Posts Tagged ‘Piotr Gliński’

Gliński tworzy pisowski Mosfilm

PiS przygotowuje się na długie rządzenia, w związku z czym chce zawłaszczyć i uczynić sobie poddanymi tak wrażliwe dziedziny, jak kultura i sztuka. Gdyby miało dojść do drugiej kadencji rządów PiS, najpierw padłyby media, które albo zostałyby kupione, albo doprowadzone do upadłości, a jak to by się nie udało, „zrepolonizowane”, czyli upisowione.

Co jednak zrobić z kulturą i sztuką, którą rządzi niezależny duch twórców, dziki, nie poddający się żadnym łańcuchom partyjnym? Tą działką zarządza jedna z byłych nadziei Jarosława Kaczyńskiego, niedoszły premier techniczny z tabletu Piotr Gliński, wprawdzie socjolog i profesor nauk humanistycznych, to jednak jego osiągnięcia na tym polu są wybitnie drugorzędne, czyli jest osobą bez żadnego autorytetu środowiskowego.

Gliński ma jednak ambicje odcisnąć swój ślad w kulturze. Całkiem możliwe, iż jest to podyktowane kompleksem wyniesionym z domu rodzinnego, w którym zdominował go starszy brat Robert Gliński, reżyser filmowy, swego czasu nazwał go „idiotą”. Kompleksy to całkiem silny motor zdarzeń historycznych. Gdyby nie kompleksy, Brutus nie dźgnąłby Juliusza Cezara.

Piotr Gliński głowił się nad mechanizmami porządkującymi kulturę, jako socjolog znalazł, gdy kultura tłumaczyła polityczne wykładnie rządzących. Za wschodnią granicą, a następnie u nas w czasach słusznie minionego reżimu, sformułowano ideę realizmu socjalistycznego, którą nadzorował Andriej Żdanow.

W działaniach Glińskiego widać inspirację żdanowszczyzną, nie tylko w literaturze, w której jest promowana twórczość patriotyczna, ale i w pozostałych dziedzinach sztuki. Politycy PiS uważają, iż są na początku swej władzy nad Polakami, obserwujemy zatem zręby wykuwania realizmu ku chwale ich rządzenia.

Pomnik Lecha Kaczyńskiego jest dziełem jakiegoś pisowskiego Xawerego Dunikowskiego. Nie udał się wprawdzie film o katastrofie smoleńskiej, ale nic straconego. Najważniejsza ze sztuk film – jak uważał Lenin – ma zostać w pierwszym rzędzie podporządkowana realizmowi pisowskiemu.

Żdanow Gliński ma „pomysła”, jak zgromadzić w jednym ręku rozproszone grupy realizatorskie i producenckie w kraju. Państwowe studia filmowe mają zostać połączone w jeden „profesjonalny publiczny ośrodek produkcji filmowej”, który będzie operował rocznym budżetem ok. 100 milionów złotych.

Taki pisowski Mosfilm będzie mógł zrealizować superprodukcję, o jakiej marzy Jarosław Kaczyński. Prezes PiS swego czasu wyznał, iż chętnie obejrzałby patriotyczny film o chwale Polaków zrealizowany w konwencji hollywoodzkiej. I między innymi po to powstaje Mosfilm nad Wisłą.

Filmowcy zostaną pozbawieni niezależności twórczej, chyba że ta niezależność będzie korelowała z pisowską wykładnią realizmu patriotycznego. Nie podskoczy Żdanowowi PiS Agnieszka Holland ani Wojciech Smarzowski, którego przymusi się, aby zamiast „Kler 2” zrealizował np. „Winę Tuska”.

Smarzowski czy Agnieszka Holland dadzą sobie radę, ale nie młodzi filmowcy na początku drogi twórczej, których kariery artystyczne są uzależnione od dofinansowania przez państwo. Czy ma szansę na zaistnienie ten pomysł Glińskiego? Raczej – nie, bo to znaczyłoby upadek polskiej sztuki filmowej, podobny do upadku stadniny koni w Janowie Podlaskim. Z Glińskiego powinien „koń się uśmiać”, ale nie takie farsy i groteski oglądaliśmy w ciągu trzech lat ich rządów, więc mogą się posunąć do każdej katastrofy.

Kaczyński zaliczony do krzewicieli cofającej się demokracji

Kroku prezesowi stara się dotrzymać Piotr Gliński, który stwierdził, że PiS jest traktowany przez opozycję, jak „Żydzi przez Goebbelsa”.

Jarosław Kaczyński staje się na świecie „sławny”. Zapomina się o Lechu Wałęsie, Janie Pawle II czy Donaldzie Tusku, a mówi o prezesie PiS. Niestety, nie w kontekście osiągnięć i przynoszącego pozytywne wartości, ale niszczyciela, Frankensteina znad Wisły, którego stworzyli Polacy i na swoją zgubę dopuścili do władzy.

Prezes PiS trafił do popularnego show amerykańskiej telewizji „Last Week Tonight”, który w Polsce jest emitowany z poślizgiem w HBO pod tytułem „Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem”. Ten typ formatu telewizyjnego w Polsce nie jest realizowany, jest to mocna satyra podbita takimż językiem. Gdyby w Polsce komik tak wyśmiał Kaczyńskiego jak Oliver, nazwany zostałby Goebbelsem i musiał się spotkać adwokatem prezesa w sądzie.

Kaczyński został wymieniony obok Władimira Putina, Xi Jinpinga, Recepa Erdogana i zaliczony do krzewicieli „cofających się demokracji”. Nie tylko Amerykanie mogli usłyszeć, iż „Polska staje się coraz bardziej autorytarna”, ale zobaczyli zdjęcie prezesa. Nie było pod nim podpisu „Wanted”, ale kto wie, może tego doczekamy.

Kroku prezesowi stara się dotrzymać Piotr Gliński, który nie nadaje się na żadnego ministra kultury. Prześmiewcy winni mieć jednak realny wpływ na rzeczywistość, Gliński pasuje do wymyślonego przez Latający Cyrk Monty Pythona Ministerstwa Głupich Kroków. Otóż Gliński jako minister wspomnianych kroków poskarżył się w wywiadzie, że PiS jest traktowany przez opozycję, jak „Żydzi przez Goebbelsa”. Trudno z takimi słowami dyskutować, bo nigdzie nimi się nie dojdzie, przypomnijmy sobie, kto kogo nazywał gorszym sortem, elementem animalnym, gestapo, mordami zdradzieckimi. Słowa tego ministra już poszły w świat i wrócą jak bumerang, jak ustawa o IPN, z której PiS rakiem musiał się wycofać.

Kolejna sprawa – prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński po nocnej naradzie z przedstawicielami instytucji zajmujących się bankami orzekł, iż sytuacja w bankowości jest stabilna, czemu przeczą fakty i nastroje społeczne.

NBP to jeszcze jedna instytucja kwalifikująca się do Głupich Kroków. Po raz pierwszy bank centralny w ubiegłym roku zanotował straty – 2,5 miliarda zł, a Glapiński przyznał pracownikom premie z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości w wysokości 18 mln zł.

To, co się dzieje na górze, schodzi na dół. Władza PiS psuje się od głowy Kaczyńskiego, wyczuwają ten zapaszek pomniejsi. I tak – starosta powiatu kolbuszowskiego Józef Kardyś zrezygnował ze swojej funkcji, ale po dwóch dniach został przywrócony na stanowisko po to, aby dostać odprawę 80 tys. zł. Jak stwierdził należy mu się za „harówkę”.

Gliński i Ziobro z Mrożka

Czy Jarosław Kaczyński został listownym melomanem i dlatego zmusił ministra kultury Piotra Glińskiego do odczytania swojego listu podczas Konkursu Chopinowskiego? A może w ten pokrętny sposób daje znać, że żyje. Media światowe w takich przypadkach, zastanawiają się, co się dzieje z Putinem, że przez tydzień nie pokazuje się publicznie. Okazuje się, że Putin poprawiał sobie urodę u chirurga plastycznego, zaś aby udowodnić, że z nim jest wszystko w porządku, pojechał na Syberię, gdzie jako heros rosyjski spływał kajakiem Jenisejem.

U nas też próbowano tej sztuczki, Brudziński zamieszczał na Twitterze zdjęcia prezesa z Beskidów, ale tyle było w nich Photoshopa, że wycofał się. Prezes jednak pojawił się na dwóch spędach, zwanych konwencjami, lecz marniutko wyglądał i niczego ważnego nie powiedział. Za to nie zjawia się w Sejmie, w którym dostaje pensję. W każdym razie świat dowiedział się, że dyktatorek z Żoliborza nadesłał list, a wicepremier przy buczeniu publiczności przeczytał go. Sławomir Mrożek nie żyje, a jednak odbywają się absurdalne spektakle w stylu tego genialnego ironisty.

Prokuratura Zbigniewa Ziobry ściga byłego prokuratora Prokuratury Krajowej, obecnie w stanie spoczynku, Wojciecha Sadrakułę, za to, że ten w ramach akcji Tydzień Konstytucyjny przeprowadził zajęcia z młodzieżą na temat Konstytucji.

Ta władza ma swój zapis. Na cenzurowanym pierwsza jest Konstytucja RP, a drugim dziełem – „Przedwiośnie” Żeromskiego, które w ramach akcji Narodowe Czytanie zostało podane w okrojonej, skróconej wersji. To jest akcja Andrzeja Dudy. Adam Mickiewicz na tamtym świecie powinien się cieszyć, że Duda nie doszedł do niego, bo z pewnością wykreśliłby pierwszy wers „Litwo, ojczyzno moja”.

W dzisiejszej Polsce już wiemy, że nie pochodzimy od małpy. TERAZ MAMY W SUMIE DRUGIE ZASADNICZE PYTANIE 🙂

Znowu 5 zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Biuro Nadzoru Wewnętrznego na wzór Służby Bezpieczeństwa

PiS ma do perfekcji opanowaną logistykę przepychania ustaw niezgodnych z prawem. Logistykę zarówno dotyczącą tego, aby nie debatować nad projektami, a jeszcze lepszą, aby wzniecić szum, medialny. Jak oni to robią? Z pewnością jedną z przyczyn jest to, że mediów publicznych już nie mamy. Szumy medialne zaś są kreowane wokół nieistotnych spraw, a nawet gdy sprawa jest istotna, to okular zainteresowania jest skierowany na pozorny spór, na ustawkę. W czwartek została uchwalona ustawa powołująca Biuro Nadzoru Wewnętrznego (BNW), które podlegać będzie bezpośrednio Mariuszowi Błaszczakowi.

BNW będzie nadzorowało inne służby i opiniowało kandydatów na kierownicze stanowiska w służbach takich, jak policja, Straż Graniczna, Państwowa Straż Pożarna czy Biuro Ochrony Rządu.

Pomysł BNW jest bezprawny, bo każda ze służb ma wewnętrzne organa kontroli, a nadzór nad czynnościami zgodności z prawem mają sądy i prokuratury. Ta jeszcze jedna czapa nad służbami i to zawiadywana przez ministra Błaszczaka spotkała się na etapie projektu z negatywną oceną Rządowego Centrum Legislacji (RCL) i Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów. RCL w ekspertyzie napisało: – „Zgodnie z przepisami ustawy o policji nadzór nad realizacją tych czynności sprawują sąd i prokurator, a nie minister właściwy do spraw wewnętrznych”.

Jest to zatem całkowite upolitycznienie służb mundurowych z czapą podobną do komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, które w MSWiA pełnić będzie rolę politbiura, aby właściwi kandydaci byli desygnowani do służb, czyli wyznania pisowskiego.

To nie wszystko. Uprawnienia zaufanych ludzi Błaszczaka (wąska grupa zaufanych to kilkadziesiąt osób) to bezprawny dostęp do materiałów operacyjnych innych służb z klauzulą tajności. Inspektorzy BNW będą mogli posługiwać się podsłuchami i mieć dostęp do  danych telekomunikacyjnych i internetowych.

Przy takich uprawnieniach nowego biura trudno będzie pozbyć się pokusy walki politycznej za pomocą nielegalnej informacji, manipulacji nią i dyskredytowaniem wybranej osoby. „Pokusa”? Ależ po to została ta służba powołana, aby realizować pokusy polityczne.

Skojarzenie BNW z SB jest uprawnione. Ta inicjatywa jak i inne świadczą, że PiS przygotowuje się na długie rządzenie, bez terminu oddania władzy w wyniku procedur demokratycznych. Zaciska się pętla państwa policyjnego, widmo totalitarnego PiS krąży nad Polską.

Polska płonie

Polacy nie mają już wspólnej przestrzeni, są tylko wrogo do siebie nastawieni. Powodem nie jest bukiet wartości, ale naręcze emocji, które zostały wykreowane przez polityków, służą ich misji. Święto Niepodległości pokazało to w całej krasie.

Najbardziej poszkodowany jest Jarosław Kaczyński. Tak naprawdę nie może się ruszyć ze swojego biura bez asysty tysięcy policjantów, a i to na krótkiej trasie marszruty wyznaczonej płotem żelaznym. Czyż nie jest to więzienie? Acz nie jesteśmy tolerancyjną i bogatą Danią, prezes nie poddaje się takim drobiazgom i podkreślił w przeddzień święta, że jego Polska „wyznaczy dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia”.

Ten lekarz Europy raz w miesiącu robi obchód na Krakowskim Przedmieściu. Jak z tego miejsca miałby przeprowadzić terapię i jaką zaserwuje driakiew? Otóż leczenie będzie oparte na „chrześcijańskiej cywilizacji”. Co to miałoby znaczyć, że chrześcijaństwo wpisuje się w podstawę wartości humanistycznych?

Czyżby prezes chciał odświeżyć krucjaty, bo tak można interpretować pisowską postawę wobec uchodźców, niech umierają, a my wobec nich umywamy ręce, jesteśmy Piłatami. A może chodzi o więcej indoktrynacji klerykalizmem? Funkcjonariusze tej idei od 2 tysięcy lat powtarzają te same formułki. Coś w tej drodze do uzdrowienia Europy szwankuje? Gdyby przeszłość była dobra, to dzisiaj egipski ibn-Kaczyński uzdrawiałby islam, a nawet Afrykę, poprzez budowę nowych piramid.

Kaczyński zatem to szaman, a nie żaden lekarz. Spod jego zaczarowania wydawał się wyrywać Andrzej Duda, ale dzisiaj widzimy, że to było udawane. Duda doszedł do ugody z szamanem w sprawie dwóch ustaw sądowych o KRS i Sądzie Najwyższym. Dla mnie nie było jasne, o co chodzi, bo wersje pisowska i prezydencka niewiele się różniły, inaczej rozkładały akcenty czasowe demolowania niezależności sądów.

W Święto Niepodległości Kaczyński uciekł z Warszawy, bo przecież nie stanie na uroczystościach obok tego, którego tak łatwo ograł, a do tego przybył jego wróg patentowany, do którego nie może się dobrać, Donald Tusk. Tusk raczej się nie boi żadnych szamanów, to oni od niego uciekają. Pod adresem prezesa skierował słowa: – „Kto sieje konflikt wewnętrzny, agresję, nienawiść pomiędzy Polakami, ten tak naprawdę wystawia naszą niepodległość na największe ryzyko”.

Więc nie dziwmy się, że ulice zostały zawłaszczone przez ONR, nacjonalistów i faszystów, którzy w marszu pod zwodniczym tytułem Marsz Niepodległości wykrzykują hasła jawnie faszystowskie. Nie obroni nas garstka Obywateli RP, którzy stanęli przeciw szarańczy nacjonalizmu, a do tego zostali spacyfikowani przez policję.

Polska płonie. Oby nie zostały z nas zgliszcza i zdany na łaskę żywiołu wiatru testament Szarego Człowieka.

GDYBYŚCIE MIELI ROZWINĄĆ NASZĄ GALERIĘ, TO JAKIE KULSONY POWINNY SIĘ W NIEJ JESZCZE ZNALEŹĆ? 🙂

Kulson i Karczewski, bohaterowie naszych czasów

Wzbogacamy się o nowe słowa w języku polskim. Na najstarszy zawód świata w wersji kolokwialnej mówimy „kulson”. A jak ktoś ma takie nazwisko, to po prostu piszemy z dużej litery: Kulson.

Policjant nie powiedział do protestującej: „Siadaj, k…!”, tylko zwrócił się do policjanta znajdującego się obok kobiety: „Siadaj, Kulson!”

Szkoda, że nie był to pies (policjantów też nazywa się psami), który wabi się Kulson, byłoby bardziej zrozumiałe, iż na komendę miałby zrobić siad przy zatrzymanej.

To jest policyjna wersja na wokandę sądową. W rzeczywistości mogłoby przecież być tak, że ten policjant mówiący do kobiety i nazywający ją kolokwialnie miałby paralizator w rękach. Bo to dalszy ciąg policyjnego rozwydrzenia z komisariatu we Wrocławiu.

Kulson pod groźbą paralizatora tak by siadł, że by zeszedł. Na naszych oczach policja pod zarządem ministra Błaszczaka wróciła do korzeni i już jest milicją. Wracamy w szerszej perspektywie do korzeni, do tradycji, jak to mówi prezes Kaczyński, który chce wartościami tradycji leczyć Europę.

Jeszcze o Kulsonie. Gdy już wreszcie siadł, to od razu Kulson otworzył konto na Twitterze i wiemy o nim, że ma na imię Mateusz i na pagonach: mł. asp. Na koncie ma jeden tweet, właśnie z popularnym w sieci „tym” filmikiem. Na razie Kulson nie ma twarzy (a może mordy, wszak to może być pies).

Gdy Kulson siadł, zaczął odkrywać uroki internetu.

„Pokłosie” (nawiązuję do filmu Pasikowskiego) faszystowskiego Marszu Niepodległości będzie owocować tym, że nam pójdzie w pięty. Ci faszyści już są nie do zatrzymania.

Na razie o zatrzymanie wiceszefa „Wyborczej” Piotra Stasińskiego zapowiedział starania marszałek Senatu Stanisław Karczewski (tak! – to ten od „ciepłego człowieka” Łukaszenki). Karczewski zapowiedział zawiadomienie do prokuratury na Stasińskiego, bo ten cytował wulgarne wypowiedzi z faszystowskiego marszu w „Loży prasowej” TVN24.

No, to już mają ochotę sadzać za cytowanie wulgaryzmów, które mają placet pisowski. Komuna wróciła.

Strach będzie cytować Jarosława Kaczyńskiego, jego „kanalie”, „mordy zdradzieckie”, etc. A skąd faszystowska młodzież nauczyła się wulgaryzmów, traktowania przestrzeni publicznej jako spluwaczki? Od mistrza, od prezesa K. (bynajmniej nie kulson, acz mogę się mylić).

Reaktywacja PRL-u z roku 1968 nastąpiła zadziwiająco szybko. Zauważyły ten faszystowski rajd po Warszawie media na całym świecie.

LEPSZEGO KOMENTARZA NIE POTRZEBA. Pomysł:

 

Nauki ze Święta Niepodległości

Barwna Polska jest wolna i niepodległa, jest bogata i nie boi się innych – taką otwartą Polskę trzeba odzyskać.

Czy Święto Niepodległości czegoś nas nauczyło? Obawiam się, że nie. Można twierdzić, że przez wentyl bezpieczeństwa zeszło powietrze z faszyzmu/naszyzmu, pokrzyczeli i rozjechali się do domów. Można się wstydzić, że (pedagogika wstydu – ulubiony termin Kaczyńskiego) poszedł w świat obraz Polaków antysemitów, można zachwycać się (ja tak robię) dwunastoma kobietami, które stanęły naprzeciw wrzaskliwych karków w liczbie 60 tysięcy. Można projektować inną Polskę – otwartą, potrafiącą przyznać się do zwycięstw i porażek, do trafnych wyborów i błędów.

Ale czy to jest nauka? To są tylko spostrzeżenia, głębsze i płytsze analizy na poziomie felietonu. Nauka to jest wiedza, która czyni nas przydatnymi do sprawowania funkcji w życiu prywatnym – żony/męża i matki/ojca – w życiu publicznym, w którym będziemy wypełniać służbę dla dobra innych, ale przede wszystkim w życiu społecznym, obywatelskim, w którym kooperować winniśmy być w stanie z drugim, który może się różnić od nas wszystkim – płcią, wiekiem, kolorem skóry, wyznaniem i wielkością bibliotek.

To jest nauka. Jeżeli mniemamy o sobie, że się uczymy, to musimy wejść w afiliacje z kimś stojącym w stosunku do nas na antypodach. Można to osiągnąć tylko na najwartościowszym poziomie – otwartości. W stosunku do siebie, w stosunku do drugiego, w stosunku do problemu. Otwartość wyklucza tylko jedno – zniszczenie strony przeciwnej, zagładę (holocaust).

Otwartość wcale nie musi być liberalizmem, bo może być lewicowa, konserwatywna. Otwartość nie manipuluje, tylko otwiera ramiona, jest przyjazna w stosunku do wartości niekoniecznie przez nas akceptowanej. Ale dla takiej otwartości trzeba stworzyć ramy – bynajmniej nie granice – w których można przewartościować różne cele, bo może się okazać, że różni dążymy do jednego celu. W otwartości mogą się spotkać KOD z Obywatelami RP, Czarny Protest z Łańcuchami światła, mogą się spotkać politycy PO, Nowoczesnej, Razem, a nawet PiS, choć ci ostatni mogą się obawiać knuta prezesa.

Otwartości obywatelska i partyjna winny snuć projekty, jak tę owartość czynić coraz bardziej powszechną. Jak mówić o polityce, która nie musi być „brudna”, jak mówić o historii, która czasami jest jak my blondynem, a czasami brunetem, a bywało, że łysiała. Otwartość nie boi się siebie, nie boi się Polski, która w XVI wieku osiągnęła Złoty Wiek, a która potem staczała się nie z powodu wrogów na granicach, tylko z powodu wewnętrznych wrogów. Otwartość nie boi się historii Polski II Rzeczpospolitej (wspaniale zaczęła i źle skończyła), III Rzeczpospolitej, która znowu wspaniale zaczęła i kiepsko się ma (oby się nie kończyła).

Święto Niepodległości powinno nas czegoś nauczyć. Dlaczego nie było świętem, tylko zawłaszczeniem i złorzeczeniem na zawłaszczanie – na które pozwoliliśmy – faszystom/naszystom? Dlaczego pozwoliliśmy 12 kobietom być osamotnionym (acz sprawiedliwym)?

Wyrzekliśmy się otwartości, oddaliśmy Polskę w pacht tym, którzy nie mają problemów z wymuszaniem swoich racji. Barwna Polska jest wolna i niepodległa, jest bogata i nie boi się innych, taka Polska już nam się zdarzyła w XVI wieku i na początku II i III Rzeczpospolitej. Taką otwartą Polskę trzeba odzyskać, a nie martwić się marginesami ksenofobii, faszyzmu/naszymu. Oni zawsze będą, a rosną jak obecnie, z powodu braku naszej otwartości.

Mam wrażenie że ta liczba się nie zmniejszyła ☹☹☹

Gliński na gruzach kultury

Minister kultury Piotr Gliński jest minimalistą. Na 100-lecie odzyskania niepodległości nic nie miałby przeciw temu, aby zburzyć Pałac Kultury i Nauki. Dlaczego tylko ten pomnik stalinowski?

Gdy Warszawa powstawała z kolan zagłady (akurat ta metafora pasuje mi do rysunków Bronisława Linkego), wszystko wokół było odbudowywane. Stolica była wówczas oczkiem w głowie narodu i gros rodaków miało jakichś udział w odgruzowywaniu i wznoszenia z osmalonych niekiedy cegieł nowej Warszawy, w dużej części rekonstruowanej. A że ustrój wówczas nie odpowiadał większości?

A czy dzisiaj demolowana demokracja odpowiada większości Polaków? Przekonamy się, gdy jeszcze bardziej zdemolowana zostanie wolna Polska. Odbudowa materialna to konstans w naszych dziejach. Co rusz najeźdźcy ze wschodu i z zachodu, bywało, że z północy czynili z Polski ruiny.

Świat nam uciekał, bo zajęci byliśmy swoimi ruinami. Gliński więc z braku świeżych pomysłów (nawet nie wychodzi mu pomysł z hollywoodzkimi filmami dla prezesa Kaczyńskiego – tak skutecznie obśmianymi przez brata Roberta) wyskakuje z pomysłem, że „nie miałby nic przeciwko”. Może na Nowogrodzkiej PKiN zasłania słoneczko, a może prezes nareszcie przeczytał „Małą apokalipsę” Konwickiego, gdzie bohater przymierza się do samospalenia właśnie pod Pałacem.

W sprawach kultury Gliński, jak i jego zastępca Sellin, boją się ludzi kultury, pisarzy, plastyków, filmowców. Świadczą o tym niezliczone wypowiedzi wspomnianych. Happening ze zburzeniem PKiN-u ma nadrobić ich braki kreacji. Śmiało – panie Gliński – PKiN to może być za mało! Nie tylko zrównać w ziemią MDM, ale i te wokół nowe wieżowce, powstałe po 1989 roku, które są pokłosiem Magdalenki.

Minister Gliński miałby jakiś trwały wkład w demolowanie. Do czasu jednak – bo Polacy odbudują, a nowy Linke, np. Andrzej Pągowski sporządzi rysunki z gruzu pisowskiego.

Ależ zachęcam Glińskiego do czynienia ruin! Błąd! Sferę niematerialną, a najtrwalszą dla narodu – kulturę i twórczość – co rusz Gliński burzy i to świadomie, bo „nic nie ma przeciw”. Twórczy duch narodu będzie też odbudowywany z pisowskich gruzów.

CORAZ TRUDNIEJ WCISKAĆ POLAKOM KIT. Wszyscy już widzą, że armia w rozsypce, w szkołach bałagan, ZERO mieszkań +, Polska z rekordowym deficytem a kolesie z partii z mega pensjami na państwowych stołkach. nie da się już ukryć.

>>>

>>>

>>>

BRAWA DLA MONIKI. BRAWA DLA NIEZALEŻNYCH SĄDÓW. Dziwicie się jeszcze, że tak bardzo pis chce je przejąć?

Trzeba się bić o wolność słowa

Nikt już nie ma złudzeń, że PiS idzie po wolne media. „Musimy mieć 100-procentową pewność, że wszystko, co się dzieje w Polsce, jest kontrolowane przez polską władzę. Czwarta władza też musi być polską władzą” – powiedział wiceminister kultury Paweł Lewandowski. W „Newsweeku” przeprowadzono rozmowę o zakusach PiS na niezależne media oraz o szansach, by obronić niezawisłość czwartej władzy. Jak podkreśla jej pomysłodawczyni, dziennikarka Renata Grochal, takiej rozmowy w polskich mediach jeszcze nie było. O tym jak PiS chce przejąć czwartą władzę Grochal rozmawiała z trojgiem publicystów z innych redakcji. Pytanie kluczowe: czy niezależne media się obronią?

Wszyscy troje: Jacek Żakowski, Andrzej Morozowski i Dominika Wielowieyska ostrzegają, że pisowski zamach na wolne media uda się, jeśli społeczeństwo nie stanie w ich obronie. Zdaniem publicystów, jedna z najbardziej zażartych medialnych bitew rozegra się o stację TVN. Dlaczego? Stacja – która należy do właściciela z USA – od początku był na celowniku obecnej władzy. Andrzej Morozowski (TVN24) twierdzi, że przejęcie TVN24 to dla PiS „lepsze konfitury” niż zdobycie prasy regionalnej poprzez przejęcie grupy Polska Press. Dominika Wielowieyska z „Gazety Wyborczej” uważa, że jeśli TVN nie będzie chciał sprzedać kanału informacyjnego, to wtedy „będą naciski”. Dowody? „TVN, który stał się niedawno częścią wielkiego koncernu Discovery, dostał właśnie domiar 100 milionów zł od urzędu skarbowego” – przypomina Wielowieyska. TVN będzie się oczywiście odwoływał.

Renata Grochal pyta: Po co im niezależne media, skoro mają media publiczne i prawicowe? Jak zauważyła Dominika Wielowieyska, PiS i zaprzyjaźnieni z nim dziennikarze przez 20 ostatnich lat mogli budować swoje media, ale byli nieudolni. Dzisiaj radzą sobie lepiej, jednak powtarzają tę fałszywą narrację, żeby zdominować cały przekaz medialny i zniszczyć niezależne media, czytamy na newsweek.pl.  „PiS jest genialny w zakłamanym nazewnictwie. Podporządkowanie sobie sądów fałszywie nazywa reformą sądownictwa. Teraz mówi: Polska musi mieć wpływ na to, co robią media. To jest genialne, bo wpada w ucho i ludzie tego używają. Ale nie chodzi o żadną decentralizację, repolonizację czy udomowienie. Chodzi o podporządkowanie mediów PiS” – mówi Andrzej Morozowski.

PiSowi zagarnięcie niezależnych mediów jest potrzebne po to, żeby wygrać kolejne wybory – mówi Żakowski. Chociaż jest jednocześnie przekonany, że oni tego nie potrzebują, bo i tak je wygrają. „PiS zniszczy liberalne, uczciwe media w Polsce, tak jak zniszczył hodowlę konia arabskiego. Wyobraźcie sobie program Holeckiej w miejsce programu Olejnik. Czy ci sami widzowie będą to oglądać? Nie” – dopowiada Żakowski. Twierdzi, że jak 100 milionów kary nie podziała, będzie 300. I dlatego PiS chce jak najszybciej przejąć sądy, żeby TVN nie miał się gdzie odwoływać. Żadne z zaproszonej do rozmowy trójki dziennikarzy nie ma złudzeń. Jak ujęła to trafnie Dominika Wielowieyska: „Jarosław Kaczyński jest politykiem wojny, i to wojny na każdym froncie. Chce przejąć sądy, żeby wydawały takie wyroki, jakich on chce i przejąć media, aby nadawały taki przekaz, jaki jemu się podoba”. Dlatego teraz najważniejsze, to obronić wolne media.

Niewiarygodne!!!! A jednak. BAREJA BYŁBY DUMNY. NAWET PO DWÓCH LATACH RZĄDÓW POTRAFIĄ NAS JESZCZE ZASKOCZYĆ… :))))

Dwa zaległe teksty Waldemar Mystkowskiego.

Kuriozalne wiadomości Szefernakera

Jak marny jest PiS świadczy postać trolla Pawła Szefernakera, którego zatrudniła w swojej kancelarii pani Szydło. Jego zwierzchniczka nie wie, kiedy Polska została członkiem Unii Europejskiej, ten zaś wie odpowiednio mniej.

Napisać, iż Szefernaker to chodząca ignorancja, to nic nie napisać. Kim zatem jest ten człowiek? Czy tylko trollem, pomyłką w przestrzeni publicznej, czy wielokroć opisanym w literaturze pięknej i przedmiotu chromym moralnie karierowiczem? Troll to jest pasożyt. Zatem wiemy, że pasożytuje troll Szefernaker w przestrzeni polskiej polityki.

Jest na pewno wstydem dla nas, że ktoś taki jest, że ględzi i smędzi po mediach, bo przecież nie stwarza żadnej myśli. Jak by to powiedział wielki Miron Białoszewski: nie jest podmiotem, jest tylko pomiotem.

Nazwisko Szefernaker to lustro, w którym odbija się małość i upadłość. W gruncie rzeczy mógłby nazywać się Frankenstein, Putin, Kowalski. Nazwisko to jest miano, to jest pustka, nie jest polem semantycznym, to wydmuszka. W tak wydrążoną powłokę – jak pisał Joseph Conrad i Thomas Eliot – wlewamy treść albo pozostajemy „wydrążonymi ludźmi”.

Jakiej treści nabrała w środku wydmuszka o nazwisku Szefernaker? Treści zbuka. Gdy wypowiada się o jakimś problemie, odpowiednio on waniajet.

Jakiś czas temu Beata Szydło była łaskawa powiedzieć, że protesty lipcowe były zorganizowane i opłacane. No, jasne, że ludzie musieli się skrzyknąć, czyli zorganizować i opłacić z własnej kieszeni przejazd na miejsce protestu.

Waniajet? Tak. Tego zbuka można mniemać stworzyła postać wydrążona z taką właśnie treścią, jak Szefernaker, bo oto powiedział ten człowiek, iż ktoś z zewnątrz w internecie podgrzewał do protestów lipcowych, ponoć z kont z Ameryki Południowej.

Krzysztof Ziemiec takich niedorzeczności wysłuchuje i innym głupiutkim podaje ku informacyjnej wierze. W Polsce stało się coś ohydnego, takie postaci, jak Szefernaker są zatrudnieni na wysokich stanowiskach rządowych, nie posiadający kwalifikacji intelektualnych i moralnych, ale potrafi toto snuć teorie grafomańskie.

HIPOKRYZJA PIS W NAJCZYSTSZEJ POSTACI. WSZYSTKO WOLNO BEZ ŻADNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI I KARY. POLACY WAS ZA TO ROZLICZĄ

Pisowskie racje stanu i jej twarze: Tarczyński, Radziwiłł, Gliński, Karczewski

PiS to niewątpliwie ugrupowanie literackie. Tyle, ile codziennie dostarczają tematów, z przerobem nie nadążyłby nawet tytan pracy Józef Ignacy Kraszewski, który popełnił setki tomów. Niewątpliwie jakiś kronikarz zdałby się, aby ten okres transformacji – z demokracji do PRL-u – został opisany w zwartych publikacjach, jakiś nadwiślański Balzak od polskiej „Komedii ludzkiej”.

Komedią nie jest to, co przeżywa lud, ale to, co dostarczają producenci gagów, suspensów, anegdot z jednego tylko gmachu przy ulicy Wiejskiej. Nowogrodzką obsługuje „Ucho prezesa”, choć drugi sezon na razie jest gorszy.

Oto pojęcie – zdawałoby się abstrakcyjne i wprost z politologicznych podręczników – zostało urealnione: racja stanu, a do tego jeszcze – polska racja stanu. Niejeden inteligentny podrapałby się po głowie, gdyby miał odpowiedzieć w takich „Milionerach”, co jest racją stanu. Możliwe, że przegrałby sporą sumkę. Ale nie Marek Suski, on przy odpowiedzi nie musi się drapać z oczywistego powodu, bo nie ma głowy, za to zna odpowiedź: Dominik Tarczyński.

Polską racją stanu jest poseł PiS Tarczyński, przeciwko któremu wystąpił inny poseł (może już były) Łukasz Rzepecki i na komisji sejmowej głosował za pozbawieniem immunitetu „polskiej racji stanu”. Ten Rzepecki mógł być jedynym sprawiedliwym w PiS, ale go wywalili.

Minister Konstanty Radziwiłł nie jest twarzą polskiej racji stanu, choć jego rodzina w historii sprzeniewierzyła się wielokroć polskim racjom. Radziwiłł dzisiaj – jak to określił Bartosz Arłukowicz, poprzedni minister zdrowia – zajmuje się wyłącznie walką z kobietami, o czym świadczą próby zaostrzenia aborcji, zniesienie standardów okołoporodowych, teraz likwidacja in vitro.

Dlaczego z Radziwiłła taki mizogin? Może mamy do czynienia z genem typowym dla PiS: zemsta. Konstanty Radziwiłł mści się za Barbarę Radziwiłłównę (XVI wiek), drugą żonę Zygmunt II Augusta. Ale dlaczego Radziwiłł mści się na mężczyznach?

Ministerstwo Zdrowia zamierza wprowadzić przepisy, które skończą z piciem alkoholu – piwa – pod chmurką. Wypić będzie można tylko w lokalach i w domu. Ciekawe, jak potraktowane zostaną ogródki piwne. Jeszcze tylko wprowadzić godzinę 13-tą, od której będzie można kupić alkohol i przeżyjemy deja vu, acz nie wrócimy do czasów Barbary Radziwiłłówny.

Minister Piotr Gliński chciałby być twarzą kultury, ale tyle ma wspólnego z kulturą, że jest ministrem kultury, co ja z trudem uznaję, a jego brat Robert wprost nazywa go „idiotą”. Ja tak go nie nazywam, bom człowiek kultury. Gliński zrobił umizgi do ludzi kultury i koszty autorskie odliczenia 50 proc. uzysku zamierza zwiększyć dwukrotnie z 80 tys. zł do 160 tys. Glińskiemu to nie pomoże, bo świat kultury w 100 proc. zgadza się z Robertem Glińskim, a poza tym kultura z PiS-em nie chodzi w żadnej parze, choć ponoć do opery i filharmonii zaczął uczęszczać Stanisław Karczewski, który szykuje się do startu w wyborach na prezydenta Warszawy. Mam nadzieję, ze warszawiacy wystawią lokalnego Jacka Jaśkowiaka i Karczewskiemu pójdzie w pięty, przestanie chodzić do opery.

Żeby to była wartościowa komedia należy mieć świadomość, że zwiększenie limitu dla twórców jest projektem Platformy Obywatelskiej, wczoraj Gliński był przeciw, ale nastąpiła noc cudów – pewnie za klepnięciem prezesa na Nowogrodzkiej – i minister zmienił zdanie o 180 proc.

Pisowskie racje stanu mają oblicza Tarczyńskiego, świętoszka Radziwiłła i małokulturalnego„kurtularnego” Glińskiego.

KTO PAMIĘTA TAKIE SAME AKCJE W CZASACH KOMUNY? Znów nadeszły…

>>>

DZIWNE, ŻE JESZCZE NA TO NIE WPADLI 🙂

MELLER NIE WYTRZYMAŁ. I MA RACJĘ.

Jerzy Sosnowski na Koduj24 pisze o pisowskiej wymianie elit.

Wymiana elit – ale na co?

Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego.

Na pogrzebie Janusza Głowackiego nie było przedstawiciela Ministerstwa Kultury. Należy przyznać, że sprawowany przez pana profesora Piotra Glińskiego urząd jest przynajmniej konsekwentny. Na przykład żaden jego przedstawiciel, o samym szefie resortu nawet nie wspominając, nie pojawił się również na ostatnich, 90. urodzinach Andrzeja Wajdy. Takie sygnały, których można by wyliczyć więcej, dziwić nie powinny. Wszystko to jest składnikiem mocnego założenia ideologicznego, z którym Prawo i Sprawiedliwość objęło władzę. To założenie brzmi: obecna elita kulturalna i intelektualna Polski jest spadkobierczynią sowieckich okupantów, wyobcowaną z ducha narodu, toteż należy ją wymienić. A skoro tak, to nie ma powodu oddawać hołdu odchodzącym przedstawicielom tej elity. Zasługą jest już to, że taktownie powstrzymujemy się od wyrażenia ulgi.

W odpowiedzi można oczywiście zapytać ironicznie, skąd PiS weźmie tę nieskażoną przez komunizm nową elitę. Wszak Jarosław Marek Rymkiewicz – jeden z nielicznych pisarzy, których talentu, mimo fundamentalnej niezgody na to, co obecnie głosi, nie sposób kwestionować – urodził się trzy lata wcześniej, niż Głowacki. W młodości, jak znaczna część jego pokolenia, należał do ZMP, a jako trzydziestolatek podpisał tzw. „kontrlist 600”, prokomunistyczną odpowiedź na protest przeciwko cenzurze, znany jako „List 34”. Inni, cenieni przez nową władzę twórcy, jak Marcin Wolski czy Jan Pietrzak, mają bodaj czy nie bardziej dwuznaczne karty w swoich życiorysach. Nie bez powodu tak docenia się Wojciecha Wencla – gdyż ten w 1989 roku miał siedemnaście lat, można więc przyjąć, że publicznie nie zdążył zrobić nic niestosownego.

Ale ten sposób reagowania na pisowską wymianę elit wydaje mi się z dwóch powodów błędny. Po pierwsze, wdajemy się w ten sposób w wojnę na życiorysy. Oczywiście, trudno nie mieć uciechy, przyłapując obecną władzę na niekonsekwencjach i hipokryzji: grzechy „naszych” są zmazane, bo są nasi, grzechy „waszych” są nie do zapomnienia. Ale jednak człowiek czuje, że poddaje się logice dość wstrętnej. Powód drugi jest ważniejszy, bo dotyka kwestii merytorycznych, nie zaś emocji. O nim będzie reszta tego tekstu.

Jak w ogóle kształtowała się w historii elita kulturalna i intelektualna Polski? Weźmy najpierw pod uwagę pierwsze dekady XIX wieku. Istniał wtedy silny ośrodek akademicki w Wilnie. Tworzyło go środowisko wykształcone u schyłku I Rzeczpospolitej. W Warszawie działało Towarzystwo Przyjaciół Nauk, utworzono Uniwersytet Warszawski. W Krakowie był oczywiście Uniwersytet Jagielloński, we Lwowie – Uniwersytet Franciszkański. Poza tym doniosły wpływ na to, kogo faktycznie uznawano jako autorytet, miały salony, związane z cenzusem majątkowym i dyplomem szlacheckim. Z tego ostatniego powodu mechanizm samoreprodukowania się elity, który funkcjonował, trudno uznać za szczególnie sprawiedliwy. Toteż literacki z pozoru spór „romantyków” z „klasykami” miał znaczenie nie tylko estetyczne, ale i społeczne: był swoistą rewoltą, toczoną jednak w obrębie istniejących reguł. Ostatecznie to salony musiały się przekonać do romantyków, by uznać ich za nową elitę narodu.

Ten właśnie mechanizm, będący wypadkową sytuacji społecznej, politycznej oraz rzeczywistej atrakcyjności intelektualno-artystycznej ludzi, którzy aspirowali do elity, bywał zakłócany przez najtragiczniejsze wypadki dziejowe. Po każdym zrywie powstańczym, zwłaszcza zaś po roku 1863, można było powiedzieć to, co lubi w kontekście II wojny światowej powtarzać PiS: że mianowicie najlepsi zginęli. Ci, co przeżyli, musieli brać pod uwagę ograniczenia cenzuralne lub zamilknąć. Na szczęście już wtedy wypracowano tzw. „język ezopowy„, pozwalający twórcom i odbiorcom porozumiewać się pomimo braku wolności słowa. Mówiąc nawiasem, zasady owego języka ezopowego nie były, rzecz jasna, nigdzie spisane i przez to uległy w znacznym stopniu zapomnieniu. Sztandarowy przykład tego zjawiska to sposób, w jaki od dekad czytamy „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, każąc uczniom zastanawiać się nad idiotycznym pytaniem, czy społecznik może mieć żonę, podczas gdy dla pierwszych czytelników tej powieści było oczywiste, że Judym zrywa z Joasią nie dlatego, że będzie mu przeszkadzać w leczeniu biedoty (co za pomysł?!), tylko dlatego, że został właśnie członkiem socjalistycznej konspiracji w Zagłębiu – na miejsce zamordowanego przez policję Korzeckiego – i tym samym przez resztę życia będzie się ukrywał.

Po 1918 roku niepodległa Polska stała oczywiście przed pokusą całkowitej wymiany elit: patrząc z naszej perspektywy, nie byłoby ostatecznie nic zaskakującego w stwierdzeniu, że twórcy z okresu zaborów byli w większości tymi zaborami fatalnie skażeni. A jednak ministrem kultury nie został wówczas – czy ja wiem? – np. od pewnego momentu otwarcie krytykujący zaborców Żeromski, tylko kompletnie apolityczny przed I wojną Zenon Przesmycki-Miriam, u progu stulecia grzecznie zanoszący swoje wyrafinowane pismo, „Chimerę”, do rosyjskiej cenzury. Twórcy naszego państwa rozumieli bowiem, że zerwanie ciągłości w kulturze to absolutna ostateczność, niezwykle groźna dla narodu. Tak, dokonuje się czasem takie częściowe, niejako wewnętrzne zerwanie, jak w erze walki romantyków z klasykami. Nigdy całkowite i w dodatku sterowane kryteriami, których żaden polityk naprawdę nie zrozumie. Natomiast zaprojektowana wymiana elity to przedsięwzięcie z założenia totalitarne (nawet jeśli nie znano wówczas jeszcze tego pojęcia), to znaczy płynące z marzenia o świecie całkowicie odmiennym, niż rzeczywisty, poddanym woli jednostki lub niewielkiego grona ideologów.

Taki właśnie totalitarny zamiar mieli z pewnością w 1949 roku komuniści. Nie, nie stało się nic innego, niż po dziewiętnastowiecznych powstaniach (emigracja wielu wybitnych obywateli, krwawe represje na pozostałych). Komuniści przy tym dokonali tego, co skądinąd planowały w okresie okupacji także środowiska niepodległościowe, to znaczy odblokowali (wreszcie!) drogę awansu dla dzieci miejskiego i wiejskiego proletariatu. Naturalnie działo się wtedy mnóstwo niesprawiedliwości, a ludzie, którzy wchodzili do elity kulturalno-intelektualnej, podobnie jak ci, którzy starali się w niej utrzymać, wykonali niejeden gest wiernopoddańczy (wystarczy poczytać „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej). Jest oczywiste, że im bardziej konserwatywne czy nacjonalistyczne poglądy miał wówczas obywatel, tym trudniej mu było zdobyć się na kompromis. W tym sensie, zgoda, naturalne mechanizmy samoreprodukcji elity kulturalnej narodu uległy zatarciu. Nie zniszczały jednak całkowicie, a to dzięki temu, że okres stalinowskiej smuty trwał krótko: od szczecińskiego zjazdu literatów, gdzie ogłoszono doktrynę socrealizmu, do pierwszych zwiastunów odwilży („Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka) minęło pięć i pół roku. Co to jest pięć i pół roku – że zapytam socjologa, profesora Piotra Glińskiego – dla mechanizmów społecznych?

Po 1956 do Polski wraca część emigrantów (Maria Kuncewiczowa, Stanisław Cat Mackiewicz, Melchior Wańkowicz, później też Teodor Parnicki). Korzystając z nieformalnego paktu Gomułki ze społeczeństwem, ludzie kultury zaczynają poszerzać granice wolności (w stosunku do okresu przed 1956 rokiem, nie w stosunku do realiów po roku 1989!). Odbudowują się uniwersytety, rozpoczyna się złoty wiek kultury PRL. Choćby filmy z tego okresu są cenione także poza granicami Polski („polska szkoła filmowa”), doprawdy nie przez agentów KGB. W tych warunkach rozwija się elita, którą dzisiejsze władze próbują wymienić, jako skażoną przez komunę.

To prawda, że najgorzej wyszło na tym środowisko polskiej prawicy. W okresie „karnawału Solidarności” zaczytywaliśmy się Miłoszem, Herbertem i Barańczakiem, Tischnerem i Kołakowskim – a nie Bolesławem Micińskim czy Feliksem Konecznym (wymieniam te dwa nazwiska w poczuciu że robię krzywdę Micińskiemu, ale może się mylę). Świat się jednak zmienił cokolwiek od wiosny 1939 roku i trudno mi pozbyć się myśli, że to niedocenienie twórców o poglądach prawicowych mogło być efektem niezawinionego przez nich anachronizmu ich dzieł. Zresztą trzeba być zupełnie zaślepionym ideologicznie, żeby nie dostrzec, że kontrpropozycja dla „lewicowej” kultury, jaką podsuwa nam PiS, jest, łagodnie mówiąc, mało przekonująca artystycznie i intelektualnie. Wystarczy spojrzeć na nową podstawę programową: więcej tam dzieł WYCOFANYCH (bo są „nie po linii”), niż nowych, które jakoby wcześniej nie miały szans zaistnieć. Wiele hałasu – i wychodzi z tego raptem Rymkiewicz i Wencel, czyli stary poeta, o którego nie ma co się oburzać (chyba, że z jego twórczości do podręcznika wejdzie akurat agitka „Do Jarosława Kaczyńskiego”, a nie np. wspaniałe wiersze z tomiku „Moje dzieło pośmiertne”), oraz poeta w średnim wieku, który zapewne podzieli kiedyś los Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, to znaczy trafi do smutnego rozdziału historii literatury pt. „Inni poeci epoki” (swoją drogą, lepszy byłby Polkowski, zwłaszcza z wczesnych lat 80.). Jak to się ujmuje w kategoriach sportowych: krótka ławka w tej prawicowej kulturze polskiej.

Podejrzewam, że w tych niemądrych i żałosnych manifestacjach Ministerstwa Kultury, w tych znamiennych przemilczeniach wybitnych twórców, którzy odchodzą, skrywa się właśnie bezradna złość, że tak naprawdę nie ma kogo promować. Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Konwickiego na Łysiaka, Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego. Nie sposób postawić „Smoleńska” ponad „Ziemią obiecaną”. Jerzy Zelnik i Katarzyna Łaniewska to nie ta liga, co Daniel Olbrychski i Krystyna Janda (bądźmy sprawiedliwi: Ewa Dałkowska – owszem). No to przynajmniej tamtych zamilczmy na śmierć, a może w pustce stanie się jakiś cud. Nawet trochę władzy współczuję: wierzyć, że naturalnie ukształtowana elita narodu to skutek knowań jakiegoś środowiska, które przewalczyć można silną wolą – i odkryć, że, jak mówił klasyk, „z pustego i Salumun nie naleje”. To musi boleć.

PIĘKNY LIMERYK NA DZISIAJ 🙂

Minął miesiąc od nawałnicy.

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskich transferach.

Wrogie przejęcie posłów przez PiS

Adam Bielan potwierdził w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM, że klub parlamentarny PiS powiększy się o kilku posłów („jest to bardzo prawdopodobne”). Takie przejęcia (przejście, transfer) zdarzają się, obecnie można spodziewać się większej liczby – hurtowej – sięgającej nawet liczby 9 osób.

Dlaczego dochodzi do takiego dużego wrogiego przejęcia osób chwiejnych, acz szukających korzyści materialnych, którymi PiS mami? Jednym z powodów może być wymiana ciosów z Andrzejem Dudą, który może zechcieć budować własne zaplecze polityczne, partyjne.

PiS w tej sferze zapisał „barwną” kartę z Renatą Beger, posłanką Samoobrony, nad którą pracował zastępca Kaczyńskiego, Adam Lipiński. Działo się to 11 lat temu. Lipiński kusił publicznymi pieniędzmi, stanowiskiem w rządzie i innymi apanażami. Beger przyznała się do kurwików w oczach, które miały opisywać jej ciąg na seks, a który lubi, „jak koń owies”.

Ta remiza zostaje przez PiS odtworzona. Czy Bielan jest kierownikiem w tym skansenie politycznym PiS i czym kusi? Wówczas Beger dała się namówić autorom programu „Teraz my” (skądinąd nawiązującym do „złotej myśli” Kaczyńskiego: „teraz ku…a my”), aby iść na rozmowę z Lipińskim z ukrytym sprzętem video.

Kurwiki Beger znakomicie opisują stan intelektualno-emocjonalny PiS. Ówczesna posłanka Samoobrony obnażyła PiS, bo w istocie przystawała i dzisiaj wpasowałaby się idealnie w pisowski paradygmat. Beger, Bielan, Lipiński, Kaczyński – tworzą wspólnotę wartości i interesowności.

Pisowski wzorzec z Sevres – to osoby z kurwikami i ambicjami: „teraz k… ja/my”. Jest to niebezpieczny typ ludzi, których w każdym społeczeństwie jest niemało, nie uznają umów społecznych, zawartych w obowiązującym prawie. Naginają je do własnych potrzeb, łamiąc prawo ustrojowe i tworząc własne bezprawie.

Norman Davies – przedstawiciel jednej z najstarszych demokracji – wiele lat temu oceniając PiS, nazwał tę partię po prostu sektą, a potem mafią. I trudno z nim się nie zgodzić, bowiem tak zorganizowana grupa ludzi stara się przejąć kolejne sfery życia społecznego, werbuje ludzi, a gdy nie udaje się, bo niektórym nie odpowiada owa wspólnota, nazywani są kanaliami, gorszym sortem, zdradzieckimi mordami etc.

KOMUNA POWRÓCIŁA DO OPOLA…

No i co na to ? 🤔To dlatego chcecie przejąć niezależne media?

>>>

Wojciech Maziarski („Wyborcza”) pisze o koflikcie pokoleń – postsolidaruchów z nową lewicą. „Maziarski et consortes”, postsolidarnościowe zgredy, uniemożliwiają nowej lewicy przejęcie rządu dusz w Polsce?Spieszę sprostować: to nie ja, lecz wyborcy o tym decydują.

Dostało mi się od Stanisława Skarżyńskiego z OKO.press, bo ośmieliłem się skrytykować kilku lewicowych publicystów za niemądre szyderstwa z ludzi witających Donalda Tuska w Warszawie („Wyborcza” z 24 kwietnia). Ze wszystkimi tezami mojego oponenta polemizować nie będę, ale dwie rzeczy domagają się riposty.

Skarżyński pisze: „To Donald Tusk jest odpowiedzialny za to, że PiS jest dziś u władzy. To on PiS przez całe lata hodował i nie kiwnął palcem, żeby rozliczyć PiS za jego wyczyny z lat 2005-07. Wiadomo dlaczego: żeby mieć kim straszyć w kolejnych wyborach. (.) Kto nie postawił Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu? Tusk. (.) Kto przez lata nie tknął SKOK-ów? A jak PiS sfinansował całą tę propagandową machinę tłoczącą ludziom do głowy podstawy tego, co dziś jest smoleńską fizyką Macierewicza?” („Wyborcza”, 25 kwietnia).

Skarżyński twierdzi więc, że trzeba było w latach 2007-15 ostrzej rozprawić się z PiS-em, a wówczas nie mielibyśmy dziś tego, co mamy. Śmiała to teza i moim zdaniem kompletnie nieprawdziwa. Tak samo jak nieprawdziwa jest insynuacja, że Platforma z wyrachowania hodowała PiS.

Owszem, Tusk unikał zemsty i raczej dążył do wygaszenia negatywnych emocji. Temu miały służyć pojednawcze gesty w rodzaju pozostawienia Mariusza Kamińskiego na stanowisku szefa CBA. Po awanturniczych rządach PiS-u epoka PO miała się kojarzyć ze spokojem i emocjonalnym bezpieczeństwem. Jej symbolem miała się stać przewidywalność.

Ta polityka łagodzenia konfliktu i obłaskawiania PiS-u nie przyniosła efektu, bo nie da się oswoić skorpiona. Możemy więc powiedzieć, że Tusk był naiwny. Jednak jaka była alternatywa? Czy np. można było, nie łamiąc zasad państwa prawa, zakneblować tzw. sektę smoleńską i odebrać jej finansowanie ze SKOK–ów? Ziobrę oczywiście należało postawić przed Trybunałem, ale nie łudźmy się, że wyeliminowałoby go to z polskiej polityki. PiS nie przejmuje się prawem, więc nie miałby oporów przed powołaniem ministra z wyrokiem na karku. Prezydent by go wstecznie ułaskawił, tak jak przed wyrokiem ułaskawił Kamińskiego.

Jednak najbardziej zdumiewa to, że brak radykalnej rozprawy z PiS-em krytykuje ten sam publicysta, który walkę obozu demokratyczno-liberalnego z autorytarno–nacjonalistycznym określa – w tym samym tekście! – pogardliwym mianem „postsolidarnościowej młócki”. W środowiskach lewicy obowiązuje absurdalna teza, że ta walka to bezsensowne zmagania dwóch równie fanatycznych plemion i że jest ona dla Polski zgubna, więc lepiej się w nią nie angażować i stać z boku. Bóg jeden raczy wiedzieć, w jaki sposób można unikać „młócki”, a jednocześnie radykalnie rozprawić się z PiS-em.

A na koniec Skarżyński stawia zarzut, że „Maziarski et consortes” (czyli okropne postsolidarnościowe zgredy) uniemożliwiają nowej lewicy przejęcie rządu dusz w Polsce. Zamiast czołgać się na cmentarz, tarasują drogę, po której ze śpiewem na ustach nadciągają zastępy młodych. To idzie młodość, to idzie młodość.

Mojego polemistę najwyraźniej ktoś wprowadził w błąd. Spieszę więc sprostować: to nie ja, lecz wyborcy decydują, kto w Polsce sprawuje rząd dusz. I to wyborcy z własnej woli witali na dworcu Donalda Tuska. A nie witali np. Adriana Zandberga. Obiecuję jednak, że jeśli PiS będzie szykanować lidera Partii Razem i wzywać go na przesłuchania, to jego też solidarnie odprowadzimy do prokuratury.

Waldemar Mystkowski pisze o Szydło, Dudzie i Glińskim.

Beksa Szydło i niedouki PiS

Marek Magierowski w imieniu Andrzeja Dudy zachęcił rzecznik PiS Beatę Mazurek, aby wróciła do szkoły i podciągnęła się w sztuce czytania. Magierowski powołał się na autorytet Dudy: „Według prezydenta Andrzeja Dudy pisemna forma kontaktu między urzędami zazwyczaj nie odpowiada tym osobom, które mają problem z czytaniem. Ten brak można uzupełnić w szkole”. Jest to odpowiedź na stwierdzenie nieczytatej Mazurek, iż szef MON i Duda mogą ze sobą rozmawiać, a prezydent wybrał inną formę komunikacji – epistolarną.

Z tego wniosek, iż Duda czytać potrafi, bo pisze. Dlaczego jednak prezydent nie czyta Konstytucji? Czy tylko dlatego, że jej nie napisał? Nie zostanę jednak Magierowskim, ale Duda może usłyszeć w przyszłości – i raczej usłyszy – od rzecznika Trybunału Stanu, iż może uzupełnić braki w szkole, ale wcześniej odpowie zgodnie z prawem rzymskim, iż prawo obowiązuje niezależnie od tego, czy je znamy, czy nie.

Duda już dzisiaj mógłby zapłakać nad swoim losem, bo perspektywy dla niego widzę czarno. Już zapłakała – jak publicznie zakomunikował Kazimierz Marcinkiewicz – Beata Szydło w Brukseli, gdy obwieszczono jej wynik wyborów na przewodniczącego Rady Europejskiej 1:27. „1” w tym rezultacie to nie bynajmniej gol honorowy, gdyż liczba „27” wskazuje na gole samobójcze.

Przyznam się, że współczuję premier Szydło, lecz wówczas płaczącą w Brukseli bym z litości nie przytulił, bo tulę Polskę z powodu, iż rodacy strzelają jej aż 27 goli. Polski nikt nie degraduje, ani Rosjanie, ani Niemcy, tylko swoi. Tak zawsze było w historii. I dzisiaj w owych „Ruskich” i „Szkopów” zamienia się PiS.
Zaś zapłakać nad sobą i udać się do szkół powinien minister kultury Piotr Gliński. Oto stanął przeciw kulturze polskiej, a w obronie nacjonalistów (Młodzież Wszechpolska, Stowarzyszenie Marsz Niepodległości i ONR), którzy wywołali zamieszki przed spektaklem „Klątwy” w Teatrze Powszechnym. Gliński jak adwokat narodowców wzywa Hannę Gronkiewicz-Waltz do ocenzurowania „Klątwy” – achtung! achtung! – za „znieważenie religii i najwyższych wartości Kościoła katolickiego”.

Nad Glińskim nawet jego brat Robert nie zapłakał, tylko nazwał „idiotą”. Ja też nie zapłaczę, ale zapytam: jakie są te najwyższe wartości Kościoła katolickiego? Czy aby nie papież? Zaś wartości chrześcijańskie są nieprecyzyjne i wchodzą w skład wartości humanistycznych. Wartości nie można znieważyć, można znieważyć osobę.

Szydło więc niech nie płacze nad „sukcesem” 1:27, lecz nad Glińskim i pośle go do szkół, aby ten dowiedział się o najwyższych wartościach Kościoła katolickiego. Jak choćby je 500 lat temu nazywał Marcin Luter. Czytając inwektywy uczonego Niemca, „Klątwę” nazwać należy bajeczką dla grzecznych dziewczynek.

Morał dzisiaj jest taki: płakać nad powyżej przywołanymi osobami nie sposób, na szkoły i nauki dla nich za późno, pouczyć ich może w przyszłości Trybunał Stanu.

Kleofas Wieniawa pisze o ministrze kultury Glińskim.

Nie robi na mnie wrażenia to, że Beata Szydło popłakała się w Brukseli z „sukcesu” 1:27. Wszak docenił ten płacz Jarosław Kaczyński, który wręczył jej bukiet kwiatów na lotnisku witając ją jako uosobienie Wiktorii.

Także nie specjalnie doceniam wiekopomne odkrycie Andrzeja Dudy – via usta Marka Magierowskiego – iż rzecznik PiS Beata Mazurek powinna wrócić do szkoły po naukę czytania.

Ba! Nie robi na mnie specjalnego wrażenia skonstruowanie nowego pojęcia ontologicznego przez Piotra Glińskiego: „najwyższe wartości Kościoła katolickiego”, które jakoby zostały zaatakowane w spektaklu „Klątwa” w Teatrze Powszechnym. Minister więc musiał wesprzeć narodowców w ich zamieszkach pod teatrem.

Ale robią na mnie wrażenie finanse PiS. Oto uroczystości świąteczne partii PiS 10 kwietnia 2017 roku nie zostały opłacone z kasy partyjnej, ale z kasy państwa.

Jarmark PiS w okolicach Krakowskiego Przedmieścia kosztował 288 tys. zł, izostał zasponsorowany przez Ministerstwo Kultury.

Piotr Gliński powinien zostać co najmniej ministrem finansów – tyle zostało w kasie partyjnej – a także zgłoszony do ekonomicznej Nagrody Nobla. Jak Gliński się jeszcze bardziej postara, to dojdzie do efektów godnych Kany Galilejskiej – rozmnoży chleb i wino dla partyjnych kolegów.

A brat Robert nazwał go „idiotą”. Kto tu jest idiotą? Gliński to facet od cudów – cudak!

>>>

NEUMANN MA RACJĘ. ŻADEN RZĄD NIE ŁAMAŁ TAK JAK PiS PRAW OBYWATELSKICH I TAK BARDZO NIE LICZYŁ SIĘ Z LUDŹMI.

c3qaoycwyaadbgz

TAKIE PRZYSŁOWIE NA DZISIAJ 🙂

c3p4jmoxaaq8ior

Andrzej Duda to żaden prezydent. To marny prowokator. Pisze Rafał Zakrzewski („Wyborcza”).

c3lctx9wqaad91n

Milczący Andrzej Duda przemówił w poniedziałek do mieszkańców Żagania. Jego słowa były bulwersujące: „Chcę państwu powiedzieć jedno: ten program będzie zrealizowany z żelazną konsekwencją. I nie zostanie zatrzymany przez żaden jazgot, przez żadne demonstracje. A jeżeli trzeba, to mam nadzieję, że państwo przyjedziecie i pokażecie swoją postawą, że właśnie takiej polityki chcecie”.

milczacy

Zdziwiły mnie wielce komentarze do tej wypowiedzi niektórych politologów czy socjologów – że oto prezydent wciąż się waha, czy być prezydentem samodzielnym, czy wiernym członkiem PiS.

Podpowiadam: długopis, którym prezydent Duda podpisuje ustawy, takich rozterek nie doznaje.

A jego słowa w Żaganiu to nie był głos „prezydenta wszystkich Polaków” ani głos, który – jak niedawno sam deklarował – łagodzi konflikty. Było to wezwanie do walki z niezadowolonymi z rządów PiS elitami – jak wcześniej wyjaśnił Duda mieszkańcom zebranym w Sali Kryształowej Pałacu Książęcego.

Na zachętę prezydenta: „Przyjedziecie?!”, wyselekcjonowany suweren zakrzyknął: „Przyjedziemy! Przyjedziemy!”.

W tym czasie przed bramą pałacu trwała pikieta KOD-u. Uczestnicy nieśli flagi i egzemplarze konstytucji. – Protestujemy przeciwko „dobrej zmianie”, przeciwko całej liście grzechów, które popełnił obecny prezydent. Protestujemy przeciwko jego postawie i piastowaniu przez niego tego urzędu – powiedział PAP Dariusz Nocek z lubuskiego KOD-u.

Dorzucę swoje trzy grosze. Już nie o roli prezydenta w rozbijaniu Trybunału czy niszczeniu polskiej szkoły, ale o jego kontaktach z obywatelami.

Duda kieruje do nich albo orędzia, pełne pustej retoryki o jedności narodowej, albo z rzadka udzieli wywiadu telewizji narodowej czy prawicowym gazetom – co służyć ma „ocieplaniu” wizerunku. Wiemy też co nieco o nocnym tweetowaniu, ale to w czasie wolnym.

Nie pamiętam zaś, by prezydent zgodził się na wywiad w mediach niezależnych od władzy czy tłumaczył swoje decyzje na konferencjach prasowych. Na zakończenie szczytu NATO w Warszawie wygłosił oświadczenie i opuścił salę wypełnioną zaskoczonymi dziennikarzami z całego świata. Czyżby to nieśmiałość?

Całkiem ją jednak traci, gdy spotyka się z suwerenem – jak w Otwocku rok temu. Komentował tam protesty KOD-u: – Widzę często na tych manifestacjach twarze właśnie tych, którzy w ostatnim czasie bardzo dużo stracili. Jak to się niektórzy śmieją: „Ojczyznę dojną racz nam wrócić, Panie”, mówią ci ludzie.

W Żaganiu też zobaczył „niezadowolone elity” i pogroził im pisowskim palcem.

Może teraz – gdy poczuł w sobie siłę – prezydent Duda spotka się z suwerenem w Ełku czy w innych miastach, gdzie buzują nacjonalistyczne emocje, dochodzi do przemocy na tle rasowym. Może głośno powie, co o tym sądzi. Może zainicjuje akcję edukacyjną, by tonować niechęć rodaków do obcych, eliminować bezrozumną nienawiść.

c3mrahfwiaykffj

KOLEJNE SŁOWO BOŻE GŁOSZONE PRZEZ POLSKIEGO KSIĘDZA „PO DOBREJ ZMIANIE”. WSTYD

c3p5cbxweaeilur

„Polityka” zajęła się Jarosław Kaczyńskim i jego dworem. „Limuzyny, asystenci, ochroniarze, przywileje, celebra”. „Polityka” pisze, że PiS dba tylko o swoje interesy.

bezkarni

Jarosław Kaczyński w samym centrum, wokół niego jego najbliżsi współpracownicy: Beata Szydło, Antoni Macierewicz, Mariusz Błaszczak, Marek Kuchciński. Prezes siedzi, oni klaszczą. Właśnie ogłoszono, że prezes Prawa i Sprawiedliwości został laureatem nagrody „Człowiek Wolności” tygodnika wSieci”. W końcu Kaczyński prosi klaszczących, by usiedli, macha ręką na Szydło, kiwa na Kuchcińskiego. Zdjęcie, na którym widać oklaskiwanego prezesa pojawiło się na okładce najnowszego numeru „Polityki”. „Dygnitarze” – głosi wielki napis nad zdjęciem.

„Tempo, w jakim władza deprawuje ludzi z PiS, porównać można jedynie z tym, w jakim Antoni Macierewicz pokonał trasę od ojca Rydzyka do prezesa Kaczyńskiego” – pisze „Polityka” i dodaje: „Miało nie być Bizancjum, nepotyzmu, celebry i arogancji władzy. Wyszło jak zawsze. A nawet znacznie lepiej”.

„Limuzyny, ochroniarze, przywileje…”

„Polityka” bierze na cel czołowych polityków PiS: m.in. prezesa Jarosława Kaczyńskiego, premier Beatę Szydło, ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza, czy minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbietę Rafalską. Słów krytyki nie szczędzi też prezydentowi Andrzejowi Dudzie i rzecznikowi MON Bartłomiejowi Misiewiczowi.

Tygodnik zarzuca im „dbanie o siebie i swoich”, popieranie się przy obsadzaniu stanowisk w spółkach Skarbu Państwa i gwarantowanie sobie licznych przywilejów. „Polityka” pisze np., że Macierewicz „rozbudował własną ochronę do rozmiarów absurdalnych i niespotykanych w MON”, Misiewicz rozbija się rządowymi limuzynami i domaga się honorów od wojskowych, a Szydło i Duda za „wsparcie” przyznają swoim współpracownikom bardzo wysokie nagrody.

andrzej-saramonowicz

c3m746swyaan1dp

Waldemar Mystkowski pisze o Misiewiczu, który chce zdegradować generała broni Skrzpczaka.

Misiewicze i Macierewicze powodują upadek morale WP

Wychodzi na to, że Bartłomiej Misiewicz jest ważniejszy od Antoniego Macierewicza, choć ten go kolejny raz urlopował, czy ten zawiesił. A jeżeli ważniejszy od ministra, który w sprawach wojskowych zyskał więcej władzy niż konstytucyjny zwierzchnik Wojska Polskiego Andrzej Duda, logicznym jest, że Misiewicz jest kimś znaczniejszym od prezydenta RP.

Nie jest to gołosłowne stwierdzenie na temat tego niedouczonego farmaceuty, który nie potrafi posługiwać się jezykiem polskim. I wcale nie opowiadam skeczu z kabaretu, bo żaden kabaret nie jest w stanie opisać i ośmieszyć obecnej władzy. Zęby połamał sobie Robert Górski wraz z Kabaretem Moralnego Niepokoju, zamiast obnażyć, ukazać w krzywym zwierciadle w serialu „Ucho prezesa”, ocieplił wizerunek PiS i prezesa.

Dlaczego tak się dzieje? Obecna władza straciła kontakt z rzeczywistością, zainstalowała się ponad krytyką i dialogiem społecznym, niekoniecznie wywyższyła się (bo to także), ale przede wszystkim nie ma wśród niej przedstawicieli, którzy potrafiliby się obronić poprzez polemikę, marni są intelektualnie i nie posiadają rzeczywistych argumentów.

Mamy monolog tych samych postaci nieprofesjonalnie sprawujących władzę. W takim układzie wszelacy cwani faworyci są sięgnąć po władzę nieformalną, nawet większą w tym wypadku niż ma ją Duda. Faworyt Macierewicza powiela gesty swego ministra, bo jest wyjątkowo niedouczony i nieinteligentny, wie, że nic mu się nie stanie, zostanie urlopowany, schowany pod prześcieradło, aż plama przyschnie.

Misiewicz narobił w Białymstoku, tak się sfajdał, iż znowu toczy się jakieś postępowanie w jego sprawie. Guzik prawda, że mają być wyciągnięte konsekwecje, po prostu coś trzeba z Misiewiczem było zrobić, wyjdzie jeszcze z tego silniejszy. Dlaczego tak jest? Proste. Prawda stara jak świat, w stosunkach interpersonalnych rządzą zupełenie inne walory, o czym wiedziała madame Pompadour. Ludwik XV był narzędziem w rękach metresy.

Misiewicz na urlopie zapowiedział, że zdgreaduje generała Waldemara Skrzypczaka, skądinąd wybitnego żołnierza. Zestawmy to z inną degradacją, jaką zapowiedział Ludwik XV, pardon: Macierewicz w stosunku do generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka. Ci nawet nie mogą się bronić, acz nie wykluczam, iż będą protestować jako zombie.

c3m6c9xwyacse4z

Misiu Macierewicza chce zdegradować żyjącego generała Skrzypczaka, bo ten śmiał upomnieć się o przestrzeganie regulaminu Wojska Polskiego. Generał broni napisał: „Jeżeli żołnierz jest zmuszany do oddawania honoru osobie, która na dobrą sprawę nie ma żadnych uprawnień do tego, żeby być tym, za kogo się podaje, to pomijam, że to łamanie prawa i regulaminów wojskowych, ale jest to pogardzanie żołnierzem i mundurem.”

Chodzi o nadużycia zawieszonego rzecznika Macierewicza, który rozbija się po jednostkach wojskowych limuzną wartą przeszło milion złotych, pułkownikom i generałom nakazuje oddawać honory. Misiu na urlopie napiął się i napisał na Facebooku o generale Skrzypczaku, który wg niego ma być skażony genetycznie, co jest nieprawdą i swoistym splunięciem na naszą historię. Mianowicie Skrzypczak ma lepsze geny niż wszyscy pisowcy razem wzięci, jeden dziadek był oficerem WP, kurierem AK, za co siedział w więzieniu w stalinizmie, a drugi zginął w 1939 roku w Twierdzy Modlin.

No i ten język polski w wydaniu Misiewicza, który tak naprawdę jest sowieckim. Misiu napisał: „złożyłem skargę do MON w sprawie pozbawienia stopnia generalskiego Waldemara Skrzypczaka”. Czyli wcześniej generał Skrzypczak został pozbawiony stopnia generała, Misiewicz zaskarży więc tę niesprawiedliwość i będzie domagał się przywrócenia gwiazdek na pagonach Skrzypczaka.

c3mqycdweae3hqm

Taki niedorobiony ten Misiewicz, oczywiście chodziło mu o to, że wystąpił do MON ze skargą na generała, w której domaga się jego degradacji za to, że ten śmiał przypomnieć regulamin WP, a wg niego żołnierze nie powinni oddawać honoru salutu dyrektorowi gabinetu politycznego MON (bo taka jest oficjalna funkcja zawieszonego Misiewicza).

Guzik mnie obchodzi, czym salutują sobie Macierewicza z Misiewiczem w ciszy gabinetu, obydwaj uwłaczają publicznie honorowi żołnierzy, a tym samym niszczą ich morale. W dawnej Polsce obydwaj zostaliby wypłazowani, polska szlachta (ówczesne wojsko), a także ułani, takich gościów jak minister i jego Misiu okładaliby płaską stroną szabel po czterech literach, aż wybiliby im z głowy łamanie dobrych zasad, regulaminu. A możliwe, że doszłoby do krawędziowania, czyli użycia ostrej strony szabel, a tak traktowani byli recydywiści.

Moi przodkowie, a herb w moim rodzie jest hen od Piastów, mają na sumieniu takich Macierewiczów i Misiewiczów, którzy pałętali się w taborach.

Kleofas Wieniawa pisze o pisowskim patriotyzmie.

glinski-i

Piotr Gliński to prowincjusz pełną gębą – i to w złym znaczeniu. Można być prowincjuszem centralnym – i nie być oksymoronem. Bo kultura niezależnie, gdzie jest tworzona i w jakim miejscu, znajduje sobie miejsce przez talent i odwagę.

Yoknpatawha to prowincja amerykańskiego Południa (acz fikcyjna), jednak w kulturze to centrum, bo stworzył ją wielki William Faulkner. I jest bardziej uniwersalna od Starego i Nowego Testamentu.

Nasz Gliński to prowincjusz w nauce, żadna jego książka nie przebiła sie do świadomości czytelniczej, był/jest naukowcem żadnym. Gliński w rodzinie jest nawet prowincjuszem, bo jego brat Robert coś znaczy, a Piotr to nie tylko prowincjusz, ale margines, zapisek na marginesie. Jest ktoś taki, ktoś nieważny.

Jarosław Kaczyński nawet z braku laku (braku kadr) niegdyś uczynił go premierem technicznym in spe, wyszedł z tego tylko Tablet, acz za wierność Gliński został nagrodzony wicepremierem i ministrem od kultury.

Wszystkie jego dotychczasowe przedsięwzięcia w świecie kultury odbiły się śmiechem, a niektóre nawet rechotem. Obca mu jest kultura, mimo – jako napisałem – posiadania brata reżysera.

Przykucnął na jakiś czas Gliński, a ostatnio wyskoczył z Muzem II Wojny Światowej, które kroiło się na przedsięwzięcie dużego formatu, ale PiS chce przykrawać je do wielkości prezesa Kaczyńskiego, czyli do prowincji i skansenu.

Gliński wyskakuje z nowym projektem „Niepodległa”, na który ma zostać przyznaczone przynajmniej 200 mln zł. Okazją jest okrągła rocznica odzyskania niepodległości w przyszłym roku.

Ta „niepodległa”z daleka waniajet nieudacznictwem, sklarleniem wg wzorca patriotycznego. Wyjdzie jak z tym wielkim filmem hollywoodzkim.

Słyszę PiS to żałość pośladki ściska. A z takiego sentymentu zawsze wychodzi sraczka. Nawet gdyby dzisiaj urodził się pierwszorzędny geniusz drugorzędnego formatu (Gombrowicz o Sienkiewiczu) to na dźwiek PiS, udałby sie na emigrację – niekoniecznie wewnątrzną. Od skansenu i małości PiS należy uciekać, gdzie pieprz rośnie. Od czasu do czasu wykorzystywać ich, dmuchać w ich balony ego, bo to prowincjusze w złym znaczeniu.

SŁOWO BOŻE NA DZIŚ

c3lecyvwmaichvf

Tabliczka na cześć Antoniego Macierewicza zawisła w… żłobku na Pomorzu. „Zadziałał, aby ten obiekt powstał” 
http://dlvr.it/NGTbmQ
 #tokfm

efpcldag

Tomasz Lis skomentował: Sorry, takich jaj to nawet w PRL-u nie było.

>>>

CZY WY TEŻ RÓWNIE MAŁO WRZUCACIE NA TACĘ?

cyyljdhxaaevjgm

Kaczyński dał stówkę na tacę, a Brudziński tylko 50 zł. Mało koleś, bo jak ci Rydzyk kropidłem bez łeb przygmoci, to wszystko dasz z portfela i nie starczy na damy od najstarszej profesji świata.

DLACZEGO RYDZYK ZBUDOWAŁ RADIO MARYJA, TV TRWAM A TERAZ WPŁYWA NA TELEWIZJĘ PUBLICZNĄ?

listopad29

Mariusz Błaszczak chciał wydymać mundurowych, ale napotkał opór. Hola, hola. Niestety, okazało się, że polscy mundurowi, to nie ten bezkrytyczny „ciemny lud”, na którym PiS chciałoby tak wiele budować. Bardzo szybko poznali się na matactwie ministra Mariusza Błaszczaka, który mówił co innego, a zrobił jeszcze co innego.

nieudany

Otóż jeszcze w lipcu tego roku projekt ustawy dotyczącej byłych funkcjonariuszy SB przedstawiony przez szefa MSWiA do konsultacji związkom zawodowym i innym resortom zakładał obniżenie świadczeń osobom, które pełniły służbę wyłącznie w organach bezpieczeństwa PRL. Obniżenie emerytur miało nie dotknąć funkcjonariuszy SB, którzy przeszli weryfikację i pracowali w służbach III RP.

Tymczasem rządowi pan minister przedstawił zupełnie inny projekt, który przewiduje, że każdy, kto przed 31 lipca 1990 roku służył choć jeden dzień w SB lub jej pokrewnych „organach”, a potem przeszedł do pracy w służbach III RP, traci specjalne uprawnienia emerytalne. Nic dziwnego, że w środowisku służb mundurowych naprawdę zawrzało.

Działacze z Federacji Związków Służb Mundurowych, która skupia emerytów służb podlegających MSWiA oraz służb specjalnych ostro zareagowali na zmianę w projekcie ustawy, nazywając ją „niesprawiedliwą i niekonstytucyjną”. Domagają się wycofania projektu „karzącego osoby, które podjęły pracę na rzecz demokratycznego państwa i w tej pracy uzyskały dobre oceny”.

Skarżąc „ustawę Błaszczaka” do sądów i TK, związkowcy zamierzają się oprzeć na orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 2009 r. Wówczas TK stwierdził, że „każdy funkcjonariusz organów bezpieczeństwa PRL, który został zatrudniony w nowo tworzonych służbach policji bezpieczeństwa, ma w pełni gwarantowane, równe prawa z powołanymi do tych służb po raz pierwszy od połowy 1990 roku, w tym równe prawa do korzystania z uprzywilejowanych zasad zaopatrzenia emerytalnego”. Trybunał Konstytucyjny orzekł wówczas także, że służba w suwerennej Polsce traktowana jest jednakowo bez względu na przeszłość funkcjonariusza.

cywv7puxuain5r1

UŚMIECHNIJ SIĘ :)))))

cyya-utwqae-pbl

PO PRZEGŁOSOWANIU USTAWY, KAŻDE ZGROMADZENIE OPOZYCJI MOŻE BYĆ NIELEGALNE…

Agata Kondzińska i Agnieszka Kublik zaglądnęły za kulisy PiS i doszły, jak to Piotrm Glińskim było. PiS odcina się od miażdżącej krytyki, jaką w TVP przypuścił na „Wiadomości” wicepremier Piotr Gliński. Prezes Jarosław Kaczyński nakazał jak najszybciej wyciszyć konflikt. I Gliński, i szef Telewizji Polskiej Jacek Kurski posłuchali.

kulisy

Poznaliśmy kulisy niedzielnego starcia w „Wiadomościach” między Piotrem Glińskim a prowadzącym program Michałem Adamczykiem oraz reperkusje.Wicepremier i minister kultury ostro skrytykował materiały TVP atakujące organizacje pozarządowe. Dziennik sugerował, że niektóre fundacje dostają miliony, bo pracują w nich dzieci znanych osób, np. córka byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Zanim doszło do rozmowy, „Wiadomości” w niedzielę po raz pierwszy poinformowały, że w radzie jednej z fundacji zasiada żona wicepremiera Renata Koźlicka-Glińska. I że resort kultury przyznał tej fundacji 50 tys. zł.

Według naszych rozmówców Gliński, który jako socjolog od 30 lat zajmuje się organizacjami pozarządowymi, już wcześniej oceniał materiały dziennika jako skrajnie nierzetelne. Chciał to powiedzieć w niedzielę w „Gościu Wiadomości” – miał to ustalić z prezesem TVP Jackiem Kurskim.

Szefowa „Wiadomości” Marzena Paczuska była temu niechętna. Uznała, że piątkowe publiczne przeprosiny Glińskiego skierowane do kilku osób działających w fundacjach to atak na jej program. Ale przyjazdu wicepremiera nie można już było odwołać.

– Postanowiła się więc odwinąć i przygotować kolejny odcinek o fundacjach – tym razem o żonie wicepremiera, która zasiada w radzie fundacji Stocznia – opowiada „Wyborczej” jeden z dyrektorów z Woronicza.

– Jak Gliński zobaczył materiał o swojej żonie, puściły mu hamulce – mówi jeden z posłów PiS. Wicepremier postawił najcięższe dla dziennikarzy zarzuty: braku profesjonalizmu, szerzenia propagandy i populizmu. – To dom wariatów, państwo żeście oszaleli – podsumował zdenerwowany.

Rozmowę Adamczyka z Glińskim Paczuska chce teraz przekuć w sukces. – Uważa, że pokazała, iż „Wiadomości” są niezależne i antyrządowe, kiedy chodzi o prawdę – mówi jeden z reporterów dziennika. – Ale prawda jest taka, że postawili się słabeuszowi, za którym nie stoi żadna frakcja w PiS. Prezes Kurski wygrał w październiku konkurs na szefa TVP, czuje się silny i wydaje mu się, że wszystko może.

NIE WOLNO ZMIENIAĆ OFICJALNEJ WERSJI.

cywxxwlwiaaiagr

W telewizji publicznej uważają, że atak na Glińskiego musiał być uzgodniony z Nowogrodzką, gdzie w siedzibie PiS pracuje Jarosław Kaczyński. W poniedziałek rano partia ociągała się z komentarzami, choć we wszystkich mediach huczało wokół niedzielnego starcia. Z przekazami dnia, które do posłów rozsyłane są już o 9 rano, biuro prasowe spóźniło się półtorej godziny. W PiS żartowano: – Pewnie dlatego, że prezes jeszcze śpi i nie było się jak naradzić.

We wskazówkach, które w końcu dostali parlamentarzyści, nie było nic o wydarzeniach z niedzieli. Dopiero po południu przyszła taka sugestia: „PiS nie uznaje za stosowne, by reagować na spór między wicepremierem a TVP, nie mamy wpływu na to, co emituje niezależna telewizja, a spór powinien być rozstrzygnięty między nimi”.

Co niespotykane, potem został wysłany jeszcze jeden przekaz dnia do parlamentarzystów PiS – z prośbą o wyciszanie sprawy i podkreślanie, że krytyka TVP oraz przeprosiny niektórych osób pracujących w fundacjach to prywatna sprawa Glińskiego.

JEST PIERWSZE PREZYDENCKIE WETO!!!

cyxo6j-xeae5vd1

MAMY NIEOFICJALNE INFORMACJE, ŻE DLA DODY SZYKUJE SIĘ TORT 🙂

cyymxckxcaaw4b_

SPECNAZ TO PRZY TYM MAŁY PIKUŚ…

cyykwl0xcaa6yzv

Waldemar Mystkowski pisze o dyplomie doktora Laska, którego PiS chce mu odebrać.

katastroficzny

Dla tych, którzy nie wierzą w kompetencje podkomisji Macierewicza ds. zbadania prawdziwych przyczyn katastrofy smoleńskiej, mam przykrą wiadomość: jesteście malkontentami. Komisja rządowa Jerzego Millera męczyła się nad raportem przeszło rok, a ludzie Macierewicza o wiele krócej.

Hipotez wiele padało, a to sztuczna mgła, hel wydmuchiwany z teatralnych machin, dwa, a nawet trzy wybuchy, wybuch bomby w salonce albo na skrzydle, brzoza nie była pancerna, więc coś tam, coś tam, itd. Cuda na kiju. A przyczyna katastrofy jest prosta, którą wykryto dedukcją – metodą osławionego Colombo – i to dwutorowo przez dwie ekipy Macierewicza, niezależnie od siebie, więc musi to być prawdziwa przyczyna.

Ufff… Otóż najpierw zakomunikował wiekopomne odkrycie poseł PO Czesław Mroczek, który w poprzedniej kadencji Sejmu był wiceministrem obrony, iż jego następca, a zastępca samego Macierewicza wiceminister Wojciech Falkowski złożył do Wojskowej Akademii Technicznej wniosek o odebranie tytułu doktora Maciejowi Laskowi, byłemu przewodniczącemu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Odkrycie Mroczka pochodzi z sierpnia bieżącego roku. A drugi tor to eksperci Macierewicza, którzy brali udział w słynnych konferencjach smoleńskich, oni z kolei na jesieni, czyli teraz wystąpili do WAT o to samo – odebranie tytułu doktora Laskowi.

Dlaczego Antoni Macierewicz nie pochwalił się, że winny katastrofy smoleńskiej jest dyplom doktora Macieja Laska? Ktoś może zapytać: jak to zwykły papierek jest winny katastrofy? Odpowiadam: gdyby nie był winny, to dwutorowo by nie chciano odebrać tytułu naukowego.

A nawet z odpowiedzią pójdę dalej. Czy ktoś słyszał, aby w komunie odebrano komuś tytuł naukowy? Życie owszem – odebrano niejednemu bohaterowi, ale nie tytuł. Tak samo sprawa się miała w faszyzmie, palono książki różnych doktorów, mordowano ich w obozach, ale tytułu nie odbierano. Więc z dyplomem Laska coś musi być na rzeczy, to jakiś tytuł katastroficzny. Fascynujemy się i uważamy za uniwersalne Ministerstwo Kroków Monty Pythona, najwyższa pora fascynować się uniwersalizmem dedukcji detektywistycznych ekspertów Macierewicza. Dokonali wiekopomnego odkrycia. Nie śmiejcie się, kiedyś śmiano się z Kopernika, że Ziemia kręci się wokół Słońca, co na oko widać, że to nie jest prawdą. Słońce kręci się wokół naszego gumna.

Wielkimi Krokami ekspertów Macierewicza doszliśmy do prawdy. Dlatego resort obrony od tej pory powinien nazywać się Ministerstwo Wielkich Kroków, bo jesteśmy lepsi od Brytyjczyków, którzy też mieli swój Smoleńsk – Lockerbie.

CZY KTOŚ MA JESZCZE WĄTPLIWOŚCI, ŻE TO REŻIM?

cywspqww8aefcq0

Kleofas Wieniawa śledził wizytę Szydło w Londynie.

przegrany

Polski rząd pojechał do Londynu, czyli do stolicy jednego z krajów brytyjskich, które na życzenie swoich polityków wypchnęli je z Unii Europejskiej, z najciekawszego w dziejach projektu cywilizacyjnego. Zaś Polska pod rządami PiS została w Europie zmarginalizowana i na nic się zdadzą zaklinania pisowskich polityków, iż Polska nadaje ton w Unii.

To brzmi jak żart.

Spotkali się dwaj przegrańcy unijni, czerwone latarnie. Wystarczy powierzchwonie ocenić polskie znaczenie w Komisji Europejskiej, Komisji Weneckiej, w Radzie Europy, w stolicach wiodących państw Unii, w Berlinie i Paryżu. Zostaliśmy zesłani do oślej ławki.

Dość komicznie brzmiały słowa Beaty Szydło skierowane do londyńskiej Polonii: Wracajcie! Na pewno nie wrócą do Polski pisowskiej, jeżeli Brexit potoczy się źle dla imigrantów, Polonia przemieści się do Niemiec, Francji, Włoch, ale nie do Polski, Polska jest dla nich miejscem do odwiedzin pozostawionych tutaj rodzin. Wszak nikt nie chce być obrażany porównaniem do najgorszego sortu, ani do elementu animalnego, życie to nie ZOO, może być ono na Nowogrodzkiej, ale nie w polskich domach – gdziekolwiek one są.

W Londynie mógł mieć coś do załatwienia Mateusz Morawiecki, do załatwienia w City, lecz Polska jest coraz mniej wiarygodna dla inwestorów, dla kapitału zagranicznego, bo elity biznesowe słyszą naszego geniusza z Żoliborza, który niczego nie panimaju z ekonomii, kapitału, ale gadać i pluć owszem lubi.

Do Londyniu pojechał przegrany w Europie rząd, niczego tam konkretnego nioe załatwił, nie osiągnał, a jedynie potwierdził nie swoje sukcesy, jak choćby przesłanie do Polski kontyngentu 150 żołnierzy brytyjskich, ale to jest dzieło Tomasza Siemoniaka.

Wzniosłe słowa, jakich używa premier Szydło, nie przystoją ludziom z rozumem, żadni politycy na świecie nie używają takich pustych nadymanych słów i raczej unikają logorei, które jest jej wrodzona.

Smutny obraz aktualnie rządzących w Polsce tylko potwierdził się w Londynie. Polski zdewaluowanej, wsobnej, zmarginalizowanej.

JEST RYZYKO, ŻE NAS ZALEJE FALA POWRACAJĄCYCH…

cyax7tyxuaav8zq

listopada-28

Czegoś takiego nie widzieliśmy od początku dobrej zmiany. Wicepremier PiS-owskiego rządu starł się z propagandystami z PiS-owskiego dziennika telewizyjnego.

W TVP Piotra Glińskiego zaatakowali przy użyciu tych samych metod, jakie na co dzień stosują wobec politycznych przeciwników: insynuacji, kłamstw, oszczerstw.

wicepremier

Prowadzący „Wiadomości” zarzucał Glińskiemu, że uprawia prywatę. Że przeciwstawiając się nagonce na organizacje pozarządowe, w istocie broni żony i jej koleżanek. Że przyznaje środki publiczne z puli ministerstwa na fundację, w której pracuje żona. I tak dalej.

A Gliński krytykował działalność PiS-owskiej jaczejki telewizyjnej, używając tych samych sformułowań, które na co dzień słyszymy z ust radykalnych krytyków obozu władzy. Że nie wolno oczerniać i zniesławiać zasłużonych instytucji dlatego, że pracują w nich członkowie rodzin osób, które władza uznaje za wrogów politycznych. Że to nie publicystyka, lecz kampania oszczerstw. Że to kompromitacja telewizji publicznej. Że to dom wariatów. I tak dalej.

marcin-kierwinski

Powiem szczerze: mimo całego mojego krytycyzmu wobec dotychczasowej działalności Piotra Glińskiego, żal mi było wicepremiera. Zwłaszcza, gdy argumentował, że poszedł do PiS, by realizować program dobrej zmiany, w którą szczerze wierzył. Oto jeszcze jeden idealista, który dał się zahipnotyzować wodzowi, nie dostrzegając, że służy pozbawionemu zasad cynikowi, zmierzającemu do władzy absolutnej.

Historia ustrojów autorytarnych, np. komunizmu, pełna jest takich naiwniaków, którzy też szczerze wierzyli w ideały równości, braterstwa i postępu, a potem ze zdziwieniem dowiadywali się, że budują dyktaturę. A gdy próbowali się buntować i mówić, że przecież nie tak miało być – wylatywali na zbity pysk albo, co gorsza, lądowali w łagrze. Wygląda na to, że PiS osiągnął dojrzałość – dorobił się swojego dysydenta.

co

– Roztropność chrześcijańska pozwala odróżnić wilka od owcy, bo jest wiele wilków przebranych za owce, zwłaszcza, gdy w grę wchodzą pieniądze – stwierdził papież Franciszek w liście do uczestników konferencji na temat ekonomii, zorganizowanej w watykańskiej kongregacji ds. instytutów życia konsekrowanego.

Hipokryzja osób konsekrowanych, które żyją jak bogacze, rani sumienia wiernych i przynosi szkody Kościołowi. – „Nie wystarczą śluby zakonne, by być ubogim. Nie wystarczy okopać się za deklaracją, że nic nie posiadam, bo jestem zakonnikiem czy zakonnicą, jeśli mój instytut pozwala mi zarządzać i cieszyć się wszystkimi dobrami, których pragnę” – mówił papież.

radio-tok-fm

W przesłaniu do uczestników obrad papież podkreślił, że musimy uczyć się odpowiedzialnej surowości. – „Ile osób konsekrowanych wciąż myśli dzisiaj, że prawa ekonomii są niezależne od wszelkiej refleksji etycznej?” – zapytał Franciszek. Zauważył, że wiele razy zdarza się, iż sprzedaż nieruchomości kościelnej oparta jest wyłącznie na analizie kosztów i zysków oraz wartości rynkowej.

radio-tok-fm-2

– „Niech Bóg uwolni nas od ducha funkcjonalności i uchroni przed popadnięciem w pułapkę chciwości” – dodał papież. Wyraził przekonanie, że konieczne jest przemyślenie kwestii ekonomii. Zaznaczył, że od ekonomów zakonnych oczekuje się, by byli „roztropni jak węże i nieskazitelni jak gołębie”.

dzwonil

Adam Bodnar ma rację.

adam-bodnar

Kleofas Wieniawa tak widzi wkurzenie Glińskiego.

glinski-skonczyl-z

Piotr Gliński musiał sobie powiedzieć: dość upodlania się. Przez rok żył w tym dyskomforcie psychicznym, długo. Psychikę ma zdewastowaną. Ale nie współczuję mu, bo mógł dużo wcześniej krytycznie spojrzeć na Jarosława Kaczyńskiego i jego marnych ludzi.

Gliński wystarczająco zdewastował kulturę, którą niespecjalnie rozumie, jest mu obca, choć ma brata dobrego reżysera, Roberta.

Postawa Glińskiego w stosunku do organizacji obywatelskich i tak była nazbyt asekurancka, wszak to jego działka jako naukowca. Przecież wie, że w NGO’sach pracują ludzie niemal za friko i pracuja przede wszystkim fachowcy, a nie takie niedouczone osobniki, jakich wielu ministrów rządu Beaty Szydło i ich Misiewicze.

Wreszcie Gliński powiedział w „Wiadomosaciach” TVP1 to, czym w istocie są: „to jest jakiś koszmar, dom wariatów”.

jest

Ja nazywam gadzinówką. W czasach komuny nie było aż takiej propagandy, wyjąwszy lata 1980-81, gdy „Solidarność” była wrogiem. Dzisiaj takim wrogiem dla rządzących i ich gadzinówek jest społeczeństwo obywatelskie.

Polacy nie dadzą się ujarzmić, ależ ile zostanie zdemolowane, co z takim trudem zostało wypracowane po 1989 roku.

Gliński powiedział dość upodlaniu się. Teraz czeka go najgorszy okres: ablucje z podłości własnej. Nikt go do tego nie przymuszał, najwyżej własne ambicje i jakiś idealizm – w to ostatnie nie wierzę, jeżeli ma się rozum.

pisdzi

Waldemar Mystkowski pisze o medialnej dyplomacji Waszyczkowskiego.

waszczykowski

Witold Waszczykowski przejdzie do historii dyplomacji swoim oryginalnym stylem uprawiania trudnej sztuki załatwiania spraw polskich poza granicami. Jego poprzednicy nie wypadli sroce spod ogona, niejednokrotnie były to osobistości z dużymi sukcesami. Polska akurat w tej działce miała szczęście do swoich przedstawicieli, choćby poprzednik Waszczykowskiego – spointował kijowski Majdan swymi negocjacjami tak, że Janukowycz wziął tyłek w troki i wybył ze swej ojczyzny wprost w ramiona Putina, bo tam jego gniazdo.

Waszczykowski więc spojrzawszy na osiągnięcia Radosława Sikorskiego mógł wewnętrznie zadrżeć. Ależ wysokie progi, nie mogę być gorszy. I wymyślił swoje specialite, a charakterystyka jest taka, iż w Stanach Zjednoczonych odbywają się wybory prezydenckie i Polska nie ma ambasadora, który by u kandydatów, a obecnie prezydenta elekta, zabiegał o nasze interesy.

Trójkąt Weimarski, który dowartościowywał Polskę w stosunku do Niemiec i Francji, przestał istnieć, bo Waszczykowski chce przeskoczyć Sikorskiego. Zresztą partner znad Sekwany został tak obrażony przez innego ministra rządu Beaty Szydło Antoniego Macierewicza, iż można powiedzieć polsko-francuskie stosunki są lodowate, Marianne nie chce adoratora z Polski.

tablica

Waszczykowski do tego stopnia popadł w oryginalność, iż niespecjalnie miło jest widziany na salonach dyplomatycznych w Unii Europejskiej. Ma więc sporo czasu, aby szukać haków w ministerialnych papierach na Sikorskiego, ale przede wszystkim robić przebieżkę po mediach, zwalić winę na Platformę Obywatelską i Sikorskiego, a ich sukcesy przypisać sobie i kolegom z rządu.

Waszczykowski może też nie mieć wiedzy, co w dyplomatycznej trawie piszczy, bo nie bywa, a tylko na miejscu gada. I tak w obszernym wywiadzie dla „Gazety Polskiej” przypisał sobie i kolegom ministrom, iż szczyt NATO to ich zasługa: – „W wyniku intensywnej pracy tego rządu odbył się szczyt NATO”. Wynika z tego, że szef dyplomacji nie zna podstawowych dokumentów dotyczących NATO, choćby deklaracji szczytu NATO w 2014 roku w Newport (Walia), a tam jak byk stoi: „Spotkamy się ponownie w Polsce w 2016 roku”. Warto więc przypomnieć Waszczykowskiemu, że prezydentem wówczas był Bronisław Komorowski, a jego poprzednik nazywał się Sikorski, który dzisiaj wykłada na Harvardzie i pracuje w najlepszych zachodnich think tankach.

cofamy-sie

Inny przykład z tego wywiadu świadczy, że Waszczykowski nie zna dokumentu końcowego NATO z Newport. Bowiem twierdzi: – „Tamten rząd funkcjonował na podstawie decyzji z Walii, gdzie NATO chciało nas bronić szpicą, która dolatywałaby do nas w przypadku zagrożenia”. A nieprawda, bo jak drugi byk stoi, że obok „szpicy” jest zapowiedź „znaczącej obecności i aktywności militarnej we wschodniej części Sojuszu, obu na zasadach stałej rotacji”. Rotacja, a to znaczy, że kontyngent żołnierzy Sojuszu przybywa na pół roku do Polski i jest zwalniany przez następny. To jest ro-ta-cja. To wywalczyli poprzednicy z Platformy, a Waszczykowski przypisuje sobie i kolegom ich sukcesy – takie jego specialite. W tym kontekście warto przypomnieć – za Stanisławem Skarżyńskim z OKO.press – iż wówczas PiS krytykowało rotację i szpicę.

To, czym chwali się Waszczykowski, wcześniej było w stylu pisowskim odsądzane od czci i wiary. Mieli pretensje, iż politycy PO nie wywalczyli w Newport stałych baz NATO w Polsce, czyli domagali się wypowiedzenia umowy bilateralnej NATO-Rosja z 1997 roku.

Rotacja jest z punktu widzenia militarnego tym samym, co stałe bazy, żołnierze się wymieniają, ale kontyngent ma tę samą wartość. Waszczykowski więc nie czyta bardzo ważnych dokumentów. Aby przypisać sobie osiągnięcia poprzedników, sam niewiele robi, bo może się obawiać…. że zepsuje. Faktycznie, czego się dotknie, przestaje istnieć. Exemplum: Trójkąt Weimarski.

pisowi