają się na drużynę piłkarzy z Izraela, żeby ich pobić po zakończonym meczu. Oba sygnały, które idą w świat, z pewnością pomogą naszej ojczyźnie wstać nie tylko z kolan, ale i z głowy.

Pierwszy sygnał to: Polacy, którzy nie są ofiarami, bo urodzili się po wojnie, domagają się uznania od Niemców, którzy nie są ich prześladowcami, bo także urodzili się po wojnie.

I drugi: Polacy, w odróżnieniu od Niemców, świadomie nawiązują do nazistowskiej przemocy, prześladując Żydów.

Tym się dziś Polska od Niemiec różni, że jest krajem, który sam na własne życzenie udowadnia reszcie świata, że państwo demokratyczne może być tutaj wyłącznie sezonowe. Robi to, zamykając oczy na tę najoczywistszą prawdę historyczną, że jeśli demokracja potrwa w Polsce tylko sezon, to i samo państwo tyle potrwa, bo nie będzie zdolne do istnienia wojując jednocześnie z Zachodem i Wschodem.

Kibice udowadniają za jednym zamachem, że są jedną z najbardziej antypolskich i bezmyślnych grup społecznych w kraju. Bardziej antypolska i bezmyślna jest jedynie partia rządząca Polską, która oczywiście z potępieniem nienawiści i przemocy wobec Żydów nie spieszy. (skreślić „bezmyślnie”, gdyby na jaw wyszły powiązania nie tylko otoczenia Ministra Obrony, ale także reszty tego patriotycznego obozu z Kremlem).

MA MISIEWICZ I MA JANNIGER… CZY KTOŚ TO MOŻE SKOMENTOWAĆ?

ANTONI CZEKA NA ŻYCZENIA. SPÓŹNILIŚCIE SIĘ? JEST JESZCZE SZANSA 🙂 WPISUJCIE

Ireneusz Sudak w „Wyborczej” pisze, jak PiS – Kaczyński – chce się dobrać do mediów prywatnych, zagranicznych. Na 20 proc. ma ustalić pułap zagranicznych inwestycji w spółkach medialnych ustawa „dekoncentracyjna” – dowiedziała się „Wyborcza”. Ofiarą może być TVN.

Rząd chce się dobrać do skóry mediom zagranicznym. Planuje „dekoncentrację” i „polonizację”

To pierwszy konkret planu PiS dotyczący przyszłości polskiego rynku medialnego. Napisał już o tym wczoraj „Super Express”. Ministerstwo Kultury pracuje nad ustawą w tajemnicy. Projekt ma zostać opublikowany w połowie września.

To dużo bardziej radykalna propozycja niż ta, którą w marcu tego roku przedstawiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. KRRiT proponowała wprowadzić pojęcie „medium o znaczącej pozycji”, czyli takiej, w której dana grupa kapitałowa ma 30 proc. udziałów w rynku pod względem przychodów reklamowych czy widowni telewizyjnej. Ale takie przepisy byłyby strzałem kulą w płot, bo jak mówi nam Joanna Nowakowska z firmy analitycznej MEC, żadna grupa telewizyjna w Polsce nie ma takiej przewagi.

PiS chce „zrepolonizować” media (dziś częściej mówi o dekoncentracji), które zdaniem władzy nie reprezentują polskich interesów, tylko właścicieli, głównie Niemców. – To też będzie załatwione, choć będzie wielki opór – zapowiedział tydzień temu w TV Trwam Jarosław Kaczyński. Dodał, że „dekoncentracja mediów” jest najważniejszą sprawą po przejęciu przez PiS sądów.

– Po wakacjach weźmiemy się za was – usłyszał niedawno dziennikarz Onetu od Krystyny Pawłowicz. Posłanka twierdziła później, że żartowała.

Media na wzór Rosji?

20-proc. próg dla inwestorów zagranicznych wprowadził Kreml w 2014 r. po rozpoczęciu wojny na Ukrainie i nałożeniu na Rosję sankcji przez UE i USA. Z rosyjskiego rynku wycofał się wtedy m.in. niemiecki koncern Axel Springer, który wydawał tam miesięcznik „Forbes”, czy CNN. Ich interesy przejęli związani z Putinem oligarchowie.

W Polsce limit ten mógłby dotyczyć np. należącego do niemieckiej grupy Passau wydawnictwa Polska Press, które ma 20 dzienników regionalnych w 15 województwach oraz popularne lokalne portale internetowe. „Wyborcza” rok temu pisała o przymiarkach PiS, by jeden z polskich banków odkupił te dzienniki. Byłyby cennym dla partii wsparciem propagandowym przed wyborami samorządowymi w 2018 r.

Jeśli ktoś ma więcej, będzie musiał znaleźć polskiego kupca (np. jakiś fundusz inwestycyjny związany z kontrolowanym przez skarb państwa PZU) i odsprzedać mu swoje udziały. Poproszone przez nas o komentarz Ministerstwo Kultury nie zdementowało tych informacji.

 Unia chroni rynek medialny

Jednak niemieckie koncerny w Polsce – i wszelkie europejskie – chroni prawo unijne. – Dla mnie jest jasne, że UE nie dopuści do wprowadzenia ustaw, które godzą w europejskie firmy – mówi medioznawca prof. Maciej Mrozowski z UW i Uniwersytetu SWPS. – Unijne traktaty gwarantują swobodę przepływu kapitału, która podlega bardzo silnej ochronie – dodaje Marcin Maciejak, prawnik w kancelarii Gessel. – Ale jak zwykle są wyjątki, przede wszystkim w sytuacji, gdy w rachubę wchodzą kwestie porządku i bezpieczeństwa publicznego. Wtedy kraj członkowski UE może zablokować daną transakcję lub pewien ich szczególny rodzaj, co nie jest niespotykane – dodaje.

Tyle tylko, że przypadek mediów trudno zakwalifikował do „porządku publicznego”.

Politycy PiS argumentują, że podobne limity dla zagranicznych inwestorów w mediach ma Francja. Tyle że francuskie prawo pochodzi z 1986 r., siedem lat przed powstaniem Unii Europejskiej. Dziś chroni francuskie media przed inwestorami… z USA.

– PiS tak na prawdę jest mało skuteczny i nie jest w stanie przeforsować ustaw, które mogą zagrozić wolnej konkurencji. W obawie przed Brukselą rząd porzucił pomysł przekształcenia spółek TVP czy Polskiego Radia w instytucje mediów narodowych,  doliczania abonamentu do rachunków za prąd, że o sądzie najwyższym nie wspomnę. Ale Bruksela nie będzie bronić firm spoza Unii – mówi Mrozowski. Dlatego jego zdaniem nowa ustawa jest wymierzona w konkretną firmę.

Ustawa uderzy w TVN?

Na polskim rynku jest tylko jedna firma, którą wprost ugodzi planowana „dekoncentracja”. To grupa TVN należąca do amerykańskiego koncernu Scripps Networks Interactive. Ma go wkrótce przejąć również amerykański gigant medialny Discovery. Formalnie – poprzez spółkę brytyjską.

Polityków PiS od dawna irytuje telewizja informacyjna TVN 24, uważają ją za „antyrządową”. Jarosław Kaczyński zżymał się niegdyś nawet na „Szkło kontaktowe”, satyryczny program, do którego dzwonią widzowie na ogół mu nieprzychylni. Ostatnio TVN 24 obszernie relacjonowała masowe protesty przeciwko przejęciu sądów.

„Newsweek” pisał w styczniu, że PiS proponował odkupienie stacji, w 2015 r. publicyści związani z partią wysłali do Scripps list, w którym zarzucali TVN „negatywny wpływ na polskie życie polityczne”.

Jednak atak na TVN zaszkodziłby stosunkom z USA. Obrona amerykańskich interesów ekonomicznych to priorytet prezydenta Donalda Trumpa. Czy PiS jest gotów na takie zwarcie?

A może szykuje kolejny konflikt z Unią Europejską. Skoro dziś łamie nakaz Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wstrzymania wycinki w Puszczy Białowieskiej, może też zignorować prawo UE dotyczące przepływu kapitału.

– Pojęcie repolonizacji jest nie tylko oburzające ale i obraźliwe dla wszystkich Polaków pracujących w mediach, które mają zagranicznych właścicieli. Nie sądzę, żeby ci dziennikarze reprezentowali niemiecki czy amerykański punkt widzenia. Gdyby powiązane z państwem spółki miały przejmować udziały w mediach, byłby to powrót do PRL, a w przypadku prasy lokalnej – jej finansowy upadek – mówi nam prof. Tadeusz Kowalski z UW, były członek rady nadzorczej TVP.

20% – oto pułap zagranicznych inwestycji w spółkach medialnych wg ustawy „dekoncentracyjnej”. Ofiarą może być TVN.

Magdalena Środa pisze o prawicowym ścieku.

„Bóg, honor, ojczyzna” w prawicowym ścieku

Są pisma, których nie sposób tolerować, a które dziś wyłażą z jakiś swoich nor, w których powinny być raz na zawsze zamknięte. Coś jak twarda, obrzydliwa pornografia. Wiemy, że gdzieś istnieje, ale nie chcielibyśmy nic o niej wiedzieć i na pewno nie widzieć jej w każdym kiosku.

Tymczasem coś na kształt owej pornografii pojawia się dziś na widoku publicznym z szyldem, który wstrząsa. Oto mamy pismo „Polska niepodległa” z orłem w koronie i hasłem – uwaga! – „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Nie wiem, co jest w środku i nie chcę wiedzieć, dokładnie z tych samych powodów, dla których nie interesuje mnie twarda pornografia czy grzebanie po śmietnikach. Ale widzę (każdy kto przechodzi ulicą widzi) okładkę, z której dosłownie wypływa ściek. Bo nie wiem, jak to inaczej nazwać? Mamy zdjęcie czterech polskich aktorek i jednego aktora z podpisem „szajka wytwornych pind na kupę”. Tytuł wiodącego artykuły jest napisany równie wielkimi literami jak nazwa pisma „Polska niepodległa” i nieco większymi niż „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Powiedzieć, że to znajduje się poza jakimikolwiek cywilizacyjnymi standardami, że to niesmaczne i obrzydliwe – to tak jak nic nie powiedzieć. Nie mam innego słowa, jak – ściek. Wydawca widać lubi się w nim tarzać i go produkować. Może taki ma charakter, może takie potrzeby, może znajduje nabywców o podobnych do swoich gustach. Może w ogóle istnieje w Polsce jakaś grupa ściekobiorców i ściekodawców. Może. Mnie jednak chodzi o coś innego. Co do tego ma „Polska”? Co do tego ma „niepodległość”? Co do tego ma „Bóg, honor, ojczyzna”? Dlaczego takie wartości, jak moja ojczyzna, nasza niepodległość, Bóg, a do tego jeszcze „honor” stowarzyszone są z treściami i z formą, która im uwłacza?

Wiem, że to wołanie na puszczy. Mamy dziś taki czas, gdy „polskość” okraja się do nienawiści wobec inaczej myślących, a honor i pana Boga spotwarza małością i brudem. Biedny ten orzeł, głupio w tym ścieku wygląda jego korona.

Z OKAZJI 69 URODZIN ANTONIEGO… LIST OWSIAKA DO MACIEREWICZA

WYOBRAŻACIE SOBIE PODOBNĄ SCENĘ Z JK? SZACUNEK DLA i DLA MŁODYCH LUDZI, KTÓRZY MAJĄ JUŻ DOŚĆ POLITYKI PiS-U

TO IDZIE MŁODOŚĆ :)))) NORMALNOŚĆ I WOLNOŚĆ. &

Waldemar Mystkowski pisze o Przystanku Woodstock i Tusku.

Na Woodstock młodzież pozdrowiła ministra „wiemy którego”

Kto łączy ONR i Przystanek Woodstock? Mariusz Błaszczak, bardziej znany jako Mariusz z „Ucha Prezesa”. Gdy faszyzująca młodzież ONR 1 sierpnia podczas rocznicy Powstania Warszawskiego plamiła pamięć powstańców, policja zarządzana przez Błaszczaka chroniła ich, a protestujący przeciw tej hańbie byli przez policję legitymowani i izolowani, kilka osób zaś przez neofaszystów została poturbowana.

Należy mniemać, że neofaszyści z ONR „godnie” uczcili pamięć faszystów niemieckich, którzy wymordowali ludność Warszawy i na dokładkę zrównali z ziemią stolicę.

Tak odwrócona została na nice historia Polski. Dwa dni po tych obchodach w Kostrzynie nad Odrą otwarty został Przystanek Woodstock. I znowu Błaszczak został pozdrowiony i to słowami godnymi kabaretu „Ucho prezesa”, mianowicie nie został wymieniony z nazwiska przez Jurka Owsiaka: „Pozdrawiamy pana ministra, wiemy którego!”

Młodzież – choć nie tylko – odpowiedziała głośno wesołą owacją. Owsiak podsumował ceremonię otwarcia hasłem tegorocznego Woodstocku: „Co nie zabije, to wzmocni. Psy szczekają, karawana jedzie dalej!”

To ci młodzi są spadkobiercami młodzieży, która oddała krew i życie w 1944 roku, a ONR zaś spadkobiercą mordu na nich i na mieście. W Woodstock jest obecny także Mirosław Różański, generał broni w stanie spoczynku i do niedawna najwyższy dowódca w Wojsku Polskim, który w rozkwicie kariery podał się do dymisji, bo ministrem obrony jest niejaki Antoni Macierewicz, który raczej jest przedstawicielem tych sił, które stanęły w 1944 roku na praskim brzegu Warszawy i nie kiwnęły palcem, aby pomóc wykrwawiającym się powstańcom (tylko tak należy interpretować książkę Tomasza Piątka). Warto byłoby Różańskiego zapytać, czy posłałby w beznadziejny bój tę wspaniałą młodzież z Przystanku Woodstock.

Polska symbolika nie podlega jakimś większym przewartościowaniom. Niestety, obecnie u władzy mamy tych, którzy ojczyźnie przynosili hańbę i za nich inni musieli odzyskiwać honor, a nawet niepodległość. Obecna Polska pisowska straciła honor i twarz w Europie, a dzisiaj dał dowód braku polskiego oblicza i honoru główny specjalista od „kanalii” i „mord zdradzieckich” prezes Kaczyński, który w TV Trwam pogroził Donaldowi Tuskowi: „Ma się czego obawiać. Jest jedna sprawa, są inne.”Tusk był przesłuchiwany w prokuraturze na okoliczność jakichś wydumanych spraw okołosmoleńskich.

Tusk, który w całej polskiej historii odniósł największy sukces polityczny, jest nękany przez tego zawistnika z taboretu na Krakowskim Przedmieściu. Wynika z tego, że to nie koniec nękania, bo wg prezesa są sprawy „inne”. W naszej historii to żadna nowość, iż mali, zakompleksiali, niszczą innych większych od siebie, niszczą naszą polską wielkość. Z niektórych rodaków wychodzi kurdupel.

Ale się nie damy. Nie daliśmy się faszystom, nie damy się ONR, ani Błaszczakowi, czy Kaczyńskiemu, świadczy o tym ta młodzież na Woodstock.

Aby zakończyć w tej poetyce, a Błaszczak jest tutaj figurą łączącą wątki mojego felietonu, więc porównam zachowanie ministra „wiemy którego” do stanu Joe Cockera na oryginalnym Woodstock na farmie M. Yasgura w 1969 roku. Cocker podczas wykonania utworu Beatlesów „With A Little Help From My Friends” był tak nawalony „wiadomo czym”, iż przez cały 7 minutowy utwór chwiał się na brzegu sceny, wyginał się w paragraf  i nie spadł z niej. Błaszczak nie jest żadnym wirtuozem, ale spadnie ze sceny, bo tak się dzieje z tymi, którzy są nawaleni władzą, a nie mają żadnych predyspozycji, aby ją sprawować, są po prostu mali, żadni.

NAJPIĘKNIEJSZY FESTIWAL ŚWIATA :)) WOODSTOCK BLOODSTOCK

SZACUNEK DLA CAŁEJ RODZINY :))))) ———–

CZY TO JEST OSTATNI PRZYSTANEK WOODSTOCK?

>>>

IDEALNA ODPOWIEDŹ, GDYBY KIEDYŚ KTOŚ WAS ZAPYTAŁ 🙂

Opozycja parlamentarna, pozaparlamentarna i organizacje obywatelskie łączą siły. Koalicja Prodemokratyczna działająca pod patronatem Strajku Kobiet chce się skupić na obronie trzech frontów: sądownictwa, wolności słowa i mediów, a także praw kobiet. Pisze Michał Wilgocki.

Demokratyczna opozycja jednoczy się pod patronatem Strajku Kobiet. Plany: obronić sądy, media i prawa kobiet

Na spotkanie w Warszawie przyszli przedstawiciele opozycji sejmowej (PO i Nowoczesna), pozaparlamentarnej (Razem, Inicjatywa Polska, SLD, Zieloni, Inicjatywa Feministyczna). Byli też przedstawicielki Strajku Kobiet, Obywatele RP, Komitet Obrony Demokracji, Obywatele Solidarni w Akcji, Dziewuchy Dziewuchom, stowarzyszenie TAMA, Kolektyw Czarne Szmaty i Śląskie Perły.

– Podsumowaliśmy nasze dotychczasowe działania i przygotowaliśmy plan na kolejne dwa miesiące – mówi „Wyborczej” Marta Lempart. – Jeszcze przed wrześniowym posiedzeniem Sejmu chcemy zorganizować obywatelski okrągły stół i wspólnie wypracować 10 postulatów dotyczących reformy wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, jeżeli PiS będzie próbował odrzucić weto w parlamencie, natychmiast zareagujemy odpowiednio, tak jak to robiłyśmy do tej pory, na przykład protestami. Chcemy być zawsze tam, gdzie są podejmowane decyzje – przed Sejmem, Senatem, Pałacem Prezydenckim, Trybunałem Konstytucyjnym albo na Nowogrodzkiej.

Przedstawiciele wszystkich organizacji ustalili, że w najbliższym czasie połączą siły z Akcją Demokracja, która zaplanowała spotkania, podczas których będzie tłumaczyć zagrożenia płynące z jedynej niezawetowanej przez prezydenta ustawy – o ustroju sądów powszechnych.

– Postaramy się w jak największym stopniu nagłośnić to, co grozi każdemu obywatelowi, który będzie miał po tej nowelizacji do czynienia z sądami – dodaje Marta Lempart.

Koalicja jest też przygotowana na to, że w każdej chwili PiS może zabrać się do zaostrzenia prawa aborcyjnego. Może to zrobić na dwa sposoby: jeden z nich to poparcie obywatelskiego projektu ustawy zakazującego aborcji w przypadku ciężkiego upośledzenia płodu (to dłuższa droga, bo pod tym projektem nie zostały jeszcze zebrane podpisy). Drugi sposób to rozprawa przed Trybunałem Konstytucyjnym. Wniosek w sprawie niekonstytucyjności usuwania ciąży w przypadku ciężkiej choroby płodu zgłosiła grupa posłów PiS. Koalicja Prodemokratyczna planuje protesty, jeżeli PiS spróbuje zrealizować któryś z wariantów. Włącza się także w zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem „Ratujmy kobiety” liberalizującym prawo aborcyjne.

Kolejny postulat dotyczy języka. Na spotkaniu przedstawiciele Nowoczesnej zadeklarowali, że złożą nowelizację ustawy o języku polskim, tak żeby praktyka stosowania języka wrażliwego na płeć (chodzi m.in. o żeńskie końcówki) została potwierdzona jako ustawowa norma.

– Zapraszamy też do rozmów przedstawicieli redakcji mediów komercyjnych, za które – jak zapowiedziała posłanka Krystyna Pawłowicz – PiS weźmie się po wakacjach. Będziemy je namawiać do wspólnej akcji protestacyjnej. Będziemy również pilnować mediów publicznych, które nie spełniają obecnie swojej misji. Rozważamy różne metody – łącznie z wstępowaniem na drogę prawną i apelami do reklamodawców – dodaje Marta Lempart.

Koalicja zachęca również do tego, żeby cyklicznie, być może nawet raz w tygodniu, spotykać się w terenie, przed biurami parlamentarzystów PiS. Liczy, że w ten sposób dotrze do kilkunastu polityków, którzy wahają się w poparciu dla „dobrej zmiany”.

Jak miała działać? Szybciej? Sprawniej? Skuteczniej? Czy jakoś tak.. 🤔

Wojciech Maziarski na koduj24. pisze o Dudzie.

Czy czarna dziura pochłonie Andrzeja Dudę?

Prezydent postawił jeden krok ku swobodzie, ale jeszcze nie wyrwał się z pola grawitacyjnego PiS.

Podstawowe pytanie polskiej polityki brzmi dziś: co zrobi Andrzej Duda? Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek w ostatnich latach tak wiele zależało od trzeźwości umysłu jednego człowieka. I od jego psychicznej odporności na naciski i groźby.

Zgłaszając weto do dwóch ustaw sądowych, prezydent wyruszył w drogę bez powrotu. Tak podpowiada logika. W obozie politycznym kierowanym przez Jarosława Kaczyńskiego nie czeka go już żadna przyszłość polityczna. Nawet gdyby się pokajał, posypał głowę popiołem i padł na kolana, nie ma najmniejszych szans, by PiS ponownie wystawił jego kandydaturę w kolejnych wyborach prezydenckich. Prezes ani nie zapomni, ani nigdy nie wybaczy mu zdrady, jakiej się dopuścił blokując PiS-owską szarżę na Sąd Najwyższy i Krajową Radę Sądownictwa, a w konsekwencji utrudniając realizację także innych zamierzeń rządzących. Dopóki PiS nie ma kontroli nad wymiarem sprawiedliwości, nie bardzo może przejąć prywatne media, których właściciele z pewnością będą się odwoływać od bezprawnych decyzji do sądów.

Kaczyński, gdyby mógł, pewnie poszedłby dziś przed Pałac Prezydencki, by pokazać tej „zdradzieckiej mordzie i kanalii”, co o niej myśli (swoją drogą, z niecierpliwością czekam na kolejną miesięcznicę smoleńską, ogromnie jestem ciekaw, co też pan prezes powie przed siedzibą prezydenta). Jednak nie bardzo może sobie na to pozwolić. Konstytucyjne uprawnienia sprawiają, że Duda trzyma go w szachu. Dlatego politycy PiS przez zaciśnięte zęby mówią, że czekają na prezydenckie projekty ustaw sądowych. Nie podnoszą głosu ani nie szczerzą kłów, ale pod tą maską udawanego spokoju widać kipiące emocje. Gdyby mogli, wywlekliby zdrajcę z pałacu i rozszarpali go na strzępy. Logika mówi więc, że zerwanie jest nieodwracalne.

Pytanie tylko, czy Andrzej Duda ma tego pełną świadomość. Czy nie ulegnie psychicznej presji i pokusie udobruchania towarzyszy, którzy przez lata stanowili jego partyjne otoczenie. Czy zdaje sobie sprawę, że jeśli chce ocalić skórę, nie tylko nie może się cofnąć, ale nawet nie może zatrzymać się w miejscu, w którym dziś stoi. Musi wykonać kolejne kroki ku politycznej suwerenności, dalej rozluźniając więzy łączące go z dawnym środowiskiem i przełamując lody w stosunkach z opozycją. To dla niego jedyna szansa.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent to sobie uświadamia i czy gotów jest wyciągnąć z tego praktyczne konsekwencje. Wszystkie jego dotychczasowe działania i deklaracje mają charakter połowiczny. Zawetował dwie ustawy sądowe, ale już nie trzecią. Powiedział, że Sąd Najwyższy nie może podlegać prokuratorowi, ale nie powiedział, że nie może też podlegać prezydentowi. Nie przyznał, że PiS-owskie projekty ustaw były sprzeczne z Konstytucją. Zapowiedział, że przygotowując nowe projekty, będzie się konsultować ze środowiskiem prawniczym, ale od razu uprzedził, że wiele osób będzie z tych projektów niezadowolonych.

Wygląda na to, że Andrzejowi Dudzie marzy się stworzenie alternatywnego PiS-u o ludzkiej twarzy – obozu prawicowego, który reprezentując ten sam system wartości, wolny byłby od radykalizmu i bolszewickich zapędów, które ostatnio w coraz większym stopniu dominują w działaniach Jarosława Kaczyńskiego.

Sympatię do tego projektu niedwuznacznie zademonstrował Kościół. List przewodniczącego konferencji Episkopatu abp Stanisława Gądeckiego do prezydenta z podziękowaniem za weto nie pozostawia w tej kwestii wątpliwości. Poparcie okazuje też część prawicowych publicystów (np. Rafał Ziemkiewicz, Paweł Lisicki czy Piotr Zaremba) oraz politycznych autorytetów (np. Jan Olszewski).

To jednak stanowczo za mało, by pomysł powołania obozu stanowiącego polityczne zaplecze Andrzeja Dudy mógł liczyć na powodzenie. Nic nie wskazuje na to, by wśród obecnych parlamentarzystów i polityków PiS znalazła się duża grupa chętnych do zmiany barw klubowych na prezydenckie. Duda może liczyć, co najwyżej, na pojedyncze transfery, a nie na wielki exodus, przypominający np. powołanie Platformy Obywatelskiej, kiedy to liderzy nowo powstającego ugrupowania wyprowadzili z Unii Wolności większość aktywów. Kilkanaście czy nawet trzydzieści szabel w Sejmie to za mało, by prezydent mógł czuć się bezpiecznie jako samodzielny podmiot polityczny.

Wiele wskazuje na to, że w Polsce na prawicy obok PiS-u nie ma miejsca na inne ugrupowanie o mniej radykalnym obliczu. W przeszłości taką partię – o nazwie Polska Jest Najważniejsza – próbował powołać Paweł Kowal i ta próba też zakończyła się klapą. PiS odgrywa na polskiej prawicy rolę czarnej dziury – te niewidoczne ciała niebieskie o gigantycznej grawitacji są swoistymi kosmicznymi odkurzaczami, wysysającymi całą materię z otaczającej ich przestrzeni. W ich polu przyciągania nie ostanie się nic.

Jeśli więc Andrzej Duda nie chce skończyć jak kometa, która na chwilę rozbłysła i zgasła, ponownie wciągnięta w lej PiS-owskiej czarnej dziury i sprasowana w jej wnętrzu, musi się wyrwać z jej pola grawitacyjnego. Jak najszybciej i jak najdalej. A to niechybnie oznacza też zbliżenie się do innych układów planetarnych w tym rejonie nieba.

Czy prezydent ma tego świadomość? I czy będzie miał dość odwagi, by ocieplić relacje z dotychczasowymi politycznymi wrogami?

Przekonamy się w najbliższych tygodniach. Zobaczymy, kogo prezydent zaprosi do prac nad projektami ustaw sądowych i jaki kształt przybiorą te dokumenty. Jeśli będą przypominać wcześniejszą wersję, którą napisali ludzie Ziobry, a główna różnica będzie polegać na tym, że nadzór nad sądami będzie sprawować prezydent, a nie prokurator generalny, oznaczać to będzie, że droga ku suwerenności Andrzeja Dudy zakończyła się po jednym połowicznym kroku.

POBUDKA 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku i Szyszce.

Błaszczak i Szyszko, ministrowie niegodni funkcji są winni kryzysów

Bezprawne działania władzy PiS wcale mnie nie dziwią. Społeczeństwo obywatelskie i opozycja parlamentarna są śledzone i na podsłuchach. Inaczej nie potrafią utrzymać władzy. Protesty lipcowe były największymi po 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego; po odzyskaniu suwerenności nie mieliśmy do czynienia z takim wyraźnie powiedzianym przez Polaków – „nie”.

Protesty lipcowe nie były partyjne – choć parlamentarne partie opozycyjne organizowały swoje – społeczeństwo obywatelskie i to najmłodsze, które zna poprzedni reżim z relacji rodzinnych i środowiskowych powiedziało – „dość”. Opór zwykle ma charakter lawiny, wystarczy ruszenie jednego newralgicznego elementu i rusza protest z łoskotem, aby pod zwałami pogrzebać – w naukach społecznych – winnych kryzysu.

Nie od rzeczy, nie od parady sprawcami tego kryzysu, są marni ludzie PiS. Nikt mnie nie przekona, iż od przeciętności – w znaczeniu nijakości – różni się Mariusz Błaszczak czy Jan Szyszko. To są ludzie niewidzialni, gdyby byli dla nas anonimowi i gdyśmy ich spotkali podczas jakiegoś działania, nie zostałaby zatrzymana na nich żadna uwaga, tak jak nie zauważamy nicości, braku.

Wybrakowanie nam przeszkadza w chwili, gdy staje się normą, gdy jest narzucone przez zbieg okoliczności, w tym wypadku splot zdarzeń politycznych. Wybrakowana postać Błaszczaka szczególnie razi, bo on nawet wypowiada się w mediach.

Piszę o tych dwóch nijakich ludziach PiS przy okazji dwóch drobnych, ale znamiennych zdarzeń, mających w sobie modus operandi PiS.

Ministerstwo Błaszczaka (MSWiA) wystosowało do Fundacji Wolnych Obywateli RP (szefuje jej Paweł Kasprzak) groźbę w formie pisma i to taką, iż można podejrzewać, że ktoś odpowiedzialny za sformułowania w tym straszeniu w piśmie nie zna języka polskiego. Tak było – pamiętam: za komuny – też mieli tamci ciemniacy problem z językiem polskim.

Obywatelom RP wytyka się blokowanie – jak piszą z ministerstwa Błaszczaka w języku mało polskim – „zgromadzenia publicznego odbywającego się w celu oddania hołdu Ofiarom katastrofy smoleńskiej”.

Hołd składa się – mistrze od gadżetu różańca – bóstwom, albo władzy feudalnej. Nie składa się ofiarom, składa się ofiary. Nie można złożyć hołdu tym, którzy przyczynili się pośrednio i bezpośrednio do katastrofy. Jarosław Kaczyński swoją pokrętnością stworzył fakt zakłamania – nazywany mitem smoleńskim – iż jego brat „poległ”. Tak! Poległ na nieprzestrzeganiu procedur i mając niepohamowany pęd do reelekcji prezydenckiej.

I tego rodzaju zakłamaniu stoją na drodze Obywatele RP, stoją przeciw zakłamywaniu Polski. Zaś„zgromadzenie od hołdu” jest coraz droższe. Liczą na to – to mój apel do władz policji – iż zachowają dokumenty, w których zleca się chronienie Jarosława Kaczyńskiego, odczyniającego jakieś „hołdy”na Krakowskim Przedmieściu i z tego miejsca centralnego w kraju robiącego prywatne uroczysko. Jeżeli zlecenie na chronienie „hołdu” wypłynęło od Błaszczaka, to on powinien za ochronę „hołdu”zapłacić. Ostatni „hołd” kosztował przeszło 700 tys. zł, a policjanci nie dojadali. Gdybym wiedział, to podzieliłbym się wolnymi kanapkami, bo miałem przy sobie.

To Obywatelom RP należy się pomnik na Krakowskim Przedmieściu ze szczególnym uwzględnieniem Kasprzaka, bo bronią nas przed paranoją smoleńską i przed „geniuszem” od kanalii i zdradzieckich mord.

Za to w przyszłości Błaszczak musi zapłacić nie tylko majątkiem, ale też paragrafami, aby Polska była normalna. Nie po to nasi przodkowie – a moi od zawsze, od kiedy zapisywana jest historia ojczyzny – walczyli z wrogami, a takich ciurów Błaszczaków – bo jest takim obozowym brakiem – karano za niszczenie porządku w taborach.

I drugi nijaki Jan Szyszko, stosujący modus operandi PiS. Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał – czyli nakaz sankcjonowany może być karą finansową – zaprzestanie dalszej wycinki Puszczy Białowieskiej. Następnego dnia po nakazie do Puszczy udał się operator Polsat News, a tam został pobity, zaś kamera odebrana mu i zniszczono nagranie.

Czy operator filmował wycinkę, której nie zaprzestano, czy robił zdjęcia wspaniałej przyrody niszczonej przez Szyszkę, jest obojętne, ale to wskazuje z jaką władzą mamy do czynienia. Niekompetentną, nieodpowiedzialną, bo ministrami są ludzie tak przeciętni, iż nie znając ich nie zwrócilibyśmy na nich uwagi.

Zostali wywyższeni nie mając kompetencji ani żadnych zasług, tacy ludzie – Błaszczak i Szyszko – wszystko zrobią, aby utrzymać się w siodle. To nie jest władza, to są przedstawiciele nieporozumienia, ciury obozowe, które nie powinny pokazywać się nikomu na oczy, bo zwykle coś zmalują niegodnego miana Polaka.

Franek Sterczewski po raz kolejny zaprasza na pl. Wolności. Tym razem zamiast protestu odbędzie się piknik obywatelski. – Teraz stawiamy na spotkania, mówienie o prawach obywatelskich, aktywności obywatelskiej i konstytucji – podkreśla Sterczewski.

BOSKIE, PO PROSTU BOSKIE :))) Doskonały komentarz…

>>>

Wiersz Kornela Filipowicza, partnera życiowego Wisławy Szymborskiej.

Zakuty łeb.

Piękna, spokojna Polska. Pod Sejmem podpatrzone.

W PiS wojna na całego, będzie tak dlugo trwała, aż ta władza się rozleci. Trzeba także im pomagać protestować. Kancelaria Prezydencka walczy z Nowogrodzką. Oto rzecznik Dudy. – Nie wypada, aby wiceministrowie pouczali prezydenta. Jeśli któryś z wiceministrów osiągnie takie poparcie w wyborach i zdobędzie ponad 8 mln głosów, to wówczas będzie partnerem do rozmowy – powiedział rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński.

Rzecznik prezydenta ostro odpowiada PiS: 70 proc. chciało reformy, potem 50 proc. chciało weta. Gratuluję

Krzysztof Łapiński rozmawiał z TVN 24. Został zapytany o słowa Patryka Jakiego, który po wecie na Facebooku napisał: „W Polsce, od kiedy pamiętam, było tak, że jak dekomunizacja w różnych obszarach państwa była blisko, to zawsze ktoś wymiękał”.

– Mam nadzieję, że rozemocjonowani politycy trochę ostudzą swoje emocje i ton swoich wypowiedzi. Mam też nadzieję, że politycy Solidarnej Polski nie będą ponownie rozbijać Zjednoczonej Prawicy. To nie jest dobry czas, aby takie działania przeprowadzać. Obecny rząd cieszy się niewielką większością w parlamencie, więc nie można ryzykować tego, aby tę większość utracić. To jest czas na ochłodzenie emocji – powiedział Krzysztof Łapiński.

– Mogę panu wiceministrowi Jakiemu powiedzieć jedno:

To zwycięstwo Andrzeja Dudy otworzyło PiS drogę do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Także dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy pan wiceminister Jaki jest dzisiaj wiceministrem.

Gdyby tego zwycięstwa nie było, to pan Jaki byłby dzisiaj poza parlamentem lub siedziałby w ławach opozycji. Nie wypada, aby wiceministrowie pouczali prezydenta. Jeśli któryś z wiceministrów osiągnie takie poparcie w wyborach i zdobędzie ponad 8 mln głosów, to wówczas będzie partnerem do rozmowy. Panowie Jaki i Wójcik są wiceministrami i posłami dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy w wyborach i to niestosowne, aby wypowiadali się w takim tonie do prezydenta – mówił Krzysztof Łapiński.

Przypomniał też, że w niektórych sondażach nawet 70 proc. Polaków było za reformą wymiaru sprawiedliwości.

– Działania w ostatnich tygodniach w Sejmie doprowadziły do tego, że ponad 50 proc. chciało trzech wet. Codziennie po kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy ludzi wychodziło w różnych miastach protestować.

Ja gratuluję sprawnego przeprowadzenia tej reformy – kpił minister.

Dziennikarka zapytała również o słowa Marka Suskiego, który zasugerował, że Andrzej Duda może nie być kandydatem PiS na prezydenta w kolejnych wyborach.

– O tym pewnie każda partia będzie decydować za dwa lata. Hipotetycznie można sobie wyobrazić, że kandydatem będzie poseł Suski – odpowiedział Łapiński.

Rzecznikowi odpowiedział już Patryk Jaki:

– Partnerem do dyskusji nigdy nie będą dla mnie ludzie od PR-u. Bo oni nigdy nie zrozumieją, dlaczego trzeba robić nie-PR-owe reformy. Ta zaczepka daje szansę TVN na rozgrywanie obozu oraz podtrzymanie tematu konfliktu i emocji postKODu. Teraz widać kto ma jakie intencje – napisał wiceminister.

Magdalena Środa nie wierzy nikomu z PiS-u. I słusznie.

To jest niedopuszczalne, żeby jeden z szefów w TVP Info prowadził „anonimowe” konta, którymi poniża opozycję i walczy z nią.

To zostawię bez komentarza bo samo sie komentuje. 😂😂😂

– Przestańmy się zajmować jednym funkcjonariuszem PiS, jakim jest prezydent Duda. Trzeba wrócić do tego, co jest źródłem sytuacji w Polsce, czyli do Prawa i Sprawiedliwości – mówiła w TOK FM Marta Lempart ze Strajku Kobiet. W ponad 30 miastach odbędą się akcje przeciwko PiS.

„Funkcjonariusze PiS niszczą Polskę” – „spacerowicze” przed biurami partii rządzącej

Zapowiedź zawetowania przez prezydenta ustaw o KRS i SN i podpisanie nowelizacji przepisów dotyczących ustroju sądów nie kończą protestów. Codziennie ludzie zbierają się przed siedzibami sądów.

Dziś protesty odbędą się przed biura Prawa i Sprawiedliwości. Akcja zacznie się  o 18.

– Chodzi o to, by przestać się zajmować tym, co powiedział, podpisał czy nie podpisał pan prezydent. To już w tym momencie nie ma znaczenia. Trzeba wrócić do tego, co jest źródłem sytuacji w Polsce; czyli do Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi o to, by zwrócić uwagę ludzi na to, skąd to wszystko pochodzi – mówiła w TOK FM Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.

Funkcjonariusze od psucia

Zdaniem jednej z inicjatorek Czarnego Protestu, decyzja prezydenta Dudy w sprawie zawetowania ustaw o Krajowym Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym nie powinna przesłonić tego, że głowa państwa podpisała przepisy, które dają wielką władzę min. Ziobrze.

Nie wszyscy idziemy do SN. Zresztą Sąd Najwyższy nie wszystkie sprawy rozpatruje. Najważniejsze więc jest to, co dzieje się w sądach rejonowych, okręgowych. A niezawisłości niezależności sądów zostaliśmy pozbawieni

– oceniła Lempart w „Poranku Radia TOK FM”.

Jak stwierdziła, „pan prezydent zachował się jak funkcjonariusz PiS, który demoluje ustrój”.

Wszyscy, którzy działają w PiS, wiążą się z tą partią, biorą udział w niszczeniu ustroju; w likwidacji wolności i praw obywatelskich. Oni są wszędzie i my też jesteśmy wszędzie

– powiedziała Lempart.

Protesty przed biurami Prawa i Sprawiedliwości to pomysł Strajku Kobiet, ale akcje popierają inne organizacje.

– Udało nam się zaprosić większość partii parlamentarnych i pozaparlamentarnych, organizacje obywatelskie na czele z Obywatelami RP, ludzi związanych z KOD . Będziemy tam razem – zapowiedziała Lempart w rozmowie z Jackiem Żakowski.

Waldemar Mystkowski pisze o nowym zjawisku młodych Polek i Polaków, które zmiecie PiS.

Lipcowa rewolucja wydaje się być trwała

Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa.

Andrzej Duda podjął rękawicę rzuconą przez protestujących, zawetował dwie z trzech ustaw dotyczących sądownictwa. I nie dlatego to zrobił, że zrozumiał cokolwiek, ale dlatego, że się przestraszył.

Przewroty, upadki, rewolucje zawsze mają za jedną z zasadniczych przyczyn bezpośrednich  – strach. To już się stało i nie jest do cofnięcia, choćby nie wiem, co PiS robił, to se ne vrati. Właśnie! Nie chodzi o decyzję Dudy, chodzi o to, co się urodziło na ulicy dzięki ustawom sądowniczym, a czego niechcący akuszerem został Duda.

Atmosfera się nie uspokoi, bo protest zobaczył się w lustrze. Zobaczył, jaką posiada siłę i przede wszystkim: usłyszał siebie, wyartykułował się, acz są to na razie pierwociny artykulacji, zręby są jednak wyraźne.

Duda na tym nie skorzysta, jest więźniem pisowskiego zaplecza, jest skazany na inicjatywy polityczne akolitów i samego Jarosława Kaczyńskiego. Aby się uwiarygodnić, musiałby wszystko odrzucać, wetować, a tego nie zrobi, gdyż prawdopodobnie jest postawiony na funkcji prezydenta siłą haków, które były w użyciu w słynny poniedziałek (24.07.2017 – warto zapamiętać tę datę), gdy delegacja marszałków i premier chciała na nim wymóc cofnięcie weta.

Duda ma więc świadomość, że parafując jakąkolwiek ustawę nie podobającą się nowemu podmiotowi politycznemu – nazwijmy na razie: protestującymi – spotka się z podobną reakcją ulicy, street politics, jak w lipcu. Nie wejdzie też w żaden bliższy alians z protestującymi, bo gdyby był niezłomny – jak zarzekał się bufoniarsko na początku prezydentury – już dawno wyszedłby do protestujących.

Nie jest to jednakże pocieszająca wiadomość dla opozycji parlamentarnej. Co wrażliwsi mają tego świadomość. Podczas ośmiu dni lipcowych – chyba już możemy używać nazwy rewolucja lipcowa – politycy rzadko byli dopuszczani do głosu. Piszę na przykładzie Poznania. Tylko w pierwszym dniu protestu organizowanym przez KOD do głosu został dopuszczony prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

W następnych dniach prowadzący Franciszek Sterczewski zachęcał polityków do robienia notatek, a nie do gulgotania w sitko, a nawet namawiał do służby w ochranianiu protestu. Usłyszał tę zachętę nie tylko Ryszard Petru, aby wdziać odblaskową kamizelkę. W tym sensie lipcowe protesty – lipcowa rewolucja – jest postkodowska. Nie przekreśla to KOD, nie wyklucza go, ukazała jednak błędy, które popełnił KOD. Acz – to też trzeba mieć na względzie – błędy były nie do uniknięcia. Dlatego, że politycy zostali sprowadzeni do swego wymiaru funkcji: służby, dlatego nagle zjawili się młodzi i objęli dowodzenie nieposłuszeństwem obywatelskim. Wyartykułowali się, bo w trakcie protestów nie tylko słyszeliśmy potrzebę bronienia trójpodziału władzy, szczególnie sądownictwa, ale też potrzeby z innych beczek społecznych potrzeb. To nie był protest gatunkowy (w sprawie sądownictwa), to był protest szerokiego nurtu, głównego i pokoleniowy.

Nie jest to więc dobra wiadomość dla Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, ale dla poszczególnych polityków tych partii owszem, bo mają ucho i otwarty rozum na wrażliwość, która właśnie się artykułuje. Protesty wykreowały młode elity. I są to m.in młodzi prawnicy – norma np. w USA – ale nie tylko, świat nie jest im obcy, a Europa domem takim samym, jak Polska.

Protestujący z rewolucji lipcowej zamyślają o powołaniu nowego podmiotu politycznego. Jedna z uczestniczek Małgorzata Sikorska chce fundować Polskę od nowa, pisze o tym (punkts.blog.polityka.pl): – „Czy potencjał, który tak wyraźnie ujawnił się w czasie ostatnich manifestacji (i to zarówno po stronie przemawiających, jak i uczestników), przełoży się na powstanie nowej siły politycznej, której przedstawiciele być może będą mieli odmienne zdania, co do kwestii szczegółowych, ale zgodzą się co to pryncypiów – tego, że ta „nowa” Polska musi być zbudowana na otwartości, szacunku i solidarności społecznej? Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa”.

Wielce prawdopodobne, że narodził się polski Emmanuel Macron.

Władysław Frasyniuk: Dobrze będzie, ale bądźmy czujni

>>>

Pani rzecznik , do przemyślenia.

Magdalena Środa pisze o Polsce jako przeistaczającej się w panstwo wyznaniowe.

Dzień delfina, czyli o monarchii kościelnej w Polsce

Jesteśmy świadkami albo narodzin jakiejś nowej religii, albo nowej wersji państwowego ustroju i zupełnie oryginalnej formy sprawowania rządów.

W poniedziałek – a więc normalny dzień pracy – większość członków rządu, dostojnicy partyjni i partię gorliwie wspierający, pojechali do Częstochowy wysłuchać mowy księdza delfina – syna pani premier Szydło. Lista uczestników tej uroczystości poniżej.

Rząd zawiesił rządzenie albo właśnie nadał mu nową formę. Pytanie o to, czy jego członkowie i członkinie wzięli na ten czas urlop, czy poszli na zwolnienie czy czas modlitwy i święta rodzinnego odliczyli sobie od wynagrodzenia, nie ma sensu. Konstytucja wraz z jej artykułem dotyczącym neutralności światopoglądowej państwa – też nie ma sensu. Ale to nie autorytaryzm nami rządzi, lecz jedyna na świecie monarchia kościelna. Bo trudno tu nawet mówić o fundamentalizmie religijnym, raczej o sekcie; fundamentalizm potrzebuje jakiejś uznanej religii, a to czemu hołduje polski rząd i Kościół z religią, w każdym razie chrześcijańską, ma niewiele wspólnego.

Być może to będzie jakaś religia nowa, nasza polska, prawdziwa, co to z tej sekty się wykluje. Na razie mamy do czynienia z przedziwnym układem partyjno-kościelno-rodzinnym. Bo oto ksiądz delfin, syn premier (a więc i symboliczny następca tronu), pojechał do miejsca narodzin Matki Boskiej Polskiej, bo przecież w Częstochowie, gdzie zbierają się narodowcy i kibole nikt nie wierzy, że Matka Boska była Żydówką i urodziła się, gdzieś poza bijącym sercem narodu, czyli u stóp Czarnej Madonny (tylko dlaczego czarnej? Może zresztą nie jest już czarna?) – otóż ksiądz delfin w otoczeniu rodziny, rządu i dostojników partyjnych odprawił mszę.

Nie wiem, czy była w niej mowa o Bogu, bo właściwie skoro wśród wiernych był i prezes, i sam ojciec Rydzyk, to chyba Bóg nikomu nie był potrzebny. Nie kpię. Jesteśmy naprawdę świadkami albo narodzin jakiejś nowej religii, albo nowej wersji państwowego ustroju i zupełnie oryginalnej formy sprawowania rządów. Nie wiem, jak wielu księży w rodzinie mają nasi kościelno-polityczni dostojnicy, ale jestem pewna, że niemało (jest to zresztą zachęta dla następnych), i że zapewne zwyczaj odbywania posiedzeń rządowych oraz partyjnych w bezpośrednim towarzystwie osób wyświęconych, w tym ojca Rydzyka i ks. Tymoteusza, stanie się politycznym rytuałem.

Sfera politycznego sacrum w Polsce bardzo się powiększa, tak jakby zwykły kościół był niezbyt godny goszczenia tak wielkich dostojników jak prezes Kaczyński czy Beata Kempa. A może modlitwy na Krakowskim Przedmieściu, w Katedrze, Świątyni Opatrzności czy w pałacach Rydzyka już się przejadły? Trzeba dalej, więcej, bardziej religijnie. Trzeba umacniać partię, układ, rodzinę i kościół. Polski kościół: rydzykowo-szydłowy.

Pytanie tylko, co z tego będą mieli obywatele? Ano nową wiarę wzmocnioną o partyjne przesłania i cele, starą partię wzmocnioną o treści eschatologiczne i układy rodzinne, przewoźnego ojca Rydzyka oraz ks. Tymoteusza wzmocnionego o prezesa i Edwarda (męża premier), wreszcie prezesa wzmocnionego o Polską Matkę Boską i nadzieję, że i tak wszystko rozstrzygnie się w niebiosach, czyli na Nowogrodzkiej.

Magdalena Środa

PS. A oto lista osób uczestniczących w mszy prymicyjnej ks.Tymoteusza Szydło: Beata Szydło z małżonkiem Edwardem, Agata Kornhauser-Duda, Jarosław Kaczyński, marszałek Senatu Stanisław Karczewski, wicemarszałkowie Sejmu: Joachim Brudziński i Ryszard Terlecki, szef MSWiA Mariusz Błaszczak, a także ministrowie: rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska; środowiska Jan Szyszko; edukacji Anna Zalewska oraz sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Była też szefowa kancelarii premiera Beata Kempa oraz szefowa gabinetu politycznego premier Elżbieta Witek. Mszę koncelebrował m.in. dyrektor Radia Maryja Tadeusz Rydzyk.

🙂

Waldemar Mystkowski pisze o nieszczęśliwej Mazurek.

Rzeczniczka PiS Mazurek debiutuje w „Washington Post”

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek ma za sobą trudny debiut na łamach „Washington Post”. Portalowe wydanie jednego z najbardziej wpływowych dzienników na globie cytuje jej wypowiedź już w tytule, iż Mazurek „rozumie emocje”, które doprowadziły młodych faszystów do pobicia jednego z członków KOD w Radomiu.

Świat widzi, iż PiS chroni faszystów w Polsce. Należy sobie zadać pytanie – dlaczego? Mariusz Błaszczak po dwóch dniach odezwał się w sprawie brutalnego pobicia w Radomiu. Twierdził, że policja jednak była w Radomiu, ale było jej za mało.

Musiała to być jakaś policja niewidzialna, bo nikt jej nie zobaczył na oczy. Może Błaszczak myśli, że policja ma jego właściwości odkryte przez Marka Migalskiego jakiś czas temu. Można potknąć się o Błaszczaka, bo go nie widać. Taki to Nikt.

Policja ma chronić poprzez obecność, a jej ewidentnie nie było. Błaszczak uzasadniał pobicie w Radomiu podczas pokojowej manifestacji upamiętniającej Czerwiec 1976 roku bilokacją „opozycji totalnej”. Tak! Bo opozycja szczuje… na organizatorów miesięcznic smoleńskich.

Błaszczak i Mazurek nie mówią o problemie, ale wyrzucają z siebie wykute na blachę komunikaty PiS. Nie tylko to zdarzenie, także inne wskazują, iż brak policji podczas manifestacji społeczeństwa obywatelskiego, przyzwolenie na działalność faszyzujących organizacji, to celowe działanie.

PiS posługuje się ekstremistycznymi organizacjami prawicowymi, jak ONR i Młodzież Wszechpolska. Wycofuje policję, jak w Radomiu, aby doszło do starć. Prędzej, czy później zaowocuje to zdecydowanie czymś groźniejszym. PiS hoduje swój Berkut.

NIE TYLKO NARODOWCÓW Z RADOMIA

Koleżance COŚ tam COŚ tam trzeba pomóc.

>>>

OTO POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”

Magdalena Środa w „Wyborczej” pisze o ekologii rozumienej w sposób kościelno-pisowski. Postulat ochrony zwierząt przed cierpieniem, jak również przyrody przed dewastacją nie jest uznawany przez ten rząd. Przeciwnie, traktowany jest jako zagrożenie i dla władzy, i dla ludzkości.

Ekologia gorsza od gender: zagrożenie dla władzy i ludzkości

Minęła rocznica podpisania przez polski Sejm ustawy o ochronie zwierząt. Organizacje pozarządowe walczyły latami o to, by politycy wreszcie uznali, że zwierzę nie jest rzeczą, że żyje, czuje, boi się, wymaga ochrony i opieki.

Ustawa ma dwadzieścia lat, a jej stosowanie, zwłaszcza zaś zrozumienie potrzeby ochrony zwierząt przed cierpieniem, jest ciągle nikłe. Bijemy, katujemy, znęcamy się, trzymamy na łańcuchach, głodzimy, pożeramy, organizujemy mięsne i kurze obozy zagłady, wreszcie zabijamy i ranimy dla czystej przyjemności (ot, małe polowanko w przerwie obrad Sejmu). I nie będzie lepiej.

Postulat ochrony zwierząt przed cierpieniem, jak również przyrody przed dewastacją nie jest uznawany przez ten rząd. Przeciwnie, traktowany jest jako zagrożenie i dla władzy, i dla… ludzkości. Można było usłyszeć o tym w Toruniu podczas konferencji „u Rydzyka” (za OKO.press). Piękny to był spektakl, który wejdzie na stałe do historii propagandy, tak jak Jacek Kurski do historii Opola.

Ta władza lubi splendor i tłumy, chętnie za to płaci, dlatego do Torunia zwieziono tysiące. „Słuchacze” toruńscy stawili się „z polecenia służbowego”; każde nadleśnictwo wytypowało osoby na wyjazd. Każde musiało je zawieźć, przytrzymać na miejscu, odwieźć. Koszty tej operacji zapłaciła dyrekcja Lasów Państwowych (no, bo przecież nie dyr. Rydzyk, on zarabia).

Prelegentami byli akademicy, brać wiejska, leśna i duchowna. Treść wystąpień, ich wigor, hasłowość – jak za najlepszych czasów propagandy Gierka, tylko widownia nieco skonsternowana, bo leśnicy to wykształceni ludzie (i to nie u ks. prof. Guza z KUL-u, gwiazdy konferencji).

Całość była poświęcona „Polsce, która jeszcze nie zginęła”, i wsi, która razem z Kościołem, wycinką lasu i zabijaniem zwierząt jest Polski podporą. Wystąpienia były „naukowe” i konkretne.

Ale czego tam nie było! Przede wszystkim był jasno określony wróg. Po gejach, gender i uchodźcach pojawił się nowy, prawdziwy wróg Polski, wsi, Kościoła i „tradycji” – ekolog!

Kim on jest? Tu, podobnie jak w przypadku gender, panowała pewna rozbieżność opinii. Prelegenci nie mogli się zgodzić, czy jest on: (1) nazistą, (2) nihilistą, (3) komunistą, (4) ateistą, (5) materialistą czy jakąś ich kombinacją, na przykład „zielonym nazistą”, czy „przebranym z czerwonej na zieloną szatę komunistą”. Przeważyła opinia, że jest gorszy niż nazista, bo ten przynajmniej „uznawał za coś pozytywnego rasę”, a ekolodzy nie uznają nic (stąd „nihiliści”).

Co robią ekolodzy? „Animizują człowieka” i – w ogólności – „chcą doprowadzić ludzkość do… zagłady”.

Były też wątki patriotyczne. A jakże. I deklaracje, że to, co niektórzy nazywają zaściankiem, zacofaniem i barbarzyństwem, stanowi naszą narodową dumę i naszą przyszłość. Będziemy wycinać, zabijać i stosować pestycydy, będziemy odporni na ekologiczne nowinki i ekologicznych nazistów.

Niech żyje minister Szyszko! Co tam zwierzęta, co tam lasy! Byle Polska rosła w PiS, a ludzie żyli pobożniej. Czyli tak, jak im Rydzyk każe.

W czasach PRL-u Opole zawsze było wbrew władzy. Mamy powrót do tych czasów. – Krzysztof Materna

Waldemar Mystkowski pisze o broni PiS.

Paralizator – broń PiS

Nie jest to wcale łatwa metafora dotycząca PiS, acz partia Kaczyńskiego w naszej historii zasługuje na szczególnie złą ocenę. Poznaliśmy ich w latach 2005-2007 – i niczego się nie nauczyliśmy, więc po 2015 roku zwiększają dawkę swojej władzy. PiS nas paraliżuje. Językiem, polityką i dosłownie paralizatorem – w tym ostatnim wypadku do ostateczności – do śmierci.

Paraliż językiem to domena prezesa Jarosława Kaczyńskiego. On jest wytwórcą jadu: gorszego sortu, elementu animalnego, gestapo. Słownik jadu prezesa to byłby całkiem pokaźny wolumen, nie staram się nic z niego zapamiętać, lecz prezes i jego akolici co rusz nam przypominają. Nigdy się nie nazwałem gorszym sortem, gdyż mam szczególną wrażliwość językową.

Nie przyznaję więc prezesowi prawa do nazywania mnie. Jestem przeciw przyjmowaniu na siebie roli ofiary „gorszego sortu”. Wolę tę dziecięcą (wrażliwość dziecka) odpowiedź: kto się przezywa, sam się tak nazywa. I zawsze tak radzę innym. Kaczyński jest kobrą w swoim pisowskim wężowisku.

Sparaliżowana została polska polityka zagraniczna, spadliśmy we wszelkich rankingach i jesteśmy fatalnym partnerem dla niedawnych naszych przyjaciół. Tego w kraju nie widać, wystarczy jednak poczytać tytuły w zagranicznych mediach, nawet przy pomocy googlowskiego tłumacza.

PiS uczynił z Polski państwo „gorszego sortu”. Wstali z kolan, aby paść na twarz, a w zasadzie na rozum. Padł rozum polityczny. Szczególnie trudny do odzyskania, gdyż ktoś zyskuje naszym kosztem, oddajemy pole i odzyskać je nie będzie łatwo, w stosunkach międzynarodowych nawet między przyjaciółmi grozi to konfliktem.
Ostatnie w kraju perełki – sparaliżowana została piosenka. Jak to możliwe? Przedstawicielom tego show biznesu chcieli odebrać głos, osobowość. Kobiety zachowały się wspaniale. Dla Kayah, Nosowskiej, Rodowicz winno się pisać pieśni. Nie dały się sparaliżować, acz padł festiwal w Opolu.

Jacek Kurski w dawce jadu dorównał prezesowi, uśmiercił dla PiS Opole. Tak właśnie trzeba. Nie przyjmować na siebie jadu, niech sami siebie paraliżują, unieruchamiają, przyjdzie taki moment, że zabuksują się, oniemieją i wyjmiemy im z rąk insygnia.

Naszą bronią jest nie dać się. Tytułuję ten felieton „paralizator – broń PiS”. Nie jest to nadinterpretacja. Przypadek na komisariacie  policji we Wrocławiu jest znamienny. Wystarczy wejrzeć głębiej, aby się przekonać, że śmierć młodego chłopaka ma wszelkie znamiona pisowskich metod.

Ten paralizator był w rękach konkretnych policjantów, lecz politycy PiS zrobili z niego użytek polityczny. O śmierci Igora Stachowiaka wiedzieli Mariusz Błaszczak i jego zastępca Zieliński. Nic się nie stało szefowi komisariatu, a wręcz przeciwnie – awansował na wiceszefa komendy miejskiej we Wrocławiu.

Tak PiS uzależnia od siebie ludzi, masz krew na rękach, jesteś nasz. Taki komendant policji nie odmówi, aby wydać rozkaz pałowania demonstrantów, a może nawet rozkaz do czegoś o wiele gorszego niż użycie paralizatorów. Ten wrocławski paralizator użyty ze skutkiem śmiertelnym to charakterystyka władzy PiS. Paraliżowanie poprzez zastraszanie, oplucie jadem, a w razie czego sięgnięcie po ostateczne rozwiązanie.

A ILE LAT GROZI INNYM ZA ZNĘCANIE SIĘ NAD POLSKĄ??

>>>

OJCIEC TADEUSZ PROSI O WIĘCEJ…

W kwestii wody z kranu.

Zuzanna Radzik (teolożka, publicystka współpracująca z „Tygodnikiem Powszechnym”, autorka książki „Kościół kobiet”. Pisze o dialogu polsko-żydowskim i teologii feministycznej. Działa w Forum Dialogu) pisze w „Wyborczej” o na swoim blogu o marszu ONR. Wszystko było bardziej wstrząsające, niż się spodziewałam. Na przedzie krzyż, a tłum krzyczy: „Ave, Christus Rex”. A potem zaraz: „Znajdzie się kij na lewacki ryj!”.

Mocuję się, szukając odpowiedniego tłumaczenia, i nic.

Słowniki wiele nie pomogą, bo dopiero w 2016 roku słownik oksfordzki języka angielskiego dodał słówko „upstander” do swojego zasobu, i to na żądanie legislatury stanu New Jersey.

Wszystko dzięki Sarah Decker i Monice Mahal, które trzy lata wcześniej rozpoczęły w swojej szkole akcję w tej sprawie. Temat podchwycił senator stanowy i w efekcie legislatura stanu New Jersey zobowiązała Oxford Dictionaries i Merriam-Webster Inc. do uzupełnienia słownika.

Słowo, o które chodzi, ukuła dyplomatka Samantha Power, a rozpropagowała amerykańska organizacja edukacyjna Facing History and Ourselves, która uczy nauczycieli, jak wyciągać z uczniami etyczne i obywatelskie wnioski z historii. Powtarzając, że „ludzie dokonują wyborów, a te wybory kształtują historię” (People make choices, choices make history), Facing History definiuje upstandera jako osobę, która podjęła decyzję, by wpływać na kształt świata przez występowanie przeciw niesprawiedliwości i wprowadzanie pozytywnej zmiany.

Efekt majówki?

Kto zacznie ze mną akcję, żeby ten termin zgrabnie przetłumaczyć i wprowadzić do słownika? Jakby tu oddać jego nieco rebeliancki, ale też obywatelski charakter? A może do ukucia neologizmu zainspirować się nazwiskiem Ireny Sendlerowej? W końcu to ona na wykładach stała na znak sprzeciwu wobec getta ławkowego, a szturchnięta przez bojówkarza ONR z pytaniem, czemu stoi, odpowiedziała: „Bo jestem Polką”.

No, upstander, jak się patrzy! O ratowaniu dzieci z getta nie wspominając. Może przetłumaczmy upstandera tak: sendler.

O upstanderze myślę od soboty. Od tego nieszczęsnego marszu ONR przez centrum stolicy, który przyszło mi oglądać, choć, niestety, nie udało się zablokować. I od dokumentu Episkopatu, który ostatecznie na tytuł „sendlera” nie zasłużył, bo chyba przestraszył się sam siebie.

Wydawało się, że nie będzie żadnych zaskoczeń. Blokujących jednak mniej, niż się spodziewałam. Może efekt majówki. To, że policja interweniuje w reakcji na taką blokadę, było przewidywalne, choć w którymś momencie wtargnęła w nasz tłum zaskakująco brutalnie.

Ma rację korespondent AP, że to była brutalność nieuzasadniona. Było nas tak niewiele, że można nas było i tak łatwo zepchnąć na chodnik. Czy przywidziało mi się, że policjant popychał i kopał chłopaka obok? Nie, same ledwo się uchyliłyśmy.

Wydarło się z gardeł

Chwilę potem nadeszli. W luźnym szyku, z teatralnie wysokimi sztandarami i flagami, jakby chcieli swój marsz zagęścić. I wtedy okazało się, że na przedzie idzie krzyż, a tłum krzyczy: „Ave, Christus Rex”.

„Co???” – wydarło nam się z gardeł.

Wszyscy wokół krzyczą. Marsz swoje, blokada stara się go przekrzyczeć słowami: „Warszawa wolna od faszyzmu”. Wbiło nas w chodnik. To nie może się dziać naprawdę! Z krzyżem? Z Chrystusem w okrzykach? Nie przeszło jeszcze nawet pół pochodu, gdy hasło zmienili na: „Znajdzie się kij na lewacki ryj!”.

I jakoś to wszystko: kolory, proporce, maszerujący w szyku, opaski na ramionach, okrzyki i ten krzyż było bardziej wstrząsające, niż się spodziewałam.

Najwspanialej reagowała Zuza, z którą byłam na blokadzie. Z tak spontanicznym oburzeniem, że aż zawstydzało. W końcu, gdy dogoniłyśmy czoło demonstracji (bo policja przypadkiem odcięła nas kordonem od naszej blokady), nie wytrzymała i wdała się w dyskusję z panami niosącymi krzyż.

Nie pomogło tłumaczenie policjantom, że to taka wewnątrzkatolicka dyskusja o nadużywaniu symboli religijnych. Odciągnęli nas i spisali.

A gdy spisywali, Zuza zagadywała przechodniów, wołając: „Nie wierzę! Czy państwu to nie przeszkadza?”.

„Przeszkadza” – nieśmiało i cicho odparła stojąca najbliżej nas kobieta z dziećmi.

I tu chyba jest sedno. Bo gdy marsz szedł ku placowi Zamkowemu, po obu stronach ulicy mijał mnóstwo spacerowiczów z lodami, dziecięcymi wózkami, balonikami. Wiadomo, Krakowskie Przedmieście w weekend.

Czy państwu to nie przeszkadza? – chciało się wołać. I pewnie niejeden powiedziałby, że tak. A jeśli by im przeszkadzało, jeśliby rozumieli, dlaczego powinno, to naprawdę spacerowiczów było tam więcej niż ONR-u. Trzeba było tymi wózkami dziecięcymi zajechać im drogę, a proporce zasłonić gęstwiną baloników z helem.

A może czas uczyć tak historii, żeby z niej wyciągać moralne i obywatelskie wnioski, a nie tylko się nią emocjonować. Zamiast być dumnym z wielkiej Polki Sendlerowej, zacząć rozmawiać, jak przygotować się do podjęcia takich decyzji, jakie one podjęła.

O tym, ile kosztuje, by zachować się tak jak ona? Jak kształtować charakter, wrażliwość i odwagę cywilną, zanim stanie się przed taką próbą? A przy okazji wspominania jej postawy warto przypomnieć, co to ten ONR. Pytanie, jak zamiast stojących w szeregu lub przechodzących mimo zrobić z nas i młodszych od nas „sendlerów/upstanderów”, jest być może najdonioślejszym, jakie staje przed wychowawcami i formatorami.

Biskupi bezpiecznie, z boku

Cała ta demonstracja wydarzyła się tuż po tym, jak Konferencja Episkopatu Polski zebrała pochwały od prawa do lewa za swój dokument o patriotyzmie. Ale jeśli uważnie się wczytać, w gruncie rzeczy biskupi stanęli bezpiecznie z boku, jak tej soboty przechodnie na Krakowskim Przedmieściu. Trudno powiedzieć, co właściwie myślą.

Nawet jak wyrażają niepokój, to nie chcą go nazwać.

Nie było tego głosu, gdy zachodziliśmy w głowę, co robią sztandary ONR w białostockiej i łódzkiej katedrze i czemu ksiądz z wałów Jasnej Góry zakrzykuje: „Chwała wielkiej Polsce!”.

Brakowało, gdy polski Kościół nie miał sposobu, by opanować młodego księdza, który mienił się duszpasterzem narodowców i zyskiwał zwolenników również noszących sutanny. Chciałoby się usłyszeć lament biskupów, gdy Centrum Badań nad Uprzedzeniami przy UW prezentowało wyniki badań na temat uprzedzeń i mowy nienawiści, które pokazują znaczący wzrost nastrojów antysemickich i antyislamskich, zwłaszcza wśród młodzieży.

Badacze tłumaczyli, że następuje desentycyzacja, czyli spada uznanie nienawistnych wypowiedzi za obraźliwe, bo się do nich przyzwyczajamy. Ale przecież takich dosłowności i konkretów w tym dokumencie nie ma.

A może biskupi nie chcieli mówić wprost, ale swoim tekstem pragnęli stanąć w obronie właśnie pacyfikowanego politycznie Muzeum II Wojny Światowej, które niezbyt patriotycznie pokazuje, jak straszna jest wojna? W końcu o potwornościach wojny wspominają w swoim tekście.

Czy ogłaszając go właśnie teraz, pragnęli zwrócić uwagę na ignorowaną przez władze państwowe rocznicę akcji „Wisła”? Wszak piszą, o „poczuciu wspólnoty wobec wszystkich obywateli, bez względu na ich wyznanie czy pochodzenie”, co pewnie powinno obejmować również Ukraińców.

Czy może, wspominając, że miłość narodu nie może być powodem pogardy do innych, chcieli nas namówić do blokady idącego dwa dni później przez Warszawę rocznicowego marszu Obozu Narodowo-Radykalnego?

Zgaduję jednak, że nic konkretnego od nas nie chcieli, a już z pewnością nie w sprawach bieżących.

Co nam teraz po tym ostrożnym dokumencie? Podczas kiedy biskupi zbierają pochwały za swoją spóźnioną i wyważoną reakcję, po stołecznych ulicach z krzyżem na czele maszeruje nam ONR. Myślicie, że wyciągną wnioski z własnego dokumentu? Że biskup tej części Warszawy nazwie to, co się działo nieopodal jego kurii i katedry, nadużyciem? A może trzeba było zejść z biskupiej kanapy i zajrzeć, co się dzieje na placu Zamkowym? Może – jak apeluje Zbigniew Nosowski – sytuacja znajdzie odbicie w trzeciomajowych kazaniach naszych pasterzy? Chętnie dam się zaskoczyć, ale jakoś nie wierzę. A tych kazań okolicznościowych trochę się zwykle boję.

Nie mnożyć słów

Biskupi napisali w sumie rzeczy oczywiste, na przykład że egoizm narodowy jest niechrześcijański, a prawdziwy patriotyzm przejawia się w szacunku do prawa. Czy faktycznie potrzebujemy, żeby nam wyjaśnili, że niekatolik to też dobry Polak, i czy przypadkiem nie brzmi to protekcjonalnie?

To instrukcja bezpiecznego patriotyzmu, nie ma w niej specjalnie wyzwań. Po trzydziestu latach debat o również czarnych kartach historii słyszymy tu o potrzebie przebaczenia, ale nic o tym, jak robić rachunek sumienia i o przebaczenie prosić.

A chyba udowodniliśmy, że mamy z tym problem. Podobnie pewnie do wszystkich społeczeństw. Owszem, zwracają uwagę, by się uwolnić od własnego bólu, ale nie mówią, co mamy zaproponować tym, którzy z naszego powodu są zbolali.

Nasi pasterze nie dają wskazówek, jak budować swój patriotyzm bez zaprzeczania wyrządzanym przez współobywateli krzywdom, co jest tak często wyśmiewane jako „pedagogika wstydu”.

Daleko nie szukając, w tym duchu właśnie pisze w „Gościu Niedzielnym” rektor wydziału teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego, o. prof. Dariusz Kowalczyk SJ, który z przekąsem mówi o patriotyzmie ograniczającym się do kasowania biletu i sprzątania po psie, sam jednak z troską pochyla się nad tym, że nazwa „caffe latte” wypiera prawdziwie polską „kawę z mlekiem” z restauracyjnych menu.

A skoro rektor wydziału teologii złości się, że dofinansowanie dostało „Pokłosie”, a nie film o rodzinie Ulmów, wymordowanej za pomoc Żydom, to trudno się dziwić, że trudne rozmowy o pamięci i historii nie znajdą odpowiedzi także w dokumencie biskupów. Widać Kościół nie widzi swojej roli w formowaniu sumień i przygotowaniu rachunku sumienia, tylko dba o nasze dobre samopoczucie.

To istotne, że w dokumencie wspomniano o wieloetniczności obywateli dawnej Rzeczypospolitej, prawda jest jednak taka, że taką edukację ciągną zapaleni nauczyciele i organizacje pozarządowe, ale najczęściej nie katecheci.

Nie można było nie wymienić Holocaustu, ale cóż z tego, skoro niewielu metropolitów bywa na rocznicach tych tragicznych wydarzeń obchodzonych w ich miastach. Już nie mówiąc o inicjowaniu tej pamięci tam, gdzie jest trudna lub jej nie ma.

Jak wreszcie zobaczę metropolitę warszawskiego i alumnów seminarium 19 kwietnia pod pomnikiem Bohaterów i Męczenników Getta, to dopiero uwierzę.

Pociechę można znaleźć w tym, że życie rzuca tak wiele wyzwań (a jak wiemy, „people make choices, choices make history”), że jeszcze nieraz będziemy mogły i mogli dokonać wyborów, które pozwolą nam zostać „sendlerami/upstanderami”.

Właściwie wszystko jeszcze przed nami, tylko niech nas nie uśpi 13-stronicowy dokument Episkopatu. Zresztą dokumenty są łatwe, a potem można składować je w archiwum. Co jednak zrobić, by jak prawdziwy „sendler/upstander” wprowadzać w świecie zmianę, a nie tylko mnożyć słowa?

Takich sendlerowych/upstanderowych dylematów wszystkim nam życzę z okazji nadchodzącego narodowego święta.

„Duda nie jest prezydentem wszystkich Polaków, bo nie został przez wszystkich wybrany” – ogłosił PAD w TVP Historia

Waldemar Mystkowski pisze o dniu, jak co dzień.

Witold Waszczykowski znowu wstał lewą nogą. Z samego rana odpowiedział Emmanuelowi Macronowi nie na temat, bo kandydat na prezydenta Francji nie powiedział, że „Polacy mają sympatię wobec imperialnej Rosji” (jak czytamy w komunikacie polskiego MSZ – która byłaby notą dyplomatyczną, gdyby Macron został prezydentem Francji), lecz Macron zestawił reżimy „panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina”.

Waszczykowski powinien z rana odczekać, dojść do siebie, przemyśleć i dopiero wówczas odpowiedzieć. Acz najrozsądniej byłoby, gdy poczekał do wyboru prezydenta Francji. Już teraz zasuwa takie wpadki, co będzie, gdy Macron zostanie prezydentem?

Waszczykowskiemu wtórował Ryszard Czarnecki. Ten to mógł znowu spać w swoim krawacie czerwono-białym. Takie barwy w paski nosi od czasów służenia innemu geniuszowi Andrzejowi Lepperowi. Czarnecki pouczył Macrona via Telewizja Republika: „Popełnia poważny błąd. Jesteśmy liderem nowej Unii i lepiej dobrze z nami żyć”.
Czarnecki mógł się w ogóle nie wybudzić. Liderem, prymusem Unii już byliśmy, teraz najwyżej tej Unii jesteśmy osłem – bo tam nas posadzono, do oślej ławki dla liderów specjalnej troski. Czarnecki mógł też pomylić Unię, np. nową Unię z „ciepłym człowiekiem”.

Ale najlepszy jest jednak Jarosław Kaczyński. Przy odsłanianiu pomnika brata Lecha Kaczyńskiego (i Marii Kaczyńskiej) w Białej Podlaskiej był łaskaw się podzielić tym, czego nie podają jeszcze podręczniki historii: „Gdyby nie pozycja Lecha Kaczyńskiego w Solidarności, ta formacja nie miałaby żadnych szans”.

Tak brat Jarosława się zakonspirował, że norweski Komitet Noblowski przez pomyłkę przyznał pokojową nagrodę Lechowi Wałęsie.

To zdaje się główny powód reformy edukacji. Tylko czekać, gdy dowiemy się, że obydwu braci K. wykarmiła wilczyca i tak powstał Rzym. W kosmos zaś nie została wysłana Łajka, tylko kot Alik prezesa. W związku z wyznaniem Kaczyńskiego pod pomnikiem w Białej Podlaskiej dla wielu internautów zasadne jest pytanie: czy prezes bierze to samo, co Macierewicz?

„Ucho prezesa” to marny kabaret – wypowiedzi Waszczykowskiego, Czarneckiego i prezesa to poziom nie do osiągnięcia przez Kabaret Moralnego Niepokoju.

Kleofas Wieniawa pisze o Waszczykowskim, który dał odpowiedź Emmanuelowi Macron.

Witold Waszczykowski nie zrozumiał tego, co powiedział Emmanuel Macron. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem, ale mogę tylko odnieść się do walorów intelektualnych Waszczykowskiego – czyli niewielkich, a polityczne walory szefa dyplomacji polskiej są takie, jak „sukces” 1:27.

Jak to się dzieje, iż polska dyplomacja ma problem z kandydatem na prezydenta? A co będzie, jak on będzie prezydentem? Czy już słynne mistrale będą chodzić u pasera za pół dolara?

Taka jest wartość polskiej dyplomacji. Można ją tylko zbywać u pasera. Nikt poważnie nie potratuje złotych myśli Waszczykowskiego, może je upłynnić tylko u pasera, czyli elektoratu PiS. Kupią każdą brednię.

Kandydat (jakkolwiek murowany) Macron był się wyrazić o swojej konkurentce Marine Le Pen, iż ma sojuszników, to są „reżimy panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina”.

W kraju możemy sprzeczać się (pisze o ludziach rozumnych), czy demolka Trybunału Konstytucyjnego to kontuzja demokracji? Jak poważna? Itd. Na pewno nie możemy sprzeczać się, co do mediów publicznych, bo ich nie ma, są media dawniej publiczne, dzisiaj partyjne. Jak Polacy nazywali partyjne media NSDAP obce Polakom, oprócz szmalcowników? No, jak? Gadzinówkami. I ja tak nazywam – TVP – to gadzinówka.

Jak można nazwać przymiarkę Zbigniewa Ziobry (nawiasem żaden z niego prawnik, a język polski jest mu przeszkodą), który zniszczy za chwilę władzę sądzenia (niezależną od rządu i władzy ustawodawczej w definicji standardu demokratycznego) – KRS, sądy? No, jak?

Jest tego więcej. Czy nie można nazwać tego rezimem? Można. Co? Jeszcze nie zabija się Polaków przez resorty siłowe? PRL też w dojrzałej fazie zabijał „niechętnie” i to bardzo sporadycznie. PiS już uruchomił narzędzie, które pozwolą używać siły. To się zawsze kończy jednako – rozlewem krwi. Ba, te narzędzie są nie do powstrzymania. ONR – już nie jest do powstrzymania, wspierane przez posłów PiS. I przede wszystkim najgorsze narzędzie – Wojska Obrony Terytorialnej.

O tym  mówił Macron. Kandydat na prezydenta Francji zestawił nazwiska. Powtórzę – zestawił. Co pisze Waszczykowski w odpowiedzi Macronowi?

Oto: Macron „nie ma prawa oskarżać Polaków o sympatię wobec imperialnej Rosji”. Macron nie powiedział o sympatii wobec Rosji. Wszelkie reżimy (zwłaszcza sąsiadujące ze sobą) znoszą się, walczą ze sobą, doprowadzają do wojny. Bo „Rusek jest ponad wszystkich. Rosja dla Rusków, tylko Rusek” stanie przeciw „Polak jest ponad wszystkich, Polska dla Polaków, zawsze Polak””.

Wojny to walka nacjonalizmów. I dlatego, że ich nie było po 1945 roku, dlatego nie było w Europie wojen, wszak na kontynencie, gdzie najwięcej wojen odbywało się w historii. To jest ogromna zasługa Unii Europejskiej. A oprócz tego dobrobyt. O tym mówi Macron. I z tym walczy PiS.

A Waszczykowski ma problem z podstawowym myśleniem, z mysleniem na poziomie szkoły podstawowej. Porównanie o zestawienie nazwisk nie jest „sympatią”.

Takie mamy niedouczone towarzystwo u władzy, manipulatorskie. Może Marine Le Pen nadużyła określenia, iż razem z Kaczyńskim dokona rozkładu Unii Europejskiej, może. Lecz w debacie publicznej używają tych samych argumentów, takiej samej są prowenciencji ideowej, taki sam marny styl jest im właściwy. Dzisiaj Kaczyńskiemu nie opłaca się mówić o opuszczeniu Unii, ale wszystko wskazuje, że do tego dąży. Przyjdzie taki moment, że plunie jakimś elementem animalnym, gorszym sortem, gestapo. Prezes PiS nie jest kimś szlachetnym, ani takie nie jest jego myślenie. To „czysty” tombak, którym można orżnąć pasera.

Ależ mamy bryndzę intelektualną u władzy. Tak mogę tylko zrecenzować „twórczość” dyplomatyczną Waszczykowskiego. Brr… Grafoman! To nie jest powstanie z kolan, to jest padnięcie na twarz. Żaden rozumny człowiek nie użyje takiego kiczu metaforycznego.

WSZYSCY TO JUŻ WIDZĄ. FRANCUZI. AMERYKANIE. KIEDY ZOBACZĄ TO POLACY?

>>>

26 GENERAŁÓW I 256 PUŁKOWNIKÓW WYMIENIONYCH NA 161 KSIĘŻY… TO JEST TA DOBRA ZMIANA W ARMII ???

Warto iśc za tokiem rozważań Wojciecha Maziarskiego („Wyborcza”) o delegalizacji PiS. W obozie „dobrej zmiany” wprost roi się od ludzi o mentalności zamordystów domagających się zakneblowania oponentów i pozbawienia Polaków ich konstytucyjnych praw.

Bardzo zawiedzeni muszą być ci, którzy myśleli, że masowe zademonstrowanie sprzeciwu wystarczy, by zmusić PiS do rezygnacji z narzucania Polakom zakazów i nakazów, których oni nie akceptują. Setki tysięcy kobiet, przy równie masowym wsparciu mężczyzn, pokazały jednoznacznie i dobitnie, że nie zgadza się na to, by PiS im zaglądał do macic – a Kaczyński swoje. W wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” z początku kwietnia zapowiedział, że mimo protestów wprowadzi zakaz aborcji z powodu uszkodzenia płodu.

Ma nawet jakiś chytry pomysł, jak to zrobić, którego na razie nie ujawni. Z niejasnych aluzji i sugestii można domniemywać, że tym razem nie chce zakazu procedować w Sejmie w formie projektu ustawy, lecz narzucić go obywatelom w jakiś inny, podstępny sposób. „Zakaz aborcji eugenicznej ma szanse na wprowadzenie w stosunkowo nieodległym czasie, choć w nieco inny sposób, niż próbowano do tej pory. (…) Na razie nie chcę wchodzić w szczegóły, ale sprawa będzie rozwiązywana na płaszczyźnie prawnej”.

Ta zapowiedź to niejedyny dowód na to, że PiS jest partią antydemokratyczną i dyktatorską. Oto posłanka PiS Krystyna Pawłowicz zaapelowała do zdominowanej przez ludzi PiS Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o wydanie zakazu emisji „Faktów” TVN. „Niech się Rada nie boi!” – wezwała konstytucyjny organ mający stać na straży wolności słowa w Polsce. „Rada się nie boi, rada czeka na dobre prawo” – odpowiedziała jej rzeczniczka KRRiT. Czy można to interpretować inaczej niż jako wezwanie do uchwalenia przepisów umożliwiających władzom cenzurowanie mediów?
Przypomnijmy konstytucyjny zapis: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu”.

W obozie „dobrej zmiany” wprost roi się od ludzi o mentalności zamordystów domagających się zakneblowania oponentów i pozbawienia Polaków ich konstytucyjnych praw. Do Krajowej Rady napłynęło ponad 12 tys. identycznie brzmiących listów żądających odebrania koncesji na nadawanie programów TVN i TVN 24.

A była kandydatka na senatorkę PiS, aktorka Anna Chodakowska podzieliła się z czytelnikami portalu wPolityce.pl tą oto myślą: „Takie osoby jak reżyser ‚Klątwy’ powinny być pognane z naszego kraju i poszczute psami. Gadanie, że można nie iść do teatru, w którym drwi się ze świętości, i wybrać sobie coś innego, jest bzdurą. Trzeba myśleć inaczej: ja nie chcę, żeby w moim mieście, w moim kraju narażano spokój sumienia i krzywdzono kogokolwiek. Jest przecież na to paragraf i to trzeba traktować poważnie. (…) Obraza uczuć religijnych jest bardzo mocnym zarzutem i ten przepis trzeba stosować”.

Przypomnijmy więc zapis konstytucji: „Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”.
Pytanie, z którym prędzej czy później będziemy musieli się zmierzyć, brzmi: czy te i inne dowody antykonstytucyjnej działalności PiS-u – np. zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego, dążenia do podporządkowania sądów rządowi itp. – wystarczą, by po odsunięciu tej partii od władzy rozważać postulat jej delegalizacji, rozliczenia liderów i przeprowadzenia w Polsce szerokiego procesu depisyzacji?

Magdalena Środa pisze o Ryszardzie Czarneckim.

O Ryszardzie Czarneckim najprościej można powiedzieć, że zna wszystkich, wie wszystko, jest wszędzie, wszędzie bywał (niemal w każdej partii), jest – po prostu – Wszystkim. Dzień w mediach bez Ryszarda Czarneckiego to niewątpliwie dzień stracony. I nie wiem, czy to dziennikarze biją się o obecność (choć okruch obecności!) tego wielkiego polityka, czy też Ryszard Czarnecki jest obstawiony armią asystentów, których jedynym zadaniem jest promować polityka w mediach, rozsyłać informacje o jego pełnej gotowości do wypowiedzenia się na każdy temat, o każdej porze, dla każdej stacji. Zapewne są też stacje, które mają go na stałe w swoim grafiku, jak poranną modlitwę czy sprawozdanie z kolejnej mszy, pielgrzymki lub cudu. Bo też Ryszard Czarnecki jest prawdziwym cudem w polityce. Człowiek Renesansu, o głębokiej wiedzy, szerokich układach, wielkich wpływach, wszechstronnych umiejętnościach. A jaki mówca! A jaki rozmówca! Światowiec i patriota w jednym. Do tego posiada niezwykłą moc dzielenia nie tylko swoich zainteresowań z innymi, ale i dzielenia się swoim ciałem. Potrafi być naraz w kilku miejscach: w Brukseli, Strasburgu, w Warszawie i w Toruniu. Zdawać by się mogło, że poseł europarlamentu i jego wiceprzewodniczący jest pochłonięty sprawami Europy. Jak twierdzi wielu posłów i posłanek (spoza PiS) praca w europarlamencie wymaga czasu, zaangażowania, obecności i aktywności. Ale poseł Czarnecki jest ponadto, on wyprzedza wszystkich kolegów, przewiduje, antycypuje, o wszystkim wie, wszystkim zarządza i dlatego może dzielić swoje ciało na kilka miejsc, w których jest pożądany, niezbędny, zbawczy: na telewizyjne studia, Dom Partii na Nowogrodzkiej, apartamenty ojca Rydzyka, polski Sejm, miejsca tajnych narad ministrów, generałów, służb, Episkopatu zapewne też. Żadne ciało polityczne i duchowe bez Ryszarda Czarneckiego nie jest pełne. Jakie szczęście ma obecnie PKOl, że Ryszard Czarnecki tam kandyduje na szefa! Co tam kandyduje?! On już nim jest. Tacy jak on nie kandydują, im się należy!

Ryszard Czarnecki zapewne nie będzie prezydentem, nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że ta pozycja polityczna jest w Polsce poważnie skompromitowana. Ryszard Czarnecki nie lubi siedzieć w przedsionku i błagać o dostęp do Prezesa jak prezydent Duda. Czarnecki lubi pociągać za sznurki, lubi organizować tajne spotkania, ma Swoje Wielkie Pomysły. Wielkim politykiem ten polityk jest.

I tylko małe pytanie do dziennikarzy: „czy musicie?”„czy musicie sprowadzać politykę i opinię publiczną na poziom posła Czarneckiego?” Poseł Polski nie zbawi, ale media ściąga do swojego poziomu. Czy można choć jeden tydzień w kwartale zorganizować w mediach bez pana posła? Nikt wtedy nie straci pracy, telewidzowie odetchną, pan poseł troszkę odsapnie i w Polsce zrobi się nieco normalniej. Na jeden tydzień.

Waldemar Mystkowski pisze o przesłuchaniu Tuska w warszawskiej prokuraturze.

Przeszło 8 godzin zajęło prokuratorom wałkowanie Donalda Tuska, aby wyżymać z niego jakąś kroplę winy bądź strachu. Nie był to jeszcze słynny areszt wydobywczy, acz już przesłuchanie wydobywcze, owszem. Tusk po tym wydobywaniu trzymał się świetnie, jakby dopiero teraz czekał go bieg dla zdrowia. Taki bieg kilkunastokilometrowy odbył z samego rana zanim wsiadł do pendolino w Sopocie, aby udać się do Warszawy na przesłuchanie w prokuraturze.

A pamiętajmy, za 2 dni Tusk kończy 60 lat. Nie straszne mu kompleksy ociężałego Jarosława Kaczyńskiego, z których zrodził się ten całodniowy spektakl. Własnie! Mamy do czynienia z teatralizacją życia politycznego w całej pełni. Tusk podjął wyzwania, bo rodzący się reżim najlepiej ośmiesza się poprzez spektakl. Wybór spektaklu nie jest nazbyt szeroki. Reżim zawsze wybiera sentymentalizm: bijące serce wodza albo głaskanie po główce dziecka. To wzrusza katów, jest tak uniwersalne, jak grafomania ideologiczna zamordyzmu.

A odtrutką jest groteska, obnażyć śmieszność satrapy. Tusk odpowiedział spektaklem groteski, bo innej formy nie ma, aby obnażyć niecne zamiary. Odpowiednik formy można znaleźć w Gombrowiczu, w Mrożku, u Bertolda Brechta w „Karierze Artura Ui”, w „Jesieni patriarchy” Marqueza bądź u Alfreda Jarry, w jego „Królu Ubu”. Ten ostatni proroczo już w roku 1888 przewidział prezesa PiS Kaczyńskiego.

Fabuła absurdu politycznego dzieje się w Polsce, czyli Nigdzie. Takie „Nigdzie” z Polski robi Kaczyński w roku 2017, a jego kompleksy i zacietrzewienie, choćby podczas miesięcznic smoleńskich świetnie oddaje jedno fekalne słowo wymyślone przez genialnego Jarry i transponowane na język polski – „grówno” (element animalny, gorszy sort, etc.).

Tusk w całodobowym spektaklu 19 kwietnia 2017 ośmieszył Kaczyńskiego i to skutecznie. Były premier wysiadł z pendolino na Dworcu Cenralnym, gdzie powitali go skrzyknięci ad hoc sympatycy normalności, którzy wyczuwają przez gęsią skórkę, jakie „grówno” zagraża Polsce. PiS zorganizował swoją odpowiedź kołtunów – i bardzo dobrze, bo ze zwolenników kaczyzmu „grówno” ich szefa wyszło w pełni. Zapachniało kaczystowskim „grównem”.

Przyboczny prezesa, który czuwa przy nim w dzień i w nocy, niczym dama do towarzystwa, Joachim Brudziński na Twitterze powitał Tuska istnym „grówienkiem”: „prawdziwi mężowie stanu wysiadają na przystanku Niepodległość”, a Tusk wysiada na przystanku prokuratura. Pominąłem „oryginalną pisownię”.

Brudziński wydobył z siebie to, co wydobywali zaborcy, gdy z pociągów wysiadali w Warszawie Piłsudski, a w Poznaniu Paderewski. Władza PiS już raz w spotkaniu z Tuskiem zaznała „wygranej” 1:27, po 19 kwietnia możemy politycznemu Robertowi Lewandowskiemu, tj. Donaldowi Tuskowi, dopisać kolejnego gola i aktualny stan spotkania jest 1:28.

Potwierdził to przesłuchujący Tuska prokurator Michał Dziekański, który ocenił, iż „okoliczności zostały w ocenie prokuratury wyjaśnione” i nie jest przewidziane dalsze przesłuchanie Tuska. Ale pisowski zapach „grówna” poszedł po Unii Europejskiej. Associated Press pisze wprost: środowe przesłuchanie byłego premiera to „część większego planu polskiego rządu, którego celem, jest zdyskredytowanie Tuska, a ostatecznie aresztowanie go”.

Ubu Kaczyński robi z Polski coraz bardziej „Nigdzie” i coraz bardziej zajeżdża jego „grównianymi” kompleksami. Musimy mieć zatem otwarte umysły, acz nosy zatkane.

ZAPLANUJCIE SOBIE W KALENDARZACH. TO JUŻ NIE SĄ ŻARTY. WYJDŹMY WSZYSCY MANIFESTOWAĆ WOLNOŚĆ, KTÓRĄ JESZCZE MAMY I KTÓREJ TRZEBA BRONIĆ!

>>>