Posts Tagged ‘Marsz Niepodległości’

Duda jak Benny Hill został pogoniony przez ONR

Władza nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami

Gdy kiedyś solidny historyk spojrzy na dzień, w którym świętujemy 100. lecie odzyskania niepodległości, co zobaczy?

Władzę, która szybko okazała się wstydem dla rodaków i która nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami, a nawet sprowadzonymi z zewnątrz, z Włoch.

Zobaczy prezydenta, który nie ma w sobie krzty przyzwoitości, nie dość, że swoją osobą nie potrafił przekonać nikogo znacznego z zagranicy, ale najwybitniejszego obecnie polityka polskiego, szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska ustawił w piątym rzędzie, bo nie jest z jego opcji politycznej.

Zobaczy manifestację rządową, która została doproszona do manifestacji nacjonalistów i neofaszystów, a gdy już ruszyli okazywać sztuczną radość, prezydent RP wraz z premierem i faktycznym odpowiedzialnym za groteskowy stan ojczyzny, prezesem partii rządzącej, uciekali jak Benny Hill przed pogonią nacjonalistów. Muzyczka z tyłówki telewizyjnej brytyjskiej komedii w odcinkach to niemal oficjalny hymn tego dnia, a nie żaden Mazurek Dąbrowskiego.

O prezydencie, premierze i prezesie należy opowiadać ze świadomością, że z tła wydobywa się muzyczka z Benny Hilla, a symbolem tego oficjalnego obrazka jest jakość oleodruku z jeleniem na rykowisku. Nasza ojczyzna wygląda jak jakiś podrzędny zapomniany kraj, a patriotyzm – uczucia, które winno się wymawiać „rzadko na moich wargach” – został zeszmacony jak biało-czerwona flaga powiewająca obok flag ONR.

Przyszły historyk będzie musiał zmierzyć się z tymi nie zasługującymi na pamięć postaciami polityków rządzącej partii, bo taka jest jego profesja, ale pocieszający dla niego i dzisiaj dla nas jest podskórny nurt pod powierzchnią zdarzeń, wynoszący do reprezentowania rodaków osoby, na które zasługuje dumny naród Polski.

Wspomniany już Donald Tusk, który swoją osobą wywyższył imię Polaka, w historii kraju piastuje najwyższą polityczną funkcję w Europie.

Historyk zwróci uwagę na innego polityka, który już za rok spełni swoją przepowiednię z dnia obchodów 100. lecia odzyskania niepodległości: „11 listopada 2019 roku stąd zacznie się wielki, wspólny marsz, gdzie będziemy wszyscy obecni, gdzie wszyscy będziemy mówić: Polska może być wspólnotą, wspólnotą w UE, dumnych ludzi, którzy pamiętają o swojej historii, ale zawsze chcą łączyć, a nie dzielić”.

Tak! To Grzegorz Schetyna będzie dla przyszłego historyka tym ziarnem, z którego zawsze odnawia się Polska, bo przecież nie godzimy się na PiS goniony jak Benny Hill przez ONR.

Tuska słowa na wagę innych: Nie lękajcie się!

W drugą setkę odzyskania niepodległości wkraczamy jeszcze bardziej izolowani od świata niż zamykaliśmy pierwszą setkę. Politycy PiS legitymizowali nacjonalizm i neofaszyzm, bo takim zapowiada się tzw. Marsz Niepodległości.

Jest jeszcze gorzej niż w latach 30. ubiegłego stulecia, gdy Polska nie miała sojuszników i była skazana na przegraną. Wówczas ONR był zdelegalizowany, a dzisiaj spadkobiercy faszystów pójdą obok prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego.

Świat to widzi i „doceni”. PiS może się łudzić, iż istnieje jakaś międzynarodówka prawicowa, w której znajdą popleczników. Otóż nigdy takiej nie było, wojny i wrogowie definiują się właśnie poprzez wyższość własnego nacjonalizmu. Dwa nacjonalizmy wchodzą zawsze w konflikt, najpierw zimny, a następnie gorący – wojnę.

My, Polacy możemy liczyć, iż górę weźmie demokratyczność krajów Unii Europejskiej i płynące z niej standardy, które będą przekonujące dla większości Polaków. Mamy czego bronić, gdyż przeciw nam z kartką wyborczą staje tylko 30 kilka procent wyborców PiS. I to należy uzmysławiać, obecna władza może mówić o suwerenności swoich decyzji w imieniu tych 30 procent.

Od trzech lat władza PiS wszystko robi, aby zdemolować ustrój demokratyczny i wydalić nas z UE. Ale ma przeciw sobie zdecydowaną większość, co udowodniły ostatnie wybory samorządowe, w wyniku mobilizacji wyborców partia Kaczyńskiego zobaczyła figę, która zostanie jeszcze bardziej zobrazowana podczas wyborów parlamentarnych, gdy zostaną odsunięci od władzy.

Nie możemy jednak dać sie dzielić, a będą to robić poprzez różnego rodzaju akty prawne i zaniechania w stosunku do instytucji Unii Europejskiej, aby nastawić wrogo Brukselę.

Sojusz PiS z nacjonalistami Marszu Niepodległości to nie przypadek. Do ostatniej chwili ten pakt sojuszniczy był trzymany w tajemnicy, przecież można było jeszcze miesiąc temu aktem prawnym zdelegalizować Marsz Niepodległości.

Racja jest jednak po stronie opozycji, która musi przekuć ją na odsunięcie PiS od władzy. Wybitny historyk Norman Davies, który zna naszą historię jak nikt na świecie, życzy Polsce szybkiego powrotu do zdrowia i spokoju.

Jak nic nie stanie się nieprzewidzianego i politycy opozycji nie popełnią kardynalnych błędów, Polska w następnym roku powinna wstać z łoża boleści i mieć się tak, jak przed 2015 rokiem. Ale temu pacjentowi musimy pomóc my wszyscy.

Donald Tusk twierdzi, że wszystko, co złe jest do odwrócenia, acz po wygranej będziemy musieli żyć obok wyborców PiS, którzy jeszcze bardziej zostaną napuszczeni i szczuci przeciw społeczeństwu obywatelskiemu.

Wystąpienie Tuska w Łodzi podczas Igrzysk Wolności wejdzie do historii polskiej retoryki politycznej, już dzisiaj można je porównać z wystąpieniem innego Polaka, który zwrócił się do nas: „Nie lękajcie się!”. Teraz też mamy do czynienia z podobną wagą słów, dlatego musimy je docenić: „Brońcie tych praw, tej wolności i brońcie polskiej niepodległości. To wasze zadanie”.

Tragifarsa władzy PiS w urządzaniu obchodów 100 rocznicy niepodległości

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz w apelu o odzyskanie 11 listopada jasno wyraża się, w jakim miejscu znajduje się państwo polskie. Sienkiewicz zasłynął określeniem „państwo teoretyczne”, które dostało wykładnię w książce o tym samym tytule. Minister rządu PO-PSL apeluje o podpisanie petycji, wg której na mocy spec-ustawy winno się ustanowić święto 11 listopada organizowane tylko przez państwo polskie, abyśmy nie kompromitowali się zgodą na „na ponure marsze ludzi w kominiarkach, nienawistne, rasistowskie, ksenofobiczne transparenty i okrzyki”.

PiS miał 3 lata, aby do postulowanej sytuacji doprowadzić. Ale zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i premier Mateusz Morawiecki obudzili się 4 dni przez obchodami 100 rocznicy odzyskania niepodległości, gdy Marsz Niepodległości nacjonalistów i neofaszystów został zakazany przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Zakaz został przez sąd anulowany, bo ma podstawy prawne w ustawie o zgromadzeniach cyklicznych, której autorem są orły PiS. Ustawa pisana była pod miesięcznice smoleńskie, które już się nie odbywają. Zarówno rząd, jak i kancelaria Dudy mogły napisać spec-ustawę, o którą apeluje Sienkiewicz, lecz były zajęte innymi sprawami demolującymi państwo polskie.

W tej chwili sytuacja z obchodami przedstawia się absurdalnie, operetkowo. Joachim Brudziński w ostatniej chwili podpisał porozumienie ze służbami mundurowymi. Funkcjonariusze gremialnie zapadli na zdrowiu, którego odzyskanie stało się możliwe tylko w wypadku podwyżki pensji i licznych przywilejów socjalnych. Brudziński dostał prikaz od Kaczyńskiego, aby iść na wszelkie ustępstwa i poszedł. Policji w ochronie marszu ma pomóc wojsko, które ściąga do Warszawy najnowocześniejszy sprzęt i „ochotników”.

Nadal Kancelarie Prezydenta i Premiera negocjują z narodowcami warunki wspólnego marszu. Szantaż nacjonalistów jest skuteczny, nikt nie będzie w stanie kontrolować ekscesów. Podczas marszu najpierw przemawiać będzie prezydent, ale ostatnie słowo ma należeć do przedstawiciela nacjonalistów.

Szef Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski chwali się na Twitterze, że w dniu Święta Niepodległości budynki w wielu krajach będą podświetlone na biało-czerwono. I tak najbardziej spektakularnie uroczystości za granicą organizuje Sławomir Nowak – były minister rządu PO-PSL, a obecnie pracujący dla rządu ukraińskiego. W Kijowie w tamtejszym Teatrze  Narodowym odbędą się uroczyste obchody, na których obecna będzie elita polityczna naszego wschodniego sąsiada.

Uroczystości państwowe z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości to istny dramat dla władzy PiS, której indolencja może doprowadzić do tragedii. Na razie prezentuje się w wymiarze tragifarsy.

Marsz Dudy i Morawieckiego w oprawie stanu wojennego

PiS kroczy drogą wytyczoną przez WRON Wojciecha Jaruzelskiego.

Komentatorzy polityczni nie radzą sobie z zakazem Marszu Niepodległości, jaki został wydany przez ustępującą prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Klapki partyjne mają nie tylko prawicowi publicyści. Ta polska przywara znana jest od kiedy w Polsce mniej więcej zrozumiano, czym jest podział na lewicę i prawicę, czyli od zawsze.

Czytam, że Gronkiewicz-Waltz cynicznie chce postawić rząd w kłopotliwej sytuacji, a nawet, iż nacjonaliści zostali wprowadzeni do głównego nurtu w wyniku gry między PiS i PO. Raczej polityków tej ostatniej partii nie widziano nigdy na marszach nacjonalistów, a pisowców zawsze było pełno i bronili jeszcze niedawno Marszu Niepodległości.

Spójrzmy na gołe fakty i przypuszczenia, które mogą być nawet pewnikami. Niedawno prezydent Andrzej Duda powiedział, że kalendarz ma tak napięty, że nie znajduje czasu na marsz z nacjonalistami, Mateusz Morawiecki też się od niego odżegnał.

Prezydent Warszawy chciała uzyskać odpowiedź od komendanta policji, jak będzie wyglądało zabezpieczenie marszu. Nie uzyskała, bo podwładny Joachima Brudzińskiego nie kwapił się do odpowiedzi. Więc co miała zrobić Gronkiewicz-Waltz?

Mogła machnąć ręką. Większość tak by postąpiła, ale po Gronkiewicz-Waltz przychodzi Rafał Trzaskowski – i zakaz marszu wygląda na jego decyzję. Zresztą jeszcze aktualna prezydent Warszawy w pierwszych słowach uzasadniających zakaz marszu mówiła o konsultacji w sprawie tej decyzji z Trzaskowskim.

A zatem – Trzaskowski niejako zapowiedział, jaki będzie jego stosunek do tego typu imprez nacjonal-neofaszystowskich. Do tego nie trzeba żadnej inteligencji większej od Forresta Gumpa (IQ 72), wystarczy w garderobie zdjąć klapki z oczu. Komunikat Trzaskowskiego brzmi: stop nacjonalistom, zza pleców których wyrastają rodzimego chowu naziole.

Trzaskowski musiał zdawać sobie sprawę, że z tej akcji wyniknie reakcja. Jaka? Przede wszystkim organizatorzy zakazanego marszu mogą odwołać się do sądu, tak jak we Wrocławiu, gdzie decyzja zakazu podjęta przez Rafała Dutkiewicza została przez sąd uchylona.

Ba, było to wymuszenie na politykach PiS (Andrzeju Dudzie i Mateuszu Morawieckim), aby ciężar odpowiedzialności za obchody 100. rocznicy wzięli na swoje barki. I od razu prezydent spotkał się z premierem. 4 dni przed 100 rocznicą niepodległości ani Duda, ani Morawiecki nie mieli pomysłu na wspólne obchody. Wymyślili to, co tylko PiS potrafi wymyślić – przejąć inicjatywę, zmieniając jej nazwę.

A więc nacjonaliści zostali pozbawieni Marszu Niepodległości, który teraz będzie nazywał się Biało-Czerwonym Marszem. Duda wraz z Morawieckim ponadto nabyli nowe kalendarze i jednak pomaszerują wytyczoną przez nacjonalistów trasą, a nawet jak to oni – wzywają do wspólnoty, czyli wszyscy mogą brać udział w tym naprędce zdefiniowanym kierdelu baranów.

Ale jest problem prawny, bo ustawa o zgromadzeniach w rozdziale 2, art. 7 mówi o nowym zgromadzeniu, które musi być zgłoszone najpóźniej na 6 dni przed planowaną datą. Czyli z tego wynika, iż nie ma czasu na nowy marsz. Może być przez prezydenta i premiera przejęty na siłę zakazany marsz.

Jeżeli sąd anuluje zakaz, to będziemy mieli do czynienia z Marszem Niepodległości nacjonalistów przemianowanym przez Dudę i Morawieckiego na Biało-Czerwony Marsz. I jeszcze jeden szczegół: za porządek odpowiadać ma Wojsko Polskie, bo to ono zostało zgłoszone jako organizator.

Pointując: 100 rocznicę niepodległości mamy w oprawie stanu wojennego, tj. wojskowego. I bodaj o to chodzi PiS, która to partia kroczy drogą znaną już w latach 80. ubiegłego stulecia wytyczoną przez WRON Wojciecha Jaruzelskiego.

Duda wcielił się w zabitego żołnierza I Brygady, zachwalał stracone życie

Andrzej Duda w trakcie ciszy wyborczej udał się do małopolskich miejscowości Zakliczyna i Łowczówka, które do naszej historii weszły wraz z pierwszą poważną bitwą I Brygady w 1914 roku.

W ciszy szept jest krzykiem, a jak ma się przewiny jako polityk, ten wewnętrzny krzyk może być nie do zniesienia. I chyba coś takiego przeżywa prezydent, który ciągle zawodzi, a 100. rocznica odzyskania niepodległości jest oddana walkowerem, jeżeli to przełożyć na działania militarne, to Duda uciekł jako dowódca, a żołnierze jego zostali wysieczeni w krwawej jatce.

Jeszcze niedawno Duda perorował o referendum konstytucyjnym, które miało się odbyć 11. listopada, a na uroczystości najważniejszego święta narodowego od stuleci mieli przybyć wielcy tego świata. Niestety nikt nie przybędzie, bo Duda i PiS nie są już dla nikogo partnerami, przybędą za to faszyści z całej Europy i zhańbią nasze największe święto.

Nie wiadomo, czy z nimi poradzą sobie służby porządkowe, bo inny „orzeł” Jarosława Kaczyńskiego Joachim Brudziński ma kłopoty ze związkami zawodowymi policjantów, funkcjonariusze biorą chorobowe, nie godzą się na warunki socjalne, jakie zgotowała im władza.

Duda w Zakliczynie snuł jakąś dziwną pajęczynę eschatologiczną w imieniu poległych żołnierzy I Brygady. Duda wczuł się w rolę zabitego żołnierza i tak w jego imieniu się wypowiedział: „Było warto (stracić życie – przyp. mój), mimo że żyłem tylko 20 kilka lat”. Lepiej, żeby Duda jednak nie otwierał twarzy i nie tylko dlatego, że jej nie ma. Duda to taki statysta na planie filmowym, który udaje poległego i leży twarzą do ziemi.

Desperacką propozycję ratowania Święta Niepodległości przedstawił były minister spraw wewnętrznych rządu PO-PSL Bartłomiej Sienkiewicz, który wykombinował, aby rządzący wyłączyli 11 listopada spod ustawy o zgromadzeniach, a tym samym nie pozwolili na nacjonalistyczno-faszystowski Marsz Niepodległości. Jak pisze Sienkiewicz: „Przywróćmy Polsce jej święto zanim ekstremiści i prawica nie zniszczą do reszty, i święta, i Polski”.

Już jednak na to za późno. Świat zobaczy naszą hańbę i jej autorów: Dudę, Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego, którzy nas ośmieszają. Będziemy musieli jako naród żyć z tym piętnem.

Coraz bardziej groteskowe pomysły PiS

Zarówno Fundusz Obrony Narodowej, jak i Pracownicze Plany Kapitałowe są z repertuaru jakiegoś kabaretu na specjalnych papierach.

Generał Waldemar Skrzypczak udzielił wywiadu-rzeki, który ukaże się 19 września i nosi wręcz złowieszczy tytuł „Jesteśmy na progu wojny”. Raczej generałowi chodzi o konflikt globalny, lecz Polska separująca się od Zachodu jest tym bardziej narażona na ugodzenie odłamkiem.

Należy zawierać sojusze i zbroić armię, która potrafiłaby odstraszać i współdziałać z nowoczesnymi armiami NATO. A mamy stan armii po Macierewiczu taki, iż zastał armię z kontraktem na zakup nowoczesnych Caracali, a pozostawił wojska terytorialne wyposażone w karabiny na sznurkach i w domowych łapciach.

Na armię idzie spory grosz, bo 2 proc. PKB, ale nie są ogłaszane przetargi na nowoczesną broń. Tym samym Polska nie korzysta z nowoczesnych technologii via offset, który można przy takiej formie zakupu utargować. Pieniądze rozłażą się, bo nawet wspomniany Szwejk Macierewicz i jego następca takiż sam Szwejk Błaszczak nie opracowali planów modernizacji armii.

Już mamy do czynienia z historycznym déja vu. Jak przed II wojną światową ma być utworzony Fundusz Obrony Narodowej. W 1936 roku powołał go prezydent Ignacy Mościcki, obecnie nad możliwością jego reaktywacji trwają prace studyjne. Pieniądze pozyskiwano by poza budżetem, czyli patriotyczną zrzutką różnych podmiotów plus obywateli. W II Rzeczpospolitej w ten sposób nabywano sprzęt wojskowy, w tym karabiny maszynowe.

W tej groteskowej wizji można dopatrzeć się, jak patrioci z jakiegoś miasta zakupują dla armii karabiny na porządnych rzemykach, a dzieci z przedszkola im. Lecha Kaczyńskiego dwie paczki nabojów. Gdy ukaże się wywiad z gen. Skrzypczakiem można będzie snuć historyczne porównania, czy już znajdujemy się w roku 1936, a więc mamy 3 lata do wojny. Zaś Macierewicz, Błaszczak, Morawiecki tudzież Kaczyński winni wzorem przedwojennych notabli wyznaczyć sobie Zaleszczyki, przez które dawaliby patriotyczną nogę.

Fundusz Obrony Narodowej, który ma cedować odpowiedzialność państwa na społeczeństwo, przypomina inny zwodniczy pomysł rządu – Pracownicze Plany Kapitałowe. Jeszcze nie powstały, a już są w rządzie obiektem targu. Powtórzmy, FON jest powtórką z rozrywki OFE (Otwartych Funduszu Emerytalnych), które padły łupem państwa. Po nieistniejące jeszcze pieniądze emerytów z FON już zgłosił się minister energii Krzysztof Tchórzewski, który ma pomysł, jak je zainwestować – mianowicie ulokować na kontrolowanym przez niego TFI Energia.

Zarówno Fundusz Obrony Narodowej, jak i Pracownicze Plany Kapitałowe nie poddają się poważnej krytyce. Są z repertuaru jakiegoś kabaretu na specjalnych papierach, gdyż Mrożek ani Bareja by za PiS-em nie nadążyli. Tym specjałem groteskowym mógłby być Latający Cyrk Ferdynanda Kiepskiego, nie muszę wszak wskazywać, kto w nim byłby – phi, jest! – prezesem.

Ze śmiechu właśnie wytrącił mnie Mateusz Morawiecki, który powtórzył swój „genialny” pomysł, aby wszyscy razem – w tym „nasza opozycja” jak się wyraził – uczestniczyli w Marszu Niepodległości. I jak Paździoch wymyślił, że wszyscy pójdą pod jedną flagą. Ludzie walczący o trójpodział władzy, o niezależność sądów, o zachodnie standardy demokratyczne, mają iść z akolitą Paździochem Morawieckim w jednym marszu, który na życzenie prezesa Kiepskiego prowadzi nas na Wschód. Paździochu, nie pójdę, postoję!

W dzisiejszej Polsce już wiemy, że nie pochodzimy od małpy. TERAZ MAMY W SUMIE DRUGIE ZASADNICZE PYTANIE 🙂

Znowu 5 zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Biuro Nadzoru Wewnętrznego na wzór Służby Bezpieczeństwa

PiS ma do perfekcji opanowaną logistykę przepychania ustaw niezgodnych z prawem. Logistykę zarówno dotyczącą tego, aby nie debatować nad projektami, a jeszcze lepszą, aby wzniecić szum, medialny. Jak oni to robią? Z pewnością jedną z przyczyn jest to, że mediów publicznych już nie mamy. Szumy medialne zaś są kreowane wokół nieistotnych spraw, a nawet gdy sprawa jest istotna, to okular zainteresowania jest skierowany na pozorny spór, na ustawkę. W czwartek została uchwalona ustawa powołująca Biuro Nadzoru Wewnętrznego (BNW), które podlegać będzie bezpośrednio Mariuszowi Błaszczakowi.

BNW będzie nadzorowało inne służby i opiniowało kandydatów na kierownicze stanowiska w służbach takich, jak policja, Straż Graniczna, Państwowa Straż Pożarna czy Biuro Ochrony Rządu.

Pomysł BNW jest bezprawny, bo każda ze służb ma wewnętrzne organa kontroli, a nadzór nad czynnościami zgodności z prawem mają sądy i prokuratury. Ta jeszcze jedna czapa nad służbami i to zawiadywana przez ministra Błaszczaka spotkała się na etapie projektu z negatywną oceną Rządowego Centrum Legislacji (RCL) i Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów. RCL w ekspertyzie napisało: – „Zgodnie z przepisami ustawy o policji nadzór nad realizacją tych czynności sprawują sąd i prokurator, a nie minister właściwy do spraw wewnętrznych”.

Jest to zatem całkowite upolitycznienie służb mundurowych z czapą podobną do komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, które w MSWiA pełnić będzie rolę politbiura, aby właściwi kandydaci byli desygnowani do służb, czyli wyznania pisowskiego.

To nie wszystko. Uprawnienia zaufanych ludzi Błaszczaka (wąska grupa zaufanych to kilkadziesiąt osób) to bezprawny dostęp do materiałów operacyjnych innych służb z klauzulą tajności. Inspektorzy BNW będą mogli posługiwać się podsłuchami i mieć dostęp do  danych telekomunikacyjnych i internetowych.

Przy takich uprawnieniach nowego biura trudno będzie pozbyć się pokusy walki politycznej za pomocą nielegalnej informacji, manipulacji nią i dyskredytowaniem wybranej osoby. „Pokusa”? Ależ po to została ta służba powołana, aby realizować pokusy polityczne.

Skojarzenie BNW z SB jest uprawnione. Ta inicjatywa jak i inne świadczą, że PiS przygotowuje się na długie rządzenie, bez terminu oddania władzy w wyniku procedur demokratycznych. Zaciska się pętla państwa policyjnego, widmo totalitarnego PiS krąży nad Polską.

Polska płonie

Polacy nie mają już wspólnej przestrzeni, są tylko wrogo do siebie nastawieni. Powodem nie jest bukiet wartości, ale naręcze emocji, które zostały wykreowane przez polityków, służą ich misji. Święto Niepodległości pokazało to w całej krasie.

Najbardziej poszkodowany jest Jarosław Kaczyński. Tak naprawdę nie może się ruszyć ze swojego biura bez asysty tysięcy policjantów, a i to na krótkiej trasie marszruty wyznaczonej płotem żelaznym. Czyż nie jest to więzienie? Acz nie jesteśmy tolerancyjną i bogatą Danią, prezes nie poddaje się takim drobiazgom i podkreślił w przeddzień święta, że jego Polska „wyznaczy dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia”.

Ten lekarz Europy raz w miesiącu robi obchód na Krakowskim Przedmieściu. Jak z tego miejsca miałby przeprowadzić terapię i jaką zaserwuje driakiew? Otóż leczenie będzie oparte na „chrześcijańskiej cywilizacji”. Co to miałoby znaczyć, że chrześcijaństwo wpisuje się w podstawę wartości humanistycznych?

Czyżby prezes chciał odświeżyć krucjaty, bo tak można interpretować pisowską postawę wobec uchodźców, niech umierają, a my wobec nich umywamy ręce, jesteśmy Piłatami. A może chodzi o więcej indoktrynacji klerykalizmem? Funkcjonariusze tej idei od 2 tysięcy lat powtarzają te same formułki. Coś w tej drodze do uzdrowienia Europy szwankuje? Gdyby przeszłość była dobra, to dzisiaj egipski ibn-Kaczyński uzdrawiałby islam, a nawet Afrykę, poprzez budowę nowych piramid.

Kaczyński zatem to szaman, a nie żaden lekarz. Spod jego zaczarowania wydawał się wyrywać Andrzej Duda, ale dzisiaj widzimy, że to było udawane. Duda doszedł do ugody z szamanem w sprawie dwóch ustaw sądowych o KRS i Sądzie Najwyższym. Dla mnie nie było jasne, o co chodzi, bo wersje pisowska i prezydencka niewiele się różniły, inaczej rozkładały akcenty czasowe demolowania niezależności sądów.

W Święto Niepodległości Kaczyński uciekł z Warszawy, bo przecież nie stanie na uroczystościach obok tego, którego tak łatwo ograł, a do tego przybył jego wróg patentowany, do którego nie może się dobrać, Donald Tusk. Tusk raczej się nie boi żadnych szamanów, to oni od niego uciekają. Pod adresem prezesa skierował słowa: – „Kto sieje konflikt wewnętrzny, agresję, nienawiść pomiędzy Polakami, ten tak naprawdę wystawia naszą niepodległość na największe ryzyko”.

Więc nie dziwmy się, że ulice zostały zawłaszczone przez ONR, nacjonalistów i faszystów, którzy w marszu pod zwodniczym tytułem Marsz Niepodległości wykrzykują hasła jawnie faszystowskie. Nie obroni nas garstka Obywateli RP, którzy stanęli przeciw szarańczy nacjonalizmu, a do tego zostali spacyfikowani przez policję.

Polska płonie. Oby nie zostały z nas zgliszcza i zdany na łaskę żywiołu wiatru testament Szarego Człowieka.

GDYBYŚCIE MIELI ROZWINĄĆ NASZĄ GALERIĘ, TO JAKIE KULSONY POWINNY SIĘ W NIEJ JESZCZE ZNALEŹĆ? 🙂

Kulson i Karczewski, bohaterowie naszych czasów

Wzbogacamy się o nowe słowa w języku polskim. Na najstarszy zawód świata w wersji kolokwialnej mówimy „kulson”. A jak ktoś ma takie nazwisko, to po prostu piszemy z dużej litery: Kulson.

Policjant nie powiedział do protestującej: „Siadaj, k…!”, tylko zwrócił się do policjanta znajdującego się obok kobiety: „Siadaj, Kulson!”

Szkoda, że nie był to pies (policjantów też nazywa się psami), który wabi się Kulson, byłoby bardziej zrozumiałe, iż na komendę miałby zrobić siad przy zatrzymanej.

To jest policyjna wersja na wokandę sądową. W rzeczywistości mogłoby przecież być tak, że ten policjant mówiący do kobiety i nazywający ją kolokwialnie miałby paralizator w rękach. Bo to dalszy ciąg policyjnego rozwydrzenia z komisariatu we Wrocławiu.

Kulson pod groźbą paralizatora tak by siadł, że by zeszedł. Na naszych oczach policja pod zarządem ministra Błaszczaka wróciła do korzeni i już jest milicją. Wracamy w szerszej perspektywie do korzeni, do tradycji, jak to mówi prezes Kaczyński, który chce wartościami tradycji leczyć Europę.

Jeszcze o Kulsonie. Gdy już wreszcie siadł, to od razu Kulson otworzył konto na Twitterze i wiemy o nim, że ma na imię Mateusz i na pagonach: mł. asp. Na koncie ma jeden tweet, właśnie z popularnym w sieci „tym” filmikiem. Na razie Kulson nie ma twarzy (a może mordy, wszak to może być pies).

Gdy Kulson siadł, zaczął odkrywać uroki internetu.

„Pokłosie” (nawiązuję do filmu Pasikowskiego) faszystowskiego Marszu Niepodległości będzie owocować tym, że nam pójdzie w pięty. Ci faszyści już są nie do zatrzymania.

Na razie o zatrzymanie wiceszefa „Wyborczej” Piotra Stasińskiego zapowiedział starania marszałek Senatu Stanisław Karczewski (tak! – to ten od „ciepłego człowieka” Łukaszenki). Karczewski zapowiedział zawiadomienie do prokuratury na Stasińskiego, bo ten cytował wulgarne wypowiedzi z faszystowskiego marszu w „Loży prasowej” TVN24.

No, to już mają ochotę sadzać za cytowanie wulgaryzmów, które mają placet pisowski. Komuna wróciła.

Strach będzie cytować Jarosława Kaczyńskiego, jego „kanalie”, „mordy zdradzieckie”, etc. A skąd faszystowska młodzież nauczyła się wulgaryzmów, traktowania przestrzeni publicznej jako spluwaczki? Od mistrza, od prezesa K. (bynajmniej nie kulson, acz mogę się mylić).

Reaktywacja PRL-u z roku 1968 nastąpiła zadziwiająco szybko. Zauważyły ten faszystowski rajd po Warszawie media na całym świecie.

LEPSZEGO KOMENTARZA NIE POTRZEBA. Pomysł:

 

Nauki ze Święta Niepodległości

Barwna Polska jest wolna i niepodległa, jest bogata i nie boi się innych – taką otwartą Polskę trzeba odzyskać.

Czy Święto Niepodległości czegoś nas nauczyło? Obawiam się, że nie. Można twierdzić, że przez wentyl bezpieczeństwa zeszło powietrze z faszyzmu/naszyzmu, pokrzyczeli i rozjechali się do domów. Można się wstydzić, że (pedagogika wstydu – ulubiony termin Kaczyńskiego) poszedł w świat obraz Polaków antysemitów, można zachwycać się (ja tak robię) dwunastoma kobietami, które stanęły naprzeciw wrzaskliwych karków w liczbie 60 tysięcy. Można projektować inną Polskę – otwartą, potrafiącą przyznać się do zwycięstw i porażek, do trafnych wyborów i błędów.

Ale czy to jest nauka? To są tylko spostrzeżenia, głębsze i płytsze analizy na poziomie felietonu. Nauka to jest wiedza, która czyni nas przydatnymi do sprawowania funkcji w życiu prywatnym – żony/męża i matki/ojca – w życiu publicznym, w którym będziemy wypełniać służbę dla dobra innych, ale przede wszystkim w życiu społecznym, obywatelskim, w którym kooperować winniśmy być w stanie z drugim, który może się różnić od nas wszystkim – płcią, wiekiem, kolorem skóry, wyznaniem i wielkością bibliotek.

To jest nauka. Jeżeli mniemamy o sobie, że się uczymy, to musimy wejść w afiliacje z kimś stojącym w stosunku do nas na antypodach. Można to osiągnąć tylko na najwartościowszym poziomie – otwartości. W stosunku do siebie, w stosunku do drugiego, w stosunku do problemu. Otwartość wyklucza tylko jedno – zniszczenie strony przeciwnej, zagładę (holocaust).

Otwartość wcale nie musi być liberalizmem, bo może być lewicowa, konserwatywna. Otwartość nie manipuluje, tylko otwiera ramiona, jest przyjazna w stosunku do wartości niekoniecznie przez nas akceptowanej. Ale dla takiej otwartości trzeba stworzyć ramy – bynajmniej nie granice – w których można przewartościować różne cele, bo może się okazać, że różni dążymy do jednego celu. W otwartości mogą się spotkać KOD z Obywatelami RP, Czarny Protest z Łańcuchami światła, mogą się spotkać politycy PO, Nowoczesnej, Razem, a nawet PiS, choć ci ostatni mogą się obawiać knuta prezesa.

Otwartości obywatelska i partyjna winny snuć projekty, jak tę owartość czynić coraz bardziej powszechną. Jak mówić o polityce, która nie musi być „brudna”, jak mówić o historii, która czasami jest jak my blondynem, a czasami brunetem, a bywało, że łysiała. Otwartość nie boi się siebie, nie boi się Polski, która w XVI wieku osiągnęła Złoty Wiek, a która potem staczała się nie z powodu wrogów na granicach, tylko z powodu wewnętrznych wrogów. Otwartość nie boi się historii Polski II Rzeczpospolitej (wspaniale zaczęła i źle skończyła), III Rzeczpospolitej, która znowu wspaniale zaczęła i kiepsko się ma (oby się nie kończyła).

Święto Niepodległości powinno nas czegoś nauczyć. Dlaczego nie było świętem, tylko zawłaszczeniem i złorzeczeniem na zawłaszczanie – na które pozwoliliśmy – faszystom/naszystom? Dlaczego pozwoliliśmy 12 kobietom być osamotnionym (acz sprawiedliwym)?

Wyrzekliśmy się otwartości, oddaliśmy Polskę w pacht tym, którzy nie mają problemów z wymuszaniem swoich racji. Barwna Polska jest wolna i niepodległa, jest bogata i nie boi się innych, taka Polska już nam się zdarzyła w XVI wieku i na początku II i III Rzeczpospolitej. Taką otwartą Polskę trzeba odzyskać, a nie martwić się marginesami ksenofobii, faszyzmu/naszymu. Oni zawsze będą, a rosną jak obecnie, z powodu braku naszej otwartości.

Mam wrażenie że ta liczba się nie zmniejszyła ☹☹☹

Gliński na gruzach kultury

Minister kultury Piotr Gliński jest minimalistą. Na 100-lecie odzyskania niepodległości nic nie miałby przeciw temu, aby zburzyć Pałac Kultury i Nauki. Dlaczego tylko ten pomnik stalinowski?

Gdy Warszawa powstawała z kolan zagłady (akurat ta metafora pasuje mi do rysunków Bronisława Linkego), wszystko wokół było odbudowywane. Stolica była wówczas oczkiem w głowie narodu i gros rodaków miało jakichś udział w odgruzowywaniu i wznoszenia z osmalonych niekiedy cegieł nowej Warszawy, w dużej części rekonstruowanej. A że ustrój wówczas nie odpowiadał większości?

A czy dzisiaj demolowana demokracja odpowiada większości Polaków? Przekonamy się, gdy jeszcze bardziej zdemolowana zostanie wolna Polska. Odbudowa materialna to konstans w naszych dziejach. Co rusz najeźdźcy ze wschodu i z zachodu, bywało, że z północy czynili z Polski ruiny.

Świat nam uciekał, bo zajęci byliśmy swoimi ruinami. Gliński więc z braku świeżych pomysłów (nawet nie wychodzi mu pomysł z hollywoodzkimi filmami dla prezesa Kaczyńskiego – tak skutecznie obśmianymi przez brata Roberta) wyskakuje z pomysłem, że „nie miałby nic przeciwko”. Może na Nowogrodzkiej PKiN zasłania słoneczko, a może prezes nareszcie przeczytał „Małą apokalipsę” Konwickiego, gdzie bohater przymierza się do samospalenia właśnie pod Pałacem.

W sprawach kultury Gliński, jak i jego zastępca Sellin, boją się ludzi kultury, pisarzy, plastyków, filmowców. Świadczą o tym niezliczone wypowiedzi wspomnianych. Happening ze zburzeniem PKiN-u ma nadrobić ich braki kreacji. Śmiało – panie Gliński – PKiN to może być za mało! Nie tylko zrównać w ziemią MDM, ale i te wokół nowe wieżowce, powstałe po 1989 roku, które są pokłosiem Magdalenki.

Minister Gliński miałby jakiś trwały wkład w demolowanie. Do czasu jednak – bo Polacy odbudują, a nowy Linke, np. Andrzej Pągowski sporządzi rysunki z gruzu pisowskiego.

Ależ zachęcam Glińskiego do czynienia ruin! Błąd! Sferę niematerialną, a najtrwalszą dla narodu – kulturę i twórczość – co rusz Gliński burzy i to świadomie, bo „nic nie ma przeciw”. Twórczy duch narodu będzie też odbudowywany z pisowskich gruzów.

CORAZ TRUDNIEJ WCISKAĆ POLAKOM KIT. Wszyscy już widzą, że armia w rozsypce, w szkołach bałagan, ZERO mieszkań +, Polska z rekordowym deficytem a kolesie z partii z mega pensjami na państwowych stołkach. nie da się już ukryć.

>>>

>>>

>>>