Posts Tagged ‘Patryk Jaki’

Delfinów dwóch i Filip z konopi

Politycy PiS znajdują się na finiszu walki o stołek prezesa, który jeszcze może pokwęka na wiecach w kampanii wyborczej, ale będą to 5-10 minutowe wystąpienia, bez większej wartości merytorycznej, raczej z komunikatem „szef ma się dobrze”, co wiadomo, iż odczytuje się – ma się źle. Widać to aż nadto.

Finiszuje dwóch delfinów, którzy wyrwali się całemu peletonowi PiS, w tym Andrzejowi Dudzie, ten ciągle łapie gumy i jest doprowadzany do peletonu przez zawodników z własnej kancelarii, a nawet ci odmawiają współpracy, jak Krzysztof Łapiński, aby na ich plecach wiózł się ten maruder.

Może dojść do sytuacji, iż nie będzie chciał współpracować z Dudą żaden zawodowiec i zostanie skazany na amatorów, a tym samym na niewystawienie do reelekcji.

Finiszują po funkcję prezesa Mateusz Morawiecki i Joachim Brudziński, którzy zawarli tymczasowy sojusz antydudowy – o czym w „Newsweeku” pisze Renata Grochal. Intryga z australijskimi fregatami Adelaide się powiodła. Duda został ograny jak zwykły cienias.

Prezydent już nie dojdzie uciekinierów, nie ma na to szans. Oni zaś są skazani na konflikt, bowiem stołek prezesa jest jeden. I raczej Morawiecki w tym starciu jest przegrany. Prowadzi – to prawda. Lecz na przodzie bierze się wiatr na siebie, a rywal wiezie się na kole, do tego potrzeba tylko 90 procent wysiłku prowadzącego. A zatem Brudziński ma przewagę 10 proc., z której skorzysta, gdy zobaczy kreskę mety i będzie musiał wyminąć Morawieckiego.

Brudziński oprócz tego ma aparat partyjny pod sobą, on go kształtował i zna pisowski beton na wylot, zna ich słabe punkty, staną za nim, a nie za transferowanym Morawieckim. Oczywiście, o wszystkim może zadecydować prezes i zdyskwalifikować, jednak jest uwięziony w sidłach. Sam je zastawił na Nowogrodzkiej, gdzie otoczył się kordonami ochroniarzy.

Brudziński więc zawsze może zachować się jak Beria w stosunku do Stalina. Znajdujemy się w podobnej logice tragedii. Może dojść do innych rozwiązań, ale byłyby one wbrew gatunkowi samospełniającej się tragedii.

Mógłby do gry wejść – na zasadzie bonifikaty – Patryk Jaki, gdyby wygrał wybory samorządowe w Warszawie. Mamy do czynienia z jego desperackimi próbami przekonywania warszawiaków do siebie. Niczym Filip z konopi rzucił na agendę projekt 19. dzielnicy Warszawy, który szybko okazał się humbugiem, fantomem, kitem.

Przecież nie startuje na dewelopera Warszawy, a przy tym ową 19. dzielnicę usadowił na terenach zalewowych, chronionych projektem ekologicznym Natura 2000. Uwagę zwrócił mu Rafał Trzaskowski, że ta 19. dzielnica już jest, gdyż teren zalewowy jest integralny dla działu wodnego Wisły. Oprócz tego wyszła impotencja twórcza Jakiego i jego sztabu, gdyż ów pomysł zastosował Lech Kaczyński, gdy startował z prezydenta Warszawy na prezydenta Polski i obiecywał warszawiakom park technologiczny na Siekierkach. Jaki więc zaserwował ogrzewane kotlety.

Oprócz tego, że 19. dzielnica jest w budowie, ma stronę w internecie, buduje ją hiszpański deweloper Pro Urba. Może zajść podejrzenie, iż to zamierzona wpadka, darmowa reklama, bo mieszkania w tej ekskluzywnej dzielnicy są do kupienia. Jakim zatem powinny zająć się służby, policja, a nawet jego szef Ziobro.

A przy tym zaprezentowany projekt to pół godziny pracy w programie Adobe. Amatorszczyzna, humbug, jak cała partia PiS z delfinami włącznie, z którymi wyborcom tej partii tak czy siak wyjdzie na łyso.

SnoPiSm

Niniejszym powołuje się do życia nowy termin politologiczny, a nawet ideologiczny – hm, hm – Freud mając do czynienia z ludźmi o pewnym efekcie psychicznym powołałby nawet termin psychoanalityczny – snoPiSm.

W dawnych heroicznych czasach naszej suwerenności bodaj Jadwiga Staniszkis apelowała do swoich znamienitych kolegów po nauce, iżby przenieśli na polski grunt nową subdyscyplinę – antropologię polityczną. Myślę, iż posiłkowanie się wyżej wymienionymi naukami pozwoliłoby zidentyfikować, czy ktoś urodził się z zespołem snoPiSmu, czy też nabył go drogą upośledzenia charakteru.

Termin snoPiSm powołał do życia Tomasz Lis, naczelny Newsweeka, który na przykładzie antyinteligenckości PiS, antysnobistyczności, skonstruował słówko godne Mirona Białoszewskiego – snoPiSm.

Snob PiS, czyli wysnuty onomatopeicznie snopek, jest zjawiskiem integrystycznym w partii Jarosława Kaczyńskiego. Gdy Rafał Trzaskowski przypomniał o Bronisławie Geremku, bo przypadała dwa dni temu rocznica jego śmierci, a przy okazji wspomniał wybitnego (jeszcze żyjącego) francuskiego filozofa Edgara Morina (wiele jego książek jest przetłumaczonych na polski) spowodował, iż snopek (snoPiSta) Patryk Jaki na swoim przykładzie orzekł, iż normalnością polską jest nie znać języków i nie czytać.

Streszczam tego pisowskiego snopka, bo wstydem jest cytować kogoś o tak miernych cechach osobowych. Acz właściwych dla PiS.

Inny snoPiSta Marek Suski w rozmowie z Robertem Mazurkiem był o sobie skromnie powiedzieć, że „szybko byłbym jednym z najlepszych w Hollywood”. Na podstawie jakich cech tak sądzi ten snopek z Sevres? Bo maluje, pisze wiersze, płacze na filmach. Co do piszących wiersze, to takich grafomanów swego czasu wysadzałem z redakcji na kopach.

Ale inny snoPiSta od kultury Piotr Gliński mógłby na przykładzie Suskiego zrealizować marzenia prezesa Kaczyńskiego o filmie hollywoodzkim, wysłać snopka Suskiego do Hollywood, bo zwolniło się miejsce po Leslie Nielsenie. Acz obawiałbym się o kopy, bo w Hollywood nie patyczkują się z takimi snopkami.

Teraz zrozumiałe jest wyznanie miłosne Mateusza Morawieckiego do furmanek: „Ja bardzo kocham furmanki”. Wszak premier powozi furmanką snopki PiS. Otóż termin politologiczny, psychoanalityczny, antropologiczny, ideologiczny ściśle przylega do tej partii.

Ustawa o IPN to Waterloo PiS

Bez żadnego trybu została przyjęta przez Sejm nowela do ustawy o IPN, z którą PiS przez pół roku obnosił się, że „nie odda ani guzika”.

Beata Szydło po przyjęciu ustawy w styczniu mówiła: – „Nie widzę powodów, żeby zmieniać ustawę o IPN”. To samo utrzymywał Andrzej Duda, który niektóre przepisy odesłał do Trybunału Konstytucyjnego. Ba, ten który przyjął na klatę odpowiedzialność za autorstwo ustawy Patryk Jaki, uzasadniał prawnicze walory: – „Polska zrobiła kopiuj-wklej tego, który od lat w PL funkcjonuje ws. „kłamstwa oświęci” [podaję za jego tweetem – dop. WM].

Tak ten rząd pracuje, stosuje bezrefleksyjne kopiuj-wklej. Tryb przyjęcia noweli do ustawy jest znamienny. 15 minut przed nadzwyczajnym posiedzeniem Sejmu wprowadzono punkt obrad – nowelizację ustawy o IPN, aby ją przyjąć też w trybie zgoła mało parlamentarnym, bez odesłania do komisji sejmowej, z trzema czytaniami ciurkiem, bez debaty. Na tę okoliczność nacjonalista Robert Winnicki zrobił pięciominutowego Reytana na trybunie sejmowej – aby marszałek Kuchciński mógł ją przegłosować.

Senat zbiera się w trybie nadzwyczajnym i Duda tego samego dnia podpisze ustawę w trybie nagłym. Dlaczego tak się dzieje? Wiele wyjaśnia wspólna telekonferencja prasowa Mateusza Morawieckiego i premiera Izraela Benjamina Netanyahu.

Nacisk władz Izraela odniósł skutek, a do tego Międzynarodowe Stowarzyszenie Adwokatów i Prawników Żydowskich (IAJLJ) złożyło w Trybunale Konstytucyjnym opinię, w której wykazuje niekonstytucyjność ustawy o IPN. Mierzyć się z prawnikami żydowskimi nikomu nie radzę.

Na pewno miały wpływ naciski amerykańskie, w tym negocjacje w sprawie stałego stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce, które groziły fiaskiem, a także spotkanie Dudy z Trumpem, o co tak usilnie zabiegają politycy PiS i muszą ciągle całować klamkę.

Ustawa o IPN to Waterloo tej władzy. Po niej musi przyjść Elba, a następnie Wyspa Św. Heleny. Łatwo został skruszony pisowski dogmat, że nie cofną się, nie oddadzą ani guzika.

Dzień wcześniej doszło do innej ich klęski w Luksemburgu, przesłuchania Polski w ramach Rady ds. Ogólnych w związku z uruchomieniem art. 7 Traktatu o UE.

Władze PiS się cofają pod wpływem siły, a nie argumentów. Choć społeczeństwo obywatelskie nie ma takiej siły rażenia, jak USA i Izrael, ale konsekwentna i nieortodoksyjna presja jest swoje osiągnąć. Lekcja ustawy o IPN nie może iść w las, ale w naszą polityczną mądrość.

Ustawa o IPN ma przecież zapisy dotyczące Ukrainy, ale one nie zostały znowelizowane, bo dzisiaj Ukraina w polityce PiS się nie liczy. Znamienne, iż nasz wschodni sąsiad został olany przez tę władzę, która tym samym składa kolejny prezent Kremlowi.

4 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Dyktaturka kalafiorowego gangstera i jego paprochów

Z przedsmakiem autorytaryzmu mamy do czynienia w dzisiejszej Polsce.

Wybitny aktor Andrzej Grabowski w wywiadzie dla portalu WP.pl dzieli się refleksjami z pracy nad rolą w sztuce teatralnej Bertolda Brechta „Kariera Arturo Ui”, która jest jedną z najwybitniejszych o totalitaryzmie w całej literaturze powszechnej. Brecht, pisząc sztukę w 1941 roku, wzorował się na współczesnym mu Hitlerze, lecz jest ona przede wszystkim uniwersalna dla każdego czasu. Z przedsmakiem autorytaryzmu mamy do czynienia w dzisiejszej Polsce.

Grabowski gra w sztuce aktora, który przysposabia do życia publicznego „kalafiorowego gangstera”, uczy Arturo Ui, jak zostać politykiem, wygrać wybory i wprowadzić dyktaturę. Grabowski ostrzega przed takimi gangsterami: – „Takich Uiów wokół nas mamy całą furę”.

Aktor samoistnie analizuje dyktaturkę w Polsce, która już nam zieje w twarz: – „Rządy takich kalafiorowych cwaniaczków mogą prowadzić do władzy totalitarnej. Najczęściej, tak jak to przedstawia Brecht, taki gangster kalafiorowy zaczyna od podporządkowania sobie wymiaru sprawiedliwości”. Żaden gangster nie przyzna się, że jest gangsterem ani dyktator, że jest nim bądź dąży do dyktatury: – „Przecież nie dąży do władzy totalitarnej, niczego nie niszczy, chce tylko dobrych zmian”.

Grabowskim wszak nie powoduje tylko to, że nie lubi Kaczyńskiego bądź PiS: – „Potrafią sobie wszystkich podporządkować i wmówić im, że działają dla dobra całego społeczeństwa. Straszą zagrożeniami ze Wschodu i z Zachodu, gwarantują bezpieczeństwo i kreślą wspaniałe perspektywy”.

Sztuka szybciej reaguje na zagrożenia niż nauki polityczne, socjologiczne, które wikłają się w ideologiczne spory i nie potrafią z nich wybrnąć. Acz możemy zgodzić się z Ludwikiem Dornem, który dla „Krytyki Politycznej” ten „przedsmak autorytaryzmu” nazywa: sadyzmem społecznym.

Jeżeli Kaczyński nie jest jeszcze w pełni dojrzałym Arturo Ui, to z pewnością osiągnął jego rozmiary kieszonkowe. Dyktator kieszonkowy to jest taki, który schowany za barierami i ochronami stara się niszczyć, co aktualnie w jego zasięgu ręki się znajduje. Jak zatem nazwać wysłanników delegowanych przez dyktatorka? Ano, paprochami wyciągniętymi z tejże niesprzątniętej kieszeni.

Przed takimi paprochem z kieszeni dyktatorka przestrzega na FB Andrzej Saramonowicz, scenarzysta i reżyser: „Bylejaki, byle nie Jaki!”. Jaki nie ma walorów intelektualnych i moralnych, ale ma „zająć przyczółek, jakim jest prezydentura Warszawy”.

Warszawiakom należy życzyć wszystkich, byle nie Jakiego. Co przypomina mi stary skecz „Student Awas” z kabaretu Elita grany przez Wojciecha Pszoniaka i Piotra Fronczewskiego. Byle kto, byle nie Jaki. W innym wypadku warszawiacy skażą się na pokazywanie sobie kółek na czole.

Iwona Hartwich wyrasta na Lecha Wałęsę protestu niepełnosprawnych

Rząd PiS przez weekend rozważał, jak wykołować protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów. Mateusz Morawiecki nie sprawdził się jako negocjator, gdyż z daleka widać, iż kieruje się złymi intencjami. Zdradza go ciało, a retorykę ma sztywną, jak urzędnik na usługach swego pana. Nawet możliwe, że w uszach ma wpięte głośniczki, jak zawodowi kolarze na trasie wyścigu, w których słyszą dyspozycje trenera. Morawiecki nie patrzy w oczy, zachowuje się, jakby miał zaraz wziąć nogi za pas.

Nie wyszło władzy z ogłoszeniem sukcesu podpisania porozumienia. Zostało podpisane z tymi, którzy nie protestują, a nawet ci po czasie ocenili, że zostali wykorzystani. Marszałek Kuchciński – postać zgoła nieszablonowa: polityk, który nie potrafi mówić – najpierw zakazał otwierać okna w miejscu, gdzie w Sejmie odbywa się protest, po długim czasie wydał zgodę na spacer. Kuchciński to specjalista od mowy-trawy „wicie-rozumicie”, podobnego długo by szukać, dlatego zacytuję fragment in extenso z jego spotkania 15 kwietnia z wyborcami pisowskimi: „My odbudowujemy dom – Polskę, w którym mieszka 38 milionów ludzi, prawda, a więc nie możemy odgrzybić, odszczurzyć, prawda, zastosować środków chemicznych, żeby raz-dwa wyremontować, tylko musimy, prawda, jeszcze dbać o zdrowie obywateli”. Pokraczność zaiste wybitna.

No i pisowcy wymyślili przez weekend, jak zrobić w bambuko protestujących. Mianowicie powtórzyć „sukces” poprzedniego „porozumienia”, podpisać podobne z organizacjami zajmującymi się niepełnosprawnymi i doprosić protestujących, ale daleko od Sejmu, bo w razie czego można ich już nie wpuścić na miejsce protestu.

Co może władza PiS zaproponować niepełnosprawnym? To samo, co wcześniej, lecz w innym opakowaniu. Czyli pomoc w towarze, a nie w pieniądzach. Jak to świetnie ujęła Iwona Hartwich, Lech Wałęsa tego protestu: niech zaproponują Kaczyńskiemu zamiast diety poselskiej 10 kg karmy dla kotów.

Rząd przez weekend uwijał się z pozarządowymi organizacjami zajmującymi się niepełnosprawnymi, których jest kilkanaście i są – niestety – ze sobą poróżnione. Stosował metodę kija i marchewki, tym bardziej łatwą do zastosowania, iż organizacje są na garnuszku publicznych pieniędzy. „Przyjdziecie na spotkanie, dostaniecie pieniądze na działalność”.

Kilkanaście organizacji już wydało oświadczenie: „Jesteśmy przeciwni wszelkim działaniom, które prowadzą do podziału środowiska osób z niepełnosprawnościami. Popieramy protest osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin. Wszelkie rozmowy dotyczące sytuacji osób z niepełnosprawnościami powinny mieć miejsce po zakończeniu toczącego się obecnie sporu z uwzględnieniem wypracowanych przez środowisko rozwiązań”.

A rząd ma gotowy projekt, farbę o tym puścił marszałek Senatu Stanisław Karczewski: „Myślę, że przed weekendem majowym dojdzie do porozumienia”.

Nieformalna szefowa protestujących Iwona Hartwich poinformowała o kolejnej próbie władzy pisowskiej: „Otrzymałam telefon od pani minister Rafalskiej, która zaprasza nas na Limanowskiego (do Centrum Dialogu) na rozmowy, które już toczyły się w zaciszu gabinetu. My nie możemy opuścić Sejmu. Jeżeli my opuścimy Sejm, to nie mamy tutaj powrotu, bo w 2014 roku, po proteście, dostaliśmy dwuletni zakaz na wejście do Sejmu. Usilnie zapraszamy panią minister, żeby wrócić do rozmów, ale tutaj w cztery oczy, bez kamer”.

Trwa przeciąganie liny przez rząd. Jeżeli władza nie ucieknie się do rozwiązania siłowego, wyniesienia z Sejmu niepełnosprawnych i ich opiekunów, należy zadać sobie pytanie, kto będzie pisowskim Mieczysławem Jagielskim, który podpisze rzeczywiste porozumienie z protestującymi, bo już wiemy, że Iwona Hartwich jest kimś w roli Wałęsy, nie daje się omotać pisowskim zwodzicielom.

Lunatyk Kaczyński prowadzi nas do ogólnopolskiej katastrofy

Donald Tusk powrócił po 8 latach do historycznego niemieckiego miasta koronacji królów niemieckich Akwizgranu po kolejna nagrodą. W 2010 roku była to prestiżowa w Europie nagroda Karola Wielkiego, którą w tym roku odbierze w swoistej sztafecie mężów stanu prezydent Francji Emmanuel Macron.

W sobotę w sali ratusza w Aachen szef Rady Europejskiej odbierał nagrodę Polonicusa przyznawaną przez Kongres Polonii Niemieckiej. Polonusi nagrodzili Tuska za promowanie Polski, a Jerzego Owsiaka za zaangażowanie w rozwój społeczeństwa obywatelskiego, nagrodę dostali także Benedykt i Róża Frąckiewiczowie za animację życia organizacji polskich oraz przewodnicząca niemieckiego Bundestagu Rita Suessmuth za znaczący wkład w dialog niemiecko-polski w kontekście integracji europejskiej

Jak łatwo zauważyć Akwizgran (odpowiednik naszego Wawelu) to symboliczne dla Polaków okno na świat, na Europę. Kiedyś „wyjrzał” poprzez nie Bolesław Chrobry, promował Polskę w XI wieku. Donald Tusk powiedział przy tej okazji wiele ważnych słów. Ten polityk nie rzuca słów na wiatr, mają u niego wartość, którą zwykle przemienia na czyny.

Nie jest li tylko metaforą tuskowe stwierdzenie, że jego funkcja w Uni Europejskiej „to nie jest moja meta”. Można zatem się spodziewać, że po kadencji szefowania w RE przybędzie do Polski z odsieczą demokracji.

Tusk dopytywany, czy czuje presję Polaków, rozważnie odpowiedział Marcinowi Antosiewiczowi z „Newsweeka”: „Bardzo serdeczną i jednocześnie delikatną, więc jakoś mogę z tym żyć (śmiech)”.

Były premier w przemówieniu odwołał się do słów Winstona Churchilla, który polityków sprzed I wojny światowej porównał do lunatyków: „Nie pozwólcie lunatykom poprowadzić ludzi do nieszczęścia”. Tacy lunatycy doprowadzili do wojny światowej. Dzisiaj po rozpadzie Unii Europejskiej mielibyśmy do czynienia z egoizmami narodowymi, które szybciej niż później musiałyby eksplodować jeszcze gorszą hekatombą niż dwie wojny światowe.

Oczywiste, że dla nas powstaje pytanie: czy Kaczyński to lunatyk, który jakoby powstał z kolan i ze wszystkimi nas skonfliktował? Na dłuższą metę tarcze Brukseli i NATO nas nie ochronią, bo nikt w Paryżu, ani w Waszyngtonie nie będzie chciał umierać za Warszawę, Gdańsk i Poznań.

Tusk dopytywany, czy Kaczyński do takich lunatyków należy, był dyplomatycznie odpowiedzieć: „przywołałem pamięć o politykach, którzy byli absolutnie przekonani, że robią sensowne, słuszne rzeczy i co gorsza nie mieli nawet wyobrażenia, przez to też, że nie mieli specjalnie kontaktu z ówczesną rzeczywistością”.

Raczej nie wątpimy, iż Kaczyński jest oderwany od rzeczywistości, bo skrywa się przed rodakami za kordonem ochroniarzy, policjantów i barierek, a gdy w trakcie lunatykowania z rękami wysuniętymi do przodu (do prawdy) na Krakowskim Przedmieściu wchodzi na podest jak na parapet okna, prędzej czy później musi się to skończyć runięciem w dół, gdy przestanie działać ułuda, sen o potędze, Bruksela po prostu zamknie nam kasę i wykopie – na Księżyc.

Wraz z Kaczyńskim runąć może Polska. Nazywam to ogólnopolską katastrofą smoleńską, przedsmak jej można było w skali 96 ofiar zobaczyć 10 kwietnia 2010 roku. Polska osamotniona musi skończyć, jak ta sanacyjna w 1939 roku. Nasuwa mi się ponadto inna metafora walki. Jose Lezama Lima w „Raju” (południowoamerykański „Ulisses”) taką walkę obłudy nazywa: „abordaże lunatyków”.

Morawiecki jak swawolny Dyzio

Mateusz Morawiecki zachowuje się niczym swawolny Dyzio. Znowu czmychnął. Tak poznaliśmy premiera rządu polskiego, który na początku swoich rządów dał dyla ze szczytu Unii Europejskiej, teraz dał nogę przed protestem niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Morawiecki nic sobie nie robi z potrzebujących i plecie dyrdymały w terenie. W Żninie (kujawsko-pomorskie) uczestników spotkania z nim poczęstował kłamstwem, twierdząc „spełniliśmy postulaty protestujących”.

Do swoistej konfrontacji z zakłamanym premierem doszło via ekran telewizyjny. Rodzice i niepełnosprawni oglądali w Sejmie wystąpienie Morawieckiego w telewizji i tylko mogli powiedzieć, że Morawiecki posługuje się nieprawdą, jak po piątkowym spotkaniu z minister Elżbietą Rafalską.

Co się dzieje z władzą PiS? Jest aż tak niemoralna, że na zarzuty, krytykę, pytania, propozycje, politycy partii Kaczyńskiego stosują już tylko jedną, uniwersalną odpowiedź – kłamstwa.

Nic nie zostało załatwione. Protest nadal trwa, rząd PiS tylko pudruje problem, podpisując porozumienie z własną przybudówkę, która następnie czuje się wykołowana i przyznaje się, że rząd zrobił ich w bambuko, a następnie proponując dodatek rehabilitacyjny w formie rzeczowej. To nawet nie jest kpina, to coś gorszego, naplucie do zupy.

W tym samym Żninie Morawiecki był pochwalić się jeszcze innym kłamstwem: „dzięki rządom PiS z podatków spłynęło więcej o 40 mld zł”. Gdzie jest ten szmal, że nie starcza na pomoc dla niepełnosprawnych? Ile zatem zakupiono „Dam z łasiczką”? Wychodzi, że 80.

Pusty śmiech człowieka ogarnia, gdy słyszy stojącą obok swawolnego Morawieckiego swawolnicę rzecznik Joannę Kopcińską, która może ma ambicje pretendowania do ról w Monty Pythonie, bo rzekła: „Rząd i jego szef jest wrażliwy na sprawy społeczne i nie tylko obiecuje, ale realizuje”.

Morawiecki nie potrafi spojrzeć w oczy niepełnosprawnym, co widziała cała Polska, gdy wił się jak piskorz, gdy odwiedził kilka dni temu protestujących w Sejmie. Teraz jeździ po Polsce, bo mu prezes Kaczyński tak nakazał. Premier nie jest od jeżdżenia, ale rządzenia.

Lecz w tej kwestii Morawiecki nic nie ma do powiedzenia, prezes kazał zakłamywać rzeczywistość, Gdyby prezes był matką dla Dyzia Morawieckiego, to rzekłby, jak w „Ludziach bezdomnych”.

– Dyziu, zachowaj się, jak należy… — rzekła matka, — bo pan oficer wyjmie pałasz i utnie ci głowę.

„Utnie ci głowę”, znaczy zdymisjonuje. Pozostaje to nam uczynić przy urnie wyborczej, zdekapitować Dyzia Morawieckiego.

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskim slapsticku.

Pisowski slapstick

Moje podniebienie dowcipu ukształtował Mrożek, Woody Allen, Czechow, Brecht. U wczesnego Barei dostrzegałem niedostatki w budżecie na film, a dzisiaj niewystarczająco śmieszy mnie „Ucho prezesa”, w którym dostrzegam niedostatki narracji. Wolę Roberta Górskiego jako kabareciarza, niż narratora. Tak jak wolę genialnego Chaplina z „Gorączki złota”, niż z epoki slapsticku, w której latał po ekranie i zasadzał kopy w zadki żandarmom.

Dzisiaj PiS znajduje się w epoce slapsticku, zasadza kopy we wszelkie zadki i otrzymujemy niedoinwestowanego Bareję, jak w obrazku rodzajowym z pierwszego posiedzenia Krajowej Rady Sądownictwa. Na Twitterze opisał je dziennikarz RMF FM Tomasz Skory po wybraniu przewodniczącego tego ciała. Podaję w zapisie scenopisarskim:

„Przewodniczący Mazur: Czy pan sędzia Mitera wyraża zgodę na kandydowanie?
Wiceprzewodniczący Johann: Chwileczkę. Jeszcze nie zgłosiłem kandydatury…
Wiceprzewodniczący Johann (po wyborze): Maćku, gabinet jest obszerny, ale przetrzyj ten fotel po Żurku…”.

Komentarz Skorego: – „Zaniemówiłem”. Slapstick, a w zasadzie wczesny Bareja. Pocieszające, iż polityka to jednak nie gatunek narracyjny, literacki, nie może ewoluować do epoki udźwiękowionej, panoramicznej. PiS zatrzymał się w slapsticku, w epoce kamienia łupanego i wali nas maczugami.
Czy długo to wytrzymamy, czy żandarm odwróci się i przyłoży pałą kopiącemu go w zadek? Na razie PiS także żandarmerię obsadził swoimi. Tyle ich, bo to farbowane lisy, awansowani przez Błaszczaka bądź Brudzińskiego. Bynajmniej nie fachowcy.

Tak przynajmniej należy ocenić postępowanie policji w Poznaniu wobec Joanny Jaśkowiak i pięciu innych kobiet. Jaśkowiak w ubiegłym roku podczas protestu w Dniu Kobiet powiedziała: – „Od czasu „dobrej zmiany” budzą się we mnie różne uczucia. Najpierw było zdziwienie, później zaskoczenie, oburzenie, złość i wściekłość. Teraz tylko jedno słowo przychodzi mi do głowy – jestem wku******”.

9 miesięcy policja czekała na anonim, który wreszcie się urodził i mogła wezwać Jaśkowiak na przesłuchanie. Jaśkowiak i wspierające ją kobiety teraz staną przed sądem. Wszczęto bowiem postępowanie z art. 141 kodeksu wykroczeń. Za używanie nieprzyzwoitych słów w miejscu publicznym grozi ograniczenie wolności, grzywna do 1500 złotych bądź nagana.

Ponoć policja ma opinię jakiegoś biegłego językoznawcy, wg którego hasło prezentowane przez Jaśkowiak jest wulgaryzmem. Czysty slapstick, gdyż rzeczywisty filolog wyśmieje policję oraz tego „rzeczoznawcę” i wyśle tych przedstawicieli pałki do nauki.

Napisałem o policji „farbowane lisy”, bo to w istocie wysługująca się PiS-owi milicja, jak w PRL-u. Joanna Jaśkowiak to żona prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka, który doznał podobnej „przyjemności” od organów ścigania w dniu, gdy Platforma i Nowoczesna ogłosiły, iż jest ich kandydatem na prezydenta miasta w najbliższych wyborach samorządowych. Do Urzędu Miasta wkroczyła CBA pod jakimś wyssanym z palca podejrzeniem (znowu pewnie jakiś anonim).

PiS posługuje się takimi maczugami, innej polityki nie znają, żyją w epoce kopania po zadkach, choć chcieliby się podszyć pod wyższe cywilizowane formy. Oto Patryk Jaki, kandydat PiS na prezydenta Warszawy, zmienia strategię: podlizywanie się, a nie kopanie w zadek. Chce nabrać warszawiaków, iż jest cacy. Jaki zapowiedział, że jest gotów rozważyć, „żeby wesprzeć taki program in vitro”. Posuwa się jeszcze dalej, stwierdził w Polsacie: – „Rozumiem i wspieram protestujących niepełnosprawnych w Sejmie. Uważam, że mają rację”. Farbowane lisy, milicja, kopanie w zadki – tak wygląda imaginarium pisowskiego slapsticku.

❗️Rząd zmarnował 10 dni i nie pomógł osobom niepełnosprawnym. Jesteśmy gotowi wziąć udział dodatkowym posiedzeniu Sejmu żeby rozwiązać ten kryzys.

Rząd PiS nie potraktował poważnie protestu opiekunów osób niepełnosprawnych. W kampanii wyborczej obiecywali im wszystko. A teraz najpierw próbowali ich zignorować, potem oszukać. Odpowiedzialne są za to wicepremier Szydło i minister Rafalska. PO składa wniosek o ich dymisje.

DZIŚ POWIE WSZYSTKO, ŻEBY WYGRAĆ… Himalaje obłudy.

PAMIĘTAJMY O TYM DZISIAJ WSZYSCY. NIECH KACZYŃSKI ODGRADZA SIĘ OD WŁASNEGO STRACHU. MY BĘDZIEMY WTEDY POD PAŁACEM KULTURY I NAUKI. W HOŁDZIE SZAREMU OBYWATELOWI.

Aż 6 zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego. Uff…

Macierewicz wziął się za sprawy międzynarodowe

Antoni Macierewicz poszerza swoje kompetencje o sprawy międzynarodowe. Powie ktoś: żadna nowość! – i powoła się na książkę Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”. Szemrane kontakty międzynarodowe ministra obrony nie są żadną nowością, acz nie dotyczą funkcji ministra, tylko samego Macierewicza. Nie doznając adrenaliny z powodu podejrzeń o szpiegostwo, zdrowy umysł u czytelnika może spowodować asocjacje: OK, nie wyznaję teorii spiskowych, jak sam Macierewicz, ale coś za dużo tych kontaktów z tym i owym wrogo nastawionym do Polski demokratycznej.

Ale twój i mój zdrowy umysł nie posądzi o takie zdrowe zamiary Macierewicza, nawet jeżeli założymy, że minister ogromnie dużo stosuje cynizmu. Macierewicz w obecnym rządzie wcale nie musi być szczególnym cynikiem, bo może nie chciał zostać ministrem, a musiał. Słynne „nie chcem, ale muszem„. Wszak Beata Szydło cynicznie zapewniała Polaków, że ministrem obrony będzie Jarosław Gowin. I to jest cynizm, który z „dobrej zmiany” czyni „podłą zmianę”.

Niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen w niemieckiej telewizji publicznej ZDF (tym się różniącej od TVP, że w Niemczech stosowane są standardy informacji, w Polsce zaś toporne standardy propagandy) pochwaliła się, że jej dzieci studiowały w ramach programu Erasmus w Polsce.

Każdy zdrowy Polak powinien poczuć w tym momencie zdrowy przypływ patriotyzmu. Och, polskie uczelnie są równie atrakcyjne jak niemieckie z wykładowcami noblistami. Hurra, jak dobrze być Polakiem. Niemiecka minister jednak powiedziała słowa, które są dobrze odbierane w społeczeństwie obywatelskim: – „Musimy wspierać ten zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce„.

Że w Polsce dzieje się źle, wyrażają się wszyscy znaczący w zachodnim świecie. I tak nas traktują…

Akurat Leyen wyraziła się o młodych Polakach, ale pozostałym grupom wiekowym też należy się wsparcie, bo go oczekują w stosunku do swego „zdrowego demokratycznego oporu”. Zauważmy, mówi to niemiecka minister obrony, państwa, gdzie wojska sojusznicze USA w ramach NATO mają największą bazę, a Bundeswehra jest jedną z najsilniejszych armii świata, wielokroć silniejsza niż polskie wojska, technologicznie wyprzedzają nas o lata świetlne.

Leyen nie powiedziała tego bez powodu. Że w Polsce dzieje się źle, wyrażają się wszyscy znaczący w zachodnim świecie. I tak nas traktują, jak trędowatego. Macierewicz praktycznie jest odcięty od kontaktów z sojusznikami, to u nas mieli językiem w Radiu Maryja o patriotyzmie, a na uczelni Rydzyka wykłada na ten sam temat. Poziom intelektualny jest żenujący, jak uczelnia i osoba zakonnika.

Na słowa Leyen zareagował orzeł dyplomacji Witold Waszczykowski – kolejna dramatyczna postać rządu PiS – uznając, iż „strona niemiecka ingeruje w życie polityczne w Polsce„. Otóż strona niemiecka nie ingeruje w życie polityczne, tylko wyraża się o zdeformowanym życiu politycznym w Polsce. Jak ktoś jest chory i chce mu się pomóc w dostaniu do lekarza, to jest ingerencja?

Czy ludzkim jest zostawić upadłego na ulicy i zgodzić się: niech zdycha? Macierewicz zaś dostał z powodu Leyen zapaści emocjonalnej, jak przy katastrofie smoleńskiej. Polecił dyrektorowi Departamentu Wojskowych Spraw Zagranicznych płk. Tomaszowi Kowalikowi wezwanie Attaché Obrony RFN „celem złożenia wyjaśnień w tej sprawie”. I co powiedział Kowalik niemieckiemu attaché? Hę?

Za sprawy międzynarodowe więc wziął się Szweja (odróżniam Szweję od Szwejka tym, że ten drugi jest przewrotnie inteligentny). Można spodziewać się, co wyniknie z tego emfatycznego patriotyzmu radiomaryjnego, rydzykowatego.

A poza tym, niech nam się nie wydaje, że tak łatwo będzie naprawić polską pozycję w Europie i na świecie. Ruiny trzeba będzie posprzątać, a potem na ich miejscu budować. I wcale nam nie będą ochotnie pomagać, bo u nich też mogą dojść do władzy Macierewicze, żądni demolowania własnych ojczyzn.

Fajna wlepka. Nie tylko na

Święczkowski i jego żona to normalność bylejakości

Po co potrzebna PiS tzw. reforma sądownictwa? Albo inne reformy: edukacji, a niedługo medialna? Nie tylko, aby spełniać wolę prezesa i jego wizje. Gdyby nie było Kaczyńskiego, na jego miejscu zjawiłby się ktoś inny. Może nawet o innych parametrach ideologiczno-mentalnych, ale który spełniałby wolę suwerena, a przynajmniej suweren sądziłby, że tę wolę spełnia.

Winą suwerena nie jest, że on taki jest, ale wina jest po stronie elit, że suwerena nie uczyniły innym. I wcale nie chodzi o materię – czyli ekonomię wprost – ale o rzeczy o wiele subtelniejsze, które nazwać należy cywilizacyjnymi, a w życiu społeczno-politycznym – czynnikami demokratycznymi.

Demokracja to kohabitacja różnorodności w ramach procedur. Nauka trudna i bodaj dla Polaków dotychczas nieosiągalna. Po raz pierwszy w historii wydawało się, że Polska normalnieje, co w naszych warunkach można byłoby nazwać cudem.

Winą suwerena nie jest, że on taki jest, ale wina jest po stronie elit, że suwerena nie uczyniły innym…

Tym było 25 lat po roku 1989. To był cud. Ale cudów nie ma i Polska wróciła do swego miejsca, swego koryta, rynsztoku, do swojej bylejakości, kołtuństwa. Wyrwało nam się na nienormalność, zdaje się że to już mamy za sobą. Suweren jest jaki jest, elity zaś mamy nadal próżniacze, leniwe, po polsku bylejakie, nawet nie potrafią imitować tego, w czym inni są oryginalni. Aby być oryginalnym, trzeba nauczyć się imitować, czyli posiąść wiedzę. Z tym też mamy problem. Po cudzie 25 lat, przyszła normalność w postaci PiS.

Czy potrafimy zdobyć się na kolejny cud, pokonać PiS i kreować elity nieleniwe, niekołtuńskie, a te wzięłyby się za suwerena i sprawiłyby mu solidną edukację, wychowanie, czyli pozytywistyczną pracę u podstaw? Gdy patrzę na opozycję, to nie liczę na cud. Opozycja różni się od PiS i to zasadniczo, ale tak samo jest leniwa, kołtuńska, nie chce jej się wypracować zgody, która także jest kohabitacją w ramach opozycyjności.

Wyszedłem od pytania: po co PiS reforma sądownictwa? I proszę, jak na dłoni widać „po co” w przypadku małżeństwa Święczkowskich. Święczkowski to niesławna postać IV RP z lat 2005-2007, był szefem ABW i „wsławił się” tym, że Barbara Blida dokonała „samobójstwa”. Już wtedy było widać, że „samobójstwo” jest szyte grubymi nićmi i to rękami bynajmniej nie Blidy.

Święczkowskiego zobaczyłem w telewizorze, jak dukał przed komisją śledczą. Pytałem, kto to zacz, który kompletnie nie nadaje się do czegokolwiek. Nie dlatego, że niekumatego udawał przed komisją. O, nie!

A dzisiaj ten ktoś jest prokuratorem krajowym. Jakie więc możemy mieć organa oskarżania, ścigania? Jakby tego było mało, żona Święczkowskiego została prezesem Sądu Rejonowego w Sosnowcu. PiS-owi nawet brakuje partyjnych kadr, sięgają po rodziny.

…”nie matura, a chęć szczera…” PiS zamienia na: „nie matura, a rodzina”…

Komusze „nie matura, a chęć szczera…” PiS zamienia na: „nie matura, a rodzina”. Ten nepotyzm nie jest przypadkowy. Polska po cudzie 25 lat „normalnieje”. Obsuwa się na margines cywilizacji, a demokracja jest przeszkodą, jest zbędna, bo trzeba w niej szanować kogoś o innych poglądach. Procedury zaś przeszkadzają „racji po naszej stronie”.

Królik polityczny 🤣🤩

PiS i Kukiz ’15 w symbiozie PiKuS-ia

Nie pojmuję, dlaczego Jarosław Kaczyński godzi się na terminologię dotyczącą jego ugrupowania w parlamencie – Zjednoczona Prawica? Z iloma procentami PiS się zjednoczył? Ile procent przyniósł Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin? Ten pierwszy ze dwa, a Gowin podejrzewam, że nawet jednego procenta nie dorzucił.

W tym zjednoczeniu widzę fałsz. Jest zjednoczenie, lecz nie z podmiotami wyżej wymienionymi. Na razie istnieje zjednoczenie nienazwane, acz realne, mianowicie PiS z ugrupowaniem Kukiz ’15. O! – i to jest zjednoczona prawica, której nazwę można odczytać z dwóch dodanych do siebie członów PiS i Kukiz, a dające nomenklaturę – PiKuS. PiS w ten sposób wchłania 10 procent Kukiza.

Do takiego zjednoczenia może dojść jeszcze przed wyborami samorządowymi, bo część posłów Kukiza oznajmiło, iż w opozycji do kandydatury PO na prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, PiS i Kukiz powinni wystawić wspólnego kandydata Jakiego bądź Karczewskiego.

PiKuŚ – tak dla zgrabności nazwijmy owo zjednoczenie – jest realne. I mają prawo sądzić, że dla nich wszystko będzie pikusiem. Taka forma myślenia, nie tylko politycznego. Opozycja – pikuś, sądownictwo – pikuś, media – pikuś.

Dla PiKuS-ia wszystko jest pikusiem, wszystko przegłosują, a nawet może się zdarzyć, że sondaże pokażą, że Trzaskowski już w pierwszej turze głosowania weźmie więcej niż 50 procent plus jeden głos. Co wówczas może w Sejmie zrobić PiKuŚ? Ano, nie dopuścić do wyborów samorządowych, bo dla nich głosowanie w Sejmie będzie pikusiem.

Dla PiKuS-ia wszystko jest pikusiem, wszystko przegłosują…

Ba, już moralność mamy pikusiową. Moralność to pikuś. Oto w TVP będą prowadzone przez Krzysztofa Ziemca szkolenia z… etyki dziennikarskiej. Jaka to etyka może być? Tylko pikusiowa. Etyka to pikuś. Będzie to zatem moralność dobrej zmiany taka sama, jaka była poprzednio – tylko jeszcze lepsza i przede wszystkim na odwrót. Taki pikuś.

Inne zdarzenia z ostatnich dni to także powstanie polityki zagranicznej pikusiowej. Pojechał Witold Waszczykowski na Ukrainę i otworzył kolejny front walki z sąsiadami. Bo dla pisowskiej Polski nasi sojusznicy to pikuś. Polska jest wielkością samą w sobie, reszta to pikuś. Waszczykowski znajduje się na wszelkich możliwych frontach. Jest pisowską twarzą na salonach dyplomatycznych, jest frontmanem PiKuS-ia.

Polska to będzie pikuś, a załatwienie na amen demokracji także pikuś. Taką mamy symbiozę w kraju PiKuS-ia, wszystko im lata (Lotto), bo mogą przegłosować wszystko.

Krystyna Janda cytuje na FB Wiktora Zborowskiego ✌️

Trąd w Pałacu Prezydenckim

Andrzej Duda jest prekursorem w historii chrześcijaństwa i historii Polski. Najpierw jako pierwszy złamał Konstytucję RP i to wielokroć. A teraz na oczach zdumionej publiki złamał tajemnicę spowiedzi.

Spowiedź – jako prefreudowski akt dobrowolnego przyznania się do win – spełniała jeden zasadniczy cel: podporządkowania owieczek pasterzom. Na niektóre nakładane były ciężkie kary pokuty, ale tylko za ciężkie grzechy. W Średniowieczu jak ktoś się samobiczował, to można było założyć, że dokonał ciężkiego przewinienia.

Spowiednik jednak milczał na temat przestępstwa, choć mógł się uśmiechać pod nosem. Przy czym kler był na usługach władcy, sojusz ołtarza i tronu był nierównoważną kohabitacją. Wiara służyła władcy tym, iż go namaszczała do końca jego dni, kadencja bowiem kończyła się wraz z zejściem.

Rewolucja Francuska ten duumwirat władzy twardej i miękkiej (realnej i jakoby duchowej) odesłała do lamusa. Kadencyjność do końca życia zastąpiona została wybieraniem na określony czas. Nazywamy to demokracją, bo kler nie namaszczał już jednego wybranego, ale wskazywało społeczeństwo, cały naród poprzez akt wyboru – namaszczania przy urnie wyborczej.

Klerem stali się wszyscy, którzy mieli prawa wyborcze. Od tego czasu mamy nowoczesność, a miniony czas nazywamy skamieliną, Średniowieczem, historią, skansenem – ancien régime’m (stare czasy). Reżim został wydalony z demokracji.

Tak postąpiono na całym „bożym” świecie, także i w Polsce, ale że należymy do nacji dziwnych i nienowoczesnych, obraliśmy powrót do ancien régime’u.

Oto Andrzej Duda spotyka się z władcą imperium medialnego o. Tadeuszem Rydzykiem i jeszcze jednym gościem w sutannie – i na oczach i uszach wszystkich składa hołd i publicznie spowiada się z przewin politycznych, kaja się. Udziela jakoby wywiadu, co jest bzdurą, bo wywiad przeprowadza dziennikarz niezależnych mediów, a nie faceci w habitach.

Duda podczas hołdu najpierw oddał „co boskie Bogu”. Wróć: oddał „co rydzykowate Rydzykowi”. Zapewnił, że dzień święty – niedziela ma być wolna od pracy, czyli owieczki mają uprawiać wartości rodzinne, a nie latać po supermarketach i czuć się wolnymi. Mają zaiwaniać do Kościoła i wspierać funkcjonariuszy wiary w ich posłudze mniemanemu Bogu, który trzeba nazwać niebytem, bo nikt nie ma z nim kontaktu fizycznego.

Duda oddał Rydzykowi inną nieswoją wolność – wolność kobiet decydowania o swojej macicy – zapewnił, iż jest zwolennikiem zakazu całkowitego aborcji, przepisy dotyczące aborcji eugenicznej muszą być bardziej restrykcyjne.

Duda nie zdążył przejść do swoich win politycznych, gdy Rydzyk wtrącił swoje trzy grosze. Mianowicie owieczka Jarosław Gowin, zajmując się reformą szkolnictwa wyższego, niezbyt sowicie wspomaga uczelnię redemptorysty w Toruniu. Gowin to pewnie usłyszał i poprawi się.

Ponarzekał Duda na rząd, czytaj: na Jarosława Kaczyńskiego, w kwestii reformy sądownictwa. Oni chcą niezależność sądownictwa wziąć dla siebie, a Duda też chciałby mieć kawałek tej niezależności na własność.

W każdym razie po raz pierwszy na świecie mieliśmy do czynienia ze spektaklem złamania tajemnicy spowiedzi. Coś takiego jest nie do pomyślenia w żadnym kraju, aby władza kajała się przed klerem. Ktoś powie, że w Średniowieczu nie było telewizji, to nie wiemy, czy Władysław Jagiełło przed prymasem nie usprawiedliwiałby się z zabicia Krzyżaka Ulryka von Jungingena.

Oczywiście, żartuję. Kler w historii Polski nigdy nie panoszył się, jak dzisiaj. W ogóle ani w Europie, ani na świecie nie jest tak widoczny w życiu publicznym. Jest sprowadzony do wymiarów, na które zasługuje konfesja, do prywatności, to ma być kontakt z drugim wierzącym człowiekiem, a nie kontakt z rządzącymi (wyjąwszy kilka krajów muzułmańskich).

Obskurantyzm Dudy jest porażający i to porażenie zostanie za pomocą prawa przerzucone na cały naród. Porażenie zakłamaniem, dewocją, nienowoczesnością, sojuszem Rydzyka z rządzącym PiS. Nazwa tego spektaklu sama się nasuwa poprzez odwołanie do sztuki Ugo Bettiego – „Trąd w Pałacu Prezydenckim”.

Śmierć w areszcie śledczym

Śmierć Agnieszki Pysz w areszcie śledczym na warszawskim Grochowie obciąża wysokich urzędników obecnego rządu: Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobra. Takie są standardy. Gdy w styczniu 2009 roku samobójstwo w więzieniu popełnił skazany w sprawie Olewnika, ówczesny minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski podał się do dymisji. Zresztą domagał się tego będący w opozycji Ziobro.

Dzisiaj już nie ma takich standardów. Igor Stachowiak został zabity paralizatorem na komisariacie we Wrocławiu, co skutkowało w stosunku do Mariusza Błaszczaka tym, że wyszedł do mikrofonu i wypowiedział wyuczoną formułkę o totalnej opozycji, bo jakiś policjant zaczął pracę w czasach poprzedniego rządu. A może paralizatory zostały kupione, gdy totalna opozycja była koalicją rządową?

Taki jest standard odpowiedzialności PiS – totalne nieudacznictwo. Agnieszka Pysz była badana w Warszawie, a następnie we Wrocławiu, gdzie zalecono wykonanie konkretnych czynności. Jednak tego nie zrobiono, Pysz zmarła.

Jej śmierć byłaby zamieciona pod dywan, tak jak śmierć Stachowiaka, gdyby nie niezależne media i Rzecznik Praw Obywatelskich. Jest totalnym standardem PiS w każdym wątpliwym przypadku, że giną dowody, w tym wypadku nie zabezpieczono nagrań z monitoringu w areszcie.

Onet opublikował reportaż o tej śmierci. „Umierała przez tydzień na oczach kilkudziesięciu osób. Chudła, nie oddawała moczu i przestała wstawać z łóżka. Lekarz mówił, że udawała. Aż w końcu Agnieszka padła z wycieńczenia” – pisał Janusz Schwertner.

Tytuł publikacji jest oskarżający: „Agnieszka. Śmierć monitorowana”. Dzisiaj totalny blokers Jaki podczas sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka twierdził, że aresztowana cierpiała na trudną do wykrycia chorobę.

Agnieszka wyła w stanie agonalnym przez tydzień na oczach kilkudziesięciu osób, a ten utrzymuje, że to była „trudna do wykrycia choroba”. Jaki to trudny przypadek totalnej pokraczności.

JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE PRZEZ TYLE LAT NIKT MU NIE WYTŁUMACZYŁ???

Przepowiednia Churchilla

Wydaje się, że jedynym krajem sąsiednim, z którym mamy dobre stosunki, jest Białoruś.

Polscy politycy mają problem z polityczną arytmetyką, dlatego nasz kraj jest taki, jaki jest. Z pretensjami i martyrologią jako wzorcem dla młodzieży. Jarosławowi Kaczyńskiemu mogę się nie dziwić, jest wyizolowany, nawet życia rodzinnego nie ma. Świata nie poznał, a władza wpadła mu w ręce psim swędem.

Kaczyński usiłuje samego siebie i Polskę zbudować za pomocą powstania z kolan. Dosztukować chce wyimaginowaną wielkość uszczknięciem od innych. Od Niemców np. żąda reparacji za II wojnę światową. A przecież Polska od Unii Europejskiej dostała więcej niż wynosił plan Marshalla. W tym najnowocześniejszym organizmie cywilizacyjnym zostaliśmy liczącym się państwem europejskim. Po dwóch latach rządów PiS pozycja Polski została jednak zaprzepaszczona i znajdujemy się z powrotem w sytuacji RWPG i to uszczuplonym, bo jedynym krajem sąsiednim, z którym mamy dobre stosunki, jest Białoruś.

Reparacje wojenne są oczywistą złudą, na co wskazuje ekspertyza, której nie ujawniło Biuro Analiz Sejmowych. Jej autorem jest prof. dr. hab. Cezary Mik. Wydał podobną opinię w 2004 roku i pisze w niej  o deklaracji rządu PRL  w sprawie zrzeczenia się odszkodowań wojennych z 1953 roku:„Zakwestionowanie oświadczeń Rady Ministrów PRL mogłoby być jedynie rezultatem podważenia legalności całego porządku społeczno-polityczno-prawnego, jaki zaistniał po 1947 r. (…). Należałoby się jednak wówczas liczyć z (…) podważeniem granic Państwa (…). Właściwie czynnik polskie potwierdzały moc obowiązującą z 1953 r. tak w okresie PRL (1970 r.), jak też po zmianach ustrojowych”.

A więc mówimy o możliwości zakwestionowania 1/3 ziem polskich – Ziem Zachodnich oraz Warmii i Mazur, o których to w Jałcie w 1945 roku Winston Churchill powiedział: – „Będzie źle, jeśli nakarmimy polską gęś taką ilością niemieckiego jedzenia, że zdechnie na niestrawność”. Wystarczy podmienić drób – gęś na kaczkę – i ogłosić Churchilla Nostradamusem, który przewidział polską kaczkę, która będzie się dławić nazbyt wielką… władzą.

No i właśnie zaczynamy cierpieć z tego powodu na niestrawność. Cierpi Konstytucja, cierpi niezależność sądownictwa, a niedługo będą też miały problemy wolne media. Po co komu taki chory człowiek Europy?

Zestawmy tę cierpiącą Polskę z raportem opublikowanym przez niemiecki „Der Spiegel” (właśnie ujawniony), sporządzony dla Bundeswehry, który dotyczy największych zagrożeń dla Unii Europejskiej. Raport nosi tytuł „Strategiczna Perspektywa 2014”. Według niego, dwoma największymi zagrożeniami dla wspólnoty europejskiej są polityka krajów, które pójdą drogą Brexitu oraz agresywne działania Rosji, co może doprowadzić do wzrostów nacjonalizmów. Skutkiem mogłoby być zerwanie międzynarodowych porozumień oraz współpracy. Aby jednak do tego nie doszło, trzeba utrzymać dotychczasowy rozwój ekonomiczny wspólnoty poprzez ściślejszą integrację.

Jeżeli doszłoby do rozpadu UE, „polityka Kaczyńskiego” – cytuję Waldemara Kuczyńskiego –„prowadzi do niemal pewnej utraty niepodległości w razie znalezienia się w takiej burzy”.

LIS MA RACJĘ. KABARET 🙂

>>>

>>>

>>>

„Usłyszcie mój krzyk”.

Magdalena Środa na FB 👍 👏👏👏🇵🇱✌️🇪🇺

Trzy zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Sędzia Żurek jest poza zasięgiem blokersa Jakiego

Nie obchodzi mnie, pod którym blokiem za młodu wystawał Patryk Jaki, bo to dzisiaj on jest blokersem w sferze publicznej. Do takich osóbek ma zastosowanie „potęga smaku” Zbigniewa Herberta, zarówno estetycznie, intelektualnie, jak i mentalnie.

Oto do prawnika pełną gębą Waldemara Żurka odzywa się ten, który nie odróżnia apelacji od kasacji, iż „gdyby nie weto prezydenta, już pan Żurek nie miałby tej satysfakcji”.

„Tej satysfakcji” – dotyczy tego, iż magister prawa Ziobro i „blokers” Jaki przesłali listę 256 kandydatów na asesorów, których Krajowa Rada Sądownictwa nie zaakceptowała z powodów formalnych. Zauważmy, iż Jaki nawet w języku polskim jest beznadziejny. Nie wyobrażam sobie, aby Żurek miał „satysfakcję”, a wręcz przeciwnie: to odbiera satysfakcję uprawiania zawodu, gdy naprzeciw masz osoby niemające pojęcia, co robią. Jaki dla fachowca Żurka jest „dyskomfortem”. Przepraszam za określenie nomen-omen: Jaki jest byle jaki.

To, że coś się niszczy, to nie jest pojęcie o budowaniu. Żurek buduje autorytet prawa, a blokers Jaki niszczy autorytet prawa swoją niewiedzą, nie tylko nie odróżniając apelacji od kasacji. Niszczy język polski – co mnie z kolei wkurza – bo język polski Jakiego nie jest językiem, nie jest komunikatorem semantycznym, jest pluciem (czyli substancją organoleptyczną, acz metaforyczną), jest niechlujstwem. Jak się nie potrafi nazywać, to należy się nie odzywać.

Janczarzy od Ziobry nie zostali powołani na asesorów, bo Ziobro z Jakim nie potrafili wypełnić kwestionariuszy, w których występują braki („Największa grupa braków to były kwestie niewykazania stanu zdrowia kandydata i co ważne przepisy dosyć ściśle regulują, to w jaki sposób stan zdrowia asesora, sędziego jest stwierdzany”).

Ale to tylko cząstka „prawdy” o tych „fachowcach” Ziobrze i Jakim. Gorsze, że dyspozycyjni janczarzy zniszczą nie tylko sferę prawną, ale te rejony aktywności publicznej, o których prawo będzie wydawało wyroki. Dyspozycyjność jest wielokroć kosztowniejsza niż pomyłki. Pomyłkę naprawisz, braki charakteru – nie.

Mając przed sobą takich wybrakowanych fachowców – i to w każdej dziedzinie – można się załamać. Oby nam Polska się nie załamała, bo tąpnięcie już mamy. Na powierzchnię wyleźli blokersi Jaki i Ziobro z „parcianą retoryką, łańcuchami tautologii i pojęciami, jak cepy”. A fe!

To , które się zmaterializowało…

Czy Kaczyński zrezygnuje z naczelnika, aby zostać premierem?

Nie jest jakimś epokowym odkryciem stwierdzenie, że Jarosław Kaczyński jest tchórzem. I bez spostrzeżenia posłanki Nowoczesnej Joanny Scheuring-Wielgus to wiemy. A obruszenie się Jacka Sasina, aby „nie obrażać Jarosława Kaczyńskiego”, świadczy o samym Sasinie, a nie jest żadną obroną odwagi Kaczyńskiego.

W polityce tchórzostwo bądź jego antonim są zbędne, a pożądana jest bezczelność – w polskiej polityce na pewno. Problemem jest dobór wykonawców. I tutaj moje uznanie dla Kaczyńskiego, który dobrał ludzi takich, jak Sasin, niekompetentnych, za to mających ambicje wspięcia się jak najwyżej. Tacy są pisowcy i dlatego będą wierni.

Niekompetentny w polityce – znaczy niezbyt zdolny, mało kreatywny, odtwórczy. Taki zbiór ludzi musi być dowartościowany poprzez odjęcie innym cech kompetencji, fachowości, przynajmniej współrzędności. Dlatego Kaczyński użył w stosunku do innych, niepopierających go i protestujących terminu „ludzi gorszego sortu”.

Zdegradował nieswoich zwolenników nie tylko z pozycji społecznych i zawodowych, ale i Polaka. Wszak gorszy sort nie brzmi dumnie. Jak wobec tego zostali wywyższeni zwolennicy Kaczyńskiego, jakiego dostali kopa w samopoczucie, wznieśli się jak balony. Niestety, strona poniżana, choć wzięła w nawias ten sort i potraktowała ironicznie, przeceniła zwolenników Kaczyńskiego – oni naprawdę nie znają słowa ironia.

Czy tchórzostwo Kaczyńskiego, a w zasadzie bezczelność już teraz wysiudają Beatę Szydło z siodła premiera? Wiele by na to wskazywało, czy jednak prezes na to się zdecyduje?

Ostatnio Szydło praktycznie nie jest obecna w przestrzeni publicznej. Dała o sobie znać chęcią eksportowania pomnika Jana Pawła II z Francji, jakby to był wrak smoleńskiego Tupolewa. Odwiedziła nawet Bogdana Rymanowskiego w TVN24, gdzie niczego odkrywczego nie powiedziała. Nie zajmuje głosu w wielu ważnych sprawach.

Z Szydło wychodzi szydło niekompetencji, lecz to jest wygodne dla Kaczyńskiego, bo dla elit politycznych i dziennikarskich on jest instancją. Choć Szydło zaliczy jakąś wpadkę (cóż, taka jest), nikt z tego nie robi zarzutu większego kalibru, bo ona taka jest, a do elektoratu to nie dociera.

Ludwik Dorn twierdzi, że „wobec usamodzielnienia się prezydenta, słaby, uległy, pozbawiony zdolności przywódczych premier – a taka jest Beata Szydło – staje się problemem”. Nie jestem pewien, czy Duda się usamodzielnił. To jego zaplecze pchnęło go do tego, gdyż chcą sięgnąć po frukta, które są poza kancelarią. I nie piszę tutaj o rzeczniku Krzysztofie Łapińskim, a raczej o szefie gabinetu Dudy Krzysztofie Szczerskim.

Duda ma ponoć silną potrzebę akceptacji, tak utrzymuje publicysta „Newsweeka” Michał Krzymowski, który ma dobre wtyki w obozie PiS. Akceptacji potrzebują ludzie nijacy, bez właściwości. Jak ich nie pogłaszczesz po głowie, będą smutni, płaczliwi i doprowadzać się będą do desperacji, aby uścisnąć twoją dłoń, która ma głaskać.

Tak! To prezydent. Kaczyński ustawy sądowe ma dopięte po swojej myśli. Spotykać się będzie jeszcze z Dudą po to, aby omówić inne kwestie i aby nie zadrżała mu ręka przy parafowaniu ustaw, o które rozgorzeją kolejne wojny – np. tzw. repolonizacja mediów.

Czy Kaczyński zrezygnuje z roli naczelnika, do którego na Nowogrodzką schodzą się wszyscy, włącznie z nijaką premier. Wydaje mi się, że bardziej rozsmakował się w ważności, niż odpowiedzialności. Dorn utrzymuje, że kandydat na premiera jest tylko jeden – prezes.

Pozostają wobec tego otwarte pytania: Czy Kaczyński zrezygnuje z naczelnika, aby zostać premierem? Czy bezczelność zamieni na odwagę odpowiedzialności, bo prędzej czy później rządzący tej partii staną przed Trybunałem Stanu za rozwalenie demokracji w Polsce?

Autokalipsa Piotra S. z Niepołomic (pieśń)

Ocalić obywatela, szarego człowieka,

czy ocalić w sobie Gilgamesza Hektora Rolanda

 

Ile było w bohaterach szarego człowieka,

a ile jest w nas hohatera

 

Piotr z Niepołomic jest w każdym z nas,

doszedł do złotego runa nicości ostatniej nagrody

 

Zostawił swój manifest,

a wziął ze sobą nasze tożsame  manifesty

 

Alter ego Tadeusz Konwickiego

szedł pod PKiN po małą apokalipsę

 

Szłość samojedna,

jak pisał Miron Białoszewski

 

Piotr S. z Niepołomic dokonał autokalipsy

wśród obróconych plecami

 

Dał nam świadectwo Szarego Człowieka,

abyśmy zostali z tym Łazarzem Obywatelem

 

Musimy go wskrzesić,

bo cudem jest być sobą, być wolnym

 

Prawdy nie da się zakrzyczeć, ani zamilczeć,

płonie, jak olimpijski znicz

***

DZIŚ WSPOMINAMY TYCH, KTÓRZY ODESZLI. CZEŚĆ ICH PAMIĘCI.

>>>

>>>

csppsmhuiaafixv

EMERYCI NA PEWNO PODZIĘKUJĄ. MAJĄ OCZY I WIDZĄ, DLA KOGO CIĄGNIE KASĘ „DOJNA ZMIANA”.

Dwie postacie PiS, którym szkodzi myślenie, bo od niego głowa boli. Postaci, którzy już mają nazwane zbiór karukatur, a zwane są „Misiewicz, Pisiewicze, byleJacy”.

Zdobią swą tłustością okładkę „Newsweeka”.

z20709529q

„Recepta na karierę w IV RP. Stanowiska dostali za lojalność. Teraz sami rozdają posady: Bartłomiej Misiewicz w Łódzkiem, Patryk Jaki na Opolszczyźnie” – głosi okładka „Newsweeka”. Trafiły na nią twarze rzecznika Ministerstwa Obrony Narodowej i wiceministra sprawiedliwości.

Misiewicz „może załatwić pracę w państwowej spółce i odwołać wojskowego dowódcę”. O byleJakim dziennikarze napisali: „W Opolu opowiadają, że Patryk Jaki, może wszystko. Trochę się tylko dziwią, czemu wyrzyna u siebie PiS-owców”.

WYNIK WYBORCZY NIE UPRAWNIA PiS DO USTAWIANIA DZIAŁACZY PARTYJNYCH NA PAŃSTW. STOŁKACH. JAK WIDAĆ ZASŁANIAJĄ SIĘ NIM.

csss2wwueaenzwg

Mamrot Mariusz Błaszczak wyznał nie swoje, bo marzenia prezesa. Hollywoodzkie filmy. Prezesowi nie podobają się wybitne „Pokłosie” i oscarowa „Ida”.

ida

Błaszczak wyraził zdziwienie, że filmy te sfinansowano z pieniędzy podatnika. Jak powiedział, np. w „Idzie” nie mówi się o najeździe Niemców na Polskę i wymordowaniu przez nich Żydów. Uzasadniał potrzebę nakręcenia filmu z aktorami hollywoodzkimi np. o rotmistrzu Pileckim, czy lotnikach polskich, którzy walczyli o Anglię. Fundusze miałyby pochodzić z budżetu państwa:

Trzeba zatrudnić Cruise’a, Gibsona, czy kogoś kto jest znany na całym świecie. Aktora hollywoodzkiego, który wcieliłby się w postać Polaka w czasie II wojny i pokazał historię – stwierdził.

Wypowiedź ministra już wywołała wesołość na Twitterze:

tomasz-lis

Kolejni pisiewicze.

cssr3m6xgaa_loc

ABY NIKT NIE MIAŁ WĄTPLIWOŚCI. SHOW DOPIERO SIĘ ZACZYNA.

cssv28cuaaarw6w

DOJNA ZMIANA TRWA.

cssxrtcvuaa5g4h

Nie widzieliśmy ani jednego wpisu Szydło czy Dudy z gratulacjami za medale, ale może coś przeoczyliśmy…

cssuzggukaacbj0

Waldemar Mystkowski pisze o pomniku Lecha Kaczyńskiego, który miał być postawiony z funduszu obywatelskiego.

pomnika

Już PiS witało się z gąską, ale pomysł nie ma autora, który z imienia i nazwiska chciałby się przyznać. Niemniej ta inicjatywa zapowiada przyszłość. W Tarnobrzegu jakiś trefniś wpadł na pomysł 8-metrowego pomnika Lecha Kaczyńskiego. Inicjatywa bynajmniej nie polityczna, nie samorządowa, bo obywatelska. W tym mieście budżet obywatelski wynosi 2 mln zł. Obywatele zgłaszają pomysły, które uważają za niezbędne dla ich życia codziennego. Ktoś wpadł na pomysł, że niezbędny dla ducha mieszkańców jest pomnik Lecha Kaczyńskiego. Zgłoszono projekt i określono wstępną wycenę monumentu z brązu na 400 tys. zł.

cssriojxyaamztx

Miastem rządzi koalicja PiS i lokalnego komitetu Moje Miasto, więc szybciutko komisja zaakceptowała ten niezbędny obiekt dla mieszkańców Tarnobrzega, a nawet lokalni posłowie prosto z serca dali głos w sitko. Z pobliskiej Stalowej Woli poseł PiS niejaki Rafał Weber orzekł o inicjatywie w Tarnobrzegu: „Popieram ją z całego serca”. Gdy chciano doprecyzować szczegóły projektu pomnika, autor odezwał się tylko raz mailowo, nie podał numeru telefonu ani prawdziwego nazwiska. Pomysł więc na razie upadł. Zauważmy, iż pomnik miał powstać z budżetu obywatelskiego, z którego buduje się ścieżki rowerowe, szalety miejskie, place zabaw z piaskownicami itp. Ktoś chciał sprawdzić, czy pomysł z pomnikiem z takiego budżetu może liczyć na akceptację. Dostał więc pozytywną odpowiedź. A przy tym pomnik jeszcze nie dorównuje wielkości Chrystusa ze Świebodzina, ale jest większy od Chrystusa z Poznania.

waldemar-kuczynski

Znając miłość Jarosława Kaczyńskiego do swego brata i miłość poddanych pisowskich do prezesa PiS, można oczekiwać, iż będą prześcigać się w pomysłach. Czekają nas  Świebodziny z „polegniętym” prezydentem, który wyciąga ręce w naszym kierunku. Żyjemy w czasach groteski i to tej nie najwyższych lotów. W każdym razie brzoza pod Smoleńskiem została ścięta na wysokości 6,6 metra, a pomnik w Tarnobrzegu miał mieć 8 metrów. Można zmetaforyzować, iż pomnik Lecha Kaczyńskiego odleciał na zapasowe lotnisko.

PIĘKNE PODSUMOWANIE LISA 🙂

css0xvtusaaak2i

Pisowskie Alternatywy 4 trwają w najlepsze.

csshmy2vyaek2hl

Jarosław Kaczyński dobrał sobie wiceprezesów.  Schatakteryzowac ich można: beton. Cokolwiek myśleć o Mateuszu Morawieckim – który nie został zastępcą Kaczyńskiego – jest bardziej otwarty od wybranych.

kto

Licząca kilkuset członków Rada Polityczna PiS decydowała m.in. o tym, którzy politycy będą wiceprezesami PiS i kto zasiądzie w ścisłym kierownictwie partii – Komitecie Politycznym. Spotkanie jest zamknięte dla mediów, głosowania są tajne, ale do wiadomości podano wyniki. Premier Beata Szydło, wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński, szef MSWiA Mariusz Błaszczak, minister koordynator specsłużbMariusz Kamiński, szef MON Antoni Macierewicz, minister w KPRM Adam Lipiński – zostali w wybrani na wiceszefów partii. Joachim Brudziński został też szefem Komitetu Wykonawczego PiS.

csg9jeywgaaqwoq

Kaczyński broni wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, który sędzinę postraszył dyscyplinarką. A to znaczy, że PiS weźmie się za sądownictwo, będzie chciał dyscyplinować, aby w sądach zapadały wyroki po myśli Kaczyńskiego – „Prawo musi być po naszej stronie”: prawo Pawlaka i Kargula.

kaczynskio

– Jeśli chodzi o sędzię, która wydała taki haniebny wyrok, to mamy tutaj do czynienia z taką sytuacją. Jednym z postulatów PiS jest równość traktowania wszystkich przed sądami. A w Polsce są obywatele, którzy mają za dużo praw, a inni za mało. I my to zlikwidujemy, a mam nadzieję, że niedługo przystąpimy do generalnej reformy sądownictwa.

Jaki jednak wycofał wniosek o postępowanie dyscyplinarne wobec sędzi. A to znaczy, że nie ma racji, boi się przegranej. Tak pewnie zlecił mu Kaczyński.

patrykjaki

Będą rozpieprzać prawo i zaprowadzać bezprawie. Gdy prawo działa, pisowskie łajzy robią w galoty.

Nowoczesna zaprezentowała swój nowy program, jest bardziej socjalny. Ryszard Petru zapowiedział.

petruszydlo

– Jestem przekonany, że wygramy kolejne wybory i odsuniemy szkodników od władzy. Postawimy przed Trybunałem Stanu premier Beatę Szydło i prezydenta Andrzeja Dudę za łamanie konstytucji. Odkręcimy wszystkie pseudoreformy przywracające PRL w prokuraturze, mediach, edukacji, obrocie ziemią. Tylko my możemy to zrobić, nikt za nas tego nie zrobi – podkreślił lider Nowoczesnej Petru. Zapowiedział, że jego partia zdelegalizuje wszystkie skrajne organizacje, które nawołują do wojny polsko-polskiej. – Nie będzie zgody na agresję, ksenofobię, sianie nienawiści.

Świetny esej o Kaczyńskim opublikowała Dominika Wielowieyska. Oto jego obszerne fragmenty.

smolenskobelgi

Codziennie politolodzy i publicyści próbują zrozumieć, na czym polegają strategia i cele Jarosława Kaczyńskiego. Odpowiedź na drugą część pytania jest prosta: prezes dąży do pełni władzy i pal sześć demokrację. Ale strategii nie da się zbyć zwięzłym hasłem. Złośliwie wypominany Jackowi Kurskiemu bon mot „Ciemny lud wszystko kupi” jest niewystarczający.

Tamci się sprzysięgli

Pierwszym narzędziem lidera PiS jest frustracja. Tok myślenia ludzi skupionych wokół Kaczyńskiego jest prosty: jesteśmy równie zdolni i należy się nam, ale nie odnosimy sukcesu, bo krajem rządzą sitwa i samolubna elita.

Można kpić z postawy „pod górkę do szkoły”, ale często chodzi o coś więcej niż pech czy nieudacznictwo. Często ci, których nazywamy „frustratami”, troszczą się o sprawy swojej małej i dużej ojczyzny, mają poczucie, że coś źle idzie – w całym państwie i w ich okolicy, w miejscowej szkole czy urzędzie – a zmiana na lepsze wydaje im się niemożliwa. Stąd wiara w czyściciela, który coś za nas załatwi, naprawi instytucje, odblokuje drogi awansu.

Zestrzelili, panie, zestrzelili

Drugi filar strategii PiS to Smoleńsk. Wielu uważa, że katastrofa jest cynicznie rozgrywana. Że obóz PiS nie wierzy w żaden zamach, ale wie, że snucie tej opowieści podkręca emocje, pozwalając zagospodarować frustracje godnościowe, również te z punktu poprzedniego. A przy okazji eliminuje pomniejszych graczy, którzy nie dysponują tak silnym mitem.

Ale to tylko część prawdy. Bo mnóstwo ludzi naprawdę wierzy w zamach. Nie tylko dlatego, że trudno jest obarczać odpowiedzialnością ofiary albo przyjąć, że za symbolicznym wręcz dramatem stoją banalne „procedury”, ciąg zwyczajnych zaniedbań. Źródłem jest, znowu, frustracja: śmiejecie się, bo nie rozumiecie, że Lech Kaczyński był ważny i dlatego zginął. Jak zwykle chcecie nas poniżyć, a Putin obawiał się naszej bezkompromisowości.

PiS umiejętnie splata ten kompleks z szerszą potrzebą, którą żywią nie tylko frustraci czy radykalni narodowcy, ale też wielu trzeźwych obywateli: potrzebą dumy z Polski. Wizja Smoleńska jako próby usunięcia przywódcy, który miał odwagę iść wbrew geopolitycznemu dyktatowi, to nie obłęd, lecz element wizerunku Polski, która odgrywa ważną rolę w światowej polityce.

Im bardziej strona PiS pompuje ten mit, tym bardziej prowokuje drugą stronę do prób przekłucia patriotycznego balonu żartem – a wtedy pada oskarżenie o brak wrażliwości. Często szczere, bo Smoleńsk przeorał świadomość tego obozu: ból, bezsilność i gniew były dominujące. Tak czy inaczej, spirala się nakręca, a prezes utrzymuje środowisko w gotowości i jedności.

Ostatni będą pierwszymi

Innym spoiwem jest oczywiście szansa: awansu, posad, prestiżu.

Każdy coś dostanie, jeśli tylko zadeklaruje bezwzględną lojalność. Bezwzględna oznacza, że bez cienia zażenowania promujemy jeden przekaz, choćby najbardziej absurdalny. Na przykład, że przed PiS Polska była w ruinie, a gdy nastały jego rządy, rozkwitła w dwa miesiące. Głupie? Może i tak, ale Kaczyński ma argument: jak powiedział w jednym z wywiadów, ludzie nie analizują tego, co widzą w telewizji, uznają to za pewnik. A to oznacza, że tylko zmasowany przekaz bez żadnych odchyleń zapewni długie panowanie. Prezes powstrzymał przewrót pałacowy w TVP, bo Jacek Kurski rozumie i realizuje jego wizję.

Majstersztyk polega na tym, że gdy druga strona próbuje atakować: teraz wy dorwaliście się do żłobu, odpowiedzią jest wzruszenie ramionami: ale my wymieniamy elity i zwracamy godność. Może nasze elity są niedoświadczone, nawet nieudolne, ale dajemy 500+, dostrzegamy potrzeby tej części społeczeństwa, która była pomijana. Bierzemy posady? Tak, ale nie żałujemy i innym, zwykłym ludziom. Na to przeciwnik PiS nie ma dobrej odpowiedzi.

Wojna daje życie

Prof. Andrzej Zybertowicz, jeden z filarów intelektualnych IV RP, w rozmowie z Joanną Lichocką stwierdził, że spora część obozu jest naprawdę mało kreatywna, wycofana, żyje przeszłością. I nie da się przebudować państwa bez udziału elit, zwykle głosujących na centrum. Ale Kaczyński postanowił pójść na wojnę ze wszystkimi. Z prostego powodu: bez konsolidującego konfliktu nie da się zarządzać tak wielkim obozem. Układ PiS kontra reszta świata pozwala tłumić wewnętrzną krytykę. Jest wojna, a na wojnie nie roztrząsasz decyzji wodza. Masz wątpliwości, więc nas osłabiasz. I pamiętaj: i tak nie masz dokąd pójść, jesteś z nami na dobre i na złe. Już nikt cię nie zechce, bo jesteś z PiS.

Stąd uwikłanie prezydenta w spór konstytucyjny. Andrzej Duda był zagrożeniem, bo w każdej chwili można wymienić premiera, ministrów, marszałków Sejmu – ale nie prezydenta. A historia III RP pokazuje, że prezydenci – z wyjątkiem spętanego rodzinnymi relacjami Lecha Kaczyńskiego – wybijali się na niepodległość: nikt, choćby swój, nie będzie mi mówił, co mam robić, skoro stoi za mną bezpośredni mandat wyborczy. Duda też mógł pójść tą drogą, ale nim zdążył okrzepnąć na stanowisku, spór o Trybunał Konstytucyjny odciął mu drogę do rozmowy z innymi środowiskami.

Na uwagę, że ów spór przynosi potężne straty, bo mimo wszystko mobilizuje część społeczeństwa przeciwko PiS, politycy tylko się uśmiechają: ale scala nasz obóz. Postawieni pod ścianą, z jasnym przekazem jesteśmy o wiele bardziej efektywni niż letnia centroprawica, rozleniwione centrum czy podzielona lewica.

Najpierw rewolucja, potem demokracja

Być może przeciętny wyborca – widz TVP nie widzi, że przejmowanie państwa służy poszerzaniu władzy jednego człowieka. Ale dlaczego oczy zamykają niezależni intelektualiści? Dlaczego w zasadzie tylko Jadwiga Staniszkis, Ryszard Bugaj czy Kazimierz Michał Ujazdowski rozumieją, że ta awantura szkodzi nam na świecie, jest kosztowna nie tylko wizerunkowo, ale także gospodarczo?

Można oczywiście założyć, że działa stary mechanizm: prawicowych intelektualistów fascynuje siła. Ale to nie wszystko. Wielu z nich naprawdę uważa, że zmiana jest potrzebna, a na przeszkodzie stoją elity III RP, wyniosłe i roszczące sobie prawo do wyrokowania.

Dobrym przykładem jest Piotr Skwieciński, który przestrzega, że sprowadzanie protestów KOD do buntu zamożnych odsuniętych od koryta to błąd. Publicysta zadał sobie pytanie: dlaczego on sam jest w stanie zaakceptować ostrą jazdę w sprawie Trybunału, chociaż uznaje poważne argumenty „liberałów” powołujących się na państwo prawa? Szybko znalazł odpowiedź: bo tylko brak skrupułów sprawi, że nie będziemy zawierać zgniłych kompromisów i zdołamy przeprowadzić realną zmianę.

Podobnie myśli filozof konserwatysta Dariusz Karłowicz, który w wywiadzie dla „Plusa Minusa” uzasadniał tezę, że paraliż Trybunału Konstytucyjnego był czymś nieuniknionym, bo „arystokracja” demokratyczna oderwała się od społeczeństwa.

„Władza sądownicza stanowi pierwiastek arystokratyczny, a egzekutywa reprezentuje pierwiastek królewski – w zależności od rozwiązania bliższy ludowi lub arystokratom. Możliwości demokratycznej kontroli nad arystokracją były z założenia bardzo skromne. Wraz z rozwojem instytucji europejskich zaczęły się jeszcze bardziej kurczyć. Jak się dobrze zastanowić, to widać, że nieczytelne mechanizmy kooptacji dotyczą nie tylko sędziów czy ekspertów. Żyjemy w przeświadczeniu, że to my wybieramy polityków. Czy rzeczywiście? Nie mówię nawet o pozycjach, które w ogóle nie mają nic wspólnego z żadnym wyborem, ale choćby o listach wyborczych. Klasa polityczna stanowi świat nieomal autonomiczny” – twierdzi Karłowicz. Potrzebna jest więc rewolucja, która złamie zasady narzucone przez „prawniczą arystokrację” – kiedyś może słuszne, ale wypaczone przez pychę i samowolę.

Jest jedno państwo, a prezes jest jego prorokiem

W myśleniu Kaczyńskiego wyrachowanie splata się z prawdziwą wiarą. Nie tylko w Smoleńsk, ale również w pewien model państwa, społeczeństwa, gospodarki, za którym idzie konkretne – już pragmatyczne – działanie. Można to streścić dwoma słowami: „maksymalizm” i „radykalizm”.

Dla ludzi PiS słowa „kompromis, porozumienie” są okropne. Sprowadzają się do „ciepłej wody w kranie”, a my patrzymy dalej, myślimy w szerszych kategoriach, chcemy osiągać panoramiczne cele. Ale przeszkadzają nam w tym patologie, jak choćby korupcja. I nieprawda, że patologie są czymś, co się zdarza w każdej demokracji, nie – to zjawiska wszechogarniające, splecione, powszechne, systemowe. Dlatego należy użyć siekiery zamiast skalpela. Wcześniej zaś określić wroga, a gdy to niemożliwe, bo sceptycy mówią, że nie ma jednego układu, tylko jakieś procesy, okoliczności, specyfiki, zmienne – należy go wykreować. Bo jak bez niego dokonywać śmiałych aktów? Stąd tęsknota za biało-czarnym obrazem świata. Ci to zdrajcy, a ci patrioci. A to z kolei uzasadnienie dla maksymalnego poszerzenia swojej władzy.

Kaczyński wie, że myśli i działa autorytarnie, ale akceptuje to, bo uważa, że sukces może odnieść wyłącznie państwo wykreowane przez silne centrum decyzyjne, bez udziału obywateli, samorządów, całej tej zbędnej debaty. Debata prowadzi do imposybilizmu, do wyważania racji, do respektowania zdania mniejszości. Słowem, do chaosu, który osłabia państwo. A przecież – tu znów pragmatyzm splata się z wiarą – zagrożenia zewnętrzne są ogromne, nasi europejscy partnerzy tylko mówią o współpracy, ale myślą, jak uczynić z nas swojego wasala.

Podobnej cyniczno-idealistycznej filozofii hołduje Viktor Orbán.

W portalu wPolityce.pl prawicowy publicysta Grzegorz Górny tak zrelacjonował jego myśl: „Węgierski polityk stwierdził, że w ciągu ostatnich stu lat miały miejsce cztery wydarzenia, które spowodowały wielkie przemiany ustrojowe na świecie. Były to: I wojna światowa, II wojna światowa oraz upadek komunizmu. Czwartym wydarzeniem, którego skutki obserwujemy teraz, jest globalny kryzys finansowy. Spowodował on zasadnicze zmiany w funkcjonowaniu trzech charakterystycznych dla cywilizacji zachodniej modeli organizacji wspólnoty, takich jak: państwo narodowe, demokracja liberalna i państwo dobrobytu. Zdaniem Orbána, żyjemy obecnie w okresie, gdy wykuwa się nowy rodzaj systemowego organizowania wspólnot”.

Węgierski premier uważa, że trwa międzynarodowy wyścig, w którym stawką jest takie urządzenie państwa, które uczyniłoby z jego mieszkańców naród sukcesu. Trzeba więc stworzyć nową formę organizacji – taką, która będzie sprawniej konkurować w tym wyścigu. A jest nią wspólnota. Dotychczasowy model liberalny znalazł się w kryzysie, bo osłabiał realne wspólnoty: od rodzinnych, przez kościelne, po narodowe. Dlatego choć nie można przekreślić wszystkich wartości liberalnej demokracji, takich jak prawa człowieka, przede wszystkim należy odbudować życie wspólnotowe. „Co oznacza ograniczenie wpływu tych czynników, które osłabiają wspólnoty” – tłumaczy Górny.

Wspólnota na moich warunkach

Kaczyński tę ideę realizuje po swojemu: nie szuka tego, co łączy. Wymiana elit, sformatowanie edukacji, ograniczenie wolnych mediów – to wszystko ma do minimum ograniczyć ryzyko osłabienia wspólnoty. Trzeba usunąć krytykantów i tych, którzy lubią dzielić włos na czworo.

Kłopot w tym, że nawet jeśli rozgoryczenie zwolenników PiS ma podstawy, bo państwo jest za mało sprawne, a dopuszczenie świeżej krwi może być zdrowe, to ich maksymalistyczna i radykalna recepta jest zabójcza. Nie pomogą nowe programy nauczania i propaganda TVP. Nawet gdyby PiS miał lepsze kadry prawnicze, akademickie, biznesowe, niż ma, całe społeczeństwo po prostu nie jest w stanie dopasować się do ideału jednego człowieka, dlatego opór będzie się pogłębiał – a z nim rów, który dzieli Polskę.

Wzywanie do zasypania tego rowu może wydawać się naiwnym sloganem. Ale nim nie jest. Lekceważenie co najmniej połowy obywateli, podważanie ich wkładu w budowę kraju sprawia, że część społeczeństwa nie jest w stanie identyfikować się z własnym państwem. To podkopuje chęć do pracy zespołowej, na której opiera się choćby plan Morawieckiego. Wielu twórczych ludzi wybierze wewnętrzną emigrację, a nowe elity, choćby chciały, nie wypełnią tej luki, bo nie będą miały na czym budować. Wszak wódz zanegował wszystko, co rozpoczęło się przed erą PiS.

Tak Kaczyński, chcąc wzmacniać państwo, nieustannie je osłabia. Dostaniemy słaby kraj zamiast orbanowskiej wspólnoty.

Dlatego już dziś powinniśmy – wszyscy, na umiarkowanej prawicy, na lewicy i w centrum – myśleć o scenariuszu na czasy „po PiS”, który unieważni logikę odwetu. Tak by zwycięzca kolejnych wyborów zagospodarował najlepszą część obecnej elity rządzącej. Spróbujmy zrozumieć aspiracje i sposób myślenia zwolenników PiS. A przede wszystkim przekonać ich, że apokaliptyczny przekaz Kaczyńskiego: „Nikt was nie zechce, cała wasza nadzieja w mojej monowładzy”, to kłamstwo.

csilbg8wyaau0fp

Agnieszka Kublik porównuje totalne zakłamanie filmu „Smoleńsk” z faktycznymi zdarzeniami podczas katastrofy smoleńskiej, która została racjonalnie przeanalizowana.

otosmolensk

Film „Smoleńsk” ma niewiele wspólnego z tym, co się naprawdę stało 10 kwietnia 2010 r. Dzięki czarnym skrzynkom tupolewa wiemy, dlaczego samolot z Lechem Kaczyńskim i 95 innymi osobami na pokładzie rozbił się o 8.41.

Gdy Tu-154 o 7.27 odrywa się od płyty lotniska Okęcie, nad Smoleńskiem wisi już gęsta mgła. Ale załoga – skomponowana ad hoc, nigdy wcześniej ze sobą nie trenowała i nie latała – o tym nie wie. Od wojskowych służb meteorologicznych dostaje nieaktualną prognozę pogody; o gęstniejącej mgle dowiaduje się nad Białorusią.

W kokpicie robi się nerwowo ok. 25 minut przed katastrofą. Lot na lotnisko zapasowe to strata kilku godzin i opóźnienie uroczystości w Katyniu poświęconych zamordowanym w 1940 r. polskim oficerom.

O 8.14 białoruski kontroler z Mińska informuje załogę, że w Smoleńsku tzw. widoczność pozioma wynosi zaledwie 400 m. Minimum dla tego lotniska dla Tu-154 to 1000 m, ale dowódca załogi miał uprawnienia jeszcze ostrzejsze – 1800 m.

O 8.17 dowódca mówi do stewardesy: „Nieciekawie, wyszła mgła, nie wiadomo, czy wylądujemy”.

Rosyjscy kontrolerzy w Smoleńsku przy pierwszym połączeniu radiowym z tupolewem o 8.24 informują: „Warunków do przyjęcia nie ma”. Dowódca załogi odpowiada: „Dziękuję. Jeśli można, spróbujemy podejścia, a jeśli nie będzie pogody, wtedy odejdziemy na drugi krąg”.

Zgodnie z procedurami o zmianie miejsca lądowania decyduje kapitan. Ale powinien ją uzgodnić z dysponentem lotu – w tym wypadku Kancelarią Prezydenta.

O 8.26 dowódca załogi przekazuje Mariuszowi Kazanie, dyrektorowi protokołu dyplomatycznego MSZ: „Panie dyrektorze, wyszła mgła w tej chwili i w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść – zrobimy jedno zejście – ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. Tak że proszę [<i>już myśleć</i>lub <i>pomyśleć</i>] nad decyzją, co będziemy robili”.

Dyrektor Kazana pyta: „Będziemy…” [prawdopodobnie: <i>czekać?</i>].

Dowódca: „Y, paliwa nam tak dużo nie starczy, żeby…”.

Dyr. Kazana: „No to mamy problem”.

Po 4 min Kazana wraca do kokpitu: „Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robimy”. I wychodzi.

W kokpicie jest tłoczno i głośno. A zgodnie z przepisami powinna być w nim tylko załoga. Zwłaszcza gdy pogoda jest bardzo zła (ostatni komunikat, z polskiego jaka 40 stojącego na płycie lotniska w Smoleńsku, mówi już tylko o widoczności poziomej 200 m). Załoga wyprasza gości. Bezskutecznie.

W kokpicie jest najpewniej gen. Andrzej Błasik. Wiosną eksperci odczytali z czarnej skrzynki, że o 8:35,49 generał mówi: „Faktem jest, że my musimy to robić do skutku”, o 8:40,11: „Po-my-sły”, a o 8:40,22: „Zmieścisz się śmiało”.

W dodatku z wieżą w Smoleńsku rozmawiał nie nawigator (jak każą procedury), ale dowódca załogi – bo tylko on znał rosyjski. Ale nie znał rosyjskich wojskowych procedur. Gdy wieża oznajmia „Pasadka dopołnitielno” (Lądowanie warunkowo), tupolew powinien zejść do tzw. wysokości decyzji (100 m) i czekać na polecenia kontrolerów. Kiedy wszystko jest w porządku – załoga widzi ziemię – wieża wydaje komendę: „Pasadku razrieszaju”, czyli zgodę na lądowanie. Załoga powinna ją potwierdzić słowami: „Pasadku razrieszili”.

Tymczasem na taśmie słychać, że gdy kontroler mówi: „Pasadka dopołnitielno”, padają niezrozumiałe słowa załogi, a potem: „Spasiba” (Dziękuję).

Samolot zniża się bardzo szybko w gęstej mgle, nawigator odczytuje kolejne wysokości aż do 20 m. Odzywa się alarm systemu TAWS „Terrain ahead” (Teren przed tobą), a potem „Pull up” (Do góry) – samolot w takiej sytuacji powinien natychmiast się wznieść.

„Odchodzimy” z ust dowódcy załogi pada za późno, w dodatku maszyna leci na autopilocie. Ale w Smoleńsku nie ma systemu ILS, który bezpiecznie „sprowadza” samolot, nawet gdy jest mgła. Autopilot nie reaguje. Upływa parę sekund, nim załoga to sobie uświadamia. Dopiero wtedy kapitan zaczyna – ręcznie – odchodzenie na drugi krąg, ale maszyna już uderza w pierwsze drzewa, a potem skrzydło zawadza o brzozę. Ma ona ok. 10 m wysokości, a w miejscu uderzenia lewego płata – ok. 40 cm średnicy. Tupolew traci ok. 1/3 skrzydła, 80-tonowy samolot obraca się w lewo i uderza grzbietem o ziemię.

Do ostatniej chwili czarne skrzynki – ta z kokpitu i dwie zapisujące pracę urządzeń tupolewa – nie zarejestrowały żadnych oznak, że z samolotem jest coś nie tak. Gdyby doszło do zamachu, wybuch nagrałby się na taśmie, a rejestrator katastroficzny parametrów lotu odnotowałby wzrost ciśnienia i temperatury w kadłubie.

Waldemar Mystkowski na Koduj24.pl pisze o kardynale Dziwiszu, który po niechrześcijańsku stygmatyzuje. Przybija gwoździe.

kardynal

Kardynałowi Stanisławowi Dziwiszowi bardzo nie spodobała się kampania społeczna „Przekażmy sobie znak pokoju”. Akcję wspólnie zorganizowali katolicy świeccy i organizacje LGBT: Kampania przeciw Homofobii, Grupa Polskich Chrześcijan „Wiara i Tęcza”, Stowarzyszenie na rzecz Osób LGBT „Tolerado” oraz znane postacie katolickie – Halina Bortnowska, siostra Małgorzata Chmielewska czy ks. Andrzej Luter i Dominika Kozłowska.

Formuła jest jasna, prosta i wręcz ewangeliczna – ludzie chcą sobie okazywać dobroć i szacunek. Dobro ma łączyć, a nie dzielić, krzyż ma być refleksją nad życiem, a nie maczugą. Niby to powinno być jasne, ale nie jest. Hierarcha krakowski uznał, że coś mu się nie zgadza w rachunkach (sumienia), więc opublikował oświadczenie, rodzaj listu pasterskiego. No i czytamy, oczy otwieramy ze zdumienia i nie wierzymy. Kardynał pisze, że ta akcja to „celowe działanie”, które „służy zamazaniu pamięci o wielkim dobru Światowych Dni Młodzieży, które dokonało się w Krakowie i całej Polsce”. Jak może dobro i szacunek zasłaniać pamięć? To wręcz uzupełnienie, naddatek, powiększenie. A pamięć dotyczy rzeczy minionych, pożegnanych. Czyżby kardynał miał problemy z logiką, no i z niezrozumieniem papieża Franciszka, który był na ŚDM?

Papież Franciszek od kardynała wymaga odwrotnych zachowań, powiedział, iż „katolicy i inni chrześcijanie muszą prosić o wybaczenie nie tylko osoby homoseksualne. Muszą prosić Boga, by wybaczył, że ich dyskryminowali i wzbudzali wrogie postawy wobec nich”. Kard. Dziwisz występuje przeciw swemu zwierzchnikowi i nakazom ewangelicznym, wmawia dziecko w brzuch: „Kościół w sprawie homoseksualizmu jest cierpliwy i miłosierny dla grzeszników oraz jednoznaczny i nieprzejednany wobec grzechu. Wychowując swoich wiernych do szacunku dla każdego człowieka, jasno naucza, że nie może to nigdy prowadzić do aprobowania aktów homoseksualnych lub legalizowania związków jednopłciowych”.

To jest wręcz stygmatyzowanie – chciałoby się zwrócić uwagę kardynałowi. Swoim wiernym hierarcha wbija gwóźdź. Czyżby chrześcijaństwo miało polegać na cierpieniu? Niech wierni żyją jako naznaczeni? Kościół zajmuje się seksuologią i prawem? Czy do tego został powołany?

Kościół powstał dla ludzi, a chrześcijaństwo w swych początkach miało kapłanów (wyznaczanych przez wiernych) za sanitariuszy nie tylko od duszy, który troszczyli się o biednych, poniżonych, wykluczonych, ludzi zepchniętych na margines. Kościół chyba jest od dawania dobroci i szacunku, a nie od ferowania wyroków, naznaczania, a tym samym społecznego kamienowania słowem, bo to zrobił kard. Dziwisz. Rzucił złym słowem, jak kamieniem. Polskie chrześcijaństwo hierarchów jest mało chrześcijańskie, wymaga wręcz nawrócenia, chrystianizacji, ewangelizacji.

Jarosław Kaczyński ma problem. Jak przekonać ciemny lud, aby przychodził na miesięcznice i wierzył, że PiS ma problem ze wskazaniem winnych katastrofy smoleńskiej.

kaczynskinasi1

– Zwyciężyliśmy, choć przed nami jeszcze wiele niebezpieczeństw. Jesteśmy coraz bliżej dnia, w którym będziemy znali prawdę, w którym tu, po dwu stronach tego miejsca gdzie stoimy (Krakowskiego Przedmieścia), będą dwa pomniki – Pomnik Smoleński i Pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nasi przeciwnicy, ci którzy przez lata wydawali się triumfować, mają dziś już tylko jedna broń – tę starą broń komunistów i ich sojuszników – prowokację. Widzimy to tutaj. Ale przegrali. Zwyciężyliśmy

– Zwyciężyliśmy jeszcze nie końca, przed nami jeszcze bardzo wiele niebezpieczeństw, bardzo wiele trudności. Ta droga – mówiłem tutaj o tym wielokrotnie – droga do Polski prawdziwie sprawiedliwej, wolnej, prawdziwie niepodległej, suwerennej, to jest droga trudna, to jest droga pod górę, to jest droga, na której zawsze będą przeszkody. Musimy nasz marsz kontynuować aż do tego dnia, gdy usłyszymy komunikat prokuratury, komunikaty zespołu, który dzisiaj bada w Komisji Wypadków Lotniczych sprawę smoleńską, póki nie odsłonimy tutaj pomników.

Chodzi o pomniki i posadzić Tuska.

Chwała Kaczyńskiemu i zemsta, zemsta, zemsta.

To ma do zaofiarowania Kaczyński, polityk z nożem w zębach.

Wybitny pisarz Jacek Bocheński pisze o Kaczyńskim. Na razie PiS rozdaje pieniądze. Gdy ich zabraknie, będzie potrzebował policji, prokuratorów i zawisłych sądów. Już się o to stara.

wizja-kaczynskiego

A może mój pijany kierowca, który przed rokiem wsiadł z okrzykiem „kurwa!” do samochodu i powiózł nas autostradą przez ruiny do wrót „dobrej zmiany”, nie był wcale szaleńcem, lecz natchnionym pionierem przyszłych, całkiem niespodziewanych zmian? Może stratedzy PiS-u, zwłaszcza Prezes, są geniuszami, choć z innego powodu, niż prawdopodobnie myślą, że są, zwłaszcza Prezes?

Rzeczywiście, w samą porę wyczuli nową, leniwie dojrzewającą wersję buntu mas i zaryzykowali tak samo jak pijany kierowca. On ich przewiezie, powiedzieli sobie, zdaje się nawet bez wielkiego przekonania, ale powiedzieli. Bo z kolei wyczuli, że w takim stanie, w jakim jest kierowca suweren, można mu wszystko obiecać, byle po jego myśli, a on chętnie we wszystko uwierzy. Bunt mas nie był w stadium rewolucyjnym, masy nie paliły się do walki na barykadach czy majdanach typu ukraińskiego. Bunt był w stadium populistycznego podrygu, narkotyczno-odlotowym, współczesnym, być może europejskim. Sam PiS też pracował nad wywołaniem buntu, choć trochę innego, ale wyszło mu to, co wyszło, i tego się chwycił.

PiS obiecał rzecz najprostszą w świecie, której nikt inny nie ośmieliłby się gołosłownie obiecywać: rozdawanie pieniędzy każdemu do ręki w niedających się nastarczyć ilościach. I wygrał wybory. Uzyskał bezwzględną większość, będąc skądinąd w mniejszości.

csagerixgaetfvw

To nie był jeszcze przejaw geniuszu, którego się dopatruję. Po wygranej przyszło się wywiązać z obiecanego płacenia – na początek słynnego 500+ za drugie dziecko i każde następne. Znowu PiS trafnie wyczuł, że w tym stadium populistycznego rozochocenia mas nie można się uciec do powszechnie stosowanej praktyki i zaciągniętych zobowiązań wyborczych najzwyczajniej nie wykonać. Odwrotnie, stanął na uszach, by swoje pierwsze 500+ wypłacić, tym bardziej że już mu zaczął podskakiwać KOD. Ale PiS wiedział, że nie od obrońców Trybunału Konstytucyjnego i praworządności zależy los władzy w czasach populizmu, lecz od pieniędzy doraźnie rozdawanych masom. Tylko skąd je brać? Na opędzenie najpilniejszych wypłat starczyło chwilowo tych, które znalazły się w kasie. Pytanie, co dalej, zawisło w powietrzu.

Powiedziano, że pieniądze będą z „uszczelnienia” podatków i na wszystko starczą. Nie wiem, czy z problematycznego „uszczelnienia”, ale na pewno z podatków mogłyby pieniądze być, gdyby się podatki odpowiednio wysoko podniosło. Z tym niestety w populizmie jest kłopot, bo podatki, owszem, podnosić można, nawet ku uciesze mas, jednak bogatym i obcym, nie masom. A tylko powszechne podniesienie ich w masowej skali przyniosłoby zyski przynajmniej zbliżone do potrzeb w nieskończoność rosnących. PiS podjął przecież więcej zobowiązań finansowych wobec suwerena niż 500+. Otóż trudno jedną ręką pieniądze dawać, a drugą wyciągać obdarowanemu z kieszeni. Suweren nie jest już pijanym kierowcą, sądzi, że dojechał skutecznie do celu, i teraz powoli przytomnieje.

csayqjvwgayn1rh

Jednak PiS w poszukiwaniu pieniędzy dla niego może jeszcze zrobić pewną rzecz o fundamentalnym znaczeniu: pieniędzy poszukać w dochodach z własności państwowej. Są pierwsze oznaki, że do tego zmierza, lecz nazywa to bezpiecznie repolonizacją, bo słowo „renacjonalizacja” w ustach antykomunistów nie brzmiałoby dobrze. Ale faktyczna renacjonalizacja, ponowne upaństwowienie tego, co w toku transformacji zostało „złodziejsko” sprywatyzowane, sprzedane lub zaniedbane i doprowadzone do bankructwa, mogłaby w Polsce liczyć na przyzwolenie i nawet aplauz pokaźnej części społeczeństwa.

Poczucie, że tylko własność państwowa jest uczciwa, a prywatna, cudza oczywiście, zawsze człowiekowi nienawistna i tym gorsza, im większa, wydaje się szeroko rozpowszechnione. Państwo, myśli się z mgiełką nostalgii za PRL-owskim socjalizmem, powinno czerpać zyski z gospodarki dobrami państwowymi i łożyć z nich na obywateli.

Gdzie te wielkie zakłady przemysłowe, w których ludzie mieli bezpieczne miejsca pracy, a które zbrodniczy Balcerowicz zniszczył? Wcale nie szkodziłoby tę państwową własność przywrócić z pożytkiem dla ludzi, za to własność prywatną, szczególnie największą, odebrać „złodziejom”, i to niekoniecznie cudzoziemcom, także rodakom.

Dlatego PiS, który nie ma kapitału na wykupienie prywatnego mienia, aby z przynoszonych przez nie iluzorycznych przyszłych dochodów finansować swój program rozdawnictwa, może, przyciśnięty musem politycznym, zdecydować się na renacjonalizację metodą wywłaszczeń. Suweren to poprze, a uchwalenie wszelkich potrzebnych ustaw nie stanowi problemu.

cr3iyfowcaalt7v

Ale to nie jest metoda na dziś. Sądzę, że przed wcieleniem jej w życie musiałyby zostać spełnione przynajmniej dwa warunki: jeden międzynarodowy, drugi krajowy.

Po pierwsze, renacjonalizacji nie można zrobić, będąc w Unii Europejskiej, jaka jest. Trzeba by Unię gruntownie zmienić, raczej właśnie przekształcić, niż rozbić czy w ogóle z niej zrezygnować i wyjść. Albowiem jakieś zaplecze międzynarodowe dla tak zasadniczej przeróbki ustroju jak renacjonalizacja w sercu Europy, nie mówiąc o zglobalizowanym świecie, wydaje się niezbędne.

Nawet zeszłowiecznym bolszewikom nie udało się zbudować ich „socjalizmu w jednym kraju”, jak początkowo chcieli. Potem już próbowali budować go w liczniejszych krajach, m.in. w Polsce, z wiadomym skutkiem. Są widoki na to, że teraz nowy socjalizm budować będzie prawica nie tylko w Polsce. Nadaje się do tego co najmniej kilka krajów byłego bloku wschodniego, a może i kilka innych, zwłaszcza na południu Europy. Kto wie, czy nowy socjalizm nie powstawałby, paradoksalnie, wspólnym, choć niezależnym wysiłkiem prawicy i radykalnej lewicy.

Tak czy owak, PiS ma szanse, jeśli kryzys Unii dostatecznie się pogłębi i wywróci ją do góry nogami. W konsekwencji Unia powinna się stać czymś na podobieństwo RWPG bez Rosji. To pierwszy warunek powodzenia dalekosiężnych przedsięwzięć, o które podejrzewam PiS.

cr7s3f-xyaerrpt

Wybrańcy obejmują władzę, suweren się cieszy, ale wybrańcy nie mogą sprostać swoim fantastycznym zobowiązaniom. W opałach decydują się na socjalizm, skoro suweren sam się prosi, nadal zadowolony, zwłaszcza że przy okazji może ostatecznie popędzić kota elitom. A socjalizm, jak to socjalizm, funkcjonuje po swojemu i wbrew nadziei na powszechny dobrobyt prowadzi do powszechnego niedostatku. Ale w tym właśnie widzę perspektywiczną szansę świata.

Jeśli w jego bogatszej części taki nowy socjalizm szerzej się przyjmie, może być jedynym praktycznym sposobem na kapitalistyczno-demokratyczną pułapkę, w której świat się znalazł i z której nie ma jak wybrnąć. Wydaje się mianowicie, że świat, aby przeżyć, musi zbiednieć. Ściślej biorąc, zbiednieć muszą kraje rozwinięte i ośrodki koncentrujące bogactwo w świecie. Chodzi przede wszystkim o to, by coraz głębsze dysproporcje między poziomami życia na globie nie doprowadziły do napięcia, które skończy się globalnym kataklizmem.

Ktoś wyliczył, że dla zapewnienia wszystkim mieszkańcom Ziemi konsumpcji i wygód na dzisiejszym przeciętnym poziomie krajów rozwiniętych potrzeba pięciu takich planet. Zgodnie z logiką kapitalizmu ciągłe zwiększanie i napędzanie się wzajemne produkcji, konsumpcji i zysku nie jest możliwe w nieskończoność. Trzeba więc albo zginąć z czterema piątymi ludzkości w jakiejś globalnej rzezi, co rozwiązałoby radykalnie wszystkie obecne problemy, albo zbiednieć w rozwiniętej części świata, żeby ogólnie na Ziemi żyło się lepiej i żeby z braku innych planet starczyło nam na tej naszej zasobów naturalnych, wody, tlenu i źródeł energii. Ale o takie samoograniczenie mogą sobie apelować naukowcy i np. papież Franciszek. Jednak żaden suweren w żadnym rozwiniętym kraju nigdy na zbiednienie się nie zgodzi. Może się zgodzić tylko przez pomyłkę, myśląc, że zgadza się na wzbogacenie.

Zaiste, gdyby pewne hipotetyczne okoliczności ułożyły się w opisany tu sposób, byłaby to genialna pomyłka. Obietnice bez pokrycia rzucone przez PiS, a wzięte za dobrą monetę (dosłownie monetę!) przez suwerena w Polsce, okazałyby się praprzyczyną zbawczej transformacji świata dzięki jeszcze jednemu nieudanemu socjalizmowi.

Oczywiście PiS tego nie zamierzył i w ogóle o tym nie wie, a choćby się nawet jakimś cudem domyślił, nigdy by nie powiedział. Natomiast wszyscy przytomni ludzie, przerażeni tym, co się dzisiaj dzieje, mogliby powiedzieć sobie na pocieszenie, że przecież nie ma złego, które by w końcu nie wyszło na dobre.

cr-27zowaaah-vp

Waldemar Mystkowski na Koduj24.pl pisze o Patryku Jakim i Zbigniewie Ziobrze.

jaki

Z punktu rozumienia prawa i sprawiedliwości przez PiS Patryk Jaki zachował się racjonalnie w sądzie. Niczego nieobliczalnego nie było w jego groźbach pod adresem sędzi, wszak prowadziła sprawę nie po jego myśli. Jakie osiągnięcia ma Jaki, jako prawnik i teoretyk prawa? Takie jak Bartłomiej Misiewicz dla złotego medalu zasługi, 10 lat wysługiwania się Antoniemu Macierewiczowi. Jaki zaś Ziobrze.

Jaki w procesie o pomówienie, jakiego dopuścił się w stosunku do posła Platformy Obywatelskiej Roberta Kropiwnickiego, iż w swoim mieszkaniu prowadzi zamtuz, tj. agencję towarzyską, wystąpił jako awangarda procesu reformowania systemu sądownictwa. Pomysł na tę reformę przedstawił w „Południku Wildsteina” (TVP2) jego zwierzchnik Zbigniew Ziobro. Mianowicie chce przeprowadzić reformę sądownictwa, ale by do niej doszło musi spełniony być jeden warunek. Jaki? Nie chodzi o Patryka Jakiego, tylko o jakość warunku. Mianowicie na przeszkodzie Ziobrze nie może stać prof. Andrzej Rzepliński.

I to jest jakość PiS. Wybitny prawnik ma przed sobą magistra prawa, który jako student był mizerny i który nie potrafi aplikować się. To tak jak do poety przychodzi grafoman i mówi, że też napisał wiersz. Ta grafomania Ziobry polega na tym, że przekonał się, iż przeprowadzić reformy prawa nie może, bo Trybunał uwalił mu paragraf niezgodności z Konstytucją dotyczący uchylenia immunitetu sędziego. Trybunał orzekł, iż sędzia podlega procesowi prawnemu, a nie prokuratorskim oskarżeniom, a Ziobro uważa, że jeżeli prokurator oskarży, to sędzia ma złożyć immunitet. Na tym ma polegać reforma prawa, do której najpierw trzeba zlikwidować Trybunał Konstytucyjny. Bo przecież Rzeplińskiego zastąpi ktoś inny, ale lepszy od Ziobry.

Ziobro o tych sprawach prawnych mówił językiem grafomana. Użył tylu niepotrzebnych słów, aby ukryć swoje niecne zamiary, ale przede wszystkim ukryć brak kompetencji. Analogicznie: nie odróżnia sonetu od trenu, elegii od pieśni. Tak w sądzie zachował się Jaki, który nie wie, o czym mówi, ale chce mieć rację i dlatego zastrasza, jak Ziobro, który do Rzeplińskiego ma się tak, jak grafoman do Adama Mickiewicza.

Talentu, a w przypadku Ziobry i Jakiego kompetencji, nie mają, będą więc zastraszać, tupać. Swoją bylejakością chcą zastąpić profesjonalizm. I w to zamieniana jest Polska – w jakąś imitację.

cr8f494xgaaye29