Posts Tagged ‘Michał Królikowski’

STANIEMY SIĘ NAJSILNIEJSZĄ ARMIĄ NA ŚWIECIE. A wrogów przepędzimy wodą święconą!

MATKA BOSKA MACIEREWICZOWSKA

Na Koduj24.pl piszą o walce w PiS.

Zmagania obozu prezydenckiego z rządem

Czy rezygnacja przez Mastalerka z intratnej posady w PKN Orlen oznacza zemstę PiS na nieformalnym współpracowniku głowy państwa?

Jak już wiadomo, w okolicach połowie sierpnia prezydent Andrzej Duda zażądał od premier Beaty Szydło dymisji szefa MON Antoniego Macierewicza. Temat powrócił na forum w Krynicy. Prezydencki rzecznik Krzysztof Łapiński pytany tam przez dziennikarzy o doniesienia medialne na temat wspomnianych oczekiwań prezydenta, skwitował je krótko: „jeśli prezydent miałby oczekiwania co do zmian w składzie Rady Ministrów, to na pewno wyraziłby je prezesowi Kaczyńskiemu”. Jakby na to nie patrzeć, rzecznik wskazał jedynie – nazwijmy to umownie – pas transmisyjny władzy i stwierdził po prostu fakty. Tymczasem w partii rządzącej po wypowiedzi Łapińskiego zawrzało.

Do słów ministra w Kancelarii Prezydenta ostro odniósł się marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który w środę na Twitterze napisał: „Słowa @kplapinski o wpływie PBS na skład rządu świadczą o braku kompetencji, albo złym wychowaniu. Gdybym był jego szefem zwolniłbym go”. W późniejszej rozmowie z TVP Info nazwał wypowiedź Łapińskiego „wyskokiem pana rzecznika pana prezydenta”. Sama premier Szydło pytana w Krynicy, czy oczekuje dymisji prezydenckiego ministra stwierdziła, że nie będzie komentować słów rzecznika. Po czym podkreśliła, że „prezydent podejmuje decyzję wobec swoich pracowników, tak samo jak ja podejmuję decyzję wobec moich współpracowników”. Dopytywana, czy jej relacje z prezydentem ostatnio nie „ochłodziły się” odparła, że chłodu nie odczuwa.

Co więcej, PiS wraz z premier Beatą Szydło domagają się od prezydenta Andrzeja Dudy szybkiej dymisji jego rzecznika Krzysztofa Łapińskiego. Z informacji Onetu wynika, że padło w tej sprawie ultimatum. Dlaczego? „Nie można tolerować sytuacji, w której rzecznik pozwala sobie na ataki wobec szefowej rządu. Jeśli pan prezydent nie odwoła pana Łapińskiego, to oznaczać to będzie, że dał „zielone światło” swojemu rzecznikowi na taką wypowiedź. A jeśli tak było, to może znacząco utrudnić dalsze rozmowy o prezydenckim referendum dotyczącym zmiany konstytucji czy ustaw o reformie KRS i SN” – powiedział rozmówca Onetu.  Do całego zamieszania odniósł się także sam prezydencki rzecznik. – „Moim zwierzchnikiem jest prezydent. To prezydent Andrzej Duda zdecydował się powołać mnie na funkcję ministra i to on decyduje o obsadzie stanowisk w Kancelarii– mówił Krzysztof Łapiński, dodając, że jego zadaniem jest „przekazywać decyzje i stanowiska prezydenta Andrzeja Dudy”.

PiS  nie zapomniał prezydentowi lipcowych decyzji w kwestii reformy sądownictwa. W tym kontekście media skłonne są odczytywać wtorkową rezygnację Marcina Mastalerka z funkcji dyrektora do spraw komunikacyjnych PKN Orlen. Mastalerek poinformował, że przechodzi do sektora prywatnego. Dlaczego „dobra zmiana” dotknęła właśnie jego? To właśnie były rzecznik PiS i bliski współpracownik Andrzeja Dudy w zwycięskiej kampanii, zdaniem partii rządzącej, rzucił pomysł zablokowania przez prezydenta reformy sądownictwa. Na Nowogrodzkiej są przekonani, że Mastalerek jest także autorem pomysłu o przeprowadzeniu referendum konstytucyjnego. Przypomnijmy, pomysł ten na początku maja dość mocno zaskoczył PiS i samego Jarosława Kaczyńskiego. To zbiegło się niespodziewanie ze zmianą na stanowisku rzecznika prezydenta Marka Magierowskiego (obecnie wiceszefa MSZ). Zastąpił go Krzysztof Łapiński, z którym Mastalerek jest w bardzo bliskim kontakcie – czytamy na portalu Onet. Nasuwa się pytanie: Czy rezygnacja przez Mastalerka z intratnej posady w PKN Orlen oznacza zemstę PiS na nieformalnym współpracowniku głowy państwa?

Teraz relacje prezydent – rząd nabrały jeszcze jaskrawszych odcieni. PiS ponownie został zaskoczony … słowami prawdy. Otóż kolejny człowiek prezydenta, prof. Michał Królikowski, odwiedził program Moniki Olejnik i na PiS nie zostawił suchej nitki. Tak mocnej i miażdżącej krytyki postępowania tej partii w sprawie sądów dawno nie było – czytamy na portalu NaTemat. Przypomnijmy: prof. Królikowski przygotowuje projekty nowych ustaw o sądownictwie. – „Nie dopuszczam takiej sytuacji, że można lojalnością wobec państwa tłumaczyć tak radykalny zamach na instytucję” – powiedział do Olejnik. Dalej było tylko lepiej. Projekty przygotowane przez rządzącą ekipę nazwał „doraźnymi”, „krótkowzrocznymi” i „destrukcyjnymi” i zabrakło jego zdaniem całościowej wizji sądów. Powiedział też, że PiS „zlekceważył” konstytucję przenosząc wszystkich sędziów Sądu Najwyższego w stan spoczynku. Dlatego prezydenckie veto uważa za „genialną, mądrą i propaństwową decyzję”.

To nie wszystko: Trudno, żeby jego słowa spodobały się partii rządzącej, ponieważ uznał zasadność lipcowych protestów! W przeciwieństwie do rządzących polityków nie mówił o sterowanej ani tym bardziej opłacanej akcji protestów. Oświadczył nawet: – „Ci ludzie pomyśleli, że coś ważnego im odebrano albo coś ważnego im się odbiera. I że nie wyrażają na to zgody”. Warto dodać, że prezydencki doradca był przed laty w rządzie PO-PSL wiceministrem sprawiedliwości. Partyjni oficjele, chociażby Krystyna Pawłowicz, po prostu obawiają sie Królikowskiego, co teraz – po występie u Moniki Olejnik – nie dziwi. Wyrażona przez niego krytyka pozostaje wszak w zupełnej sprzeczności z linią rządu.

ILE WARTE JEST SŁOWO POLITYKA PiS?

BIEDNA POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”. LOS POTRAFI BYĆ JEDNAK IRONICZNY…

NO I JAKI ZAORAŁ ŁAPIŃSKIEGO. SUPER. PROSIMY O WIĘCEJ 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o nieuniknionej walce w PiS.

Duda jest skazany na konflikt z Kaczyńskim

Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski

Na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudę należy patrzyć w szerokich kontekstach i wzajemnych współzależnościach, które nie muszą być kompetencjami ich funkcji. Zadałem pytanie: kim jest Kaczyński, gdy wiadomo, iż na Macierewiczu ciążą konkretne podejrzenia?

Renata Grochal z „Newsweeka” o tych dwóch politykach PiS mówiła w TOK FM: „Macierewicz realizuje politykę, którą Jarosław Kaczyński chce realizować”. I trudno nie zgodzić się z publicystką. Ba, nastręczają się bardzo konkretne pytania. Co chce Kaczyński zrobić w Wojskiem Polskim, z polską obronnością?

A w związku z tym pojawią się od razu trzy następne pytania. Czy Kaczyński rękoma Macierewicza chce rozbroić Polskę (nie zakupiono przez dwa lata żadnego sprzętu, bo trudno zaliczyć do niego samoloty dla VIP-ów, zaś najważniejszy kontrakt na śmigłowce bojowe Caracale został zerwany, w zamian niczego nie zaproponowano)?

Drugie pytanie. Czy Kaczyński chce wyrzucać z wojska najbardziej kreatywny element w postaci generałów, jak generał Mirosław Różański, co przypomina czystki Stalina w latach 30-tych? I trzecie pytanie: Czy Kaczyński chce stworzyć z Wojsk Obrony Terytorialnej prywatną armię PiS?

Kaczyńskiego z Macierewiczem łączą szczególne związki. Nikt nie jest mu tak bliski, nawet nie był brat Lech Kaczyński, ani też trzeci bliźniak Ludwik Dorn, ten ostatni dzisiaj pozostaje jego wrogiem. Beata Szydło szybciej przestanie być premierem niż Macierewicz ministrem. Ta ostatnia myśl jest autorstwa Grochal, acz podobnie myślałem.

I teraz nałóżmy te powinowactwa zamiarów Kaczyńskiego z Macierewiczem na postać Andrzeja Dudy. Konflikt prezydenta z prezesem jest nieunikniony, a nawet w dalszej perspektywie rozrywający PiS.

Chyba podobnie myślą generałowie – i to wyborni dowódcy w sile rozwoju zawodowego – jak wspomniany już Różański, ale też dziesiątki innych, którzy zawiązali Fundację Stratpoints z nadrzędnym celem, aby najlepsi generałowie – cenieni np. w NATO – nie marnowali się. Generałowie zwrócili się nawet z przesłaniem do prezydenta: „Jesteśmy otwarci na współpracę z prezydentem Andrzejem Dudą”.

Ciągle miejmy w tyle głowy, że Kaczyński wysługuje się Macierewiczem, a Duda powiedział tym zamiarom stop, nie podpisując listy awansów na generałów.

Następna sprawa, która nabiera rumieńców, acz nie musi nam się podobać, ale na pewno nie będzie podobać się prezesowi i jego otoczeniu. Na medialne światło wyciekły zręby dwóch prezydenckich ustaw sądowniczych, które mają być procedowane w Parlamencie na miejsce zawetowanych w lipcu.

Nie spodobają się rządowi PiS, bo kompetencje ministra sprawiedliwości zostaną cedowane na prezydenta, który przyznaje sobie w ten sposób rolę bezpiecznika. Np. gdy w Sejmie większość trzech piątych posłów nie wyłoni kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent wskaże własnych kandydatów. Przeciek do mediów ma służyć głównie wzmocnieniu politycznemu prezydenta.

Duda więc skonfliktowany jest nie tylko z Macierewiczem, a w istocie z Kaczyńskim, dorzućmy do tego konflikt ze Zbigniewem Ziobrą, nie piszę o Szydło, bo ta marionetka nie ma narzędzi na usamodzielnienie, zresztą byłoby ono niemożliwe przy jej kompetencjach intelektualnych.

Duda nie musi się nam podobać. Widać, iż zaczął bać się o swoją przyszłość, przecież nie chce skończyć przed Trybunałem Stanu, a jeżeli tak myśli i choć trochę o Polsce, to jest skazany na konflikt z Kaczyńskim. Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski.

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Dorota Warakomska o Kongresie Kobiet.

Co Polkom po Kongresie Kobiet

Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski

Na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudę należy patrzyć w szerokich kontekstach i wzajemnych współzależnościach, które nie muszą być kompetencjami ich funkcji. Zadałem pytanie: kim jest Kaczyński, gdy wiadomo, iż na Macierewiczu ciążą konkretne podejrzenia?

Renata Grochal z „Newsweeka” o tych dwóch politykach PiS mówiła w TOK FM: „Macierewicz realizuje politykę, którą Jarosław Kaczyński chce realizować”. I trudno nie zgodzić się z publicystką. Ba, nastręczają się bardzo konkretne pytania. Co chce Kaczyński zrobić w Wojskiem Polskim, z polską obronnością?

A w związku z tym pojawią się od razu trzy następne pytania. Czy Kaczyński rękoma Macierewicza chce rozbroić Polskę (nie zakupiono przez dwa lata żadnego sprzętu, bo trudno zaliczyć do niego samoloty dla VIP-ów, zaś najważniejszy kontrakt na śmigłowce bojowe Caracale został zerwany, w zamian niczego nie zaproponowano)?

Drugie pytanie. Czy Kaczyński chce wyrzucać z wojska najbardziej kreatywny element w postaci generałów, jak generał Mirosław Różański, co przypomina czystki Stalina w latach 30-tych? I trzecie pytanie: Czy Kaczyński chce stworzyć z Wojsk Obrony Terytorialnej prywatną armię PiS?

Kaczyńskiego z Macierewiczem łączą szczególne związki. Nikt nie jest mu tak bliski, nawet nie był brat Lech Kaczyński, ani też trzeci bliźniak Ludwik Dorn, ten ostatni dzisiaj pozostaje jego wrogiem. Beata Szydło szybciej przestanie być premierem niż Macierewicz ministrem. Ta ostatnia myśl jest autorstwa Grochal, acz podobnie myślałem.

I teraz nałóżmy te powinowactwa zamiarów Kaczyńskiego z Macierewiczem na postać Andrzeja Dudy. Konflikt prezydenta z prezesem jest nieunikniony, a nawet w dalszej perspektywie rozrywający PiS.

Chyba podobnie myślą generałowie – i to wyborni dowódcy w sile rozwoju zawodowego – jak wspomniany już Różański, ale też dziesiątki innych, którzy zawiązali Fundację Stratpoints z nadrzędnym celem, aby najlepsi generałowie – cenieni np. w NATO – nie marnowali się. Generałowie zwrócili się nawet z przesłaniem do prezydenta: „Jesteśmy otwarci na współpracę z prezydentem Andrzejem Dudą”.

Ciągle miejmy w tyle głowy, że Kaczyński wysługuje się Macierewiczem, a Duda powiedział tym zamiarom stop, nie podpisując listy awansów na generałów.

Następna sprawa, która nabiera rumieńców, acz nie musi nam się podobać, ale na pewno nie będzie podobać się prezesowi i jego otoczeniu. Na medialne światło wyciekły zręby dwóch prezydenckich ustaw sądowniczych, które mają być procedowane w Parlamencie na miejsce zawetowanych w lipcu.

Nie spodobają się rządowi PiS, bo kompetencje ministra sprawiedliwości zostaną cedowane na prezydenta, który przyznaje sobie w ten sposób rolę bezpiecznika. Np. gdy w Sejmie większość trzech piątych posłów nie wyłoni kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent wskaże własnych kandydatów. Przeciek do mediów ma służyć głównie wzmocnieniu politycznemu prezydenta.

Duda więc skonfliktowany jest nie tylko z Macierewiczem, a w istocie z Kaczyńskim, dorzućmy do tego konflikt ze Zbigniewem Ziobrą, nie piszę o Szydło, bo ta marionetka nie ma narzędzi na usamodzielnienie, zresztą byłoby ono niemożliwe przy jej kompetencjach intelektualnych.

Duda nie musi się nam podobać. Widać, iż zaczął bać się o swoją przyszłość, przecież nie chce skończyć przed Trybunałem Stanu, a jeżeli tak myśli i choć trochę o Polsce, to jest skazany na konflikt z Kaczyńskim. Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski.

Mariola dopowiada: „Kongres daje wsparcie. Jak mam jakiś problem, z czymś nie mogę sobie poradzić, dzwonię do dziewczyn i wiem, że mnie wesprą. Dodadzą otuchy. Uświadomią mi moją siłę”.

Siedzimy w jednej z wałbrzyskich restauracji. Omawiamy szczegóły konferencji „Czas na kobiety”, poświęconej aktywności zawodowej i społecznej kobiet. Odbędzie się następnego dnia w Wałbrzychu na terenie Starej Kopalni – centrum nauki i sztuki. Teresa od 27 lat prowadzi niedużą firmę – sklep z materiałami budowlanymi. Mariola zajmuje się poradnictwem zawodowym, aktywizacją osób bezrobotnych i doradztwem edukacyjnym dla młodzieży. Obydwie są w sile wieku. Uśmiechnięte, energiczne, chętne do działania. Dołącza do nas Ela, głównodowodząca w tym zespole. „Aktywna emerytka”, jak o sobie mówi, martwi się o frekwencję i czy wszystko wypali podczas konferencji. Wiadomo jak to jest, niespodzianki na ostatnią chwilę[1].

Wałbrzych jest specyficznym miastem. Dużo tu żon górników, które w czasach świetności kopalni nie musiały lub nie mogły pracować, bo mężowie im nie pozwalali. Nie uzupełniały też wykształcenia. Zajmowały się dziećmi i domem. Taka była tradycja. Ale gdy kopalnie zamknięto, a 25 tysięcy górników i pracowników przedsiębiorstw pracujących na rzecz kopalń odeszło z pracy z dnia na dzień, te kobiety zostały z niczym. Bez zawodu. Bez motywacji do pracy. Za to często ze sfrustrowanym mężem. Pieniądze z odpraw szybko się skończyły. Wtedy okazało się, że coś trzeba zrobić, jakoś żyć, więc kobiety wzięły sprawy we własne ręce.

Ela – pedagożka, nauczycielka, wykładowczyni i harcerka – była na wszystkich ogólnopolskich Kongresach Kobiet w Warszawie. „Dzięki temu, że jest ten ogólnopolski ruch społeczny, my, w terenie, umiemy znaleźć ideę, dla której pracujemy. Umiemy się zjednoczyć. To platforma, w której odnajdujemy się wszystkie. Integrujemy się. Znajdujemy dla siebie zadania. A poza tym wymyślamy co chwilę coś nowego” – mówi Ela. Przyznaje, że Kongres otworzył jej oczy i wyczulił ją na sprawy kobiet. Teraz jest wiceprzewodniczącą Rady Seniorów przy prezydencie Wałbrzycha.

Teresa dodaje: „Od dwóch lat widzimy, że garnie się do działania coraz więcej kobiet, i to młodych. To bardzo cieszy”.

A co cieszy mnie, co uważam za największe sukcesy istniejącego już dziewięć lat Kongresu Kobiet? Te właśnie te trzy kobiety z Wałbrzycha i setki, tysiące im podobnych w różnych miastach i wsiach w całej Polsce. Kobiety, które zrozumiały, że tylko przez wspólne działanie mogą odmienić swój los. Kobiety, które nie siedzą w kapciach przed telewizorem, nie płaczą i nie rozdzierają szat, gdy mają problemy, tylko zakasują rękawy – jak obrazowo mówiła podczas kampanii wyborczej w 2016 roku w Stanach Zjednoczonych Michelle Obama, namawiając na udziału w wyborach i wsparcia Hillary Clinton – i biorą się do pracy. Jej częścią jest przekonywanie kolejnych kobiet, że warto działać. Że bycie kobietą to wspaniała rzecz, bo ma się poparcie tak wielu znanych i nieznanych, sławnych i zwyczajnych kobiet. Że solidarność nie jest zarezerwowana dla wielkiej polityki albo mężczyzn, ale w praktyce dotyczy także kobiecej codzienności.

O solidarności, a także o stereotypach i sposobach na ich pokonanie rozmawiamy podczas dyskusji na temat aktywności zawodowej kobiet. Dzielimy się także wiedzą, jak wyciągać wnioski z popełnionych błędów. Jak się nie załamać po ogłoszeniu upadłości. Skąd brać pomysły. Gdzie szukać wsparcia, a gdzie pieniędzy. Dyskusja w Wałbrzychu się przeciąga, jak zwykle, bo uczestniczące w spotkaniu kobiety też chcą zabrać głos, pochwalić się inicjatywami, podzielić doświadczeniami.

Po dwóch turach praktycznych warsztatów (jak prowadzić firmę, jak się samorealizować i działać z entuzjazmem, jak rozpoznać swój potencjał) spotykamy się znów wszystkie w sali plenarnej i mam wrażenie, że kobiety nie chcą się rozstać. Potrzebują takich rozmów, wskazówek, ale i bycia wysłuchaną. A gdy widzą, że inna miała tak samo pod górkę, ale dała radę, łatwiej im planować działania. I choć każda z konferencji w cyklu „Czas na kobiety” jest inna ze względu na dostosowany do specyfiki regionu dobór warsztatów i osób dyskutujących, wszędzie zauważam to samo: kobiety wiedzą, że dyskryminacja jest prawdziwym problemem, tak samo jak seksizm. I dopóki nie zadbają o własne bezpieczeństwo, o życie bez przemocy, o przestrzeganie należnych im praw, dopóty nie będą miały siły ani motywacji, by zabiegać o awans czy podwyżkę. A przecież niezależność finansowa daje kobietom wolność.

Tydzień później jestem w Koninie. Tu odbywa się już piąty regionalny Kongres Kobiet. Niepełnosprawne dzieci tańczą na scenie, zagrzewając do dyskusji. Na widowni panie z Kół Gospodyń Wiejskich oraz Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Amazonki, rolniczki, nauczycielki, przedsiębiorczynie. Na scenie tłumaczka migowa, wśród widzów jest bowiem spora grupa osób głuchych i niedosłyszących.

Pierwszy panel – o seksie. Terapeutka, promotorka kobiecej seksualności, dziennikarka i tak zwana kobieta domowa dyskutują o tym, że seks i władza idą w parze, że seks jest wtedy, gdy obie strony mają na to ochotę, że najwyższy czas, by kobiety zadbały o własne potrzeby. „Bądźmy po stronie kobiet. Pilnujmy naszych granic” – apelują. Drugi panel – o stereotypach płciowych. „Różowy czy niebieski” – rozmawiają uczennice i uczniowie z I liceum w Koninie. Pokazują nagrany przez siebie film z przedszkolakami. Pada pytanie, czy dziewczynka może być strażakiem. Maluchy odpowiadają chórem: „Tak!”. A jedna z dziewczynek dodaje: „Strażaczką!”. Widownia bije brawo.

W trakcie przerwy jest okazja, by odwiedzić stoiska w „parku kobiet” w hallu  domu kultury i kina Oskard, gdzie odbywa się jubileuszowy koniński kongres. Stoiska organizacji pozarządowych, inicjatyw pomocowych i kobiecych biznesów przeżywają oblężenie. Kobiety pozdrawiają się, wymieniają telefonami, robią pamiątkowe zdjęcia. Tymczasem w sali na scenę wchodzi córka Ewy, konińskiej pełnomocniczki stowarzyszenia. Agnieszka przez pięć lat istnienia Kongresu w Koninie zdążyła zacząć i skończyć studia.

„Czego nauczyłam się przez te pięć lat?” – pyta. I od razu wyjaśnia: „Nauczyłam się solidarności. Solidarności według kobiet. Jesteśmy od siebie totalnie różne. Jednak co roku ramię w ramię tworzymy coś ponad podziałami. Nauczyłam się współpracy. Współpraca jest na maksa ważna, bo razem znaczymy więcej niż osobno. Nauczyłam się, że w Stowarzyszeniu Koniński Kongres Kobiet »niemożliwe« nie istnieje”. Agnieszka się uśmiecha, ale zaraz poważnieje. „Nauczyłam się, że wolność, demokracja i wszystko to, w co kiedyś wierzyłam, może mi zostać tak łatwo odebrane. Kongres Kobiet zawsze był apartyjny, jednak nigdy apolityczny. Przez pięć lat zmieniło się moje rozumienie walki o prawa kobiet. Pięć lat temu moim marzeniem były suwak i parytet, dzisiaj jest nim godna opieka okołoporodowa. Pięć lat temu chciałam edukacji seksualnej w szkołach, dzisiaj chcę rozsądnej, przemyślanej edukacji, także patriotycznej i historycznej. Pięć lat temu moim przyjaciołom ciężko było mnie wyciągnąć na Manifę czy Marsz Równości. Dzisiaj nie wyobrażam sobie siedzenia w domu, gdy próbuje mi się mówić, jak mam żyć. Zwracam się do moich rówieśników. Urodziliśmy się w wolnym, demokratycznym kraju, dorastaliśmy w europejskiej wspólnocie. Jeśli kochacie nasz kraj tak samo jak ja, musicie chodzić na wybory, musicie startować w wyborach, musicie się angażować”.

Zrywam się z miejsca, podobnie jak wszystkie kobiety w sali, rozlega się burza oklasków. Zerkam na Ewę. Jest dumna z córki, wzruszona, śmieje się. A ja myślę, że takich Ew i Agnieszek potrzebujemy w każdej gminie.

Na przemyślenia o zmianie pokoleniowej nie ma czasu, bo na scenie rozpoczyna się panel feministów. „To jest draństwo, że mężczyzna ze względu na inny chromosom uważa, że może być na piedestale. Patriarchat się przeterminował” – mówi Janusz Leon Wiśniewski, naukowiec i pisarz. A publicysta Roman Kurkiewicz wyjaśnia, dlaczego dla wzmacniania kobiet i równouprawnienia tak ważne jest używanie żeńskich końcówek i nazw zawodów.

Ostatni panel: „Dzień kobiet na co dzień czy od święta?”. Dyskutują dwie posłanki (Joanna Mucha z PO i Paulina Hennig-Kloska z .Nowoczesnej), przedstawicielka show biznesu i ja.  W tym czwórgłosie wyraźnie słychać, jak bardzo zmieniłyśmy się przez ostatnie lata. Dzień kobiet w tym roku upłynął pod znakiem protestów, strajku kobiet i wezwań do przestrzegania naszych praw.

Koniński Kongres kończy się muzycznym występem organizatorek, które stworzyły grupę Ale Babki, i wspólnym śpiewaniem wszystkich na sali „Babę zesłał Bóg…”.

Gdy wieczorem wracam do Warszawy, zdaję sobie sprawę z ogromu pracy, jaką wszystkie przez minione lata wykonujemy. Punktem wyjścia były działania podjęte wokół organizacji I Kongresu Kobiet, na który zjechały ponad cztery tysiące uczestniczek z całej Polski. W trakcie zjazdu dyskutowały w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie o wkładzie kobiet w transformację i historię ostatniego dwudziestolecia w naszym kraju. Było to w 2009 roku. Od tego czasu kongresy odbywają się co roku. Podczas nich dyskutujemy, uczymy się, rozmawiamy z gośćmi z Polski i ze świata. Na pierwszym gościły między innymi Maria Kaczyńska i Jolanta Kwaśniewska, a tytułem „Polki Dwudziestolecia” została uhonorowana Henryka Krzywonos-Strycharska. Na drugim nagrodę otrzymała profesor Maria Janion. Trzeci Kongres okazał się wydarzeniem europejskim, z rekordową międzynarodową obsadą. Czwarty był poświęcony kobietom z obszarów wiejskich. Piąty wzywał do partnerstwa. Szósty, pod hasłem „Wspólnota, równość, odpowiedzialność”, pobił rekord uczestniczek (ponad dziewięć tysięcy). Siódmy opowiedział się za pomocą dla uchodźców i uchodźczyń. Ósmy wzywał do aktywności na rzecz demokracji.

Kolejne kongresy wypracowują postulaty – zbiór żądań i priorytetów, tematów, które są ważne dla kobiet, a które umykają rządzącym. Pierwsza lista w 2009 roku objęła 200 zagadnień, wśród nich: wprowadzenie parytetów płci na listach wyborczych,powołanie niezależnego rzecznika do spraw równości,sporządzanie corocznego raportu w Sejmie o sytuacji kobiet,skuteczną politykę prorodzinną,refundację zapłodnienia in vitro,ochronę kobiet i dzieci przed przemocą,reformę systemu edukacji, by przeciwdziałał dyskryminacji kobiet, uchwalenie ustawy o związkach partnerskich umożliwiającej osobom homoseksualnym i heteroseksualnym godne życie, zwiększenie skuteczności ściągalności alimentów.

Na kolejnych ogólnopolskich spotkaniach naszego ruchu prezentowałyśmy 10–20 postulatów wybranych spośród tych 200, które co roku na zakończenie Kongresu wręczałyśmy premierowi, jako wskazówkę, czego potrzebują kobiety. Premier – sześciokrotnie Donald Tusk i raz Ewa Kopacz – przedstawiał działania rządu na rzecz kobiet[2]. W minionym roku było inaczej. Po raz pierwszy nasze zaproszenie zostało zignorowane, a VIII Kongres Kobiet nie przyjął listy postulatów. W zamian zdecydowałyśmy się na oświadczenie, w którym przypomniałyśmy, że naszym celem, od początku, jest wzmocnienie demokracji, uczynienie jej bardziej równościową, bardziej wrażliwą na dyskryminację, na problemy kobiet. Dla nas brak rozwiązań prawnych dla związków partnerskich i równych praw osób tej samej płci to jedna z najważniejszych nierealizowanych wcześniej spraw. Ale teraz – jak wiadomo – sytuacja kobiet i mniejszości pogorszyła się znacząco. I dalej: „Dziś czas jakby się cofnął. Musimy troszczyć się nie tylko o równość i prawa kobiet, ale i o fundamenty samej demokracji, o jej podstawowe instytucje, o elementarne zasady wolności obywatelskiej. Obecna władza łamie zasady Konstytucji, pogłębia klerykalizację życia publicznego, ideologizuje edukację, upartyjnia media, inwigiluje obywateli, akceptuje język nienawiści, izoluje Polskę od Europy i wreszcie – podważa podmiotowość kobiet i ich prawo do podejmowania decyzji o macierzyństwie.

Nie godzimy się na to! Dlatego Kongres Kobiet będzie wspierał wszelkie inicjatywy obywatelskie na rzecz wolności, demokracji, swobodnego rozwoju społeczeństwa otwartego, praw indywidualnych obywateli i obywatelek. Jesteśmy i będziemy po stronie demokracji, praworządności, równości i europejskości”[3].

W dzisiejszych trudnych dla kobiet czasach warto przypomnieć sobie nasze największe sukcesy. Nie brakuje ich. Obywatelski projekt ustawy o parytetach na listach wyborczych był pierwszą bardzo konkretną inicjatywą Kongresu Kobiet. Zbieranie podpisów pod projektem w całej Polsce pokazało, jak ważne są działania na rzecz kobiet. Dlatego w 2010 roku zostało powołane Stowarzyszenie Kongres Kobiet. Gdy projekt trafił na początku 2010 roku do Sejmu, inicjatywę poparła i przedstawiła na sali plenarnej Izabela Jaruga-Nowacka. W toku prac parlamentarnych zmniejszono gwarantowany udział kobiet i mężczyzn na listach wyborczych do Sejmu, Parlamentu Europejskiego i samorządów z 50 do 35 procent. Ostatecznie ustawę w grudniu 2010 roku przyjął Sejm: za było 241 posłów (SLD, PO i PSL), przeciw – 154 (głównie PiS), 9 wstrzymało się od głosu. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ją na początku 2011 roku. Można uznać, że wprowadzenie w życie idei kwot jest ogromnym sukcesem Kongresu Kobiet. Tysiące osób – zarówno kobiet, jak i mężczyzn – które zbierały podpisy pod obywatelskim projektem, doskonale wiedziało, że nie chodzi o wprowadzanie do polityki kobiet na siłę, tylko o danie im szansy poprzez umieszczenie na listach wyborczych.

Następnym ogromnym osiągnięciem było doprowadzenie do ratyfikacji Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, który to dokument obecny rząd uważa za zbędny. Znów nastąpiła ogromna mobilizacja: dziesiątki apeli, spotkań z politykami, konferencji prasowych, argumentów, przykładów oraz protestów – happeningów, gromadzących panie z czarnymi balonikami, twarzami pomalowanymi w siniaki. Wokół poparcia dla Konwencji udało się zjednoczyć organizacje pozarządowe. Przedstawicielki Kongresu Kobiet uczestniczyły w posiedzeniach komisji sejmowych. Dyskutowały, przedstawiały argumenty, walczyły z absurdalnymi stwierdzeniami, jakoby Konwencja miała zniszczyć naszą cywilizację…

Nasze starania trwały długo, ale było warto. W końcu zwyciężyło przekonanie, że Konwencja jest kompleksowym i skutecznym narzędziem walki z przemocą. Rząd podpisał dokument w grudniu 2012 roku, a Sejm ostatecznie zatwierdził ratyfikację w lutym 2015 roku – za głosowało 254 posłów, przeciw było 175, a 8 wstrzymało się od głosu. Ustawę ratyfikacyjną poparli w posłowie koalicji rządzącej PO-PSL oraz SLD i Twój Ruch. Przeciwko głosowali politycy PiS. Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę ratyfikującą w marcu 2015 roku.

Kolejne osiągnięcia ruchu kobiet to zmiany przepisów w wielu dziedzinach. Wymienię najważniejsze: refundacja zabiegów in vitro; wprowadzenie ścigania gwałtu z urzędu i zmiana formy przesłuchań ofiar przemocy seksualnej;zmiana ustawy żłobkowej; monitoring występowania luki płacowej w instytucjach publicznych (administracji centralnej i samorządowej, spółkach komunalnych); pozytywna opinia rządu do projektu unijnej dyrektywy kwotowej[4]; podwyższenie świadczenia pielęgnacyjnego; powołanie pełnomocniczki do spraw równego traktowania – najpierw Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, następnie profesor Małgorzaty Fuszary.

Te sukcesy to efekty żmudnej pracy Kongresu. Tysięcy rozmów, nieustannego prezentowania postulatów, przekonywaniu ministrów i parlamentarzystów. To setki, jeśli nie tysiące spotkań w Sejmie, Senacie, poszczególnych resortach. To rozmowy naszych pełnomocniczek regionalnych z władzami samorządowymi. To konferencje prasowe, udzielane wywiady. To przedstawiane analizy, raporty, fakty i dane. To wielogodzinne dyskusje, w bardziej i mniej  oficjalnych okolicznościach, często niełatwe. To wreszcie happeningi i protesty.

Teraz, gdy kobietom są odbierane ich prawa, protestujemy i będziemy protestować jeszcze głośniej. Kongresowy ruch społeczny skupia osoby indywidualne, organizacje pozarządowe, przedstawicielki biznesu, polityki, świata nauki, sztuki, kultury, dziennikarstwa, związków zawodowych, związków pracodawców itd. – kobiety z całej Polski, o różnych poglądach, z różnych środowisk, ponad politycznymi i wszelkimi innymi podziałami. Henryka Bochniarz i Magdalena Środa, dwie kobiety, które zapoczątkowały i kontynuują pracę na rzecz Kongresu Kobiet, są tego najlepszym przykładem. Dwa różne światy, dwie różne wrażliwości, różne historie życiowe i jedna misja – połączyć kobiety.

Często spotykam się z poglądem, że Kongres Kobiet to „paniusie w garsonkach” – takie słowa padają z ust niektórych feministek i osób z lewej strony sceny politycznej, co chyba ma znaczyć, że paniom z biznesu jest nie po drodze ze „zwykłymi” kobietami. Często słyszę też, że nasz ruch jest zbyt radykalny w swoich feministycznych postulatach i działaniach – to z kolei głos środowisk biznesowych i osób, które wolałyby działania powolne, są bardziej konserwatywne i boją się rewolucji. Pewnie obie grupy mają rację – jesteśmy różne, ale na tym polega nasza siła. Tak, są z nami sławne panie, między innymi Krystyna Janda, Agnieszka Holland, Maja Ostaszewska, Katarzyna Żak. Ale w kongresowym ruchu społecznym działają też bibliotekarki, rolniczki, sołtyski, robotnice, matki, babcie. Najzwyklejsze kobiety. To ich codzienna praca przynosi najwięcej efektów. Na to nakładają się inicjatywy podejmowane przez Stowarzyszenie – monitoring mediów, obserwatorium nierówności płci, szkolenia antydyskryminacyjne, badanie sytuacji kobiet w różnych dziedzinach – skutkujące raportami, konferencjami, szkoleniami.

Dzięki tym działaniom coraz więcej mówiło się o kobietach i ich znaczeniu, powstało wiele organizacji, stowarzyszeń, fundacji, klubów na rzecz kobiet. Kongres Kobiet jest platformą wspierającą różne tego typu działania. Nie uzurpuje sobie prawa do reprezentowania wszystkich kobiet w Polsce, ale wokół tej inicjatywy w całej Polsce wiele się dzieje. Jedne zarażone ideą współpracy i działania kobiety wciągają następne – w edukację, w małe wspólnoty, w ruch emancypacyjny, w wolność i równość.

Idę ulicą Białegostoku. Właśnie zakończyła się kolejna dyskusja o aktywności kobiet na rynku pracy. Podbiega do mnie długowłosa blondynka po trzydziestce. Dziękuje za konferencję, za wiedzę, wsparcie. „Zawsze wydawało mi się, że nie jestem feministką. Że te słowa o walce, stereotypach i dyskryminacji mnie nie dotyczą” – mówi szybko. „Jednak coraz częściej widzę, na każdym kroku, że macie rację. Mniejsze zarobki, pomijanie w szkoleniach, mąż oczekujący obsługi w domu, teściowa, która mówi, że w głowie mi się przewraca, bo nigdy nie będę równa i żebym się z tym pogodziła” – dodaje zawstydzona.

Dlaczego nie zabrała głosu podczas konferencji?

„Jeszcze nie mam śmiałości, by mówić o tym publicznie” – wyjaśnia.

Jeśli choć przez chwilę miałam wątpliwości, czy warto organizować kolejny Kongres Kobiet, czy warto zabiegać o zdobycie finansów, pokonywać setki trudności organizacyjnych, logistycznych, zarywać noce… Ta myśl znika w ułamku sekundy. Oczywiście, że warto. Kolejne kobiety zostaną zarażone świadomością swoich praw, szkodliwości stereotypów, ideą działania i współpracy. Uśmiecham się więc do długowłosej blondynki i mówię: „Do zobaczenia na kolejnej konferencji albo na regionalnym Kongresie, albo na następnym, dziewiątym już ogólnopolskim Kongresie, który w tym roku po raz pierwszy wyjeżdża z Warszawy. Do zobaczenia we wrześniu w Poznaniu!”.

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

Nie chcemy już więcej waszej „fatalnej zmiany”

>>>