Posts Tagged ‘Paweł Wroński’

Travolta przyjechał na festiwal do Opola.

Ludzie Beaty Kempy zamieszani w sprawę śmierci . Żądamy komisji śledczej.

Monika Olejnik w „Wyborczej” zadaje Ziobrze fundamentalne pytanie. Swoje dziecko opłakuje ojciec Igora Stachowiaka. Setki dzieci i matek toną w Morzu Śródziemnym, uciekając przed głodem i wojną. Ale politycy PiS potrafią tylko straszyć.

Panie ministrze Ziobro, skoro według pana Igor Stachowiak zmarł z powodu przedawkowania narkotyków, dlaczego policja nie wezwała pogotowia?

Panie ministrze Błaszczak, dlaczego pan nic nie zrobił, skoro zobowiązał się pan wobec ojca Igora Stachowiaka, że zajmie się pan sprawą osobiście?

Panie ministrze Zieliński, od ponad roku wiedział pan, że dwukrotnie użyto paralizatora wobec Igora, o czym pan zresztą powiedział podczas spotkania sejmowej komisji ds. administracji.

Dlaczego głowy komendantów policji poleciały dopiero po wstrząsającym reportażu Wojciecha Bojanowskiego w TVN 24?

Beata Szydło, zamiast powiedzieć przepraszam, zagłuszała sprawę Stachowiaka i Macierewicza, krzycząc z trybuny sejmowej: „Dokąd zmierzasz, Europo! Powstań z kolan, bo będziesz opłakiwała codziennie swoje dzieci!”.

Swoje dziecko opłakuje ojciec Igora Stachowiaka. Setki dzieci i matek toną w Morzu Śródziemnym, uciekając przed głodem i wojną. Ale politycy PiS potrafią tylko straszyć, udawać, że nic nie wiedzą, albo pleść głupoty, że sprawa Stachowiaka to atak za ustawę dezubekizacyjną.

Cech ludzkich nabierają na spotkaniach z dyrektorem Rydzykiem albo na Światowych Dniach Młodzieży, którymi tak się chwalą. A to właśnie na Światowych Dniach Młodzieży papież mówił „o otwartości na ludzi uciekających od wojen i głodu”.

Eurodeputowana Gosiewska, która żądała 5 mln od MON za śmierć męża w Smoleńsku (słabe warunki mieszkaniowe, moralne odszkodowanie), powiedziała w Radiu Maryja: „Bogu powinniśmy dziękować, że rząd premier Beaty Szydło nie godzi się na relokację imigrantów”.

Pan Bóg to słyszy?

DAWNO SIĘ TAK NIE UŚMIALIŚMY 🙂

Każda wieś ma tzw. wsiowego głupka.

Paweł Wroński O Wacku Macierewicza. Dr Wacław Berczyński wciąż pracuje w MON, a jego pensja wynosi 13 tys. zł – ujawnił poseł PO Cezary Tomczyk. Wynika to z dokumentacji, jaką posłowie PO zobaczyli w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Jak mówi Tomczyk, umowa o pracę Berczyńskiego kończy się dopiero 7 marca 2018 r. Nie wiadomo, jak Berczyński pracuje dla polskiego ministerstwa, przebywając obecnie w USA.

Przypomnijmy, że w kwietniu dr Wacław Berczyński – szef podkomisji w MON ds. ponownego wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej – powiedział w wywiadzie, że to on „wykończył caracale”. Chodzi o przetarg na śmigłowce wart 13,5 mld zł, które ostatecznie nie trafiły do polskiej armii. Następnie Berczyński wyjechał do USA, rezygnując ze wszystkich funkcji pełnionych w Polsce. Według MON nie miał nic wspólnego z przetargiem. Okazało się jednak, że miał dostęp do niejawnej dokumentacji w sprawie caracali. Berczyński był wieloletnim pracownikiem Boeinga – samoloty tej firmy na potrzeby rządu MON nabył w marcu tego roku z naruszeniem prawa.

Posłowie PO, przeglądając dokumenty w MON, odkryli dziwną koincydencję: Berczyński zwrócił dokumentację przetargową caracali bezpośrednio przed tym, jak Polska poinformowała Francję o odstąpieniu od umowy na zakup helikopterów.

Wiceminister obrony Bartosz Kownacki stwierdził, że nie wie, czy Berczyński jest wciąż zatrudniony, a jeśli tak, to w jakim charakterze.

PiS TO JEDNAK STAN UMYSŁU

Waldemar Mystkowski pisze o konflikcie między Morawickim a Szyszko.

Wojna Morawieckiego z Szyszką – między stolarzem a piromanem

Wojna między wicepremierem Mateuszem Morawieckim a ministrem środowiska Janem Szyszką toczy się o niebagatelną część Polski, bo aż o jedną trzecią kraju. Ministrowie walczą o drewno. Szyszko z zapałem wycina nawet Puszczę Białowieską z zamiarem sprzedaży drewna na opał, puszczenia drewna z dymem, z kolei Morawiecki chce, aby trafiało do firm związanych z przemysłem meblarskim.

Krótko pisząc, mamy wojnę między piromanem a stolarzem. Piroman Szyszko musi stosować się do ustawy o odnawialnych źródłach energii, która wprowadziła pojęcie „drewna energetycznego”, a musi ono wypełniać parametry dla opału w elektrowniach i elektrociepłowniach.

Parametry regulować mają przepisy opracowane przez trzy resorty: rozwoju, środowiska i energii we współpracy z naukowcami z Instytutu Technologii Drewna. I tutaj jest pies pogrzebany, bo Szyszko dojrzał, iż zawyżenie parametrów drewna energetycznego powoduje trudniejszą sprzedaż surowca dla przemysłu energetycznego, czyli puszczenie z dymem Puszczy (że zabawię się w Białoszewskiego) nie będzie takie łatwe. A tym samym „stolarz” Morawiecki pozyskałby tańszy surowiec dla przemysłu meblarskiego, więc Szyszko wymyślił – owszem, meblarze dostaną drewna skolko ugodno na specjalnych aukcjach, lecz gdy trzykrotnie nie zostanie sprzedane, idzie do pieca.

Resort Morawieckiego nie zgadza się na takie dictum. obawia się cen zaporowych, meblarzy nie byłoby stać na wykup drewna, niekupione powędrowałoby do spalenia. Morawiecki nie chce odpuścić, bo drewno made in Poland w postaci mebli ponoć cieszy się wielkim powodzeniem za granicą. Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego chce z kolei, aby ceny drewna regulował rynek, a nie podległe Szyszce Lasy Państwowe.

Ta walka toczy się o jedną trzecią kraju, bo tyle powierzchni zajmują lasy. Aż się boję pomyśleć, co by się stało, gdyby do tej wojny weszła trzecia strona – resort Piotra Glińskiego, który w walce z ciemnym ludem zechciałby drewno przeznaczyć na celulozę, tj. na produkcję książek. Ale kto wówczas chciałby głosować na PiS?

PRAWDA, KTÓRA ZAORAŁA CAŁE TO FANATYCZNE TOWARZYSTWO

>>>

Reklamy

DLA WSZYSTKICH PRZYJACIÓŁ SOKU, POZDROWIENIA Z AMERYKI :)))

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze o Beacie Szydło i jej wystąpieniu w obronie Macierewicza. – Czy premier Beata Szydło jest ofiarą terroryzmu? – pytała w TOK FM Dorota Warakomska. Mam gorszą diagnozę: premier strasząc Polaków uchodźcami i terrorystami, stała się mimowolną stronniczką ISIS. Terrorystom chodzi o to, by społeczeństwo polskie przerazić. Rząd i media rządowe straszą uchodźcami skuteczniej.

Teza o współdziałaniu z terrorystami jest odważna, ale to wszak premier Beata Szydło nawoływała do stawiania spraw odważnie, wbrew politycznej poprawności, która jest, jej zdaniem, źródłem „szaleństwa europejskich elit”. O współdziałanie z terrorystami w gruncie rzeczy oskarżyła opozycję w swoim sejmowym przemówieniu: „Jeśli nie dostrzegacie tego, że dzisiaj zagrożenie terrorystyczne jest faktem, który każdego dnia może dotknąć każde państwo w Europie i uważacie, że Polska nie powinna się bronić – to idziecie ręka w rękę z tymi, którzy wymierzają tę broń przeciwko Europie” – mówiła Szydło.

W TOK FM Dorota Maniszewska z Centrum Badań nad Terroryzmem przypomniała, że głównym celem terroryzmu jest nie sam brutalny i krwawy akt, ale wywołanie nim takiego skutku, który doprowadzi do reakcji społeczeństw i rządów przez terrorystów pożądanych. Wszyscy, wiemy o jaki skutek chodzi premier Szydło: przerażone społeczeństwo ma wybierać PiS, który: „uchronił Polskę przed terrorystycznym atakiem”. Jeśli Polska stanie się zamkniętą ksenofobiczną twierdzą i jeśli będzie starała się rozbić jedność europejską w tej i innych sprawach, spełni się strategiczny cel islamskich terrorystów.

Premier Beata Szydło w swoim sejmowym przemówieniu zaapelowała do Europy, by powstała z kolan, sprzeciwiła się elitom ogarniętym szaleństwem politycznej poprawności, bo „będzie codziennie opłakiwać swojego dzieci”. Cóż takiego Europa miałaby zrobić? W zasadzie z wystąpienia premier można wysnuć wniosek jeden wniosek – celem byłby zakaz przyjmowania uchodźców. Albo wyrzucenie tych, którzy już do Europy przyjechali.

Nie jest prawdą, że ideologią europejską jest „niekontrolowany napływ uchodźców” – współcześnie żadne z państw nie jest zwolennikiem tego niekontrolowanego napływu.

Nie jest prawdą, że „terroryzm stał się faktem” w ostatnim czasie i jest związany z uchodźcami. Istniał już wcześniej. Ba, większość sprawców ostatnich zamachów terrorystycznych mogłoby spokojnie przyjechać do Polski jako obywatele brytyjscy, czy szwedzcy.

Nie jest prawdą, że rząd Polski i dzielny minister Mariusz Błaszczak uchronili Polskę przed terroryzmem, nie przyjmując nawet skromnej puli 7,2 tys. uchodźców, co zapowiedział rząd Ewy Kopacz. Rząd polski nie zgadza się nawet na utworzenie korytarzy humanitarnych umożliwiających pomoc i leczenie dla ofiar wojny z Syrii, choć apeluje o to od dłuższego czasu Kościół Katolicki.

Michał Szułdrzyński w czwartkowej „Rzeczpospolitej” (a wcześniej Adam Balcer w rozmowie z „Wyborczą”) przypomniał przytomnie, że część uchodźców z tej grupy przyjęły państwa bałtyckie, Rumunia, Czechy, Słowacja i zagrożenie terrorystyczne w tych krajach nie wzrosło, choć nie ma tam dzielnego Mariusza Błaszczaka.

Nie jest jednak też prawdą, że Beata Szydło chce wyprowadzić Polskę z Europy. Ona jest w niej mentalnie zagubiona. Głosowanie 27 do 1 przekonało ją, że Europa nie podziela jej racji, nie tylko w kwestii Donalda Tuska, ale standardów państwa prawa i standardów kulturowych.

Uchodźcy wojenni, którzy uciekają np. z Syrii to ofiary terroryzmu, a nie terroryści. Ba, ISIS notorycznie podkłada bomby w obozach dla uchodźców np. w Jordanii widząc w uchodźcach zdrajców Państwa Islamskiego i jego ideologii.

Czy przybycie uchodźców rodzi zagrożenia? Oczywiście, że rodzi. W przeszłości w przygotowanych dla nich ośrodkach potrafiło sobie z nimi świetnie poradzić „państwo teoretyczne”. Okazuje się teraz, że nie jest w stanie uczynić tego państwo „dobrej zmiany”.

Efektem medialnego terroru Beaty Szydło jest wzrost i utrzymanie w Polsce nastrojów antyislamskich i ksenofobicznych. Polski antysemityzm bez Żydów błyskawicznie przeobraził się w antyislamizm bez islamskich emigrantów. Używa tych samych klisz i frazeologii. Takim przerażonym sfanatyzowanym społeczeństwem łatwiej rządzić. Czy taka ma być ta Polska, która „wstanie z kolan”?

KTOŚ, KTO ŁAMIE KONSTYTUCJĘ, NIE MA PRAWA JEJ ZMIENIAĆ

Waldemar Mystkowski także pisze o Szydło.

Szydło zasiedlona przez Kaczyńskiego

Beata Szydło niewiele się nauczyła od czasu, gdy ją zapytano, od kiedy Polska jest członkiem Unii Europejskiej? Od 1992 roku, a może 1993? Mogła wkuć do głowy, że jednak 10 lat z okładem później, ale nie jest to pewne. Po drodze zdarzył się jej „sukces” 1:27, który może nawet lepiej ją charakteryzuje.

Należy więc zapytać, dlaczego Jarosław Kaczyński trzyma ją na stanowisku premiera? Względnie prawdziwa jest odpowiedź, iż Szydło jest bardzo wygodna, świetnie ukorzeniona w niewiedzy i w „sukcesach”. Taka osoba pogrąży siebie, pogrąży funkcję, refleksję będzie miała taką, że zabeczy po wyborze Tuska na szefa Rady Europejskiej, ale nie wypowie swojego zdania… bo go nie ma.

Aby mieć zdanie, trzeba potrafić określić siebie i nazwać swoje niedomogi. Dopiero wówczas można być reprezentantem innych, działać dla dobra wspólnoty. Cóż więc usłyszeliśmy od Szydło, gdy podczas debaty nad wotum nieufności dla Antoniego Macierewicza, broniła swojego ministra? Nic. Bo powiedzenie, że jest świetny, to jest nic powiedzieć, nie odniosła się do żadnego z zarzutów, które sformułowano we wniosku o wotum nieufności.

Ale premier Szydło wypowiedziała się na tematy, których debata nie dotyczyła. Wyraziła się o „szaleństwie brukselskich elit” i zaapelowała, aby Europa „powstała z kolan”. Na czym owo szaleństwo miałoby polegać? Że są reprezentantami „27”, nie chcą być oryginalni, być „1”? Kontekst jest jednak oczywisty, chodzi o zamach w Manchesterze. Co ma Macierewicz do zamachu albo Polska do Manchesteru. Czyżbyśmy mieli do czynienia z polską specyfiką, islamofobią bez islamu, tak jak antysemityzm bez Żydów?

O to mniej więcej chodzi. Zarządzać strachem, lękami, słynnymi „pasożytami i chorobami roznoszonymi przez uchodźców”. Tak! Ustami Szydło przemówił Jarosław Kaczyński. Bynajmniej nie jest to tylko retoryka partyjna, bowiem prezes zasiedlił Szydło, jest w jej mentalności „obcym”, który wyłazi w każdym jej słowie.
Zasiedlony organizm Szydło jednak się zużywa, bo „obcy”, potwór, choć swój to jednak czymś musi się żywić, a żywi się wnętrzem Szydło. Premier jest coraz bardziej wydrążona, pusta w środku,

Sytuację mamy, jak w genialnym wierszu T. S. Eliota: „My, wydrążeni ludzie / My, chochołowi ludzie / Razem się kołyszemy / Głowy nam napełnia słoma / Nic nie znaczy nasza mowa”. Tak recytują politycy PiS swoje komunikaty dnia. Ten fragment Eliota ma genialną ilustrację w „Czasie Apokalipsy” Coppoli. W scenie końcowej filmu oszalały Walter Kurtz (grany przez Marlona Brando) recytuje „Wydrążonych ludzi”, a jego chocholi lud (ciemny lud) wpatrzony w wodza pogrąża się w szaleństwie na terenie zdobytego interioru, jak Kaczyński pogrąża Polskę.

Poprzez wydrążoną Szydło przemawiał zasiedlony w niej Kaczyński. Co odpowiedzą „brukselskie elity” na mowę Kaczyńskiego? To, co mówią od roku z okładem – Polska jest chorym człowiekiem Unii Europejskiej.

„…właśnie mogłam „pięknie odmówić” udziału w Opolskim Festiwalu, który odbędzie się… w Kielcach” BRAWO MAŁGOSIA!

Kleofas Wieniawa pisze o nowych odkryciach w resorcie Macierewicza.

Mimo, że Antoni Macierewicz uratował posadę, to jego pozycja na świecie jest żadna. Szef Pentagonu nie spotkał się z nim (bo takich nieobliczalnych ludzi omija się szerokim łukiem), a sojusznicy z NATO mają polskiego ministra w pogardzie.

Macierewicz w obecnym układzie władzy ma się dobrze, ale źle przedstawia się w ocenach ekspertów i publiki, przede wszystkim pogrążony jest jednak w papierach ministerialnych, które nie można przepuścić przez niszczarkę. Choć nie wykluczałbym.

Poseł PO Cezary Tomczyk był podzielić się, jakie rezultaty przyniosła druga kwerenda w MON.

Otóż osławiony Wacław Berczyński jest ciągle zatrudniony w MON. Umowa o pracę jest ważna do 7 marca 2018 roku:

– Ma zawartą umowę-zlecenie, która obowiązuje do 7 marca 2018 r. i w ramach tej umowy może maksymalnie zarobić nawet 13 tys. zł, czyli że mimo tych wszystkich elementów, które go dotyczą, mimo tego wszystkiego co zrobił i powiedział, umowa z nim dalej obowiązuje. Jest też członkiem komisji badania wypadków lotniczych, a konkretnie członkiem tej podkomisji, która bada katastrofę w Smoleńsku i jest zatrudniony przez MON” – mówił Tomczyk.

Prawdą też jest, iż wykończył caracale, jak się pochwalił w kwietniu w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Berczyński towarzyszył Macierewiczowi w spotkaniu szefa MON z ministrem obrony Francji w lutym 2016 r. kiedy rozmawiano o kontrakcie na caracale.

Tomczyk opisuje sekwencje czasu:

„22 września 2016 r. strona polska przekazuje stronie francuskiej informację, że prawdopodobnie odstąpi od przetargu, a 21 września pan Berczyński oddaje dokumenty, które pobrał. Ciągle jest tak, że nikt nie jest w stanie powiedzieć, po co pan Wacław Berczyński, nie mając żadnych obowiązków w tym zakresie, nie mając żadnych efektów pracy, żadnego śladu, miał dostęp do tych dokumentacji przez 8 miesięcy”  – powiedział poseł PO.

A mamy w pamięci kontrakt z bieżącego roku na 3 boeingi za przeszło 2 mld zł, w których to amerykańskich zakładach lotniczych swego czasu Berczyński był zatrudniony, a to pachnie korupcją aż nos wygina.

Wygląda na przekręt stulecia, acz w PiS może to być „taki sobie” przewał, bo SKOK-om ciągle przyznaję pierwszeństwo.

Ale – co ja wiem?

BEZ KOMENTARZA

>>>

Wyniki nie powinny nikogo dziwić. Pytanie, kto jest w grupie 33% respondentów wierzących, że PAD jest samodzielny?

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze o Berczyńskim. Każdy moment, w którym dr Wacław Berczyński otwiera usta, to ogromne zagrożenie dla Prawa i Sprawiedliwości.

W wywiadzie dla „Super Expressu” były już przewodniczący podkomisji smoleńskiej w MON po raz kolejny przyznaje, że „uwalił caracale”, choć PiS twierdzi, że nie miał żadnego wpływu na przetarg na zakup śmigłowców. Stwierdził, że jego zdaniem był to „przekręt na co najmniej miliard dolarów”. Powód, dla którego „uwalił” kontrakt wart 13,5 mld zł, jest szczytny: odezwało się „jego polskie sumienie”.

Nie wiem, na ile wybór śmigłowców caracal był najlepszą opcją dla polskiej armii. Wiem jednak, że o tym kontrakcie w swoim czasie decydowali najlepsi specjaliści, jakimi dysponował Inspektorat Uzbrojenia MON. I mam wątpliwości co do kompetencji dr. Berczyńskiego, szczególnie po jego ostatnich występach w sprawie katastrofy Tu-154 pod Smoleńskiem. Dr Berczyński tłumaczył, że na pokładzie samolotu najpewniej wybuchła bomba termobaryczna. Zresztą podobne wątpliwości ma sam PiS. Kiedy Berczyński zaczynał pracę w podkomisji smoleńskiej, przedstawiano go jako doradcę NASA i Pentagonu. Miał być też konstruktorem skrzydeł i kadłubów. Z czasem okazało się, że jest jedynie emerytowanym, szeregowym inżynierem programistą z firmy Boeing.

Dr Berczyński w wywiadzie – wbrew narracji PiS – przyznaje, że przeglądał dokumenty przetargu; zapytania ofertowe, na które były nałożone najniższe stopnie tajności. Powiedział, że do niedawna miał amerykańskie certyfikaty dopuszczenia do informacji niejawnych, i wie, jak się z takimi dokumentami obchodzić. Zapewnił też, że nie miał nic wspólnego z przetargiem na samoloty dla rządu (ostatecznie Ministerstwo Obrony zerwało przetarg i kupiło samoloty z wolnej ręki od firmy Boeing).

Zapewne wiedza z dokumentów przetargowych caracali jest bardzo istotna z punktu widzenia ich producenta – firmy Airbus Helicopters. Ciekawe, który z potentatów zbrojeniowych bez drżenia rąk odda teraz swoją dokumentację polskim urzędnikom, nie bojąc się, że będzie ją przeglądał jakiś starszy pan, który nagle wyjedzie do USA, a wcześniej pracował w firmie Boeing.

Na razie efekt działania dr. Berczyńskiego jest taki: w 2017 r. miały się rozpocząć dostawy śmigłowców Caracal dla polskiej armii. Tymczasem Polska nie ma żadnych nowych śmigłowców. Nowy przetarg jest w polu, choć minister obrony Antoni Macierewicz solennie obiecał, że pierwsze śmigłowce będą już w grudniu 2016 r. Jednocześnie, jak wynika z sondaży, coraz mniej Polaków i Polek wierzy w zamach smoleński.

Dr Berczyński twierdzi w „Super Expressie”, że nie uciekł z Polski, lecz jedynie postanowił spędzić Święta Wielkanocne z rodziną w Stanach Zjednoczonych. Wygląda na to, że święta się trochę przedłużyły. Dr Berczyński zapowiada też, że być może przyjedzie do Polski, by odbudowywać tu przemysł lotniczy. I wtedy byłoby już groźnie.

KRÓTKA PIŁKA TARCZYŃSKIEGO Z KIERWIŃSKIM. DAWNO SIĘ TAK NIE UŚMIALIŚMY 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o wygranym procesie z trollem przez posłankę PO Pomaską.

Posłanka Platformy Obywatelskiej Agnieszka Pomaska w niezawisłym sądzie wygrała proces z trollem internetowym (ostatnio modnie nazywanym hejterem), który groził jej „wyszukanym” sposobem śmierci – wbiciem na pal, jak zwykł obchodzić się ze swymi ofiarami Wład Palownik – a córce posłanki zgwałceniem przez „wynajętych muslimów”.

Ten Dracula z Gryfina, Mariusz F., dostał 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 lata i 10 tys. zł grzywny. Ale to ostatnie podrygi praworządności, która zmieni się z chwilą przejęcia sądów przez PiS. Takich Władów Palowników, Breivików ukaże się więcej w ich pogodę polityczną, wylezą na wierzch, jak dżdżownice, inaczej: glisty. Mariusz F. przyjął linię obrony, iż to, co pisał to tylko komentarze wzburzonego obywatela, a jego proces ma charakter polityczny.

A teraz zacytuję z Twittera trolla na etacie, posła PiS i pracującego w kancelarii Beaty Szydło, niejakiego Pawła Szefernakera, który odniósł się do wyroku: „Często fundamentalnie nie zgadzam się z poglądami i stylem działania poseł @pomaska”. Niezgoda powoduje wzburzenie. Gwoli sprawiedliwości troll Szefernaker pisze dalej w tym samym wpisie: „Dziś szczerze gratuluję determinacji. Ważny wyrok!”. Tego Szefernakera słuchałem raz, a może dwa. To strasznie kwadratowy umysł, bez polotu. Dopuszczenie do polityki takich, jak on ludzie, zaniżyło debatę publiczną, spowodowało, że produkowane jest partyjne wzburzenie i rodzą się z tej niepogody tacy Mariusze F.

Mariuszy F. jest pełno w Internecie, zostali wyprodukowani przez Szefernakerów. Mylę się? Nie! Zastanawia mnie, iż socjologia nie bada tego zjawiska, wszak ustalenie, czy troll pochodzi z kwadratowej stajni Szefernakera, czy z innej stajni Augiasza, nie powinno przysparzać przeszkód. Socjolog z filologiem szybko ustaliliby, kto stworzył tych hejterów, czyje interesy polityczne, gospodarcze stoją za grupami trolli.

Trolle to nieskomplikowani ludzie. Takiego Szefernakera jest łatwo opisać, posługuje się określonym zbiorem słów i pojęć. I ma właściwości psychologiczne, opisane przez Freuda, a w filozofii przez Kierkegaaarda. Odwracają winy swoje i przenoszą na innych.

Dzisiaj ten syndrom klasycznie zaprezentował poseł PiS Dominik Tarczyński – inny kwadratowy osobnik. Poinformował, że doniesie do prokuratury na polityka Platformy Obywatelskiej Marcina Kierwińskiego, iż lobbował za zakupem Caracali, a to dlatego, że ekspert Macierewicza Wacław Berczyński podłożył PiS-owi istną bombę termobaryczną z wykończeniem Caracali i zakupem Boeingów.

To, co opisuję jest groteskowe, śmieszne, jak kwadratowi i pokraczni są Szefernaker, Tarczyński i ten Mariusz F. Trzeba tych gości opisywać, oni są groźni, niekompetentni, nijacy, zakompleksiali, trzeba dać wyraz tej pokraczności, jak Per Olov Enquist w „Życiu glist”. To ich pisowska pogoda, wyłażą na wierzch, a będzie ich więcej. Będzie więcej tej zgnilizny.

KTO DOŁĄCZA DO PYTANIA OPOZYCJI OBYWATELSKIEJ?

Kleofas Wieniawa pisze też o Berczyńskim.

Wacław Berczyński – wiadomo – ma „polskie sumienie”, ono nie pozwoliło mu nie „uwalić” caracali.

Najlepsi specjaliści z Inspektoratu Uzbrojenia MON to neptki w stosunku do „sumienia” Berczyńskiego, który choć nie potrafi mówić (wyrażać się), za to ma patriotyczne wnętrze.

Uwalił caracale i dał dyla do USA, Wielkanoc zaczęła mu się w lutym i pewnie potrwa do wakacji, a może do Bożego Narododzenia – tak ten mruk szeoko obchodzi święta.

Caracali – niet, black hawków też – niet.

Bo u Macierewicza zatrzymał się czas. Jakby ktoś nie wiedział, kto to jest Macierewicz musi oglądnąć stary filmowy hit „Wspomnienia z przyszłości”.

Dla ministra Macierewicza jeszcze nie nadszedł grudzień 2016 roku, kiedy to miały być dostarczone dla polskiej armii pierwsze śmigłowce – black hawki.

Coś zacięła się maszyna czasu, a może w tryby wirnika śmigłowca dostała się Beata Szydło, bo ta nawet z Macierewiczem w przeszłości stanęła w jednym z hangarów w Mielcu i zacmokała.

„Polski rząd jest zdecydowany, ażeby zakupów dla polskiej armii dokonywać w polskich zakładach, w polskich firmach, które znajdują się w Polsce, w których pracują Polacy, polscy pracownicy, które odprowadzają tutaj w Polsce podatki”.

Dlatego Beczyński załatwił 3 boeingi dla VIP-ów za – bagatela – przeszło 2 mld zł.

Takie ich hybrydowe polskie sumienia.

DLATEGO TERAZ W DOKUMENTACH MON NIE MA JUŻ ŚLADU PO BERCZYŃSKIM 🙂

>>>

TZW. ZADUPIE… ?

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze o schowaniu Macierewicza. To widomy znak. Macierewicz jeszcze niedawno niczym latający holender kursował po kraju, biorąc udział w niezliczonej liczbie uroczystości patriotycznych: składał wieńce, defilował przed pocztami sztandarowymi, wygłaszał pełne namaszczenia mowy. Teraz jednak zamknął się w gmachu przy ul. Klonowej.

Zawirowania po „wykończeniu caracali” przez dr. Wacława Berczyńskiego usiłują desperacko rozwiązać wiceministrowie Dworczyk i Kownacki. Nawet medialny kontratak resortu przeprowadzony na łamach „wSieci” przez dziennikarzy współpracujących zwykle z Antonim Macierewiczem komentował nie on, ale Michał Dworczyk, który tyle się zna na śmigłowcach co Bartosz Kownacki na francuskich widelcach.

Zwykle Macierewicz był chowany na okres kampanii wyborczej, gdy PiS uśmiechało się do wyborców i chciało ich przekonać, że wcale nie jest partią radykalną. Nawet uśmiechający się Antoni Macierewicz, szczególnie uśmiechający się Macierewicz, takiemu przekazowi przeczył. W ostatnich wyborach wskazana jako kandydatka na premiera Beata Szydło stanowczo zaprzeczała, jakoby Macierewicz miał być ministrem obrony. Kandydatem był Jarosław Gowin, który postanowił wziąć czynny udział w tej szopce, prezentując się jako przyszły szef resortu.

Szef MON jeszcze niedawno niczym latający holender kursował po kraju, biorąc udział w niezliczonej liczbie uroczystości patriotycznych: składał wieńce, defilował przed pocztami sztandarowymi, wygłaszał pełne namaszczenia patriotyczne przemówienia. A teraz zamknął się w Gmachu przy ul. Klonowej. Musi to być duże wyrzeczenie z jego strony, bo bardzo to lubił.

W maju wystąpił w zasadzie dwa razy. Widziany był na placu Zamkowym podczas Święta Konstytucji 3 Maja i podczas uroczystości zakończenia II wojny światowej. Wyraźnie unikał jednak mediów. Jego potężna ochrona czyniła wszystko, by nie dopuścić do niego nikogo z mikrofonem. Ale i tak udała się ta sztuka reporterce TVN, no i stało się kolejne nieszczęście. Macierewicz powiedział, że Berczyński nie miał dostępu do dokumentacji przetargowej, choć kilka godzin wcześniej w telewizji wiceminister Dworczyk mówił, że miał, a dokumenty w tej sprawie przedstawiono PO.

Tym razem trudno było Antoniego Macierewicza dostrzec nawet wśród uczestników miesięcznicy smoleńskiej 10 kwietnia. Tłum nie skandował: „Antoni, Antoni!”. Prezes Jarosław Kaczyński nie mówił o jego niezłomnym uporze, który doprowadza do odkrywania prawdy. Ba, po raz pierwszy prezes PiS nie obwieścił, że „dochodzi do prawdy”. Wyglądało na to, jakby ustalenia dr. Berczyńskiego wysadzającego blaszak z namalowanymi oknami przy pomocy ładunku termobarycznego nie w pełni przekonały nawet zwolenników zamachu w PiS, w tym i samego prezesa.

Czyżby kierownictwo partii uznało, że Antoni Macierewicz powinien się przyczaić i próbować przetrwać niebezpieczne chwile? A może to sygnał, że sztandarowy polityk PiS roszczący pretensje do schedy po Jarosławie Kaczyńskim może zostać schowany na dłużej? Sponiewieranie – z najwyraźniejszym przyzwoleniem ze strony Kaczyńskiego – przez partyjną komisję PiS Bartłomieja Misiewicza byłoby tego pierwszym etapem. Ta orzekła przecież, że Misiewicz nie nadaje się na żadne stanowisko państwowe, na które nieustannie pchał go Macierewicz. Brak jakiejkolwiek reakcji szefa MON świadczy o tym, że nie ma on tak silnej pozycji w partii, jakby się wydawało.

Jeśli rzeczywiście prezes PiS myśli o „nowym otwarciu” po wielokrotnie zapowiadanej drugiej części kongresu partii, to mało prawdopodobne, by obyło się bez zmian personalnych. Jest w rządzie PiS wielu kandydatów do odwołania, ale jeśli te ruchy mają być w jakiejkolwiek mierze istotne z punktu widzenia zmiany wizerunku partii, to ofiarą może być wyłącznie minister Macierewicz.

„STUL PYSK”, „TY CHAMIE” POWINNO ZNALEŹĆ SIĘ W STENOGRAMIE SEJMOWYM, JAKO PAMIĄTKA PO CZASACH CHAMSTWA I NIENAWIŚCI.

Waldemar Mystkowski pisze o znikających wyrokach w Trybunale Konstytucyjnym.

Bomba termobaryczna w Trybunale Konstytucyjnym

3 wyroki zniknęły z bazy orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Wyroki o sygnaturach K 47/15 i K 39/16 i K 44/16, a wydane w dniach 9 marca, 11 sierpnia i 7 listopada 2016 r.

To są wyroki nieuznawane przez rząd PiS, nigdy nie zostały opublikowane, mimo zapisu, iż powinno się to odbyć w trybie niezwłocznym. Czy to znaczy, że nie obowiązują? Nie! Nie stosuje się do nich obecny rząd. Przestępca ma wyrok, ale w tej chwili unika wykonania wyroku. Każdy przestępca wpada, chyba że wcześniej uda mu się szczęśliwie zemrzeć. Za nieopublikowanie wyroków odpowie Beata Szydło i jej minister z kancelarii Beata Kempa.

Usunięcia wyroków Trybunału Konstytucyjnego z bazy danych dopuściły się osoby, które wybrał PiS. W pierwszym rzędzie nieprawnie wybrana prezes TK Julia Przyłębska i faktycznie zarządzający TK, Mariusz Muszyński, jeden z trzech dublerów wybranych przez PiS na obsadzone wcześniej miejsca. Do tego ten Muszyński ma na koncie zatajenie pracy agenturalnej. Taki szemrany gość.

Dzisiaj Trybunał Konstytucyjny to w istocie miejsce sankcjonowania bezprawia. Przyłębska jest prawnikiem o niskiej sprawności zawodowej, wszak nie chcieli jej przyjąć do pracy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, mimo wakującego stanowiska („nie nadaje się do orzekania”). Trudno o gorszą rekomendację. Przyłębska to w czystej postaci lewizna intelektualna. Dała się poznać na konferencjach prasowych, trzeba dużo mieć w sobie pobłażania dla marnych ludzi, aby jej cierpliwie wysłuchać.

Nie lepszy jest Muszyński. Postać szemrana, która nigdy nie powinna być obecna w przestrzeni publicznej, o ile nie życzymy Polsce źle. Ale tylko takie marne moralnie i kompetencyjnie osoby mogą być użyte na gwizdek Jarosława Kaczyńskiego. Kiedyś te osoby muszą odpowiedzieć przed prawem i nie może być wobec nich zastosowane prawo łaski.

Nie tylko w kwestii prawa stajemy się republiką bananową. Abyśmy nie zostali krajem z marginesu cywilizacyjnego, wiele zależy od nas samych, w tym wypadku od prawników, którzy powinni stosować się do usuniętych wyroków z bazy danych TK. Wszak mimo ich usunięcia ślad nie zaginął, bowiem odwołania do usuniętych wyroków mamy w blisko stu uzasadnieniach do orzeczeń TK z 2016 r., zamieszczonych w trybunalskiej bazie orzeczeń.

Tak naprawdę trzeba byłoby usunąć wszystkie orzeczenia TK. Ale można zawsze odwołać się do sygnatur, bo treści tych trzech wyroków były publikowane przez Obserwatora Konstytucyjnego. I choć ten też został zamknięty przez Przyłębską i Muszyńskiego, to w Internecie wyroki znalazły przystań niezniszczalności, są dostępne pod adresem niezniknelo.pl.

Ba, nie zniknie pamięć o szemranych Przyłębskiej i Muszyńskim. Takich osób dotyczy idiom „co ma wisieć, nie utonie”. Prawo dopadnie ich. Muszyński w wypadku tych trzech usuniętych wyroków zastosował całkiem poręczną metaforę ładunku termobarycznego, zastosowanego do pisowskiej rzeczywistości alternatywnej przez zbiegłego do USA Wacława Berczyńskiego.

Prawna bomba termobaryczna usunęła trzy wyroki z bazy TK, lecz za ten smród bezprawia Muszyński i Przyłębska bekną w przyszłości. Odbije się im.

PROPAGANDOWA GAZETA POLSKA PRZEKRACZA KOLEJNE GRANICE NIESMAKU. Internauci mocno komentują

W drugim tekście Mystkowski pisze o Szyszce i Rydzyku.

U Rydzyka o wyższości Polaków nad innymi Narodami Ziemi

120 tys. zł wytargano z kasy Lasów Państwowych na imprezę religijno-polityczną, która miała udawać naukową. Czyli była wypasiona, jak diabli, jeżeli uwzględni się, iż wygłoszono na niej „naukawe” (przeciwieństwo: naukowego) odczyty w skromnej ilości ośmiu wykładów. Pieniądze z budżetu wydobył minister Jan Szyszko (ten gościu od kornika, strzelania do bażantów i luksusowej stodoły w Tucznie), oprawę „naukawo”-dewocyjną w Toruniu zapewnił o. Tadeusz Rydzyk i jego Wyższa Szkoła Społeczna i Medialna.

Ciężar wykładów był trudny do zniesienia. Szyszko jest bowiem kuty na wszystkie cztery kończyny, gdyż oznajmił iż współcześnie mamy do czynienia z „animalizacją człowieka”. Zwracam uwagę, iż Szyszko uważa, że nowoczesna nauka nie odróżnia człowieka od zwierzęcią, a prezes Jarosław Kaczyński elementu zwierzęcego dopatruje się tylko u opozycji.

Szyszko to jednak neptek w stosunku do takiego ks. prof. dr hab. Tadeusza Guza z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ten to jest prawdziwy ideolog, guru radiomaryjny. Przede wszystkim jest przeciwnikiem teorii ewolucji, co powoduje, iż w jego umyśle tworzą się wielce oryginalne opisy poglądów.

Guz jest apologetą Szyszki – nie dziwota, bo minister dostarcza honoraria na takie imprezy – i tak: minister Szyszko jest nauczycielem Ludzkości, bo wraz z rządem i swoim ministerstwem wracają do tradycji „kultury życia”, którą oparto na chrześcijaństwie.

To nie wszystko, bo prof. Guz wyciąga nastepujące konsekwencje: „Tym samym Naród Polski oraz Nauka i Państwo Polskie zyskują rolę nauczyciela setek innych Narodów Ziemi”. Przepraszam, ale czytając, zadrżałem, bo jestem części narodu polskiego i pijąc piwo nie miałem świadomości, iż jestem nauczycielem dla setek narodów. Gdy będę w ONZ każę innym przedstawicielom narodów klękać przede mną, bo jestem Kimś.

Ekolodzy wg Guza to”odmiana wojującego neokomunizmu światowego”, ideologia zielonych jest „systemowo antyboska i antyludzka”. Taki ciężar intelektualny zaserwowano na konferencji poświęconej radiomaryjnej ekologii.

Ktoś niechętny o. dyrektorowi Rydzykowi może powiedzieć, że organizuje anachroniczne imprezy, których aktualność plasuje się na setki lat przed narodzeniem Chrystusa, że wykłady są autorstwa Kołtunów z tytułami profesorów.

Proponuję więcej życzliwości dla Rydzyka, jego mistra Szyszki i profesora Guza, albowiem toruńska uczelnia rozpowszechnia wiedzę „naukawą”, a nie naukową, albowiem w tej ostatniej za cholerę nie można udowodnić, że Polak jest nauczycielem innych Narodów.

A ja chcę być Kimś, zwłaszcza gdy konsumuję kolejne piwo.

NIE WSZYSCY DZIŚ BĘDĄ SPALI 🙂

>>>

Dla polskiej polityki – nawet wewnętrznej – wybory we Francji były najważniejsze. To źle ustawia Polskę w Unii Europejskiej. Źle przez ofermowate PiS.

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze: Po wyborach we Francji i zwycięstwie Emmanuela Macrona Polska potrzebuje niezwykle zręcznej i odważnej polityki europejskiej. Możemy oczekiwać, że będzie ją prowadziła wypróbowana ekipa – prezydent Duda, premier Szydło oraz minister Waszczykowski, wirtuoz dyplomacji, który właśnie oczyszcza MSZ ze specjalistów. I wreszcie prezes Kaczyński, osoba, którą – jak pokazały francuskie wybory – w europejskich krajach straszy się wyborców.

Wybory we Francji. Wygrał Macron, a polski rząd je żabę

Czytamy depesze gratulacyjne dla Emmanuela Macrona ze strony prezydenta Andrzeja Dudy i pani premier Beaty Szydło, ale tak naprawdę po wyborach we Francji oglądamy nad Wisłą proces jedzenia żaby. Choć żaby to ponoć specjał francuski od wieków jedzony prapolskim widelcem.

Francja nie dała się fali populizmu i nacjonalizmu. Wybrała najbardziej proeuropejskiego kandydata z tylnego rzędu. A Polska? Jak zwykle zaskoczona.

„Liczę na nasze spotkanie w najbliższym czasie”. „Mam nadzieję na owocną współpracę w zakresie odbudowania zaufania Europejczyków do procesu integracji europejskiej”. To słowa prezydenta Andrzeja Dudy z depeszy gratulacyjnej do nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Duda stwierdził też, że ma nadzieję na współpracę w ramach Trójkąta Weimarskiego złożonego z Francji, Polski i Niemiec. Tymczasem ostatnie spotkanie bilateralne prezydenta Polski z prezydentem Francji odbyło się w październiku 2015 roku, jeszcze przed zerwaniem przetargu na caracale. W ambasadzie w Paryżu nie mamy ambasadora. Do tego polscy politycy obozu władzy kilkakrotnie deklarowali, że Trójkąt Weimarski jest martwy, a Polska będzie rozwijać współpracę w ramach Wyszehradu (tworzą go Polska, Słowacja, Czechy i Węgry) i realizować koncepcję Międzymorza.

Wybory we Francji. Macron zaświeci oczami?

W wywiadzie dla TVP Info z 3 maja prezydent Andrzej Duda mówił, że Macron po wypowiedziach o poparciu politycznych sankcji wobec rządu PiS będzie musiał zacząć pracować nad tym, aby Polska odzyskała zaufanie do niego i do Unii Europejskiej.

Równolegle szef naszej dyplomacji Witold Waszczykowski (znalazł czas, by zrobić sobie zdjęcie z Marine Le Pen, ale nie udało mu się sfotografować z Macronem) mówił, że „Macron będzie świecił oczami jak przyjedzie do Polski”. Należy to chyba uznać za bardzo dyplomatyczną i oryginalną formę zaproszenia.

„Gratuluję wyboru Francuzom, już dziś zapraszam prezydenta Francji do Polski” – napisała premier Beata Szydło. W oficjalnej depeszy szefowa polskiego rządu stwierdziła, że chodzi o konsultacje rządowe, próbując tuszować dyplomatyczną wpadkę, jaką jest zapraszanie prezydenta przez premiera. Ale już w dzisiejszym numerze tygodnika „Do Rzeczy” pouczyła francuskiego prezydenta elekta: „Wypowiedział się nieodpowiedzialnie [na temat Polski]. Polityk, który ubiega się o ważną funkcję, powinien bardziej ważyć słowa”.

Pociąg europejski odjeżdża

Marine Le Pen przegrała, w Holandii nie poradził sobie prawicowy populista Geert Wilders. W Niemczech zapewne wygra Angela Merkel, a jeśli nie ona, to mocno proeuropejski Martin Schulz. Z Unii Europejskiej odchodzi Wielka Brytania, ostatni wielki kraj, który bronił własnej waluty przed euro, i przeciwnik zacieśnienia współpracy europejskiej. Wcześniej – jakże przewidująco! – wybrany przez Polskę na partnera strategicznego w UE.

Wybór Emmanuela Macrona na prezydenta Francji to wielkie wyzwania dla polskiej polityki. Oznacza, że proces wzmacniania współpracy europejskiej zyska nowy impuls choćby przez tworzenie budżetu strefy euro, co postuluje nowy prezydent. Polski rząd, co pokazała wizyta ostatniej szansy Angeli Merkel z lutego tego roku, zacieśnianiem współpracy nie jest szczególnie zainteresowany.

W tej sytuacji potrzebna jest niezwykle zręczna i odważna polityka europejska. Możemy oczekiwać, że będzie ją prowadziła wypróbowana ekipa – prezydent Andrzej Duda, premier Beata Szydło i minister Witold Waszczykowski, wirtuoz dyplomacji, który właśnie oczyszcza MSZ ze specjalistów. I wreszcie Jarosław Kaczyński, osoba, którą – jak pokazały francuskie wybory – w europejskich krajach straszy się wyborców. Zapewne swoje niepowodzenia będą tłumaczyć nienawiścią Zachodu wobec Polski, naruszeniem interesów, niechęcią do poprawności politycznych, zemstą elit i podobnymi frazesami, jakimi posługiwali się Le Pen i wszyscy populiści tego świata.

Pociąg europejski właśnie odjeżdża, a na peronie zostanie grupa nieudaczników. Niestety tymi nieudacznikami są obecnie rządzący Polską. Co gorsze, my możemy pozostać na peronie wraz z nimi. Pozostanie nam kolejny triumf 27 do 1.

Waldemar Mystkowski pisze.

Macron – prezydent położony daleko na Zachód od PiS

Francja miała jedyny wybór – Emmanuela Macrona, acz nam Polakom mogło się wydawać, że jest on zagrożony ze strony nacjonalistki Marine Le Pen. My, Polacy potrafimy wpadać w euforię, a jak ona jest niewłaściwa – w zbytnią ostrożność, w wycofanie. Le Pen byłaby dla Francji drugą Wandeą, tym razem zwycięską. Francja niezagrożona z zewnątrz zawsze wybierała nowoczesność, choć czasami robiła pół kroku do tyłu.

Macron jest najlepszym wyborem dla Unii Europejskiej, lepszym niż Francois Fillon, bo tylko on jeszcze mógł być brany pod uwagę jako ewentualny prezydent. Le Pen osiągnęła maksimum w tych wyborach, to nie ona jest zagrożeniem w przyszłości dla Francji i dla Unii Europejskiej – i nie jest zagrożeniem tego rodzaju nacjonalizm.

Zagrożeniem dla Francji, dla Unii Europejskiej, w tym dla Polski, jest zatrzymanie reformowania Unii Europejskiej, tynkowanie istniejącej fasady i odświeżanie barw – zbierania się w tych samych gremiach, debat nad krzywizną banana, etc.

Wokół Macrona zgromadzili się młodzi ludzie, to oni świętowali jego zwycięstwo pod Luwrem, a następnie w całej Francji. I to z nich prezydent Francji może czerpać energię, a widać, iż należy do ludzi odważnych, nie tylko prywatnie, jest twórczy i niezłomny w dobrym znaczeniu (w niedobrym znaczeniu niezłomność poznaliśmy w Polsce). Nie miał wsparcia tradycyjnych partii we Francji, więc powołał swój twór En Marche!

Nawet gdyby Macron miał zapłacić dużą cenę za swoją otwartość, nie zostanie to zmarnowane i nie skorzysta z tego Le Pen, lecz socjaliści albo gaulliści. Zagrożeniem dla przeistaczających się społeczeństw nie są one same, tylko elity. I nie jest prawdą, że elity wyrażają dążenia społeczeństw. Elity potrafią zawinąć aspiracje społeczne w fałszywe papierki i kusić takimi zatrutymi cukierkami.

Takie zagrożenie widzieliśmy we Francji, ale do niego nie doszło, gdyż nie mogło dojść w tym otwartym społeczeństwie. Taka otwarta Francja jest jednak zagrożeniem dla PiS – w tym miejscu koniecznie należy dodać językowego gluta: Polski pisowskiej.

Z kim przed wyborami spotkał się Witold Waszczykowski? O kim wyraził się, że będzie świecić oczami, gdy przyjedzie do Polski? Tym, którzy niezbyt uważnie śledzili polską politykę, odpowiadam. Na pierwsze pytanie odpowiedź brzmi: Waszczykowski spotkał się z Le Pen, a na drugie – świecić oczami miałby jakoby Macron, tym samym Waszczykowski wyraził nadzieję, iż nie życzy sobie prezydenta Francji w Polsce.

Jeszcze bardziej znamienne jest zachowanie premier Beaty Szydło i prezydenta Andrzeja Dudy. Kilka godzin potrzebne im było, aby pospieszyć z gratulacjami. Czyżby oczekiwali na inny wybór? Czyżby oczekiwali, że rękami Le Pen będą demolować Unię Europejską?

Jakich doradców politycznych ma Szydło, iż w gratulacjach dla Macrona zaprasza go do odwiedzin Polski? Premier zaprasza prezydenta? Komu się kićka, a może faktycznie Szydło nadaje się najwyżej na wójta Brzeszcz? To nie jest wpadka, pokazuje, że zaplecze Szydło tworzą jacyś trolle.

Unia Europejska jest skazana na turboładowanie, na wspólną prędkość. Nie będzie winą Macrona ani jego sojuszników z Beneluxu i Niemczech, iż do tej prędkości nie załapią się maruderzy, w tym glut – Polska pisowska.

PiS zresztą nie jest przygotowany na awans cywilizacyjny Polski, bo to są te elity, które w kolorowe papierki, w sreberka, zawinęły fałszywe wartości. PiS to świstaki naszej historii. Reformująca się Unia będzie coraz bardziej rozchodzić się z Polską pisowską, a my Polacy nieglutowscy zostaniemy wraz z nimi na peronie i będziemy tęsknie patrzeć za odjeżdżającym pendolino Unii Europejskiej.

Czy pogodzimy się z tym? Jeżeli tak, to szybko kupujmy chusteczki, będą potrzebne nam do płaczu za zaprzepaszczoną szansą. Prezydent Francji jest daleko położony na Zachód od PiS, poza ich zasięgiem.

Drugi felieton Mystkowskiego był napisany wcześniej, ale nie stracił żadnej aktualności.

Jakie barwy narodowe reprezentuje Waszczykowski?

Mediom proponuję taki eksperyment: wypowiedzi niektórych polityków polskich publikować bez nazwiska i pozwolić czytelnikom bądź widzom zgadywać ich narodowość.

Ciekawe, jak w tej konkurencji mniemanych barw narodowych wypadłby Witold Waszczykowski? Jestem pewien, że przed szczytem Unii Europejskiej ws. wyboru szefa Rady Europejskiej, wypowiedzi Waszczykowskiego byłyby klikane w każdą kratkę z wymienioną narodowością (Francuz, Niemiec, Rosjanin, Albańczyk), ale nie Polak, nawet gdyby Polak był pierwszym z wymienionych. Dlatego nie bądźmy zdziwieni, że sukcesem Waszczykowskiego był wynik 1:27. Taki to z niego odwrócony Polak. W tajnej dyplomacji owa postawa ma bardzo deprecjonujący rzeczownik, jest antonimem patrioty.

Mimo wpadek Waszczykowski jest polskim szefem dyplomacji. Który z członów tego opisu funkcji jest prawdziwy w wypadku Waszczykowskiego: czy polski, czy szef, czy dyplomata?

Znamienne są ostatnie wypowiedzi Waszczykowskiego dotyczące kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona (piszę na kilka godzin przed zakończeniem głosowania we Francji). Nie będę wdawał się w prehistorię wpadek Waszczykowskiego. Prehistorią w jego wypadku są wypowiedzi sprzed miesiąca, ma taką nadprodukcję idiotyzmów, iż szybko zapominamy stare, bo nowe są na medialnej tapecie. I tak ostatnio był łaskaw wyrazić się o Macronie: – „Jeśli Macron zostanie prezydentem, to będzie musiał świecić oczami, gdy przyjdzie mu odwiedzić Polskę po wyborach”. Publicysta „Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skonstatował: „Waszczykowskiemu udało się właśnie odwołać pierwszą wizytę Macrona w Polsce, zanim została zaplanowana”.

Takie osiągnięcie dyplomatyczne udaje się tylko dyplomatołkom – jak kapitalne sklasyfikował osobników typu „Waszczykowski” nasz wielki rodak, nieśmiertelny Władysław Bartoszewski. Waszczykowski jednak się nie poddaje, w „Salonie Politycznym Trójki” 5 maja ocenił siłę gospodarczą Francji: – „Gospodarka francuska nie potrafi konkurować z takimi gospodarkami jak Polska. Głównie chodzi o pieniądze, o ochronę rynku, o inteligentny protekcjonizm. Nie radząc sobie z naszą konkurencją, wyciąga się zarzuty polityczne”.

W związku z tą wypowiedzią zasadne jest zapytanie – trzymając się poetyki PiS – jakiego sortu dyplomatołkiem jest Waszczykowski. Wszak wiadomym jest, iż rodacy Talleyranda wypowiedzi takich dyplomatołków odhaczają ze szczególną satysfakcją, francuscy politycy w ogóle przechodzą bardzo solidne szkoły.

Waszczykowski mówił wszak o gospodarce pięć razy większej niż polska. PKB Francji wyniosło w 2015 roku 2,419 biliona dolarów, Polski – 500 miliardów dolarów, daje to ojczyźnie Macrona 7 miejsce na świecie, podczas gdy my jesteśmy sklasyfikowani na 24. Francuzi mają trzykrotnie większe PKB na głowę mieszkańca. Gdyby Francuzom nie rosło, a nasz wzrost gospodarczy wynosiłby 3-4 procent rocznie, to doszlibyśmy do poziomu ich bogactwa za kilkadziesiąt lat.

Unia Europejska po wyborach we Francji, a następnie w Niemczech szczególnie przyspieszy w reformowaniu się, tj. w integrowaniu, więc bardzo zasadne jest pytanie: jakie barwy narodowe reprezentuje Waszczykowski? Że nie polskie, łatwe jest do sprawdzenia w eksperymentach, które zaproponowałem na samym początku tego felietonu. Wystarczy cytować go bez nazwiska.

Kleofas Wieniawa też pisze o wyborach we Francji.

Niezwykle ważne dla Polski wybory prezydenckie we Francji wygrał Emmanuel Macron. Otrzymał niemal dwukrotnie więcej głosów, niż jego przeciwniczka nacjonalistka Marine Le Pen.

Unia Europejska została uratowana, acz ogrom reform przed nią. Gdy się nie udadzą, egzekucja UE zostałaby odroczona.

Jeszcze jedna ważne dla Polski są wybory niemieckie, acz tam każdy wybór (a są tylko dwa) jest dla nas dobry (między względnie dobry i pożądany).

Francja Macrona i Niemcy są gwarantem dla Polski rozwoju cywilizacyjnego. Niekoniecznie te rozstrzygnięcia są dobre dla parti rządzącej w Polsce – PiS. Partia Kaczynskiego u władzy, Unia Europejska oddalająca się od Polski. I nie jest winą Unii, że Polska wypychana jest z jej centrum.

Wyborcy polscy w dłuższej perspektywie przekonają się, jaką zawalidrogą dla nich jest PiS. Oby nie było za późno.

Nie chcę pisać o takim śmiesznych postaciach naszej polityki, jak Witold Waszczykowski, bo ten jest gwarantem zapóźnienia – przede wszystkim zapóźnienia osobowego.

Polska wygrtwa wraz z Macronem. I to jest pierwsza najważniejsza naskórkowa konstatacja-  z polskiego punktu widzenia (polskiego pępka interesu).

Bez weryfikacji przez służby specjalne, bez certyfikatów bezpieczeństwa, za to z dostępem do tajnych dokumentów! o skandalu w MON

>>>

AŻ MIŁO POPATRZEĆ :))) A TO DOPIERO POCZĄTEK.

ZA CHWILĘ CZAS IM SIĘ SKOŃCZY :))) ALBO NADADZĄ OBRAZ TYLKO W CZERNI I BIELI

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze o tym, co stało się w PiS. Ważą się losy minister Anny Streżyńskiej w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Po jej krytycznych wypowiedziach na temat reform wprowadzanych przez PiS premier Beata Szydło zwołała na godz. 16 pilne spotkanie z ministrami.

Burzę w rządzie wywołał wtorkowy wywiad minister cyfryzacji dla Radia Zet. Streżyńska oceniła, że rząd zbyt szybko zabrał się do realizacji socjalnych obietnic wyborczych. – Powinniśmy najpierw na nie zarobić, a dopiero potem ich dokonywać – stwierdziła.

Anna Streżyńska: Jestem fachowcem do wynajęcia

Minister Streżyńska, oceniana jako jedna z najbardziej kompetentnych osób w rządzie Beaty Szydło, skrytykowała obniżenie wieku emerytalnego. Stwierdziła, że zrealizowanie tej obietnicy z punktu widzenia państwa jest „przedwczesne”. – Nie możemy jako rząd dawać sygnału, że najważniejsze jest zrealizowanie obietnic wyborczych, a mniej ważne prowadzenie racjonalnej gospodarki finansowej – powiedziała.

Minister Streżyńska w ostatnim czasie znalazła się też w konflikcie z ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem, który chce wyjąć spod kompetencji resortu cyfryzacji kwestię cyberbezpieczeństwa. Oznaczałoby to, że Macierewicz przejmie panowanie nad częścią baz danych, do których dostęp ma obecnie Streżyńska. Minister cyfryzacji powiedziała, że sprzeciwia się „militaryzacji cyberbezpieczeństwa”. Dodała, że nie jest to konflikt personalny, tylko dotyczący podejścia do ochrony obywateli.

Minister Streżyńska stwierdziła też na antenie Radia Zet, że może współpracować z każdym, kto jest uczciwym człowiekiem, ponieważ jest „fachowcem do wynajęcia”. Tłumaczyła, że wiele zrobiła, by „być ponad polityczne spory”, i nie wykluczyła możliwości wejścia do ewentualnego rządu Platformy Obywatelskiej.

Beata Szydło o słowach Streżyńskiej: Przypomnę o lojalności

W środę rano w Radomiu do słów Streżyńskiej odniosła się premier Beata Szydło. Zapowiedziała, że jeszcze w środowe popołudnie zwoła specjalne spotkanie z ministrami i wiceministrami, podczas którego przypomni o „zasadzie lojalności”, odpowiedzialności za słowo i umiarkowania w wypowiedziach medialnych. Premier podkreślała, że w obecnej sytuacji najważniejsza jest „jedność rządu”. Podkreślała, że dobre projekty rodzą się w dyskusji, ale powinna to być dyskusja wewnętrzna.

– Nie rozumiem wypowiedzi pani minister Streżyńskiej, bo ona nigdy nie podnosiła na posiedzeniu rządu wątpliwości – stwierdziła premier.

Mariusz Błaszczak: Streżyńska prezentuje „resortowe widzenie kraju”

Jeszcze przed wypowiedzią premier Beaty Szydło bardzo mocno minister Streżyńską zaatakowali minister Mariusz Błaszczak i rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Ta ostatnia w Radiu Zet mówiła: – Jeśli minister cyfryzacji Anna Streżyńska nie akceptuje tego, co robi polski rząd, to dziwię się, że jest jedną z jego twarzy. Dużo lepiej byłoby, gdyby minister Streżyńska o swoich wątpliwościach dyskutowała wewnątrz rządu.

Mazurek dodała, że sprawdziła aktywność minister na posiedzeniach rządu i minister nigdy „uwag co do zmian, które my wprowadzamy na Radzie Ministrów, nie miała”. – Uważam, że uczciwość jest taka, że jeżeli się z czymś nie zgadzam, to zastanawiam się, czy w tym czymś dalej tkwić – zakończyła rzeczniczka PiS.

Mariusz Błaszczak w TVN 24 ocenił z kolei, że Streżyńska co innego mówi w mediach, a co innego na posiedzeniu Rady Ministrów. Jej sprzeciw wobec „militaryzacji” cyberbezpieczeństwa określił jako zbyt wąski, „resortowy sposób widzenia kraju”. Sam stwierdził, że jest „przeciwnikiem Polski resortowej”. – Uważam, że rząd jest jedną drużyną, jednym zespołem, a tu pobrzmiewa mi myślenie: moje władztwo musi być szersze, bo jeżeli ktoś ma gdzieś jakieś pole, to już zagraża – podkreślił.

Anna Streżyńska w przeszłości była m.in. doradcą premiera Jerzego Buzka. Od 2006 do 2012 roku kierowała Urzędem Komunikacji Elektronicznej po nominacji premiera rządu PiS Kazimierza Marcinkiewicza.

BUUUUM

Waldemar Mystkowski pisze o konflikcie w rządzie i nowym sondażu.

Rząd Beaty Szydło wpada w pierwsze tak poważne turbulencje. Jeden z ministrów mówi głośno o źle realizowanym programie rządu, w którego wchodzi skład, a ponadto pierwszy sondaż po wyborach parlamentarnych pokazuje, że partia rządząca nie jest liderem zaufania Polaków.

Można było się spodziewać, że tak spektakularnie pęknie Anna Streżyńska. Pierwsze sygnały dochodziły miesiąc temu po zakupie przez Ministerstwo Obrony Narodowej Exatela, operatora telekomunikacyjnego, dostarczającego rozwiązania dla biznesu i administracji publicznej. Antoni Macierewicz zagarnął kompetencje ministra cyfryzacji Streżyńskiej. Minister więc nie wytrzymała i powiedziała w sposób mało zawoalowany, że nie zgadza się z militaryzacją cyberprzestrzeni.

Streżyńska przede wszystkim skrytykowała sposób realizacji obietnic wyborczych PiS, czyli faktycznie program rządu, który nie liczy się z kosztami, z racjonalnością finansową. Dostało się reformie emerytalnej, która była przedwczesna, bo nie znaleziono środków na jej realizację, pisząc wprost: reforma, do której nie powinno dojść.

Polityków PiS Streżyńska musiała „trzepnąć” tym, że nie wykluczyła możliwości wejścia do ewentualnego rządu PO. Minister cyfryzacji w tym rządzie jest „człowiekiem” Jarosława Gowina. Nie powiedziała ot tak sobie bez porozumienia z wicepremierem, który mówi ogródkami, aby nie wejść na posesję Macierewicza, a Streżyńskiej jest o wiele łatwiej.

Ponadto zwracam uwagę, że gra może toczyć się o stawkę dużo większą, kilkunastu posłów w ławach PiS jest związanych z Gowinem, z partią Polska Razem. I oto wyskoczył Paweł Kukiz, który bez ogródek powiedział, że wesprze wniosek Platformy Obywatelskiej dotyczący odwołania Macierewicza.

Głosik do głosika i uzbiera się trzosik, którym będzie można odwołać Macierewicza. A jak odwołać Macierewicza, to odwołać rząd Szydło, a jak rząd odwołać, to… wcześniejsze wybory? Daleko wybiegam, lecz rysa w tym rządzie wskazuje na głębszy rozłam. To się zaczęło, nieuchronnie będzie się pogłębiać.

Tak jak pogłębiać będą się wyniki sondaży. Platforma Obywatelska minęła PiS o dwa punkty procentowe – 31% do 29%. Kaczyński już ogląda plecy Schetyny. Tyle, co PiS nabroił, jest powód, aby się bać. Nie tylko Trybunał Stanu stoi otworem, ale zwykłe sprawy karne, bo sprawa Berczyńskiego „pachnie” korupcją.

W tej sytuacji Beata Szydło zwołała swoich ministrów. Przepraszam, bo wpadam w poprawność newsową, Kaczyński nakazał zwołać Szydło rząd i pogrozić. Nie tylko Streżyńskiej. Mam dla prezesa złe wiadomości: każda parciana wiedza, władza, parciany intelekt, parciany talent, rozłażą się, gdyż nie są wartością. Politykę można prowadzić tylko w interesie społeczeństwa, nie można prowadzić w parcianym interesie partii.

Po spotkaniu Szydło z ministrami rzecznik tego rządu Rafał Bochenek przekazał grafomańską metaforę: „Nie ma absolutnie miejsca na wolne elektrony”. Parcianość do potęgi, kwadratowa, a nawet w sześcianie. Graniastosłup parcianości. Polska na jakiś moment stała się parciana – bez Trybunału Konstytucyjnego, bez mediów publicznych i z „sukcesem” 1:27 – ta parcianość musi się rozłazić, pękać.

Parciany rząd Szydło będzie coraz bardziej parciany, a sondaże PO będą dawały więcej niż 31%, a PiS mniej niż 29%. Jacek Kurski w mediach narodowych dostanie takiego szpagatu, że już z niego się nie podniesie. Jakiś czas potrwa upadek PiS, wierzę, że politycy opozycji czegoś z tego się uczą. Dotyka nas bolesna nauka.

INTERNAUCI MOCNO KOMENTUJĄ CORAZ GORSZĄ SYTUACJĘ W RZĄDZIE PiS

SZYDŁO MÓWIŁA TO ZUPEŁNIE SZCZERZE 🙂

Kleofas Wieniawa pisze o „gorącym” temacie – powolnym odchodzeniu PiS.

Czy to już? Rząd PiS sypie się, pierwszy sondaż wskazuje na Platformę, której Polacy najbardziej ufają. Takich wiraży będziemy mieli coraz więcej. Już doznaliśmy tylu wrażen, bo w całym okresie po 1989 roku nie było tylu demolek.

Straciliśmy pozycję w Unii Europejskiej, z prymusa zepchnięci zostaliśmy do pozycji chorego „człowieka” Unii. Dane gospodarcze są kiepskie. Mateusz Morawiecki może zaklinać rzeczywistość, lecz każdy aspekt gospodarczy jest gorszy niż u poprzedników.

Będzie, co sprzątać po PiS. Oczywiście, Duda i Szydło muszą beknąć, choć tylko firmowali „geniusz” Kaczyńskiego.

Anna Streżyńska powiedziała to, co musiała. Przywoływanie minister do porządku przez Szydło, jest li tylko odwlekaniem upadku. Ten rząd będzie pękać i to z coraz większym hukiem. Nie ma odwrotu od kardynalnych błędów. Naprawia się je zupełnie inaczej.

Ile ta agonia PiS potrwa? Nie wytrzyma rząd PiS do wyborów. Ucieknie Gowin ze Streżyńską, acz nie wiem – gdzie? Przecież nie w ramiona Schetyny. Kukiz – choć świr, jak go zgrabnie nazwał Zbigniew Hołdys – będzie chciał zbierać ogryzki elektoratu PiS.

Jeszcze nie raz nas potelepie – aferami, niszczeniem Polski, degradacją – elektorat się odwinie. Oj, odwinie. Polska to nie Turcja, ani Białoruś.

Póki są niezależne sądy i Błaszczak nie jest sędzią, to sprawiedliwość istnieje. Brawo dla Sądu!

A TYMCZASEM W MEKSYKU

>>>

NAJPIĘKNIEJSZE PODZIĘKOWANIA JAKIE MOGLIŚMY DOSTAĆ. TO DLA NAS WSZYSTKICH :)))

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze, co wynika z dymisji Wacława Berczyńskiego. Jeśli okazałoby się, że Wacław Berczyński jest mitomanem, nie byłoby to problemem. Znacznie poważniejszą sprawą byłoby, gdyby miał wpływ na zakup śmigłowców dla polskiej armii od poważnego światowego koncernu.

Dr Wacław Berczyński, przewodniczący podkomisji badającej katastrofę smoleńską, podał się do dymisji. Ostatnio dał się poznać jako autor teorii o bombie termobarycznej, która rozerwała kadłub prezydenckiego tupolewa przed lotniskiem w Smoleńsku (choć nikt wybuchu nie widział, nie słyszał, nie zarejestrowały go przyrządy podkładowe, a załoga rozmawiała do samego końca, nie wiedząc, że samolot wybuchł). Jednak nie te dyrdymały były powodem rezygnacji.
W zeszłotygodniowym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Berczyński powiedział, że Antoni Macierewicz uczynił go pełnomocnikiem ds. zakupu caracali – francuskich śmigłowców, na które polski rząd miał podpisać kontrakt. A on te caracale „wykończył”.MON wydał błyskawicznie ratunkowy komunikat, w którym stwierdził, że Berczyński nie miał żadnego wpływu na decyzje ws. śmigłowców.

Możemy przyjąć, że to prawda. Wtedy przewodniczący komisji badającej wypadek Tu-154 z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie okazałby się mitomanem. Nie byłoby to wielkim problemem. W 2013 r. przewodniczący Komitetu Naukowego Konferencji Smoleńskiej prof. Jacek Rońda stwierdził w TVP, że ma dokument, który stwierdza, że piloci tupolewa nie zeszli poniżej 100 m. Pół roku później z rozbrajającą szczerością przyznał w Telewizji Trwam, że takiego dokumentu nie ma, a w TVP „blefował”. Odszedł z komisji, nie zmniejszając w oczach ludu smoleńskiego jej wiarygodności.

Komisja smoleńska składa się bowiem z „osobliwych” naukowców, a jedynym autorytetem, który orzeka o naukowości jej argumentów, jest prezes PiS Jarosław Kaczyński. Nikt na świecie nie przejmuje się tym, co ustalili smoleńscy naukowcy.

Możemy też przyjąć odwrotną tezę – Wacław Berczyński mitomanem nie jest i faktycznie wpływał na odwołanie zakupu caracali. Wtedy sprawa jest poważniejsza. Wiele wskazuje na to, że Berczyński faktycznie miał dostęp do dokumentacji przetargowej. Co więcej, przez lata pracował dla amerykańskiego koncernu Boeing, którego trzy samoloty dla VIP-ów kupił MON, łamiąc przy tym procedury.

Jeśli prawdą jest, że na decyzje o zakupie śmigłowców dla armii miał wpływ zaprzyjaźniony z szefem MON emerytowany naukowiec snujący teorie o bombie termobarycznej, to Polska staje się państwem, w którym obowiązują standardy nawet nie republiki bananowej. Gorzej. Stajemy się republiką paranoiczną.

POLACY SPOGLĄDAJĄ TERAZ NA PiS. NIECH RZĄD POKAŻE CZY SŁUCHA SUWERENA? BO TAK PRZECIEŻ TWIERDZI SZYDŁO I CAŁA JEJ JEDYNIE SŁUSZNA PARTIA…

Wojciech Czuchnowski pisze o kulisach przesłuchania Donalda Tuska. Przed przesłuchaniem przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska prokurator uprzedził go, że ma prawo odmówić odpowiedzi, jeśli jej udzielenie groziłoby mu odpowiedzialnością karną.

Formuła „przesłuchania z uprzedzeniem” stosowana jest, gdy prowadzący sprawę prokurator nie wyklucza, że świadek może dołączyć do osób, które mają w śledztwie zarzuty.

O prawie do odmowy odpowiedzi na pytanie „jeżeli udzielenie odpowiedzi mogłoby narazić jego lub osobę dla niego najbliższą na odpowiedzialność za przestępstwo lub przestępstwo skarbowe” świadek informowany jest na standardowym druku przed przesłuchaniem. Jednak w przypadku Tuska prokurator osobno zwrócił mu uwagę na art. 183 kodeksu postępowania karnego, mówiąc właśnie o możliwości uchylenia się od odpowiedzi.

Tusk nie uchylił się od żadnej odpowiedzi

– Przesłuchanie z uprzedzeniem nie przesądza o tym, że rola procesowa świadka ulegnie zmianie na dalszym etapie śledztwa – podkreśla mec. Marek Małecki, pełnomocnik oskarżonych w głośnych procesach karnych.

Tusk przesłuchiwany był w środę jako świadek w śledztwie dotyczącym umowy o współpracy pomiędzy Służbą Kontrwywiadu Wojskowego a rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa. Umowa (dotycząca m.in. wymiany informacji i zwalczania terroryzmu)  podpisana w 2013 r. nigdy nie weszła w fazę realizacji. Tusk jako premier zgodził się na jej podpisanie w 2011 r. Obecne władze twierdzą, że umowa szkodziła interesom obronnym Polski.

Jak podaje rozmówca „Wyborczej”, Tusk ani razu nie skorzystał z artykułu 183 i nie uchylił się od odpowiedzi . Przesłuchanie było tajne, tak jak całe śledztwo. Z informacji „Wyborczej” wynika, że brał w nim udział b. szef SKW gen. Janusz Nosek, jego prawnik. Wojciech Brochwicz (jeden z założycieli służb specjalnych III RP)., oraz pełnomocnik gen. Piotra Pytla, następcy Noska na stanowisku szefa SKW. Obu generałom postawiono zarzuty za podpisanie umowy z FSB i w przesłuchaniu mogli uczestniczyć jako strony postępowania.

Tuska reprezentował: Roman Giertych (b. wicepremier w rządzie PiS).

Dlaczego przesłuchanie trwało aż 8,5 godziny? Informator „Wyborczej” wymienia dwa powody: prokurator miał „grubo ponad 100 pytań” i całość „mozolnie” protokołował ręcznie.

Tusk dziękuje za wsparcie

Jak już informowaliśmy w „Wyborczej”, prowadzącego śledztwo interesowało to, dlaczego Tusk, wyrażając zgodę na podjęcie współpracy pomiędzy służbami, nie konsultował się z ówczesnym szefem MON Tomaszem Siemoniakiem. Tusk miał odpowiedzieć, że skoro SKW podlegała MON, było dla niego oczywiste, że kierownictwo resortu ma pełną wiedzę o sprawie.

Druga seria pytań dotyczyła samej współpracy, a dokładnie okresu przed poinformowaniem o niej premiera. Chodzi o kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 r. Funkcjonariusze SKW pracowali wtedy na terenie Rosji i zbierając materiały do polskiego śledztwa, musieli korzystać z pomocy służb rosyjskich oraz informować Rosjan o swojej aktywności w ich kraju. Zdaniem obecnego kierownictwa SKW (które złożyło zawiadomienie o przestępstwie w sprawie umowy z FSB) było to „szkodliwe dla interesów obronnych RP”.

Tusk, który w środę wieczorem dziękował ludziom witającym go na dworcu w Warszawie i czekającym potem pod prokuraturą, w czwartek jeszcze raz dziękował na Twitterze: „Drzewo zetną, bażanta zastrzelą, ale Was nie zmogą. Dzięki za Wasze ‚Sto lat’ – najpiękniejsze, jakie w życiu słyszałem”.

„Na zachętę” została dyrektorem, nic dziwnego, że słoma z butów wychodzi ” – Jan Grabiec

Waldemar Mystkowski pisze o zastraszaniu sędziów KRS.

Metody PiS są tak parciane, jak ich politycy.

W zastraszaniu władze PiS są mistrzami, taki ich genotyp. Na rozkładówce znajduje się sądownictwo, więc uderzają w ludzi prawa, którzy bronią niezależności władzy sądzenia. Metody PiS są tak parciane, jak ich politycy.

Rzecznik i członek Krajowej Rady Sądownictwa sędzia Waldemar Żurek szczególnie leży PiS na wątrobie, bo nazywa rzeczy po imieniu, czyli bezprawie nazywa bezprawiem. A tego dopuszczają się organa rządzone przez PiS.

Kilka miesięcy temu Żurek dostał się w tryby machiny PiS z powodu oświadczeń majątkowych. Skonstruowane zostały w stosunku do niego jakieś podejrzenia z sufitu, które w istocie nie są warte zainteresowania publiki, ale można odpowiednio je obrobić w mediach kierowanych przez Jacka Kurskiego. Przede wszystkim samego sędziego zastraszyć przez tajne służby, którymi zarządza Mariusz Kamiński. Ten przed objęciem władzy przez PiS miał wyrok 3 lat bez zawiasów, lecz jeszcze nie był nieprawomocny. Ułaskawił go Duda, a Kamiński poszedł w ministry. W ten sposób Polska pisowska nabierała cech republiki bananowej.

Ktoś konduity Kamińskiego stoi na czele służb. Kamiński zresztą działa tak, jak w latach 2005-2007, gdy ścigał Andrzeja Leppera, lecz wywrócił się na skórce banana. Fajtnął, taki z niego Flap. Dzisiaj ma to wymiar „Ucha Prezesa”.

Sędzia Żurek wiedząc, że nim się interesują w ten parciano-bananowy sposób, kilka miesięcy temu napisał list do CBA, aby zapytać się o analizę jego oświadczeń majątkowych. Żadnej odpowiedzi nie otrzymał, bo służby czekały na skoordynowaną akcję.

W ubiegłym tygodniu PiS z całym impetem przystąpił do reformy sądownictwa (deformowania), więc muszą się dobrać do postaci szczególnych, jak do sędziego Żurka. Zadzwoniła do niego agentka CBA, która zaprosiła go do siebie, aby odpowiedzieć na pismo sprzed kilku miesięcy. Taka pisowska jakość proceduralna. Po agentce CBA odezwała się telewizja – dawniej publiczna – która ma jakieś operacyjne informacje (fragment niejawnych oświadczeń majątkowych Żurka). Zwracam uwagę na postępowanie i język PiS: czysty sowietyzm. Żurek wobec tego staje się nad wyraz ostrożny, przy wsparciu swego pełnomocnika prosi CBA o formalne wezwanie, na które wówczas się stawi.

Agentka jednak jest natarczywa, śle SMS-y, chce 5-minutowej rozmowy. Kicz pisowski, aż w szare komórki szczypie. Wczoraj (w środę, 19 kwietnia) troje agentów CBA na siłę weszło do gabinetu płk. Piotra Raczkowskiego, wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, gdzie odbywało się spotkanie sędziów KRS, na którym był sędzia Żurek i na siłę – dosłownie – wcisnęli mu wezwanie. Obeszli wszelkie procedury.

Siedziba Krajowej Rady Sądownictwa jest strefą zamkniętą organu konstytucyjnego, więc naruszone zostało prawo, mir domowy. Sędzia Żurek musiał być wcześniej inwigilowany, bo skąd wiedzieli, gdzie go mogą znaleźć, a do tego znieważono pracowników, którzy bronili sędziowskiego BHP.

Po odebraniu władzy PiS będzie ogromnie wiele roboty, aby oczyścić stajnie Augiasza, które zostawią po sobie. PRL-owskie metody są obecnie reaktywowane przez takie nieudaczne postaci, jak Kamiński i jego – pożal się boże – agenci.

Kleofas Wieniawa pisze o Dudzie, który znowu pisze do Macierewicza.

Polityka epistolarna w wykonaniu Andrzeja Dudy rozkwita w najlepsze. Adresatem listów prezydenta jest minister obrony. Duda domaga się od ministra wypełniania obowiązków konstytucyjnych, a ten nic.

Duda sam naruszył konstytucję i nie wątpię, iż w przyszłości odpowie za to przed Trybunałem Stanu, a Macierewicz już może stanąć przed Trybunałem, gdyby Duda się postarał, lecz woli pisać listy.

Najnowszy list (z adnotacją „bardzo pilne”), który wyciekł – potwierdzona jest jego autentyczność – zawiera pytania Dudy dotyczące Wojsk Obrony Terytorialnej. Prezydent niepokoi się, iż ich utworzenie jest osłabieniem zawodowego Wojska Polskiego. Acz to napisane jest delikatnie.

Duda chce wiedzieć, jakiego rzędu jest to osłabienie? Kolejne osłabienie WP po odejściu 30 generałów. Muszę przyznać, że Macierewicz jest jak porządna wojna, tak przetrzebił szeregi dowódców WP i dalej osłabia.

Biedny Duda. Najnowszy list (wg wiedzy publicznej) to dowód kompletnej bezradności głowy państwa i zwierzchnika sił zbrojnych. Przykro na to patrzeć.

Dlaczego Duda uderza w Macierewicza? Jest okazja, bo i Platforma Obywatelska planuje wotum nieufności wobec szefa MON, a do tego szef podkomisji smoleńskiej Wacław Berczyński podał się do dymisji. A ten miał „osiągnięcia” – bombę termobaryczną, która wybuchła w tupolewie, ale piloci nic o niej nie wiedzieli i dalej sobie lecieli, no i uwalenie caracali, aby mogły być zakupione boeingi, w której to fabryce gościu pracował.

Zastanawiać może mitomaństwo Berczyńskiego (czort z nim), lecz mitomaństwo Macierewicza ma siłę hekatomby. Czyżby Duda się budził, czy odczuwa strach, bo odpowie za wielokrotne złamanie konstytucji?

TAKA POWINNA BYĆ Brawo dla Was

>>>

BOSKIE :)))

WIELKI PAŃSTWOWY PRZETARG WYSADZONY W POWIETRZE DECYZJĄ JEDNEGO, NIEUPRAWNIONEGO CZŁOWIEKA. Przyznajemy mu tytuł „OJCA WSZYSTKICH BOMB”

Paweł Wroński zaskoczony wyznaniem „eksperta” Macierewicza, Wacława Berczyńskiego, który „wykończył caracale”. Są takie momenty, gdy śnię. Przecieram jednak oczy i okazuje się, że śnię dalej. Przede mną zaś wywiad Magdaleny i Maksymiliana Rigamontich w „Dzienniku Gazecie Prawnej” z dr. Wacławem Berczyńskim – przewodniczącym podkomisji smoleńskiej. Nie przypuszczałem, że ktokolwiek może tak skompromitować wyniki prac komisji smoleńskiej Macierewicza jak jej przewodniczący.

Tak, to ten sam naukowiec, który wynalazł bombę termobaryczną „z tłumikiem”. Tę, której wybuchu nikt nie widział, nie słyszał i nie zarejestrowały jej czarne skrzynki samolotu Tu-154 nadlatującego nad lotnisko w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku.Wywiad wiele mówi o metodzie naukowej stosowanej przez emerytowanego „amerykańskiego naukowca” od mechaniki. Na pytanie, czy kiedyś był w Smoleńsku, ot tak, choćby z ciekawości, pada odpowiedź: „Nie, nikt mnie tam nie zaprosił, nikt mi tego nie zaproponował”. Twierdzi, że zanim Tu-154 utracił kawałek skrzydła po zderzeniu z brzozą, ciął tylko „gałązki”. Maksymilian Rigamonti zrobił jednak wiele zdjęć drzew ściętych przez samolot. Odpowiedź: „Wobec tego nie są to zdjęcia, które widziałem”.

Autorka wywiadu pyta, dlaczego próbny wybuch urządzono w metalowym modelu. Przyznam, że raczej przypominał szopę do przechowywania warzyw niźli samolot. Pyta, dlaczego okna (zwykle wypychane przez wybuch) zostały na modelu tylko namalowane. Pada spokojna odpowiedź, która podważa w ogóle sens tego eksperymentu: „Umieszczenie ich w tej replice kosztowałoby więcej pieniędzy i czasu”.

Problem, gdzie taki ładunek termobaryczny miałby być umieszczony (z eksperymentu wynika, że gdzieś w centrum kadłuba) i jak dostał się na pokład, trapi też jak widać dr. Berczyńskiego, skoro twierdzi on: „Zastanawiałem się nad tym wiele razy i nie wiem”. Cóż z tego, skoro jest przekonany, że tam był.

Dr Berczyński jest na 90 procent pewny, że kontrolerzy umyślnie źle sprowadzali Tu-154, na 90 procent, że na pokładzie był wybuch, i na prawie 100 procent, że samolot rozpadł się w powietrzu. Z dumą przypomina, że już w 2011 roku napisał artykuł, z którego wynikało, że „cała część ogonowa maszyny została odrzucona w trakcie lotu”.

Mamy więc jasność: rosyjscy kontrolerzy sprowadzali na ziemię samolot po to, żeby się rozbił, ale on sam rozpadał się w powietrzu pod wpływem wybuchu, tylko polscy piloci tego nie zauważyli, a przyrządy nie zarejestrowały. Aha, i jeszcze jakiś dziwaczny przyrząd w kabinie, który wołał jak oszalały: „Pull up, terrain ahead!”.

Całość wygląda jak usilna próba dopasowania „nauki” do scenariusza filmu „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, z którym zresztą ta sama autorka wcześniej zrobiła wywiad.

Na smoleńskiej rocznicy prezes Jarosław Kaczyński mówił, że po raz kolejny komisja zbliżyła się do prawdy, bo teraz strona „wybuchowa” dysponuje dowodami „naukowymi”. Prawda, mówił to bez pasji i specjalnego przekonania. W tym wywiadzie dr Berczyński wszystkie te dowody sam koncertowo masakruje. Czy ja nadal śnię? A może oglądam film „Wystarczy być” w wersji smoleńskiej z nowym Mr. Chance’em w roli głównej?

UCIEKŁ JAK TCHÓRZ? PRZECZYTAJ:

Wstrząsnięty jest były minister obrony Tomasz Siemoniak, który udzielił wywiadu portalowi wiadomo co.

„Nie wiem, czy pani wie, ale to ja wykończyłem caracale” – powiedział Wacław Berczyński w rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla „Dziennika Gazety Prawnej”. To zdanie przewodniczącego powołanej przez MON podkomisji ds. ponownego zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej wiele osób wprawiło w osłupienie. – Sam przyznaje się do nielegalnych działań. Sprawą powinna z urzędu zająć się prokuratura – komentuje w rozmowie z wiadomo.co wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej. Przypomina też o wniosku PO dotyczącym powołania komisji śledczej w sprawie postępowań śmigłowcowych.

Dziwne wyznanie Wacława Berczyńskiego

Dr Wacław Berczyński w rozmowie Magdaleną Rigamonti dla „Dziennika Gazety Prawnej” opowiada m.in. o kulisach rezygnacji Ministerstwa Obrony Narodowej z zakupu francuskich śmigłowców:

Nie wiem, czy pani wie, ale to ja wykończyłem caracale. Znam się na tym, znam się na śmigłowcach, znam się na lotnictwie. (…) Pamiętam, jak przeczytałem o tych caracalach, o tym, że polski rząd zamierza je kupić, to mi włosy stanęły dęba. Markowi Pyzie w piśmie „wSieci” powiedziałem, że to jest przekręt, że Polska nie może tak strasznie przepłacać – i się zaczęło.

Szef podkomisji badającej ponownie przyczyny katastrofy smoleńskiej opowiada też o swojej współpracy ws. śmigłowców z szefem MON Antonim Macierewiczem:

To był kwiecień 2015 r., jeszcze rządziła PO. Potem wybory wygrał PiS, ministrem obrony został Antoni Macierewicz, który powiedział: „bądź moim pełnomocnikiem w sprawie śmigłowców”. I tak, krok po kroku, zaproponowano mi, bym włączył się w pracę w WZL w Łodzi, w których powstają właśnie helikoptery. I powiem pani, że z przyjemnością się zgodziłem.

Zerwane negocjacje z Francuzami

Przypomnijmy, przetarg na wielozadaniowe śmigłowce dla wojska rozpisano wiosną 2012 r. W kwietniu 2015 r. MON do końcowego etapu zakwalifikowało ofertę Airbus Helicopters z maszyną H225M Caracal. Ministerstwo twierdziło, że tylko ta oferta spełniła wymogi formalne. Odrzuciło wtedy ofertę Świdnika ze względu na zbyt odległy termin dostawy, i Mielca – z powodu braku uzbrojenia.

W maju 2015 r. PiS w sprawie przetargu zawiadomiło prokuraturę. Ta początkowo odmówiła wszczęcia postępowania. Decyzja została jednak zmieniona jesienią 2016 r. (już po wygranych przez PiS wyborach). Śledztwo cały czas się toczy.

Na początku października 2016 r. Ministerstwo Rozwoju, które negocjowało offset z Airbusem, uznało dalsze rozmowy za bezprzedmiotowe. MON na nowo rozpoczęło procedurę pozyskania nowych śmigłowców w ramach pilnej potrzeby operacyjnej.

„Wykończenie” przetargu to działanie nielegalne. To kolejny odcinek w serialu skandali w MON-ie. Powaga państwa polskiego w tym obszarze upada strasznie nisko – mówi w rozmowie z wiadomo.co były minister obrony narodowej, poseł PO Tomasz Siemoniak.

Kamila Terpiał: Jaka powinna być reakcja organów państwa na taką wypowiedź Wacława Berczyńskiego?         
Tomasz Siemoniak: W normalnym państwie taką wypowiedzią powinna się zająć prokuratura, która zresztą prowadzi postępowanie w sprawie śmigłowców. Ta informacja może być kluczowa dla śledztwa. Okazuje się, że to nie komisja przetargowa w ministerstwie obrony czy komisja offsetowa w ministerstwie rozwoju, tylko zewnętrzna osoba wywarła decydujący wpływ, czyli „wykończyła caracale”. Pytanie: w jakim trybie to się zdarzyło, jaki był dostęp pana Berczyńskiego do dokumentów, z kim rozmawiał? Mamy do czynienia z postępowaniem przetargowym na 13,5 mld zł, największym w historii Ministerstwa Obrony Narodowej i nagle okazuje się, że poza wszelkimi procedurami znajomy ministra Macierewicza przyznaje się do „wykończenia” przetargu. To jest działanie nielegalne, nie można w taki sposób wpływać na komisje przetargowe. Do ogromnych znaków zapytania w sprawie działań Antoniego Macierewicza dotyczących śmigłowców dochodzi teraz chyba największy z tych znaków zapytania, ale też pokazujący, jakie są mechanizmy w państwie PiS.  Sprawa wymaga wyjaśnienia i rezerwujemy sobie prawo do różnych działań.

Czyli jakich?
Przypomnę, że w październiku złożyliśmy wniosek o powołanie komisji śledczej w sprawie postępowań śmigłowcowych, chcąc pokazać z jednej strony, że w czasie naszych rządów wszystko było przejrzyste i zgodne z prawem, ale chcemy, żeby zostały też wyjaśnione działania rządu PiS-u. Przecież od października do kwietnia, jeżeli chodzi o sprawy śmigłowcowe, mamy do czynienia z serią zdarzeń, które potwierdzają potrzebę powołania komisji śledczej. Były już kupowane Black Hawki, które miały dolecieć do końca roku, był śmigłowiec polsko-ukraiński, a na koniec mieliśmy zapowiedź zakupu 12. śmigłowców za 7 mld zł, czyli drożej, i bez offsetu, niż w przerwanym postępowaniu. Skoro pan Wacław Berczyński bulwersował się tamtymi kwotami, to powinien jeszcze bardziej bulwersować się tymi.

Apelujecie o powołanie komisji śledczej. Co jeszcze można robić? Apelować do prokuratury?
Oczekujemy, że prokuratura zajmie się tą sprawą z urzędu, tym bardziej, że toczy się postępowanie. Jeżeli tego nie zrobi, jestem prawie pewien, że będziemy wnioskować do prokuratury. Mamy jeszcze komisję obrony narodowej, mamy zapowiedziany w czwartek wniosek o odwołanie ministra Macierewicza, jeżeli nie zostanie odwołany w ciągu tygodnia. To jest już kolejna bulwersująca sprawa, kolejny odcinek w serialu skandali w MON-ie. Powaga państwa polskiego w tym obszarze upada strasznie nisko. Jeżeli okazuje się, że to pan Berczyński rozstrzyga przetargi, to ja nie znam drugiego kraju, w którym tak by się to odbywało.

Jakie są powody takiego oświadczenia szefa podkomisji smoleńskiej. Myśli pan, że to przypadek?
Nie zdarza się coś takiego, żeby ktoś z własnej woli, bo przecież w wywiadzie nawet nie został o to zapytany, przyznawał się do nielegalnego działania. To jest bezprecedensowe, ale się zdarzyło. Jeśli to pada z ust osoby tak wysoko sytuowanej, która uważa się za przyjaciela Antoniego Macierewicza i która podaje się za pełnomocnika do spraw śmigłowców (zresztą kolejne ważne pytanie, czy formalnie na takie stanowisko został powołany), to jest bardzo poważna sprawa. Pytanie więc, czy to jest niemądra przechwałka, która może na niego sprowadzić poważne kłopoty, czy wyrzuty sumienia, czy rzeczywiście sypie się ekipa Macierewicza po odejściu Misiewicza i będą się działy jeszcze rożne dziwne rzeczy. To może być też ucieczka do przodu po kompromitacji jego podkomisji, potwierdzonej poniedziałkowym „show”. Mamy dodatkowo badania, z których wynika, że tylko 6,5 proc. Polaków wierzy w wybuch na pokładzie tupolewa. To jest jedna wielka kompromitacja pana Wacława Berczyńskiego.

Najnowszy sondaż pokazuje trend – PiS na śmietnik historii. Tam miejsce Kaczyńskiego z jego ferajną.

• 28 proc. PiS, 27 proc. PO, 12 proc. Kukiz’15, Nowoczesna 5 proc.
• Takie są wyniki nowego sondażu Kantar Public – podała „Wyborcza”
• To kolejny sondaż pokazujący wzrost notowań Platformy

W najnowszym sondażu Kantar Public (dawniej TNS) opisanego przez „Gazetę Wyborczą” PiS wyprzedza PO już tylko o 1 pkt. proc. To różnica w granicach błędu statystycznego – podkreśla „Wyborcza”. I tak: 28 proc. ankietowanych głosowałoby na PiS, 27 proc. na PO, 12 proc. na Kukiz’15, 5 proc. na Nowoczesną. Do Sejmu nie dostałyby się: PSL (4 proc.), SLD (3 proc.), Razem i KORWiN (po 2 proc. głosów). „Wooow, coraz bliżej! Dziękujemy!” – skomentowała radośnie Platforma.

Bądźmy razem.

NAWET PRYMAS POLSKI UWAŻA, ŻE SEJM TO NIE KOŚCIÓŁ. CZY POSŁANKA SOBECKA SŁYSZAŁA? A RESZTA TEGO NADGORLIWEGO TOWARZYSTWA?

Waldemar Mystkowski pisze o oczekiwaniu polskich katolików. Rydzyk na papieża.

Ile mamy Kościołów katolickich w Polsce? Przynajmniej dwa. Ten normalny, którego hierarchia jest układana w Watykanie, a na czele stoi prymas Polski abp Wojciech Polak.

Drugi Kościół jest jednak w kraju ważniejszy, na czele jego stoi redemptorysta o. Tadeusz Rydzyk, ma status zwykłego księdza, lecz z jego nadania jest przynajmniej dwóch ministrów (Antoni Macierewicz i Jan Szyszko) i wpływowa posłanka Anna Sobecka.

Rządzący Kościół katolicki podjął w Sejmie tzw. uchwałę fatimską. Akt nie z naszej rzeczywistości, który stoi w sprzeczności z rozdziałem państwa z Kościołem, z konstytucją.

W tej właśnie kwestii zajął głos oficjalny namiestnik Kościoła katolickiego w kraju prymas abp Polak, wydawałoby się osoba najwłaściwsza. Arcybiskup stwierdził kategorycznie: „Takie akty powinny być w kościele, a nie w Sejmie. Akty ściśle religijne nie powinny być wykorzystywane do tego, że będziemy tak czy inaczej odczytywać naszą społeczną rzeczywistość”.

Można więc zapytać prymasa: dlaczego tak późno. Mleko już się rozlało. Tzw. uchwała fatimska jest proweniencji bardzo zaprzeszłej, by nie napisać średniowiecznej, a przy tym tzw. objawienia fatimskie nie zostały oficjalnie uznane przez Watykan.

Rozumiem, że zwierzchnie Młyny Boże mielą wolno. Dlaczego młyn Rydzyka zasuwa tak szybko, a oficjalny młyn katolicki spóźnia się. Czyżby nie był podłączony do odpowiedniej trakcji elektrycznej? Z takiego ziarna nie będzie żadnej mąki.

Prymas abp Polak nie ma poparcia większości biskupów polskich, a takim cieszy się o. Rydzyk. Zaczyna być głośno o nadziejach polskiego Kościoła. Ostatnio dała temu przykład „Gazeta Trybunalska”.

Rydzyk jest tam sytuowany bardzo wysoko, najwyżej, zaś papież Franciszek nie spełnił oczekiwań polskiego kleru: „Kardynał Bergoglio, jezuita, przybrał imię Franciszka, na cześć swego imiennika, świętego z Asyżu. Z całym szacunkiem dla obecnego papieża, nie był to dobry wybór. Franciszek postanowił zaprzyjaźnić się ze światem. Najpierw byli to dziennikarze, później dzieci, chorzy, geje, lesbijki, liberałowie, czarni, biali, żółci, brązowi i w ogóle wszyscy. Nic dziwnego, że większość lewicowych obserwatorów zachwyciła się nowym watykańskim zwierzchnikiem.”

Więc pod adresem Franciszka padają silne sugestie, aby poszedł drogą Benedykta XVI: „Franciszek oznajmił, że po kilku latach posługi zrezygnuje, podobnie, jak jego poprzednik.” Polski Kościół ma propozycję: „Ojciec Rydzyk nie musi zostać kardynałem, aby stać się głową Kościoła. Konklawe może wybrać na następcę św. Piotra każdego, kto otrzymał święcenia kapłańskie. Poza tym w polskim Kościele nie brakuje ważnych osobistości, które wybór o. Rydzyka powitałyby z radością”.

Rydzyk papieżem? Na razie jest papieżem polskiego Kościoła, który potrafi zlecić Sejmowi uchwałę o objawieniach, a prymas po czasie nieśmiało wyraża się o niej negatywnie.

NAWET PRYMAS POLSKI MÓWI, ŻE SEJM TO NIE MIEJSCE NA NADGORLIWOŚĆ POSŁANKI SOBECKIEJ.

Kleofas Wieniawa podsumowuje PiS.

Szef ekspertów Macierewicza Wacław Berczyński przyznał się, że „wykończył” caracale. Wobec tego zamiast śmigłowców bojowych mamy samoloty dla VIP-ów.

Z tego Berczyńskiego wychodzi coraz większy mitoman. CV ma tak podrasowane, iż można spokojnie stwierdzić, że mamy do czyniena z kolejnym Misiewiczem.

Tylko do takich ma dostęp Macierewicz. Mnie to w ogóle nie dziwi.

MON zaprzecza Berczyńskiemu, oświadczając, że mija się z prawdą ws. caracali.

Żałosne.

Berczyński przede wszystkim mija się z prawdą ws. ładunku termobarycznego z tłumikiem na pokładzie tupolewa. Zresztą eksperyment ten został wystarczająco podważony, tj. osmieszony przez OKO.press

To wszystko dzieje się w Polsce, a nie w jakiejś grafomanii. Polska leci ku katastrofie smoleńskiej. Wszystkich nas osadzono w Tworkach.

TĄ JEDNĄ USTAWĄ ZIOBRY, PiS ZMIENI USTRÓJ POLSKI I BEZPRAWNIE ZŁAMIE KONSTYTUCJĘ. POLACY, OBUDŹCIE SIĘ.

>>>

Sprawa Bartłomieja Misiewicza zdominowała cały dzień, wreszcie Poslka Grupa Zbrojeniowa rozwiązała z nim umowę o pracę.

NO I DUPA…

Tak sprawę komentowano. Paweł Wroński w „Wyborczej”. Jeszcze wczoraj politycy PiS byli zachwyceni zatrudnieniem Bartłomieja Misiewicza w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. A i Jarosława Kaczyńskiego nie poruszało zatrudnianie w spółkach skarbu państwa ludzi bez kompetencji.

Prezes Jarosław Kaczyński wykorzystując uprawnienia Komitetu Politycznego PiS zapowiedział, że „zaraz po przybyciu do siedziby partii” zawiesi w prawach członka PiS Bartłomieja Misiewicza, Zapowiedział też powołanie specjalnej komisji, która ma zbadać „przypadek Bartłomieja Misiewicza”.

Decyzja prezesa zapadła po bulwersujących informacjach w „Fakcie” i „Rzeczpospolitej” o tym, że totumfacki ministra obrony Antoniego Macierewicza ma zarabiać w Polskiej Grupie Zbrojeniowej 50 tys. złotych jako „pełnomocnik ds. komunikacji”. Co prawda sam Misiewicz doniesienia o tak wysokich zarobkach dementował. Także Polska Grupa Zbrojeniowa stwierdziła, że są to informacje nieprawdziwe. Jednak ani on, ani PGZ nie podały kwoty jego apanaży, co rodzi podejrzenia, że z punktu widzenia PiS są one kompromitujące.

A jeszcze wczoraj politycy PiS byli zachwyceni zatrudnieniem 27-latka bez wykształcenia i kompetencji w PGZ. Wicemarszałek Joachim Brudziński twierdził, że Misiewicz „zapisze się w historii europejskiego PR”. Także rzecznik prezydenta Marek Magierowski, który do tej pory Misiewicza krytykował, podkreślał talenty predestynujące byłego asystenta szefa MON na stanowisko w PGZ.

Cóż takiego złego się stało? W końcu stanowiska w spółkach skarbu państwa i urzędach państwowych obsiadła olbrzymia rzesza PiS-owskich funkcjonariuszy bez jakichkolwiek kompetencji. Prezesa Kaczyńskiego dotąd to nie poruszało. To prezes PiS wyraził zgodę, by to, co w przeszłości było patologią, stało się normą „dobrej zmiany”. W końcu jedyne spory, jakie pojawiły się w tym dziele zawłaszczania państwa, były próbą sił między koteriami w PiS – co widzieliśmy na przypadku starcia o prezesurę PZU albo przy dymisji ministra skarbu Dawida Jackiewicza.

Winą Macierewicza jest to, że decyzje wobec Misiewicza podejmuje za plecami szefa PiS, bez jego przyzwolenia, a nawet wbrew wskazaniu, by Misiewicz zniknął z życia publicznego. Dawał tym do zrozumienia, że Kaczyński jest bezsilny i zdany na dobrą wolę zwalczających się frakcji w PiS. Prezes zdający sobie sprawę ze słabnących sondaży oraz pogłosek o słabnięciu jego pozycji musi pokazać siłę, oraz pokazać społeczeństwu że jego ugrupowanie w odróżnieniu od poprzedników reaguje radykalnie.

W tym starciu przewagę ma Jarosław Kaczyński. Wszelkie „frukta” jakie obecnie posiada Antoni Macierewicz pochodzą z jego ręki. Działacze PiS zapewne z nakazu Kaczyńskiego musieli wręcz kłamać, wskazując w kampanii wyborczej, że to nie Macierewicz ma być szefem MON, a Jarosław Gowin.

Sprawa Misiewicza jest jednak dla Antoniego Macierewicza sprawą honorową. Ma swoje atuty. Do tej pory mimo demolowania armii, chaosu w polityce kadrowej i zakupach był promowany w PiS jako polityk sukcesu. Dla części twardego elektoratu PiS jest nie tylko kapłanem sekty smoleńskiej, ale i tym politykiem dzięki któremu to ugrupowanie wygrało wybory.

MIŁO PATRZEĆ NA TĘ WOJNĘ NA NOWOGRODZKIEJ 🙂 Pogrążają się nawzajem coraz bardziej…

Waldemar Mystkowski na koduj24.pl.

PiS wchodzi na orbitę nowej jakości. Możliwe, że będą na niej występować turbulencje, o jakich my normalni ludzie nie mamy pojęcia. Jarosław Kaczyński zapowiedział powołanie partyjnej komisji ds. Misiewicza.

Proszę nie rozdziawiać gąb. Prezes tak mówi i tak będzie. Oczywiście, rozumienie tego jest poza naszym zasięgiem. Ale najpierw prezes zawiesi Misiewicza jako członka.

Czy można sądzić zawieszonego członka partyjnego? Jest to wielce nielogiczne i urąga inteligencji, ale nie znam statutu PiS, którego zresztą wykładnią jest wola prezesa, a to akt prawny niższej rangi niż konstytucja RP, więc dlaczego prezes miałby nie posługiwać się interpretacją typu: „widzimisię”.
Tak o tym prezes powiedział na konferencji prasowej: „Podpiszę decyzję o jego (Misiewicza – przyp. W. M.) zawieszeniu w prawach członka partii, a także podjąłem już decyzję o powołaniu komisji PiS ds. zbadania całej tej sprawy. Zarówno tego ostatniego wydarzenia, jak i tych poprzednich. W okresie między posiedzeniami Komitetu politycznego, prezes partii w PiS wypełnia funkcję Komitetu, więc mam prawo powołać taką komisję i z tego prawa mam zamiar skorzystać”.

Wyobrażacie sobie? Wchodzi Bartłomiej Misiewicz, a komisarz (czyli członek komisji PiS) na ten przykład Joachim Brudziński pyta: „Co ma zawieszony członek na obronę, iż wyraził zgodę na pensję 50 tys. zł miesięcznie plus prawdopodobna premia w wysokości rocznej pensji?”. W międzyczasie Brudziński na kalkulatorze pod stołem mnoży 50 tys. razy ilość miesięcy, czyli 12 – i wychodzi mu 600 tys. zł. Nie jestem pewien, czy Brudziński przeżyłby chwilę, gdy ekran kalkulatora wyświetliłby wysokość premii Misiewicza w Polskiej Grupie Zbrojeniowej?

A jeżeli by przeżył to, czy nie podyrdałby do Łomianek, aby zostać pomocnikiem aptekarza? Gwoli sprawiedliwości należy uwzględnić, iż PGZ informacje „Faktu” i „Rzeczpospolitej” sprostowała (uwaga: język polski w odwrocie): „W odpowiedzi na nieprawdziwe publikacje…” – tak brzmi komunikat.
Dla nas normalnych ludzi taki język polski musi być nienormalny, bo to nie język polski. Wszak publikacja jest prawdziwa, widziałem ja na własne oczy, nieprawdziwe mogą być informacje w publikacji. Streszczając ten komunikat, PGZ informuje, że Misiewicz nie zarabia 50 tys. zł miesięcznie. Lecz nie podają – ile zarabia. Przecież może więcej zarabiać.

Zresztą, co Misiewicz jest winien, że chcą dać mu miesięcznie 50 tys. zł? Winien jest zarząd spółki, który podjął decyzję o zatrudnieniu pomocnika aptekarza na polecenia ministra obrony Antoniego Macierewicza.

I o to chodzi. O wojnę między Kaczyńskim a Macierewiczem. Dla nas normalnych ludzi ta pisowska nienormalność jest nie do pojęcia. Och, gdyby w Tworkach nagrywali „Lot nad kukułczym gniazdem 2” w reżyserii Milosa Formana, to przyklasnąłbym, lecz wiem, że to będzie w reżyserii jakiegoś domorosłego Antoniego Krauzego.

Ta katastrofa z przykładowymi Misiewiczami zapowiada się na katastrofę smoleńską o zasięgu ogólnopolskim. Wyrżniemy w bagno tak, że możemy niepodległości nie pozbierać, tak nas rozpirzy.

WEDŁUG CENNIKA MACIEREWICZA, UZBROIMY CAŁĄ ARMIĘ!

Kleofas Wieniawa na TOK FM.

Antoni Macierewicz wybrał rodzaj broni, którym walczy z Jarosławem Kaczyńskim. Jakkolwiek ją nazwiemy: rapierem, koltem, młotem, pojedynek toczy się na warunkach ministra obrony.

Zauważmy, iż Macierewicz z Andrzejem Duda wygrał w sposób bezapelacyjny. Nie użył żadnej broni, choć Duda rzucał w twarz rękawiczkami, chusteczkami (w tym wypadku – listami), Macierewicz tylko orzekł, iż prezydent jest w stosunku do niego niehonorowy, nawet nie kwapił się stawić na konferencji prasowej z Dudą, aby zakomunikować swoje zwycięstwo.

„To się wie” – taki był werdykt orzeczenia zwycięstwa Macierewicza nad Dudą.

Macierewicz z Kaczyńskim fechtuje Misiewiczem. Ileż do tej pory zrobił uników, zasłon, ukłonów ironicznych- wysyłając Misiewicz na urlopy, chowając go w gabinetach ministerstwa, iż można nazwać Macierewicza Wołodyjowskim tej wojenki z prezesem PiS.

Kaczyński to Kmicic, bo dla mnie jego postawa z komisją PiS ds. Misiewicza i zawieszeniem członkostwa PiS tegoż Misia- to wartość zawołania: „Macierewicz, wstydu oszczędź!”.

Kaczyński na ratunek wezwał swoich zaciężnych z młotami (komisja PiS), aby Macierewicza – poprzez Misiewicza, jako broń – sprowadzili do pozycji horyzontalnej, czyli siłami partyjnymi obalili go.

A ja sekunduję im, aby walczyli jak najdłużej. Ile się da, wykrwawcie się!

I jak w klasykach tego typu wojenek, mogą zostać nawet grabarzem. Pochowam obydwóch i zatrzasnę księgę, niektórzy nazywają takie ciężkie okładki – wiekiem.

„I niech nikt o nich nie pamięta!” – tak winna brzmieć ostatnia fraza wiekopomnego dzieła PiS. Tako wam rzecze Kleofas.

Generał zwymyślał go w wulgarnych słowach i kazał iść do kokpitu. Sam meldował prezydentowi samolot gotowy do odlotu

>>>

POCZUCIE WINY PROWADZI NAWET DO SZALEŃSTWA…

Stanisław Skarżyński (OKO.press, „Wyborcza”) pisze o nowym wynalazku Macierewicza ładunku termobarycznym. Z punktu widzenia nauki zamach w Smoleńsku jest tym samym co ufoludki w latających talerzach. Ze społecznego punktu widzenia – świadectwem fatalnej kondycji rozumu w Polsce.

Teoria o zamachu w Smoleńsku zwykle rozpatrywana jest w suchym porządku faktów. Analizując kolejne wypowiedzi Antoniego Macierewicza i jego akolitów wskazuje się ich błędy we wnioskowaniu, wytyka uznanie za udowodnione hipotez, które nie mają oparcia w faktach i przypomina raz po raz sekwencję zdarzeń, które doprowadziły do tego, że na kilkadziesiąt sekund przed katastrofą Tupolew w gęstej mgle leciał wprost na ścianę wzniesienia; mało brakowało, żeby odejście na drugi krąg się udało. Gdyby nie rosnąca tam brzoza, na której została trzecia część skrzydła, skończyłoby się na zadrapaniach i olbrzymim skandalu.

Tak jest i dziś, dzień po wyświetleniu najgłupszego filmu w historii prac „ekspertów” Macierewicza – internet i gazety wypełniają wyliczenia błędów logicznych, faktograficznych i fizycznych zawartych w prezentacji zespołu Wacława Berczyńskiego.

W porządku rozumu przyczyny katastrofy nie są żadną tajemnicą. Chcąc ją zgłębić przy pomocy oświeceniowego „szkiełka i oka” wystarczy czytać dużo mądrych dokumentów i w ten sposób poznać najlepsze z istniejących wyjaśnienie katastrofy, które jest dziełem ekspertów Jerzego Millera i Macieja Laska. Teoria nauki jest brutalna: dowód jest dobry tylko tak długo, jak długo nie zostanie obalony. Tymczasem naukową wartość ich raportu potwierdza to, że reaguje on na nowe fakty, takie jak poprawiony odczyt stenogramów czy kolejne badania.

Z punktu widzenia nauki zamach w Smoleńsku jest hipotezą bez śladu dowodu, ma dokładnie ten sam status naukowy co ufoludki w latających talerzach. Ale świadectwem kondycji rozumu w Polsce jest nie tylko to, że wciąż 14 procent Polek i Polaków wierzy w zamach, ale również to, że pozostali pozwolili, by wybory prezydenckie i parlamentarne wygrała partia, której wiceprezesem jest najwybitniejszy w Polsce opowiadacz smoleńskich głupot. Na marginesie, fizyka to niejedyny przedmiot, na którym PiS jest z rozumem i wiedzą na bakier, lecz wykorzystuje to, że ocen nie wystawia nauczyciel, lecz obywatele w demokratycznym głosowaniu: czarodziejska stała się dzięki temu artmetyka, stosowana nie tylko w ekonomii, ale również w polityce zagranicznej, oraz gramatyka, w której Kaczyński może „wyłanczać”, a Krystyna Pawłowicz „wziąść”.

Za PiS stoi dobrze opisana potrzeba ludzka nakazująca sięgać po czary i fałszywe wyjaśnienia, by unikać poczucia zagrożenia ze strony rzeczywistości, która raz po raz demonstruje swoją bezwzględność. W porządku nauk społecznych to samo zjawisko z stoi za popularnością zamachu w Smoleńsku, za dociekaniami jak była ubrana, czy piła alkohol i czy „prowokowała” ofiara gwałtu oraz za tłumaczeniem bezrobocia lenistwem, nieuctwem i brakiem kręgosłupa tych, którzy są biedni i pozbawieni realnej możliwości zmiany owego stanu.

Tyle że dostrzegając to, dochodzi się paradoksu. Polski zwolennik rozumnego podejścia do świata musi – rozumem właśnie – przyjąć do wiadomości, że nie przez rozum wiedzie dziś droga do sukcesu. Dowodem fakt, jak licznie nasi współobywatele i współobywatelki albo sami ulegają potrzebie nadawania światu sensu przez  myślenie magiczne, albo – to postawa powszechniejsza – owo myślenie magiczne szczególnie im nie przeszkadza.

Ich decyzje i postawy to krzyk w stronę racjonalnych mediów, racjonalnych partii oraz racjonalnych współobywateli: „inaczej opowiedzcie nam tę historię. Nie przez rozum, ale przez serce. Nie tak, żeby to miało sens, ale przede wszystkim tak, żeby się chciało w to uwierzyć i dla tego żyć”.

Jak? Tego „szkiełko i oko” nie powiedzą. Ale jeśli nie dostaną opowieści mniej trucicielskiej, lecz równie emocjonalnej co smoleńska, dalej będą odpływać w objęcia współczesnych czarowników: Wacława Berczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego.

Misiewicz wraca. MON nie podlega żadnej kontroli. To groźne, bo dysponuje jedną dziesiątą budżetu państwa!

Paweł Wroński pisze o powrocie Misiewicza.Odnalazł się skarb ekipy Prawa i Sprawiedliwości – Bartłomiej Misiewicz. Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita”, 10 kwietnia zaraz po obchodach smoleńskich zarząd Polskiej Grupy Zbrojeniowej zdecydował, że Misiewicz zostanie pełnomocnikiem zarządu ds. komunikacji. Zarząd jest w całości obsadzony ludźmi ministra Macierewicza.

Całe szczęście. Przez dłuższy czas nawet wiceministrowie w MON nie wiedzieli, co robi ulubieniec ministra Macierewicza – z wykształcenia maturzysta z doświadczeniem technika w aptece Aronia w Łomiankach – szef gabinetu politycznego i rzecznik resortu. Szkoda byłoby, aby tak wielki talent polityczny marnował się w ukryciu.

To już drugie wejście Bartłomieja Misiewicza do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. We wrześniu ubiegłego roku okazało się, że został tam członkiem rady nadzorczej. Nie miał co prawda koniecznego wyższego wykształcenia ani nie ukończył kursu na członków rady nadzorczej, ale na jego potrzeby w sierpniu został zmieniony status PGZ. Ustąpił. Potem były lutowe nieszczęsne występy w nocnym klubie, ale z fotograficznej ustawki w tabloidach wynika, że Misiewicz lekko schudł, ustatkował się, znalazł miłość i być może nawet studiuje to „normalne prawo” na uczelni w Toruniu.

Bartłomiej Misiewicz stał się symbolem pisowskich rządów. Dzięki nim młodzi, niekompetentni, ale obdarzeni tupetem i protekcją partyjnych notabli i ojca Tadeusza Rydzyka mogą wierzyć, że też będą zajmować najbardziej eksponowane stanowiska i korzystać z uroków życia. W poprzednim, złym „minionym okresie”, gdy wybitny specjalista od PR Igor Ostachowicz – doradca premiera Donalda Tuska -został zatrudniony w zarządzie Orlenu jako specjalista od PR, protestowały zgodnie wszystkie media z „Wyborczą” na czele. Głosiliśmy, że jest to złamanie zasad oraz przyzwoitości. Ostachowicz w ciągu doby zrezygnował. W przypadku Misiewicza chyba nikt specjalnie głośno nie będzie protestował. A odetchnie z ulgą. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy ekipa PiS znacząco przesunęła zasady przyzwoitości, kierując się niezłomnie zasadą TKM.

Dlatego po tej nominacji należy złożyć serdeczne gratulacje Misiewiczowi, a jeszcze większe pracownikom MON oraz polskim żołnierzom. Do tej pory ulubieniec ministra Macierewicza skutecznie rozstawiał wszystkich po kątach w ministerstwie, testował poziom służalczości, nakazywał wojskowym oddawanie sobie honorów wojskowych, co wpływało dewastująco na morale żołnierzy. Teraz będzie mógł nadal być faktycznie u boku Antoniego Macierewicza, będzie mógł w PGZ robić to, co w MON za większe pieniądze, a szkody dla polskiej armii będą mniejsze.

O tym, że „Misiewicz powinien zniknąć z życia publicznego”, mówił prezes Jarosław Kaczyński, „niedojrzałość Misiewicza” do zajmowania wyższych stanowisk wskazywał prezydent Andrzej Duda. Gratulacje należą się więc także ministrowi Macierewiczowi. Nominacja Misiewicza to może być znak ostatecznego zwycięstwa nad obiekcjami prezesa Kaczyńskiego i marudzeniem prezydenta Dudy. Cóż, w końcu jest to godna nagroda za wynalezienie „bezgłośnego wybuchu ładunku termobarycznego” na pokładzie Tu-154 w siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Mam nadzieję, że Bartłomiej Misiewicz jeszcze z pewnością wypłynie. Wicemarszałek Joachim Brudziński już twierdzi, że przejdzie do historii europejskiego PR-u. Ma bowiem w sobie wszystkie cechy, które czynią zeń doskonałego działacza obecnej ekipy, bohatera naszych czasów.

PRZED KIM SIĘ TAK CHRONI? PRZED POLAKAMI? Piękny przykład dla żołnierzy.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu.

Podkomisja Antoniego Macierewicza dokonała kopernikańskiego odkrycia o ładunku termobarycznym, który eksplodował w smoleńskim Tupolewie. Dlaczego inni nie wpadli na ten pomysł? Proste – bo nie ma żadnych dowodów, a podzespół Wacława Berczyńskiego, choć nie przedstawił cienia dowodu, za to dowiódł. Nawet udało się im pokonać prawa fizyki, iż wybuch jest szybszy od dźwięku, a rozum od fantazji.

Popularny portal lotniczy FlightGlobal.com zaczyna opis najnowszego dzieła podwładnych  Macierewicza „O obrotach sfer smoleńskich” od enuncjacji: „Polski rząd podsyca niezdrową urazę wobec katastrofy prezydenckiego Tu-154 w Smoleńsku, która teraz objawia się jako farsa urojeń”. Im głębiej w tekst, tym bardziej mnożą się określenia, jak: „obsesja”,  „urojona farsa” i „paranoja”. Zaś nieumiejętność przyznania się, iż katastrofa była tragicznym wypadkiem i niczym ponadto, jest „tchórzostwem na potwornym poziomie”.

Kopernik nie był tak odważny, jak Giordano Bruno, ani jak Macierewicz, poczekał z publikacją wiekopomnego dzieła, aż wyzionie ducha. Macierewicz jest tego świadomy, iż jego światłość mogłaby stać na przeszkodzie wielkich tego świata, więc utworzył wokół swojej osoby kordon nie do przeniknięcia dla wrogów.

Jak podaje portal onet.pl, ministra obrony chroni prawie stu żandarmów. Naprzeciw adresu Macierewicza na Żoliborzu zostało opróżnione mieszkanie, w którym ochrona pod bronią nie spuszcza 24 godzin na dobę osoby Macierewicza. Dyżury są pełnione rotacyjnie, jak zmiany warty w jednostkach wojskowych.

Kiedy Macierewicz ma gdzieś przebywać jakiś czas, wcześniej wkraczają pirotechnicy z psem, sprawdzają, czy miejsce jest czyste i niezagrożone. Kontrolowane są auta i samoloty, którymi podróżuje Macierewicz. Utrzymanie jest ogromnie wysokie, bo ci ochroniarze mają uposażenie większe niż żołnierze GROM, plus dodatki za niebezpieczeństwo. Całkiem możliwe, że posiłki serwowane Macierewiczowi są sprawdzane przez jakiegoś podręcznego kuchcika. Przeżyje kuchcik, Macierewicz zaczyna szamanie, zatruje się lub zejdzie, Macierewicz zaznaje głodu.

Nie są to jakieś moje dowcipy, to dzieje się w Polsce, tę paranoję ma minister. Wiemy, że ochrona Kaczyńskiego kosztuje rocznie blisko 1,5 mln zł, a Macierewicza jest grubo wyższa, lecz prezes jest tylko posłem. Macierewicz nie jest urojony, Macierewicz dostarcza urojenia, bo jest tych urojeń właścicielem. Taka to paranoja.

TYLKO KOMUNIŚCI POTRAFILI TAK KŁAMAĆ

>>>