Posts Tagged ‘Marek Kuchcinski’

PIĘKNE :)))

Dwa kolejne zaległe testy Waldemara Mystkowskiego.

Czy rząd PiS chce zrobić z nas pariasów współczesnego świata?

Dlaczego PiS tak zafascynowany jest śmiercią? Oto pisowski rząd złożył w Komitecie Praw Człowieka ONZ poprawki do Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych oraz Drugiego Protokołu Fakultatywnego (P-2) dotyczących przestrzegania prawa do życia.

Rząd PiS chce wykreślenia kilku zdań z Protokołu, które pozwoliłyby na możliwość wypowiedzenia go. A tym samym na możliwość przywrócenia kary śmierci. Ale te dokumenty ONZ uniemożliwiają wyjście z zapisanych w nim zobowiązań. Można wejść, a nie można z nich wyjść.

Rząd PiS sugeruje ONZ swoją interpretację, która kłóci się z obowiązującą wykładnią prawną. W Polsce PiS może sobie, jak chce interpretować Konstytucję (zresztą wbrew niej) i wprowadzać porządki niekonstytucyjne. Nie może tego jednak czynić w prawie międzynarodowym, które powstaje pod egidą ONZ i w innych instytucjach, jak Rada Europy i Komisja Europejska.

Jakie zatem kierują przesłanki PiS, które chce narzucić ONZ swoją interpretację? Przecież z tego powodu Turcja nie może stosować kary śmierci, którą zapowiadał Erdogan po próbie zamachu stanu z lata 2016 roku, a także nie może wyjść z Paktu i P-2 Korea Północna. Czy w zamyśle nie jest to, aby Polskę upodobnić do tych reżimów?

Jak ma się ta chęć PiS przywrócenia kary śmierci do podpisanych przez Polskę Protokołu nr 6 i nr 13 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (nr 6 znosi karę śmierci w czasie pokoju, nr 13 – absolutnie). Przecież ratyfikacja Protokołu 6 była warunkiem wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.

Jak należy odczytywać przymiarki PiS do wystąpienia z globalnych i europejskich aktów prawnych? Przywrócenie kary śmierci w Polsce skutkowałoby instytucjonalnie tym, że Polska wychodzi z Unii Europejskiej i Rady Europy. Czy już rozpoczęło się igranie PiS z naszym losem cywilizacyjnym? Ponadto Polacy i polskie interesy na całym świecie nie podlegałyby ochronie prawnej. Stalibyśmy się ludźmi podrzędnego sortu, pariasami współczesnego świata. Czy z tym igra PiS?

TO JEST TA ZASADNICZA RÓŻNICA

Dla PiS demokracją jest fasadą

Marek Kuchciński – informuję tych, którzy mogą go nie kojarzyć – jest marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą w państwie. Ale jest kimś zależnym od prezesa Kaczyńskiego, od sekretarzy, którzy na kartkach napiszą mu, co ma powiedzieć. Jest człowiekiem uzależnionym niemal we wszystkim, metaforycznie ujmując – jest narkomanem bezradności. Od jednego nie jest uzależniony – od rozumu.

Kuchciński nie powinien zdarzyć się w przestrzeni publicznej, jak nie powinien zdarzyć się Andrzej Duda jako prezydent. Ale się zdarzyli się… i co im zrobicie? Dlaczego tak się dzieje? Lekcja demokracji nie została przez wszystkich odrobiona. Przez nas, którzy wpisujemy się w idiom demokracji, bo ta samoczynnie winna gwarantować wolności obywatelskie, a zwłaszcza przez zwycięzców ostatnich wyborów demokratycznych, dla których umowy demokratyczne są fasadą.

Piszę o Kuchcińskim, bo marszałek był opublikować na Twitterze grafikę z sondażu CBOS, w którym to dał 6 punktów procentowych więcej PiS-owi, niż rzeczywiście uzyskała jego partia w badaniu CBOS (47 proc. w sondażu, u Kuchcińskiego – 53 proc.). Dlaczego? Nie wiem. Nie potrafię wniknąć w rozum tych, dla których fałsz jest codziennością.

Znamienne jest oszustwo, którego nie trzeba uprawiać, ale jednak do niego dochodzi. I tak PiS wg sondażu miałby większość parlamentarną, a może nawet 2/3, uprawniająca ich do zmian w Konstytucji. Dlaczego tak się dzieje?

Powracam do tego, co już pisałem, mianowicie opozycja specjalizuje się w pisologii, a sama nie stwarza programu pozytywnego dla Polek i Polaków. Nawet takiego programu minimum, aby zapewnić w nim wyborców, że utworzą wspólne listy.

Przede wszystkim – jak to się dzieje, że opozycja nie potrafi napisać programu własnego, tylko specjalizuje się w pisologii, czyli zwalczaniu mniej i więcej udatnie partii rządzącej? Tylko Joanna Mucha podjęła się napisania programu dla całej opozycji.

Pisałem już o tym i będę powracał. Posłanka Platformy Obywatelskiej w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” przestrzega swoich kolegów partyjnych i Nowoczesnej: – „Jeśli ktoś zakłada, że trup PiS-u sam przypłynie Wisłą, to niech nie liczy, że wydarzy się to przy okazji najbliższych wyborów”.

Ba, przedwczesne jest zadowolenie, że truchło władzy kruszeje w wyniku wojny Duda – Kaczyński i Duda – Macierewicz. Może stać się tak, że Duda wewnątrz tzw. zjednoczonej prawicy utworzy jakiś swój podmiot polityczny wraz z Jarosławem Gowinem i zajmie na scenie politycznej miejsce PO i Nowoczesnej. Niemożliwe?

PiS codziennie dla siebie odkrawa Polskę po kawałku. Robi to bez uszczerbku dla siebie – w poparciu wyborców. Znaleźliśmy się w sytuacji demokratycznego imposybilizmu, który trafnie opisuje Joanna Mucha we wspomnianym wywiadzie: – „Żadne demokratyczne państwo nie ma tylu bezpieczników, by się obronić, gdy cała władza wykonawcza trafia w ręce populistów. Jedynym sposobem obrony przed łamaniem Konstytucji, które dokonuje się w krótkim czasie na wielu płaszczyznach, jest chyba jakaś forma strajku generalnego. Natomiast kiedy mamy do czynienia z metodą „salami” – co obserwujemy w tej chwili – to trudno wybrać moment, w którym mówimy: „Nie, koniec, na więcej już nie pozwolimy”.

Wykazujemy niemoc w stosunku do uprawiających gwałt na demokracji. Gwałcący twierdzi, że gwałcony tego chce. I co zrobisz gwałtownikowi? Dajemy się wykorzystać, pora podjąć ofensywę na gwałcących. Ofensywę nieortodoksyjną demokratycznie, bo dla nich demokracja to fasada.

I CO WY NA TO, POLACY?

>>>

Reklamy

NO I STAŁO SIĘ… WCZORAJ

Wojciech Maziarski na Koduj24.pisze o zmierzchu Jarosława Kaczyńskiego.

Zmierzch rządów Kaczyńskiego

Weto Andrzeja Dudy to kopernikański przewrót w polskiej polityce.

Wszystko się zmienia. PiS pod wodzą prezesa Jarosława Kaczyńskiego traci pełnię władzy. Pojawia się nowy ośrodek polityczny.

Nie oznacza to, że Andrzej Duda przeszedł do obozu reprezentowanego przez KOD, PO, Nowoczesną i PSL. Wypisał się jednak z tego, na którego czele stoi Kaczyński. Oczywiście, prezes PiS nie położy uszu po sobie. Wypowie Dudzie wojnę, podobnie jak na początku lat 90. wypowiedział ją Lechowi Wałęsie, gdy poczuł się przez niego zdradzony. Wtedy organizował marsze na Belweder krzycząc: „Miał być naszym prezydentem, a okazało się, że jest ich prezydentem!”.
Czy teraz PiS będzie maszerować na Pałac Prezydencki? Nie wiadomo, ale na pewno front wojny między dotychczasowym twardym jądrem PiS a Dudą stanie się kluczową linią podziału w polskiej polityce.

W sytuacjach krytycznych opozycja i większa część krytycznej dotąd wobec Andrzeja Dudy opinii publicznej, chcąc nie chcąc, będzie musiała wesprzeć prezydenta, by w tym starciu nie wygrał Kaczyński. To sprawi, że stopniowo będą blaknąć wrogie emocje, jakie demonstrujący dziś na ulicach obywatele żywią do prezydenta. Nic tak nie zbliża, jak wspólny wróg. Tym wrogiem od dziś jest prezes Kaczyński.

Zbliżenie zapewne nigdy nie będzie pełne – prezydent nie może raczej liczyć na to, że jego dotychczasowi przeciwnicy będą kiedyś skandować „Andrzej Duda”, tak jak skandują „Lech Wałęsa”, mimo że wielu z nich w wyborach prezydenckich 1990 roku głosowało na Tadeusza Mazowieckiego. Jednak powtórzenie drogi Aleksandra Kwaśniewskiego jest możliwe. Jeśli weto Dudy jest zapowiedzią trwałej zmiany kursu, prezydent może zdobyć uznanie wielu swych dotychczasowych wrogów. Jeśli okaże konsekwencję i następne jego decyzje będą równie trafione, można sobie nawet wyobrazić reelekcję w przyszłych wyborach. Choć oczywiście brak weta dla trzeciej ustawy – o ustroju sądów powszechnych – każe zachować ostrożność i wstrzemięźliwość w chwaleniu głowy państwa.

Po wecie zaczną się też ruchy dezintegracyjne wewnątrz PiS. Ci, którzy mieli wątpliwości, ale dotąd milczeli i nie wychylali się, bo nie mieli dokąd pójść, nagle stwierdzą, że pojawiła się alternatywa. Już nie muszą klaskać prezesowi, bo jest inny ośrodek, wokół którego można się skupić. Obóz Jarosława Kaczyńskiego jak przekłuty balon zacznie tracić powietrze i flaczeć.

A ja mam swoją małą satysfakcję, bo wygrałem zakład z kilkoma kolegami, którzy nie wierzyli mi, gdy na początku rządów PiS prognozowałem, że potrwa to jakieś dwa lata. Dłużej nie porządzą. Nie wiedziałem oczywiście, jaką formę przybierze upadek rządów Kaczyńskiego. Teraz już wiem.

Kaczyński ma haki na Dudę.

W „Newsweeku” piszą, jak Kaczyński chciał zmusić Dudę do cofnięcia 2 wet.

Duda dostał czas na zmianę decyzji. Znamy kulisy spotkania w Belwederze

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński w poniedziałek żądał od prezydenta Andrzeja Dudy zmiany decyzji i podpisania ustaw o Sądzie Najwyższym i KRS – ustalił „Newsweek” . – Jarek daje ci godzinę na zmianę decyzji – mówił Kuchciński. Ale został odprawiony z kwitkiem. Andrzej Duda oznajmił, że raz ogloszonej decyzji nie cofnie.

Andrzej Duda przyjął w poniedziałek w Belwederze wysłanników prezesa PiS: Marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, Marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego i premier Beatę Szydło. Spotkanie trwało półtorej godziny. Po jego zakończeniu rzecznik głowy państwa Krzysztof Łapiński stwierdził w TVN 24, że „decyzja o wecie jest niewzruszona”: – Pan prezydent ogłosił swoją decyzję publicznie, wszyscy to widzieli i słyszeli. Prezydent tej decyzji się trzyma.

„Newsweek” poznał kulisy tego spotkania. Odbyło się ono w nieprzyjemnej, nerwowej atmosferze. Goście mieli żal do prezydenta, żądali od niego zmiany decyzji i podpisania ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa (formalnie było to możliwe, bo Andrzej Duda jeszcze nie skierował ustaw do ponownego rozpatrzenia w Sejmie; ma to zrobić w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin, gdy urzędnicy przygotują uzasadnienie). – Jarek daje ci godzinę na zmianę decyzji – zażądał według ustaleń „Newsweeka” Marszałek Sejmu. Prezydent odpowiedział, że to wykluczone, bo decyzja została już ogłoszona. W efekcie goście wyszli z niczym.

SZOK!!! MACIEREWICZ WYSTĘPUJE PRZECIW MANIFESTANTOM A GENIALNIE GO PODSUMOWAŁ 🙂

Pisarz Jacek Dehnel pisze o tych, którzy poprzez protest wymusili 2 razy weto na Dudzie. Dehnel mówił to na proteście, mówił o nowym języku oporu. Nie na tym polega wina Jarosława Kaczyńskiego, że jest niski czy samotny albo że jest lub nie jest gejem czy osobą chorą psychicznie, tylko na tym, że cynicznie okłamuje naród i niszczy polską demokrację, nasze wspólne dobro – mówił pisarz Jacek Dehnel w publicznym wystąpieniu pod Pałacem Prezydenckim.

Łatwo jest atakować agresywne, groźne, groteskowe obelgi ludzi władzy. Ale chciałbym, żebyśmy się przyjrzeli językowi po naszej stronie sporu

Przyszedłem tu, żeby powiedzieć o tym, czym zajmuję się zawodowo: o języku. Bo duża część tego, co się teraz dzieje, dzieje się w języku właśnie. To słowa tych skandalicznych ustaw, aroganckie słowa posłów i senatorów, które przypominają slogany i nowomowę z czasów Gomułki, ale także słowa konstytucji, słowa, które śpiewamy, słowa, które skandujemy, słowa przemówień na wiecach.

Łatwo jest atakować agresywne, groźne, groteskowe obelgi ludzi władzy. Łatwo, bo są nie do obrony. Ale chciałbym, żebyśmy się wszyscy przyjrzeli również językowi po naszej stronie sporu.

„Precz z PiSlamem”. „Kurdupel, gnom i karzeł”. „Gdyby Jarek wiedział, jak wygląda kobieta, to dałby sobie spokój”. „Schizofrenik”. „Obywatele i piękne obywatelki”. „Mentalne wieśniactwo”. „Popieram kobiety bo… są sexy”. Wiem, że słyszeliśmy to wszyscy z ust ludzi, którzy chcieli dobrze. Ale te słowa to nie tylko, jak chcieliby niektórzy, „głupie gafy”; świadczą one o znacznie głębszych problemach z tym, jak traktujemy naszych współobywateli.

Nie na tym polega wina Jarosława Kaczyńskiego, że jest niski czy samotny albo że jest lub nie jest gejem czy osobą chorą psychicznie, tylko na tym, że cynicznie okłamuje naród i niszczy polską demokrację, nasze wspólne dobro. Obok nas może stać w tłumie ktoś, kto też jest niewysoki; kto leczy się na schizofrenię czy depresję; kto jest gejem albo lesbijką; kto jest aseksualny, co też nie jest żadną zbrodnią; kto jest samotny, bo ominęła go wielka miłość, bo był wykorzystywany w dzieciństwie, bo jest nieśmiały, z najróżniejszych powodów. Nie sprawiajmy, żeby poczuł się z tego powodu gorszy, bo w niczym nam nie zawinił, a stoi razem z nami.

Obok nas może też stać ktoś, kto jest muzułmaninem, kto ma żonę muzułmankę albo chłopaka muzułmanina, kto ma muzułmańskie wnuki. I kto jest tak samo jak my zwolennikiem państwa prawa i wolności religijnych. Nie możemy w jednym zdaniu nawoływać do przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu, a w drugim straszyć „PiSlamem”.

Stoimy tu razem, bo zależy nam na wolności i konstytucyjnych prawach, do których należy też równouprawnienie. Wiem, że pan Stefan czy Janusz naprawdę uważa, że mówiąc o „pięknych paniach” i że „kobiety są sexy” prawi uroczy komplement, ale dla wielu kobiet to po prostu instrumentalne traktowanie ich jako obiektów seksualnych. Każdemu panu Stefanowi i Januszowi – ale też Damianowi i Frankowi, bo wbrew stereotypom seksizm nie jest ograniczony do żadnego pokolenia – chciałbym poradzić jedno: wyobraźcie sobie, że to samo macie powiedzieć o mężczyznach. Jeśli chcecie powiedzieć o „naszych sexy obywatelkach”, ale jednak nie powiedzielibyście o „naszych sexy obywatelach”, to znaczy, że fraza jest nieodpowiednia. Wszyscy mamy ciała, ale nie przyszliśmy tu na seksrandkę, tylko walczyć o swoje prawa.

I wreszcie: jesteśmy w Warszawie, ale są z nami też ludzie z małych miast, miasteczek i wsi. I tu, i u siebie, gdzie demonstrowanie wymaga nierzadko znacznie większej odwagi. Pamiętajmy wszyscy, że „prowincjonalność” to stan ducha, a nie adres. I wystrzegajmy się słów o „wieśniactwie”, o „robolach” ale też o „chamach od 500+, którzy sprzedali wolność za pieniądze”. Dla wielu naszych współobywateli 500+ to kwestia godności i również wolności, choć innego jej rodzaju. Program wprowadzony przez PiS jest niesprawiedliwy, nieprzemyślany i cynicznie gra na emocjach, ale zdiagnozował realny problem: wielu z nas nie mogło żyć godnie. A to, że Polska jest państwem sprawiedliwości społecznej, jest dokładnie tak samo zapisane w konstytucji jak to, że jest państwem prawa. I tak samo nas wszystkich obowiązuje i zobowiązuje do dzielenia się ze sobą.

Znaleźliśmy się razem w strasznym i groźnym momencie, a skok na sądy, nie do końca udaremniony, jest tylko częścią problemu. Jeśli ma być to tylko – a taką mam nadzieję – przesileniem, każdy i każda z nas, jedno bardziej, drugie mniej, w tym ja, musi zmienić swój język i, co za tym idzie, swoje myślenie. „Solidarność” odniosła sukces, bo była ruchem masowym, a była ruchem masowym, bo przywracała godność bardzo wielu grupom społecznym. Każdy z nas się liczy, kobieta i mężczyzna, duża i mały, homo i hetero, katolik, muzułmanin i ateistka, z miasta i ze wsi. Nikogo z nas nie możemy odpychać słowami, przeciwnie, musimy go włączać i szanować jego godność. Tylko tak ten kryzys może doprowadzić nas do zwycięstwa i lepszej, sprawiedliwszej Polski, w jakiej wszyscy chcielibyśmy mieszkać.

👍✌️

Waldemar Mystkowski pisze o analogii z IV RP.

Duda Lepperem dla Kaczyńskiego

Andrzej Duda okazał się Andrzejem Lepperem dla Jarosława Kaczyńskiego. Nie dał skorumpować się ustawami uzależniającymi władzę sądowniczą od polityków PiS, tak jak w IV RP Lepper odrolnieniem działki na Mazurach. Duda przejrzał grę, za którą zapłaciłby Trybunałem Stanu.

Kto dzisiaj będzie ówczesnym Giertychem? Oczywiście, Jarosław Gowin. Kaczyński popełnia te same błędy, bo ma wobec Polski nadal takie same zamiary. Dalszy ciąg nie będzie taki sam, jak w 2007 roku, bo farsa jest ta sama, ale aktorzy inni.

Gdyby Duda nie był upokarzany, to kto wie. Upokarzany przez swego prezesa, ale też przez społeczeństwo obywatelskie, które dorwało go nawet w Juracie, gdzie nie mógł sobie spokojnie poślizgać na skuterza wodnym. Przecież Duda i tam budził się spocony, bo na marach dorywało go skandowane: De-mo–kra-cja. A przecież wolałby się budzić ze snu np. z Ruchadełkiem leśnym. Zresztą każdy ze zdrowym libido wybrałby ten wariant.

Tak naprawdę Duda nigdzie nie mógł się ruszyć spokojnie. W całym kraju obywatele go łapali na wykroku tą „de-mo-kra-cją”, a po protestach „Łańcucha światła” nawet nie mógłby wyjść z Pałacu Prezydenckiego.

Dudzie kajdany nałożyło społeczeństwo obywatelskie, wcześniej jednak skuł go prezes, który trzymał jako Adriana w przedpokoju. Czy tak można żyć?

Nie. W przeddzień wiekopomnej porażki PiS (1:2), Duda udał się na Jasną Górę, gdzie otrzymał wsparcie Kościoła katolickiego, który dopiero teraz poprzez szefa Episkopatu abp Stanisława Gądeckiego zajął jasne stanowisko. Gądecki podziękował Dudzie, ale zapomniał o społeczeństwie, ołtarzowi zawsze było bliżej do tronu niż do wiernych. Polski Kościół niczego się nie nauczył.

Kaczyński otrzymał zatem dwóch silnych przeciwników – „totalnego” na pół gwizdka (1:2) prezydenta i „totalny” Kościół. Jak sobie z tym poradzi? Jak zwykle w odpowiednim momencie plunie „mordami zdradzieckimi” i „kanaliami”.

Inicjatywę w sprawie reformy sądownictwa przejmuje Duda, który nie może liczyć na PiS. Na kogo zatem? Oprócz Gowina i Kukiza nikt go nie poprze, także nie dostanie wsparcia instytucji prawniczych, bo mu nie uwierzą po tylu sprzeniewierzeniach.

Społeczeństwo obywatelskie, jego różne formy oprotestowania rzeczywistości PiS, nie może jednak rozejść się do domu, do larów i penatów. Nie można Polski oddać na dalsze rozszarpywanie przez polityków obecnie rządzących. Oni nawet drżą jak osika chronieni barierkami i szpalerami policjantów, dygot dochodzi z twierdzy z Nowogrodzkiej.

Próba tworzenia autokracji była dziełem tchórzy. Trzeba zatem wykurzyć ich z nor, tj. od koryta, które w historii po 1989 roku nigdy nie było tak upartyjnione.

>>>

Widzę tu tylko jednego człowieka chorego z nienawiści. Róże przeszkadzają mu tak bardzo, że o bracie zapomniał.

Policja zrobiła PISowi frekwencję na Marszu Smoleńskim 😂

SYMBOL GŁUPOTY? KTO WIE…

PiS zorganizował kolejną miesięcznicę smoleńską

Białe róże przyniesione przez Obywateli RP są dla Kaczyńskiego symbolem skrajnej nienawiści.

Zanim marsz uczestników miesięcznicy dotarł na Krakowskie Przedmieście minął kontrmanifestację Stowarzyszenia „Tama”. Jej uczestnicy zebrani na skwerze Hoovera przynieśli transparenty m.in. z takimi napisami: „Dość szczucia smoleńskim kłamstwem”„Kłamstwom smoleńskim stawiamy tamę” i parasolki z naklejonymi liczbami „27:1”.

To było chyba najkrótsze wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego. Właściwie całe zostało poświęcone… kontrmanifestacji zorganizowanej przez Obywateli RP. Nie przebierając w słowach Kaczyński stwierdził: – „To nowy wielki atak nienawiści. Białe róże są symbolem nienawiści, skrajnej nienawiści”.

Zapowiedział, że zwycięży tych, którzy – „są oszalali z nienawiści, ale będą pomniki i będzie prawda o Smoleńsku. Przyjdzie czas pełnej prawdy i wielka klęska tych, którzy nienawidzą. Oni nienawidzą Polski, ale Polska zwycięży”.

Nie sposób było nie zauważyć znacząco większej liczby policjantów zabezpieczających manifestację smoleńską. Trzeba także zauważyć pewną różnicę – nie ma już przenośnej drabinki, z której przemawiał Jarosław Kaczyński. Teraz ma do dyspozycji podest obity czarnym suknem.

Opluł piękny kwiat.Tak jak opluwa Polskę.

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Rewizor ONZ przyjeżdża do rządu PiS

Rząd PiS odnosi kolejny sukces. Poprzednicy obecnych władz bardzo się starali, trzeba było jednak czekać na rząd Jarosława Kaczyńskiego (piszę to świadomie, bo Beata Szydło w ogóle nie jest zorientowana, o co w rządzeniu biega, może tylko popłakać się, jak na unijnym szczycie).

Do Polski przyjeżdża rewizor, tj. przedstawiciel ONZ ds. niezawisłości sądów. No, jak? Usta otwarte, język połknięty? Nie piszę do czytelników, ale do Marka Kuchcińskiego, który sprawuje urząd kompletnie do niego się nie nadając. Spieszę poinformować, jaki to urząd – marszałka Sejmu. Kuchciński otwierał usta, ale połknął język, a w każdym razie pierwszy punkt porządku obrad Sejmu. Połknął z popitką. I facetowi przeszło. Później zakąsi, acz niekoniecznie na sali sejmowej, bo może odbyć się na zupełnie innej sali i to z paragrafami.

Sejm miał zająć się ustawą, którą podporządkuje sądy politykom partii rządzącej. Czyli niezawisłość przeistoczyłaby się w zawisłość od Kaczyńskiego, a ten sądziłby po swojej sprawiedliwości. Kuchciński (facecik – przypominam) rozmawiał długo ze Zbigniewem Ziobrą, a następnie poinformował Konwent Seniorów, iż punkt pierwszy obrad spada z wokandy, tj. z obrad Sejmu (na wokandę to Kuchcińskiemu dopiero wejdą konkretne punkty z paragrafami; okazuje się, że ja też mylę porządki). Punktem pierwszym miało być pierwsze czytanie ustawy o odebraniu niezawisłości sądom.

Karnie w Sejmie stawił się cały rząd z pełniącą obowiązki Kaczyńskiego – Beatą Szydło. Gdy jednak facecik Kuchciński przeszedł bezszmerowo do punktu drugiego, ławy rządowe się opróżniły, sala sejmowa opustoszała. Projekt ustawy ma wejść na wokandę za dwa tygodnie.

Pewnikiem rząd udał się do wszystkim w Polsce znanego miejsca, z którego jest transmitowana groteska „Ucho prezesa”. Idę o zakład, że Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju jest o niebo lepszym prezesem, niż Jarosław Kaczyński, który przecież ma za sobą rolę w innym hicie „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”.

Trzymam się jednak mojego spostrzeżenia – rewizora. W „Uchu prezesa” na Nowogrodzkiej musi się odbywać narada z Adrianem (Dudą) pod drzwiami, ale ja wpadłem na pomysł, że mogę wcielić się w rewizora, podam się za Johna Doe z ONZ, egzemplarz Konstytucji RP mam, pomacham nim przed odpowiednimi nosami i zakomunikuję: już jestem.

Prezes wszak nie zna żadnego języka. Zobaczymy, co wskóram, acz ręce schowam za siebie, aby nie dać się w nie całować, nie lubię tej obleśności prezesa.

PRZEKAŻCIE DALEJ :))) MOŻE DOTRZE? SYMBOL GŁUPOTY PiS

Piotr i Paweł – pożyteczni idioci Putina

Dzięki takim postaciom, jak Stanisław Piotrowicz wiemy, na co chce mieć wpływ naród i kto go reprezentuje. Otóż naród chce wpłynąć na niezależności sądów, czyli pozbawić niezależności władzę sądzenia, a Piotrowicz jest tego narodu reprezentantem. Tym samym naród wg posła PiS odrzuca ustrój demokratyczny, w którym władza sądownicza jest niezależna od takich reprezentantów, jak Piotrowicz. Zatem naród zaprzeczył swojej woli, którą wyraził w referendum konstytucyjnym 25 maja 1997 roku, naród już nie ma takiej woli, jak wówczas – tak ocenił wolę narodu reprezentant jego Piotrowicz.

Jeszcze dalej posunęła się koleżanka Piotrowicza Krystyna Pawłowicz (o tym duecie pisowskim mówi się Piotr i Paweł), która usłyszawszy argument rzecznika Krajowej Rady Sądowniczej sędziego Waldemara Żuka, iż „jeżeli ten niekonstytucyjny projekt zostanie przyjęty, to kraje Unii Europejskiej mogą przestać uznawać wyroki polskich sądów”, z właściwą jej dezynwolturą stwierdziła: „to się wypiszemy z Unii”.

Powyższe wiekopomne dialogi i złote myśli padły na posiedzeniu komisji sprawiedliwości w Sejmie, gdzie został rekomendowany pakiet ustaw, które zostaną przegłosowane w środę na najbliższym posiedzeniu Sejmu.

Pojmowanie przez Piotrowicza i Pawłowicz Unii, Konstytucji i niezależności sądów właściwe jest samodzierżawcy na Kremlu Putinowi. Piotrowicz unieważnia referendum dotyczące konstytucji i samą Konstytucję RP, zaś Pawłowicz unieważnia inne referendum – w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej i akces naszego kraju do tego organizmu cywilizacyjnego.

W ustawie pozbawiającej niezależności sądów PiS cofa nas do czasów PRL-u. Tak samo wówczas rozumiano konstytucję i władzę sądzenia, PZPR był osadzony na bagnetach Moskwy, dzisiaj PiS jest osadzony na cichym aplauzie Kremla.

Putin mógł się czuć przegranym w wyborach na prezydenta Francji, bo jego faworyta Marine Le Pen przerżnęła z kretesem, lecz Putin ma asa w rękawie: zwycięstwo PiS w Polsce w 2015 roku. To, czego nie zrobi Le Pen, zrobi dla Putina duet Piotr i Paweł PiS, zniszczą w Priwislanskim Kraju demokrację i wypiszą go z Unii Europejskiej.

Nieprzypadkowo spóźnione były gratulacje Andrzeja Dudy i Beaty Szydło dla Emmanuela Macrona po jego wygranej wyborczej. Ale po uchwaleniu ustawy o końcu niezależności Krajowej Rady Sądowniczej wystrzelą na Kremlu korki z butelek szampana, jak z armat. To będzie jedno wielkie spasiba Putina dla PiS.

Putin ma wystarczającą ilość pożytecznych idiotów – Piotrów i Pawłów, Andrzejów, Jarosławów, Antonich – w Priwislanskim Kraju.

NO TO MAMY KOLEJNY SYMBOL IV RP. SYMBOL GŁUPOTY I NIENAWIŚCI POSŁA KACZYŃSKIEGO.

Kleofas Wieniawa pisze o NIK-u, który zajmie się Macierewiczem.

Na Antoniego Macierewicza trzeba zbierać dowody. On sam będzie zacierał ślady, ale wszystkich nie zatrze, ludzi nie zlikwiduje.

Przyjdzie czas, że takiego człowieka trzeba będzie postawić przed sądem, aby nie dochodziło do wypaczeń politycznych.

Z pewnością adwokat Macierewicza zechce go obronić argumentem, że jest niespełna rozumu. Jest. Nawet w psychiatryku stworzyć mu warunki zakładu karnego, włącznie z kaftanem.

Dlatego nie jestem zdziwiony, iż przez komisję obrony przeszedł wniosek, aby NIK zbadał m.in. sprawę zakupu nowych samolotów dla VIP-ów przez MON.

Poparli go nawet posłowie PIS, czują swąd.

Tomasz Siemoniak komentuje: „Pierwszy raz w tej kadencji komisja obrony narodowej uwzględniła wnioski opozycji. Myślę, że to moment zupełnie przełomowy. Jeszcze dwa miesiące temu to było nie do pomyślenia”.

NIK jakieś dowody zbierze. Rosną papiery na Macierewicza. Polska przez takie postaci została złajdaczona. Macierewicz poczynił szkody na miarę przegranej wojny. A na to nie jest wystarczający Trybunał Stanu.

PAMIĘTAJCIE. W PAŃSTWIE PiS BIAŁE RÓŻE DAJEMY TYLKO WROGOM. CHYBA, ŻE MAMY W D…PIE TĘ CHORĄ ZASADĘ 🙂 TAK JAK DZIŚ U NAS.

Nic nowego… prezes znów jest bliżej prawdy , całej prawdy i gówno prawdy.

Z ostatniej chwili.

>>>

JAKBY KTOŚ NIE WIEDZIAŁ… TO PROSZĘ 🙂

POLACY MAJĄ JUŻ DOŚĆ DZIELENIA I SIANIA NIENAWIŚCI. PANIE PREZYDENCIE. OPANUJ SIĘ PAN!

ZGODNIE Z PRAWEM I KONSTYTUCJĄ… ALE KTO W PAŃSTWIE PiS WYSTĄPI PRZECIW KOŚCIOŁOWI?

Stanisław Skarżyński z OKO.press („Wyborcza”) pisze o wypowiedzi Andrzeja Dudy i jego pokrewieństwie z ONR. Raymond Chandler zauważył, że „dziedziczy się krew, nie kręgosłup”. Prawdziwości tej tezy dowodzi pewien doktor prawa, syn profesorskiej, inteligenckiej rodziny, który okazał się karierowiczem niezdolnym do lektury ze zrozumieniem niezbyt skomplikowanej Konstytucji RP.

Każdy marsz ONR to gwóźdź do trumny PiS

Symbolika zapaści dzisiejszej Polski jest momentami porażająca: jednego dnia wieczorem zmarł Wiktor Osiatyński, a następnego rano przez Warszawę pod ochroną policji maszerował ONR. Pochód niedowładu rozumu, zwanego w międzywojniu obrazem nędzy i rozpaczy, byłby właściwie bez znaczenia – gdyby nie to, jak usilnie władza PiS usiłuje się faszystom przypodobać.

Pierwszy był Mariusz Błaszczak, który nie ośmieszył, a po prostu sprostytuował polską policję, nakazując jej służyć oenerowcom w roli parasola i podnóżka; to dzięki wasalnej postawie ministra spraw wewnętrznych łysi chłopcy mogli spokojnie sławić swoją faszystowską ideologię w centrum stolicy państwa, na którego terytorium naziści zorganizowali Holocaust.

Drugi był Andrzej Duda, który ogłosił w TVP coś bardzo oenerowcom bliskiego – mówiąc o synach i wnukach zdrajców powiedział coś z daleka śmierdzącego pomysłami na czystość krwi. Antysemicki internet pełen jest drzew genealogicznych polskich polityków i uczonych, gdzie w tonie sensacji i demaskacji opisuje się żydowskie nazwiska, które mieli nosić ojcowie i dziadkowie tam wymienianych. To do nich uśmiechnął się prezydent, mówiąc o synach i wnukach zdrajców, którzy zajmują w Polsce stanowiska i którzy nie chcą ujawnienia prawdy.

Od dawna wiadomo, że tak łatwo nie jest. Raymond Chandler słusznie zauważył kiedyś, że „dziedziczy się krew, nie kręgosłup”. Prawdziwości tej tezy dowodzą i Werner Oder, syn esesmana i zbrodniarza wojennego, który jest pastorem i modli się ramię w ramię z rabinami o pojednanie i wybaczenia, i pewien doktor prawa w Polsce, syn profesorskiej, inteligenckiej rodziny, który okazał się karierowiczem niezdolnym przeczytać ze zrozumieniem niezbyt skomplikowanej Konstytucji RP, wiarołomcą poświęcającym zasady państwa prawa w imię lojalności partyjnej.

Te umizgi do narodowców są jednak dobrą wiadomością, bo PiS znowu zachowało się jak partia Moczara. Łącząc populizm z nacjonalizmem, znów pogniotło tę wkładaną przez siebie przy okazji każdych wyborów maskę organizacji cywilizowanej. Po tych otwartych, w świetle kamer i w centrum miasta pieszczotach z oenerowcami jeszcze trudniej im będzie skutecznie nakłamać, że są partią szanującą prawo, wolność, demokrację.

Zresztą na owoce nie będzie trzeba czekać aż do wyborów – po tej żenującej wypowiedzi prezydentowi Dudzie nie wolno ani osobiście przyjść, ani próbować napisać listu do uczestników uroczystości pogrzebowej profesora Wiktora Osiatyńskiego. Niech miarą spychania się PiS do nacjonalistycznego narożnika będzie to, że nie ma po prostu takich słów, którymi prezydent i PiS mogłyby dziś pożegnać tego obrońcę wolności, równości i praw człowieka.

„Pisowscy politycy nie ukrywają swoich sympatii do neofaszystów z .

GIERTYCH ROZŁOŻYŁ SZYDŁO NA ŁOPATKI 🙂

„DZIECI I WNUKI KOMUNISTÓW CIĄGLE SPRAWUJĄ PROMINENTNE STANOWISKA W POLSCE” ? PANIE PREZYDENCIE. PODSYŁAMY PANU GOTOWCA

Pisarz i dziennikarz, który został wyrzucony z Radiowej Trójki Jerzy Sosnowski pisze na swoim blogu także o Dudzie.

O pewnej wypowiedzi pana prezydenta

To nie jest mój osobisty problem: moi rodzice nie walczyli z „Żołnierzami Wyklętymi”, bo najpierw studiowali, a potem uczyli podstaw elektroniki i nawet nie należeli do PZPR; nie walczyli też z „Żołnierzami Wyklętymi” moi dziadkowie, bo obaj zginęli na wojnie (jeden walczył w kampanii wrześniowej, drugi współzakładał konspiracyjne „Wigry”), ani babcie, bo jedna po wojnie uczyła wiejskie dzieci, a druga imała się rozmaitych prac, od prowadzenia bufetu na lotnisku po urzędowanie w księgowości na Politechnice Warszawskiej, żeby , będąc wdową, utrzymać się z trójką dzieci. Co do pradziadków, to jeden był w Dwudziestoleciu współtwórcą, a potem rektorem odnowionej SGGW, a drugi – kolejarzem w Galicji. Prababcie prowadził domy.

Czy już zauważyłeś, Czytelniku, co się dzieje? To, co powyżej, to klasyczne wyjaśnianie, że się nie jest wielbłądem. Ale żeby wypowiadać się w jakimś sporze, warto jednak ustalić, czy jesteśmy w nim przymusowym przedmiotem, czy też, na podstawie wolnej decyzji, podmiotem sporu. Choć sam spór wydaje mi się intelektualnie miałki, a moralnie wstrętny.

Pan prezydent w wywiadzie dla TVP Historia (przytaczam za http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/548679,andrzej-duda-polityka-historyczna-prezydent-pis-lech-kaczynski-zolnierze-wykleci.html) powiedział tak: „Bardzo wiele wpływowych miejsc we współczesnej Polsce zwłaszcza po 1989 r. w mediach i innych wpływowych instytucjach, fundacjach, zajmują osoby, których rodzice czy dziadkowie aktywnie walczyli z Żołnierzami Wyklętymi w ramach utrwalania ustroju komunistycznego, czyli krótko mówią byli zdrajcami – dzisiaj byśmy tak powiedzieli wprost, ja w każdym razie bym tak powiedział. (…) Miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk w różnych miejscach. Nigdy nie będą chcieli się zgodzić na to, żeby prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną, będą zawsze przeciwko temu walczyli.

No to dla czystości wywodu zostawmy na boku kwestię oceny „Żołnierzy Wyklętych”: przyjmijmy, że ich zbrojna działalność w 1945 była bez wyjątku i we wszystkich szczegółach szlachetna – i tym samym, że ludzie, którzy opowiedzieli się po przeciwnej stronie, nie mieli absolutnie żadnych zupełnie argumentów, czyli że byli bezdyskusyjnymi i świadomymi własnego zaprzaństwa zdrajcami Ojczyzny. W porządku, roboczo przyjmijmy, że była to walka jednoznacznego dobra z oczywistym złem.

I przy takim założeniu przyjrzyjmy się tej wizji. Rodzi się dziecko ZŁYCH LUDZI. I, załóżmy, a to w przypadku pokolenia urodzonego po wojnie nie jest założenie pozbawione empirii, że następnie buntuje się przeciwko aksjologii rodziców. Co ma zrobić, żeby jako siedemdziesięciolatek nie narazić się panu prezydentowi? Czy dobrze rozumiem, że w gruncie rzeczy powinno nic nie robić, zaszyć się w kątku i udawać przez całe życie, że go nie ma? Bo aktywne przeciwdziałanie skutkom tego, co robili rodzice, czyli branie udziału w opozycji antykomunistycznej, co nieraz powodowało zajęcie po 1989 roku eksponowanego stanowiska, naraża je tylko na zarzut, że zinfiltrowało szlachetny ruch, od urodzenia dotknięte przekazaną mu w genach winą?

Ale idźmy dalej, bo pan prezydent nie zatrzymał się na pokoleniu dzieci. To dziecko dorosło i ono ma z kolei dzieci. To już wnuki tamtych złych ludzi. Nie mylę się chyba, że i na nim – zdaniem obecnych władz – ciąży owa wina, uniemożliwiając mu jakiekolwiek publiczne działanie? Bo w tle jest dziadek, który był zdrajcą? I w gruncie rzeczy wszystko jedno, jakie wybory podejmuje wnuk? A w każdym razie jakiekolwiek „eksponowane stanowisko” jest mu wzbronione, czy tak? Ponieważ… No właśnie, co z uzasadnieniem? To, co osiągamy w życiu, od nas zależy, czy od naszych przodków? Można się od nich wyzwolić, czy nie?

A przecież nawet obóz pana prezydenta przyznaje milcząco, że można w trakcie życia zmienić poglądy – co tam poglądy dziadków, własne poglądy! – i nawrócić się. To np. casus sędziego Andrzeja Kryże (podsekretarz stanu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, natomiast wcześniej, do rozwiązania, członek PZPR i, nawiasem mówiąc, syn stalinowskiego sędziego, uczestniczącego m.in. w mordzie sądowym na rotmistrzu Pileckim – por. Wikipedia), Stanisława Piotrowicza (członek PZPR od 1978 roku, prokurator oskarżający opozycję w stanie wojennym), a nawet Antoniego Macierewicza (w młodości – trockista), nie wspomnając o Marcinie Wolskim czy Krzysztofie Czabańskim (w swoim czasie członkowie PZPR). Czy więc poprawnie rozumuję, że istnieje metoda na skuteczne oczyszczenie się zarówno z własnych win, jak z win rodziców, dziadków i pradziadków (!) – pod warunkiem mianowicie, że znajdziemy się we wspomnianym obozie politycznym pana prezydenta? Czy przypadkiem to rozumowanie, odwołujące się z pozoru do etyki (co prawda niechrześcijańskiej, ale o to na razie mniejsza), w ostatecznym rozrachunku nie jest po prostu narzędziem moralnego szantażu?

Znów jednak „dla dobra śledztwa” odłóżmy na bok tę oczywistą niekonsekwencję. Przyjrzyjmy się samej idei dziedziczenia winy. Tak, w tradycji judeochrześcijańskiej istnieje JEDEN GRZECH, który się dziedziczy, a mianowicie tzw. grzech pierworodny. Wszystkie pozostałe popełnia się na własne konto i nie obciążają one krewnych, czy potomków. Bez tego założenia lądujemy bez ratunku w świecie deterministycznym, w którym o naszym losie decydują NIEODWOŁALNIE decyzje rodziców, o ich losie – znów nieodwołanie – decyzje ich z kolei rodziców i tak dalej. To jest myślenie rodem z marksizmu-engelsizmu (i praktyki stalinowskiej!), któremu zresztą wymyka się sam Marks, bo przecież jego rodzice doprawdy nie pochodzili z proletariatu. Temu myśleniu przeciwstawia się konsekwentnie cała tradycja Kościoła Powszechnego, którego święci w ogromnej części buntowali się przeciwko aksjologii domu rodzinnego. Inaczej musielibyśmy stwierdzić, że fałszywymi świętymi są Franciszek z Asyżu, Agnieszka męczennica, Augustyn z Hippony, żeby już o Pawle z Tarsu nie wspominać.

Zawzięty obrońca tego typu myślenia może bronić się na dwa sposoby. Jeden: istnieje sentyment do przodków i potomek z założenia będzie ich bronił. Naprawdę? A Niklas Frank, syn generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich? A, żeby z przeciwnej strony rzecz pokazać, Patricia Hearst, córka magnata prasowego? Józef Stalin, wychowywany na prawosławnego księdza? Janis Joplin, która miała być grzeczną dziewczynką? Z zachowaniem proporcji: któryś z braci Kurskich (za mało wiem o ich domu rodzinnym, żeby ustalić, który)? Świat jest pełen zbuntowanych dzieci. Nie twierdzę, że klimat domu rodzinnego jest dla nas nieważny. Owszem, jest ważny, gdyż musimy go albo przyjąć, albo odrzucić (plus możliwości pośrednie). I nieraz ludzie decydują się na to ostatnie rozwiązanie. Ten sposób obrony słów pana prezydenta jest po prostu niezgodny z empirią.

Drugi sposób: dostrzeganie (odłożonej przeze mnie kilka akapitów temu) skomplikowania, jakoby rzekomego, sytuacji powojennej, to widomy dowód na niewygasłe sentymenty. Ale tu znów fakty mówią inaczej. O kontrowersyjnych biografiach niemałej części „Żołnierzy Wyklętych” mówią historycy, których KREW JEST CZYSTA. Podkreślam złośliwie to wyrażenie, gdyż w słowach prezydenta Andrzeja Dudy widać wyraźnie, daj Boże nieuświadomiony, swoisty rasizm: przekonanie, że pokrewieństwo znaczy więcej, niż nasze świadome decyzje życiowe. Chyba, że staniemy się chwalcami prezesa Kaczyńskiego. Jest mi bardzo przykro, ale nie umiem pozbyć się w tym momencie skojarzenia z aforyzmem pewnego zbrodniarza, który miał powiedzieć: „To ja decyduję, kto tu jest Żydem”. Nie chodzi mi, rzecz jasna, o zrównywanie PiSu i NSDAP – należy znać miarę, inaczej zrelatywizujemy zło nazizmu. Nie da się porównać zjełczałego masła i kurary, że niby jedno i drugie szkodzi. Chodzi mi tylko o fakt, że uruchomiono myślenie, udrapowane w szaty moralizmu, a w istocie kierujące się przeciwko podstawom moralnym kultury, której rzekomo broni.

O codzienne łamanie swobód demokratycznych oskarżył polskie władze faworyt wyborów prez. we Fr. Emmanuel Macron.

BRAWO 😁 👍👏

NARODOWCY TEGO NIE PRZEŁKNĄ… KLOSS (za przeproszeniem) STANIE IM W GARDLE 🙂

Waldemar Mystkowski analizuje jeden tweet Marka Kuchcińskiego.

„Penelopa” Kuchciński w szlafmycy, wierny prezesowi

To nie żart, że Marek Kuchciński jest drugą osobą w państwie wg protokołu dyplomatycznego. Wiem, że to brzmi jak z Mrożka. Andrzejowi Dudzie coś się stanie, nie będzie mógł pełnić obowiązków prezydenta, wówczas wskakuje na jego miejsce Kuchciński.

Niektórzy mogą zapytać, a który to, jak on wygląda? Może wówczas być pomocne przypomnienie: to ten, do którego Michał Szczerba zwrócił się szarmancko „panie marszałku kochany”, a onże ze swoiście pojętej wdzięczności był łaskaw go wykluczyć z posiedzenia Sejmu, a następnie z partyjną zgrają zbiegł do Sali Kolumnowej, aby przyjąć ustawy bez kworum, w tym najważniejszą – budżetową na rok 2017 i słynną lex Szyszko, która skutkowała tym, że raczej wzrósł smog w naszych miastach, niż ustawa posłużyła zdrowiu.

Wkład Kuchcińskiego jest więc duży, choć on jest nierozpoznawalny. I zdaje się, że tej cesze hołduje. Figura „Niewidzialny człowiek” ma całkiem pokaźną literaturą. Nawet bezpośrednio w tytułach znacznych dzieł odwołuje się do tego dążenia, bo każdy chciałby mieć czapkę niewidkę i nakryć żonę na tym, że jest wierna, jak Penelopa.

Akurat Kuchciński jest Penelopą dla Jarosława Kaczyńskiego, jest wierny w czapce i bez czapki, a nawet w szlafmycy. Druga osoba w państwie w takiej niewidce szlafmycy musi występować na zdjęciu, które marszałek opublikował na Twitterze z okazji 13. rocznicy członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Oto treść wpisu „Penelopy” Kuchcińskiego: „Jesteśmy 13. rok w Unii. Ufam, że na przekór przesądom ten rok przyniesie wiele dobrego; silną Europę Ojczyzn z liczącą się w grze Polską”.

Ufa zatem Penelopa, bo na tym wierność i wzajemność polega. A na zdjęciu, które ilustruje wpis znajdują się flagi unijna i biało-czerwona, zegar ścienny z wahadłem, nocna lampa (żaden kaganek oświaty) i brak Kuchcińskiego. Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz skomentował: „Lampka zamiast marszałka Sejmu? „Ucho Prezesa” ma ułatwione zadanie”.

Otóż nie zgadzam się z Nizinkiewiczem, bo lampka nocna wskazuje, że jest Kuchciński, ale w szlafmycy niewidce. Taką mamy Penelopą w roli marszałka Sejmu, wierną prezesowi.

TAKIE TAM ROZMOWY POLAKÓW :)))

W punkt. 👍👍

Kleofas Wieniawa pisze też o Dudzie.

Po wypowiedzi Andrzeja Dudy, że „dzieci i wnuki zdrajców Rzeczpospolitej zajmują wiele eksponowanych stanowisk” mógłbym napisać:

Duda łamie katechizm Kościoła katolickiego, w którym naucza się: „człowiek nie ponosi kary za niepopełniony czyn, naprzykład grzech pradziadka. Zadośćuczynić i pokutowac trzeba za swoje grzechy”.

Mógłby napisać:

Duda w kampanii obiecywał łączyć, nie dzielić Polaków. Dziś oskarża dzieci i wnuki za winy rodziców i dziadków. Tyle są warte obietnice wyborcze.

Mógłbym napisać:

Andrzej Duda posortował Polaków na potomków zdrajców Rzeczpospolitej i tych lepszych. Wstyd, że na prezydenta wybraliśmy człowieka o takiej mentalności.

Mógłbym napisać:

Duda ogłosił coś bliskiego ONR, podobnie zalatującego jak owa brunatność.

Mógłbym, mógłbym…

Przesłuchałem fragmenty jego wypowiedzi dla TVP Historia i stwierdzam, że to facet niegodny dyskusji, słychać, iż nie ma zbyt głębokiej wiedzy historycznej i literackiej.

Takich ludzi nigdy nie szanowałem, zresztą zawsze omijali mnie szerokim łukiem i za uszami obmawiali dlatego, że nie mają talentów, wiedzy i są leniwi.

I do tej kategorii zaliczam Dudę, bo ludzi – jak powtarzał Artur Sandauer (wybitny intelekt) za Horacym (jeszcze wybitniejszy intelekt) – nie dzielą idee, ale poziomy. Dlatego omijać ich z daleka.

WARSZAWA TAKICH RZECZY NIE WYBACZA

DZIŚ 13-TA ROCZNICA KOLEJNEJ PRAWDY, DO KTÓREJ PREZES JESZCZE NIE DOSZEDŁ

DLA PiS-U BYŁ ANTYBOHATEREM. DLA NAS BYŁ I JEST WSPANIAŁYM, WIELKIM AKTOREM. STASZKU MIKULSKI, HANSIE KLOSSIE – BĘDZIEMY ZAWSZE PAMIĘTAĆ!

>>>

Zmarł wspaniały Wojciech Młynarski. Wywiad z nim z 2015 roku w świątecznej „Wyborczej”.

Wojciech Młynarski: Życie ma sens. Absolutnie

DONATA SUBBOTKO: Która z piosenek najbardziej oddaje dzisiaj pana stan ducha?

WOJCIECH MŁYNARSKI: Jest taka piosenka dość dla mnie ważna – „W szkole wolności”, o tym, czemu ta wolność taka trudna. I druga, którą szczególnie lubię, a która jest głosem wspólnym tych, którym zależy na inteligencji – „Nie wycofuj się”. Ostatnio często wracam do właściwie jedynego utworu lirycznego, jaki napisałem z panem Jerzym Wasowskim – „Gram o wszystko”; Ewa Bem to śpiewała.

To piękna piosenka o miłości, o tym, że to ona jest najważniejsza w życiu.

– Serce nie sługa. Nie można sobie pewnych rzeczy narzucić. „W tych sprawach to się liczy/ byle listek, byle śmieć – pan mnie rozumie?” – napisałem kiedyś w piosence „Och, ty w życiu!”. Jest w tym coś prawdziwego. W miłości często rzeczy na pozór drobne nagle zaczynają mieć dużą wagę. A ponieważ pani drąży w sprawie „Gram o wszystko”, to chcę powiedzieć o okolicznościach jej powstania. Mianowicie miałem tzw. zapis na nazwisko, nie wolno mi było publikować, a bodajże radiowa Trójka ogłosiła konkurs na piosenkę. Brało się w nim udział anonimowo, na kopercie pisało się swoje godło. Pan Wasowski dał mi piękną melodię i mówi: „Proszę pana, niech to będzie kompletnie niepodobne do tego, co pan pisze, niech to będzie czysta liryka, a godło damy OJ”. Pytam dlaczego. „A dlatego, że jak otworzą kopertę i zobaczą pana nazwisko, to powiedzą: Oj”.

Ale w życiu warto grać o wszystko?

– Tak, bo gra jest warta świeczki. To rodzaj filozofii życiowej, przekonania.

A co z tą miłością?

– Rzeczywistość jest często nie do zniesienia, ponura, smutna i wtedy jeszcze jest ta sfera, w którą można odejść. To sfera uczuć. Każdemu życzę, żeby miał, jak to określił jeden z moich kolegów tekściarzy, swój „intymny mały świat”. Ładne powiedzonko. Warto tę sferę kultywować – okropne słowo. Lepiej: chuchać na nią, pielęgnować. Jest szalenie człowiekowi potrzebna.

„Nie ma dróg, złych dróg/ gdy we dwoje drogę się zgaduje” – stwierdzał pan w jednej z piosenek na napisaną z Włodzimierzem Nahornym płytę „Pogadaj ze mną”.

– Cała ta płyta była liryczną rozmową. Żadnej polityki, żadnej społecznej satyry, tylko to, co się dzieje między dwojgiem ludzi. W jakiś sposób to ich definiuje, uzależnia, często staje się kłopotliwe i opresyjne, ale na koniec zawsze dobrze jest usiąść i pogadać.

Chyba najgorszą rzeczą dla człowieka, a już zwłaszcza dla człowieka piszącego, jest samotność. To chociażby brak okazji do wymieniania się swoimi opiniami albo po prostu do tego, że jak się coś napisze, ma się to w brudnopisie ledwo gotowe, to się leci i temu drugiemu człowiekowi czyta.

Mój przyjaciel Jerzy Derfel grał kiedyś wyjątkowo skomplikowany utwór z nut i ktoś musiał mu te nuty przy fortepianie przerzucać. Nauczył żonę i doskonale się spasowali. Przyszedł moment koncertu z publicznością. On już wychodził i mówi do żony – a ona miała na imię Wiga – „Wiguniu, nie będziesz mi tych nut przewracała”. Ona pyta dlaczego. „Bo gdy wrócę po koncercie, to kto mnie zapyta, jak mi poszło?”. Uważam, że to wzruszające.

Pisał pan, że „męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać”, dzisiaj kobiece myślenie bywa feministyczne.

– Tak bym powiedział – ale nie chcę nikogo urazić – że mam do tego stosunek lekko powściągliwy. Jestem za normalnością. To nie znaczy, żeby, broń Boże, feministki były nienormalne.

Jak pan tu rozumie normalność?

– Najprościej rzecz biorąc, chodzi mi o rozsądek w kierowaniu się swoimi uczynkami, sprawdzalność tego wszystkiego. Żeby nie czynić sobie nawzajem specjalnego kłopotu.

„Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę” i „Panowie, bądźcie dla nas dobrzy na zimę”?

– Właśnie. Napisałem sporo piosenek lirycznych przeznaczonych dla pań, a jak autor chce pisać dla kobiety, to – jak zauważył Hemar – musi się w nią zmienić, zastosować to kobiece myślenie. Zawsze starałem się w swoich tekstach nikogo nie chłostać, nikomu nie dokopywać, tylko próbowałem zrozumieć. Najwyżej czasem zażartować, po prostu tak mam rękę ułożoną.

Mówi pan, że rzeczywistość bywa nie do zniesienia, ale w piosenkach lubił pan dawać nadzieję.

– Absolutnie. Nawet w spektaklu „Młynarski obowiązkowo”, który przygotowałem dla Teatru 6. Piętro, jest lejtmotyw nadziei i wszystko kończy się piosenką, którą sobie bardzo cenię, napisaną z Jerzym „Dudusiem” Matuszkiewiczem – mianowicie „Jeszcze w zielone gramy”.

Nie potrafię pisać do końca pesymistycznie, przytłaczająco. Uważam, że nawet w najgorszych okolicznościach należy szukać iskierki nadziei, która gdzieś powinna być.

Ale w pisaniu traktował pan to jako rodzaj zadania?

– Nie, to raczej cząstka mojego światopoglądu.

To się ma czy trzeba w sobie wypracować?

– W znacznej mierze wypracować. Dlatego że będzie czym innym u człowieka bez większych doświadczeń, a czym innym, kiedy się już trochę to życie pozna, zgromadzi więcej materiału poznawczego, goryczy. Sztuką jest właśnie wtedy mieć w sobie nadzieję, ewentualnie wiarę. A najlepsza byłaby cała trójca: wiara, nadzieja i miłość, prawda? Okudżawa napisał kiedyś piosenkę „Trzy siostry: Wiera, Nadieżda i Lubow”. To coś, wokół czego człowiek ciągle się kręci.

Miałem szczęście mieć do czynienia z rzeczywiście ważnymi poetami piosenki, jakimi byli Brassens i Brel z terenu francuskiego czy Okudżawa i Wysocki z rosyjskiego. Piękne teksty pisali też Dylan i Cohen. U nich wszystkich te imponderabilia, pytania o sens życia się powtarzają, od tego się nie ucieknie. Tylko że częstokroć oni co innego na to odpowiadają.

Pan co by odpowiedział?

– Znowu w trudne mnie pani rejony kieruje. Ale generalnie rzecz biorąc, uważam, że życie ma sens. Absolutnie.

Jeżeli już umiemy nim kierować, z pewnych spraw rezygnować, a na pewne się decydować, to warto podejmować ryzyko. Wierzę w jakiś wyższy porządek nad moją głową, powiedzmy – układ gwiazd. Oczywiście to nie fatum, coś zapisanego i niezależnego ode mnie, ale w ramach tego, co jest, mogę próbować rozegrać swoją grę.

A ten wyższy porządek?

– To szalenie osobiste, bo każdy z wiekiem, z doświadczeniem coś sobie pod tę ideę podkłada. Wiąże się to z tym, o czym mówiliśmy, to znaczy z sensem. Ktoś zaplanował ten sens i ktoś dba o to, żeby ten sens się realizował. Nie należy tego łączyć, broń Boże, z obecnością i rolą Kościoła. To moim zdaniem porządek niezależny.

Co znaczą dzisiaj dla pana słowa „jeszcze w zielone gramy”?

– Chyba zawsze chodzi o to, żeby sformułować myśl pełną nadziei wbrew sytuacji, która często temu zaprzecza, kiedy „Jeszcze na strychu każdy/ klei połamane skrzydła”…

I „bądźmy jak stare wróble…

-…które stracha się nie boją”. Tak.

Pan się nie boi?

– Tam nie mówię, że się nie boję, tylko żeby lepiej się nie bać. Nie chcę tego specjalnie rozbudowywać, ale skoro mówimy o śmierci, nie chciałbym, żeby ona się stała jakąś opresją dla ludzi, dla świata, który mnie otacza. Wolałbym to zrobić tak, jak zmarł mój świętej pamięci dziadek, ojciec mamy – czytając „Pana Wołodyjowskiego”. Miał serce słabe, położył się, otworzył książkę i nad tą książką znaleziono go martwego.

Ale „Pana Wołodyjowskiego” by pan na coś zamienił?

– Powiem pani co innego. Napisałem niedawno wierszyk, w którym poruszam te sprawy, o których mówimy, a ma on sens mniej więcej taki: wiem świetnie, że mam jeszcze do zagrania skecz z partnerką. Ona wie, jak ja wyglądam, ja nie mam pojęcia, jak wygląda ona. Ale wiem dokładnie, jak ona zagra swoją rolę, natomiast nie wiem, jak ja zagram. Wiem tylko jedno, że chciałbym bardzo, żeby z jakichś powodów ona tej roli nie dograła. Wtedy krzyknę za nią na klatce: „Zapomniała pani kosy!”.

Rodzaj niezgody?

– Pożartować można.

To pana słowa: „Kocham cię, życie!”…

– Znowu utwór szalenie prosty, w jakimś sensie pokrewny z „Gram o wszystko”. Jest w nim afirmacja świata: „a ja się rzucam z nadzieją nową/ na budzący się dzień!” itd. Kiedy Edyta Geppert to zaśpiewała, miałem spory oddźwięk, także od ludzi, którzy mieli kłopoty, byli chorzy. Ta piosenka podtrzymywała ich na duchu. Takie jest moje podejście do świata i nie przypuszczam, żebym zaczął definiować je inaczej.

Jednak pisał pan też: „Mam złe lata i dobre dni”.

– Kiedyś w ZASP-ie spotkałem wspaniałego pana profesora Aleksandra Bardiniego. Ktoś go zapytał, jak się miewa, na co pan Bardini odpowiedział: „Wie pan, ja to mam złe lata i dobre dni”. Natychmiast do niego doskoczyłem i pytam, czy mógłbym tego użyć w piosence, a Bardini: „Płaci pan 10 zł”. Już Agnieszka Osiecka uważała, że ludzie mówią tytułami piosenek, tylko nie zdają sobie z tego sprawy.

Potem usiadłem i do tych słów dołożyłem całą resztę. Mam taką zasadę, że piosenkę piszę od końca. To znaczy wiem, jak się powinna rozpocząć, nie wiem, co będzie w środku, i wiem, że końcówka powinna wyskoczyć jak diabeł z pudełka. A sama robota jest żmudna i długa, o czym nie każdy dziś pamięta. Teksty różnych najmłodszych autorów nie sprawiają wrażenia, jakby były specjalnie domyślane, raczej nie są.

Bo teraz im gorzej, tym lepiej.

– Nie należy całkiem ulegać temu, co pani mówi. Byłem w Teatrze Polskim na kabarecie Pożar w Burdelu. Poza tym, że to jest za długie i nie ma formy, to znaczy ja bym to skrócił i inaczej uszeregował dramaturgicznie, to jest to pozycja interesująca, o niebo przewyższająca te różne kabarety znane z telewizji. Widać, że robią to ludzie inteligentni, którym o coś chodzi.

Urząd Patentowy nie zgodził się na zarejestrowanie nazwy „Pożar w Burdelu”, bo narusza „porządek publiczny”. Cenzura nie umiera, póki my żyjemy?

– Nie do pojęcia, jakimi jesteśmy hipokrytami. Ale nie porównujmy dawnych czasów z obecnymi. Środek ciężkości się przemieszcza i odnajdujemy go coraz to gdzie indziej, w związku z czym często może nam coś nie odpowiadać, ale książek nikt nam nie zabrania czytać. Nie ma cenzury. Ludzie czytają, nie czytają, jednak wychodzą te książki.

Ja, może kogoś rozczaruję, lubię dwa gatunki. Pierwszy to literatura biograficzna. Co czytałem ostatnio? Broniewskiego, Tuwima, księdza Twardowskiego… A drugi to solidnie zrobiony kryminał, np. Miłoszewskiego. Troszeczkę w starym guście, a la ” Zły” Tyrmanda. Nie czytam młodej poezji. Jeśli są jacyś poeci wielcy i wspaniali, ale tak zaszyfrowani, że długo trzeba ich rozpracowywać, by tę piękność dostrzec, to wolę Szymborską, Herberta, Miłosza. Ze skruchą wyznaję, że – jak napisałem w jednej piosence – „lubię wracać tam, gdzie byłem już”.

Tęskni pan za młodością?

– Każdy tęskni. Nie wierzę, żeby było inaczej. To jest tak, że kiedy jest się młodym, nie zna się wagi różnych spraw, tylko zatyka się nos i skacze na głęboką wodę. Potem przychodzi rozwaga, świadomość ceny, jaką się za wszystko płaci. Tęsknię za tamtą kondycją duchową.

Był pan szczęśliwy?

– Nie ma termometru, który to mierzy. Dopóki coś robię, działam, to jestem relatywnie szczęśliwy. Mnie się wydaje – jak kiedyś napisałem w piosence, którą śpiewa Hala Kunicka – że „szczęście to jest iść do celu, w drodze być…”. Więc ja uważam, że jeszcze tego celu nie osiągnąłem, może i nie osiągnę.

Zwykle problem jest z określeniem tego celu.

– Niech mi pani odpuści. To się wiąże z sensem, o którym mówiliśmy. Nadzieja, zawsze jest nadzieja!

I zawsze ją pan miał?

– Byłem wychowywany jako półsierota. Ja i moja siostra. Ojciec nas odumarł, kiedy był bardzo młody, w środku okupacji. Miałem wspaniałą, dobrą i mądrą mamę, która w życiowych sprawach nic mi nie nakazywała ani nie zakazywała, pozwalała myśleć samodzielnie, ale nieraz delikatnie podsuwała rozwiązanie. Jedną z najważniejszych chwil w moim życiu jest ta, kiedy się zastanawiałem, czy zostać na uczelni i pracować naukowo, czy wybrać drogę występu, estrady, kabaretu. I mama mnie nakierowała na to drugie, czego nie żałuję. W związku z czym powiedziałbym tak: w fachu, który obrałem, poza zdolnościami ważny jest łut szczęścia, zwłaszcza na starcie. Kiedy człowiek zostanie doceniony i w ślad za tym pójdą dalsze wydarzenia pozytywne, to myśli o życiu z nadzieją. W moim przypadku najpierw były teksty dla kabaretu Dudek i nagrody na festiwalu w Opolu, a potem to już poszło jak z kopyta. Dużo pisałem, byłem zawsze pracowity i to w miarę mi się sprawdzało. Są i tacy, którzy uważają, że są świetni, tylko świat się na nich nie poznał. Ja raczej do takich ludzi się nie zaliczam.

Pamięta pan coś z wojny?

– Urodziłem się w 1941 roku. Pierwsze moje wspomnienie to rok 1944. W dużym domu dziadków w Komorowie pod Warszawą stacjonowali Niemcy. Oni byli na parterze, a moja rodzina na piętrze. Pamiętam ręczne granaty, każdy z taką długą zawleczką, które były poustawiane w kątach na parterze. Na szczęście nie miałem świadomości wojny, byłem zbyt mały. Ale pamiętam pierwsze chwile po wojnie – jako w jakimś sensie dobre, wszyscy byli podnieceni, czekali, co będzie dalej.

W tym naszym domu komorowskim było takie jakby przedszkole. Byłem ja i miałem pięć sióstr, jedną rodzoną, reszta to kuzynki. Babunia mówiła, że jestem babski król. Do tego dochodziło jeszcze trochę dzieci z okolicznych domów. Wszystkimi zajmowała się moja mama, która jednocześnie pobierała lekcje śpiewu. W związku z tym w domu odbywały się wspólne popisy, śpiewano przy fortepianie. Starsza siostra mojej mamy, Maria Kaczurbina, świetna kompozytorka piosenek dla dzieci, zapraszała kolegów z konserwatorium i organizowała w domu koncerty chopinowskie. Poza tym występował u nas ostatni chyba w Polsce melorecytator. Któż to taki? On dawał koncert, podczas którego grał na fortepianie i recytował wielką literaturę: „Karmazynowy poemat” czy „Panią Słowacką” Lechonia albo „Fortepian Chopina” Norwida. Ja i moja siostra początkowo nie poszliśmy do szkoły, tylko uczyliśmy się w domu. Przychodziła do nas taka pani i mnie katowała, bo usiłowała nauczyć nas francuskiego. O ile moja siostra coś mówiła, o tyle ja kompletnie nic. Mało tego, przyjeżdżał straszny pan, który miał nas nauczyć gry na fortepianie – chowałem się pod łóżko i nie było siły, żeby mnie stamtąd wyciągnąć. Po latach żałowałem.

Pan taki przekorny był trochę?

– Lubiłem się nie zgadzać. Byłem i jestem zdania, że jakakolwiek sensowna działalność bierze się z przemyślanej przekory. Już jako młody chłopak miałem w sobie myślenie satyryczne o rzeczywistości, która mnie otacza, i na swój sposób dawałem temu dowód.

Do podstawówki poszedłem od trzeciej klasy, byłem strasznym łobuzem, ciągle miałem obniżony stopień z zachowania. Potem trafiłem do liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Chodziłem na wagary, paliłem papierosy, ale wyciągnęła mnie z tego polonistka, pani Ostrowska. Widać uznała, że coś tam ze mnie może być. Prowadziła kółko polonistyczne, z którym jeździliśmy na przedstawienia do Warszawy, głównie do Dramatycznego. Do dzisiaj pamiętam „Iwonę, księżniczkę Burgunda” z Barbarą Krafftówną i „Diabła i Pana Boga” z Holoubkiem. Robiliśmy szkolne widowiska, a ponieważ miałem już skłonność do pisywania satyrycznych kupletów na znane melodie, to raz w miesiącu dawaliśmy z przyjaciółmi występ humorystyczny „Odkurzaczem po szkole”, ale wpierw pan dyrektor sprawdzał, czy to wykonać wolno.

Od najmłodszych lat byliśmy z siostrą wychowywani w świadomości, że jeden okupant zastąpił drugiego. Dziadek, ojciec mamy, był przed wojną dyrektorem banku rolnego, ale ponieważ nie zapisał się do partii, nie mógł wrócić na stanowisko. Ciocia Kaczurbina dostała pracę w Polskim Radiu w redakcji audycji dla dzieci i młodzieży i wciągnęła moją mamę, która musiała tam odbywać jakieś kretyńskie szkolenia propagandowe, inaczej by pracę straciła. Ale myśmy dokładnie wiedzieli, co myśleć.

Panu partii nie proponowano?

– Kiedy zrobiłem dyplom, ojciec kolegi zaprosił moją mamę i mnie i mówi: „Mój syn już się zapisał, niech i Wojtek się zapisze. Jeśli tacy ludzie nie będą się zapisywali, to w partii zostaną sami przeciętniacy”. Mama powiedziała: „Synku, my chyba wyjdziemy”, i wyszliśmy. Drugi raz namawiano mnie, kiedy pracowałem w telewizji w redakcji rozrywkowej. Regularnie nachodził mnie pewien kierownik produkcji i namawiał: „Panie Wojtusiu, ja to się panu dziwię naprawdę, że pan się nie zapisze do tego PZPR-u. I mieszkanie by pan dostał, i samochód lepszy…”. Odpowiadałem: „Proszę ode mnie odejść”.

Natomiast jak jeździłem na zagraniczne wyjazdy, załatwiane zawsze przez Pagart, to jeździł ze mną tzw. opiekun, który potem meldował, co i jak. To była najczęściej ta sama osoba. Pamiętam nazwisko, bo kojarzyło mi się ze słowem pobieda, mianowicie Pobiedziński. Kiedyś mnie wezwano, powiedziano, że tym razem pan Pobiedziński nie jedzie i żebym ja notował, co ludzie mówią i co mi się nie podoba. Odpowiedziałem, że w takim razie nigdzie nie jadę.

Dla mnie wyraźną cezurą był rok 1968. Wcześniej mówili, że budujemy socjalizm z ludzką twarzą – wtedy nie miałem wątpliwości, że ludzkiej twarzy to on nie ma, raczej pałę, którą przykłada tym i owym. Ale sam nigdy nie musiałem się bać, nie czułem bezpośredniego zagrożenia.

A teraz? Niektórzy straszą wojną.

– Jeśli jesteśmy w NATO, w Unii, to jesteśmy może nie zabezpieczeni, ale mniej osamotnieni. Plagą współczesności jest wszelkiego rodzaju fundamentalizm, terroryzm i ta imperialna chęć Rosji podporządkowania sobie innych. Oczywiście Rosjanie są czymś innym niż Rosja. Wspaniali ludzie, cudowna literatura to jedno, a rosyjski imperializm to drugie. Trzeba umieć to oddzielić, absolutnie. Okudżawa, Wysocki, dla mnie to są fundamenty.

Nie każdy poeta miał taki fart. Rozmowa z Olgą Arcymowicz-Okudżawą, wdową po legendarnym pieśniarzu i poecie

Które utwory?

– Musiałbym wymienić dużo, ale jedną z takich bolesnych piosenek Okudżawy, trafiających w świadomość, są „Trzy miłości”, które kiedyś tłumaczyłem. Okudżawa był genialny.

Poświęcił mu pan piosenkę „Majster Bułat”.

– Właściwie cokolwiek by napisał, to poruszało serce i umysł, a jednocześnie dowodziło, jak można prosto, pięknie, mądrze i przede wszystkim uczciwie pisać o świecie. Wysockiemu trafiały się bardziej rozwichrzone utwory, nie podlegał takiej samokontroli jak Okudżawa, ale też miał kilka przebłysków geniuszu. Moja znajomość z twórczością Wysockiego zaczęła się od tego, że do rąk wpadł mi tzw. magnitizdat, dziesiątki razy przegrywane z taśmy na taśmę jego koncerty, na których były te wspaniałe piosenki, m.in. utwór pt. „W górach” o zdobywaniu górskich szczytów, który kończy się słowami: „zachłyśnij się radością swą/ nim zaczniesz zazdrościć temu, co/ zaczyna marsz i niezdobyty przed sobą ma szczyt…”.

Teraz w Rosji unosi się rodzaj czadu, który zatruwa jej obywatelom głowy, i jeszcze długo poczekamy, żeby to z tych głów wywietrzało.

Pisał pan, że „wojna nigdy nie jest daleko”.

– Utwór na te czasy, a napisałem go dawno temu. Pięknie to śpiewała Kinga Preis. Przypomniał mi się wiersz Josifa Brodskiego „Piosenka o Bośni”, o tym, że ludzie giną, niesłychanie aktualny: „W chwili, gdy strzepujesz pyłek,/ jesz posiłek, sadzasz tyłek/ na kanapie, łykasz wino -/ ludzie giną”.

Jest chińskie powiedzenie „bodajbyś żył w ciekawych czasach”, a ja napisałem kiedyś tekst, że chciałbym troszeczkę pożyć w czasach nieciekawych, normalnych.

Do niedawna było całkiem nieciekawie.

– Nagle się okazało, że to wszystko jest kruche i że ciągle trzeba na rzecz tej normalności mądrze działać. A nam jeszcze w Polsce przeszkadza, że jesteśmy ciągle skłóceni, nie ma u nas tego „pogadaj ze mną”, które proponuję. Z tego też nic dobrego nie wynika. Tylko ciągłe inwektywy, spory, napuszczanie jednych na drugich.

Tu prawie każdy chce być prezydentem.

– Mogę streścić wierszyk, który na ten temat napisałem. Obserwując kandydatów na urząd prezydenta, żadnego z nich nie skreślam, żadnego z nich nie deprecjonuję, bo oni mi są wszyscy potrzebni jako tło. I kiedy na tym tle pojawi się ktokolwiek trzeźwy, rozsądny, mądry, to urośnie do nie wiem jakich rozmiarów.

Tak że ja liczę na tło.

Jak będzie druga tura, tło się skurczy.

– Też myślę, że będzie druga tura, ale staram się być zdroworozsądkowy w tym myśleniu. Komorowski się ostanie. Nie mamy alternatywy. Mówię za siebie. Kompletnie nie mam się z kim identyfikować, poza pewnymi ludźmi i opiniami wypływającymi właśnie z Platformy, która ma mnóstwo wad, popełnia mnóstwo błędów, ale gdzieś tam jest w miarę normalna, a ja, jak mówiłem, jestem za tą normalnością.

To doszliśmy do tematu, czemu ta wolność taka trudna.

– Krótko i świetnie ujął to Wysocki w piosence, która zaczyna się „Rzućcie kundlom padlinę”, a kończy: „Dali mi wczoraj wolność!/ Dali… I cóż mi po niej?”. U nas tak jest. Tę wolność żeśmy wywalczyli, ale mówiąc o wolności, każdy miał na myśli troszeczkę co innego. I dopóki ludzie nie dogadają się ze sobą, porzuciwszy demagogię, populizm itd., dopóty tkwić będą w kleszczach tej sytuacji.

A pan jakiej wolności chciał?

– Rozumnej.

To myślenie życzeniowe. Pan wymaga inteligencji.

– A czego ja mam wymagać, na litość boską?!

Ja się opieram na autorytetach, myślę o takich ludziach jak Stefan Kisielewski, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń… Na tym opieram moją tradycję.

Pan zawsze liczył na naszą zbiorową mądrość, a może…

…się przeliczyłem?

Zacytuję klasyka: „Sam pan widzi, jaką mamy sytuację”.

– Napisałem teraz taki satyryczny tekst, który się nazywa „Polaków portret własny”. O malarzu, który namalował transformację, ale po 25 latach doszedł do wniosku, że trzeba ten obraz trochę przemalować. Bo on namalował zbiorową mądrość, a widzi, że teraz musi ją zastąpić zbiorową głupotą.

Byliśmy mądrzy, a jesteśmy głupi?

– Powodów tej przemiany jest wiele, ale przede wszystkim naród nie może istnieć bez autorytetów. Zwracam na to wielką uwagę. Potrzebny jest szacunek dla tradycji, a u nas tej tradycji się nie kontynuuje – autorytety zostały podważone, oplute. Jeśli uważa się, że wszystko zaczyna się ode mnie, a przede mną już kompletnie nic nie było, to wtedy nie ma na czym budować.

Ten nasz nowy wspaniały świat często musi podważać tradycję, żeby gej mógł zostać prezydentem miasta, osoba transseksualna kandydować na prezydenta, żeby mogła przejść ustawa antyprzemocowa…

– Niech ludzie żyją sobie, jak chcą, byleby nie czynili zła. Tak mnie mama uczyła: żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał.

Tacy, co wołają: „Nie czyńcie zła”, raczej co innego mają na myśli niż pan.

– Na tym właśnie polega ten specyficzny polski dualizm, rozdwojenie jaźni. Mówi się jedno, a dla każdego to co innego znaczy. Niezmiernie przykre zjawisko. Ale totalnie czarnego obrazu nie maluję. Mamy ludzi mądrych i rozsądnych, tylko ich możliwości sprawcze, ich reprezentacja społeczna są niewielkie, to znaczy stajemy się społeczeństwem niszowym.

To inteligencja tę wolność przegrała?

– Wierzę, że nie przegrała i tu czy ówdzie będzie się odradzała, ale na razie inteligencja w sensie nawet nie klasy społecznej, ale tego, co Polacy mają w głowach, IQ jest w odwrocie. Ten problem będzie narastał, a niestety nie da się go naprawić drogą administracyjną ani dekretem. Edukacja musi trwać od domu, przez szkoły, bez końca. Nie wolno tego porzucać. W końcu musi dojść do próby przeobrażenia społeczeństwa. Jest nadzieja, że trwała niezgoda na zbiorową głupotę zaprocentuje.

Trochę memów SOKzBuraka.

ILE JESZCZE PODOBNYCH AFER UKRYWAJĄ? GDZIE JEST TEN ICH MORALNY PRZYKŁAD? To jest dojna Polska, o której mówił Duda

DYMISJA ZA DYMISJĄ. TO JEST PRAWDA, ŻE JUŻ NAWET ŻOŁNIERZE NIE WIEDZĄ, KTO AKTUALNIE I CZYM DOWODZI…

GENERAŁOWIE NIE WYTRZYMUJĄ KŁAMSTW MACIEREWICZA. CORAZ OSTRZEJ KOMENTUJĄ TO, CO SIĘ DZIEJE Z POLSKIM WOJSKIEM

A GDZIE „DZIĘKUJĘ”???

EUROENTUZJAZM U KACZYŃSKIEGO??? TO JAKIŚ ŻART.

TEGO PiS SIĘ NIE WYPRZE – POLACY PRZYPOMINAJĄ.

Felieton Waldemara Mystkowskiego.

Marszałek Sejmu uczy się komunikacji z mediami za 10 tys. zł miesięcznie.

PiS potwierdza – a nawet poszerza – PRL-owskie powiedzenia, które mają szanse zostać przysłowiami. Kadry partii Kaczyńskiego nie grzeszą kompetencjami, bo te są przeszkodą. Dyplomacja jest przeszkodą dla Waszczykowskiego, bo to żmudne zajęcie, które nie pozwala powstać z kolan. A politycy PiS powstają z kolan i zwykle zaraz leżą.

Waszczykowski przynajmniej potrafi mówić, nie zawsze do rzeczy, ale potrafi, a taki Marek Kuchciński – przypomnę: druga osoba w państwie – nie potrafi mówić, ale czytać – tak. Właśnie ta druga osoba w państwie wyszła wraz z PRL-em z analfabetyzmu i dzięki temu w państwie PiS tak wysoko zaszedł.

O jego innych walorach mało wiemy, a gdy już-już mamy się dowiedzieć, dochodzi do takiego incydentu, jak z posłem Platformy Obywatelskiej Michałem Szczerbą. Kuchciński albo nie zrozumiał regulaminu Sejmu, albo się zdenerwował i nie odczytał gestów swego pana i władcy Kaczyńskiego, albo jeszcze coś innego – i uciekł, w tym wypadku przeniósł posiedzenie Sejmu do Sali Kolumnowej. Jak ktoś bystro zauważył, mógł w ogóle nie przenieść obrad Sejmu albo przenieść na Nowogrodzką, bo opozycja jest zbędna. Opozycja jest totalna i nie głosuje, jak prezes przykazał.

Kuchciński wyciągnął wnioski z grudniowej wpadki (16 grudnia 2016) i chce podnieść swoje kwalifikacje. Co prawda uczy się nie za swoje, ale za państwowe (wszak to druga osoba w państwie). Uczy się komunikacji z mediami. Na czym one polegają? Czort wie. W każdym razie Kuchciński kosztuje podatników miesięcznie 10 tys. zł. Na razie umowa z firmą specjalizującą się w komunikacji zawarto umowę na pół roku.

Wygląda to na kurs marksizmu-leninizmu. Czy po pół roku Kuchciński już nie będzie pisał na kartkach normalnymi literami: dzień dobry, ale dużymi literami, wersalikami – dla niego przystępne i zrozumiałe określenie: wielkimi bukwami? Chyba tak! Bo Kuchciński jest niereformowalny w komunikacji, w ogóle niereformowalny, tak ten typ ma.

W tym aspekcie spełnia w dwójnasób PRL-owskie powiedzenie: „nie matura, a chęć szczera, zrobią z ciebie oficera”. Do tego komuszego idiomu należy dodać: oficera pisowskiego.

A my co z tego mamy? Dużo, bardzo dużo. Bo przecież druga osoba w państwie mogłaby robić kursy leninowsko-marksistowskie z zakresu medycyny, a nawet chirurgii. I tak mogłoby się zdarzyć: zapadasz na zdrowiu, mają ci to i owo usunąć albo naprawić, a tu na sali operacyjnej w czepku lekarskim zjawia się dr Kuchciński, jak w polsatowskim serialu „Daleko od noszy”.

Jakbyś się zachował? Ja nawet martwy mało miałbym z posła Szczerby i nie powiedziałbym „Panie marszałku kochany, odłóż ten skalpel„. Raczej doprowadziłbym do sytuacji, iż Kuchciński znalazłby się w roli pacjenta. I powiedziałbym klasyką zrozumiałą dla pisowców: „zemsty nie będzie!”

Od drugiej osoby w państwie niemal wszyscy w tym kraju są lepsi. Bo tak naprawdę Kuchciński jest drugą osobą w państwie na wspak. A 60 tys. zł poszło w błoto, gdyż Kuchciński to pacjent niereformowalny.

TRUDNO SIĘ Z WŁADKIEM NIE ZGODZIĆ.

>>>

CZY W KWESTII PANÓW POTRZEBNY JEST LEPSZY KOMENTARZ NIŻ KUŹNIARA? 🙂

c5tr2-jwaaauo16

Publicysta „Wyborczej” Paweł Wroński pisze do prezesa Kaczyńskiego. Panie Prezesie, zadeklarował Pan właśnie w Sejmie, że PiS jest formacją „ludzkich panów”. Dlaczego więc znęca się Pan nad marszałkiem Kuchcińskim? Tak nieludzko?

dominika-wielowieyska

Panie Prezesie, dlaczego pan marszałka unieszczęśliwia?

kuchcinski

Zdecydował Pan, że marszałek Kuchciński pozostanie marszałkiem. Stwierdził Pan łaskawie: – Pan marszałek Kuchciński pracuje na takiej niwie, którą można najkrócej określić – likwidacja w Polsce tego zespołu patologii społecznych, które się nazywają postkomunizmem. I doskonale pracuje. I dlatego będzie miał piękne miejsce w polskiej historii i dlatego dzisiaj pozostanie dalej marszałkiem Sejmu.

Wynik głosowania był do przewidzenia – PiS ma bezwzględną większość głosów w Sejmie.

Jednak przecież nawet Pan i posłowie PiS widzieli, że 16 grudnia w zasadzie bez powodu wykluczył marszałek z obrad posła PO Michała Szczerbę, kiedy chciał on zgłosić poprawkę w sprawie Sinfonia Varsovia. Zagubił się marszałek, nie pierwszy zresztą raz. Widać wyraźnie, że pozorami buty i brutalności maskuje nerwowość i przerażenie.

Wielokrotnie dopiero Pański gest palcem powodował, że marszałek Kuchciński wyłączał mikrofon któremuś z posłów opozycji, gdy jego słowa raniły Pańskie delikatne uszy. Gdy marszałek nie był w stanie sobie poradzić z porządkiem na sali, sam Pan musiał kierować do akcji Joachima Brudzińskiego – człowieka bardziej pozbawionego skrupułów.

Klub Kukiz’15, widząc słabość marszałka Kuchcińskiego, oferował Panu niedawno do roli wykidajły wicemarszałka Stanisława Tyszkę. To uwłaczające. Macie przecież tęgich wykidajłów.

16 grudnia, gdy doszło do sejmowego kryzysu, wiarygodne źródła z PiS mówiły, że Kuchciński chciał ustąpić opozycji, a potem podać się do dymisji. To Pan zmusił go do przeprowadzenia głosowania w Sali Kolumnowej, które okazało się kompromitacją PiS-u. Nikt bowiem nie był w stanie udowodnić, czy było kworum, ani stwierdzić, jak liczono głosy. Potem Kuchciński załamał się, zniknął, obejmował drzewa w Beskidzie Wyspowym. Kluczowe rozmowy w jego imieniu w Warszawie prowadził marszałek Senatu Stanisław Karczewski.

Panie Prezesie, gdy Mały Książę wylądował na planecie 325, spotkał tam monarchę, który wyjaśnił mu odpowiedzialność, jaka ciąży na władcy absolutnym: „Jeśli rozkażę generałowi, aby jak motyl przeleciał z jednego kwiatka na drugi albo zamieniał się w morskiego ptaka, a generał nie wykona otrzymanego rozkazu, kto będzie miał rację, on czy ja?”.

Panie Prezesie, marszałek Kuchciński nie poleci ani jako motyl, ani jako morski ptak. Z jego biografii wynika, że jako technik ogrodnik interesuje się kwiatkami, próbował studiować historię sztuki, kocha muzykę. Dlaczego Pan go unieszczęśliwia, o Ojczyźnie nie wspominając.

c5tcfv3xaaaj2n9

Waldemar Mystkowski pisze o Szydło i Kownackim, którzy zrzucili kolejna winą na Platformę Obywatelską.

c5wyoxjxaaagfdi

Kownacki z partii katastrofy

Wychodzi na to, że Beata Szydło wykorzystywała wojskowy samolot CASA jak taksówkę. Latała do domu wekend w weekend i wyszło tego ok. 70 razy. Premier jest osobą chronioną. I bodaj tutaj zaczynają się schody dla naszych polityków, którzy nie są nazbyt lotni.

Co to znaczy być chronionym? Oczywiście, przed nieszczęśliwymi wypadkami, przed wrogiem i – bodaj w polskich warunkach najważniejsze – przed sobą. Po to zostały stworzone procedury, aby znieść odpowiedzialność personalną. Przestrzegasz kolejnych etapów bezpiecznego postępowania, nic złego nie nie powinno ci się stać. Ryzyko takie, że bookmacher nie powinien przyjmować zakładów na nieszczęście jakiegoś polityka. No, ale żyjemy w Polsce. Ryzykownym jest być Polakiem, bo polityków mamy nienadających sie na polityków, a tacy zawsze zwiększają ryzyko dla innnych, dla życia publicznego i naszego powszedniego.

A na pewno ryzykowni są politycy PiS, których władza w dużej części składa się z następujących po sobie nieszczęść. Nieszczęściem była IV RP w latach 2005-2007, nieszczęśliwa była prezydentura Lecha Kaczyńskiego i mamy nieszczęście bieżące, które zaczęło się wraz z prezydenturą Andrzeja Dudy w 2015 roku. Wypadek za wypadkiem: Duda, Macierewicz, Szydło. Można zadać pytanie: kto następny, ale też z nieszczęściem jest tak, że powtarza osobę, której dotknie . Szydło więc sobie latała nie przestrzegając rygorystycznych procedur lotniczych dotyczących VIP-ów nazwanym HEAD, lecz nie miała wypadku w powietrzu, ale na ziemi. Tutaj też wszystkie znaki na ziemi wskazują, iż nie dochowano procedur dla pojazdów uprzywilejowanych.

U bookmachera można zatem obstawiać zakłady, czy młody kierowca zostanie przez machinę rządową PiS wrobiony. To raczej pewnik, niewiadomym jest: w jaki paragraf. Spójrzmy jednak do góry, tam wszak nie jeżdża samochody, bo to jeszcze nie rzeczywistość science-fiction „Piątego elementu”, w której za kierownicą zasiadałby Bruce Willis.

Można powiedzieć, niech Szydło się cieszy, iż na 70 lotów, w których nie dochowano procedur, nie zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, tj. zbieg okoliczności, jak w Smoleńsku. U góry nieszczęścia kończą się tragiczniej niż na ziemi. Szydło ma zatem więcej szczęścia niż 96 ofiar smoleńskich. Opozycja zatem zadała pytanie – bo dmucha na zimne – jak zachowywane były procedury HEAD, bo jest nauczona przykładem, że znowu na nich zostanie zwalona wina. Wydawałoby się, że nie ma krzty winy opozycji w głośnej aktualnie wycince drzew, ale ta właśnie Szydło znalazła im winę: nie uczestniczyli w głosowaniu uchwały w Sali Kolumnowej, do której nie zostali dopuszczeni.

Opozycji w Sejmie odpowiedział zastępca Macierewicza, wiceminister Bartosz Kownacki. I nie jest gołosłownym, iż Macierewicz dobiera sobie ludzi wg znanego mu wzorca, Kownacki to taki Misiewicz z sąsiedniej sali. Nie z „Piątego elementu”, ale z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Najpierw podzielił loty Szydło przez dwa. Zgadza się, bo 70 podzielić przez 2 jest 35. Tyle razy wg Kownackiego wylatała Szydło. A jak z procedurami HEAD? I tutaj mamy słynne pisowskie powiedzenia godne siostry Ratched: „Macie najmniejsze prawo, żeby o tym mówić, macie na rękach krew 96 ludzi”.

I telewizji nie będzie, siostra Ratched schowała pilota, odpowiedzi nie będzie. Ten Kownacki nie jest szczególnie lotny, jako napisałem jeszcze jeden Misiewicz. I takich potrzebuje pacjentów Kaczyński, mają mówić od rzeczy, a nie odpowiadać na rzeczowe pytania. Mają swoją nieprofesjonalność zwalać na innych. Taka to pisowska podłość codzienna. Opozycja zaś do nich podchodzi z pelnym miłosierdziem i chce chronić przed nimi samymi. Nie da się, PiS twardo stoi za swoim nieszczęściem, partia katastrofy.

kinga-gajewska

Kleofas Wieniawa pisze o prawnikach, którzy nie poddają się kaczyzmowi.

pan-kaczynski

Jarosław Kaczyński właśnie ogłosił, że pochodzi z resortu panów, acz bardzo wątpię, czy płynie w nim szlachetna krew. Ten jego resort ( „Jesteśmy ludzkimi panami, bo jesteśmy panami, w przeciwieństwie do niektórych”) niepokojąco przypomina „rasę panów”.

Z kolei prawnicy nie godzą się na bezprawie „pana” Kaczyńskiego. Ośmiu sędziów Trybunału Konstytucyjnego – w tym „pisowski” sędzia Piotr Pszczółkowski – próbuje spotkać się z prezes TK Julią Przyłębską w sprawie „niepokojących problemów występujących w TK”, bo Trybunał praktycznie nie pracuje.

Bezprawiu pisowskiemu chcą się przeciwstawić polscy prawnicy, którzy organizują 3 marca w Katowicach ogólnopolską konferencję pod hasłem „Kryzys sądownictwa konstytucyjnego a rozproszona kontrola zgodności prawa z Konstytucją RP”.

Ideę katowckiej koferencji jeden z prawników tak tłumaczy: „Jak podchodzić do orzeczeń TK, kiedy Trybunał stwierdza na przykład konstytucyjność ustawy, a sędzia w jakimś sądzie ma inne zdanie? Czy może wtedy powiedzieć, że nie stosuje się do orzeczenia TK?”

Zaś rzecznik Krajowej Rady sądownictwa sędzia Waldemar Żurek ostrzega: „Konferencja to przestroga dla polityków, aby coś zrobili z narastającym problemem. Bo gdy sprawa wadliwości orzeczeń TK wyjdzie z Polski, to potem wróci w postaci skutków finansowych, co nas zaboli”.

Konferencja zapowiada się intelektualnie intrygująca, obejmie m.in nastepujące panele: „Problem sytuacji prawnej Trybunału Konstytucyjnego”, „Wadliwość wyroku TK a jego moc obowiązująca”, „Problem rozproszonej kontroli konstytucyjności prawa w Polsce – nowe otwarcie?”.

„Rasa panów” z „panem” Kaczyńskim na czele będzie miała do czynienia z powszechną frondą nieposłuszeństwa obywatelskiego.

W tejże samej debacie, w której Kaczynski zdefiniował się jako pan, miało miejsce ciekawe retorycznie wystąpienie i dlatego wierzę, że dobre mowy polityczne są w kraju możliwe, choć język polski został mocno zdeptany m.in przez „pana” Kaczyńskiego (prezes nie słucha nawet Jadwigi Staniszkis, która go namawia do czytania, do poszerzenia wiedzy). Mowę tę zaserwował Michał Kamiński, za którym nie przepadałem, al;e oddaje mu honor, mówił do Marka Kuchcińskiego:

„Ani pan, ani pana kompani, ani wreszcie ten, który w ponurym procederze niszczenia naszej demokracji wypełnia sprawstwo kierownicze – nie unikniecie wyroku i sądu, przynajmniej historii. Tak, jak nie uniknęli go ci, którzy w latach 20 i 30-tych pod hasłami sanacji – czyli ówczesnej “dobrej zmiany” – zostawili Polskę w prawdziwej ruinie. Im także towarzyszyła swoista polityka historyczna i oni wstawali z kolan, byli silni, zwarci i gotowi. Oni bredzili o koloniach, tak jak wy bredzicie o przywództwie w Europie i Międzymorzu. U początku ich drogi, zakończonej klęską ’39 roku, także leżało upokorzenie polskiego parlamentaryzmu. Potem były pobicia niewygodnych polityków, potem była brutalna cenzura, procesy polityczne i złowrogie wycie – jak pisał genialny poeta – psów policyjnych w Łucku. Ale wtedy, gdy zaczynali od upokarzania polskiego Sejmu, ówczesny jego marszałek Ignacy Daszyński, odpowiedział Piłsudskiemu: “Ja pod lufami Sejmu nie otworzę”. Pan stanął przed nieporównanie mniejszym wyzwaniem i – co tu dużo mówić – nieporównanie mniejszym przywódcą”.

lekcja

>>>

c2tm9oywqaeshvv

POTRZEBUJĄ HOTELU Z BASENEM I APARTAMENTÓW DO SPANIA? Kto za to płaci? Przecież nie wyjmują z prywatnych kieszeni

c2u5xstw8aevq1b

Z CYKLU: „POLACY MÓWIĄ WŁADZY”. Dla wolnego miasta Poznań SZACUNEK !!!

brytyjski

• Janusz Gajos skrytykował prezesa PiS w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”
• Kaczyńskiego określił „emerytem, który wciela marzenie, by być zbawcą narodu”
• Aktor zarzucił też prezesowi PiS, że „jest mistrzem w dzieleniu narodu”

janusz-gajos-2

–  To jest gorzkie zwycięstwo pana prezesa. W dzieleniu narodu jest mistrzem. Wystarczą „my” i „oni” i od razu się lepiej rządzi – powiedział o Jarosławie Kaczyńskim Janusz Gajos w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej”. Aktor przypomniał stary wywiad z prezesem PiS, w którym miał on deklarować, że chciałby być „emerytowanym zbawcą narodu”. – Zwykłemu emerytowi dużo się wybacza. Wolno mu być ekscentrykiem, ale żeby na siłę zmieniać historię, uczyć dzieci i młodzież, że jest się zbawicielem, to po prostu „ciary po plecach idą” – ocenił Gajos i dodał: – Istotnie, zacząłem się bać.

TAKI POMYSŁ JEST. KTO JEST ZA?

c2xxuqtwgaajigj

SKANDALICZNA WYPOWIEDŹ KACZYŃSKIEGO W RADIO ŁÓDŹ. KPINA Z NIEPEŁNOSPRAWNYCH I PROTESTUJĄCYCH. JAK MOŻNA TAK OBRAŻAĆ?

c2un5cvxgachgwj

News z 1960 roku.

c2w8h4ouaaerzrd

EPISKOPAT POWINIEN NAUCZYĆ SIĘ TEGO NA PAMIĘĆ.

c2xnf5sxaaaxilp

A Stonoga rzecze:

stonoga

• Kaczyński o KOD: „niektórzy byli pracownikami organów bezpieczeństwa”
• „Widać tam troszkę twarzy osób specjalnej troski” – dodał prezes PiS
• Stwierdził też, że opozycja powinna być ukarana za blokowanie mównicy 16.12

tomasz-siemoniak

– Ja się tym w najmniejszym stopniu nie przejmuję, tym bardziej że patrząc na twarze tych osób, to po pierwsze – to jest tylko domysł, ale obawiam się, że niektórzy z nich byli pracownikami dawnych organów bezpieczeństwa, z kolei też wydaje mi się, że widać tam troszkę twarzy osób specjalnej troski. Nie wygląda to groźnie – tak Jarosław Kaczyński odpowiedział na pytanie Radia Łódź o protesty KOD i to, że został wygwizdany. Prezes PiS nie chciał doprecyzować, co znaczy „specjalnej troski”. – Nie będę tego precyzował, wszyscy wiedzą, co to znaczy – stwierdził. Dodał, że blokowanie mównicy przez posłów opozycji było „swego rodzaju przemocą”, która w „jego przekonaniu” powinna zostać ukarana. – Ale decyzja należy do prokuratury i sądu – stwierdził.

(NOWA ORDYNACJA WYBORCZA JUŻ GOTOWA. PiS RUSZA PO POLSKIE MIASTA. NIE WOLNO IM NA TO POZWOLIĆ. TRZEBA BĘDZIE RUSZYĆ DUPSKO I PÓJŚĆ NA WYBORY)

c2up_ikw8aalnzn

W jakiej atmosferze przebiegło spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z łódzkimi działaczami PiS?

Przed budynkiem gdzie odbywało się spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z politykami PiS protestowało kilkadziesiąt osób, m.in. działaczy KOD i PO. – 13 grudnia spałeś do południa – to jedno z haseł, które wykrzykiwali protestujący. Prezes PiS w trakcie swojego przemówienia do polityków stwierdził, że planem PiS jest wygranie wyborów samorządowych w 2018 roku oraz parlamentarnych rok później. Wspomniał też, że szykuje reformę mediów. – Chcemy, aby dążyły do prawdy, a nie opowiadały się za jedną stroną – stwierdził.

c2u7kznwqaefzpr

Prezes PiS jeździ po kraju w związku z wyborami samorządowymi w 2018 roku. W wywiadzie dla TVP Katowice tłumaczył, że chodzi o „operację aktywizacji partii”. Coraz więcej mówi też o zmianie systemu wyborczego. Wczoraj ten temat pojawił się zarówno w Katowicach, jak i w Łodzi.

c2u89f9xuaixrav

Rozmowy z działaczami PiS w Katowicach były zamknięte dla mediów, jednak na Twitterze Prawa i Sprawiedliwości umieszczonych zostało kilka wypowiedzi prezesa.

– Wszystkie wybory są ważne, ale te samorządowe mają szczególną wagę. Wynik wyborów samorządowych wpływa znacząco na wybory parlamentarne – miał tłumaczyć lokalnym działaczom. Powtórzył, że PiS w każdym województwie powoła pełnomocnika do spraw wyborów samorządowych. Dodał, że najistotniejszym elementem jest zmiana ordynacji wyborczej.

c2vjzcbwgamejhc

Temat poruszył także w rozmowie z TVP Katowice. – Pierwszy rodzaj to zmiany zmierzające do tego, aby ewentualne próby fałszowania wyborów były bardzo trudne. Bo u nas ordynacja wyborcza nie jest z tego punktu widzenia dobrze skonstruowana – przekonywał.

Podkreślił, że chodzi o wprowadzenie przezroczystych urn, kamer internetowych w każdym lokalu wyborczym, czy przechowywania kart do głosowania przez długi czas.

„… a skończywszy na sposobie liczenia, który powinien być tak dokładnie określony, żeby było wiadomo, że to jest przez cały czas pod kontrolą, że wszyscy członkowie komisji wyborczej muszą w tym uczestniczyć, że to nie może być robione gdzieś na boku – wskazał.”

– To są też takie kwestie, jak produkcja kart, która dziś jest rozproszona i to też może prowadzić do różnych nadużyć – ocenił.

„No i sprawa zupełnie zasadnicza: wybory nie mogą być organizowane przez tych, którzy są zainteresowani ich wynikiem – przecież do tej pory tak to w Polsce wygląda – stwierdził prezes PiS.”

Te same stwierdzenia powtórzył w rozmowie z TVP3 Łódź.

„Obywatel podlega manipulacjom”

Prezes PiS chce, aby ograniczenie liczby kadencji (chodzi o zasadę dwóch kadencji dla tych, którzy pełnią funkcje jednoosobowe, czyli dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast) obowiązywało już od 2018 r.

– Pewna nadmierna stabilizacja władzy na poziomie samorządowym czasem służy rzeczom dobrym, bo nie przeczę, że są dobrzy samorządowcy, którzy mogliby rządzić pięć i siedem kadencji, ale niestety nierzadko służy także rzeczom złym, powstawaniu różnego rodzaju patologicznych powiązań, klik i wszystkich niedobrych konsekwencji, które temu towarzyszą – podkreślił z kolei w wywiadzie dla TVP3 Łódź.

Na uwagę, że samorządowców oceniają wyborcy, odparł:

„Naiwne jest myślenie, że każdy obywatel jest doskonale poinformowany i nie ulega różnego rodzaju naciskom i manipulacjom.”

Przewiduje też, że te pomysły będą zaskarżone do TK, ale ma na to odpowiedź:

„Będziemy przekonywać Trybunał, że to jest zgodne z Konstytucją – stwierdził w TVP Łódź.”

c2vmrdfxeae4pcp

Waldemar Mystkowski analizuje jak niepełnosprawnym intelektualnie jest prezes PiS.

kaczynski-i-jego

Co miał na myśli Marek Kuchciński, pisząc na Twitterze: „Rzeszów. Poseł @TomaszPoreba Próba obalenia rządu była skoordynowana z dziennikarzami i posłami Parlamentu Europejskiego”?

Podaję pełne brzmienie, bo druga osoba w państwie – a taką jest marszałek Sejmu – jest taka, iż bez czytania z kartki nawet nie jest w stanie powiedzieć „Dzień dobry, otwieram sesję sejmu…”, itd. Tym razem Kuchciński pisał. Jasne, że trzeba zapytać: z jakiej kartki przepisywał? Przede wszystkim zaznaczył, iż pisze w Rzeszowie, a Jarosław Kaczyński był w Łodzi. Czyli prezes nie machnął na niego gestem mówiącym: chodź tu Marek, powiem ci, co teraz zrobisz po wykluczeniu posła Michała Szczerby. I powiedział mu, że przenoszą się do Sali Kolumnowej.

Pierwsza osoba (głowa) w państwie podpisuje wszystko, jak leci, a jest nią – przypominam – Andrzej Duda. Druga osoba czyta z kartki albo z myśli prezesa. Kaczyński powiedział w Łodzi: „Potrzebna jest reforma mediów, chcemy aby dążyli oni do prawdy, a nie opowiadali się za jedną stroną”.

W Rzeszowie Kuchciński przepisał z kartki, powołując się na europosła PiS Tomasza Porębę, iż potrzeba nie tylko reformy mediów, które nie dążą do prawdy, lecz obalenia rządów, ale trzeba zrobić coś z posłami Parlamentu Europejskiego, a może z samą Brukselą.

Tweety mają 140 znaków i nie za wiele w nich można napisać, należy je interpretować. Kuchciński to osoba z kartki, stworzona przez Kaczyńskiego, osoba, która czyta z umysłu Kaczyńskiego.

Właśnie! Kaczyński obraca się w ograniczonym kręgu pojęć, figur retorycznych i metafor. Ciągle podkreślam, że jest intelektualnie przeciętny, ale niebywały cwaniak. To klasyczne nieporozumienie: cwaniaka mylimy z kimś, kim nie jest. Prezes PiS przez zasiedzenie – od 1989 roku – w polskiej polityce po 27 latach dorwał się do władzy i załatwia swoje kompleksy, a na jego garby składa się wszystko to, czego nie rozumie. Nie rozumie innego Polaka i Polski, dlatego nam wszystko rozwala. A my jak te barany na to patrzymy. I nawet pozwalamy się nazwać gorszym sortem, gestapo, „ludźmi specjalnej troski” – ta ostatnia to najnowsza kalumnia tego cwaniaka.

Otóż Kaczyński własną ograniczoność postrzega w swoim kręgu i przenosi na zewnętrze, które nie jest mu znane. W filozofii i psychologii zjawisko jest opisane i nazwane, jest to nieodpowiedzialność, za którą obarcza się innych. Wśród swoich takim elementem nieodpowiedzialności jest typ „Kuchciński”, który tylko może czytać z kartki, jest „politykiem specjalnej troski”.

Ta niepełnosprawność polityczna Kuchcińskiego aż razi w oczy. Dlatego nie dziwmy się, że Kaczyński nie znając nikogo poza swoimi niepełnosprawnymi nazywa pozostałych Polaków „ludźmi specjalnej troski”. Ten cwaniak bogactwo świata, jego różnorodność, wielobarwność, widzi poprzez typ „Kuchcińskiego” czytającego z kartki, z ust, z gestu, z myśli.

Tak usprawiedliwiam Kaczyńskiego, albowiem: zrozumieć, to przebaczyć. Nie powinniśmy się zanadto zajmować jego ograniczonością, ale informacjami z „kartki” Kuchcińskiego. Następna działka do rozwałki to media. Kaczyński chce z „Wyborczej”, z TVN – a nawet z Koduj24 – zrobić „Trybunę Ludu”, czy też „Völkischer Beobachter”. Tak mają cwaniacy otoczeni Kuchcińskimi.

KRÓTKO O DOBREJ ZMIANIE.

c2u0ahmxuaaxogq

DO JUTRA… JUTRO TEŻ BĘDZIEMY NIEGRZECZNI 🙂 (a swoją drogą zobaczcie jak teraz pis sprytnie ukrył piotrowicza).

c2urwylwgaebemc

>>>

POMIMO PROTESTÓW NAUCZYCIELI I RODZICÓW, BEZ ROZMÓW, NA ROZKAZ SWOJEGO PREZESA… POZOSTAJE NAM JESZCZE REFERENDUM

c1vr9uoxcaaltx0

Duda podpisał ustawę deformującą oświatę. Konflikt o reformę oświaty to jedyna dziś sprawa w polskiej polityce, która ma potencjał, by „zdołować” notowania PiS. Pisze Michał Wybieralski („Wyborcza”).

to

Decyzję prezydenta Andrzeja Dudy o podpisaniu ustaw oświatowych, które zlikwidują gimnazja i gruntownie zmienią polską szkołę, można rozpatrywać w dwóch kategoriach – jako akt wiary w reformę PiS lub jako akt podległości wobec tej partii. Wszystkie okoliczności wskazują na to drugie.

Duda przez 21 dni (maksymalny termin) decyzji nie podejmował. Jego otoczenie dawało do zrozumienia, że prowadził szerokie konsultacje, więc zapewne ma wątpliwości. Wcześniej prezydent się nie wahał, aprobował pomysły PiS jak sprawny notariusz (oprócz ustawy o zgromadzeniach, którą odesłał do Trybunału Konstytucyjnego).

c1vojqswiaqe-93

Duda decyzję poprzedził długą inwokacją. Zasygnalizował konflikty, które niesie reforma: z nauczycielami, których czekają masowe zwolnienia (nawet 37 tys. osób), z samorządowcami (wszystkie organizacje samorządowe są przeciw tej reformie) i z rodzicami (awantury, które wywoła wytyczanie nowej siatki szkół).

Widać więc, że Duda w tę reformę nie wierzy. Wie, że jest źle przygotowana, za szybko wprowadzana, zrodzi chaos. Wie to pewnie lepiej niż większość polityków PiS, bo – jak sam mówi – jest mężem nauczycielki. Za wetem przemawiało wiele merytorycznych argumentów.

Jednak ostatecznie prezydent dbałość o dobro wspólne odrzucił – podpisał akt podległości wobec własnej partii.

c1v4uyqxgaewdzx

Możliwe, że podpisał dziś coś więcej – wyrok na tę partię. Poparcie społeczne dla likwidacji gimnazjów – jak wynika z sondaży – spadło w ciągu roku z mniej więcej 70 do 45 proc. Następstwem prezydenckiego podpisu będzie strajk powszechny członków Związku Nauczycielstwa Polskiego – 200 tys. z 600 tys. nauczycieli. Reforma dotknie – poprzez zmiany lektur, podręczników, nauczycieli – wszystkich 5 mln uczniów. Chaos, który spowoduje, będzie przedmiotem rozmów kilkudziesięciu milionów Polaków: rodziców, dziadków, wujków…

c1vmj7yw8aavfmw

Na forsowanie tej reformy ZNP, stowarzyszenia rodzicielskie i niemal wszystkie partie opozycyjne odpowiedzą żądaniem referendum. Koalicja przeciwników dewastowania edukacji zbierze bez problemu 0,5 mln podpisów pod takim wnioskiem. Odrzucenie go w Sejmie byłoby poważnym ciosem w PiS, który wszak na każdym kroku przekonuje, że wykonuje wolę „suwerena”.

A zgoda na referendum może jeszcze bardziej tej partii zagrozić – jeśli przemieni się ono w plebiscyt „za” lub „przeciwko” władzy. PiS nie może być pewien wygranej. Dynamika procesów politycznych w takich przypadkach jest duża, kampania referendalna skupi uwagę mediów, a opozycji pozwoli przypomnieć cały pakiet zarzutów wobec tej władzy.

Konflikt o reformę oświaty to jedyna dziś sprawa w polskiej polityce mająca potencjał, by „zdołować” notowania PiS, który po ponad roku rządów utrzymuje poparcie na poziomie wyniku wyborczego.

Akty podległości często źle się kończą.

c1vfgpwxuaactdz

TO STRATEGICZNY CEL KACZYŃSKIEGO. PAMIĘTAJMY O TYM 

c1u9rxdw8ait9nj

Waldemar Mystkowski pisze o braklu porozumienia w sprawie kryzysu w Sejmie.

z-kaczynskim

Platforma Obywatelska pierwszą rundę walki, w nowym roku, o praworządność na terenie Sejmu może zaliczyć do udanych, nie przegrała. Co najmniej osiągnęła remis w tej walce. Grzegorz Schetyna zaryzykował, acz nie miał innego wyjścia, nie zjawił się na spotkaniu u marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego.

Schetyna nie miał wsparcia Ryszarda Petru, który ma dziwny tik, zobaczy Jarosława Kaczyńskiego, dostaje pomroczności niejasnej umysłu, słynnego już „światełka w tunelu”. Ta pomroczność zamienia się następnie w mroki, prezes PiS hipnotyzuje lidera Nowoczesnej.

Schetyna jest zawodnikiem lepszym, a przynajmniej takim się wydaje w tym roku. Spotkanie zorganizował marszałek Senatu, ale to nie on został nazwany przez Michała Szczerbę „panem marszałkiem kochanym”. Karczewski ma jednak pomroczność wpisaną w intelekt i moralność, bo nie dostałby legitymacji PiS, Jarosław Kaczyński nie uczyniłby go swoim podwładnym.

Prezes każe, Karczewski musi zorganizować rozmowy z opozycją zamiast Kuchcińskiego. Na rozmowy w sprawie rozwiązania kryzysu wokół ustawy budżetowej przybył do siebie sam marszałek Senatu Karczewski i dwaj – nie wiedzieć z jakich powodów – inni politycy partii rządzącej Zbigniew Ziobro i nikomu nie znany polityk Marek Zagórski.

Najważniejszy rzecz jasna był prezes Kaczyński, bo on jest stroną sporu, on jest sprawcą kryzysu. Kaczyński zawinił, Kuchcińskiego już powiesili. Właśnie wchodzi na szafot (polityczny, rzecz jasna) Karczewski, zostanie „powieszony”, gdy następne rundy będzie wygrywał Schetyna (oby pozbył się pomroczności i dołączył do niego Petru).

Powrócę do zawodników strony przeciwnej, na chwilę skupmy uwagę na dwóch sygnalizowanych już „zawodnikach”. Na Ziobrze i tym Zagórskim. Dlaczego pojawił się minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednej osobie? Wszak jego partia Solidarna Polska nie dostała się do Parlamentu ze swoich list wyborczych, nie stworzyła żadnej koalicji z PiS, politycy SP dostali się do Sejmu z list PiS. Ziobro nie ma sejmowych praw jako lider swojej partii. Zjednoczył się z Kaczyńskim, jest na to papier, ale nie utworzył koalicji wyborczej.

Solidarna Polska nie tworzy żadnego klubu parlamentarnego, a nikogo nie obchodzi subklub w klubie PiS. Zjawiając się więc na tym spotkaniu Ziobro naruszył obyczaje polityczne i złamał wykładnię regulaminu Sejmu.

Solidarna Polska nie ma nawet praw do pieniędzy budżetowych, bo nie jest zarejestrowana jako osobny podmiot polityczny, a więc nie ma faktycznych praw politycznych do reprezentowania strony w sporze sejmowym. Chyba że Ziobro przyszedł na spotkanie jako straszak Kaczyńskiego? I tak należy traktować tego magistra prawa, który straszy opozycję paragrafami.

Ale co na spotkaniu robił Zagórski? Czym straszył? Zagórski pochodzi z Polski Razem, szefem jego jest Jarosław Gowin, którego partyjka też nie podpisała żadnego glejtu koalicyjnego, też nie ma praw do pieniędzy budżetowych, nie ma praw podmiotowych w Sejmie. Czy Zagórski straszył Gowinem? Dla mnie pytanie jest z gruntu kabaretowych: kto się boi Gowina?

Takie towarzystwo z jednej strony zjawiło się na spotkaniu, aby zażegnać kryzys sejmowy. A druga strona też ciekawa. Paweł Kukiz jako opozycyjne kukułcze jajo. To że ten „polityk” sam siebie zalicza do opozycji, kwalifikuje go do zbuków. Bez większego nosa można stwierdzić, iż od Kukiza zalatuje pisizmem. Z kolei Władysław Kosiniak-Kamysz już się nie liczy, miota się, elektorat PSL został wchłonięty przez PiS. Zaś o Petru już pisałem, siedział na spotkaniu naprzeciwko źródła swojej pomroczności, imitującego światełko w tunelu, prezesa Kaczyńskiego, zahipnotyzował się i już.

Spotkanie nie przyniosło żadnego rozstrzygnięcia w sprawie kryzysu parlamentarnego. Wszystko wskazuje, że nie mogło i nie przyniesie żadnych kompromisów. Kaczyński ma plan, a ten nie zakłada żadnego kompromisu, ustępstwa. Opozycja co najwyżej może przyklepać bezprawie.

Bezprawiem jest tryb przyjęcia ustawy budżetowej, bezprawiem brak kworum, bo nie ma dowodów, że było ono, poszlaki wskazują, że nie było. Zatem bezprawiem jest dalsze procedowanie ustawy budżetowej w Senacie. A więc Karczewski nie powinien organizować spotkania, tym samym na nim być.

Schetyna wybrał najbardziej oczywistą postawę, nie przybył na spotkanie, którego celem było przymuszenie opozycji do zalegalizowania bezprawia. Schetyna wygrywa pierwszą rundę, przynajmniej nie przegrał, a Petru – który nie chce grać w opozycji – pokazał się jako przegrany, jako ten, któremu ciecze jucha. Czekamy na drugą rundę, boję się o Petru, bo nie jestem pewien, czy oprzytomniał. Z Kaczyńskim można wygrać, potrzeba być wspólnotą w opozycji, nie dać się hipnotyzować.

PiS ZNÓW PRÓBUJE ROZGRYWAĆ I DZIELIĆ OPOZYCJĘ. CZEMU KAŻDY ODDZIELNIE NABIERA SIĘ NA KOLEJNĄ GIERKĘ PREZESA?

c1vg3zaxgaa_8li

Jeśli ktoś nazwał Kuchcińskiego marionetką, to wygląda na to, że miał rację.

c1v0vsuxgaeqvgz

NIE DAJCIE SIĘ WCIĄGNĄĆ DO LEGITYMIZOWANIA BEZPRAWIA PiS. Kaczyński będzie próbował skłócić i podzielić opozycję. Panowie, to brudna gra.

c1xjngnwiaixntx

Magdalena Środa pisze o śmierci wybitnego socjologa Zygmunta Baumana.

umarl

Żyd, komunista, kosmopolita, wygnaniec, antyglobalista, bezwzględny krytyk współczesności, wiecznie zainteresowany światem filozof (lub „socjolog refleksyjny”). Odszedł ze świata płynnej nowoczesności „w krainę płynnej wieczności” (jak napisała towarzyszka ostatnich lat jego życia). Był ostatnim z tragicznego, a jednocześnie bardzo twórczego pokolenia ludzi, na których najnowsza historia Polski pozostawiła swoje nieusuwalne piętno (Kołakowski, Baczko). Nigdy nie wyparł się swojej biografii, choć ją potężnie przepracował, wyplątując się z okowów ideologii, w które wpadł w młodości. „Można powiedzieć, że od wczesnego dzieciństwa byłem niejako przestawiany na coraz to inne tory, przy czym każdy z tych torów dokądś zmierzał, lecz każdy biegł w innym kierunku” – powiedział po latach.

O jego życiu nie ma jednak co pisać, bo był człowiekiem publicznym, nie prywatnym. Nie ma co też pisać o jego światopoglądzie czy systemie myśli. Na pewno pozostał wierny swoim lewicowym korzeniom, ale jego myśl różnorodna była jak tęcza; nie budował systemów, nie wzmacniał własnych teorii, pisał eseje, interpretował świat, nadawał sens temu, co zatopione było w chaosie. Nigdy nie był „zimnym” socjologiem. Był intelektualistą zaangażowanym w życie publiczne. Uważnym i odpowiedzialnym za słowo, choć niekiedy słowo to wylatywało daleko poza przyjęte pole semantyczne. Oceniał, potępiał, zachęcał. Wierzył w wolność, wierzył, za Gramscim, że ludzie mogą zmienić świat, wykorzystując ambiwalencję i niepewność życia społecznego. Kultura była – według niego – „nożem przyłożonym do przyszłości”. Był moralistą, w dobrym znaczeniu tego słowa: nie pouczał, nie dawał konkretnych zaleceń, ale uważał, że moralność, a przede wszystkim stosunek do Innych, jest fundamentem naszego człowieczeństwa. Zawsze można wybrać moralność, zawsze można być człowiekiem, nawet w warunkach systemowo odczłowieczających.

Był człowiekiem z poprzedniej epoki, a jednocześnie bardzo nowoczesnym, erudytą, mędrcem, człowiekiem skromnym, ale też intelektualistą zaskakującym i świeżym jak źródło bijące ze skał. Do końca.

TRWA FAJNA AKCJA, DOŁACZAJCIE 🙂 ZRÓBCIE ZDJĘCIE Z HASZTAGIEM I wrzućcie do sieci.

c1vtndvwiaa5nuq

OSKARŻAJĄ KOD A ZOBACZCIE JAK BEZCZELNIE WYCIĄGAJĄ KASĘ Z NASZYCH PODATKÓW.

c1fvflfxcae5x67

Ustawa dezubekizacyjna to w istocie pisowska zasada zemsty.

ustawa-2

Niemal trzydzieści lat po upadku komunizmu i weryfikacji byłych oficerów SB, dekadę po weryfikacji wojskowych służb, przyszedł czas na weryfikację ostateczną. Taką, przy której wszystkie inne będą się mogły schować.

Za chwilę Sejm wysmaży ustawę, która zmniejsza emerytury wszystkim wojskowym i ludziom służb, którzy choćby otarli się o pracę w PRL. Ustawa jest jak tępa brzytwa: nie odróżnia klasycznych ubeków od oficerów wywiadu i kontrwywiadu. Nie była poddawana żadnym konsultacjom ani ocenom merytorycznym, a jedyna opinia prawna na jej temat nie zostawia na projekcie suchej nitki.

O co chodzi? PiS chce dopaść wszystkich ludzi służb, których do tej pory dopaść nie zdołał. Nie ma zbyt wiele możliwości, więc zamierza obciąć im emerytury. Do jednego worka wrzuca więc ubeków, prześladowców, oprawców i ludzi, którzy po 1989 roku dobrze służyli Polsce w wywiadzie i kontrwywiadzie. Mówi: odbieramy emerytury złoczyńcom, pomagierom Kiszczaka. Taki komunikat to miód na serce żelaznego elektoratu.

(PO CO PISOWI POTRZEBNE MEDIA? ABY PODAWAĆ POLAKOM TAKIE PODŁE KŁAMSTWA. Nie pozwólmy im na więcej.)

c1fsmpqwiaek3sp

W rzeczywistości to nic innego jak stosowanie zbiorowej odpowiedzialności, działanie prawa wstecz. W sprawie ustawy byli oficerowie wywiadu napisali list otwarty:  „Wielu z nas po 1990 roku oddało życie i wróciło do kraju w „full metal jacket”, wielu z nas straciło zdrowie, liczni aż po granice inwalidztwa. Służyliśmy w krajach niestabilnych i w strefach działań wojennych. Strzelano do nas. Próbowano zastraszać nas lub naszych bliskich. Musieliśmy radzić sobie z obcymi kontrwywiadami i brutalnymi służbami bezpieczeństwa. (…) Spodziewaliśmy się wszystkiego najgorszego. Tak nas wyszkolono. I byliśmy na to przygotowani, bo byliśmy pewni, że stoi za nami nasze Państwo i jego obywatele”.

Dziś rząd PiS uświadamia byłym agentom RP, że wciąż mogą się spodziewać wszystkiego najgorszego. Że gdy Polska zawiera z kimś umowę, wybacza mu służbę w SB i przyjmuje do wywiadu, to zawsze po paru latach może zmienić zdanie i kopnąć swojego agenta w tyłek. Nic dziwnego, że ci biją na alarm: ustawa to komunikat rządu do służb specjalnych innych państw. Te mniej przyjazne dostaną dzięki niej wygodną pozycję do werbowania zgorzkniałych, ale świetnie wyszkolonych, byłych funkcjonariuszy. Argument o państwie nielojalnym wobec własnego urzędnika może przekonać czasem najbardziej nieprzejednanych.

(JAK TO JEST, ŻE JEDNI MOGĄ BRAĆ MILIONY Z NASZYCH PODATKÓW A INNYM ZABRANIA SIĘ ZWROTU KOSZTÓW? KTO TU TAK NAPRAWDĘ JEST SKOMPROMITOWANY???)

c1a1pbjwiaaefnp

Ustawa to komunikat rządu do służb specjalnych innych państw. Te mniej przyjazne dostaną dzięki niej wygodną pozycję do werbowania zgorzkniałych, ale świetnie wyszkolonych, byłych funkcjonariuszy.

Gdzie tu sens i logika? Zgodnie z wykładnią polityków PiS, powtarzaną przez „Wiadomości”, kto nie wspiera rządu, nie jest patriotą. Dla ludzi z PiS społeczeństwo to tak naprawdę ich społeczność, ich grupa. Nie jesteś z nimi, jesteś poza. Prawa strona ma dziś w Polsce monopol na patriotyzm.

Za zdemolowanie wojskowych służb w 2007 r. nikt dotychczas nie odpowiedział. Obecnie następuje jej kolejna odsłona. W imię, rzecz jasna, dziejowej sprawiedliwości. jakby politycy PiS zapomnieli, że wyborów nie wygrywa się żelaznym elektoratem.

A TO JEST CAŁKIEM PRAWDOPODOBNA SYTUACJA. IDEALNIE ODDAJĄCA IV RP.

c1fbbvaxaaa-ejj

KOLEJNA WYCISZONA SPRAWA…

c1bsljpxuaaevhi

Ewa Siedlecka pisze, iż szefowa Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska została wybrana nielegalnie.

prezes

Przedstawiając kandydatury na prezesa Trybunału Konstytucyjnego prezydentowi, p.o. prezesa Julia Przyłębska naruszyła przepisy uchwalone przez PiS.

c1fw4m6xgaelu-o

Skoro złamano przepisy, jej mianowanie przez prezydenta jest bezprawne. Andrzej Duda mógł o złamaniu procedury nie wiedzieć.

PiS-owska ustawa „wprowadzająca” ustawy o trybie działania Trybunału i o statusie sędziów TK przewiduje, że najpierw prezydent mianuje „osobę pełniącą obowiązki prezesa TK”, potem ta osoba zwołuje Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK, a to wyłania kandydatów na prezesa. Tak się stało: prezydent 20 grudnia mianował p.o. prezesa Julię Przyłębską, tego samego dnia zwołała ona Zgromadzenie. Przeprowadzono głosowanie, wyłoniono dwóch kandydatów: Mariusza Muszyńskiego – według dokumentów, które dostaliśmy z TK, otrzymał jeden głos – i Julię Przyłębską (pięć głosów). To zgodne z ustawą „wprowadzającą”.

(„DOBRA ZMIANA” W POLSKIEJ NAUCE. ABY WSZYSCY WIEDZIELI. STALINOWSKIE METODY WRÓCIŁY WIELKIMI KROKAMI)

c1a-kknwgaeewwh

Później już nie dopełniono procedury. Art. 21 ust. 7 ustawy „wprowadzającej” mówi, że kandydatów prezydentowi „Zgromadzenie Ogólne przedstawia w formie uchwały”. Ale takiej uchwały Zgromadzenie nie przyjęło. Wprawdzie wśród dokumentów, które dostaliśmy z Trybunału, jest dokument zatytułowany „Uchwała Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK z 20 grudnia w sprawie przedstawienia kandydatów na prezesa TK Prezydentowi RP”, ale podpisana jest pod nim tylko Julia Przyłębska. Z naszych informacji wynika, że jedyne głosowanie, które się odbyło, to głosowanie nad samymi kandydaturami. Wiceprezes TK Stanisław Biernat potwierdził nam, że nad uchwałą o przedstawieniu kandydatów prezydentowi nie głosowano.

– Powinny być dwa głosowania. Nie można potraktować głosowania nad kandydatami jako równoznacznego z przyjęciem uchwały o przedstawieniu ich prezydentowi – mówi konstytucjonalista dr hab. Ryszard Piotrowski. – Jeśli takiego odrębnego głosowania nie było, to złamano tryb wyboru kandydatów określony w ustawie „wprowadzającej”.

Dlaczego tak się stało?

c1fvayqwgaamd9o

Bezprawni kandydaci

Wygląda na to, że PiS przechytrzył sam siebie. Spodziewał się, że „starzy” sędziowie, podobnie jak wcześniej ci wybrani przez PiS, będą bojkotować wybór kandydatów na prezesa TK. Dlatego ustawa „wprowadzająca” zwalnia „wyborcze” Zgromadzenie od obowiązku kworum. A „osoba p.o. prezesa” włącza do orzekania trzech dublerów (wybranych na zajęte już prawomocnie miejsca), dzięki czemu „nowych” sędziów jest siedmiu. Zaś do wyboru pierwszego kandydata wystarczy pięć głosów, a drugiego – jeden. Dlatego zarówno wybór kandydatów, jak i uchwała o ich przedstawieniu prezydentowi przy bojkocie „starych” sędziów miały pójść gładko.

Ale „starzy” zjawili się na Zgromadzeniu. Potwierdza to wiceprezes Biernat i otrzymany przez nas z TK protokół z obrad. Wybór kandydatów poszedł prawie gładko, bo wystarczyło sześć głosów, a tyle „nowi” mieli. Nie przeszkodziło im, że „starzy” nie oddali głosów na kandydatów. Ani bunt wybranego przez PiS sędziego Piotra Pszczółkowskiego, który odmówił głosowania.

Jednak uchwałę o przedstawieniu kandydatów prezydentowi musiałaby poprzeć większość obecnych. Skoro na sali byli też „starzy” sędziowie, była równowaga (7 do 7 głosów), ale głos przewodniczącej Zgromadzeniu Julii Przyłębskiej liczył się podwójnie. Jednak zbuntował się sędzia Pszczółkowski, a bez niego podwójny głos Przyłębskiej nic nie dawał.

c1bopkwxeaae4yh

W tej sytuacji Przyłębska zdecydowała się nie głosować uchwały o przedstawieniu kandydatów i przyjąć, że głosowanie na kandydatów jest równoznaczne z głosowaniem nad uchwałą dla prezydenta. Sama napisała więc „uchwałę” i posłała ją prezydentowi.

Dr Ryszard Piotrowski jest pewien, że taki zabieg jest niezgodny zarówno z ustawą „wprowadzającą”, jak i z zasadami ogólnymi dotyczącymi przyjmowania uchwał: – Uchwała musi być podjęta większością głosów. A większość liczy się od liczby wszystkich obecnych.

To znaczy, że kandydaci nie zostali wyłonieni zgodnie z prawem.

(KIJOWSKI POWINIEN SIĘ UCZYĆ OD PiS. JAK SIĘ ZDOBYWA STOŁKI I KASĘ )

c1z73qrxgaaklst

Pszczółkowski: Zgromadzenie było nielegalne

Jak swój bunt tłumaczy sędzia Pszczółkowski? W piśmie, które złożył do protokołu ze Zgromadzenia (dostaliśmy je z Trybunału), argumentuje, że wybory kandydatów mogą się odbyć po wejściu w życie ustawy o trybie działania TK, która wejdzie w życie dopiero 3 stycznia. Bo ustawa „wprowadzająca” wyłącza stosowanie do wyboru kandydatów przepisów o obowiązku kworum podczas Zgromadzenia „wyborczego”, ale nie wprost, tylko przez odwołanie się do przepisu ustawy o trybie działania TK. A na ten przepis można się będzie powołać dopiero wtedy, kiedy ustawa wejdzie w życie. Jeśli Zgromadzenie odbywa się przed tym, to należy zastosować inny przepis ustawy „wprowadzającej” (art. 21 ust. 2). Mówi on, że w Zgromadzeniu „uczestniczą sędziowie Trybunału, którzy złożyli ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Tych jest piętnastu. Zatem Zgromadzenie zwołane 20 grudnia bez wszystkich sędziów – nie było przebywającego na urlopie sędziego Stanisława Rymara – jest nieważne.

PRZYPOMINAMY I BĘDZIEMY PRZYPOMINAĆ. 

c1bwuy1xuaeqcob

GDYBY NIE PROTEST, BEZPRAWNIE UCHWALONY BUDŻET POLSKI PRZESZEDŁBY PEWNIE BEZ ECHA. DZIĘKUJEMY, ŻE JESTEŚCIE

c1futw6xuaqgaqi

Waldemar Mystkowski pisze o wolnych mediach w rozumieniu PiS.

pisowska

Pisowska postprawda o wolnych mediach

c1bqtipxaaarcvf

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński ma kłopoty z komunikacją, nie potrafi mówić „sam od siebie” bez kartki. Dlatego nie odbywa konferencji prasowych, za to dobrze czuje się za kulisami, gdzie „wicie, rozumicie” ma swoją siłę perswazji i w prawicowym światku, jak kiedyś w PRL-u, wyznacza hierarchię.

Kuchciński spotkał się w czwartek na terenie Sejmu z przedstawicielami wybranych mediów, tj. prawicowych, m.in. z szefem SDP Krzysztofem Skowrońskim, Tomaszem Terlikowskim z TV Republika, Pawłem Lisickim z „Do Rzeczy”. Nie zostali zaproszeni przedstawiciele mediów, które przez PiS są określane, jako wrogie i niepatriotyczne.

Dlaczego tak się stało? Jak wyjaśniali Skowroński i Terlikowski w rozmowie z Justyną Dobrosz-Oracz z „Wyborczej”, było to spotkanie prywatne. Ciekawe, prawda? Kuchciński Sejm traktuje jako teren prywatny. Przepraszam, bo może Skowroński, Terlikowski i Lisicki uważają Sejm za teren prywatny.

Za nimi trudno nadążyć. Może dlatego doszło do tego jednostronnego, „prywatnego” spotkanie”, iż Kuchciński do 6 stycznia miał przedstawić propozycję nowego regulaminu pracy dziennikarzy na terenie Sejmu. 6 stycznia wszak jest świętem Sześciu Króli, jak inteligentnie zauważył Ryszard Petru.

Dlaczego Sześciu Króli, bo trzech króli ma prawica, reszta narodu ma też trzech. Taki jest rachunek ekonomiczny, a szef Nowoczesnej jest z wykształcenia ekonomistą. Jest jeszcze inne wytłumaczenie tych Sześciu Króli, bowiem prawicy mnoży się prawda, w tym wypadku post-prawda pomnożyła się przez dwa, acz „trzech króli” jest legendą w legendzie, postprawdą powstałą, gdy jeszcze na świecie nikt nie słyszał o postprawdzie. Nawiasem – jesteśmy jedynym narodem, który ustanowił święto poświęcone postprawdzie o Królach, oczywiście oprócz Watykanu, ale w tym państwie każdy dzień jest świętem.

„Prywatnie” więc Skowroński, Terlikowski i Lisicki dowiedzieli się, jakie są nowe propozycje pracy dziennikarzy w Sejmie. Reszta narodu dziennikarskiego się nie dowiedziała z tej prostej przyczyny, iż jest wroga i niepatriotyczna.

Ale odezwał się na Twitterze inny marszałek Stanisław Karczewski, który napisał: >>Wracają „stare” zasady pracy mediów w parlamencie. Dziennikarze mają swobodny wstęp do #Sejm.u i #Senat.u, ale na razie poza galerią sejmową<<.

Taka postprawda – „stare”, ale nowe. Karczewski jakby się kapnął, że z logiką u niego jest coś nie tak, jak ze zdaniem własnym u Kuchcińskiego, który jak nie przeczyta go z kartki, to nie wie, jakie ma zdanie. Karczewski, co prawda nie czyta, ale pisze na Twitterze, bo w następnym poście napisał: >>„Nowe”, kompromisowe warunki przedstawię w przyszłym tygodniu. Mam nadzieję, że wszyscy zainteresowani będą zadowoleni z tych propozycji.<<

Tak załatwia się sprawy. Z dziennikarzami wrogimi i niepatriotycznymi marszałkowie nie spotkają się „prywatnie” na terenie Sejmu, za to wiedzą, że „będą zadowoleni z tych propozycji”.

Postprawda pisowska narodziła się w Sali Kolumnowej, gdzie kworum w głosowaniu było wątpliwe, bo nie dopuszczono do niego polityków z partii wrogich i niepatriotycznych. Ten syndrom z postprawdą powtarza się z „wolnymi mediami”. Jednych się zaprasza „prywatnie” na teren Sejmu, innych zawiadamia na Twitterze, mają być „zadowoleni z propozycji” – i basta.

W Polsce wszystko mnoży się przez dwa, nie tylko królów. Taka jest specyfika postprawdy, nie ma jej jednej, jest razy dwa. Gdyby dobra materialne się mnożyły, och, ale istnieje obawa, że będą się dzielić.

MOŻE JUŻ WKRÓTCE PODADZĄ, ŻE WYBORÓW NIE BĘDZIE, BO WIĘKSZOŚĆ SEJMOWA W NIEJAWNYM GŁOSOWANIU W SALI KOLUMNOWEJ, PRZEDŁUŻYŁA SOBIE KADENCJĘ?

c1z4y42wqaa7-lu

KTOŚ TU NIE CHCE POLSKI BEZ BARIER I BEZ PODZIAŁÓW… Ze strachu przed suwerenem?

c1aabuzuqaanlpt

Były prezes Trybunału Konstytucyjnegop prof. Marek Safjan proponuje, jak ma radzić sobie prawo bez Trybunału Konstytucyjnego, bo ten został kompletnie zdemolowany przez PiS.

zycie

„Funkcje sądów najwyższych – Naczelnego Sądu Administracyjnego oraz Sądu Najwyższego – muszą ulec wzmocnieniu w zakresie kontroli jednolitości orzecznictwa. Kontrola konstytucyjności powinna być bronią używaną ostrożnie, starannie i tylko wtedy, kiedy brak będzie innych mechanizmów i instrumentów ochrony konstytucyjnie gwarantowanych praw.

W państwie prawa od sędziów zależy bardzo wiele. Najważniejszym postulatem pozostaje niezależność i niezawisłość. Sędziowie nie mogą się bać podejmowania decyzji zgodnie z ich sumieniem i przekonaniem. Kiedyś pewien sędzia zadał mi pytanie, co ma zrobić, jeśli zastosowanie konstytucji w jakiejś sprawie może spowodować kłopoty w jego dalszej karierze. Odpowiedziałem, że jeżeli ma się bać, to niech zrezygnuje z funkcji sędziowskiej.”

TAKIEGO TEATRU JESZCZE W POLSCE NIE BYŁO…

c08i3mvuuaa3ds2

PODZIĘKUJMY BEACIE SZYDŁO ZA „DOBRĄ ZMIANĘ”.

c08zcafuqaep9ap

Ciekawy materiał opublikował „Dziennik”. Andrzej Andrysiak analizuje, jak to się stało, że Kaczyński wygrał.

c00mhlrwqaiusde

Jarosław Kaczyński w jednym wyprzedził swoich przeciwników: pierwszy zrozumiał, że polskiej polityce nie potrzeba debaty, ścierania się poglądów, dyskusji i sporów o pryncypia, lecz tabloidyzacji. Dopiero gdy uznasz obywateli za kompletnych głupców, gdy zobaczysz w nich zdegenerowane moralnie miernoty, a nie istoty myślące, przestaniesz się odwoływać do rozumu.

W 2016 r. furorę zrobił termin postprawda. Polityka była post, internet był post, media i wybory także. Postprawda to taki nowiutki eufemizm na kłamstwo, w którym to, co nieprawdziwe, podane jest na tacy razem z prawdami, tak że odbiorca jedno i drugie uznaje za wiarygodne. Kiedyś taką działalność nazywano tradycyjnie manipulacją, dziś, w czasach internetu, gdy kłamstwa, półprawdy i manipulacje rozchodzą się z prędkością błyskawicy, stworzono na taką działalność odrębną kategorię. I tak Donald Trump wygrał, bo zmieszał prawdę z nieprawdą i zrobił ludziom taki mętlik, że nie potrafili już odróżnić dobrego od złego. Austriacki populista o mało nie wygrał w wyborach prezydenckich, bo kłamał tylko w co trzecim zdaniu, a nie w każdym. A Wyspiarze zagłosowali za brexitem, bo zgłupieli zupełnie i dali się omamić gościom o mentalności hejterów.

TAKIE TAM POLAKÓW ROZMOWY W SIECI.

c08jrkxuqaausil

PiS dobiera się do ordynacji wyborczej, czyli chce za wszelką cenę zabezpieczyć swoje zwycięstwa wyborcze.

szykuja

To propozycja Ruchu Kontroli Wyborów przygotowana dla liderów PiS.

Jak piszą jego założyciele, Ruch powstał „w odpowiedzi na niespotykaną w historii skalę nieprawidłowości w trakcie wyborów samorządowych w 2014 r.”. Przy następnych głosowaniach RKW „ściśle współpracował” z powołanym przez PiS Komitetem Obrony Wyborów (kierował nim Marek Kuchciński). Szefem RKW jest Józef Orzeł – znajomy Jarosława Kaczyńskiego z czasów jego pierwszej partii Porozumienia Centrum. Niedawno Ministerstwo Spraw Zagranicznych w konkursie przyznało RKW 1,5 mln zł dotacji.

Co proponuje RKW?

Działacze chcą: *uchylenia kodeksu wyborczego i napisania go od nowa, co oznaczałoby wygaśnięcie kadencji Państwowej Komisji Wyborczej oraz komisarzy okręgowych; * zastąpienia dotychczasowych państwowych, sądowych i samorządowych organów wyborczych „społecznymi komisjami”, w ich skład mieliby wejść przedstawiciele partii i „stowarzyszeń rejestrowych występujących w roli obserwatorów”; * likwidacji ciszy wyborczej i głosowania listownego na terenie w kraju (byłoby możliwe jedynie za granicą); * rozpatrywania wszystkich protestów wyborczych przez tylko jeden sąd; * automatycznej powtórki wyborów, jeśli liczba głosów nieważnych wyniosłaby 5 proc.

RKW chce zmienić też przebieg wyborów. Głosowania miałyby się odbywać w soboty i być rejestrowane przez co najmniej dwie kamery. Pod okiem kamer odbywałoby się też przewożenie urn (półprzezroczystych) do komisji okręgowych. W konwoju jechałaby: policja, przedstawiciele obwodowych komisji i mężowie zaufania. Mężów już w poprzednich wyborach PiS wysyłał do niemal wszystkich komisji.

Liczenie głosów odbywałoby się publicznie w powyborczą niedzielę, zwaną przez RKW „Narodowym Świętem Demokracji”. Mają to robić członkowie komisji okręgowych, bo ci w obwodowych – zdaniem RKW – byli „często nieprzeszkoleni lub wręcz przeszkoleni do oszukiwania”.

KTO SIĘ WRÓBLEM URODZIŁ, KANARKIEM NIESTETY NIE BĘDZIE.

c07_4gvuuaamzuy

Waldemar Mystkowski pisze o ogromnym problemie PiS, Marku Kuchcińskim.

glowa

Marek Kuchciński zdaje się, że może zmienić funkcję z marszałka Sejmu na kozła ofiarnego. Jest drugą osobą w państwie, może być pierwszym kozłem PiS. Wiele na to wskazuje, bo nie ma dobrego rozwiązania dla jego sytuacji.

Opozycja żąda udostępnienia zapisu z kamer w Sali Kolumnowej, w której 16 grudnia głosowana była ustawa budżetowa, zdarzenie już jest nazywane Nocą Kryzysu. Opozycja może sobie żądać, a Kuchciński odpowiedzieć jak szatniarz z Barei: „Nie udostępnię zapisu i co mi zrobicie?”

Ale ponoć prezydent ma wątpliwości, a usłyszeliśmy to z ust jego rzecznika Marka Magierowskiego, który poinformował w TVN24, że „zaszły nowe okoliczności”. Chodzi o te głosy, które zaprotokołowane są w ilości 65, a dziennikarze TVN doliczyli się tylko 56. To są te okoliczności.

Jeżeli dorzucimy do tego, iż w sondażu dla „Newsweeka” większość Polaków chce dymisji Kuchcińskiego, to możemy z nadzieją oczekiwać, że marszałek Sejmu weźmie swoją drugą głowę w państwie w swoje ręce i złoży ją na ołtarzu świętego spokoju prezesa.

I do tego chyba to zmierza, acz PiS zechce obudować to ideologią „wina opozycji i KOD-u”. No, bo skąd u Dudy pojawiły się wątpliwości, gdyby ich nie miał Jarosław Kaczyński? Wszak prezydent nie ma takich przywar, jak wahanie, prezes każe, on się nie waha w sprawie wahania.

Na niekorzyść Kuchcińskiego działają też wątpliwości warszawskiej prokuratury, która zastanawia się, czy ścigać Kuchcińskiego, czy też nie. Jest sześć wniosków, aby dobrać się do marszałka jako drugiej głowy w państwie, pierwszy wniosek już nazajutrz po Nocy Kryzysu 17 grudnia został złożony przez Nowoczesną, ale prokuratura do dzisiaj się zastanawia. Nie zastanawiała się prokuratura, aby ścigać obywateli, którzy zakłócali wydobycie się z Sejmu w owej nocy 16 grudnia prezesa PiS i jego posłów. Cztery dni po zdarzeniu wszczęto śledztwo.

Kuchciński jest zagrożony z trzech artykułów Kodeksu Karnego, dwóch artykułów ustawy o prawie prasowym i z jednego artykułu ustawy o dostępie do informacji publicznej. Nie są one takie lekkie, bo wolność Kuchcińskiego jest zagrożona nawet karą do 5 lat więzienia.

Kuchciński więc, ma czego się bać. A nuż Kaczyńskiemu odwróci się sympatia do starego druha, jak niegdyś do Ludwika Dorna, który zresztą też był marszałkiem Sejmu. Prezes Dorna dzisiaj nie lubi i chętnie by go posadził, ale nie może, zaś Kuchcińskiego jeszcze dzisiaj lubi, ale może nie lubić go jutro, więc ten wizjoner może dojść do wniosku: niech sobie Kuchciński posiedzi, choć dzisiaj go lubię, a jutro mogę go przestać lubić, jak Dorna.

Kuchciński ma prawo bać się o swoją wolność i swoją głowę drugą w państwie, która może podlegać politycznej dekapitacji. Coś wisi w powietrzu i tak mi się widzi, że to głowa Kuchcińskiego, bo wątpliwości Dudy nie są przypadkowe, a tym bardziej wahania prokuratury, tj. Zbigniewa Ziobry.

Potoczy się głowa Kuchcińskiego, czy też nie potoczy? Oto jest pytanie.

DOBRE PYTANIE NA 2017 ROK.

jaka