Posts Tagged ‘OKO.press’

Polacy coraz bardziej chcą zintegrowanej Unii Europejskiej

Bardzo ciekawy sondaż przeprowadził portal oko.press, dotyczący Unii Europejskiej. Wyniki są zaskakujące, jeżeli zestawi się sondaż aktualny z grudnia tego roku z takim samym sondażem ze stycznia 2018.

W Polsce przybywa zwolenników Unii Europejskiej i to w wydaniu jej ścisłej integracji, polegającej między innymi na tym, że Unia Europejska powinna mieć superrząd, którego rolę mogłaby pełnić Komisja Europejska z szefem Jean-Claude Junckerem i znienawidzonym przez PiS Fransem Timmermansem.

W ciągu roku równowaga zwolenników ścisłej współpracy i modelu Europy „narodowych państw suwerennych” ze stycznia, a wynosiła wówczas po 43 proc. przechyliła się na rzecz zwolenników ściślejszej integracji członków Unii Europejskiej i obecnie wynosi 51 proc. dla zacieśnienia współpracy, a tylko 35 proc. jest temu przeciwna.

Co to znaczy? To, że PiS mimo ataków na Komisję Europejską i Trybunał Sprawiedliwości UE (dał ostatnio popis Andrzej Duda, który uważa, że sprawiedliwość europejska – TSUE – odbiera Polsce suwerenność), nie przysparza sobie zwolenników, a eurosceptycy nabierają zaufania do instytucji unijnych.

W Polakach uciera się świadomość, że rząd PiS reprezentuje interesy partyjne, a nie ich dobro. Dlatego mieliśmy ostatnio nagłe przepoczwarzenie się pisowskiej walki z Komisją Europejską w wyznanie miłości do Unii.

Powód tego jest aż nazbyt oczywisty, a ciemnego ludu jest coraz mniej. PiS się spieszy, bo kurczy mu się elektorat i rodakom spadają łuski z oczu. Dlatego najprawdopodobniej dojdzie do przedterminowych wyborów parlamentarnych, które zostaną ogłoszone wraz z populistycznym socjałem przebijającym 500+.

Gdyby PiS utrzymał się u władzy, doznalibyśmy powtórki z rozrywki, jaką była przedwojenna Polska sanacyjna, a Europę rozrywały egoizmy narodowe, nacjonalizmy, które musiały doprowadzić do wojny, wtórnym jest, iż głównym winowajcą był faszyzm niemiecki.

Polska może mieć tylko jeden cel: zintegrowana Europa, w której nacjonaliści Kaczyński, Orban, Le Pen zostaną w niej zmarginalizowani. Sondaż oko.press wskazuje, że rodacy idą po rozum do głowy i coraz mniej wierzą oszołomom z PiS.

PiS wysyła policję i tajniaków na protestujących

Ujawnione przez OKO.press operacyjne działania policji i tajniaków wobec protestów w obronie niezależności sądów w lipcu ubiegłego roku powinny przerażać. Ale nie przerażają.

Dlaczego? Bo tego się spodziewaliśmy. Do inwigilowania protestujących rzuconych zostało tylko w Warszawie przeszło 2 tys. zwykłych policjantów i „niezwykłych” z wydziałów kryminalnych, do walki z przestępczością narkotykową, gospodarczą, itd.

Dotyczy to tylko Warszawy, podobnie z pewnością było w innych miastach, np. w Poznaniu protesty miały większe rozmiary, zresztą jak i w roku bieżącym. Dowiadujemy się o tym po roku i dowiadujemy się szczegółów, w jaki sposób inwigilowani byli liderzy opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej. Nie dziwią też groteskowe raporty, policja przypomina milicję z czasów PRL.

Obecna władza jest żywcem przeniesiona z PRL, mam na myśli choćby ministrów spraw wewnętrznych – z ubiegłego roku Mariusza Błaszczaka i ministra z rządu Mateusza Morawieckiego, Joachima Brudzińskiego. Obydwaj aparatczycy rodem z „Ucha prezesa”, albo z archiwalnych skeczów kabaretu Tey.

Ujawnione dane są wierzchołkiem góry lodowej inwigilacji ubiegłorocznych protestów. To w istocie wierzchołek państwa policyjnego, które ze swej natury jest państwem bezprawia łamiącym Konstytucję.

Jak po upadku PRL utworzony został Instytut Pamięci Narodowej (IPN), tak po upadku PiS powinien powstać Instytut Badania Bezprawia Władzy PiS (IBBWPiS), bo muszą „spisane być czyny i rozmowy”.

Tymczasem musimy sobie radzić. Musimy uczyć się nowych form oporu pokojowego, aby nie doszło do sytuacji, jak mówi jeden z liderów społeczeństwa obywatelskiego Paweł Kasprzak, gdy „wystarczy, żeby ktoś podstawiony pierdyknął workiem z czerwona farbą w twarz policjanta i zacznie się jatka”.

Musimy wyzbyć się podejrzliwości wobec siebie, bo po takich enuncjacjach o tajniakach umieszczonych pośród nas łatwo o chorą nieufność, a ta może szybko przerodzić się w agresję. Protesty więc winny być podstawą wspólnot, w których ze sobą się rozmawia i bliżej poznaje.

Ogromne znaczenie mają osobowości liderów opozycji. W dalszym ciągu wśród protestujących widzę dużo nadziei, żaru i siły. Po przeszło dwóch latach protestów wobec rządów PiS są to twarze uśmiechnięte, nie naznaczone resentymentem, albowiem tylko wtedy bezprawie i zamordyzm upadną, gdyż boją się otwartości i ludzi gotowych do dialogu.

Będą na nas słać swoich agentów, ale nie lękajmy się ich, zło jest zawsze słabe, bo zło jest tchórzliwe, otacza się kordonami i zamyka w twierdzach, w których jedyną przyszłością jest odejście, śmierć.

KOGO JESZCZE SPROWOKUJĄ NIE MAJĄC ŻADNYCH DOWODÓW?

BRAWOOOO PISOWSKA ZMIANO

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze, co wydarzyło się w Smoleńsku. Nadal około 20 proc. z nas wierzy, że katastrofa smoleńska to nie był po prostu wypadek lotniczy. Dlatego podajemy garść konkretnych argumentów, które pomogą w rozmowie z przyjaciółmi czy bliskimi, którzy uwierzyli w zamach.

Rano 10 kwietnia 2010 r. ważący prawie 80 ton Tu-154 w biało-czerwonych barwach próbował w gęstej mgle poderwać się znad drzew rosnących przed lotniskiem w Smoleńsku. Nie dał rady. Zahaczył skrzydłem o brzozę, obrócił się na plecy, uderzył o ziemię. Zginęli wszyscy, 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński. Lecieli na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

„To nie był po prostu wypadek lotniczy. Przypadkiem, przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności czy zaniedbanie, jednocześnie śmierć ponieśli najwyżsi rangą urzędnicy państwowi i niemal całe dowództwo sił zbrojnych? Takie rzeczy się nie zdarzają”. Wpierw nieśmiało, w internecie, ale wkrótce dołączyli do nich politycy. Że to sztuczna mgła była, że hel został rozpylony nad lotniskiem, że we wnętrzu samolotu był paraliżujący gaz i bomba paliwowa, że były wybuchy (jeden, dwa lub trzy), że samolot rozpadł się w powietrzu – tak przedstawiano przyczyny katastrofy smoleńskiej na łamach prawicowych mediów. Pisano też o „tych, którzy przeżyli” i o tajemniczych wyciekach z samolotu.

Te wszystkie teorie spiskowe padły na podatny grunt. Jeszcze niedawno w zamach smoleński wierzył blisko co trzeci Polak. Ta wiara słabnie, ale nadal spora grupa – około 20 proc. – wierzy, że to nie był po prostu wypadek lotniczy. Ponad połowa Polaków tę spiskową teorię odrzuca. Hipoteza zamachu wciąż sprawdza się jako polityczne paliwo. Dlatego przypominamy najczęściej zadawane pytania o przyczyny katastrofy smoleńskiej – i podajemy odpowiedzi, sformułowane tak, by laik wiedział, o co chodzi.

To garść konkretnych argumentów, które mogą się przydać w spokojnej rozmowie z sąsiadem, koleżanką z pracy, przyjaciółmi, bliskimi, którzy uwierzyli PiS-owi, że ktoś zamachnął się na życie prezydenta Kaczyńskiego.

Katastrofa smoleńska. Czy doszło do niej przez mgłę?

Gdyby nie ona, do katastrofy zapewne by nie doszło. Ale gdyby załoga przestrzegała procedur bezpieczeństwa, samolot by się nie rozbił.

Minimalne warunki do lądowania Tu-154 na takim lotnisku jak Siewiernyj to 1000 m widoczności poziomej i 100 m pionowej – czyli będąc na tej ostatniej wysokości, załoga musi zobaczyć ziemię, by zacząć się zniżać. O 8.14 białoruski kontroler z Mińska informuje po angielsku załogę, że w Smoleńsku widoczność pozioma wynosi zaledwie 400 m. Chwilę potem kpt. Arkadiusz Protasiuk, dowódca załogi, mówi do stewardesy: „Nieciekawie, wyszła mgła, nie wiadomo, czy wylądujemy”. Anonimowy głos pyta: „A jeśli nie wylądujemy, to co?”. „Odejdziemy” – odpowiada Protasiuk.

O 8.23 dochodzi do pierwszej rozmowy załogi z wieżą w Smoleńsku, która informuje, że widoczność pozioma to 400 m i że „warunków do przyjęcia [samolotu] nie ma”. Dowódca odpowiada: „Dziękuję. Jeśli można, spróbujemy podejścia, a jeśli nie będzie pogody, wtedy odejdziemy na drugi krąg”. Kontroler pyta więc, ile Polacy mają paliwa (odpowiedź: 11 ton) i jakie przewidziano lotniska zapasowe. „Mińsk i Witebsk” – mówi kpt. Protasiuk.

Załoga tupolewa rozmawia też w tym czasie z załogą jaka-40, którym wcześniej przylecieli do Smoleńska dziennikarze. „Ogólnie rzecz biorąc, to pizda tutaj jest. Widać ok. 400 m i na nasz gust podstawy [chmur] są poniżej 50 m grubo” – ocenia por. Artur Wosztyl, dowódca załogi jaka. „No, nam się udało w ostatniej chwili wylądować, natomiast powiem szczerze, że możecie próbować jak najbardziej. (…) Możecie próbować, ale jeśli wam się nie uda za drugim razem, to proponuję wam lecieć np. do Moskwy albo gdzieś”.

O 8.30 załoga jaka-40 dorzuca, że kilkadziesiąt minut przed przylotem tupolewa na Siewiernym próbował lądować rosyjski transportowy Ił-76, ale choć pilot doskonale znał lotnisko, po dwóch nieudanych próbach odleciał do Tweru. O 8.37 załoga jaka znów łączy się z Tu-154 i ocenia, że widoczność pozioma to zaledwie 200 m.

Katastrofa smoleńska. Czy jej przyczyną jest brzoza?

Zderzenie z nią było skutkiem tego, że samolot znalazł się zbyt nisko. Mierzące kilkanaście metrów wysokości drzewo rosło 855 m od progu pasa startowego. Tupolew złamał brzozę na wysokości 6,66 m, w miejscu, gdzie jej średnica wynosi ok. 40 cm. W wyniku uderzenia maszyna straciła około jednej trzeciej lewego skrzydła, wpadła w niekontrolowany obrót w lewą stronę i plecami uderzyła w ziemię.

Fakt zderzenia z brzozą jest bezsporny – oprócz zeznań świadków potwierdziły to kawałki skrzydła Tu-154 wbite w drzewo, elementy maszyny leżące pod nim oraz odłamki brzozy w szczątkach samolotu.

Dlaczego samolot był tak nisko?

Tuż przed pasem lotniska jest głęboki na maksymalnie 60 m jar, a załoga korzystała z niewłaściwego wysokościomierza. Pierwszy pilot przestawił ciśnienie na swoim wysokościomierzu barometrycznym, który podaje faktyczną wysokość od poziomu lotniska, by wyłączyć alarmowe komunikaty systemu TAWS („terrain ahead”, czyli „ziemia przed tobą”, i „pull up”, czyli „natychmiast do góry”). Nawigator zamiast z wysokościomierza barometrycznego odczytywał wysokość z radiowysokościomierza podającego faktyczną odległość od ziemi – czyli od dna jaru, a nie poziomu pasa startowego.

Czy tupolew lądował?

Wszystko wskazuje na to, że załoga nie chciała lądować, ale za późno podjęła decyzję o tzw. odejściu na drugi krąg. Z analizy stenogramów wynika, że po pierwszej komendzie „odchodzimy” przez chwilę nic się nie działo. Po komendzie drugiego pilota został odnotowany nieznaczny ruch sterami, ale taki, który nie przerwał pracy autopilota. Dopiero później dowódca pociągnął wolant na siebie. Sekundę potem manetki silników zostały przestawione na położenie startowe, czyli na maksymalną moc. Ale było już za późno, by poderwać ważący blisko 80 ton samolot.

Z zapisu czarnych skrzynek wiemy, że prezydencki tupolew prawie do końca leciał na autopilocie. I to był błąd, bo na lotnisku Siewiernyj nie było systemu ILS (instrumental landing system), więc samolot nie mógł sam odlecieć. Jasno mówi o tym instrukcja techniki pilotowania Tu-154.

Komisja Millera wykonała eksperyment na bliźniaczym tupolewie i potwierdziła, że próba wykorzystania do odejścia autopilota zabrała załodze pięć bezcennych sekund – dźwięk sygnalizujący zerwanie autopilota i przejście na sterowanie ręczne czarna skrzynka zarejestrowała o 8:40:57:5. Maszyna była wtedy tylko 2 m nad poziomem lotniska, 28 m nad ziemią i leciała z prędkością 277 km/godz. (ok. 72 m/s).

Komisja Millera ustaliła też, że dowódca tupolewa lubił latać na automatycznym pilocie, był z pokolenia, które bardziej wierzy w systemy komputerowe niż w ręczne sterowanie. W dodatku załogi 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego niezwykle rzadko latały na lotniska bez ILS i nie miały doświadczenia w lądowaniu bez tego systemu.

Rosyjscy kontrolerzy są winni katastrofy smoleńskiej?

Współwinni. Polska prokuratura chce postawić zarzut umyślnego spowodowania katastrofy ppłk. Pawłowi Plusninowi (kierownikowi lotów 10 kwietnia 2010 r.) i mjr. Wiktorowi Ryżence (kierownikowi strefy lądowania obsługującemu radiolokacyjny system naprowadzania). Polscy prokuratorzy uznali, że powinni zamknąć lotnisko z powodu fatalnych warunków atmosferycznych.

Ze stenogramów rozmów na wieży (też są rejestrowane) wiemy, że Rosjanie uważali, iż tupolew w ogóle nie wystartuje z Warszawy, a gdy był już w powietrzu, kontrolerzy rozważali skierowanie go na zapasowe lotnisko. Nie byli jednak samodzielni – na wieży był też płk Nikołaj Krasnokutski, który kontaktował się z dowództwem w Moskwie, i to on anulował decyzję ppłk. Plusnina, który chciał odesłać tupolewa na inne lotnisko. Moskwa uznała bowiem, że zamknięcie lotniska wywoła skandal dyplomatyczny.

W dodatku na pokładzie tupolewa język rosyjski znał tylko dowódca samolotu i to on, a nie nawigator, prowadził rozmowy z wieżą, zamiast skupić się wyłącznie na pilotowaniu maszyny.

Załoga nie znała też rosyjskich procedur i nie zrozumiała komendy „pasadka dopołnitielno”, co znaczy „lądowanie warunkowo”. Tupolew powinien się zniżyć na wysokość 100 m – do tzw. wysokości decyzji – i czekać na kolejne polecenia. Kiedy wszystko jest w porządku, a załoga widzi ziemię, wieża powinna wydać komendę „pasadku razrieszaju” – to jest właśnie zgoda na lądowanie. Załoga powinna ją potwierdzić słowami „pasadku razrieszili”.

Gdy tupolew się zniżał, kontroler kilka razy przekazał załodze komunikat „na kursie i na ścieżce” – ostatni raz, gdy maszyna była 2 km od progu pasa startowego. Oznacza to, że samolot leci prawidłowo zarówno pod względem wysokości, jak i jej położenia lewo/prawo względem pasa. Ale te komunikaty były nieprawdziwe – prawdopodobnie dlatego, że radar w Smoleńsku działał nieprawidłowo. Rosjanie nie dopuścili potem polskich specjalistów do tzw. oblotu lotniska – sprawdzenia, czy urządzenia na Siewiernym działają tak, jak powinny. Przekazali tylko, że wszystko było OK. Mimo to w raporcie komisji Millera wykazano, że informacje kontrolerów nie odzwierciedlały położenia samolotu względem ścieżki.

Był wybuch na pokładzie?

Nie było. Ani komisja Millera, ani wojskowi śledczy i zespoły biegłych nie odnalazły żadnego dowodu na zamach czy rozpad maszyny w powietrzu. Nie pokazała go też podkomisja powołana przez szefa MON Antoniego Macierewicza, choć pracuje od roku i od roku to zapowiada.

Biegli przebadali ponad 700 próbek – wraku, gleby z miejsca katastrofy, pnia brzozy, wbitych w nią kawałków metalu, foteli, ekshumowanych ciał ofiar. Z analizy szczątków samolotu i miejsca katastrofy wynika, że nie doszło do wybuchu „punktowego albo przestrzennego”, a biegli nie odkryli pozostałości takiego zdarzenia, np. wywinięcia blach poszycia na zewnątrz kadłuba, stopienia metalu czy śladów sadzy. Wykluczyli też „długotrwałe przebywanie w atmosferze zawierającej znaczne stężenia tlenku węgla, które mogłyby doprowadzić do śmiertelnego zatrucia”. Ciała ofiar nie noszą śladów uszkodzeń charakterystycznych dla eksplozji. Przeciwnie, biegli stwierdzili, że „obrażenia będące przyczyną śmierci są charakterystyczne dla katastrofy lotniczej”. Nie było m.in. uszkodzeń błony bębenkowej, co dowodzi, że nie nastąpiła drastyczna zmiana ciśnienia atmosferycznego.

Gdyby coś na pokładzie eksplodowało, towarzyszyłaby temu fala cieplna o temperaturze ok. 3 tys. st. Celsjusza, nagły skok ciśnienia i odgłos eksplozji. Rejestratory głosu i te zapisujące dane o pracy najważniejszych systemów samolotu niczego takiego nie wykazały – w tym polski, bardzo dokładny ATM-QAR, odczytany w Warszawie.

Wreszcie teorii zamachu i rozpadu samolotu jeszcze w powietrzu zaprzecza rozrzut szczątków maszyny – to teren o wymiarze ok. 60 na 130 m od miejsca zderzenia z drzewami do miejsca upadku. Przed punktem, w którym tupolew pierwszy raz uderzył w ziemię, znaleziono tylko pojedyncze elementy – efekt uderzeń w pomniejsze drzewa.

Gen. Błasik był w kokpicie?

Pewności nie ma, ale są silne poszlaki, że dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik był tuż za plecami załogi. To przede wszystkim odczytany przez biegłych zapis rozmów w kabinie pilotów. Raporty rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) i komisji Millera mówiły, że gen. Andrzej Błasik był w kokpicie aż do chwili katastrofy, a jego obecność interpretowały jako „bezpośrednią presję na pilotów” (MAK) lub „presję pośrednią” (komisja Millera).

Z najpóźniej odczytanych fragmentów rozmów w kokpicie (przez biegłych prokuratury) wynika, że o godzinie 8:35:49 gen. Błasik mówi: „Faktem jest, że my musimy to robić do skutku”. O 8:40:11 mówi: „Po-my-sły”. A o 8:40:22: „Zmieścisz się śmiało”. Do katastrofy doszło o 8.41.

Według ostatniej, z wiosny 2016 r., ekspertyzy biegłych powołanych przez prokuraturę wojskową gen. Błasik był w kokpicie tuż przed katastrofą i jego obecność miała wpływ na załogę oraz podejmowane przez nią decyzje. Zdaniem biegłych obecność gen. Błasika mogła nawet zablokować pilotów psychicznie. Generał nie protestował, gdy łamali procedury, np. schodząc poniżej wymaganych minimów widoczności. Na pewno nie wydawał załodze rozkazu, by wylądowała, ale też polecenia, by odeszła na drugi krąg. Złamał też zasadę „czystego kokpitu” podczas podchodzenia do lądowania, zwłaszcza w krytycznych warunkach atmosferycznych – nie powinno być w nim żadnych osób postronnych, kimkolwiek by były.

Powinni lądować na lotnisku zapasowym?

W planie lotu były dwa lotniska zapasowe: Mińsk (ok. 305 km od Smoleńska) i Witebsk (ok. 130 km) – te same, które wyznaczono przy okazji wizyty w Katyniu premiera Donalda Tuska 7 kwietnia. Ale Tusk leciał w środku tygodnia, a prezydencki tupolew w sobotę, kiedy lotnisko w Witebsku było zamykane – wylądować można by na nim dopiero po uzgodnieniu tego ze stroną białoruską (tak stało się, gdy wieczorem po katastrofie skorzystały z niego dwie maszyny – z Tuskiem i Jarosławem Kaczyńskim na pokładzie).

Zgodnie z procedurami o zmianie miejsca lądowania decyduje pilot. W przypadku lotu prezydenta powinien się skonsultować z Kancelarią Prezydenta. Właśnie na wypadek nieoczekiwanych zdarzeń 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, który wtedy woził najważniejsze osoby w państwie (po katastrofie rozwiązany), proponował Kancelarii Prezydenta start najpóźniej o 6.30. Nawet po wylądowaniu w Mińsku prezydent Lech Kaczyński i pasażerowie tutki nie spóźniliby się na główne uroczystości rozpoczynające się o godz. 11 czasu polskiego – lot do stolicy Białorusi zabrałby ok. 50 minut, a dojazd samochodem – 3-3,5 godz.

Ze stenogramów rozmów w kokpicie wiadomo, że o godz. 8.26 dowódca samolotu przekazał Mariuszowi Kazanie, dyrektorowi protokołu dyplomatycznego MSZ, jednoznaczny komunikat: „Panie dyrektorze – wyszła mgła w tej chwili i w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść – zrobimy jedno zejście – ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. Tak że proszę [już myśleć lub pomyśleć?] nad decyzją, co będziemy robili”. O godz. 8.30 Kazana wrócił do kokpitu i wypowiedział zdanie: „Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robimy”. I wyszedł.

Jak doszło do katastrofy smoleńskiej?

Tupolew zszedł za nisko, zniżał się za szybko, a w gęstej mgle nie miał kontaktu wzrokowego z ziemią. I za późno próbował odlecieć. Wtedy uderzył skrzydłem w brzozę, stracił jego fragment, a potem sterowność. Zaczął się przekręcać i wreszcie się rozbił. Komisja Millera podała sześć czynników, które doprowadziły do katastrofy:

  • piloci nie użyli wysokościomierza barycznego pokazującego rzeczywistą wysokość lotu nad lotniskiem;
  • nie reagowali na komendy „pull up” systemu TAWS ostrzegającego o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi;
  • początkowo próbowali odlecieć na automatycznym pilocie, przez to stracili cenne sekundy;
  • rosyjscy kontrolerzy utwierdzali ich błędnie w przekonaniu, że są „na kursie i na ścieżce”, czyli że dobrze podchodzą do lądowania;
  • komenda kontrolerów, by pilot przestał się zniżać i wyrównał lot, była spóźniona;
  • szkolenia w 36. Pułku były nieprawidłowe.

CHORĄŻY BARDOŃ DO TARCZYŃSKIEGO JAK ŻOŁNIERZ DO TŁUMOKA

Redakcja OKO.press zorganizowała debatę dla opozycji. Trzaskowski: Wpadam w szał, kiedy ktoś wrzuca PO i PiS do jednego worka. Robiliśmy to samo co oni? Nowacka: Odsunąć PiS od władzy tylko po to, by dalej tkwić w konserwatywnej ściemie? To ja dziękuję.

Opozycja razem czy osobno przeciw PiS-owi? Debata Oko.press

Czy opozycja może się zjednoczyć przeciw PiS-owi? Na to pytanie podczas debaty OKO.press, która odbyła się 5 kwietnia w warszawskim kinie Muranów, odpowiadali politycy: Barbara Nowacka (Inicjatywa Polska), Joanna Scheuring-Wielgus (Nowoczesna), Rafał Trzaskowski (PO) i Adrian Zandberg (Partia Razem). Dyskusja była niesłychanie burzliwa. Na sali był nadkomplet – kilkaset osób. Czytelnicy portalu i zaproszeni goście reagowali żywiołowo, czasem oklaskami i buczeniem.

PIOTR PACEWICZ, naczelny OKO.press: Czy przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. powinna powstać szeroka koalicja partii, od liberałów po lewicę, która wystąpiłaby wspólnie przeciwko PiS-owi?

AGATA SZCZĘŚNIAK, wicenaczelna OKO.press: Czy taka koalicja mogłaby się skupić wokół podstawowych wartości, liberalnego minimum, państwa prawa, obrony demokracji, państwa świeckiego, Unii Europejskiej?

ADRIAN ZANDBERG: W wyborach samorządowych nastawiamy się na to, żeby w wielu miastach zbudować społeczne koalicje, które będą alternatywą dla tego obłędnego wyboru: albo PiS, albo Platforma. We Wrocławiu budujemy taką koalicję z Zielonymi, przeciw neoliberalnemu zarządzaniu miastem – ale także przeciw PiS-owi. Mam nadzieję, że uda się zbudować taką społeczną listę także w Warszawie i Trójmieście. My swoich sojuszników widzimy w ruchach społecznych i ekologicznych, wśród Zielonych czy ruchów kobiecych.

Wspólnie np. oceniamy skandal reprywatyzacji w Warszawie i odpowiedzialność Hanny Gronkiewicz-Waltz i PO za to, co w tej sprawie przez lata się działo. Wspólnie też myślimy, że chcemy państwa naprawdę świeckiego. Wspólnie wreszcie wierzymy w to, że kobiety mają prawo do wyboru, i nie boimy się powiedzieć, że jesteśmy za złagodzeniem ustawy antyaborcyjnej, a nie, jak tzw. liberalna opozycja, migamy się od odpowiedzi na ten temat. Zatem z kim razem? Z tymi, którzy dzielą z nami wartości.

JOANNA SCHEURING-WIELGUS: W sytuacji, którą mamy od półtora roku, nie wyobrażam sobie innej możliwości niż wspólne przeciwstawienie się szaleństwu PiS-u. Czuję intuicyjnie, że nie ma innej możliwości, bo to, w czym ja przynajmniej w parlamencie biorę udział, to jest jakiś matrix, którego nikt przy zdrowych zmysłach się nie spodziewał. Trzeba trochę odsunąć na bok egoistyczne ambicje bycia politykiem w swoim ugrupowaniu i spojrzeć na sprawę szeroko, z myślą o tym, co dobre dla Polek i Polaków.

RAFAŁ TRZASKOWSKI: Wpadam w szał, kiedy ktoś znowu wrzuca PO i PiS do jednego worka. Popatrzcie państwo na to, co się dzieje w tej chwili w Polsce. Jeżeli ktoś mi mówi, że robiliśmy dokładnie to samo, to ma klapki na oczach.

Porozumienie jest absolutnie konieczne. Musimy przywrócić szacunek dla podstawowych instytucji, dla konstytucji, służby cywilnej, dyplomacji, odbudować pozycję Polski w polityce zagranicznej, chyba się wszyscy co do tego zgodzimy. Choć pewnie nie zgodzimy się w kwestiach podatkowych czy podobnych.

Koalicja jaka i z kim? Bo oczywiście przed wyborami samorządowymi i później parlamentarnymi można próbować się dogadywać w sprawie jednej listy, co nie oznacza, że ma być ścisłe porozumienie programowe, bo to niewykonalne.

Jako Platforma wyciągnęliśmy wnioski z ostatnich lat, ja nic innego nie robię, tylko jeżdżę po całej Polsce i rozmawiam z ludźmi. Nie stawiajcie nam, państwo, zarzutu, że nie rozmawiamy: rozmawiamy, słuchamy i wyciągamy wnioski.

BARBARA NOWACKA: Byłoby draństwem, gdyby ktokolwiek próbował dla własnych celów politycznych skonsumować protesty kobiet. To jest wielki kapitał, który może zdobyć każdy, kto stanie i powie: „Tak, ja jestem za prawami kobiet, za liberalizacją prawa do aborcji, za dostępem do antykoncepcji” – bo większość kobiet, które brały udział w protestach, powie, że jest za tym kimś. Do jasnej cholery, niech partie przestaną to zawłaszczać! To nie jest niczyje. To jest tych wszystkich kobiet, które protestowały. I wielka nauczka dla polityków: te masy kobiet i mężczyzn, którzy wtedy wyszli na ulice, nie zagłosują na nikogo, kto powie, że wpisze kompromis aborcyjny w konstytucję, droga PO. Bo nie ma żadnego kompromisu!

Czy jest możliwa jakakolwiek koalicja? Trzeba zapytać: po co? Tylko po to, by odsunąć PiS od władzy i wrócić do tego samego bagna, w którym żeśmy tkwili? To ja dziękuję. Jeżeli mielibyśmy dalej tkwić w konserwatywnej ściemie, gdzie państwo nie jest świeckie, gdzie zwykły człowiek nie jest zauważany, gdzie panują w dużej mierze korupcja i nepotyzm, naprawdę to nie ma sensu. I to nie jest zarzut wyłącznie do PO, ale do wszystkich innych partii, które przez lata kładły łapę na mediach, na spółkach skarbu państwa.

Dlaczego PiS-owi tak łatwo poszło? Bo instytucje były słabe (oklaski). Dlaczego były słabe? Bo przez lata wszystkie partie, łącznie z PO, ale wcześniej również SLD, z wielkim udziałem PSL-u, niszczyły instytucje. Nie mielibyśmy dzisiaj PiS-u u władzy, gdyby nie brak odwagi przez te wszystkie lata. I teraz, jeżeli chcemy odsunąć PiS, odrzućmy też to, co było. Powiedzmy: państwo polskie ma być państwem świeckim, żadnych modłów, wyprowadźmy religię ze szkół (oklaski). Jeśli państwo polskie ma być sprawiedliwe, to, po pierwsze, przestrzegajmy konstytucji, w której jest zapisana sprawiedliwość społeczna (niewielkie oklaski). A po drugie, zróbmy dwie zmiany w konstytucji: równość małżeńska, prawo do zawierania związku dla każdego, i rozdział Kościoła od państwa.

MICHAŁ SUTOWSKI, Krytyka Polityczna (głos z sali): Żeby obalić PiS, potrzebne są w opozycji przynajmniej dwa skrzydła. Wydaje się, że najsensowniejszy jest jej podział na frakcję konserwatywno-liberalną – niech Nowoczesna z Platformą się dogadają – i lewicową. Bo nawet jeśli konserwatyści i liberałowie dostaną te 30, 35 proc. w wyborach, to i tak potrzeba jeszcze 15 proc., żeby pokonać PiS z narodowcami.

KRZYSZTOF ŁOZIŃSKI, pomysłodawca i współzałożyciel KOD-u (głos z sali): Państwo tutaj chyba nie do końca zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji. Te wypowiedzi były głównie wiecowe, emocjonalne, a nie racjonalne. A my jesteśmy w tej chwili w takiej sytuacji, że rządzi ekipa, która nie ma zamiaru oddać władzy. I będzie się jej trzymać wszelkimi metodami. Łącznie ze stosowaniem przemocy. Kiedy słyszę od ludzi, że to przecież nie jest jeszcze dyktatura, bo nie aresztują i nie zabijają, to ja mówię: bo jeszcze nie zaczęli. W tej chwili mamy starcie o niezawisłość sądów. To jest wielkie zagrożenie. Żyłem w czasach, kiedy sądy były uzależnione politycznie, wiem, co to znaczy. I chciałem tylko przypomnieć, że członkowie Państwowej Komisji Wyborczej też są sędziami.

TRZASKOWSKI: Nie jestem aż takim pesymistą, żeby twierdzić, że PiS nie odda władzy, że dojdzie do rozlewu krwi. Będzie kuglować, zmieni ordynację wyborczą, różne rzeczy jeszcze zobaczymy, pewnie gorsze niż te, które widzimy dzisiaj. Ale gdy PiS przegra wybory, to władzę odda.

Jeżeli połączona opozycja ma wygrać wybory, to na pewno nie poprzez głoszenie takich tez jak legalizacja małżeństw jednopłciowych czy wycofanie religii ze szkół, choć ja sam akurat jestem za, mam dzieci, wiem, jak to w szkołach wygląda. Jeżeliby to wpisać jako coś najważniejszego na nasze sztandary, to tych wyborów nie wygramy. Chodzi o to, by zdobyć ludzi z centrum i nawet trzeba kawałek prawicy uszczknąć, tej, która sensownie myśli o państwie. Musimy zagospodarować jak największą część tego elektoratu, który nie będzie już chciał głosować na PiS.

Współpracujmy, rozmawiajmy o tym, co nas łączy. Ja mam bardzo liberalne poglądy, ale gdybym miał wziąć odpowiedzialność za całą PO, to czasami trzeba by było iść na kompromis, być mniej wyrazistym, nie umieszczać na samej górze tych priorytetów, które serce dyktuje.

NOWACKA: Potrafimy ze sobą rozmawiać, i to dosyć konstruktywnie. Podejrzewam, że prawie wszyscy tu obecni byli razem przynajmniej na jednej wspólnej demonstracji, 16 grudnia zeszłego roku. Od Platformy, poprzez Nowoczesną, Inicjatywę Polską, po Razem i inne partie, ugrupowania zaprzyjaźnione. Można? Można! Dlaczego? Dlatego że wtedy działy się rzeczy bardzo istotne dla naszego kraju, PiS nielegalnie głosował nad budżetem. Potrafiliśmy powiedzieć razem, że nie zgadzamy się na to, co robi PiS. Pewnie można takie akcje powtórzyć. Razem zbieramy podpisy w sprawie referendum pod auspicjami ZNP, koniec końców wszystkie obecne tutaj partie poparły w ten czy inny sposób projekt „Ratujmy kobiety”. Można? Można. Tylko trzeba mieć jakiś pozytywny cel, coś więcej niż tylko odsunięcie PiS-u od władzy. To jest pierwszy, niezbędny krok. Ale co dalej?

ZANDBERG: Kilka słów na temat tego, co mówił pan Łoziński. Oczywiście gdybyśmy mieli do czynienia z otwartą przemocą ze strony państwa, z rozlewem krwi albo z bezczelną próbą sfałszowania wyborów, odpór musiałyby dać wszystkie demokratyczne siły. Ale nie mamy dzisiaj rozlewu krwi.

(Głos z sali: „Mamy wojnę psychologiczną”).

PACEWICZ: Wychodzę z tej sali pokrzepiony. Mamy polityków, którzy nie są tacy źli, naprawdę fajnych, zróżnicowanych. To jest to pokolenie, które być może sprawi, że polityka w Polsce będzie lepsza. Sondaże OKO.press wskazują, że rozkład sił wygląda dziś u nas mniej więcej tak: 30 proc. ludzi z różnych powodów popiera władzę, a około połowy, ostatnio 48 proc., uważa, że źle się w Polsce dzieje. Generalnie wahadło zaczyna się wyraźnie wychylać w dobrą stronę. A reszta jest w państwa rękach.

TO JEST SZTUKA, W PROPAGANDOWEJ TELEWIZJI ZAORAĆ JEDYNIE SŁUSZNEGO BRUDZIŃSKIEGO. SZACUNEK PANIE

Waldemar Mystkowskim pisze o Danielu Olbrychskim, który uważa polityków PiS za brzydkich i złych.

Dwoje młodych posłów Platformy Obywatelskiej Kinga Gajewska-Płochocka i Arkadiusz Myrcha produkuje na Facebooku program „Z parą o polityce”, do którego zapraszają znacznego gościa i rozmawiają o polityce. Tym razem politycy rozmawiali z Kmicicem, czyli Danielem Olbrychskim, który nadał tej postaci literackiej bardzo polską siłę. Kmicic Sienkiewicza zlał się z Kmicicem Olbrychskiego w jedność.

Olbrychski jest zaniepokojony tym, co się dzieje w Polsce, tym jak ojczyzna w XXI wieku jest degradowana, jak politycy obecnie rządzącej partii zwracają nas z kursu zachodniego na prowincjonalizm, zaprzepaszczają wszystkie lata emancypacji narodowej po 1989 roku w celu partyjnego zawłaszczenia. Olbrychski mówił o patriotyzmie, o nowoczesnej jego postaci w dzisiejszych czasach, który dla społeczeństwa obywatelskiego sprowadza się do tego, aby „odsunąć PiS od władzy, bo każdego dnia demoluje Polskę, ośmiesza Polskę, pozbawia zdolności obronnych również, a w związku z tym wiarygodności w NATO”.

PiS niszczy kraj od wewnątrz i choć zdarzały się w naszej historii demolujące okresy – rokosze, bunty, wojny domowe – to dzisiaj dzieje się tak, jak nigdy przedtem: „PiS to niszczyciele Polski, jakich w historii nie widziałem, bo komuniści musieli to robić na rozkaz Rosji, a tu wszystko jest z woli jednego człowieka, któremu pomagają ludzie brzydcy i źli”.

Połączenie moralności i estetyki jest całkiem na miejscu: zło jest banalne u małych, brzydkich ludzi. To definicja turpistyczna, przyglądnijmy się tym ludziom, słuchając ich jednocześnie, a zobaczymy jak spod warstwy makijażu wyłażą im robale zakłamania, jak na obrazach Hieronima Boscha.

Przy tak zdefiniowanej pisowszczyznie biję brawo Olbrychskiemu. Zdarzyło się dzisiaj PiS u władzy, bo do cna politycy tej partii potrafili wykorzystać to, co im „podarowała” historia – katastrofę smoleńską. To ona ich wyniosła na urzędy. Smoleńsk wg Olbrychskiego jest „rozrusznikiem i podpałką” partii Kaczyńskiego: „Ciągle trzeba coś tu dorzucać i dzięki temu mają 30 procent tych oszalałych. To sekta”.

PiS miał „szczęście” w jeszcze jednym, mianowicie do tej pory Kościół katolicki był opoką. Polacy odwoływali się do niego w chwilach braku niepodległości i PRL, ale zdarzył się jeden człowiek, który dokonał podziału: „Pierwsze zwaśnienie zaczęło się w domach. Niektórzy uważali, że to, co tam jest propagowane to zgroza, inni wierzyli we wszystko, co tam jest mówione. Kościół został podzielony. To, co się nie udało zaborcom, kagiebistom i NKWD udało się radiu z Torunia”.

I oto potwierdzenie słów Olbrychskiego. Wicemarszałek Sejmu tak mówił w TVP Info o ludziach, którzy nie godzą się na niszczenie sfery publicznej, upartyjnianie symboli narodowych: „Trafiłem kiedyś na tę dzicz zdradzającą objawy prawie diabelskiego opętania, gdy kiedyś udałem się prywatnie na miesięcznicę na Wawel”.

Tak! Wicemarszałek Sejmu, który powinien się dystansować od wypowiedzi bezpośrednio obrażających ludzi. Nazywa się Joachim Brudziński, który jest kwintesencją „brzydkich i złych”.

MISTRZ I UCZENNICA czyli jak dzwonić przez etui i wyłączony telefon 🙂

>>>

CZY MY JESZCZE JESTEŚMY W EUROPIE?

c4d_joowaaq-dbx

POLACY ODPOWIADAJĄ MORAWIECKIEMU NA APEL „WRACAJCIE”. Warto przeczytać

c4dmr_hwcai7kgw

Niedojda, a nie szef dyplomacji Witold Waszczykowski robi z własnej gęby cholewę. Tak ma ta nieogolona Anna Fotyga. O niepoparciu Donalda Tuska pisze Paweł Kośmiński („Wyborcza”). – No, niech próbuje! – poradził byłemu premierowi szef MSZ Witold Waszczykowski. I dodał, że wiele zależy od tego, „czy pan Donald Tusk pojawi się w Polsce”. Jak twierdzi prezydencki doradca Krzysztof Szczerski, „żeby kogoś poprzeć, to najpierw musimy mieć z nim kontakt”. A częstszy Andrzej Duda ma ponoć nawet z prezydentem Chin.

pis

PiS poprze Tuska na drugą kadencję? Waszczykowski: Być może zgłoszą się inni kandydaci… Na przykład francuscy

Podczas ostatniego szczytu UE na Malcie Donald Tusk powiedział, że „jest gotowy”, by przewodniczyć Rady Europejskiej drugą kadencję. Obecna kończy się 1 czerwca przyszłego roku.

Waszczykowski: No, niech próbuje!

– Dla mnie to kuriozalna sytuacja, że przedstawiciel danego kraju nie wnosi tej prośby w swoim kraju, do swojego rządu, do swoich władz, tylko przedstawia ją na arenie międzynarodowej – stwierdził w RMF FM Witold Waszczykowski.

Już jednak w ubiegłym roku Jarosław Kaczyński powiedział w wywiadzie dla „Polska The Times”, że „wyobraża sobie, że polski rząd nie poprze Donalda Tuska na drugą kadencję w Radzie Europejskiej”, sugerował, że mogą mu zostać postawione „jakieś zarzuty”. Pod koniec stycznia w Radiu Wrocław wprost stwierdził już, że „nie można popierać pana Tuska”.

– No ale może warto było jednak sprawdzić – stwierdził mimo to we wtorek Waszczykowski. – Wszystko zależy od pana Donalda Tuska – czy pan Donald Tusk pojawi się w Polsce, podejmie jakąś poważną rozmowę z władzami polskimi, przedstawi jakąś koncepcję, co zrobił przez dwa lata jako szef Rady Europejskiej, co chce zrobić przez następne dwa lata z hakiem. No, niech próbuje!

Tuskowi szef polskiej dyplomacji zarzucił, że „ignoruje własne państwo, ignoruje własny rząd”, co nazwał „groteską”.

Pytany, czy może polski rząd poprze kogoś innego, a jeśli tak, to kogo, Waszczykowski odparł: – Są takie rozważania, natomiast jest za wcześnie… Czekamy w tej chwili na wyjaśnienia premiera Tuska. Być może zgłoszą się jeszcze inni kandydaci. W mediach funkcjonują np. kandydaci francuscy. Będziemy na ten temat rozmawiać.

Szczerski: Nawet prezydent Chin…

Z kolei prezydencki doradca Krzysztof Szczerski stwierdził w radiowej Trójce, że „żeby kogoś poprzeć, to najpierw musimy mieć z nim kontakt”, tymczasem „Donald Tusk z Pałacem Prezydenckim nigdy przez rok o żaden kontakt nie zabiegał”.

– Pan prezydent Duda odwiedził przewodniczącego Tuska w styczniu tamtego roku w Brukseli. Od tej pory przewodniczący Tusk w ogóle z panem prezydentem Dudą nie chciał nawet nawiązać kontaktu. Mimo że był w Warszawie na szczycie NATO – mówił Szczerski.

To jego zdaniem zastanawiająca sytuacja, „bo nawet kurtuazja wymagałaby zwrócenia się o rewizytę”. – To są pewne braki nawet w standardach dyplomatycznych – ocenił. Jak podkreślił, nawet prezydent Chin odwiedził Polskę w niecały rok od wizyty prezydenta Dudy w Chinach, nie mówiąc o innych przywódcach i ważnych politykach europejskich, z którymi polskie władze mają stały kontakt.

W grudniu ubiegłego roku Tusk mówił: – Dla mnie jest ważne, że dziś w Brukseli robię skutecznie to, co moim zdaniem jest w interesie Polski: a więc zacieśnienie więzi w Europie, utrzymanie dobrych relacji z Niemcami i z Francją. To, że to nie jest polityka, jaką prezentuje polski rząd – to prawda. Ale ja naprawdę inaczej definiuje polskie interesy niż PiS. Powiem twardo: uważam, że je precyzyjniej i lepiej definiuję.

c4aboiywiaazsaq

Angela Merkel ciągle daje szanse Polsce. Czy Kaczyński z tego skorzysta? Bartosz T. Wieliński rozważa. To, że Merkel musi nagiąć protokół dyplomatyczny, by dowiedzieć się, co rządzący Polską polityk myśli o przyszłości Unii Europejskiej, pokazuje słabość układu władzy nad Wisłą.

c4d4rfbwcaah7cn

Merkel do Kaczyńskiego: Chcecie być na peryferiach?

Spotkanie z niemiecką kanclerz Angelą Merkel w warszawskim hotelu Bristol można uznać za sukces Jarosława Kaczyńskiego. Oto najważniejsza polityk Europy, nazywana nawet przywódczynią wolnego świata, odwiedza niepełniącego żadnych funkcji państwowych posła. Ba, wręcz zabiega o rozmowę. To pokazuje, że Niemcy pogodzili się z tym, kto naprawdę rządzi nad Wisłą.

Na spotkaniu prezes PiS bez wątpienia wizerunkowo zyska. Ale czy faktycznie będzie to jego zwycięstwo?

Podczas jednodniowej wizyty kanclerz spotka się z prezydentem Andrzejem Dudą, premier Beatą Szydło, a także przywódcami opozycji. To standardowy program.

Merkel objeżdża Europę, by zapewnić spokój w UE i na jej peryferiach w roku wyborczym – jesienią w Niemczech odbędą się wybory parlamentarne, a zwycięstwo chadecji jest coraz mniej pewne (poniedziałkowy sondaż INSA daje prowadzenie socjaldemokratom 31 do 30 pkt proc.).

W zeszłym tygodniu kanclerz spotkała się w Ankarze z prezydentem Recepem Tayyipem Erdoganem. Na sali była tylko jedna malutka flaga Niemiec i kilka dużych flag tureckich. Ta niewątpliwa zniewaga nie zrobiła na Merkel wrażenia, bo potrzebuje Turcji, by zażegnać kryzys uchodźczy. Czymże w porównaniu z tym jest spotkanie z Kaczyńskim w Bristolu? Tym bardziej że gospodarz raczej się postara, by było miło.

Jednak sam fakt, że Merkel musi nagiąć protokół dyplomatyczny, by dowiedzieć się, co rządzący Polską polityk myśli o przyszłości Unii Europejskiej, pokazuje akurat słabość układu władzy nad Wisłą.

To Kaczyński, który obecnie pociąga w Polsce za wszystkie sznurki, ma decydujący wpływ na polską politykę zagraniczną. To on, a nie premier Szydło czy szef MSZ Witold Waszczykowski, będzie decydował o polskim stanowisku w sprawie nieuniknionych zmian w UE.

Prezes PiS z partnerami z zagranicy o tym nie rozmawia, nie licząc sporadycznych spotkań z premierem Słowacji Robertem Ficą czy szefem węgierskiego rządu Viktorem Orbánem. Ten – w przeciwieństwie do Kaczyńskiego – jest międzynarodowym salonowcem. Zna języki, zna Brukselę, a dzięki członkostwu Fideszu w Europejskiej Partii Ludowej (EPP) ma bezpośredni dostęp do najważniejszych polityków, takich jak Merkel, szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker czy szef Rady Europejskiej Donald Tusk. PiS sam skazał się na europejską marginalizację, odchodząc kilka lat temu z EPP i tworząc frakcję Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.

Kaczyński w Europie nie bywa, z nikim nie wymienia poglądów, wątpię, by był w stanie w ogóle myśleć w szerszych kategoriach niż własne państwo. W tych trudnych czasach to nie najlepszy prognostyk na przyszłość.

Tym bardziej że Unia po wyborach prezydenckich we Francji(maj) i do Bundestagu w Niemczech (wrzesień), o ile do władzy w którymś z tych krajów nie dojdą wzorujący się na Donaldzie Trumpie populiści, będzie musiała zacieśnić integrację, a o wyraźnym podziale Europy na tzw. prędkości mówi się coraz głośniej.

Jeśli Kaczyński nie przeskoczy własnego cienia, nie odbuduje stosunków z najważniejszymi graczami w UE, Polskę czekają unijne peryferia. Angela Merkel nie pozostawi co do tego żadnych wątpliwości. Bo właśnie po to do Warszawy przyjeżdża.

UPS… PIENIĄDZE ROZDANE LUB WYDOJONE. PAŃSTWO ZADŁUŻONE PO USZY. POLSKA SIĘ NIE ROZWIJA. POLSKA SIĘ COFA.

c3-23utw8aqfa7c

Waldemar Mystkowski pisze o pozwie, jakie wystosowało OKO.press względem kancelarii Szydło.

c4d3blowaaimfkj

Redakcja portalu OKO.press nie wytrzymała i podała Kancelarię Prezesa Rady Ministrów do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Urzędnicy Beaty Szydło nie wywiązują się z nałożonych na nich prawem obowiązków. OKO.press wystąpiło o udostępnienie im rejestru umów zawartych między kancelarią a podmiotami zewnętrznymi w okresie od od 1 czerwca 2015 do 20 listopada 2016 roku. „Kto, co i za ile” – tyle chcieli uzyskać dziennikarze, bo póki co urząd państwowy ma obowiązek udzielić informacji mediom i zainteresowanym obywatelom dotyczących ich działalności i wydatków.

Ustawa o dostępie do informacji precyzuje terminy. Podstawowy – to niezwłocznie w ciągu 14 dni kancelaria winna udzielić odpowiedzi. Wydłuża się ten termin, gdy zgromadzenie informacji wymaga nie lada wysiłku, maksymalnie mogą to być 2 miesiące.

OKO. press czekało, czekało i nie doczekało, mimo iż portal zastosował się do wszystkich procedur i wymogów formalnych, włącznie z użyciem specjalnego formularza, który na stronach kancelarii jest dostępny do wypełnienia.

Pozew do sądu administracyjnego dotyczy dwóch zarzutów: bezczynności urzędników Szydło i szefowej kancelarii Beaty Kempy oraz naruszenia prawa dotyczącego dostępu do informacji.

Sąd winien zobowiązać Kancelarię Premioera do realizacji wniosku o dostęp do informacji i nałożyć karę grzywny za naruszenie ustawy.

Władza PiS ma szczególny sposób postępowania z mediami i stowarzyszenia specjalizującymi się w transparentoności urzędów państwowych, jak Sieci Obywatelskiej Watchong Polska. PiS po prostu nie wywiązuje się i ignoruje, stosując zasadę kaczystowską: przeszkadzają nam rządzić, czyt. demolować.

Dlaczego PiS-owi przeszkadzają? Bo PiS naprawdę nie potrafi rządzić, nie potrafi odpowiadać. Ta partia robi w balona innych, a szczególnie mających wiedzę, czego należy się domagać od urzędników na państwowych posadach. To, że nie są to żadni fachowcy, bo są z zaciągu partyjnego, wszystkim wiadomo, bo PiS zignorował zasadę sprawnego państwa: korzystać ze Służby Cywilnej. Ale PiS woli swoich Misiewiczów i Pisiewiczów, którzy wreszcie dostali odpowiednie do swojej fachowości – opis możliwości.

Generał Waldemar Skrzypczak opisał owe mityczne możliwości Misiów-Pisiów: delikwenci do kuchni, odmaszerować!. Copyright – niech mi generał wybaczy – należy jednak do niemieckich dziennikarzy, którzy opisali fachowość Delikwentów Dwóch – jako Kartofli.

Ta władza jest kartoflana, tak traktuje swoje powinności, tak czyta prawo, tj. nie stosuje się do niego. Kartofel, nie kartofel, wreszcie jednak kiedyś stanie przed sądem, czy też Trybunałem Stanu i szybciej będzie jeden z drugim z gara (bądź poza korytem) odpowiadać niż 2 tygodnie, czy też 2 miesiące – natychmiast, a do tego z użyciem zwrotu grzecznościowego: Wysoki Sądzie…

c4amqimwaaaozdg

Kleopfas Wieniawa pisze o skutkach, jakie szybko odczujemy z powodu prezydenta USA.

trump

Całkiem niedawno mogliśmy czuć się bezpiecznie i trzymać polski fason, „moja chata z kraja”. Ot, na miejscu złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma.

Złapał pisowiec peowca… Sytuacja diametralnie się zmieniła, gdy w USA Baracka Obamę zastapił Donald Trump. Jeszcze zdążył przyjechać do Żagania kontygent wojsk amerykańskich, ale to z dużo wcześniejszego rozdania PO i NATO.

Ten czas sielanki kończy się. Polska ma jedynego fałszywego sojusznika w Europie – Węgry, które sprzedadzą nas za czapkę rosyjskich gruszek.

Jarosław Kaczyński wyizolował nas w Unii Europejskiej i wątpię, czy dogada się z Angelą Merkel. Ale to i tak nie poprawi naszego bezpieczeństwa i sytuacji geopolitycznej, która zagląda nam w nasze przerażone oczy.

Więcej będziemy wiedzieli po spotkaniu Trumpa z przywódcami państwo NATO, ale dzisiaj można wskazać na dwa czynniki, które zdeterminują owe spotkanie. Przede wszystkim Trump nie wierzy w NATO i to nie z powodów, iż USA na sojusz najwięcej łoży, ale nie wierzy w wartości świata zachodniego, wartości demokratyczne, które są dla niego tyle samo warte, co autokratyczne, idąc dalej, co jego przyjaźń z Putinem.

Całkiem możliwe, że Putin zechce sprawdzić więź swoją z Trumpem i najedzie sobie na Estonię. Kto będzie chciał umierać za Tallin? Na pewno nie Jankesi, na pewno nie Europa. Może Macierewicz z Misiewiczem?

Znawczyni USA i polityki globalnej Anne Appelbaum w wywiadzie z „Newsweekiem” kasandryczy, iż USA czeka ciężkie doświadczenie kryzysowe, a naszą część Europy rosyjska okupacja.

Aby być dokładnym, wybitna publicystka mówi: nie chcę wieszczyć katastrofy.

MA RACJĘ MICHAŁ SZCZERBA – DOM WARIATÓW

c4aj35cwiaij02e

>>>

c0mqoorxaaaoosn

LINK DO HYMNU KOD-u – „CZARNY WALC” I INNYCH PIEŚNI WOLNOŚCI >>>>>

Ten rok był fatalny, następny bedzie jeszcze gorszy. Chciałoby się zatrzymać czas. Będziemy musieli sobie jednak radzić. Jarosław Makowski na portalu OKO.press prognozuje.

Cytuję końcówkę jego eseju.

2017

Spadki sondażowe PiS-owskiej władzy i rosnący opór może doprowadzić do wewnętrznych tarć. Ale, by jacyś politycy mieli odwagę wyjść z PiS, muszą być czyści jak łza. Każdy bowiem, kto zechce zdradzić, musi liczyć się z atakiem nie tylko PiS-owskich wyznawców i trolli, ale także służb specjalnych. Jak wiemy, Kaczyński ma służby i nie zawaha się ich użyć. Także wobec kolegów partyjnych, gdy okażą nielojalność.
Jeśli więc mam rację, to nadchodzący rok, rok 2017 będzie czasem, w którym historię postanowiliśmy brać szturmem. Sęk w tym że gdy człowiek historię bierze szturmem, okrucieństwo i brutalność staje się codziennością. Czy wciąż sądzicie, że nadchodzący rok będzie lepszy niż miniony? Porzućcie nadzieję…

JAK WIDAĆ, NAWET ZIOBRO ZA SWOJE OSZUSTWO Z PODPISEM, NIE PONOSI KONSEKWENCJI. KARY SĄ TYLKO DLA OPOZYCJI.

c0mmb3kweaaxw76

A TAK WYGLĄDA PRAWDA. PiS KŁAMIE NAWET W BOŻE NARODZENIE.

c0mhm2rw8aadmzx

Waldemar Mystkowski pisze o plemieniu protestu, które jest większe niż popierające rząd PiS plemienię „dobrej zmiany”.

protest

Można się sprzeczać, czy poprawny statystycznie, intelektualnie i „patriotycznie” jest podział Polaków na plemiona, zwłaszcza podział w aspekcie rządzącej ekipy (za lub przeciw), a ten podział plemienny to

– barwy poparcia, barwy dobrej zmiany,
– barwy protestu, barwy opozycji.

Portal OKO.press przygląda się tym plemionom od początku i to z liczydłem w ręku. Wychodzi na to, że PiS może liczyć na stałą „dobrozmianowców”, zaś protestujących przybywa i to o stałej dynamice wzrostu – kosztem obojętnych, którym wszystko jedno. Zatem „letnich” jest coraz mniej.

„Dobrozmianowców” od początku badań, tj. od czerwca 2016 da się określić na stałym poziomie 35 proc. Przybywa plemienia „protestu”, w czerwcu tych barw było („czarnych”) 34 proc., we wrześniu podskoczyło do 40 proc. , a obecnie obrońców demokracji można zawrzeć w 43 proc.

Od tych liczb ogólnych ważniejsza jest kwota przewagi jednego plemienia nad drugim i determinacji (impulsu do działania), to będzie decydujące dla poparcia politycznego, a także odpowiedzi na pytanie: jak politycy potrafią przekuć determinacje plemion na właściwe cele polityczne.

Wielkość przewagi plemienia protestu nad „dobrą zmianą” wynosi w liczbach bezwzględnych 20 proc.

c0jgduixcaegsm_

Podział plemienny jest widoczny w przedziałach wiekowych. Za „dobrą zmianą” opowiadają się ludzie starsi, za opozycją i protestem – młodsi. W wypadku tych ostatnich istnieje jeszcze podgrupa „ucieczkowa” – deklarujących wyjazd za granicę, ucieczka przed PiS-em.

W obydwu plemionach występuje na tych samych zasadach „ewolucji” poparcia „gen aktywisty”. W obydwu plemionach największa grupa to obojętni popierający, ale to aktywiści decydują o obliczu publicznym, medialnym.

Także gen aktywisty częściej występuje wśród plemienia protestu niż dobrej zmiany. Wśród protestujących co 4 osoba chce wyjść na ulicę, a wśród popierających PiS tylko co szósty. A zatem skonkludujmy, iż zdecydowanie więcej „rodzi się” protestujących, populacji tej przybywa, więcej rodzi się buntu niż go umiera.

Badania szczegółowe tych plemion weryfikują przewagę wśród protestujących z wyższym wykształceniem oraz pochodzących z największych miast i z Warszawy.

Protestują więc – wbrew propagandzie PiS – nie ci, którzy tracą przywileje, wpływy, stanowiska, czy dobra materialne, ale ci, którym odbierana jest przyszłość i nadzieja, czyli ludzie młodzi. Przewaga płci dotyka także protestujących, kobiet jest niemal dwukrotnie więcej niż mężczyzn.

W ostatecznych liczbach bezwzględnych tych, którzy deklarują wyjście na ulicę wygląda, iż plemię dobrej zmiany może liczyć w całym kraju na 1,8 mln poparcia (równowaga płci – po 0,9 mln kobiet i mężczyzn), a grupa plemienia protestu zawiera się w wielkości 3,4 mln gotowych do wyrażenia dezaprobaty, kobiet jest aż 2,15 mln, a Polaków 1,25 mln.

Stosunek plemion wyrażających aktywność jest korzystny dla protestujących, jak 11 do 6. Tych pierwszych przybywa kosztem obojętnych, a drudzy utrzymują się na stałym poziomie. Na podstawie powyższych wielkości można przewidywać przyszłość, dużo jednak zależy od polityków, którzy winni przekuwać poparcie plemion na realizacje polityczne. A więc protestujący mają przed sobą przyszłość, bo nie chcą przyszłości oddać beznadziei „dobrej zmiany”, jest ich zdecydowanie więcej i dynamiczniej „rozmnażają się”.

Polityczna homilia arcybiskupa Głódzia. BRAK SŁÓW.

c0jl6m1xgaamwky

Kleofas Wieniawa komentuje nową jakość polityków opozycji, która właśnie wykuwa się podczas protestu na sali sejmowej.

sila

W Sejmie wykuwa się zupełnie nowa jakość polityki. Taki mamy czas świąteczny. Może tak musiało być, bo innej drogi nie ma, że strawestuję podstawową myśl procesów historycznych sformułowaną przez najwybitniejszego myśliciela politycznego obok Platona, Hegla.

Protestujący politycy dorastają w tempie takim, w jakim młodzież w trakcie wojen.

Politycy Platformy Obywatelskiej zaprezentowali Dekalog Wolności. To dużo, dużo więcej niż public relations.

c0jerzcxcaaxtla

Tomasz Lis protest ujmuje:

Czym był Czarny Protest dla obrony praw kobiet, tym protest polityków jest dla polskiego parlamentaryzmu – znak nadziei, godności, siły.

A ja?

„Takie zjawiska jak wigilia Bożego Narodzenia i same święto pod Sejmem i na sali plenarnej Sejmu przechodzą do pamięci i do historii. To jest trwałe, bo potrzebuje nie lada wysiłku od uczestników, wcale nie takiego wysiłku powierzchownego politycznie, że protestuje się za sprawą nie podlegającą dyskusji, ale wysiłku wewnętrznego, za który się płaci rzeczywiste ceny, wysiłku z gruntu psychologicznego, egzystencjalnego. Wszak najważniejsze są nasze głosy wewnętrzne, ten w środku nas aniołek i ten diabełek. To one nas rozrywają wewnątrz, „debatują”.

Z tym się zmagają posłowie Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej protestujący w Sejmie. I to wnętrze wykuwa w nich szlachetność, a nie gorsza czy lepsza retoryka na konferencjach prasowych. Polityczny protest w Sejmie i pod nim to cezura, która wpisze się na trwałe w historii Polski i to po stronie tej najszlachetniejszej.”

c0jidbhwqaanjj2

CZEMU SIĘ DZIWISZ POLAKU? KOŚCIÓŁ MOŻNA KUPIĆ.

c0mkeroxgaauqhp

tlum

„Rodziny posła Sławomira Nitrasa, wbrew wcześniejszym deklaracjom, nie wpuszczono do Sejmu”

klamali

Wicenaczelny „Wyborczej” Jarosław Kurski radził na święta. Nie ma w całym roku drugiej takiej chwili, w której polityczne podziały ujawniałyby się tak boleśnie jak podczas wigilii. I żadne rytualne deklamacje – wygłaszane przez czynniki partyjno-rządowe o tzw. wspólnocie – tego nie zmienią.

wigilia

Mam w kwestii „wigilii w skłóconej rodzinie” osobiste doświadczenia, ale jestem ostatnim, który by komukolwiek chciał radzić. Sprawa to delikatna, bardzo indywidualna.

Jak przetrwać tę wigilię, niech się więc każdy martwi sam, ale o to, by polska demokracja nie podzieliła losu świątecznego karpia – powinniśmy się martwić wszyscy.

Dwa usypane naprzeciw siebie szańce ugruntowują władzę PiS. Im bardziej twierdze oblężone, mury wyższe, fosa głębsza – tym dla władzy dogodniej. Dlatego ta władza piętnuje opozycję jako przestępców i wyzywa uczestników ruchu KOD od komunistów, złodziei, ubeków, gestapo.

Bo to integruje obóz władzy. Przez głęboką fosę trudno kogokolwiek przeciągnąć do obozu demokracji.

c0esr1lxeaizpn5

Wielu ludzi z wielu powodów zagłosowało na „dobrą zmianę”, ale dziś nie czują się z tym komfortowo. Bronią swej decyzji sprzed roku, ale zaczynają mieć wątpliwości. Piętnowanie ich przy rodzinnej wigilii wpychałoby ich na powrót do obozu władzy.

Rozmawiajmy, wczuwając się w racje drugiej strony, z kolędą w tle, bo „muzyka łagodzi obyczaje”, o czym nie zdążył się przekonać pewien marszałek.

Każdy bowiem wyborca, który oddał głos na PiS, a dziś byłby gotów głosować inaczej – jest na wagę złota, liczy się podwójnie. Niechby autorytaryzm stracił jeden głos, a demokracja jeden zyskała.

Może demokracja zyska głos rolnika, który ziemię może kupić, ale jedynie za pośrednictwem księdza. Może zyska głos nauczyciela z gimnazjum. Głos kobiety, której odmówiono legalnej aborcji. Głos rodzica, któremu przeniosą dziecko do innej podstawówki. Głos mundurowego, któremu obcięto emeryturę. Głos wojskowego, któremu zdegradowano dowódcę. Górnika, któremu zamknięto kopalnię. Frankowicza, którego wystrychnięto na dudka. Sędziego po dyscyplinarce. Mieszkańca terenów sąsiadujących z obwodem kaliningradzkim, który już nie kupi tańszej benzyny. Itd., itp.

tu-jest

Pogadajmy ze szwagrem radnym PiS nie tylko o polityce, raczej o wycince drzew, o droższych samochodach, franku i dolarze. Żadnej nachalności, ot, rodzinny small talk przy barszczu z uszkami i kutii – byle bez awantur. No i kolędy, koniecznie kolędy – łagodzą obyczaje!

Wigilia to dobry czas. Rozmawiajmy, podsycajmy w sobie ciekawość, co myśli druga strona. Może się czegoś o niej dowiemy, a sami więcej zrozumiemy. Będziemy tu przecież żyć obok siebie, wszak połowa Polaków z Polski nie wyjedzie. Nawet wtedy, gdy Jarosław Kaczyński przegra wybory i stanie na czele zjednoczonej opozycji.

c0etbpqxeaapkgp

Podział społeczny to nie jest specyficznie polska cecha. Polska jest tylko temperatura sporu, jak ta, która doprowadziła do śmierci Gabriela Narutowicza, polska jest zapiekłość i pragnienie zemsty, jaką po wrześniowej klęsce władze Rzeczypospolitej na uchodźstwie objawiały wobec piłsudczyków i sanacji. Polska jest nasza swarliwość – i my sami na wskroś polscy.

(DZIĘKI SUPER NIANI TO BYŁA SUPER WIGILIA. SZACUNEK.)

c0e33mnxaaaumv9

Przestrzegał nas przed nami samymi nieodżałowany Jan Nowak-Jeziorański. Mówił: „My, Polacy, jesteśmy największym zagrożeniem dla Polski”, „to my nie umiemy udźwignąć naszego sukcesu i naszego zwycięstwa”.

Życzę sobie i nam wszystkim, byśmy umieli. Byśmy w godzinie próby stanęli na wysokości zadania.

Gdy zaświeci pierwsza gwiazdka, myślami będę z posłami opozycji na ciemnej i zimnej sejmowej sali, a o północy – na nietypowej w tym roku pasterce – przed Sejmem.

Pamiętajmy o idiotach.

tomasz-sakiewicz

TO DOPIERO POCZĄTEK PROPONOWANYCH ZMIAN. CZYTAJ LINK:

c0e2kfixeaad_dt

Waldemar Mystkowski pisze o sensie protestu w Sejmie i przed Sejmem oraz o życzeniu Polaków.

zyczenie

Czego powszechnie Polacy sobie życzą, raczej wiemy, a przynajmniej intuicyjnie. Takie życzenia wyrażają protestujący posłowie w sali obrad podczas świąt Bożego Narodzenia. Mamy do czynienia z takim ze zjawiskiem nader rzadko, a może wcale nie spotykanym w skali globalnej.

To wnosimy oryginalnego w wianie dla ludzkości, Europy. Część elit politycznych nie godzi się na demontaż ustroju demokratycznego, opisany w literaturze przedmiotu, którzy dostają wsparcia od społeczeństwa obywatelskiego wyrażającego większość narodu.

c0e7cgexuaaz1ad

Takie zjawiska jak wigilia Bożego Narodzenia i same święto pod Sejmem i na sali plenarnej Sejmu przechodzą do pamięci i do historii. To jest trwałe, bo potrzebuje nie lada wysiłku od uczestników, wcale nie takiego wysiłku powierzchownego politycznie, że protestuje się za sprawą nie podlegającą dyskusji, ale wysiłku wewnętrznego, za który się płaci rzeczywiste ceny, wysiłku z gruntu psychologicznego, egzystencjalnego. Wszak najważniejsze są nasze głosy wewnętrzne, ten w środku nas aniołek i ten diabełek. To one nas rozrywają wewnątrz, „debatują”.

Z tym się zmagają posłowie Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej protestujący w Sejmie. I to wnętrze wykuwa w nich szlachetność, a nie gorsza czy lepsza retoryka na konferencjach prasowych. Polityczny protest w Sejmie i pod nim to cezura, która wpisze się na trwałe w historii Polski i to po stronie tej najszlachetniejszej.

oplatek

Niemniej ważne są życzenia wszystkich Polaków, życzenia polityczne dotyczące zjawisk społecznych i osób. Czego sobie życzymy, kogo sobie życzymy, a kogo nie.

W ramach świątecznego życzenia portal OKO.press zapytał o to Polaków. Pytania dotyczyły tematów obecnych na agendzie roku 2016, jak wprowadzenia reformy (bądź deformy) edukacji, protestów ulicznych, czy ma być ich więcej i czego mają dotyczyć, i bardziej szczegółowo pytano, odebrać stopnie generalskie postaciom spoczywających już na cmentarzu, Jaruzelskiemu i Kiszczakowi, czy też nie.

c0evnuxw8auamjm

Wyniki życzeń świątecznych Polaków sukcesywnie będą publikowane, na pierwszy ogień poszedł mniemany dla siebie Konrad Wallenrod PiS, Stanisław Piotrowicz. Jako prokurator w PRL-u formułował zarzuty w stosunku do postaci opozycyjnych, a po roku 1989 roku jego „bohaterstwo” dalej było zakonspirowane i bronił pedofilii księdza z Tylawy.

OKO.press zadało pytanie, czy Piotrowicz ma nadal być przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, być taranem politycznym swego szefa Jarosława Kaczyńskiego, który na „sukces” byłego prokuratora reaguje rechotem aprobaty. Literacko owe zjawisko można byłoby nazwać bezwarunkową reakcją przepony na demontaż demokracji.

Otóż Polacy życzą sobie w sprawie złowieszczej postaci Piotrowicza: ustąp, odejdź. 59 proc. ankietowanych życzeń wyraża się: Piotrowicz musi odejść. Toleruje go tylko 19 proc.

c0ecjkcwqaarnd

Cząstkowe badania dotyczyły Piotrowicza przeszłości i teraźniejszości. Działalność prokuratorska w PRL tarana Kaczyńskiego jest w miarę obojętna dla najmłodszych, tylko 47 proc. młodzieży (18-24 lata) jest za dymisją Piotrowicza, najbardziej krytyczni wobec jego peerelowskiej działalności są 50-latkowie, nieco większa była zgoda u ludzi po 60-tce, tradycyjnego elektoratu PiS.

Wśród zwolenników PiS Piotrowicz ma poparcie tylko 40 proc., jedna trzecia pisowskiego elektoratu chciałaby, aby ustąpił i odszedł w polityczny niebyt.

Polacy w stosunku 3:1 życzą sobie, aby Piotrowicz odszedł. Ale wiemy, iż prezes PiS nie pozbędzie się swojej ikony walki ze standardami demokratycznymi, bo nie ma tak drugiej zdeterminowanej postaci, dla której argumenty rozumu muszą ustąpić przed wolą prezesa.

m-kidawa-blonska

Wyrazy wsparcia i solidarności z całego świata.

michal-szczerba-4

CAŁY ŚWIAT PATRZY Z PRZERAŻENIEM NA SZEREGOWEGO POSŁA WYPOWIADAJĄCEGO TE SŁOWA O POLSCE.

c0e83kqxcaelnbr

cvuv-j5weaag2ct

Europosłanka PiS Beata Gosiewska żąda od państwa 5 mln zł rekompensaty za śmierć męża – Przemysława Gosiewskiego w katastrofie smoleńskiej. Domaga się także dodatkowych rent na dzieci. Uzasadnia, że mieszka w małym mieszkaniu i potrzebuje pieniędzy na zajęcia terapeutyczne dla córki.

oko-press

Portal OKO.press dotarł do akt kolejnych 10 spraw o zadośćuczynienia i odszkodowania dla bliskich ofiar katastrofy smoleńskiej. Trzy z nich skierowała do sądu wdowa po Przemysławie Gosiewskim – Beata Gosiewska (oddzielnie w imieniu swoim i dwójki niepełnoletnich dzieci). Wzywa Ministerstwo Obrony Narodowej do podpisania ugód i wypłaty:

  • po 1,25 mln zł zadośćuczynienia dla niej i każdego z dzieci
  • oraz po 400 tys. zł odszkodowania.

W sumie domaga się dla swojej rodziny prawie 5 mln zł rekompensaty. Dodatkowo wnioskuje o przyznanie każdemu z dzieci:

  • 72 tys. zł wyrównania renty
  • i dodatkowej renty w wysokości 2 tys. zł miesięcznie.

Dodatkowej- bo i syn i córka dostają już od kilku lat świadczenia od państwa. Cała rodzina otrzymała również zadośćuczynienia.

radio-tok-fm

po katastrofie smoleńskiej bliscy Przemysława Gosiewskiego, podobnie jak bliscy innych ofiar, otrzymali po 250 tys. zł zadośćuczynienia od Skarbu Państwa. Gosiewska z synem i córką dostali więc łącznie 750 tys. zł. Tak jak wszystkim rodzinom, wypłacono im wówczas również 40 tys. zł jednorazowej pomocy od rządu. Dodatkowo, ponieważ w dniu wypadku Gosiewski był posłem, Kancelaria Sejmu wypłaciła jego żonie 100 tys. złodszkodowania. Dzieciom Gosiewskich, jak wszystkim osieroconym w wyniku katastrofy, premier Donald Tusk przyznał po 2 tys. zł renty, którą będą otrzymywać do ukończenia 18 roku życia lub do ukończenia nauki. W 2010 r. związana ze SKOKami Fundacja na rzecz Polskich Związków Kredytowych, przyznała też każdemu z dzieci Gosiewskich stypendium w wysokości 2,5 tys. zł miesięcznie. Zgodnie z uchwałą podjętą wówczas przez władze fundacji, wsparcie miało być wypłacane do 2013 r.

Zarówno syn, jak i córka Gosiewskich, otrzymali także wówczas ZUSowską rentę po ojcu – początkowo w wysokości ponad 2,5 tys. zł miesięcznie na osobę.

W wezwaniu do ugody Gosiewska pisze jednak, że renta została zmniejszona i nie pokrywa potrzeb dzieci, a w szczególności córki- która jest dyslektyczką i musi chodzić na dodatkowe zajęcia terapeutyczne. „Dotychczasowa renta 1846 zł brutto nie pozwala na kontynuowanie zajęć terapii sensorycznej” – przekonuje europosłanka.

Krystyna Pawłowicz (PiS) skarży się do KRRiT na TVN. Twierdzi, że jest w stacji atakowana i zaszczuwana. Sugeruje też, by stacji odebrać koncesję. Nie jest sama. Tylko w tym miesiącu KRRiT dostała 5,5 tys. petycji z podobnym żądaniem. Co zrobi Rada i partia rządząca?

czypis

W swojej skardze Pawłowicz powołuje się na ustawę o radiofonii i telewizji. Pisze, że „audycje lub inne przekazy nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym, w szczególności nie mogą zawierać treści nawołujących do nienawiści”.

Poseł PiS (nie zgadza się na „posłankę”) przypomina, że „koncesję można cofnąć, jeśli rozpowszechnianie programu poważnie zagraża m.in. bezpieczeństwu państwa lub narusza normy dobrego obyczaju.

Zauważa też, że telewizja ma obowiązek „rzetelnego i obiektywnego informowania o wydarzeniach krajowych”. Jej zdaniem TVN tego wymogu nie spełnia.

Pawłowicz się skarży na nierzetelność

Pawłowicz podaje „przykłady braku rzetelności” stacji. Np. „wypowiedź premier Beaty Szydło żartującej (podkreślała to specjalnie), że z ministrem Morawieckim są pomazańcami Jarosława Kaczyńskiego, autor materiału dopełnił obraźliwymi dla Jarosława Kaczyńskiego i dla premier Szydło komentarzami R. Petru i J. Palikota.”

Pawłowicz nie podoba się też, że w „Faktach” z 1 października jeden z materiałów „kończyła pogardliwa, seksistowska i obraźliwa wypowiedź poseł z PO, dotycząca premier Szydło i Kaczyńskiego. (…) To kolejny dowód konsekwentnie realizowanego przez „Fakty” TVN „przemysłu pogardy” i nienawiści do kobiet posłów z innego obozu politycznego” – pisze do KRRiT posłanka obozu władzy.

Skarży się też na materiał Jakuba Sobieniowskiego o Antonim Macierewiczu. Ocenia, że „kłamliwy, zmanipulowany materiał jest w całości przykładem „mowy nienawiści” i „przemysłu pogardy” wobec ministra Macierewicza. Podaje jeszcze kilka przykładów, a na koniec pisze, że czuje się, „podobnie jak inni posłowie PiS, obiektem nieustannego zaszczuwania. Czuje się zagrożona tym bardziej, że „organizowane przez „Fakty” akcje agresji przeciwko nam i nienawiści stwarzają realne zagrożenie i pobudzają do agresji widzów ze środowisk obecnej opozycji.”

Co jest najgorsze? „Szczucie Polaków przeciwko sobie”

Koncesja TVN obowiązuje od 15 kwietnia 2014 r. i wygaśnie 14 kwietnia 2024 r., jej kanału informacyjnego TVN24 – od 27 września 2011 roku i wygasa 26 września 2021 r. Koncesje daje i odbiera Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, obecnie zdominowana przez PiS.

I już 5 października Rada zajęła się problemem koncesji TVN, bo dostała 5,5 tys. identycznych petycji: „Zwracam się do KRRiT o odebranie koncesji telewizyjnej stacji informacyjnej TVN24 jak również stacji TVN w związku z ich kłamliwymi i zmanipulowanymi przekazami zawartymi w programach informacyjnych, takich jak min. „Fakty TVN”. (…) Wiele niewygodnych dla poprzedniej ekipy rządzącej a obecnej opozycji faktów i zdarzeń jest przemilczanych. Najgorszym jest jednak zjawisko szczucia przeciw sobie grup Polaków, które – wobec wyzwań stojących przed współczesną Europą – rozbija naszą narodową jedność” – piszą zatroskani widzowie.

Rada analizowała m. in. opisaną w petycjach pomyłkę w materiale TVN24 z 6 września o katastrofie smoleńskiej. Jedną z wypowiedzi błędnie przypisano Arturowi Wosztylowi, pilotowi Jaka 40, który 10 kwietnia 2010 r. lądował pod Smoleńskiem przez tupolewem. Stacja po kilku dniach przeprosiła za błąd.

A KRRiT w kategorycznym piśmie podpisanym przez wiceszefową Teresę Bochwic „wyraża głębokie zaniepokojenie tym wydarzeniem, które ocenia w kategoriach art. 13 ustawy o radiofonii i telewizji, tj. niedochowania zasady odpowiedzialności nadawcy za emitowane treści, a także braku odpowiedniej wrażliwości przy relacjonowaniu wydarzeń szczególnie poruszających opinię społeczną.

I dalej: „Tego typu zdarzenia podważają wiarygodność programu informacyjnego TVN24. KRRiT wzywa nadawcę do wprowadzenia w stacji TVN24 procedur uściślających zasady przygotowywania i kontroli materiałów przeznaczonych do emisji, które w przyszłości uniemożliwią wystąpienie tego rodzaju negatywnych zdarzeń”.

To byłoby otwarcie kolejnego frontu

Jan Dworak, b. szef KRRiT nie wierzy, że Rada mogłaby odebrać koncesję TVN: – Te petycje to akcja zorganizowana. Dlatego oczekuję od Rady wyraźnego sygnału, że stoi na straży wolności słowa, tak jak jest to zapisane w konstytucji. To będzie dla niej sprawdzian, jak potraktuje media, które są krytyczne wobec władzy. Nie wyobrażam sobie, by Rada podjęła kroki do odebrania koncesji. To byłaby akcja czysto polityczna. Włączenie się w taką akcję ludzi konstytucyjnie odpowiedzialnych za media uważam za haniebne – mówi „Wyborczej”.

Politycy PiS, z którymi rozmawialiśmy, też wątpią, by Jarosław Kaczyński dał przyzwolenie na odebranie koncesji TVN.

– To byłby polityczny samobój. Otwarcie kolejnego frontu nie tylko w kraju, ale na arenie międzynarodowej.

– Elity Europy zaraz podniosłyby szum, że u nas się wykańcza telewizje, skandal byłby międzynarodowy, bo właścicielami są Amerykanie – analizuje jeden z posłów PiS.

Ocenia, że ruch Pawłowicz, dyskusja Rady, czy akcja z petycjami, są ruchami pozorowanymi, by umocnić w elektoracie PiS poczucie, że ktoś się sprawą zajmuje.

– W mediach społecznościowych, na forach, w rozmowach często słyszę prośby: zróbcie coś z TVN. Na to trzeba jakoś odpowiedzieć, ale nie odebraniem koncesji. Jeśli już, to może próbą przejęcia kapitału – rozważa poseł PiS.

Inny wspomina, że w 2015 r., gdy PiS był w opozycji, a Amerykanie kupowali akcje TVN, środowisko Jarosława Kaczyńskiego miało nadzieję, że telewizja przekształci się w konserwatywną. – Były nadzieje, że to republikanie, że ludzie związani z armią, że nasi sojusznicy. Ale szybko się okazało, że TVN to nadal TVN – mówi polityk PiS.

Działacze PiS wysłali wtedy nawet oficjalny list do nowych, amerykańskich właścicieli ze Scripps Networks International. Już wtedy nazywali TVN „stacją jawnie partyjną, prorządową i anty-opozycyjną”. Skarżyli się na „agresywną wymowę propagandową” programów telewizyjnych „skierowaną przeciwko ludziom, którzy zadają pytania o rzeczywisty dorobek ugrupowania rządzącego w Polsce od 8 lat i mają krytyczny do niego stosunek.” Pod listem znane nazwiska: Czabański, Gliński, Karnowski, Wolski, Zybertowicz.

krystyna-pawlowicz

W krytyce TVN PiS jest konsekwentny

TVN od lat już uwiera PiS. Partia kilka razy bojkotowała stację. W 2008 r. stosowną akcję ogłosił sam Jarosław Kaczyński. Mówił wtedy, że TVN i TVN24 traktują polityków jego partii jak „osoby drugiej kategorii”. Dwa lata później prezes PiS podczas sejmowej debaty o ataku na biuro PiS w Łodzi, domagał się likwidacji jednego ze sztandarowych programów TVN „Szkła kontaktowego”, bo ten wpisuje się w klimat „przemysłu nienawiści”.

Konsekwentna w krytyce TVN jest również Krystyna Pawłowicz. W połowie września napisała na FB: „Kto wreszcie zweryfikuje i odważnie ODBIERZE KONCESJĘ na nadawanie w Polsce TVN-owi (…) otwarcie podburzającemu do buntu przeciwko konstytucyjnym legalnym władzom?” (pisownia oryginalna).

Na początku roku, też na FB, dzieliła się refleksją, jak PiS może wyeliminować stację z rynku.

Jak można cofnąć koncesję? Są dwa rodzaje warunków: twarde i miękkie.

Twarde opisuje art. 38 pkt 1 ustawy o rtv. Koncesję cofa się, jeżeli: jest prawomocne orzeczenie zakazujące nadawcy wykonywania działalności gospodarczej objętej koncesją; nadawca rażąco narusza warunki określone w ustawie lub w koncesji; działalność objęta koncesją jest wykonywana w sposób sprzeczny z ustawą lub z warunkami określonymi w koncesji, a nadawca, pomimo wezwania Przewodniczącego Krajowej Rady, w wyznaczonym terminie nie usunął stanu faktycznego lub prawnego niezgodnego z warunkami określonymi w koncesji lub w ustawie; nadawca nie rozpoczął nadawania.

I miękkie z pkt 2 art. 38: rozpowszechnianie programu powoduje zagrożenie interesów kultury narodowej, bezpieczeństwa i obronności państwa lub narusza normy dobrego obyczaju; nastąpi ogłoszenie upadłości nadawcy; rozpowszechnianie programu powoduje osiągnięcie przez nadawcę pozycji dominującej; nastąpi przejęcie bezpośredniej lub pośredniej kontroli nad działalnością nadawcy przez inną osobę.

Do tej pory w ponad 20letniej historii KRRiT odebranie koncesji zdarzyło się kilkanaście razy i było zwykle związane z tym,że nadawca w ogóle nie rozpoczął lub zaprzestał nadawania.

Pacjent.

cvsqdc5w8aaacht

10 lat temu Platforma próbowała budować gabinet cieni wokół Jana Rokity, który jednak nigdy nie został premierem. Jak będzie tym razem? Na czele stanie Grzegorz Schetyna. Wicepremierami będą Ewa Kopacz i Tomasz Siemoniak. Powstaną ciekawe resorty: ds. polityki senioralnej i samorządu

Lider PO Grzegorz Schetyna zapowiedział, że skład gabinetu cieni zostanie ogłoszony w rocznicę powołania rządu Beaty Szydło, czyli 16 listopada.

platforma

Każdy minister z gabinetu PiS będzie miał swój „cień” w gabinecie PO, który będzie recenzował jego pracę. Na czele, jako cień premier Szydło, stanie lider partii Grzegorz Schetyna. Tomasz Siemoniak jako wicepremier ma koordynować sprawy dotyczące bezpieczeństwa, Ewa Kopacz – polityki społecznej. Według naszych rozmówców to ma być sygnał, że Kopacz wraca do pierwszego szeregu w PO. Polityk zaangażowany w tworzenie gabinetu podkreśla, że jego zbudowanie nie było łatwe. Platforma ma wielu byłych ministrów z ambicjami, ale musiała szukać efektu świeżości, by uniknąć wrażenia, że wraca stare. Dlatego generalna zasada jest taka, że byli ministrowie nie obejmują swoich dawnych resortów.

Schetyna postawi na kilku młodych polityków

  • Za sprawy zagraniczne ma odpowiadać Rafał Trzaskowski, były wiceminister spraw zagranicznych ds. europejskich. Według zleconych przez PO badań wizerunkowych to najlepiej oceniany polityk Platformy.
  • Ministrem cieni spraw wewnętrznych będzie Borys Budka, były minister sprawiedliwości.
  • Natomiast sprawiedliwość bierze Krzysztof Brejza, 33-letni poseł z Bydgoszczy, członek komisji śledczej ds. Amber Gold. To będzie najmłodszy „cień” w gabinecie PO.
  • Ministrem obrony zostanie Czesław Mroczek, były wiceminister w tym resorcie.
  • Kultura to Rafał Grupiński, były szef klubu PO. Pod uwagę brana jest także Małgorzata Kidawa-Błońska, ale jest ona wicemarszałkiem Sejmu, a Schetyna nie chce dublowania funkcji.

Będzie też grupa całkiem nowych ministrów cieni.

  • Resortem edukacji ma pokierować Elżbieta Gapińska, posłanka z Płocka, członkini sejmowej komisji edukacji.
  • Zdrowiem – Zbigniew Pawłowicz, lekarz i poseł z Bydgoszczy, który według naszych rozmówców ma być „Religą Platformy”.
  • Na czele resortu rolnictwa stanie Dorota Niedziela, posłanka i lekarka weterynarii.

Platforma powoła też dwa ministerstwa cieni, które nie mają swoich odpowiedników w rządzie Beaty Szydło. Chodzi o politykę senioralną i samorząd terytorialny.

  • Za seniorów ma odpowiadać 38-letni poseł Michał Szczerba, który we wrześniu zorganizował w Sejmie konferencję na temat polityki wobec osób starszych. Według Platformy kwestia polityki senioralnej będzie w najbliższych latach jednym z kluczowych zagadnień, bo Polacy są starzejącym się społeczeństwem.
  • Ministrem ds. samorządu ma być poseł Jacek Protas, b. marszałek województwa warmińsko-mazurskiego.

Platforma chce rozdzielić połączone przez PiS rozwój i finanse.

  • Ministrem rozwoju ma zostać Iwona Wendel, była wiceminister infrastruktury i rozwoju w rządzie PO-PSL (chociaż pod uwagę jest brany także senator Waldemar Sługocki).
  • Za finanse odpowiadać ma była wiceminister w tym resorcie Izabela Leszczyna.
  • Infrastruktura to poseł Stanisław Żmijan, członek dawnej spółdzielni Cezarego Grabarczyka.

Nie wiadomo, czy sam Grabarczyk wejdzie do gabinetu cieni. Ciągle nie zapadła decyzja, czy z Ministerstwa Infrastruktury zostanie wydzielone budownictwo. Według naszych rozmówców Grabarczyk stanąłby na jego czele. To on przygotował propozycje dotyczące mieszkań dla młodych w nowym programie PO.

  • Ministrem ds. energii będzie Krzysztof Gadowski, poseł z Rybnika, członek sejmowej komisji ds. energii i skarbu państwa (jego rywalem jest poseł Andrzej Czerwiński, ale jego szanse są mniejsze).
  • Kandydatów na „cienie” ds. środowiska jest dwóch – Gabriela Lenatrowicz, posłanka ze Śląska, była szefowa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, i Stanisław Gawłowski, były wiceminister środowiska. Lenartowicz ma większe szanse, bo Gawłowski jest już sekretarzem generalnym partii, a Schetyna chce zaangażować w prace jak najwięcej osób.
  • „Cieniem” od sportu może zostać były sportowiec, młociarz poseł Szymon Ziółkowski (chociaż brany pod uwagę jest także Adam Korol, to jedyny były minister, który ma szanse wejść do gabinetu cieni na to samo stanowisko).

PO bierze pod uwagę wydzielenie z resortu sportu turystyki – wtedy „cieniem” ds. turystyki zostałby krakowski poseł Ireneusz Raś, członek dawnej spółdzielni Grabarczyka.

  • Ministerstwem Gospodarki Morskiej pokieruje najprawdopodobniej szczeciński poseł Sławomir Nitras, ale pod uwagę jest brany także Tadeusz Aziewicz z Gdyni.

Czy ten pomysł Platformie wypali?

Według dr Anny Materskiej-Sosnowskiej, politolożki z UW, powołanie gabinetu cieni przez PO jest dobrym pomysłem, bo może doprowadzić do monitorowania działań PiS i proponowania alternatywnych rozwiązań.

– To mógłby być wstęp do odgrywania roli opozycji konstruktywnej, a nie totalnej – podkreśla Materska-Sosnowska. Jej zdaniem nazwiska, które maja się znaleźć w gabinecie cieni PO, są ciekawe. – Są starzy, młodzi, byli funkcyjni, różne frakcje, ale widać także otwarcie na nowe twarze, czyli są kanały awansu, co pokazuje przykład posła Szczerby, który od lat zajmuje się polityką senioralną – podkreśla politolożka.

Idea gabinetu cieni wywodzi się z państw o tradycji anglosaskiej. Chociaż występują one także w innych krajach, to najlepiej sprawdzają się w systemach dwupartyjnych, gdy zmiana władzy jest przewidywalna, np. w Wielkiej Brytanii. Zasada jest taka, że ci, którzy przygotowują się do objęcia władzy, potem te stanowiska otrzymują.

cvwfydlwgaarozu

Waldemar Mystkowski pisze o nowym pisowski projekcie – szóstym – ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.

paraliz

Do Sejmu wpłynął nowy pisowski projekt ustawy dotyczący Trybunału Konstytucyjnego, a dokładnie jego organizacji i wyłaniania kandydatów na prezesa Trybunału Konstytucyjnego. W istocie paraliżuje on autonomiczność Trybunału, gdyż wprowadza nową wykładnię Zgromadzenia Ogólnego Sędziów, a tworzą go wszyscy, którzy złożyli ślubowanie wobec prezydenta RP. Tym samym członkami Zgromadzenia będą trzej sędziowie wybrani przez Sejm w grudniu 2015 i uznani przez tenże Trybunał za wybranych niezgodnie z Konstytucją.

Projekt ustawy przesuwa termin wyboru kandydatów na prezesa, gdy powstaje wakat. Do tej pory kandydata na prezesa wybierano w terminie 15-30 dni przed upływem kadencji prezesa, a nowy projekt zakłada, iż procedura wyłaniania kandydatów na prezesa rozpoczyna się po upływie kadencji prezesa i następnie w ciągu miesiąca przedstawiana jest prezydentowi.

koduj24

W tym wypadku chodzi o to, aby w wyborze kandydata na prezesa nie brał udziału obecny prezes TK prof. Andrzej Rzepliński. Taka słodka zemsta PiS. Zgromadzenie przedstawia prezydentowi co najmniej dwóch kandydatów na prezesa, którzy otrzymali 5 głosów i spośród nich prezydent powołuje prezesa TK.

Co z tego projektu wynika? Przede wszystkim PiS będzie się spieszyło z uchwaleniem ustawy przez Sejm, zatwierdzenia przez Senat i podpisania przez prezydenta. Termin mają do 19 listopada, bo od następnego dnia TK może wraz z prof. Rzeplińskim wybrać kandydata na prezesa wg starego regulaminu. Prof. Rzepliński kończy bowiem urzędowanie 19 grudnia 2016 roku.

Inne dwa szczegóły, które mogą łatwo umknąć z projektu. Po pierwsze – na czas „bezkrólewia” w TK, gdy jest wakat, a prezydent nie wybrał, p.o. prezesa TK jest sędzia „posiadający najdłuższy, liczony łącznie, staż pracy jako sędzia w TK; jako aplikant, asesor, sędzia w sądzie powszechnym; w administracji państwowej szczebla centralnego”. Wg PAP będzie to Julia Przyłębska, wybrana do Trybunału głosami PiS. Po drugie – obradom Zgromadzenia Ogólnego Sędziów przewodniczy ”najmłodszy stażem sędzia Trybunału”. Obecnie jest nim wybrany w kwietniu 2016 roku przez Sejm pisowski sędzia Zbigniew Jędrzejewski.

Projekt ustawy jest niekonstytucyjny, gdyż pełnoprawnymi członkami Zgromadzenia czyni trzech sędziów, którzy zostali uznani przez TK za wybranych niezgodnie z Konstytucją. Paraliż TK jest niemal ostateczny. Ustawa najprawdopodobniej zostanie uznana na niezgodną z Konstytucją, wobec tego niekonstytucyjne byłoby wybranie kandydatów na prezesa TK. A gdyby TK wybrało prezesa wg obowiązującej jeszcze ustawy, to prezydent nie uzna tego wyboru. Paraliż TK powiódł się partii Kaczyńskiego, można go nazwać paraliżem postępowym. Takich sukcesów przez rok rządzenia może pozazdrościć niejedna satrapia. Gnije polski ustrój, który jest coraz mniej demokratyczny. Paraliż nad wyraz postępowy.

Z PODZIWEM PATRZYMY NA ARTYSTÓW, KTÓRZY MAJĄ ODWAGĘ POWIEDZIEĆ „NIE” FATALNEJ ZMIANIE. SZACUNEK DLA ODWAŻNYCH!!!

cvsieynweaavfpx

Od czasu „dyktatury ciemniaków”, jak w latach 60-tych nazwał komunistów Kisiel, takiej ekipy jak teraz w Polsce nie mieliśmy.

tomasz-lis3

Szambo wybija w ostatnim „wSieci”.

ahmed

Lider KOD z krwią na rękach, podpalający butelkę z benzyną i napis „jak sfrustrowani kodziarze chcą podpalić Polskę” – to nie chora fantazja, to prawdziwa okładka najnowszego „wSieci”.

Tygodnik „wSieci” podgrzewa atmosferę przed manifestacjami 11 listopada. Wiadomo, że oprócz tradycyjnego marszu narodowców w tym roku na ulice planuje wyjść też Komitet Obrony Demokracji.

waldemar-kuczynski

Zderzeniem marszów straszył ostatnio szef MSWiA Mariusz Błaszczak. W TVP Info stwierdził, że prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz ma wpływ na trasy marszów i „może nawet będzie starała się doprowadzić do konfrontacji”. Kijowski celnie punktował wówczas w rozmowie z Onetem, że prezydent – zgodnie z prawem o zgromadzeniach – musi zadbać, by do takiej konfrontacji nie doszło.

ctugiurxyaat1nv

Lewica ma liderkę z prawdziwego zdarzenia, Barbarę Nowacką.

tysiace

– Za kilka miesięcy zwrócę się do was wszystkich z prośbą o pomoc w zebraniu ponad miliona podpisów, które nie trafią do kogoś, kto nami gardzi, tylko trafią do kogoś, kto będzie chciał nas słuchać. Do eurodeputowanych – zapowiedziała podczas demonstracji przed Sejmem Barbara Nowacka. Oznacza to walkę o prawa kobiet w Polsce przez ujednolicenie prawa unijnego.

– Chcemy, żeby w Polsce było po prostu normalnie. A oni chcą to blokować, proponują barbarzyństwo, ciemnogród i taliban. Nie chcemy tego, mówimy „nie”. Pogonimy fanatyków! – mówiła podczas sobotniej demonstracji przed Sejmem „Żarty się skończyły” Nowacka. Jak podkreślała, Polki powinny mieć prawo do legalnej aborcji, edukacji seksualnej, antykoncepcji i in vitro.

ctrrkcjxeaayw6t

Eliza Michalik punktuje kler, który zarządza czarną masą pisowską.

amoze

Debata o całkowitym zakazie aborcji – choć słowo „debata” ledwo przechodzi mi przez usta, tak bardzo to coś, co dzieje się w przestrzeni publicznej, jest parodią prawdziwej debaty – pokazuje, że my, kobiety, jesteśmy we własnym kraju ludźmi drugiej kategorii.

Dowód? To, co w przypadku mężczyzn byłoby szokujące i nie do pomyślenia, w przypadku kobiet jest normą i codziennością.

Wyobraźcie sobie dyskusję na temat obywatelskiego projektu ustawy o przymusowej kastracji księży.

Kant pisał: „Jeśli nie wiesz, czy coś jest słuszne, zastanów się, czy chciałbyś, żeby było powszechnie obowiązującym prawem”. I to jest wskazówka, jaką powinniśmy dla siebie z tej gorzkiej lekcji wyciągnąć.

Jeśli tak się stanie, obłędny pomysł całkowitego zakazu aborcji ma szansę, by zamiast klęską okazać się wielką lekcją obywatelskiego wychowania. Jeśli ją odrobimy, zmieciemy z życia politycznego samozwańczych władców kobiet, którym marzy się przywrócenie niewolnictwa, i zbudujemy kraj, w którym ludzie są równi wobec prawa i w którym godność, wolność, szacunek, zdrowie i życie – dla wszystkich – nie są przywilejami, lecz oczywistością.

Waldemar Mystkowski pisze o ośmiornicy Macierewicza.

osmiornicamacierewicza

Bartłomiej Misiewicz to pestka. Ten niedouczony były rzecznik Antoniego Macierewicza może pluć sobie w brodę, że tak szybko wpadł z niekompetencjami. W otoczeniu Macierewicza takich miśków są setki i czerpią o wiele większe profity.

Portal OKO.press Misiewiczów nazywa „ośmiornicą Macierewicza”, a to wcale nie aluzyjnie znaczy, iż mamy do czynienia z zorganizowaną grupą ludzi  niekompetentnych, którzy zostali zrzuceni na posady w spółkach podległych Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Co ludzie niekompetentni mogą w takich sytuacjach zrobić? Sparaliżować; w tak wrażliwej branży znaczy: sabotować. Portal OKO.press ma udokumentowane personalia ponad setki ludzi z „ośmiornicy Macierewicza”, którzy na państwowych synekurach wysysają szmal państwowy. Ludzie z ośmiornicy nie mieli wcześniej do czynienia z tą branżą, potrafią tyle, co osławiony Misiewicz.

„Lepsza” od Misiewicza jest np. 24-letnia Anna Wiśniewska, która w dniu swoich urodzin dostała od Macierewicza w prezencie posadę w radzie nadzorczej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego „PZL-Kalisz”, spółce-córce PGZ. Rekordzistą ośmiornicy Macierewicza w kategorii „rady nadzorcze” jest Andrzej Skałecki, który zasiada  w pięciu organach nadzorczych (Bumar-Łabędy, Cenrex, Cenzin, Rosomak, Wojskowe Zakłady Łączności Nr 2). Jego „osiągnięciem” zawodowym jest to, że był asystentem społecznym Tomasza Kaczmarka, słynnego byłego posła PiS „agenta Tomka”. A w połączonych kategoriach – open – rad nadzorczych i zarządów spółek zbrojeniówki rekordzistą jest nieaki Przemysław Bednarczyk, ten 30-latek zasiada w trzech radach nadzorczych oraz ośmiu zarządach spółek) – pracuś na miarę największego stachanowca.

osmiornica

Portal OKO.press zbadał ośmiornicę Macierewicza tylko w 25 spółkach (na 60) podległych Polskiej Grupie Zbrojeniowej, największego w tej części Europy holdingu zbrojeniowego, który zatrudnia 17,5 tysiąca pracowników, obraca zaś rocznie ok. 5 mld złotych. Co może się stać, gdy zarządza i nadzoruje taka ośmiornica? Może upaść, zbankrutować, stracić na wartości. Nie bez powodu pod ludzi ośmiornicy w spółkach zbrojeniowych zmieniono jeden punkt statutu, który mówił o kompetencjach i wykształceniu, gdyż tego zrzut ludzi Macierewicza nie posiada.

A sam minister przebywa w USA, gdzie odnosi „sukcesy” takie, jakie nie spotkały żadnego jego poprzednika. Wytknął je poprzedni minister obrony narodowej z rządu PO-PSL Tomasz Siemoniak. Wcześniej nie do pomyślenia było, aby przebywającego w Stanach nie przyjął w Pentagonie sekretarz obrony USA. A to się udało Macierewiczowi, taki odniósł sukces: nie został przyjęty w Pentagonie. Tak powstał z kolan.

W kraju mamy kolejne ośmiornice pisowskie, kolejnych Misiewiczów (setki, tysiące), a na zewnątrz w Unii Europejskiej, w USA jesteśmy ośmieszani, ignorowani. W kraju możemy mówić, iż to Polska pisowska, ale inni traktują nas łącznie: Polska.

oko-press

tkNowa

Trybunał Konstytucyjny uznał za częściowo sprzeczną z konstytucją trzecią ustawę PiS o Trybunale Konstytucyjnym.

polska w ruinie

Niekonstytucyjna jest możliwość blokowania wyroku przez czterech sędziów, a także badanie wniosków w kolejności wpływu. Niezgodny z Konstytucją jest też zapis mówiący o tym, że prezes TK wnioskuje o ogłoszenie wyroku do premiera. Zdaniem TK, troje sędziów wybranych przez obecny Sejm, a zaprzysiężonych przez prezydenta, nie powinno orzekać.

TK ogłosił

Jarosław Kaczyński już dzień wcześniej ogłosił, że taka decyzja jest sprzeczna z prawem i konstytucją, a Beata Szydło nie opublikuje wyroku. Zapowiedział również „działania mające spowodować, by TK zaczął pracować zgodnie z konstytucją”

skrót

Pikieta KOD pod TK. Poparcie dla prawa i konstytucji. Przeciw bezprawiu PiS.

Absurdy w ministerstwie Macierewicza. Degradacja facowców.

Cpo4gV2UkAArDmV

W TVP wojna o miliony między Karnowskimi a Sakiewiczem.

Cpo-0eyUsAEpDXR

Zbigniew Ziobro prywatyzuje państwo. Pisze o tym Waldemar Mystkowski na Koduj24.pl.

ziobro

Partia Kaczyńskiego prywatyzuje władzę, zawłaszcza państwo, które ma służyć ich interesom partyjnym, własnym, a nie państwowym. Będziemy więc mieli do czynienia z desperacją z ich strony, a to będzie coraz bardziej wykraczało poza prawo.

Wykraczało, a następnie przekraczało, stawało się bezprawiem. Pojęcie prywatyzacji ukuł naczelny „Polityki” Jerzy Baczyński. Dobrze opisuje zjawiska pod „zarządem” PiS w mediach, a także w tak obwarowanych kompetencjami obszarach, jak poszczególne ministerstwa. Prywatyzacja jest pojęciem z tej samej grupy, co nepotyzm, ale bardziej ścisłym i antagonistycznym do „państwowego”.

Beata Szydło jako premier ma niewiele do powiedzenia, bo ona niespecjalnie orientuje się w mechanizmach władzy i jakimi narzędziami można je regulować. Znamiennym przykładem jest kariera rodziny Zbigniewa Ziobry, jego żony i brata.

Brat ministra sprawiedliwości, Witold Ziobro, jest szarą eminencją w PZU, w spółce skarbu państwa pod zarządem ministra skarbu, Dawida Jackiewicza. Także tam karierę zawodową robi żona Ziobry, Patrycja Kotecka, która została przyjęta na stanowisko szefowej marketingu Link4, należącej do PZU. Jednak PZU ma przejść pod skrzydła ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego, który takim wielkim spółkom przypisuje szczególną rolę w swoim „planie Morawieckiego”, a takie niekompetentne osóbki, jak z rodziny Ziobry, mogą mu nie odpowiadać.

Sam minister Ziobro nie znalazłby miejsca jako prawnik w dużej kancelarii, gdyby kierował nią taki fachowiec i autorytet wielkości Taylora, Piesiewicza czy Rzeplińskiego. Polska jest prywatyzowana przez tak marne kompetencyjnie osoby, jak rodzina Ziobry.