Posts Tagged ‘nawałnica’

Berlin za Honeckera i Warszawa za Kaczyńskiego

WSTYD, ŻE NIE PRZERWALI URLOPÓW I IMPREZ U BISKUPA. WSTYD, ŻE OFIARY NAWAŁNICY NADAL NIE MAJĄ DACHU NAD GŁOWĄ…

Obłuda Macierewicza nie ma granic

Nieustająco nas „zadziwia”… Kiedy już wydaje się, że Antoni Macierewicz w wygłaszaniu kłamstw z kamienną twarzą przeszedł samego siebie, kolejny dzień przynosi następną dawkę obłudy i hipokryzji szefa MON.

Nie inaczej było podczas sejmowej debaty dotyczącej nawałnic. – „Wojsko było na miejscu zdarzenia natychmiast po informacji ze strony wojewodów” – powiedział Macierewicz. Tyle tylko, że to – natychmiast – nastąpiło po czterech! dniach po kataklizmie, mimo że samorządowcy prosili o wsparcie armii. Wszyscy pamiętamy wypowiedź wojewody pomorskiego, że do zamiatania liści nie będzie wzywał wojska…

Grzegorz Schetyna podczas debaty w Sejmie na temat nawałnic powiedział, że Macierewicz na miejscu zniszczeń pojawił się dopiero 15 sierpnia po zakończeniu uroczystości z okazji Święta Wojska Polskiego. – „No przecież to jest kompromitacja. Minister obrony narodowej, który przylatuje helikopterem i przyjeżdża kolumna sześciu samochodów, żeby go dowieźć 240 metrów z lądowiska do namiotu antykryzysowego. Widzieliście, jak to wygląda? Jaś Fasola by tego nie wymyślił” – mówił Schetyna.

Na mównicę wyszedł Antoni Macierewicz i rzekomo się przejęzyczając, powiedział: – „Chcę sprostować wypowiedź Jasia, przepraszam bardzo, nie Fasoli, tylko pana przewodniczącego Schetyny w związku z kłamstwami, którymi państwo jesteście przez niego raczeni. Wojsko było na miejscu zdarzenia natychmiast po informacji ze strony wojewodów i wezwaniu do pomocy ze strony wojewodów. Jeżeli pana razi to, że minister obrony w dniu święta Wojska Polskiego przyjechał na miejsce zdarzenia, to współczuję pana poczuciu potrzeb narodu polskiego”.

Na pewno wszyscy mamy przed oczami widok szefa MON ze wsi Rytel, kiedy to wiozący go samochód zakopał się w błocie. Macierewicz w lakierkach stał obok auta, przyglądając się, jak mieszkańcy poszkodowani przez nawałnicę wyciągali jego samochód.

CZY LIS MA RACJĘ?

No I liga obciachu.

Waldemar Mystkowski pisze o rewelacyjnym szczególe z życiorysu Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński jak Pawka Korczagin

Prezes PiS jest postacią ukształtowaną w głębokim PRL, w czasach małęj stabilizacji.

Jarosław Kaczyński wrócił z wakacji wypoczęty. Zaistniał słynną pelerynką w czerwono-białe barwy (bo przecież nie biało-czerwone, nie podejrzewam go o takie profanum godnościowe). Wygłosił 10 września na podeściku na Krakowskim Przedmieściu dwie frazy godne zapamiętanie: – „Jak zostaniemy sami w Europie, to zostaniemy” – i drugą: – „Będziemy wyspą tolerancji i wolności”. Do tej ostatniej przyjemności potrzeba będzie więcej barierek (tak Szymon Majewski zrekapitulował kaczystowską wolność).

Na razie z witzami prezesa posucha. Gdy jednak piszę, Kaczyński może wyprodukować wiekopomne dzieło oracyjne. Tak ten typ ma. Na razie głębiej o Kaczyńskim możemy mówić w trybie zapożyczonym, przez kogoś.

Prof. Andrzej Jaczewski był łaskaw sobie przypomnieć, iż Jarosław Kaczyński nie zdał w liceum z jednej klasy do następnej, z X do XI klasy maturalnej. Oblał z języków polskiego i angielskiego. Do dzisiaj nie jest poliglotą, o angielskim nie wspomnę, a polski jest w jego ustach często kulawy, chromy.

Dlaczego ten fakt dopiero teraz wychodzi na światło dzienne? Działo się to w roku 1966. Rządził wówczas ówczesny Kaczyński – Władysław Gomułka, za Beatę Szydło kreował się Józef Cyrankiewicz. Anną Zalewską pomniejszego funkcyjnego formatu – kuratorem warszawskim – był Jerzy Kuberski (później został ministrem oświaty, czyli pełną Zalewską).

Ten ostatni odegrał w życiorysie prezesa PiS rolę szczególną, by nie powiedzieć decydującą. Doszły Kuberskiego wieści, iż Jarosław K. ma dwie dwóje (kiedyś ta ocena niedostateczna był najgorszą), będzie siedział drugi rok w X klasie, więc kurator zadzwonił do dyrektora szkoły, następnego dnia zjawił się na radzie pedagogicznej i uczeń Jarosław K. dostał promocję do klasy maturalnej.

Ten fakt ma nadzwyczajną wymowę symboliczną. Prezes PiS musiał przeżyć swoje niedołęstwo intelektualne do tego stopnia, iż jego wzorcem stał się Gomułka. Językowe porównania potwierdzają, iż ówczesny I sekretarz to wzorzec, a brak predylekcji do nauki, szczególnie do zgłębiania polskiego – literatury, tradycji – dzisiaj owocują deformą szkoły.

Kaczyński został zahartowany w tamtym czasie. Ba, nawet jego stosunek do ojca Rajmunda (który chyba wówczas musiał dotrzeć do Kuberskiego i prosić go o wsparcie dla syna) nosi znamiona zahartowanego kompleksu. Mianowicie Kaczyński jak bohater obowiązującej wówczas lektury, Pawka Korczagin, donosi na ojca (źle się do niego odnosi), o czym piszą biografowie prezesa PiS.

Więcej do powiedzenia o wnętrzu Kaczyńskiego miałaby psychoanaliza Freuda. Kaczyński na kozetce to galareta strachu, kupka trzęsącego się ego.

I drugie zapożyczenie. Krystyna Janda w Radiu Zet odniosła się do słów z peanu-wiersza Jarosława Marka Rymkiewicza „Do Jarosława Kaczyńskiego”: – „nie można oddać Polski w ręce jej złodziei, którzy chcą ją nam ukraść i oddać światu”.

Recenzja wybitnej aktorki jest bardzo dosadna: – „Ja się czuję jakby ktoś na mnie s..ł po prostu cały czas. Jarosławie, pan jest coś jeszcze winny bratu. Dokąd idziecie z Polską?”. Zaś fragment dotyczący„polegnięcia” brata bliźniaka pod Smoleńskiem w 2010 roku, który jednak zdał w 1966 roku do XI klasy bez wsparcia rodzica (- „Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo? O to nas teraz pyta to spalone ciało”), Janda zamieniła w partykułę godną Juliusza Słowackiego: „Ludzie, o czym my mówimy? To była katastrofa samolotowa”.

Taki jest zapośredniczony prezes Kaczyński staje się bardziej zrozumiały w swoich czynach i ludziach, którzy wokół niego się gromadzą. Jest postacią ukształtowaną w głębokim PRL, w czasach małęj komuszej stabilizacji (określenie Tadeusza Różewicza), to jest jego peleryna, płaszcz Prospera: Pawka Korczagin, który sprzeda nawet ojca dla dobra własnej przyszłości. A ojcowizna to ojczyzna. Tak hartował się prezes.

TAKA RÓŻNICA. Jak Arłukowicz to od razu pięknie powiedziane 🙂

SZACUNEK ZA TO, CO ROBI

>>>

Reklamy

BRAWO WSTYD, ŻE NIE PRZERWALI URLOPÓW I IMPREZ U BISKUPA. WSTYD, ŻE OFIARY NAWAŁNICY NADAL NIE MAJĄ DACHU NAD GŁOWĄ…

Paweł Kasprzak pytał policję, czemu wbiła się klinem w legalną Kontrmiesięcznicę Obywateli RP. BEZ ODPOWIEDZI.

Publicystka „Polityki” Ewa Siedlecka zapowiada odwołanie się do Trybunału w Strasburgu. Dwa fragmenty.

Długopis zwany kajakiem

Sąd otworzył mi drogę do Trybunału w Strasburgu. Trybunał Praw Człowieka będzie więc miał okazję ocenić, czy coraz powszechniejszy, szczególnie wobec Obywateli RP, obyczaj polskiej policji pozbawiania wolności bez podstawy prawnej nie narusza Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

W poniedziałek doczekałam się rozpatrzenia przez Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia mojej skargi z czerwca na bezprawne pozbawienie wolności przez policję podczas kontrmiesięcznicy smoleńskiej. Ja i około 90 innych osób zostaliśmy wyniesieni z siedzącej pikiety na trasie marszu smoleńskiego i pozbawieni wolności przez ponad dwie godziny na pobliskim podwórku. Policja nie wypuszczała nas, twierdząc jednocześnie, że nie jesteśmy zatrzymani. W tym czasie spisywano nas i sprawdzano w policyjnej bazie. Na koniec dostaliśmy propozycję zapłacenia mandatu 500 zł za wykroczenie polegające na przeszkadzaniu w legalnym zgromadzeniu.

Sprawdzano nas ponad dwie godziny, mimo że policjantów było tam nie mniej niż zatrzymanych, a do sprawdzenia wystarczy połączenie się z internetową bazą policji. Mandaty proponowano nam ustnie, a ponieważ odmawialiśmy – policjanci nie potrzebowali czasu, by je wypisywać.

Byliśmy pozbawieni wolności, bo uniemożliwiano nam oddalenie się, a nawet skorzystanie z toalety lub kupno wody w pobliskiej restauracji. Uniemożliwiono nam kontakt z adwokatami, którzy przybyli na nasze telefoniczne wezwanie: nie przepuszczono ich przez kordon policji, twierdząc, że nie mamy prawa do adwokata, bo nie jesteśmy zatrzymani.

(…)

Sędzia dodał jeszcze, że przecież przeszkadzałam legalnemu zgromadzeniu. Tylko co to ma do mojej skargi? Ja się nie skarżyłam na postawienie mi zarzutu przeszkadzania w zgromadzeniu, tylko na bezprawne pozbawienie wolności. Czyżby sędzia uważał, że policja miała prawo sama wymierzyć mi karę za wykroczenie, pozbawiając wolności przez dwie godziny?

Na koniec odwołał się do mojego sumienia. Stwierdził, że gdybym uczestniczyła w legalnym zgromadzeniu, a ktoś by je blokował, tobym była wdzięczna policji za interwencję.

Jasne! Tylko znowu: jak się to ma do mojej skargi? Ja się nie skarżyłam na wyniesienie mnie przez policję z siedzącej pikiety. Przeciwnie: uważam, że policja, odblokowując smoleński pochód, działała zgodnie z prawem. Mam pretensje o pozbawienie mnie wolności bez podstawy prawnej. Mam też nieodparte wrażenie, że sędzia tego po prostu nie zrozumiał.

Ale nie ma tego złego. Od postanowienia sędziego Macugi o oddaleniu mojej skargi nie mam już w kraju żadnego środka odwoławczego. Dlatego idziemy do Strasburga. Skoro pozbawianie wolności bez podstawy prawnej stało się metodą walki polskiej władzy z obywatelami dysydentami, to mamy tak zwany problem systemowy. I warto, by ocenił go międzynarodowy organ ochrony praw człowieka.

GANGSTER MASA – PRZYJACIEL PIS.

Masa znowu przerwał milczenie, żeby zadeklarować, że jak PO dojdzie do władzy to on „spier…” z Polski. Mnie przekonał.

PODSUMOWANIE W PAŃSTWIE PiS… Bareja miałby gotowy scenariusz.

Prawda o policji.

Waldemar Mystkowski odnosi się do policjanta, który „strzeże” miesięcznicy Kaczyńskiego.

Policjant dołowy o miesięcznicach

W miesięcznicach smoleńskich biorą udział trzy strony. Uprzywilejowana, której wydzielono specjalną strefę Polski, eksterytorialną część, innym Polakom nie można na nią wejść.

Druga strona – obywatelska, nie godząca się z zawłaszczeniem Polski i ośmieszaniem ojczyzny.

I trzecia strona – policja, która wykonuje swoje opłacone obowiązki, pilnuje porządku. My widzimy tylko wykonawców ze strony policji, porządkowe uzbrojone ramię w pały i emocjonalny szantaż wylegitymowania, a także zastraszenia paragrafem. Nie widzimy policyjnej głowy, czyli komendantów, którzy posłali krawężników w bój.

Górę policji zatem należy zaliczyć do tej pierwszej strony – uprzywilejowanej, bo została przez władze PiS awansowana i namaszczona do służbowego podporządkowania.

Portal wp.pl przeprowadził wywiad z policjantem, który zabezpiecza miesięcznice. I ten policjant też narzeka na swój los, jak przysłowiowy górnik, wg którego jego praca jest najcięższa. 10 każdego miesiąca dla tego funkcjonariusza to „przesrane”: – „Trzeba nastawić się, że nie będzie łatwo i przejść przez to z zaciśniętymi zębami”.

Policjant narzeka, że musi być przyzwoity: – „Wszędzie są dziennikarze, którzy tylko czekają, aż ktoś wyprowadzi nas z równowagi do tego stopnia, że będziemy musieli podjąć interwencję.”.

Ale policjant to jest ktoś, kto myśli, odbiega od swego wzorca gamonia milicjanta z PRL-u. Musi podjąć decyzję, którą wywiadowany opisuje na przykładzie: – „Jeden z sympatyków Obywateli RP zachowuje się bardzo głośno, chyba właśnie krzyczy coś w stylu „Do kościoła, do kościoła!”. Kolega wchodzi w tłum, żeby go wyprowadzić”.

Policjant owo zdarzenie dramatyzuje, opisuje otoczkę wrogości wobec formacji policji. Lecz w tym jego opisie widać błąd intelektualny, bo co jest w złego w okrzyku „do kościoła”? Czy policjant jest od interpretacji socjologicznej miesięcznicy i oceny tego, któremu nie podoba się takie comiesięczne profanum i wyraża go okrzykiem?

Gwoli sprawiedliwości, policjant widzi zakłamanie strony, którą ochrania: – „Tylko maszerują pod pałac prezydencki i robią z tego akt polityczny. Ogromna hipokryzja, to mnie najbardziej wkurza”.

Uff… Ciężka jest dola górnika, tj. policjanta dołowego ochraniającego miesięcznice. Końcowa refleksja funkcjonariusza też sporo mówi o klimacie, jaki panuje w policji: – „Pomyślałem, co by się stało, gdybyśmy stamtąd poszli, usunęli barierki, zostawiając jedną i drugą stronę, sam na sam. I wyobraziłem sobie stado dzików, które biegną na siebie nawzajem… bo to by dokładnie tak wyglądało. I wiesz co? Przez moment mi się ta wizja spodobała, bo gdyby zaczął się prawdziwy dym, może ludzie doceniliby naszą pracę”.

Kto zatem ten klimat w Polsce stworzył? Czasami warto zadać sobie takie pytanie. Czy Obywatele RP przychodziliby 10. każdego miesiąca, gdyby nie było miesięcznic? Inne pytanie nie padło, a bodaj jest najważniejsze: czy ten konkretny funkcjonariusz dołowy wypełniłby polecenia swego zwierzchnika, który jest z awansu pisowskiego, aby użyć siły, gdy dojdzie do prowokacji?

Wówczas jest tylko jedna strona – zaatakowani protestujący. Wywiadowany policjant mógłby otrzeć pot z czoła i powiedzieć, jak trudno jest być przyzwoitym, bo trzeba wypełnić obowiązki człowieka. Uff…

NIE DAJMY SIĘ NABRAĆ

KTOŚ WIE ZA CO TA WILLA?

NIE MACIE JESZCZE DACHÓW? KŁAMIECIE. RZĄD DZIŚ POWIEDZIAŁ, ŻE WAM POMÓGŁ.

>>>

PRAWDA, ŻE MIGALSKI MA RACJĘ?

Wojciech Maziarski pisze o tym, jak odreaguje porazki PiS.

Czym PiS zwalczy politycznego kaca?

Po wakacjach czekają nas kolejne kampanie nienawiści i ataki na państwo prawa – bo klin trzeba klinem.

Parszywe nastroje panują w obozie „dobrej zmiany”. Wprawdzie sam pan prezes po dwóch prezydenckich wetach kazał się opanować i powstrzymać od gorszących awantur wewnątrz obozu władzy, jednak skrywane emocje buzują pod powierzchnią, a erupcje wściekłości raz po raz przebijają się przez skorupę udawanego spokoju. Wystarczy zajrzeć do komentarzy publikowanych w internecie przez anonimowych zwolenników PiS.

Oto pierwszy z brzegu przykład: na portalu braci Karnowskich wPolityce.pl pod artykułem informującym, że prezydencki projekt ustaw sądowych przygotowuje prof. Michał Królikowski, były wiceminister sprawiedliwości z czasów, gdy szefem resortu był Jarosław Gowin (wówczas jeszcze polityk PO), czytamy m.in. (zachowana oryginalna stylistyka i ortografia):

„dudus zdrajco ! juz teraz mozesz ten swoj projekt wsadzic sobie w d-p- ! bo to juz widac co ty tam zakombinowales ! jakis przyd-pas gowinka bedzie ustawy nam tworzyl ! i przestan wszystkich straszyc!”;

„dno unia wolności nigdy z niego nie wyjdzie i znowu nie będzie dekomunizacji”;

„Panie Duda,o czym rozmawiał Pan z Merkel tuż przed Pańską kompromitacją, czyli zawetowaniem ustaw? My, Pańscy wyborczy czekamy na odpowiedź! Premier Szydło może być następnym Prezydentem RP, a nie Pan!”;

„Duda szydzi sobie z wyborców, swoich obietnic przedwyborczych i z PISu w zywe oczy. Nie darujemy ci zdrajco, bedziesz przez nas wybuczany na wszystkich imprezach”.

Czasami krytycy starają się zachować umiar i ważą racje: „Rozumiem intencje Pana Prezydenta, chce być ponad podziałami. Ale tak się nie da, Pani Beata Szydło chyba będzie musiała zostać Prezydentem RP”.

Jednak nawet osoba pani premier nie stanowi nadziei, bo jak zauważa inny komentator: „Żeby PBS została prezydentem RP, to najpierw musiałaby wygrać wybory. Niestety ale dzisiaj rząd PBS zaczyna popadać w rutynę polegającą na olewaniu wyborców kosztem nowomowy. Czas na oprzytomnienie”.

Chaos i zwątpienie w szeregach obozu rządzącego są pogłębiane przez kolejne odsłony wojny między prezydentem a ministrem obrony narodowej, który po raz pierwszy od niepamiętnych czasów musiał zrezygnować z dokonywanych zawsze w sierpniu nominacji generalskich, bo nie zgodził się na nie Andrzej Duda. – „To nie jest niczyja prywatna armia” – powiedział prezydent w uroczystym wystąpieniu.

Na zbolałe dusze wyznawców ciosy się sypią ze wszystkich stron. Kolejne autorytety PiS-owskiej prawicy odmawiają występowania w jednolitym froncie bezkrytycznych pochlebców. Najpierw wyłamał się Piotr Zaremba, potępiając niszczenie niezależnych sądów, teraz wątpliwości zgłasza Bronisław Wildstein, atakując prymitywną propagandę mediów państwowych. – „Najsensowniejszą politykę podważyć można natrętną propagandą” – pisze ten prawicowy publicysta w portalu wPolityce.pl w komentarzu na temat dymisji szefowej Wiadomości. –„Podobno Paczuska odwołana została za niewystarczającą gorliwość w popieraniu „dobrej zmiany”. Jeśli to prawda, a nic nie wskazuje, ani nikt nie przywołuje innych powodów, aby było inaczej, oznaczałoby to, że pion informacyjny TVP wpadł w korkociąg. Opisywałem już na naszych łamach co dzieje się z programami TVP Info. Okazuje się, że może być gorzej – prawie zawsze może być gorzej. Czy naprawdę odpowiedzialni za to nie rozumieją, że jest to tendencja samobójcza?” – pyta Wildstein.

Kolejne niepowodzenia oraz wizerunkowe ciosy sprawiają, że rządzący po raz pierwszy od wyborów zostali zepchnięci do defensywy. Muszą się tłumaczyć, usprawiedliwiać, a nawet półgębkiem przyznawać, że owszem, tu i ówdzie zdarzyły się im pewne niedociągnięcia. Premier Beata Szydło zapowiedziała, że będzie domagać się wyjaśnień, dlaczego aukcja koni arabskich w Janowie zakończyła się spektakularną klapą. – „Wojewoda powinien więcej robić i mniej mówić” – pouczył minister Błaszczak pomorskiego wojewodę Dariusza Drelicha, który po nawałnicy i tragedii w Suszku wsławił się sentencją, że nie warto wzywać żołnierzy do zbierania gałęzi i zamiatania liści.

Właśnie nieudolność i obojętność zaprezentowana przez władzę przy okazji tej klęski żywiołowej wywarła na wyborcach szczególne wrażenie. Gdy w przyszłości będziemy analizować przyczyny klęski PiS, być może właśnie ta nawałnica okaże się decydującym momentem, który sprawił, że sympatie społeczne się odwróciły. Podobnie jak gwoździem do trumny rządów SLD były słowa lekkomyślnie skierowane przez premiera Włodzimierza Cimoszewicza do ludzi, którzy ponieśli straty w powodzi stulecia w 1997 r.: – „Trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać” (po latach sam Cimoszewicz tłumaczył, że został źle zrozumiany, ale to już bez znaczenia – mleko się rozlało).

Jak na te wszystkie trudności zareaguje Jarosław Kaczyński? Czy pójdzie za głosem tych, którzy namawiają go, by dokręcać śrubę, wzmacniać propagandę i nasilać walkę z opozycją? Właśnie to radzi np. Michał Karnowski, który po wielkiej fali demonstracji zakończonych prezydenckim wetem pisał pod koniec lipca: – „To jest moment, w którym PiS powinien przejść do kontrofensywy. Trzeba głośniej mówić prawdę o rządach III RP, trzeba się bić na każdym froncie. Tak jak rząd węgierski, który otwarcie pyta rodaków: czy ma wygrać Soros, czy Węgrzy? Trzeba rozpoznać kluczowe węzły maszyny manipulacji społeczeństwem i ją zdemontować” – postuluje Karnowski, namawiając rządzących do zniszczenia niezależnych i krytycznych wobec władzy mediów.

Oczywiście, uzasadnia to kwestiami ideologicznymi, starannie przemilczając fakt, że jako wpływowa figura w prywatnym koncernie medialnym, jest tym osobiście zainteresowany. Właśnie w tym kontekście należy czytać jego słowa ubolewania, że PiS rozpoczął wojnę z III RP, „nie dbając o osłonę medialną”. – „Żadnych nowych rozdań koncesyjnych” – martwi się Karnowski, przebierając nóżkami z niecierpliwości, kiedy wreszcie uda mu się dorwać do półki z medialnymi konfiturami.

Od takich cwaniaków aż roi się na zapleczu władzy. Liczą na koncesje, stanowiska, profity, apanaże. Popychają swój obóz do politycznej konfrontacji i do nasilenia walki ze społeczeństwem obywatelskim, w myśl zasady sformułowanej przez ich duchowego ojca i patrona, Józefa Stalina, który stwierdził, że w miarę postępów w budowie nowego ustroju walka klasowa musi się zaostrzać.

Niestety, wygląda na to, że ich podszepty harmonizują z polityczną osobowością wodza PiS. Jarosław Kaczyński w przeszłości nie raz udowodnił, że jego ulubioną metodą rozwiązywania problemów i wydobywania się z politycznych tarapatów jest inicjowanie kolejnych kampanii, wskazywanie rzekomych wrogów i szczucie opinii publicznej przeciw nim. Biorąc pod uwagę, że trudności, z których prezes musi się wydobywać, najczęściej są skutkiem stosowania tej właśnie taktyki, jego postawa jest modelowym zachowaniem człowieka uzależnionego. Każdy alkoholik ma taką właśnie receptę na przezwyciężenie zgubnych konsekwencji picia. Gdy przeżywa katusze spowodowane kacem, cierpi trudności materialne, traci przyjaciół i bliskich – sięga po następną flaszkę. Bo klin trzeba klinem.

Kiedy więc wrócimy z wakacji, a prezydent Duda zaprezentuje swoje projekty ustaw sądowych, czeka nas najprawdopodobniej kolejny ciąg polityczny pana prezesa. Może pora by już była odesłać go na zasłużony odwyk?

WEEKENDOWY LANS

Waldemar Mystkowski pisze o Januszu Głowackim, który odszedł.

Dzień, w którym odszedł Janusz Głowacki

Dzień, w którym umiera pisarz, robi umysł pochmurnym. I wcale nie zależy to od wielkości pisarza, ale od klimatu wewnętrznego, w jakim go się umieściło. Takie dni są więc z deszczami, grzmotami, a nawet z nawałnicami.

Janusz Głowacki był obecny dla mnie od jego początków. Ale najpierw wpisał się tym, co najbardziej lubię. Na ostatniej stronie „Współczesności” prowadzona była rubryka, w której nieśmiało odnotowywano życie towarzyskie w PRL-u. Stamtąd dowiedziałem się o playbowaniu Głowackiego, a obiektem jego zabiegów była Jacqueline Kennedy Onassis. Z terenowych doniesień wynikało, iż Głowacki w tej kwestii zaliczył sukces. Czy tak było naprawdę?

W każdym razie ożywiał komuszą rzeczywistość, jak kolorowe skarpetki Leopolda Tyrmanda. Czytałem Głowackiego na pniu, począwszy od jego debiutu „Wirówka nonsensu”, a jako nastolatek nie mogłem ugryźć pojęcia młodzieży bananowej. Odświeżające były jego felietony w „Kulturze”, w których zestawiał antysemicką „Głupią sprawę” Stacha Rycha Dobrowolskiego z „Ulissesem” Joyce’a, wskazując, że ta pierwsza pozycja jest git.

Poznałem go w „Czytelniku”, w którym debiutowałem, tego samego dnia także dane mi  było po raz pierwszy uścisnąć rękę Zbigniewa Herberta. Potem ze dwa razy spotkałem Głowackiego na szlaku i to raczej w przystani SDP na Foksal. Najczęściej jednak spotykałem się z nim w jego książkach. Mimo jego bardzo dużego wkładu w naszą kulturę był to jednak pisarz niedoceniany.

Inteligentny (pisarz chyba nie może być inny), zdystansowany do siebie, ceniony przez krytykę i czytelników ze specjalnie wysublimowanym podniebieniem, jakoś wymykał się hierarchizowaniu. Jego opowiadania z dwóch pierwszych tomów z pewnością przetrwają, bo to zapis naszych polskich lęków wpisanych nie tylko w tamten czas lat 60-tych. Dramaty Głowackiego są arcypolskie i nie zdewaluowała się ich siła, a przekaz może i powinien być wyzwaniem dla kolejnych pokoleń reżyserów, bo jest co odkrywać i interpretować.

Gdy to piszę, przechodzi przeze mnie burza. Taki dzień, jak ten, jest stracony. Trzeba gdzieś przycupnąć i przetrwać do następnego dnia.

WSZYSCY ODDAJEMY HOŁD WYBITNEMU PISARZOWI

>>>