Posts Tagged ‘Michał Kuczyński’

TO ZDJĘCIE POWINNO TRAFIĆ DO PODRĘCZNIKÓW :)))

TAK POWINIEN ZACHOWAĆ SIĘ KAŻDY POSEŁ. wczoraj nalewał gorącą herbatę protestującym pod sejmem. Ale Ci z PiSu inaczej myślą o marznących ludziach. Wysłali na nich armię policji i wozy opancerzone. SZACUNEK DLA BARTOSZA. Warto być przyzwoitym :)) SUPER FOTO:

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia pisze o porażce PiS w kwestii ordynacji wyborczej, która szyli na swoje kopyto, aby nie przegrać wyborów.

Kapitulacja posłów Prawa i Sprawiedliwości. Wycofują się z kontrowersyjnych zmian

Po raz kolejny okazuje się, że presja społeczna ma sens, tym bardziej poparta szeregiem merytorycznych uwag ze strony szefa Państwowej Komisji Wyborczej. W sprawie zaproponowanych niedawno zmian w ordynacji wyborczej posłowie Prawa i Sprawiedliwości robią krok w tył i wycofują się z części kontrowersyjnych rozwiązań. Jak poinformował na zorganizowanym w Sejmie briefingu, poseł Marcin Horała, podczas drugiego czytania ustawy w Sejmie klub PiS zgłosi szereg poprawek, uwzględniających 14 z 18 uwag PKW, uwzględni kilka poprawek opozycji,  a z kilku własnych poprawek się wycofa.

– Projekt, który dotyczy prawa wyborczego powinien powstawać w atmosferze współpracy i kompromisu (…) Zaproponujemy pozostawienie jednomandatowych okręgów wyborczych w małych gminach – poinformował poseł Horała.

Na briefingu wystąpił też poseł Łukasz Schreiber, który poinformował, że kolejną poprawką w projekcie ustawy o prawie wyborczym będzie liczba komisarzy – ich liczba zostanie zmniejszona do 100. Kolejną poprawką będzie wielkość okręgów wyborczych – pozostaną one bez zmian. Ponadto kadencja samorządów zostanie wydłużona do 5 lat.

Zapowiedziano także wycofanie poprawki, która pozwalałaby na kandydowanie w wyborach osobom zamieszkałych nie tylko na terenie danej gminy a na terenie województwa. Posłowie PiS podkreślają swoją dobrą wolę i chęć współpracy. Ich zdaniem przyjmowanie przepisów dotyczących organizacji wyborów powinien zostać przeprowadzony przez Sejm z ponadpartyjną zgodą. Okazuje się jednak, że będzie o nią niezwykle trudno.

Mimo wycofania się z najbardziej kontrowersyjnych zmian, posłowie opozycji uważają, że ustawa nadal pozostaje bublem prawnym, zorientowanym przede wszystkim na wzmocnienie wyborczych szans Prawa i Sprawiedliwości oraz upolitycznienie procesu wyborczego. Platforma Obywatelska i Nowoczesna złożyły wniosek o odrzucenie ustawy w całości, z kolei posłowie klubu Kukiz’15 zauważyli, że w związku z blisko 80 poprawkami do ustawy, dotychczasowa treść ustawy się dezaktualizuje, co jest dowodem niebywałego niechlujstwa legislacyjnego.

Co więcej, mimo zapowiedzianych zmian PiS nie rezygnuje z pozbawienia osób niepełnosprawnych prawa do oddania głosu, zmiany systemu sędziowskiego na parlamentarny czy absurdalnego uznawania głosów podwójnie skreślonych jako ważnychW Sejmie trwają zatem dalsze prace, a posiedzenie specjalnej komisji zajmującej się projektem ordynacji wyborczej zapowiada się bardzo burzliwie.

Ciekawostka Kaczyńskiego.

PRZYPOMINAMY I BĘDZIEMY PRZYPOMINAĆ

Waldemar Mystkowski jeszcze raz pisze o Morawieckim.

Morawiecki z tajną klauzulą

.

W klauzuli może być zapisane, że premier nie jest odpowiedzialny za skład rządu.

Premierem Mateusz Morawiecki został w klasycznym stylu przejmowania banków, przedsiębiorstw odnotowywanych na giełdzie. Z całym inwentarzem ludzkim i klauzulą (pakt), której treści nie znamy, a możemy się domyślać.

Tę klauzulę niejako ujawnił między expose a wotum zaufania właściciel PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie w „Gościu Wiadomości TVP”: – „Wchodziłbym tutaj w rolę premiera, którym nie jestem, gdybym chciał wymieniać jakieś nazwiska [ministrów do wymiany – przyp. mój]. Wydaje mi się, że zmiany będą dosyć głębokie” – powiedział prezes Kaczyński.

I to jest ten problem. W klauzuli może być zapisane, że premier nie jest odpowiedzialny za skład rządu, bo ten ustalany jest wspólnie z właścicielem, albo właściciel ustala sam. Czy do klauzuli jest dołączona mapka ław rządowych w Sejmie, która ustala linię demarkacyjną? Do Piotra Glińskiego twoje, a moje od Antoniego Macierewicza? Ponadto premier bierze na siebie agresywne wyrzucenie z rządu Macierewicza, gdy faktycznie pozbywa się go właściciel PiS.

Czy kiedyś wycieknie treść klauzuli? Pewnie tak, bo prezes PiS to chwalipięta własnego geniuszu i w kolejnym tomie autobiografii nasmaruje, jak upokorzył Morawieckiego.

Wywiad Kaczyńskiego dla TVP upokorzył Morawieckiego. Co to za premier, który nie decyduje o składzie swego gabinetu dzisiaj ani tym bardziej w przyszłości? Upokarzany był świadomy, że zostanie upokorzony. Już zresztą ten chrzest upokorzenia wcześniej przeszedł (choćby w imperium medialnym Rydzyka, gdzie wziął na siebie krzyż rechrystianizacji Europy). Upokarzany wie, że w przyszłości dostąpi łaski upokorzenia i nadstawi drugi policzek.

Taka jest psychologia wyższych sfer, psychologia feudalna. Król tłucze delfina, dopóki siedzi na tronie, a gdy delfin ten tron usunie mu spod siedzenia i odetchnie po latach upokarzania, to się odwinie tak, że były król przypomni sobie dzieciństwo, co w wypadku Kaczyńskiego może być wymarzonym sentymentem. Upokarzany dzisiaj może swemu dręczycielowi nie podać szklanki wody na śmiertelnym łożu: „Wyschła w kranie” – wykręcić się od pomocy bliźniemu.

Morawiecki będzie słabszym premierem niż Beata Szydło. Nie ma żadnego zaplecza politycznego w królestwie PiS, a klauzula (ustna, pisemna, jakakolwiek) to za słabe zaczepienie w politycznej realności, to fatamorgana. Dość zgodnym głosem komentatorów, po wygłoszeniu expose Morawiecki został porównany do Gierka (wszystkim należy się po uważaniu, wszystko będzie).

Inna rzecz mnie trzepnęła. Dziwne, że facet dwa lata był wicepremierem i nie znałem jego głosu, jakim operuje tembrem i jaką mimikę podkłada pod swoje przekonania i wywody retoryczne. Marnie wypadł Morawiecki jako aktor sceny politycznej. To amator, któremu brak talentu (charyzmy). Czy ambicje zastąpią mu talent? To jeszcze jeden przyczynek do tego, że można oczekiwać najgorszego po takim beztalenciu.

Klauzula jest taką niewidzialną metką, która nosi na sobie Morawiecki (nawet jeżeli ubierze się w garnitur od Armaniego albo patriotycznie z Vistuli). Na niej jest cena: na ile jest sprzedajny.

SKANDALICZNA ODPOWIEDŹ KACZYŃSKIEGO !!!!!!!!!! NO TO TERAZ USA BĘDĄ MIAŁY PROBLEM. Nadprezes w swoim stylu podsumował amerykańską interwencję w sprawie TVN !!! PRZECZYTAJCIE. Tak jeszcze chyba nikt Trumpowi nie odpyskował…

Poważne oskarżenia pod adresem Morawieckiego. Kierowany przez niego bank pośredniczył w próbie przejęcia polskiej spółki przez Rosjan?

Szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Sławomir Neumann zarzucił premierowi, że kierowany przez niego bank pośredniczył w próbie przejęcia spółki Skarbu Państwa przez Rosjan.

– To kariera od bankstera do premiera – mówił o Morawieckim Neumann. Kilkukrotnie w trakcie swojego przemówienia zarzucał premierowi, iż rząd, którym Morawiecki dopiero zaczyna kierować, „prowadzi prorosyjską politykę”. – Zbyt dużo osób mówiących po rosyjsku jest blisko pana ministrów – dodał. Kilka minut później okazało się, że te przytyki były jedynie wstępem do wytoczenia cięższych dział.

– Przedstawia się pan, jako patriota gospodarczy. Mówił pan o polskich czempionach, a ten patriotyzm nie przeszkadzał panu, by bank, którym pan kierował, a dokładnie dom maklerski tego banku, pośredniczył w próbie przejęcie Azotów Tarnów przez rosyjską spółkę Acron. Taki patriota. Boli? Miało boleć – mówił Neumann. Zarzut jest wyjątkowo poważny, ponieważ walka o utrzymanie Azotów pod kontrolą Skarbu Państwa była jednym z najgorętszych tematów latem 2012 r.

Internet potwierdza

Szybkie przeszukanie archiwów pokazało, że Neumann miał podstawy do rzucenia oskarżenia. „Rosyjska spółka Acron kupiła w wezwaniu 7 mln 715 tys. 131 akcji Zakładów Azotowych Tarnów – podał Dom Maklerski BZ WBK w lipcu 2012 r., który pośredniczył w wezwaniu. „Walory te stanowią 12,03 proc. wszystkich akcji spółki” – brzmi depesza PAP z 19 lipca, opublikowana na kilkunastu portalach biznesowych. Spółka ostatecznie nie trafiła w ręce Rosjan.

Co więcej, z informacji zdobytych przez money.pl wynika, że Rosjanie przy próbie przejęcia Azotów nie tylko korzystali z usług Domu Maklerskiego BZ WBK, ale także mieli otwarte możliwości finansowania transakcji z kredytu w tym banku.

O zarzuty pod adresem premiera zapytaliśmy jego otoczenie, jednak nie otrzymaliśmy dotychczas odpowiedzi.

Neumann przypomniał także, że Morawiecki „zachęcał do sprzedaży państwowego Ciechu prywatnym inwestorom”. – Kierowany przez pana bank, sfinansował tę transakcję (…) Tylko przypomnę, że prokuratura bada wątek prywatyzacji Ciech… – dodał polityk PO.

(money.pl)

ASZdziennik dopatrzył się modyfikacji w logo „Solidarności”. Piękny prezent związkowców dla prawdziwego przywódcy strajku  

Najwybitniejszy polski scenarzysta filmowy w historii Krszytof Piesiewicz wczoraj pisał.

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia.pl analizuje perfidną grę Dudy.

Podstępna gra Dudy. Czy prezydent przejmie partię Kaczyńskiego?

Siedemdziesiąt jeden lat będzie miał Jarosław Kaczyński, gdy w 2020 roku odbędą się wybory prezydenckie. Nie jest żadną tajemnicą, że w Prawie i Sprawiedliwości zdają już sobie sprawę, że w najbliższych latach nastąpi sukcesja władania nad obecnie rządzącą partią i już dziś toczy się rywalizacja o schedę po Kaczyńskim. Wielu dziś zastanawia się, kto może przejąć władzę w PiS – jedni mówią o Joachimie Brudzińskim, inni o Antonim Macierewiczu czy Mateuszu Morawieckim, którego ponoć namaścić ma sam naczelnik. Pojawiają się też ostatnio sondaże, że to Beata Szydło byłaby najlepiej widziana na stanowisku prezesa Prawa i Sprawiedliwości po odejściu Jarosława Kaczyńskiego na emeryturę. W rozważaniach politologów i komentatorów życia politycznego nie pada jednak nazwisko prezydenta Dudy. Nie wiedzieć dlaczego, nikt nie traktuje go poważnie, włączając w to jego kolegów z macierzystej partii.

I właśnie w tym lekceważącym traktowaniu prezydentury Andrzeja Dudy szukałbym przyczyn nie tylko prezydenckich wet do ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości, ale i uruchomienia inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej, którą prezydent objął patronatem. Andrzej Duda wcale nie chce skłócić się z Prawem i Sprawiedliwością, tylkochce na tyle wzmocnić siebie i swój urząd, by działacze partii Kaczyńskiego oraz ich sympatycy w chwili oddania władzy przez prezesa PiS to w nim widzieli najmocniejszego gracza po prawej stronie sceny politycznej. Wbrew pozorom ma do tego dziś wszelkie narzędzia.

Po pierwsze, demokratyczny mandat ponad 50% wyborców. Tego argumentu będzie używał wielokrotnie przez najbliższe lata, wbijając szpilkę właśnie Kaczyńskiemu, który nigdy tak dużego poparcia nie osiągnął. Już dziś politycy z najbliższego grona prezesa PiS powtarzają co prawda, że to taka specyfika wyborów, że to Kaczyński „wymyślił Dudę” i zrobił go prezydentem. W miarę jednak upływu czasu oraz powtarzanego argumentu, że to jednak było przekazanie mandatu do zmian Andrzejowi Dudzie, właśnie na jego korzyść będzie zyskiwał na sile. Tym bardziej w sytuacji, gdy dojdzie do starcia potencjalnych sukcesorów po Kaczyńskim – ani Brudziński, ani Morawiecki, ani tym bardziej Macierewicz takim mandatem społecznym pochwalić się nie mogą.

Po drugie, weta do ustaw, w których rośnie siła i uprawnienia członków gabinetu Beaty Szydło (czy innego premiera z PiS), a maleje władza prezydenta lub choćby samorządu, gdzie prezydent widzi potencjalnego koalicjanta. Przypomnijmy sobie uzasadnienie weta do ustawy o Sądzie Najwyższym czy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Istotą zarzutów Andrzeja Dudy była zbyt duża władza ministra Ziobry, w znaczący sposób naruszająca jego bezpośrednie prerogatywy. Nie bez powodu wielu komentatorów mówiło w okresie lipcowego kryzysu, że gdyby prezydent podpisał ustawy o SN i o KRS, to w gruncie rzeczy przestałby już być PiS-owi potrzebny. Wszelką władzę nad jego być albo nie być zyskałby gabinet premiera. Na to Andrzej Duda, dumny z tego, że zagłosowało na niego więcej Polaków niż na partię Kaczyńskiego, pozwolić nie mógł. To przecież on obiecywał, że będzie wprowadzał reformy, które poprawią los najsłabszych Polaków. W kampanii wyborczej krytycy podkreślali, że przecież Konstytucja nie przewiduje dla niego narzędzi do prowadzenia aktywnej polityki, więc jego obietnice składane są na wyrost. Dziś można zaryzykować stwierdzenie, że już wtedy w głowie kandydata Dudy pojawił się pomysł, że w Polsce powinien być system prezydencki.

Trafnie zdiagnozował tę kwestię ostatnio Roman Giertych w swoim felietonie dla serwisu NaTemat, że ta rozszerzająca wykładnia przepisów Konstytucji, w ramach której prezydent przyznał sobie prawo do rozstrzygania, czy wniosek organu dotyczący jakiejś czynności jest dla niego wiążący czy nie, to nic innego jak próba zmiany systemu parlamentarno – gabinetowego w prezydencki. Podobnie z kwestią prawa łaski, zastosowaną w formie abolicji indywidualnej, które tak dokonane stawia prezydencką prerogatywę ponad wszelkimi innymi władzami. Rozpoczęcie inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej pod hasłami wzmocnienia władzy prezydenta, który ma jego zdaniem najsilniejszy mandat do rządzenia w kraju z tytułu wyboru w wyborach bezpośrednich, to nic innego jak realizacja planu sformalizowania władzy prezydenta jako nadrzędnej. Gdyby ta inicjatywa się powiodła, po odejściu z aktywnej polityki prezesa Kaczyńskiego to właśnie gospodarz Pałacu Prezydenckiego byłby naturalnym przywódcą całej zjednoczonej prawicy.

Takie motywy inicjatyw prezydenta Dudy i rozpoczętego procesu emancypacji od centrali partyjnej rozgryzł już prezes Kaczyński oraz dwór go otaczający. Dlatego w inicjatywie zmiany konstytucji, mimo że pokrywa się ona przecież z programem PiS, to sojuszników w PiS dziś nie znajdzie. Nikt nie jest zainteresowany, by wzmacniać potencjalnego rywala do schedy po Kaczyńskim. Nie taką dla niego rolę przygotowano. Dlatego też jesienią należy się spodziewać dalszego konfliktu obozu prezydenckiego z centralą partyjną. Zresztą zalążki już widać po dzisiejszych wypowiedziach Beaty Szydło, która podkreśla, że to rząd, nie prezydent mają rację w kwestii ustaw sądowych. Słyszymy to także z ust Zbigniewa Ziobro, który otwarcie mówi, że większość 3/5 przy wyborze członków do KRS to już temat nieaktualny i nie do przyjęcia. Walka o władzę trwa więc w najlepsze. Tym razem jednak PiS i prezydent nie stoją już po tej samej stronie.

Koniecznie! 😀✌️

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczętym właśnie 3. sezonie rządów PiS.

Trzeci sezon serialu PiS

Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji.

Sezon ogórkowy szybko minął, została po nim mizeria polskiej polityki. Właśnie wkraczamy w 3. sezon serialu produkcji mediów narodowych „Wyprowadzanie Polski z UE”, a także równoległego: „Chwyt narodu za twarz”.

W pierwszym odcinku zobaczyliśmy odświeżoną premier Beatę Szydło, która podzieliła się radosną nowiną („Ewangelia PiS”) w „Gazecie Polskiej”: – „Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd”.

Pani Szydło winna jak najszybciej przedstawić adres kasy, która wypłacała szmal protestującym, nazwisko reżysera tych protestów (acz tego ostatniego jestem w stanie natychmiast wymienić), a to dlatego, że właśnie wyciągnąłem rękę i domagam się opłaty za mój protest. Każdego dnia wychodziłem na protesty, a nie skapnął mi żaden grosz. Przeciwnie – musiałem opłacać dojazd i jakoś zorganizować światełko, bo byłem jednym z wielotysięcznych ogniw „Łańcucha światła” w Poznaniu.

Reżyserem protestów była partia PiS, której ustawy znoszące niezależność sądów wyprowadziły rodaków na ulice. I nie uderzaliśmy „w rząd”, ale w honor prezydenta, aby zawetował ustawy. Domagaliśmy się 3 razy weto, niestety, były tylko dwa.

Drugim wątkiem rozpoczętego 3. sezonu rządów PiS jest przepisywanie historii na nowo. Rozdział z podręczników „Polska w Unii Europejskiej” rozpoczyna się „Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej”. Został napisany ustami Konrada Szymańskiego w Radiowej Jedynce.

Wszyscy się oburzyli. Jak to? Wszak widzieliśmy, że Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz podpisywali akcesję Polski do UE, a Miller przytomnie się upomniał, że hola-hola: – „przecież ja jeszcze żyję”.

Szymański wcale nie musiał się pomylić. Dostępna jest w internecie odpowiedź pani Szydło na pytanie: kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej? Znacie? Przypomnę: „W 1992, a może 1993”. Wówczas Szymański był wiceszefem Młodzieży Wszechpolskiej, która to organizacja jest antyunijna, ale Szymański mógł robić za kreta.

Szymański jest kretem? Przyglądnijcie mu się dobrze. Trzeci wątek odcinka premierowego 3. sezonu jest autorstwa europosła, którego nazywam „O w pół do pierwszą” (on tak mówi, ta fraza w jego wykonaniu też jest dostępna w internecie). Ryszard Czarnecki był łaskaw się podzielić najradośniejszą nowiną (Stary Testament PiS), iż Westerplatte w 1939 roku bronili volksdeutsche, którzy organizują obchody 1. września. Oto w pełnym brzmieniu wpis na Twitterze: „Związek VOLKSDEUTSCHOW w Polsce organizuje obchody 1. Września na Westerplatte. Adamowicz przyznał im do tego prawo, bo się pierwsi zgłosili” (pisownia oryginalna).

Czarnecki musiał się poróżnić z panią Szydło albo wie, czego my nie wiemy, bo to ona ma brać udział w obchodach. Byłaby jednak zrozumiała postawa Szydło w wielu kwestiach, jeżeli uwzględnimy sugestię Czarneckiego – peryfrazę – iż jest volksdeutschem. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz poleciał po honorze Czarneckiego: – „Jak Panu nie wstyd pisać takie rzeczy o Westerplatte, miejscu, w którym ginęli Polacy? Premier Szydło ma wziąć udział w tych uroczystościach”.

Czy Czarnecki ma zdolności honorowe? Ktoś, kto nakładał krawat czerwono-biały bywszy w Samoobronie, raczej nie ma honoru. Zauważmy, że w pierwszym odcinku we wszystkich trzech wątkach przewija się nazwisko Szydło, a nie ma w nim „ukrytej opcji” Jarosława Kaczyńskiego. Spokojnie, jutro, pojutrze się odezwie!

Ten 3. sezon może być rozstrzygający dla całego serialu PiS. Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji, Unia Europejska ma już dość – ostro wypowiedzieli się Emmanuel Macron i Angela Merkel – więc przezornie w odwrotnym kierunku na Białoruś z poselską delegacją PiS udał się wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (wcześniej przyjacielską kwerendę odbył marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wsławił się określeniem miejscowego satrapy Łukaszenki – „ciepły człowiek”). Czy Polacy zgodzą się na odwrócenie zadkiem do UE? Właśnie w tym sezonie będziemy o tym decydować.

To fakt – to jest wypowiedź godna debila

>>>

c406lutxuaudcfe

BOHATER TAMTYCH CZASÓW :)))

c4vldslwmaekuwp

Michał Wilgocki („Wyborcza”) pisze, jak powstają nowe elity PiS. Kształtuje się nowa elita zdolna do podjęcia odpowiedzialności za państwo – zapowiadał Jarosław Kaczyński w 2013 r. na łamach tygodnika „wSieci”. Jego proroctwo się spełnia – PiS od miesięcy wymienia kadry tam, gdzie tylko może. A gdzie nie może – tworzy prawo, które kadrową rewolucję ułatwi.

etat

Sądy: Czas asesorów

Zbigniew Ziobro zgromadził już ponad 500 nieobsadzonych etatów sędziowskich. Minister mógłby ogłosić nabór na te stanowiska, ale tego nie robi. Dlaczego?

W październiku 2017 r. do sądów wróci stanowisko asesora. To efekt ustawy przyjętej jeszcze za rządów PO-PSL. Rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa Waldemar Żurek sugerował, że Ziobro wolne etaty może w październiku przekształcić w etaty asesorskie.

Asesorzy wracają do sądów po kilkuletniej przerwie. Mają orzekać, choć nie we wszystkich rodzajach spraw – ominęłyby ich postępowania upadłościowe i stosowanie tymczasowego aresztowania w postępowaniu przygotowawczym.

W 2007 r. Trybunał Konstytucyjnych stwierdził, że powoływanie asesorów przez ministra sprawiedliwości jest niezgodne z konstytucją – bo byłoby to zagrożenie dla ich niezawisłości. Dlatego w ustawie uchwalonej przez poprzedni parlament jest zapis, że asesorów będzie powoływał prezydent na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale Ziobro znalazł rozwiązanie, które sprawi, że tak naprawdę to on będzie nominował. Nowy projekt ustawy o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury (jest na stronach Rządowego Centrum Legislacji) zakłada, że tylko absolwenci tej szkoły, po zdaniu egzaminu sędziowskiego, będą mieli zagwarantowany etat asesorski. Uczelnia podlega Ziobrze.

„W dotychczasowym stanie prawnym dostęp do stanowiska asesora sądowego przewidziany był dla wielu grup kandydatów, których kształcenie zawodowe nie odbywało się na takim poziomie merytorycznym i przy tak wysokim zaangażowaniu środków publicznych, jak w przypadku absolwentów KSSiP” – czytamy w ocenie skutków ustawy.

Ziobro zmarginalizuje w ten sposób wpływ Krajowej Rady Sądownictwa na mianowanie asesorów. KRS negatywnie opiniuje zmiany. Zwraca uwagę, że minister de facto chce uzależnić sędziów od siebie. A także, że projekt obniża wymagania stawiane podczas egzaminu sędziowskiego, a jednocześnie ogranicza szansę na sędziowską karierę np. dla profesorów i doktorów habilitowanych prawa, radców prawnych czy adwokatów, którzy nie kończyli KSSiP.

Najlepsi asesorzy zostaną sędziami. Być może nawet bez konieczności brania udziału w konkursie – choć na razie takiego projektu ustawy jeszcze nie ma.

Ziobro ma duże pole manewru – już teraz dysponuje 500 etatami, a odejście z zawodu zapowiada kolejne 1,5 tys. sędziów z 10,5 tys. pracujących obecnie. Jeżeli więc ten długofalowy plan się powiedzie, kolejne rządy w spadku po PiS dostaną sądownictwo, w którym PiS obsadzi co piąte stanowisko sędziego.

Prokuratura: Skarga do Strasburga

Wymiana kadr dotyka też prokuraturę. W Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu jest skarga 50 prokuratorów, którzy zostali zdegradowani bez możliwości odwołania.

Chodzi o tych, którzy wcześniej zajmowali wysokie stanowiska i prowadzili najpoważniejsze śledztwa. Prokuratorzy uważają, że stali się ofiarą reformy prokuratury. Wielu z nich zostało przeniesionych na stanowiska do prokuratur rejonowych arbitralną decyzją ministra. Pięćdziesiątka zbuntowanych to zaledwie jedna trzecia wszystkich zdegradowanych w marcu i kwietniu ubiegłego roku. Wtedy połączono stanowisko prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, a Prokuraturę Generalną zastąpiła Krajowa.

– Nowa ustawa o prokuraturze pozwala na potraktowanie prokuratorów w sposób, który przekreśla ich cały dotychczasowy dorobek zawodowy. Reorganizacja prokuratury stała się bowiem podstawą do całkowicie arbitralnej weryfikacji kadrowej. Arbitralnej, bo ustawa nie zawiera kryteriów jej przeprowadzenia – komentował w maju ubiegłego roku rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

– Wiem, że niektórym nie będzie się to podobało, bo do tej pory zajmowali się przenoszeniem teczek z biureczka na biureczko. Ale my nie jesteśmy od zapewniania im komfortu, tylko od dbania o bezpieczeństwo. Najważniejsze jest bezpieczeństwo Polaków i skuteczność pracy prokuratury – mówił z kolei Ziobro.

Wojsko: Odchodzą generałowie

Przykłady kadrowej wymiany można mnożyć: poza opisanymi PiS zrobił rewolucję w służbie cywilnej, Trybunale Konstytucyjnym czy mediach publicznych. Oczywiście niektóre z tych ruchów (jak choćby zmiany w spółkach skarbu państwa) to „zbójeckie prawo” każdego zwycięskiego obozu politycznego. Tego argumentu chętnie używają politycy PiS. – Chodzi o to, by możliwe było pozyskiwanie ludzi potrzebnych do sprawnego i profesjonalnego przeprowadzania reform. Chcemy móc realizować politykę rządu – mówiła Beata Kempa pod koniec 2015 r., kiedy PiS robił skok na służbę cywilną.

Rewolucja odbyła się też w wojsku. Odkąd resort obrony narodowej objął Antoni Macierewicz, ze służby odeszło 30 generałów i ponad 300 pułkowników.

„Zwolnienia nie powodują negatywnego wpływu na kwestie dowódcze w Siłach Zbrojnych RP. Należy bowiem zauważyć, że oficerowie na dowódczych stanowiskach mają swoich zastępców, więc nawet w przypadku czasowego niepowołania następcy na dane stanowisko ciągłość dowodzenia jest zachowana” – czytamy w odpowiedzi MON na interpelację posłów Kukiz’15, o której pisze czwartkowa „Rz” w kontekście odejść z armii. „Jednocześnie wszyscy następcy oficerów odchodzących z dotychczasowej kadry dowódczej posiadają niezbędne umiejętności, szeroką wiedzę oraz doświadczenie zdobyte zarówno w Polsce, jak i za granicą i nie ma wątpliwości, że sprawdzą się na stanowiskach, na które zostali mianowani” – przekonuje wiceminister obrony Bartosz Kownacki w odpowiedzi na interpelację.

Wiceminister wylicza: w 2016 r. odeszło ośmiu generałów, ponieważ skończyli 60 lat, 14 generałów złożyło wypowiedzenie stosunku służbowego zawodowej służby wojskowej, jeden generał został zwolniony „wskutek upływu terminu wypowiedzenia stosunku służbowego zawodowej służby wojskowej dokonanego przez właściwy organ”, a dwóch generałów zostało zwolnionych po upływie terminu pozostawania w rezerwie kadrowej. Do wymienionych 25 w 2017 r. dołączyli kolejni.

Z wojskiem pożegnali się m.in. gen. Mirosław Różański z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, gen. Marek Tomaszycki z Dowództwa Operacyjnego, gen. Adam Duda, szef Inspektoratu Uzbrojenia, a przede wszystkim „pierwszy żołnierz” – gen. Mieczysław Gocuł, szef Sztabu Generalnego.

Dlaczego generałowie odchodzą? Wielu nie chce firmować działań Antoniego Macierewicza i salutować przed jego rzecznikiem Bartłomiejem Misiewiczem. Gen. Różański w pożegnalnym przemówieniu powiedział: – Moim kolegom generałom, szczególnie tym ostatnio mianowanym i awansowanym, oprócz instrukcji i regulaminów, rekomenduję lekturę konstytucji i ustaw.

A jednak w poniedziałkowym „Newsweeku” czytamy, że duża część wojskowych, zwłaszcza niższego szczebla, jest zadowolona z rządów Antoniego Macierewicza. Dlaczego? Jeden z rozmówców Michała Krzymowskiego i Pawła Reszki zwraca uwagę, że szef MON załatwił dla wojska więcej pieniędzy, żołnierze mają też więcej szans na awans. Wojskowi i cywilni pracownicy armii dostali po 300-400 zł miesięcznie podwyżki, co – zwłaszcza w małych miejscowościach – jest poważnym zastrzykiem gotówki. „Newsweek” zwraca też uwagę, że Macierewicz zniósł limit 12 lat służby dla szeregowych (teraz mogą służyć bez ograniczeń), a także limity awansów dla podoficerów i oficerów.

„Wyprowadzą kraj z marazmu”

Czy polityka drastycznej wymiany kadr może napotka opór wśród wyborców? Niekoniecznie. PiS w sondażach wygrywa nie tylko – czego można się było spodziewać – wśród wyborców starszych, ale niemal w każdej grupie wiekowej.

W ostatnim sondażu poparcia dla partii CBOS PiS przegrywa jedynie w grupie wyborców w wieku 18-24 lata. Ma tu poparcie 21 proc., a Kukiz’15 – 29 proc. Ale już w kolejnej grupie (25-34 lat) PiS ma wynik ponaddwukrotnie lepszy od Kukiza (36 proc. do 17). Także w grupie
35-44 lata PiS notuje najwyższe poparcie – ale tu rywalizuje już nie z Kukizem, ale z PO (33 proc. do 19).

Motywy poparcia są różne. Te CBOS zbadał w innym sondażu, tuż po wyborach, w grudniu 2015 r. Z sondażu wynika, że wśród wyborców PiS argument: „Będzie więcej pracy, zrobią coś dla młodych, polepszy mi się”, wskazywał zaledwie co dziesiąty ankietowany. Najczęściej odpowiadano: „Będą lepiej rządzili, mam nadzieję, że coś zrobią; chciałem dać szanse na poprawę sytuacji w kraju; wyprowadzą kraj z marazmu, zrobią porządek” – taką odpowiedź wskazało 31 proc. badanych. Co czwarty twierdził, że nie chce u władzy PO-PSL, co piąty – że chce, aby coś się zmieniło w każdej dziedzinie, a 14 proc. – że PiS to partia osób wiarygodnych i że nie będzie afer. Program 500 plus jako argument przemawiający za głosowaniem na PiS deklarowało… 1 proc. wyborców tej partii.

Dlatego rewolucja kadrowa może się odbywać bez większych oporów społecznych, a jej beneficjentami stają się w większości osoby powyżej 25. roku życia. Dziś popierają PiS, awanse i podwyżki w aparacie państwowym mogą te sympatie utrwalić. W ten sposób partia Jarosława Kaczyńskiego – stereotypowo postrzegana jako zakorzeniona w starszym elektoracie – tworzy sobie kolejną, perspektywiczną bazę wyborców.

Dla tych, którzy rzucają oskarżeniami o „mowie nienawiści”, taka mała przypominajka. Dobrego dnia. 😊

c42678gwiaeintm

Michał Kuczyński na crowdmedia.pl pisze o jedynej pisowskiej obietnicy, która się spełnia.

polska

Prawo i Sprawiedliwość w kampanii wyborczej ogłosiło, że Polska jest w ruinie i tylko poprzez głos na tę partię zostanie z ruin odbudowana. Kontrowersyjne słowa rozgrzewały niejedną dyskusję polityczną już po wyborach, zwłaszcza gdy po przejęciu władzy, rząd Beaty Szydło zaczynał chwalić się świetnym stanem państwa, choć w rzeczywistości była to najczęściej zasługa poprzedników. O tym, że Polska jest w ruinie mówił prezydent Andrzej Duda w TV Republika w kwietniu 2015 roku, gdy porównywał obecną Polskę do tej zniszczonej II Wojną Światową. O odbudowie Polski mówił wicepremier Piotr Gliński na Kongresie Programowym w lipcu 2015 roku, mówiła premier Szydło w Nowej Soli, mówił i sam prezes Kaczyński. Dziś już wiemy, że kampanijna diagnoza była jedynie pijarową sztuczką, która pomogła Prawu i Sprawiedliwości wygrać wybory. Polska w 2015 roku, gdy władzę przejmowała partia Kaczyńskiego, była w kwiecie swojego rozwoju, najbogatsza w historii. Tymże bogactwem obecnie obdziela się wygłodniałych działaczy partyjnych, ich rodziny i znajomych. Tym bogactwem finansuje się tworzenie resortowych księstw, z orszakiem luksusowych limuzyn, tabunem asystentów i ochroniarzy. Ot, Bizancjum zbudowane na owocach wyimaginowanej ruiny.

Analizując jednak wpływ dokonywanych pseudo-reform na państwowy organizm, można wysnuć wniosek, że “Polska w ruinie” nie była tylko pijarową sztuczką, ale dokładnie przygotowanym planem zniszczenia Polski – takiej, jaką poznaliśmy przez minione 25 lat wolności. Demontaż Polski stworzonej wysiłkiem wszystkich Polaków przez ćwierćwiecze, Polski, która stała się wzorem do naśladowania dla innych krajów w byłym ZSRR. W zamian wybudowana miała być nowa Polska, według wizji człowieka, który nigdy tak naprawdę nie poznał tej naszej Polski, który od początku jej wolności jest politykiem, zamkniętym w swojej żoliborskiej willi. Ten kraj, stworzony na modłę Prezesa, to wykrzywiony wzór państwa narodowego, które ma nagradzać nieudaczników, a karać samodzielnych i pracowitych.

Reformy wprowadzane przez rząd Naczelnika Kaczyńskiego, nastawione są przede wszystkim na zburzenie dotychczasowego ładu, niezależnie od kosztów. Im większy jest opór reformowanej materii, tym bardziej wzrasta u rządzących przekonanie, że jest to właściwy krok. W sukurs kształtowaniu takiego obrazu idzie im partyjna telewizja, radio czy partyjne portale internetowe. W ten sposób tworzy się wrażenie, że każda obrona dotychczasowego ładu, w każdym z reformowanych obszarów, motywowana jest pielęgnowaniem trwających układów, klik czy złych obyczajów.

Rujnuje się budowany przez kilkanaście lat system edukacjidobierając podstawę programową według partyjnego klucza, by wychować nowe pokolenie wyborców bezmyślnych i posłusznych.

Niszczy się autorytet polskiej armii, poprzez oddanie jej w ręce człowieka, którego byli współpracownicy mają poważne wątpliwości co do jego prawdziwych motywów i zdrowia psychicznego. Polityka, który na olbrzymiej tragedii zbudował kościół wiernych zombie, nie dopuszczających do siebie myśli, że polski pilot może popełnić szkolne błędy, choć gdy dwa lata wcześniej w Mirosławcu popełnił identyczne, przeszło to zupełnie bez echa. Niszczącego autorytety generałów rękami ludzi małych i parszywych.

Niszczy się polską policję, służby specjalne czy służbę cywilną. Ponad fachowość i bezstronność stawia się posłuszeństwo dobrej zmianie i miernym politykom. Generalną zasadą jest posłuszeństwo wyznaczonej przez Naczelnika idei, nie dobro wspólne wszystkich obywateli. Nadrzędną procedurą jest widzimisię ministra oraz wszechobecne przyzwolenie na łamanie procedur bezpieczeństwa. Ruina w jakiej mentalnie znajdą się służby podległe MSW po okresie władzy ministra Błaszczaka, zawstydzi zapewne powojenną Warszawę.

Do ruiny doprowadza się wymiar sprawiedliwości, gdzie panoszy się prawnik bez doświadczenia, z wiceministrem o mentalności internetowego trolla, używając podległych prokuratorów do prywatnego wymiaru sprawiedliwości za urojone krzywdy. Sądy, w których wyroki mają zapadać po uzgodnieniu z siedzibą partii na Nowogrodzkiej. Sędziowie karani za wydawanie wyroku niezgodnego z wolą ministra czy samego Naczelnika. Tu krajobraz po wojnie będzie okropny i pełen gruzu – podważa się bowiem fundamenty demokratycznego państwa prawa i trójpodziału władzy.

O tym, że reforma służby zdrowia doprowadzi polskie szpitale do ruiny, mówi już nawet były prezes NFZ-tu, a obecnie poseł partii rządzącej. Likwidacja renomowanych szpitali, finansowanie ryczałtem i wszechwładza ordynatorów. Jeśli w ostatnich latach udało się ograniczyć zjawisko korupcji w służbie zdrowia, to scentralizowanie finansowania bez rozliczania z faktycznych wykonań rozbudzi ją od nowa. Nie o pacjenta chodzi, a o prymitywną destrukcję. Wszystko co zrobili poprzednicy, jest skażone i zatrute. Wszystko nowe musi dostać stempel dobrej zmiany.

Zrujnowaniem polskiego wizerunku za granicą równie ochoczo zajął się minister Waszczykowski, gdzie z unijnego prymusa staliśmy się czarną owcą. Partnerów w Europie już nie mamy, poza nią wielu nazwę “Poland” myli z “Holland”. Hurtowo niszczymy nasze znaki rozpoznawcze, czyli Donalda Tuska czy Lecha Wałęsę. Gdyby nadal żył papież Jan Paweł II i krytykował dobrą zmianę, też zapewne stałby się wrogiem numer jeden.

Kończąc już tę wyliczankę, nie sposób nie wspomnieć o ruinie polskich finansów publicznych. Trwałe wydawanie o wiele więcej, niż się pozyskuje, opieranie się na zbyt optymistycznych założeniach czy niemożliwy do zrealizowaniaskładający się z pobożnych życzeń Plan Rozwoju nie wróży budżetowi dobrze. Koszty długu będą rosnąć, podatki też. Wtedy jednak ruina stanie się faktem.

Jest w tym wszystkim pewien paradoks. Im bardziej zrujnowana realizacją obietnic Prawa i Sprawiedliwości będzie Polska, tym trudniej będzie przywrócić jej stan do względnej normalności. Niezależnie od tego, kto przejąłby władzę po PiS-ie, mandat do “odbudowywania” Polski nie będzie bezwzględny. Dziś oczywiste staje się, że nie obędzie się bez bardzo kosztownych społecznie reform. Podobnie jak wprowadzony na początku lat 90 plan Leszka Balcerowicza, który pozostawił po sobie olbrzymie grupy społeczne niezadowolone ze zmiany, nierozumiejące konieczności ich przeprowadzenia.

prezes-pis

Waldemar Mystkowski pisze o najnowszym marzeniu prezesa.

Kartoflisko Kaczyńskiego jako wielkie międzynarodowe lotnisko

kartoflisko

Niestety przyszło nam żyć w opowieściach Jarosława Kaczyńskiego, w jego snach o potęgach, snach o wielkości. Ta jest nasza realność – sen Kaczyńskiego.

Jak te zmory, mary odegnać? Nie wystarczy odizolowanemu człowiekowi stanąć naprzeciw, jak protestujący pod Sejmem 16 grudnia 2016 roku, bo jego najmita Mariusz Błaszczak sporządzi na nas list gończy i będzie ciągał po prokuraturach, a potem sądach.

Żyjemy więc w prezesowej alternatywie, w jego oniryzmie, w wypaczeniu, które wykrzywia rzeczywistość, ale przede wszystkim wykrzywia nam gębę. To Kaczyński doprawia nam gębę, zamiast żyć normalnie, zmagać się z realnością, pisać kolejne wiersze i książki, trzeba wychodzić na ulicę, aby przeciwstawić się tej opowieści alternatywnej Kaczyńskiego.

„Życie to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, lecz nic nie znacząca” – pisał genialny Szekspir. Taką opowieść zafundował nam Kaczyński, opowieść idioty, którą snuje w pisowskich mediach – bo przecież nie publicznych, czy narodowych – snuje na Krakowskim Przedmieściu, gdy staje na drabince z Tesco i jest wielki, potężny.

Kaczyński nie mierzy się z rzeczywistością, opowiada na swoją alternatywę, marę, sen idioty. Oto najnowszy owoc tej naszej codziennej zmory, tym razem zaserwowany w piątek rano w Radiu Białystok. Kaczyński chce w Warszawie, bądź w pobliżu, wielkiego międzynarodowego lotniska, bo „Polska nie może być prowincją”.

Prowincjonalny polityk, by nie rzec, iż jego jest wielkość godna jest jakiejś remizy, nie chce by Polska była prowincją. A spycha nas na pobocze Zachodu, wypycha z najpoważniejszego projektu cywilizacyjnego, jakim jest Unia Europejska. Prowincjusz i to fatalnego autoramentu. W takim momencie odzywa się we mnie gen komparatystyczny i porównuję prezesa.

Na tle swego wroga, Donalda Tuska, Kaczyńskiemu musieliby postawić drabinkę z Tesco, na tej drabince jeszcze jedną drabinkę, jeszcze i jeszcze, bez mała wyszłaby z tego drabina Jakubowa i też nie sięgnąłby Tuska. Tusk jest niepodrabianą wielkością, acz czasami mnie drażniącą, a prezes wspina się, wspina po tej drabince – i czekamy aż spadnie.

Spadnie, spadnie. Spokojnie. W tym wypadku funkcjonuje jedna z najstarszych metafor świata; wieża Babel. Takie sny o potędze są burzone stopą boga, strącane. Nie będą Tuska porównywał do żadnego boga, wystarczy stopa, która zdepcze tę zmorę wielkości. Acz wierzę – jestem przekonany – iż to my będziemy tą stopą, aby tę marę przejść, pożegnać i odegnać.

Na razie prezes wysnuł nam opowieść o wielkim międzynarodowym lotnisku, które patrząc na kreacyjne możliwości prezesa i dysfunkcyjność władzy PiS należałoby nazwać – kartofliskiem.

obchodzimy

>>>