Posts Tagged ‘Platforma Obywatelska’

Expose Morawieckiego z alternatywnej rzeczywistości

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Jak to się dzieje, że ciągle utrzymuje się wysoki stan poparcia dla partii Kaczyńskiego? Wszak to nie tylko działanie propagandy mediów, zwanych kiedyś publicznymi, od których nauki mogłyby pobierać bardziej zaawansowane rządy autorytarne.

Dzień, w którym następuje polityczna inauguracja kadencji PiS, też należy do bardzo nieudanych. Z rana z Trybunału Sprawiedliwości UE dochodzą wieści o orzeczeniu tej nadrzędnej instytucji prawa – mianowicie Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została powołana z naruszeniem unijnych norm. Czytać to należy, iż ustawy sądownicze PiS są złamaniem prawa unijnego, w istocie w Polsce mamy do czynienia z aktami bezprawia.

Co na to najwyżsi politycy PiS? Raczej spłynie po nich, jak po kaczce, bo wałkują najważniejszy dla siebie lokalny akt polityczny, mianowicie expose premiera Mateusza Morawieckiego.

Politycy i komentatorzy wsłuchali się w półtoragodzinną orację Morawieckiego, który w swoim stylu – przejętym od prezesa Jarosława Kaczyńskiego – chwalił się, że jest najlepszy, a jeszcze będzie lepszy w przyszłości.

Niewiele można było usłyszeć konkretów, za to pełno przeinaczeń, półprawd. Morawiecki uprawia fikcję polityczną, której narracja jest wzięta z alternatywnej rzeczywistości. Można w niej przyczepić się do każdego elementu, wykazać szalbierstwo polityczne. Morawiecki nawet nie zająknął się o rzeczywistych problemach, które już są albo pojawią się jutro.

A dramaty mają miejsce w służbie zdrowia, w szkolnictwie, sądownictwo jest w rozkwicie degrengolady (niejaka aluzja pojawiła się w stwierdzeniu, iż „opozycja donosi na własny kraj”), a także mamy do czynienia ze zjazdami we wszelkich rankingach, co uświadamia, iż wizerunek Polski na zewnątrz jest postrzegany bardzo źle. Polak już nie brzmi dumnie, a durnie.

Prześmiesznie w tym kontekście wygląda wycofanie się z szumnie zapowiadanego projektu znoszącego limit 30-krotności składki na ZUS. Ta ostatnia wiadomość to woda na młyn na egalitarne idee lewicy, która niewątpliwie wykorzysta pisowski projekt do zadawania politycznych ran PiS.

Opozycja ma coraz więcej narzędzi, aby powstrzymać partię Kaczyńskiego w degradacji kraju, a także w perspektywie – nie tylko wyborczej – odsunąć ją od władzy. Senat jest wszak „nasz”, bo marszałkuje mu prof. Tomasz Grodzki. Rusza do tego prezydencka kampania. Co prawda wycofał się z tej walki najważniejszy polski polityk Donald Tusk (co dla mnie było oczywiste, w każdym razie zdziwiłbym się, gdyby chciał zasiadać w Belwederze), właśnie w tym dniu dowiedzieliśmy się, że największa partia opozycyjna – Platforma – wyłoniła już swego kandydata, a jest nim koncyliacyjna Małgorzata Kidawa-Błońska.

Opozycja tej sytuacji nie może spaprać, jak w wyborach parlamentarnych. Już wówczas przy odpowiedniej konsolidacji PiS dziś nie rządziłby.

Zakaz w niedzielę PiS-owi totalnie się nie udał

Już równo rok Polacy męczą się z zakazem handlu w niedzielę. Jaki cel przyświecał PiS-owi, aby przepchnąć pomysł narzucenia rodakom tego, czego „nie mają robić w wolnym czasie”?

PiS to partia genetycznie związana z PRL-em, wówczas niedziele były wolne od handlu, pozostałe dni tygodnia często też były wolne od handlu, sklepy nie miał czym handlować, choć nie uwarunkowało to czasu wolnego od pracy. To jest podstawowy gen, od którego uzależniona jest partia Kaczyńskiego. To są te wartości, które dzisiaj dla niepoznaki nazywane są np. wartościami chrześcijańskimi.

W niedzielę odbywały się czyny społeczne, PiS zapatrzony w tę narzuconą „bezinteresowność” dla wspólnoty za podszeptem funkcjonariuszy Kościoła katolickiego zakazał handlu dla dobra rodziny. Jakoby rodzina bardziej cementowała się, gdy nie łazi po sklepach.

W głębszym zamyśle duchownych – tych bliskich formatu Rydzyka – zakaz miałby napędzić więcej wiernych do kościołów, a tym samym szczodrzej miało im skapnąć na tacę.

Propagandowo zakaz w niedzielę miał po prostu dać wolne pracującym w handlu, co było pomysłem upadającego związku zawodowego „Solidarność”. A także polepszyć los małych sklepów, które w zderzeniu z wielkimi sieciami handlowymi przegrywały konkurencję. Okazało się, że zakaz tylko przyspieszył agonię sklepikarzy. Zyskały na tym stacje benzynowe, a szczególnie państwowy koncern PKN Orlen.

Do czego PiS się nie zabierze, nie udaje im się. Także nie wyszedł ten eksperyment na Polakach. Tak zresztą, jest z ideologiami, które mają uszczęśliwiać społeczeństwo i naród. Partia Kaczyńskiego nie nadąża za nowoczesnością, wysługuje się zamierzchłym instytucjom i ideom, które niczego nie rozwiązują, a wręcz komplikują, bądź są zawalidrogą w codziennym – a w tym wypadku świątecznym – życiu.

Oczywiście zostanie to kiedyś naprawione, tymczasem męczymy się z uszczęśliwianiem na siłę. Opozycja występuje kolejny raz z rozwiązaniem tego problemu. Platforma Obywatelska apeluje do marszałka Marka Kuchcińskiego, aby wyciągnął z sejmowej zamrażarki projekt zmian w Kodeksie pracy, który został złożony już w listopadzie 2017 roku.

Otóż pracującym w niedzielę w handlu przysługiwały za to, co najmniej dwie wolne niedziele, w przeciągu 4 tygodni. To miałoby zmniejszyć dyskryminację pracowników i zapewnić im takie same prawa.

Czy PiS jest gotowy przyznać się do porażki i wycofać się z kolejnego pomysłu, który jest totalnie ideologiczny, zwłaszcza że większość Polaków zakaz handlu w niedzielę ocenia bardzo krytycznie?

Duda jak Benny Hill został pogoniony przez ONR

Władza nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami

Gdy kiedyś solidny historyk spojrzy na dzień, w którym świętujemy 100. lecie odzyskania niepodległości, co zobaczy?

Władzę, która szybko okazała się wstydem dla rodaków i która nie potrafiła obronić siebie przed własnymi nacjonalistami i neofaszystami, a nawet sprowadzonymi z zewnątrz, z Włoch.

Zobaczy prezydenta, który nie ma w sobie krzty przyzwoitości, nie dość, że swoją osobą nie potrafił przekonać nikogo znacznego z zagranicy, ale najwybitniejszego obecnie polityka polskiego, szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska ustawił w piątym rzędzie, bo nie jest z jego opcji politycznej.

Zobaczy manifestację rządową, która została doproszona do manifestacji nacjonalistów i neofaszystów, a gdy już ruszyli okazywać sztuczną radość, prezydent RP wraz z premierem i faktycznym odpowiedzialnym za groteskowy stan ojczyzny, prezesem partii rządzącej, uciekali jak Benny Hill przed pogonią nacjonalistów. Muzyczka z tyłówki telewizyjnej brytyjskiej komedii w odcinkach to niemal oficjalny hymn tego dnia, a nie żaden Mazurek Dąbrowskiego.

O prezydencie, premierze i prezesie należy opowiadać ze świadomością, że z tła wydobywa się muzyczka z Benny Hilla, a symbolem tego oficjalnego obrazka jest jakość oleodruku z jeleniem na rykowisku. Nasza ojczyzna wygląda jak jakiś podrzędny zapomniany kraj, a patriotyzm – uczucia, które winno się wymawiać „rzadko na moich wargach” – został zeszmacony jak biało-czerwona flaga powiewająca obok flag ONR.

Przyszły historyk będzie musiał zmierzyć się z tymi nie zasługującymi na pamięć postaciami polityków rządzącej partii, bo taka jest jego profesja, ale pocieszający dla niego i dzisiaj dla nas jest podskórny nurt pod powierzchnią zdarzeń, wynoszący do reprezentowania rodaków osoby, na które zasługuje dumny naród Polski.

Wspomniany już Donald Tusk, który swoją osobą wywyższył imię Polaka, w historii kraju piastuje najwyższą polityczną funkcję w Europie.

Historyk zwróci uwagę na innego polityka, który już za rok spełni swoją przepowiednię z dnia obchodów 100. lecia odzyskania niepodległości: „11 listopada 2019 roku stąd zacznie się wielki, wspólny marsz, gdzie będziemy wszyscy obecni, gdzie wszyscy będziemy mówić: Polska może być wspólnotą, wspólnotą w UE, dumnych ludzi, którzy pamiętają o swojej historii, ale zawsze chcą łączyć, a nie dzielić”.

Tak! To Grzegorz Schetyna będzie dla przyszłego historyka tym ziarnem, z którego zawsze odnawia się Polska, bo przecież nie godzimy się na PiS goniony jak Benny Hill przez ONR.

Wygrana z PiS jest na wyciągnięcie ręki

Chciałoby się napisać: nareszcie, więc piszę: nareszcie! Opozycja poszła po rozum do głowy, bo w ciszy gabinetów wodzów partyjnych musi się coś nie zgadzać, wszak wynik PiS – 34 proc. – jakby nie patrzył wg wszelkich absurdów polskich, nie jest zwycięstwem ani tym bardziej większością.

Wybory samorządowe wygrała opozycja, niezależnie od rozdrobnienia partyjnego. Opozycja wygrała wyścig do rozumu wyborców, co może brzmi górnolotnie, na koturnie, lecz tak jest. Motorami rozwoju kraju są duże ośrodki miejskie, one skupiają elity, a w żadnym dużym i średnim mieście PiS nie wygrał ani wyborów samorządowych, ani prezydenckich.

Wygrana z PiS – wg najbardziej niekorzystnych przeliczników głosów, z obowiązującą u nas metodą D’Hondta – jest na wyciągnięcie ręki.  Potrzeba do tego nie tylko mobilizacji elektoratu – a na taki można liczyć, o czym przekonaliśmy się w I turze wyborów samorządowych. Przede wszystkim trzeba wymusić mobilizację liderów partyjnych, mobilizację do kompromisów.

Wszystko można pogodzić w ramach demokratycznych struktur – od ideowych lewicy do liberalizmu. Zagrożenia zawsze przychodzą ze strony prawicy. W Polsce jest to regułą – tak było w okresie międzywojennym, tak jest i teraz.

Nareszcie opozycja zebrała się w sobie i po raz pierwszy liderzy sześciu stronnictw opozycyjnych na wspólnej konferencji zapowiedzieli współpracę w samorządach, a są to: Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Europejskich Demokratów. A więc niemal wszyscy są przeciw PiS.

Nareszcie! Po samorządach przyjdzie czas na wybory do Parlamentu Europejskiego, które mogą być najciekawszym poligonem współpracy opozycji, a następnie do Sejmu i Senatu. Metoda D’Hondta premiuje największych, a opozycja jest 2-krotnie większa niż PiS w swoim najlepszym okresie. Dopiero przegrane PiS można rozliczyć – za dewastację mediów publicznych, niezależności sądownictwa, za demolkę demokracji i prestiżu Polski.

32 lata temu rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban zapowiedział wysłanie bezdomnym w Nowym Jorku 5 tysięcy koców i śpiworów. Nie wiemy do dzisiaj, czy koce dotarły i na jaki adres zostały wysłane.

Ówczesna telewizja była usłużna wobec władzy, jak dzisiejsza. Działa ten sam mechanizm propagandy i manipulacji. Można dobitnie było się o tym przekonać w materiale „Wiadomości” TVP o Marszu Wolności, nie dość, że zaniżono ilość uczestników manifestacji opozycji, ale też wypowiedzi i charakterystykę osób przekłamano. Materiał TVP mógłby spokojnie być wyemitowany w podobnej telewizji – Russia Today (RT).

Szczególnie dotyczy to Wandy Traczyk-Stawskiej, uczestniczki Powstania Warszawskiego, która nie została wpuszczona do Sejmu, aby wesprzeć protestujących niepełnosprawnych, zajęła także głos podczas Marszu Wolności. Traczyk-Stawska upomniała się o niepełnosprawnych: „Przyszłam tu prosić, prosić o to, żebyście pamiętali, że najważniejszą sprawą jest to, żeby najsłabsi mieli pomoc z naszej strony”.

Dla pisowskiej Russia Today uczestniczka Powstania Warszawskiego została wykorzystana politycznie, jakoby „opozycja wykorzystała słabszych, by grać na uczuciach„, zaś protest niepełnosprawnych to sprawka opozycji: „Taki sam model działania widać podczas protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. Protest jest wspierany przez polityków opozycji, w nielegalnej okupacji gmachu Sejmu dostrzegli okazję do ataku na partię rządzącą i lansowania się przed wyborami”.

Stosunek mediów pisowskich i polityków PiS świetnie wczoraj scharakteryzował prof. Marcin Matczak porównując do postaci Edka w „Tangu Mrożka” ćwierćinteligenta z awansu, gbura i chama. Tak samo działają, tak samo traktują społeczeństwo, taki też podają chłam informacyjny.

Edkiem jest Mateusz Morawiecki, Edkiem w garniturze od Armaniego, który nie wstydzi się kłamać w oczy. Wczoraj na spotkaniu w Jędrzejowie bezwstydnie zrzucał winę na poprzedników: „W czasach rządów naszych poprzedników władza była silna dla słabych, a słaba wobec silnych – my chcemy dokładnie odwrotnie, dziś mogę powiedzieć, że nam się to udaje”.

„Udaje się”, bo protest „słabych” – niepełnosprawnych w Sejmie trwa od blisko miesiąca. Edek Morawiecki nie przejmuje się, że stosuje w stosunku do niepełnosprawnych siłę, ten gbur w garniturze od Armaniego chce ich przetrzymać, wykurzyć.

Urban zapowiedział wysłanie bezdomnym koców i śpiworów, dokładnie po 32 latach inny Edek – Morawiecki stosuje tę samą propagandową sztuczkę. Urban mógł nie znać adresu, Morawiecki ma niepełnosprawnych pod nosem w Sejmie przy Wiejskiej, ale Edek woli uciec do Jędrzejowa, czy innej miejscowości, aby nic nie zrobić na miejscu, nie podjąć dialogu, bo tak kazał mu prezes wszystkich pisowskich Edków.

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskim slapsticku.

Pisowski slapstick

Moje podniebienie dowcipu ukształtował Mrożek, Woody Allen, Czechow, Brecht. U wczesnego Barei dostrzegałem niedostatki w budżecie na film, a dzisiaj niewystarczająco śmieszy mnie „Ucho prezesa”, w którym dostrzegam niedostatki narracji. Wolę Roberta Górskiego jako kabareciarza, niż narratora. Tak jak wolę genialnego Chaplina z „Gorączki złota”, niż z epoki slapsticku, w której latał po ekranie i zasadzał kopy w zadki żandarmom.

Dzisiaj PiS znajduje się w epoce slapsticku, zasadza kopy we wszelkie zadki i otrzymujemy niedoinwestowanego Bareję, jak w obrazku rodzajowym z pierwszego posiedzenia Krajowej Rady Sądownictwa. Na Twitterze opisał je dziennikarz RMF FM Tomasz Skory po wybraniu przewodniczącego tego ciała. Podaję w zapisie scenopisarskim:

„Przewodniczący Mazur: Czy pan sędzia Mitera wyraża zgodę na kandydowanie?
Wiceprzewodniczący Johann: Chwileczkę. Jeszcze nie zgłosiłem kandydatury…
Wiceprzewodniczący Johann (po wyborze): Maćku, gabinet jest obszerny, ale przetrzyj ten fotel po Żurku…”.

Komentarz Skorego: – „Zaniemówiłem”. Slapstick, a w zasadzie wczesny Bareja. Pocieszające, iż polityka to jednak nie gatunek narracyjny, literacki, nie może ewoluować do epoki udźwiękowionej, panoramicznej. PiS zatrzymał się w slapsticku, w epoce kamienia łupanego i wali nas maczugami.
Czy długo to wytrzymamy, czy żandarm odwróci się i przyłoży pałą kopiącemu go w zadek? Na razie PiS także żandarmerię obsadził swoimi. Tyle ich, bo to farbowane lisy, awansowani przez Błaszczaka bądź Brudzińskiego. Bynajmniej nie fachowcy.

Tak przynajmniej należy ocenić postępowanie policji w Poznaniu wobec Joanny Jaśkowiak i pięciu innych kobiet. Jaśkowiak w ubiegłym roku podczas protestu w Dniu Kobiet powiedziała: – „Od czasu „dobrej zmiany” budzą się we mnie różne uczucia. Najpierw było zdziwienie, później zaskoczenie, oburzenie, złość i wściekłość. Teraz tylko jedno słowo przychodzi mi do głowy – jestem wku******”.

9 miesięcy policja czekała na anonim, który wreszcie się urodził i mogła wezwać Jaśkowiak na przesłuchanie. Jaśkowiak i wspierające ją kobiety teraz staną przed sądem. Wszczęto bowiem postępowanie z art. 141 kodeksu wykroczeń. Za używanie nieprzyzwoitych słów w miejscu publicznym grozi ograniczenie wolności, grzywna do 1500 złotych bądź nagana.

Ponoć policja ma opinię jakiegoś biegłego językoznawcy, wg którego hasło prezentowane przez Jaśkowiak jest wulgaryzmem. Czysty slapstick, gdyż rzeczywisty filolog wyśmieje policję oraz tego „rzeczoznawcę” i wyśle tych przedstawicieli pałki do nauki.

Napisałem o policji „farbowane lisy”, bo to w istocie wysługująca się PiS-owi milicja, jak w PRL-u. Joanna Jaśkowiak to żona prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka, który doznał podobnej „przyjemności” od organów ścigania w dniu, gdy Platforma i Nowoczesna ogłosiły, iż jest ich kandydatem na prezydenta miasta w najbliższych wyborach samorządowych. Do Urzędu Miasta wkroczyła CBA pod jakimś wyssanym z palca podejrzeniem (znowu pewnie jakiś anonim).

PiS posługuje się takimi maczugami, innej polityki nie znają, żyją w epoce kopania po zadkach, choć chcieliby się podszyć pod wyższe cywilizowane formy. Oto Patryk Jaki, kandydat PiS na prezydenta Warszawy, zmienia strategię: podlizywanie się, a nie kopanie w zadek. Chce nabrać warszawiaków, iż jest cacy. Jaki zapowiedział, że jest gotów rozważyć, „żeby wesprzeć taki program in vitro”. Posuwa się jeszcze dalej, stwierdził w Polsacie: – „Rozumiem i wspieram protestujących niepełnosprawnych w Sejmie. Uważam, że mają rację”. Farbowane lisy, milicja, kopanie w zadki – tak wygląda imaginarium pisowskiego slapsticku.

❗️Rząd zmarnował 10 dni i nie pomógł osobom niepełnosprawnym. Jesteśmy gotowi wziąć udział dodatkowym posiedzeniu Sejmu żeby rozwiązać ten kryzys.

Rząd PiS nie potraktował poważnie protestu opiekunów osób niepełnosprawnych. W kampanii wyborczej obiecywali im wszystko. A teraz najpierw próbowali ich zignorować, potem oszukać. Odpowiedzialne są za to wicepremier Szydło i minister Rafalska. PO składa wniosek o ich dymisje.

DZIŚ POWIE WSZYSTKO, ŻEBY WYGRAĆ… Himalaje obłudy.

KRRiT chce ostrzec media karą dla . I nie mówicie, że nie ma próby ograniczenia wolności mediów.

 

oko.press

Jerzy Sosnowski na portalu koduj24.pl pisze o zasadach walki bez przemocy.

Rozmaite stany – z wojennym włącznie

Tak jak za czasów pierwszej „Solidarności”, pora przypomnieć sobie zasady ruchu BEZ PRZEMOCY.

– „Jesteśmy tak wkurzeni, że nawet jajka nie są odpowiednią emanacją naszego stanu emocjonalnego” – mówi pani Klementyna Suchanow, autorka niedawno wydanej, znakomitej biografii Witolda Gombrowicza, której policja stawia zarzut obrzucenia jajkami limuzyn rządowych. Z wywiadu dla natemat.pl wynika zresztą, że tamtego wieczoru kilka innych osób, przebywających na Krakowskim Przedmieściu, zostało spisanych za „podejrzenie posiadania jaj”. Pomarańczowa Alternatywa wiecznie żywa.

Ale nim o „stanie wkurzenia” napiszę więcej, najpierw wrócę do stanu wojennego, bo kilka dni temu upłynęła 36 rocznica jego ogłoszenia. Pan Prezes z tej okazji znowu przemówił i dołożył kolejną kreskę do prostackiego podziału, który próbuje od dawna rysować w społeczeństwie: mianowicie ci, którzy dziś sprzeciwiają się PiS-owi, to jakoby ludzie, którzy albo lekceważą zło stanu wojennego, albo w ogóle uważają, że generał Jaruzelski 13 grudnia uratował Polskę.

Tak powiedział Pan Prezes, a ja podnoszę rękę i mówię: Panie Prezesie, pan się myli albo celowo wprowadza Pan w błąd swoich słuchaczy. Te dwa podziały nie pokrywają się ze sobą: z pewnością wśród krytyków Pańskich posunięć są ludzie, którzy tak właśnie, życzliwie oceniają stan wojenny, są jednak inni, którzy (jak nie przymierzając ja) Jaruzelskiemu nie wybaczyli i nie zamierzają puścić w niepamięć tamtej decyzji. Wśród Pańskich entuzjastów także bywają jedni i drudzy; może Pan daleko nie szukać, niech Pan weźmie na szczerą rozmowę prokuratora Piotrowicza.

Co do mnie, utrzymujący się w sondażach od wielu lat stosunkowo wysoki poziom aprobaty dla wprowadzenia stanu wojennego dziwi mnie i smuci. W moim środowisku 36 lat temu tę aprobatę uważaliśmy za zdradę w sensie ścisłym – i chyba jedynie naszych rodziców i dziadków, jeśli ją podzielali, byliśmy skłonni nie piętnować, uważając wielkodusznie, że poprawną ocenę wypadków utrudnia im starość (pokolenie naszych rodziców miało wtedy mniej lat, niż ja dzisiaj). Istnieją dwie linie obrony decyzji generała: jedna mówi o zagrożeniu rosyjskim i, o ile mi wiadomo, nie znalazła, jak dotąd, potwierdzenia. Druga, w swoim czasie popularniejsza, mówiła, że ktoś musiał Polakami potrząsnąć tudzież uderzyć pięścią w stół, gdyż zrobił się taki bajzel, że nie przeżylibyśmy nadchodzącej zimy.

Ta druga koncepcja wydaje mi się wyjątkowo przewrotna. Bo to jest tak, jakby ktoś kłócił się z kimś przez półtora roku, chronicznie nie dotrzymywał złożonych mu obietnic, nadużywał cierpliwości partnera – który coraz bardziej rozjuszony, przecież długo zachowywał się zadziwiająco roztropnie, a kiedy wreszcie nie zdzierżył i warknął, prowokujący go od dawna partner rzuca się na niego, krępuje i powiada: „No widzicie, nie dało się z nim dogadać”. W żadnym momencie na szczytach władzy nie było przez 16 miesięcy posierpniowego karnawału szczerego zamiaru porozumienia – i stan wojenny był logiczną konsekwencją strategii komunistów, żeby przeciwników albo zniechęcić do działania (co się nie udało), albo sprowokować do przemocy (co się w gruncie rzeczy też nie udało, gdyż pierwsza „Solidarność” była ruchem nonwiolencyjnym, ale można było udawać, że owszem).

To, co natomiast naprawdę działo się po stronie opozycyjnej przed 13 grudnia – to, co sprawia, że o tamtych szesnastu miesiącach nie przestaję myśleć jako najpiękniejszym okresie swojego życia – polegało na odkryciu, że zgodnie ze słowami pewnej strajkowej piosenki „jesteśmy teraz wreszcie u siebie”. Społeczeństwo polskie uznało, że coś od niego zależy. Że jeśli uważamy, że nasza szkoła, nasza fabryka, nasze biuro, nasza ulica, miasto i kraj wreszcie mogą być urządzone lepiej, to nie ma co się oglądać na władze, tylko trzeba się skrzyknąć i to zrobić. Z uderzającym już wówczas szacunkiem dla myślących inaczej: ostry podział to owoc 13 grudnia, wcześniej, proszę pamiętać, przynależność do PZPR i do „Solidarności” nie musiały się wzajemnie wykluczać, a póki rozmówca nie zaczynał gadać cytatami z przemówień partyjnych bonzów, słuchało się jego argumentów i próbowało znaleźć consensus. Od Sierpnia do 13 grudnia trwała zbiorowa edukacja, której owocem mogło być społeczeństwo obywatelskie w najszlachetniejszym sensie tego słowa.

I to właśnie zniszczył Jaruzelski. Nie pierwszą „Solidarność” jako instytucję, nie mniej lub bardziej dorzeczne gazetki zakładowe ani dziwaczne warunki, w których można było np. organizować jawnie zebrania formalnie nielegalnych organizacji – ale to poczucie, że od nas coś zależy. Wojsko na ulicach dowiodło Polakom, że ludzie, „którzy poczuli, że są teraz wreszcie u siebie” ulegli iluzji. Okazało się, że naga siła wygrywa ze społeczeństwem obywatelskim, a ordynarne kłamstwa, którymi raczył nas Jerzy Urban, a jego śladem spikerzy w mundurach, wystarczą, żeby uzasadnić przemoc na narodzie. Gdyż tak naprawdę nikt w te uzasadnienia nie wierzył, było to rytualne gadanie dla gadania.

Moim zdaniem tego rodzaju traumy – ogromne nadzieje rozbudzone w społeczeństwie, a potem ich błyskawiczne unieważnienie – działają dłużej, niż sięga pamięć jednego pokolenia. W tym sensie późniejsze tłumaczenie sobie, że generał Jaruzelski w gruncie rzeczy miał rację, wprowadzając stan wojenny, opiera się na dość prostym mechanizmie psychologicznym. Bezradna ofiara przypisuje prześladowcy jakieś wartości, by ukryć przed sobą, że uległa prostackiemu gwałtowi. Usprawiedliwienie agresora przynosi ulgę temu, kto agresji uległ. Ceną tego mechanizmu jest porzucenie na zawsze marzeń. Upieram się, że tłumaczy to zarówno niewysoki udział Polaków w wyborach 1989 roku (i wszystkich późniejszych), a także, panie Prezesie, poparcie dla Pana partii. Gdyż fascynacja PiS-em to dziś fascynacja tą samą przemocą, która napędzała nielicznych szczerych chwalców stanu wojennego sprzed lat, połączona z absolutnym odwróceniem nadziei Sierpnia: nie my mamy coś razem zrobić, ale On, Wódz i jego drużyna, zrobi coś dla nas. Załatwi nam fajne życie. A przy okazji da popalić wrogom. Których, nawiasem mówiąc, tak jasno nam wskazuje.

Już słyszę głosy oburzenia, że jako konsument ośmiorniczek (nieprawda, ale co tam) gardzę beneficjentami 500+. Nie gardzę; przypominam tylko, że komuniści z kolei wyciągnęli wielu Polaków z analfabetyzmu (naprawdę), a póki mogli, zapewniali dzieciom przedszkola. Żadna władza totalitarna nie utrzyma się bez spektakularnych działań, pozyskujących część społeczeństwa. Proponuję jednak entuzjastom takich działań przyjrzenie się, co poza tym. A w ostatnim tygodniu widać to akurat bardzo wyraźnie. Mam na myśli kuriozalną karę dla TVN.

Nie twierdzę, że TVN to stacja bez wad, choć w czasach, w których Telewizja Polska SA emituje to, co emituje, zajmowanie się niedostatkami programów TVN przypomina żywo sytuację, w której 24 sierpnia 79 roku rano mieszkaniec Pompejów martwiłby się, że trochę kaszle. Dowcip polega jednak na tym, że chęć uderzenia w media prywatne odebrała wrogom TVN-u rozum: gdyż uzasadnienie kary, czyli słynna już ekspertyza Hanny Karp, jest, mówiąc wprost, groteskowe. Chodzi o to mianowicie, że relacjonując wydarzenia przed Sejmem i w Sali Kolumnowej w grudniu zeszłego roku TVN24 nie komentowało negatywnie, tego, co pokazywała, a eksperci, zaproszeni do studia, wyjaśniali powody oburzenia protestujących. Ludzie z kręgu PiS w obiektywny przekaz nie wierzą, wszystko ma być głupiemu odbiorcy jasno wytłumaczone (vide: paski w Wiadomościach o 19:30 i w TVP Info), a że wszelkie protesty przeciwko władzy mają za działalność przestępczą. Pokazywanie ich bez słów potępienia uznają za zabronioną propagandę.

Generalnie, rzecz jasna, artykuł 18 ustawy o radiofonii i telewizji ma głęboki sens. Zakaz propagowania działań sprzecznych z prawem, dyskryminacji ze względu na rasę, płeć lub narodowość, a także zagrażających zdrowiu, bezpieczeństwu i środowisku naturalnemu, jeśli go potraktować serio, powinien był skutkować licznymi karami dla TVP SA za prezentowanie (bez komentarza lub częściej z komentarzem entuzjastycznym) działań prezydenta, łamiącego Konstytucję, agresywnych zachowań nacjonalistów, wypowiedzi atakujących niewybrednie uczestniczki Czarnego Protestu, by już o decyzjach ministra Szyszki, niewątpliwie zagrażających środowisku naturalnemu, nie wspominając. Natomiast rzeczowe pokazywanie protestujących obywateli nie podpada oczywiście pod zapisy ustawy i w ogóle nie o to w tym chodzi. Jest to natomiast pierwszy tak czytelny sygnał dla nadawców prywatnych: macie być grzeczni, albo pójdziecie z torbami.

Nielicznych moich znajomych, którzy wciąż popierają PiS, a od miesięcy natrząsają się z naszych lęków, że nadchodzi państwo policyjne i zamordyzm, chciałbym zapytać, ile jeszcze dowodów na kierunek przemian zamierzają prześlepić. Natomiast z moimi licznymi znajomymi, którzy, jak ja, uważają Prezesa Kaczyńskiego i jego ludzi za narodową katastrofę, mam do pogadania o czym innym. O „stanie wkurzenia”, tak jasno zdiagnozowanym przez panią Suchanow.

Tak, rzeczywiście nasz stan emocjonalny podpowiada marzenie o niejednej agresywnej formie protestu. Ale o to właśnie chodzi TAMTYM. Gdy czytam o rzucaniu jajkami w limuzynę rządową, nie odczuwam wcale mniejszego zażenowania, niż gdy dowiaduję się, że ktoś podpalił biuro poselskie pani Beaty Kempy. Obecne władze naszego kraju, tak jak komuniści przed 13 grudnia, nie zamierzają szukać żadnego consensusu, tylko chcą nas sprowokować. „Proszę bardzo, jak z takimi ludźmi żyć w jednym kraju, skoro podpalają nasze biura, rzucają czymś w nasze limuzyny i kto zaręczy, że następnym razem będą to tylko jajka? Trudno, musimy dbać o pokój społeczny” – tak będzie brzmiał komentarz do komunikatu o aresztowaniach, o wprowadzeniu cenzury, czy o czymś podobnym.

Dlatego, tak jak za czasów pierwszej „Solidarności”, pora przypomnieć sobie zasady ruchu BEZ PRZEMOCY. Żeby z tamtymi wygrać, musimy najpierw wygrać z własnym „wkurzeniem”, które podpowiada nam działania zarówno przeciwskuteczne, jak, mówiąc najprościej, niemoralne.

Nie jest to może zbyt wysublimowany żart, ale tak właśnie Polskę widzi karykaturzysta z Brukseli. Zastanawiam się tylko, co też mogłoby mu się pomieścić na kciuku?

Waldemar Mystkowski pisze o opozycji.

Schetyna i Lubnauer – spór czy wspólnota demokratów?

Nie podoba mi się ustawienie PiS – antyPiS, bo to tak naprawdę pozycjonuje jedynie PiS – nie tylko językowo. PiS i jakieś anty, które łatwo jest zakwalifikować do antyków. Tak zresztą robili komuniści, antykomunistów nazywali antykami. Niejednokrotnie w PRL-u słyszałem takie określenie ze strony „postępowców” z „demokracji ludowej”.

W tej chwili opozycja może powrócić do podziału, który pijarowcy PiS użyli w 2005 roku – solidarni i liberałowie, a który pozwolił wygrać PiS-owi wybory prezydenckie i parlamentarne.

Dzisiaj aż się prosi, aby sformułować podobną dychotomię. Z jednej strony sytuują się zwolennicy demokracji liberalnej z trójpodziałem władzy, która kontroluje polityków, a naprzeciw stronnicy demokracji fasadowej, koncesjonowanej, dyktatury, prowadzącej do władzy absolutnej, absolutnej korupcji. Jak najprostszy język w komunikacji społecznej pozwoli Polakom zrozumieć zagrożenie ich wolności, którą odbierze dyktatura jednej partii?

A dzisiaj aż mi ręce odpadły, jak antykowi, jak Wenus z Milo. Nie dość, że jednego dnia trzy opozycyjne partie robią sobie spędy, to komunikują się via media, aby jedna drugiej perswadować, że jest lepsza, główniejsza.

Opozycja demokratów, opozycja europejska, demokraci, wolni demokraci – i jak się nazwą Platforma Obywatelska, Nowoczesna i PSL, nie winni używać języka, który ich od siebie oddala, czyni osobnymi, izoluje w tej wojnie cywilizacyjnej, którą obecnie mamy za sprawą PiS.

Mamy do czynienia ze zderzeniem cywilizacyjnym w Polsce – i to na wielu poziomach. PiS będzie się zamykał w swojej tradycyjnej aksjologii, przede wszystkim w swoim tradycyjnym tworzeniu instytucji państwa. Będziemy mieli coraz głębsze zejście w przeszłość, w nacjonalizm i odejście od kapitalizmu otwartego w stronę kapitalizmu państwowego, w gospodarkę narodową. Dlatego po „etapie Szydło”, mamy „etap Morawieckiego”, ten ostatni dojrzał i dorobił się w III Rzeczpospolitej, aby za pomocą „nowoczesnych narzędzi” Power Pointa uszczęśliwiać nas gospodarką narodową” – będzie się przy tym powoływał komparatystycznie na tradycje Niemiec, Japonii i Korei Płd., niewiele z nich rozumiejąc, tylko powierzchnię historycznych zdarzeń.

Dzisiaj zaś taka oto zdarzyła się narracja opozycji. Grzegorz Schetyna zaapelował „do Nowoczesnej przede wszystkim o powołanie jak najszybciej wspólnego prezydium w parlamencie”. Nie dziwię się nowej szefowej Nowoczesnej Katarzynie Lubnauer, iż odpowiedziała, że „nie było dotychczas takiej propozycji” i odrzuciła tę wspólnotę narzuconą z góry.

Kreatywny umysł Schetyny wykoncypował w nocy wspólne prezydium opozycji i chce, aby do niego przystąpiły pozostałe partie opozycyjne. To nie jest polityka, jest to działanie na łapu-capu. Wolę inny idiom retoryczny: „Śniła mi się taka wspólna lista w wyborach, że na jednej polityk naszej partii był na pierwszym miejscu, a na drugiej liście Nowoczesnej. I wiecie Polacy, co? W następstwie tych list, ja Schetyna zostałem wicepremierem, a Lubnauer premierem, dla dobra Polski abdykował Duda, aby niezwłocznie stawić się przed Trybunałem Stanu”.

Kicz? Tak! Ale lepszy niż przemoc retoryczna użyta przez Schetynę. I tak jesteśmy skazani na wspólnotę demokratów – i tak wygramy. Pytanie: kiedy? I czy będzie co zbierać po naszej ojczyźnie, bo fundamentaliści tradycji prowadzą nas na zderzenie przeciw współczesności, przeciw nowoczesności, w przepaść tradycji.

Jedna wiadomość dziwniejsza od drugiej. To tylko w państwie PiS.

Kitem Roku została Beata Szydło, dla niepoznaki ta ngroda przyznawana na Forum Ekonomicznym w Krynicy nazywa się Człowiekiem Roku.

Szydło to kit.

Ryszard Petru ma rację. Ten kit jest rozwojowy. „Za rok Putin ma murowaną”.

No i druga wiadomość. Niekoniecznie kit, ale pisowski smród z pewnością.

Andrzej Duda jasno zakomunikował premier, że oczekiwałby dymisji Macierewicza – mówi nam współpracownik głowy państwa. Dodaje, że „nie może tego formalnie zażądać, ale wyraził się jasno”. Rozmowa odbyła się przed 15 sierpnia, przed ogłoszeniem decyzji prezydenta o odwołaniu nominacji generalskich. Jednak dopiero teraz te szczegóły wychodzą na jaw. – Macierewicz jest człowiekiem, z którym nie da się rozmawiać i to jest podstawowy problem – mówi nam polityki bliski prezydentowi. Dodaje, że inny problem, że „nic im w tym MON nie wychodzi”. – Sprawa zakupów dla wojska leży, reforma dowództwa jest nie do przyjęcia – wylicza”.

Przytomnie pyta Kleofas Wieniawa.

Jeżeli Macierewicz jest szpiegiem, to kim jest Kaczyński?

to : ➡️ Wsparcie dla młodych ➡️ Troska o seniorów ➡️ Pomoc samorządom ➡️ Uproszczenie VAT

>>>

750 tys. zł, co miesiąc na fanaberie, które nic nie wnoszą. W hospicjum dziecięcym w Gdańsku nie mają na podstawowe rzeczy…

Andrzej Karmiński na Koduj24.pl zastanawia się, kto rządzi Polską?

Kto rządzi Polską?

Nie chcę nikogo obrażać, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że rządzą nami prymitywni prowincjonalni gówniarze.

Z zaciekawieniem i rozbawieniem, a równocześnie z rosnącą irytacją obserwują Europejczycy pokraczne łamańce polskiego rządu, który próbuje udowodnić, że czarne jest biało-czerwone. Okazuje się, że demolowanie instytucji demokratycznych to w gruncie rzeczy przywracanie demokracji, trójpodział władzy polega na tym, że trzy władze nadzoruje jedna partia, a najlepszym sposobem uratowania puszczy przed zniszczeniem jest jej zniszczenie. Ludzi cywilizowanych zaskakuje bezczelna pewność siebie, z jaką rząd Beaty Szydło plecie banialuki o tym, że zawłaszczanie sądów służy ich naprawie. Poraża cynizm, z jakim władza indoktrynuje społeczeństwo propagandowymi kłamstwami, głosząc w ukradzionych narodowi mediach, że niniejszym udostępnia Polakom i światu krynicę prawd objawionych. Przytłacza chamska buta, z jaką PiS-owscy rządcy „przywracają narodową godność”, obrzucając adwersarzy chamskimi wyzwiskami. Powala knajackie cwaniactwo, gdy wyjaśniają, że obelgi i impertynencje to naturalne efekty akustyczne towarzyszące wstawaniu z kolan…

Zagraniczni korespondenci zwracają uwagę, że działania polskich władz noszą znamiona chorobliwej aberracji. Bo z jednej strony partia rządząca, dla zwiększenia poparcia, gotowa jest rujnować budżet, budzić upiory nacjonalizmu, szczuć jednych Polaków na drugich, kłamać, oszukiwać, dzielić naród i gwizdać na rację stanu. A z drugiej strony, PiS nieustannie naraża się swoim potencjalnym zwolennikom oraz wszystkim, którzy mogliby poprawić wizerunek tej partii. Bez żadnego sensownego powodu powiększa grono swoich przeciwników – ostatnio o harcerzy, których po raz pierwszy w historii udało się poróżnić z wojskiem! Partia rządząca idzie na czołowe zderzenie z unijnymi instytucjami i przywódcami, mimo że UE cieszy się w Polsce poparciem najwyższym wśród wszystkich krajów członkowskich. PiS, który tak bardzo potrzebuje środków na przekupywanie elektoratu, demoluje równocześnie dobre dotychczas relacje z największymi płatnikami do europejskiej kasy, która niedługo dzielona będzie przecież przez tych samych ludzi, których obrażają polskie władze. Równocześnie PiS-owscy reprezentanci polskiego parlamentu umizgują się do Białorusi, wiedząc, że dla Polaków Łukaszenka jest tyranem, jego rządy są zaprzeczeniem demokratycznych swobód, a rządzony przez niego kraj to państwo zniewolone.

W europejskich mediach (z wyjątkiem węgierskich, jakoś słabo w Polsce czytanych) trudno o poparcie dla polityki rządu Beaty Szydło. Nawet w życzliwej dotąd prasie amerykańskiej można dzisiaj przeczytać, że Polska zmierza wielkimi krokami do politycznego samobójstwa. PiS-owska władza pręży muskuły, ogłaszając nas państwem znaczącym i potężnym jak nigdy dotąd, ale równocześnie rząd staje na głowie, by zrazić do siebie sąsiadów i historycznych przyjaciół. Znikają fora, gdzie głos Polski coś znaczył i gdzie mogliśmy liczyć na wsparcie. Nie ma już Trójkąta Weimarskiego, rozłazi się w szwach Grupa Wyszehradzka, narody krajów Partnerstwa Wschodniego to dla PiS-u OBCY, a idea Międzymorza, odkurzona formacja przedwojennej ligi ABC, straciła szanse realizacji już w chwili, gdy polski rząd zgłosił aspiracje do przewodzenia tej federacji…

Światowe agencje, informując o tym, co wyprawia PiS, snują rozmaite domysły w poszukiwaniu przyczyn aberracji polskich władz. Również w kraju roi się od wzajemnie sprzecznych wyjaśnień motywów samobójczej polityki. Całkiem sporo komentatorów twierdzi, że Kaczyński robi to, w co wierzy – on sam albo jego wierni – przekonani o słuszności misji ratowania zrujnowanej Polski i ucywilizowania zdegenerowanej Europy, bez względu na konsekwencje. Wielu jednak głosi, że zarówno Kaczyński, jak i jego świta, zdają sobie sprawę z fatalnych skutków prowadzonej polityki zagranicznej. Gotowi są jednak poświęcić opinie zagranicy dla utrzymania zwartości krajowego elektoratu, któremu podoba się tromtadracka polityka godnościowa. Spotkać też można opinię, że Kaczyński stracił panowanie nad swoim elektoratem, że realną władzę w Polsce przejęli awansowani na wysokie stołki rozmaici pomocnicy aptekarzy, kierowcy partyjnych bonzów oraz fryzjerki ich żon – ludzie słabo wykształceni, którzy dla utrzymania zdobytych pozycji ścigają się teraz w okazywaniu niezłomności, pryncypialności i oddania rewolucyjnym ideom „dobrej zmiany”. Słychać też, że Kaczyński i jego partia tak intensywnie dbali, by po prawej stronie nie wyrosła im żadna konkurencja, że wchłonęli w końcu cały nacjonalistyczny „katonarodowy” margines i stali się zakładnikami swojej politycznej ekstremy.

Nie potrafię ocenić trafności którejś z wymienionych i niewymienionych opinii. Wszystkie wydają mi się ciut przekombinowane. A poza tym – patrząc na panów Kaczyńskiego, Brudzińskiego, Błaszczaka i kilku im podobnych – nijak nie potrafię dostrzec w nich mężów stanu ani polityków. Widzę natomiast watażków i politycznych chuliganów. Przypominają mi wiejskich łobuzów, którzy demolują wiaty przystankowe, wyrywają lusterka z samochodów i ścigają się w zawodach, kto dalej rzuci koszem na śmieci. Odporni na zdrowy rozsądek i pewni swej bezkarności, bo przecież każdy, kto wyda swojaka, zasłuży na miano kapusia. Kochają rządzić i nie mają litości dla tych, którzy podważają ich pozycję. Zakochani w sobie, przekonani o słuszności własnych opinii, ślepi na racje innych. Bezwzględni dla obcych, którzy ośmielą się pojawić na ich terenie. Brutalni w słowach i czynach – prostacy z kategorii tych, o których moja babcia mawiała: – „Cham chamem, na wieki wieków, amen”.

Naprawdę nie chcę nikogo obrażać, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że rządzą nami prymitywni prowincjonalni gówniarze.

Przedstawiamy cztery propozycje, które ułatwią życie przedsiębiorcom i zaktywizują młodych i emerytów. 

Waldemar Mystkowski pisze o wojence dudo-macierowiczowskiej.

Duda z Macierewiczem walczą pod dywanem

Zablokowanie harcmistrza na Westerplatte przez ludzi podległych Macierewiczowi, aby nie przeczytał Apelu Poległych, bo nie było w nim wzmianki o Smoleńsku, daje Andrzejowi Dudzie kolejną możliwość, aby uniezależnić się od ministra obrony. Ten spór z rządem PiS jest równie ważny, jak praca nad ustawami sądowniczymi, które są pisane w Kancelarii Prezydenta pod przewodem byłego wiceministra sprawiedliwości rządu PO-PSL Michała Królikowskiego.

Może przydajemy tym sprawom nazbyt wielkie znaczenie, mogą być tylko pisowską wojenką pod dywanem o dostęp do ucha prezesa. Rzecznik Dudy Krzysztof Łapiński powiadomił, iż do Macierewicza został wysłany list, aby wyjaśnił kwestię incydentu na Westerplatte. Jednocześnie Łapiński zapowiedział, że prezydent będzie o tym rozmawiał z harcerzami w nieokreślonej przyszłości. Niemniej stanowisko Dudy wydaje się być jasne, bo chciałby, aby tradycja czytanie Apelu Poległych przez harcerzy była zachowana. Tym samym Duda śpiewa, że kit apelu smoleńskiego mu się nie podoba. Ale mógł przeciwdziałać temu zjawisku w Wieluniu, gdzie równolegle do Westerplatte doszło do uroczystości związanych z wybuchem II wojny światowej.

Cieniutkie to sprawy, ale takiego mamy prezydenta – cienkiego. Zarówno on, jak pisowscy ministrowie uprawiają specyficzną retorykę w stosunku do siebie. Do opozycji walą jak do największych wrogów z grubej armaty (Kaczyński: kanalie, mordy zdradzieckie; Szydło o Platformie: reprezentant interesów niemieckich), ale siebie głaszczą z włosem, albo pod włos, czyli uprawiają mowę-trawę, która nazywa się też kazuistyką.

Gdy Łapiński informował o „krokach” w stosunku do Macierewicza, ten pojechał sobie w teren – lubi jeździć limuzynami i latać wojskowymi CASA-mi – i był w Borowej (Łódzkie), gdzie pochylił się swoim emfatycznym słowem nad obrońcami z 1939 roku (apel smoleński musiał być pewnikiem przeczytany), ale pożalił się. – „Napotykamy jednak na działania, które próbują uniemożliwić odbudowę silnej armii”.

Kto zatem próbuje uniemożliwić? Na razie to Macierewicz zerwał kontrakt na Caracale, Autosan nie wyprodukuje pojazdów dla wojska, bo nie potrafi, ponoć oferował amfibie, ale te dzisiaj są zbędne. Szykuje się zakup Stoczni Marynarki Wojennej z 40-krotnym przebiciem jej wartości. Jedyny zakup, jakiego dokonało MON to samoloty dla VIP-ów.

I wcale nie opisuję kraju operetkowego księcia Himalaj z „Operetki” Gombrowicza, ale tu i teraz Wojsko Polskie. Wychodzi na to, że odbudowę silnej armii uniemożliwia sam Duda, który nie podpisał nominacji generalskich, a których listę przedstawił Macierewicz. Mógłbym wyjąć cytaty z przemówienia Macierewicza w Borowej, ale nie mam w pogardzie języka polskiego i rozumu, jak minister obrony.

Niestety, dzisiaj polska polityka jest skazana na mniemanologię Macierewicza o swojej wielkości i Dudy o niezależności od Kaczyńskiego. Przesilenie jednak nadchodzi, bo nie da się utrzymać prowizorki PiS. Polska na zewnątrz jest osamotniona, a wewnątrz osłabiana przez Macierewicza i innych ministrów rządu PiS. Nasze państwo coraz bardziej staje się teoretyczne.

Platforma dla gospodarki. Seniorzy: ✔️emerytura bez PIT; ✔️składki opłacane przez państwo. RT🔄 Więcej:

✔️ Aktywizacja seniorów ✔️ Emerytura bez PIT ✔️ Wsparcie dla młodych ✔️ 5% VAT na żywność RT🔁 Więcej:

Platforma dla gospodarki. ✔️ 5% VAT na żywność ✔️ Uproszczenie podatków, jaśniejsze przepisy RT🔄 Więcej:

>>>

Arcyciekawa diagnoza prof. Bohdana Góralczyka. Sami wypychamy się z Europy. Zastosowanie art. 7 bardzo blisko.

wiadomo.co >>>

„Powiatowa Szydło całkiem niedawno nie miała pojęcia, kiedy Polska weszła do UE.”

Nie akceptujemy dyktatu demokracji, rozumu. Kołtun Szydło.

Jerzy Sosnowski na Koduj24.pl pisze o pojęciu suwerena i jego uwagach.

Uwagi suwerena

Suweren w państwie demokratycznym to nie elektorat zwycięzcy w wyborach.

Powoli kończy się lato, które spędziłem z dala od telewizora, jak również z dala od Warszawy, a chwilami także z dala od Polski. O wydarzeniach społeczno-politycznych w kraju dowiadywałem się z opóźnieniem, niejako w streszczeniu. Taki sposób obserwacji życia publicznego ma swoje niemałe zalety. Sprawia mianowicie, że wypadki drobniejsze po prostu nie zaprzątają naszej uwagi, a te nieco grubsze – dostajemy w pakiecie, po dwa, po trzy. Dzięki temu angażujemy w nie mniej emocji, niż by to się działo, gdybyśmy dowiadywali się o nich pojedynczo. Poza tym bywa, że w takim pakiecie wydarzenia oświetlają się od razu nawzajem, nawzajem się interpretują.

Wracając do zwykłej aktywności publicystycznej, a jeśli trzeba będzie, to i obywatelskiej, zastanawiam się, co z minionych tygodni zapadło mi w pamięć. I wychodzi mi lista kwestii, które chciałbym podać pod rozwagę zarówno Państwu, jak… naszemu państwu. Czyli: tak moim PT Czytelnikom, jak władzom, choć te ostatnie myślą zapewne raczej, jak naszą stronę – podobnie do innych niezależnych mediów – zamknąć, niż jak znaleźć czas, by nas poczytać.

Suweren

Jeśli to słowo, które zrobiło przez ostatnie dwa lata karierę dzięki politykom PiS, potraktować serio i zgodnie ze słownikiem, to we współczesnej Polsce należę do „suwerena”, choć nie głosowałem na rządzącą obecnie partię. „Suweren” to bowiem podmiot rządów, a więc w państwie demokratycznym nie elektorat zwycięzcy w wyborach, lecz naród polityczny, w imieniu którego sprawuje władzę rząd. Innymi słowy: wśród obywateli naszego kraju nie sposób wskazać kogoś, kto by się nie składał na zbiorowe istnienie „suwerena”, z wyjątkiem oczywiście nielicznych skazanych na czasową utratę praw publicznych oraz chwilowych gości. Suweren nie może rządzić u siebie przeciw współobywatelom, gdyż rządziłby przeciwko sobie; jako się rzekło, w państwie poza „suwerenem” nikogo innego nie ma. Właśnie w związku z tym: tak długo, jak długo wspomnianych praw publicznych mi się nie odbiera, uprzejmie proszę o uwzględnienie, że „suweren” myśli TAKŻE to, co poniżej wyłożę.

Gwałt i kara śmierci

Gwałt, a może jeszcze bardziej gwałt zbiorowy, jest jedną z najokropniejszych zbrodni, myślę, że zaraz po morderstwie. W wielu krajach, nawet jeśli formalnie system prawny każe go tak właśnie traktować, istnieje skłonność do odejmowania gwałtowi tej mrocznej powagi. Ta tendencja, jak wolno chyba ufać, stopniowo się kończy: sprawcy gwałtów, tak jak mordercy, winni być przekonani o nieuchronności kary i o tym, że będzie ona bardzo surowa. Ale do tych zdań, mam nadzieję, że oczywistych, należy dołożyć dwa punkty dodatkowe. Po pierwsze: kolor skóry gwałciciela nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli ktoś w związku z tragicznym wydarzeniem w Rimini nakręca w Polsce histerię w stosunku do mieszkańców Afryki, udając, że podobnych bestialstw nie dopuszczają się również Europejczycy, w tej liczbie Polacy, to – choćby przysięgał na wszystko, że nie jest rasistą, owszem: JEST RASISTĄ. I powinien być jako taki wyłączony z życia publicznego nie przez nas, swoich politycznych przeciwników, ale przez tych, którzy go wybrali. Bo jak traktować Was z szacunkiem, jeśli tolerujecie w swoich szeregach kogoś takiego? Nawet, jeśli poniewczasie częściowo wycofał się ze swoich słów.

I po drugie: kara śmierci w Polsce, podobnie jak we wszystkich krajach Unii Europejskiej, została zniesiona w 1998 roku, a ostatecznie, tzn. również dla okresu ewentualnej wojny, w roku 2013. Mimo zrozumiałego, bo właściwego (niestety) dla homo sapiens odruchu zemsty, mimo naszej gatunkowej krwiożerczości, mimo dającej się wyjaśnić przez socjologię potrzeby unicestwienia odmieńca przez społeczność, która sobie ze sobą nie radzi – likwidacja kary śmierci była decyzją moralną. Kto na nią narzeka, może sobie nie zadawać trudu w wymyślaniu uzasadnień, gdyż po prostu daje upust temu, co w nim niższe, zwierzęce. Sprawiedliwość nie jest zemstą, a zemsta nie jest żadnym rozwiązaniem (o czym zresztą expressis verbis uczył Polaków… Mickiewicz). Wykorzystywanie tragedii turystów dla przywrócenia w Polsce kary śmierci jest kolejnym aktem czynienia z nas, Polaków, ludzi gorszych, niż możemy być.

Veto (dla zachwytów)

Oczywiście, ucieszyłem się z prezydenckiego veta wobec dwóch z licznych ustaw, które pan prezydent powinien był zawetować (a tego nie zrobił). Ale lokowanie na tej podstawie nadziei na poprawę sytuacji w Polsce właśnie w obecnym mieszkańcu Pałacu Prezydenckiego przypomina mi ironiczną tezę, pochodzącą chyba jeszcze ze starożytności, że najłatwiej zostać generałem w obozie wroga. Andrzej Duda wreszcie przyhamował z używaniem swojego długopisu i nagle mamy obrońcę ładu konstytucyjnego? Czy przypadkiem po naszej stronie konfliktu nie zaczynamy przesadzać z wielkodusznością?

Ale oczywiście sporom w obozie władzy przyglądam się, jak wszyscy, z nadzieją. I odwrotnie: w kręgu ludzi, którzy widzą jasno zagrożenia, ściągnięte na Polskę przez PiS, należałoby kłócić się jak najmniej. Krytykować, kiedy nie ma już innego wyjścia, nie wcześniej. Nie myślę o jakimś zakazie dyskusji, co byłoby okropne, ale o niezwalczaniu działań, które zostały podjęte w dobrej wierze – nawet, jeśli nie są pozbawione wad. W manifeście Kultura Niepodległa, który podpisałem wraz z innymi tysiącami sygnatariuszy, są na pewno, obok doskonałych sformułowań, zdania mniej trafne. A jednak sytuacja, w której tę inicjatywę krytykuje nie tylko Paweł Lisicki i jego towarzysze, ale również to ten, to tamten publicysta z naszego kręgu ideowego, wydaje mi się… niezręcznością. Sięgam po słowo oględne właśnie dlatego, żeby się nie kłócić.

Niemcy

Nie, no dajcie spokój. Wpływowy polityk wyskakuje nagle w 2017 roku z kwestią reparacji. Do tej pory sądziłem, że spał tylko 13 grudnia rano. Teraz okazuje się, że spał przez ostatnie pół wieku. Bo od podpisania układu Gomułka-Brandt (1970) cokolwiek się chyba wydarzyło?…

Po tym żałosnym wystąpieniu ministerstwo spraw zagranicznych starało się całą aferę wyciszyć. Szkoda byłoby o tym mówić, gdyby nie:

Powaga Polski

Przejażdżka po Europie, nawet tak skromna, jak ta, która mnie się w tym roku przydarzyła, każe z całą mocą napisać: polityka zagraniczna PiS jest przeciwskuteczna, a odmalowany przez pisowskie media obraz świata jest światem na opak. Rodacy, jak Was u licha przekonać, że czarne jest czarne? Obudźcie się, jesteście ofiarami gigantycznego, ciągnącego się już od kilkunastu miesięcy „fake-newsa”. Polska nie wstaje z kolan, tylko się izoluje, co w naszej części świata oznacza pakowanie się w łapy Rosji. Już nie pamiętacie, jak to było? Niemcy nie są narodem przebranych elegancko esesmanów, bo swoją przeszłość z mozołem przepracowali (są wyjątki, ale obłąkańców można znaleźć wszędzie). Niemcy nie są przy tym równocześnie – zresztą, jak by to było możliwe? – bezwolną ofiarą inwazji islamistów. Również Francja – nie stała się z tygodnia na tydzień wrogiem Polski, tylko nie może dogadać się z naszym rządem, ewidentnie na jego życzenie. Instytucje, które nam pomagały przez ostatnie trzy dekady (albo i dłużej), ludzie, którzy w Europie Zachodniej nam sprzyjali, patrzą na Polskę oczami okrągłymi ze zdziwienia. Jak to możliwe, że kraj najskuteczniej wychodzący z postkomunizmu teraz nagle zamienia się w coś operetkowego? Jak europejskie państwo może aż tak sobie szkodzić? – to są pytania, które Polak na Zachodzie słyszy co chwila.

Wiem oczywiście, że dla większości czytelników koduj24.pl powyższy akapit to zbiór oczywistości. Zastanówmy się może, jak skutecznie przebić się z tymi oczywistościami do ludzi, którzy nie zdają sobie z nich sprawy. Tak, zapewne nie jeżdżą za granicę i nie znają języków obcych. Ostrożnie: ani jedno, ani drugie, to nie ich wina. Owszem, poseł Kaczyński mógłby nie być dziwakiem i po świecie trochę się rozejrzeć. Ale wielu jego entuzjastów na to nie stać.

Odpowiedzialność posła

A propos: z oddalenia jeszcze lepiej widać, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek będzie chciał rozliczać obecne władze z działań sprzecznych z Konstytucją, jeśli kiedykolwiek ktokolwiek postawi pytanie o odpowiedzialność obecnej ekipy za obniżenie pozycji międzynarodowej Polski, jeśli ktokolwiek zacznie szukać winnych dopuszczenia do debaty postaw jawnie łamiących nasze prawo – okaże się, że jest jedna osoba z całą pewnością zupełnie niewinna. Ta osoba nazywa się Jarosław Kaczyński i nie sprawuje żadnej funkcji państwowej. Pomysłowe, choć wobec współpracowników (czy raczej podwładnych) okrutne.

Na koniec zwierzę się z pewnego lęku, który bije z zupełnie innego źródła. Otóż odnoszę wrażenie, że tego lata, gdy się wiodło „długie nocne Polaków rozmowy”, niepokojąco często pojawiało się pytanie – tak to delikatnie nazwę – o długowieczność polityków. Ja jeszcze z przygotowania do Pierwszej Komunii pamiętam, że z życzenia komuś drugiemu śmierci należy się spowiadać. Tymczasem nie da się ukryć, że pewien procent z nas zaczyna doświadczać tego rodzaju pokusy. A jakby tak…? Przecież bez niego…

Nie przeprowadziłem statystycznie ważnego sondażu, ani zresztą żadnego. Nie wierzę zresztą, by taki sondaż był do przeprowadzania: zbyt wielu ludzi zdaje sobie sprawę, że ich marzenie jest cokolwiek niestosowne. Ale w rozmowach… Przeraziło mnie, że nieomal wszystkie kończyły się tak samo. Że świat potoczyłby się lepiej, gdyby ten pan, no wiesz, sam rozumiesz, Jerzy, 67 lat to już jest poważny wiek, prawda? I choroby się zdarzają…

To moment na coś więcej, niż zacytowanie kwestii Zbigniewa Zapasiewicza z „Barw ochronnych”: „Jesteśmy przecież humanistami, nie tylko z zawodu”. To moment na powiedzenie ostro: życzenie komuś śmierci, choćby półgłosem, to igranie ze złem, które i tak w nas wszystkich tkwi. Nie dać mu wyjść na zewnątrz, to zadanie może ważniejsze, niż jakiekolwiek inne.

POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”…

NO I STAŁO SIĘ. PO CHAMSKIM WYBRYKU ANTONIEGO NA WESTERPLATTE, KUKIZ SIĘ OBUDZIŁ.

Waldemar Mystkowski pisze o reparacjach wojennych, nowej błyskotce medialnej PiS, którą świeci w oczy i otumania.

Brudziński rodem z podświadomości PiS

Joachim Brudziński w „Śniadaniu w Trójce” był łaskaw powiedzieć, iż „Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje informację, dotyczącą możliwości domagania się przez Polskę od Niemiec odszkodowań za straty wojenne”.  Reparacje za II wojnę światową będą jednym z dwóch, trzech najważniejszych elementów strategii pisowskiego wyjścia Polski z Unii Europejskiej.

Akcenty będą różnie rozkładane w zależności od sytuacji, zaś antygermańskość będzie o tyle ważna, iż izolacja Polski i pogarszająca się sytuacja gospodarki – a ten trend uruchomi się, bo Niemcy to nasz główny rynek eksportowy – muszą mieć przyczynę zła.

Za wybuch II wojny światowej odpowiadają Niemcy, a nie hitlerowskie Niemcy. Taki paradygmat wroga jest obowiązkowy w TVP. Praca nad tym ksenofobicznym genem już się rozpoczęła.

Do niedawna Jarosław Kaczyński miał wymarzonego wroga wśród niemieckich polityków, a była nim Erika Steinbach. Nazywałem ją trzecim bliźniakiem, dużo wartościowszym dla politycznych emocji prezesa PiS niż wszelacy Dornowie. Prezes nie musiał się wysilać, aby w swoim elektoracie wzbudzić negatywne emocje do Niemców.

Dzisiaj taka Steinbach przydałaby się, niestety, przeszła na emeryturę. Nic straconego, bo domaganie się reparacji wysypie Steinbachami jak grzybami po deszczu. Niemcy przejdą z pozycji adwokata emancypacji Polski na domagającego się przestrzegania prawa międzynarodowego. Wszak mogą powiedzieć: OK z reparacjami, dostaniecie je pod warunkiem, że oddacie nam zagrabione Ziemie Odzyskane. Czyli PiS idzie na handel – reparacje w zamian za jedną trzecią Polski i to tę najbogatszą, tzw. ścianę zachodnią z Wrocławiem, Szczecinem i Gdańskiem.

Reparacje to jest podświadomość PiS? Takie psychologiczne dążenie do samobójstwa, które dotyczy nie tylko persony (człowieka), ale także określonych grup z określonymi wartościami, nazywanych niekiedy sektami. Mianowicie staniemy się bogatsi o bilionową górę szmalu, a zostaniemy Polską okrojoną do Kraju Priwislańskiego. Bo nie wierzę, aby w ramach tak pojętych reparacji Ukraina zwróciła nam Lwów, Białoruś Grodno, a Litwa Wilno. Chyba, że Macierewicz ze swoimi Wojskami Obrony Terytorialnej niczym Żeligowski będzie odzyskiwał ziemie I i II Rzeczpospolitej.

Mniej więcej taki sens mają dzisiaj reparacje za II wojnę światową. PiS proponuje chaos i wodę z mózgu tym, którzy dadzą się nabrać na tę propagandę. Ale mimo to grozi nam wyjście z Unii Europejskiej i to jest ta konsekwencja podświadomości PiS.

A WIĘC JUŻ WIADOMO ILE PROCENT STANOWI TZW. BETON

Zibi znany jest z tego, że na TT potrafi wbić „szpilę”. Tym razem zgasił Rysia Cz. SZACUNEK DLA BOŃKA!

>>>