Posts Tagged ‘Porozumienia Sierpniowe’

Rocznica Porozumień Sierpniowych. Wydarzenie, którego nie pozwolimy odebrać historii!

SZUBARTOWICZ W PUNKT!

Wreszcie “Dobrej zmianie“ coś się udalo.

Magdalena Środa o Macierewiczu.

I śmieszno, i straszno

Paramilitarne rządy Macierewicza budzą to przerażenie, to śmiech.

Na studia wraca „wojsko”. To fantastyczny pomysł! Dzisiejsza młodzież za dużo siedzi w internecie, „na wojsku” pozna realne życie, a zwłaszcza dowie się wielu niezwykle użytecznych rzeczy: „jak zabijać innych”, „gdzie w pobliskim schronie jest zupa”, no i „co robić, gdy w pobliżu wybuchnie bomba atomowa”. Pamiętam świetnie! – „Trzeba się przykryć natłuszczonym papierem. Jeśli nie zdążysz dotrzeć do lodówki po smalec, sięgnij po gazetę, ta zawsze jest pod ręką”.

„Na wojsku” – prócz wielu innych umiejętności (nie pamiętam dziś jakich) – rozwinął się niewątpliwie mój duch patriotyczny. Zajęcie zbrojne i medyczne przeplatane bowiem były wykładami ideologicznymi: jak i dlaczego kochać socjalistyczną ojczyznę? Dlaczego Polacy mimo przegranych bitew są tak bohaterskim narodem? Oraz jak wspaniałym jest nasz Przywódca Partyjny! Wykłady były żołnierskie, a więc proste, ale też tematy były oczywiste. Wiedzy i talentów nie potrzebowały.

Teraz będzie, „jak kochać ojczyznę PiS”. Temat nieco bardziej złożony, ale wychowankowie Macierewicza pewno znają go już na pamięć. Liceum nie zdołało nauczyć mnie patriotyzmu a la Gierek, bo tak zwane „Przysposobienie obronne” służyło głównie do „chodzenia na azymut”, czyli na wagary. Na szczęście mieliśmy w klasie kolegę, który pasjonował się lotami bombowymi nad Warszawą w czasie II wojny światowej, czym zajmował uwagę wojskowego nauczyciela. Chłopiec ten był zresztą jedynym, który pragnął iść do wojska i jedynym w klasie, który miał kategorię dyskwalifikującą go. Tak więc „wojsko” zarówno w liceum, jak i na studiach osiągnęło przeciwny skutek do zamierzonego: nauczyło nas pacyfizmu, nienawiści do prostackiej ideologii i niechęci do zmarnowanego czasu (choć cośmy się pośmiali to nasze). Czy teraz też tak będzie? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Nie wiem, co musiałoby się stać, by zajęcia z wojskowości osiągnęły taki poziom, że stałyby się pożyteczne i czy w ogóle muszą być pożyteczne? Na poziom intelektualny wykładowców chyba nadal nie ma co liczyć, bo militarny system odstrasza ludzi zdolnych, a paramilitarne rządy Macierewicza budzą to przerażenie, to śmiech (coś między „Dzielnym wojakiem Szwejkiem” a „Gwiezdnymi wojnami”). Na powagę zajęć również nie ma co liczyć, bo tylko wojskowi nie zdają sobie sprawy z braku skuteczności „żołnierskiego” przekazu jakichkolwiek wiadomości. „Wojsko” PiS na studiach będzie równie uciążliwe i zbyteczne jak „wojsko” za czasów Gierka, zwłaszcza, że – jak widać – wzorce absolutnie te same. I tak samo śmieszno, i straszno.

HARCERZE NIE SĄ PiS-OWI POTRZEBNI… WSTYD !!!

FOR i posłowie domagają się wyjaśnień od Szydło

Marek Tatała z Forum Obywatelskiego Rozwoju wysłał do Kancelarii Premiera wniosek z pytaniami, dotyczącymi ujawnienia dowodów, na których swoją wypowiedź o lipcowych protestach oparła Beata Szydło. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” stwierdziła, że były one opłacone i dobrze wyreżyserowane.

Tatała powołuje się na zapisy Konstytucji i ustawy o dostępie do informacji publicznej i pyta:
„1) Kto reżyserował ostatnią fale protestów?

2) Jakie dokumenty i inne materiały będące w posiadaniu Pani Premier potwierdzają, kto reżyserował ostatnią fale protestów?

3) Kto opłacał ostatnia falę protestów?

4) Jakie dokumenty i inne materiały będące w posiadaniu Pani Premier potwierdzają, kto reżyserował ostatnią fale protestów?

5) Jaką kwotą została opłacona ostatnia fala protestów?”

Kancelaria Premiera musi udzielić odpowiedzi w terminie 14 dni od daty wpłynięcia wniosku.

Z kolei Jacek Protasiewicz z Europejskich Demokratów wystosował interpelację poselską i prosi o odpowiedź na następujące pytania:

„1. Kto – zgodnie z wiedzą Pani Premier (osoba fizyczna, osoba prawna, organizacja pozarządowa etc.) – był podmiotem opłacającym opisane działania, które miały miejsce w lipcu 2017 r.? Jeżeli – ze względu na przepisy prawa – nie może Pani ujawnić konkretnych nazwisk bądź nazw, proszę o informację czy były to podmioty krajowe lub zagraniczne.

2. Jakiego rzędu kwoty wykorzystano do sfinansowania tych protestów?

3. Z jakich źródeł pochodzą informacje dotyczące opłacania społecznych protestów? Czy ta wiedza uzyskana została dzięki działaniom polskich lub zagranicznych służb specjalnych?

4. Jeśli posiadane przez Panią informacje mają źródło operacyjne, to proszę o odpowiedź na jakiej podstawie prawnej i z jakiego powodu takowe czynności były prowadzone wobec organizatorów i uczestników legalnych demonstracji w lipcu bieżącego roku?”

Podobne zapytanie wysłała Agnieszka Pomaska z PO. W przypadku interpelacji poselskich odpowiedź można sie spodziewać – niestety – po kilku tygodniach.

Tłum skandował \”Lech Wałęsa\” pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. Były prezydent: Musimy jeszcze raz się poderwać.

Waldemar Mystkowski pisze o obchodach rocznicy Porozumień Sierpniowych.

Duda, Szydło, Karczewski unikali Wałęsy, jak diabeł święconej wody

Andrzej Duda i Beata Szydło unikali 37. rocznicy Porozumień Sierpniowych w kolebce Solidarności, jak diabeł święconej wody. Ich doradcy wyszperali Lubin, więc pojechali tam, gdzie nikt ich się nie spodziewał. Prezydent Duda zdobył się na koślawą metaforę: – „Lubin krwią podpisał porozumienia sierpniowe”.

Akurat Sierpień ’80 ma się do 35. rocznicy Zbrodni Lubińskiej, jak Armia Krajowa (AK) do Żołnierzy Wyklętych. To zupełnie inny porządek. Szydło znowu wpadła w logoreę (bo nie wierzę, aby jej pisali takie przemówienia PR-owcy): – „Jesteśmy państwem demokratycznym, wolnym i suwerennym”. Na szczęście nie powiedziała, kto reżyserował i opłacał protesty w sierpniu 1980 roku.

Szydło i Duda uciekli od Lecha Wałęsy, wokół którego winny się obracać uroczystości, jak Ziemia wokół Słońca. Polska legenda jest żywa, czego nam zazdrości świat. Wałęsa nie sprzeniewierzył się demokracji, wolności i suwerenności, a tego o sobie nie mogą powiedzieć prezydent i premier. I to jest ich kłopot, ale też nasz wspólny frasunek, bo to jednak władze polskie. Musimy się za nich wstydzić.

Za to dziarsko poczynał sobie marszałek Senatu Stanisław Karczewski. On zwykle jest wysyłany na takie trudne chrzty bojowe. Nie trafia do osób, do których powinien trafić, ale trafia przynajmniej na rzeczone miejsce. Był na Białorusi, nie trafił do opozycji prodemokratycznej, ale do „ciepłego człowieka” Łukaszenki. Ma taki nietrafiony gen. Trafił do Gdańska, ale nie trafił do Wałęsy.

Ba, Karczewski nawet odezwał się do szefa gdańskiej Solidarności, który nijak się ma do szefów klasycznej Solidarności z lat 1980-81. Znowu mu wyszedł jakiś „ciepły człowiek”, jakiś żołnierz wyklęty. Koślawy ten marszałek. Za to słyszał o 21 postulatach sierpniowych, a także o porozumieniu sierpniowym, o czym był łaskaw powiedzieć: – „My tak naprawdę dopiero w tej chwili próbujemy realizować to, co państwo podpisaliście 37 lat temu”.

Jak to usłyszałem, a byłem w pozycji wertykalnej, usiadłem. Przynajmniej marszałek czuje się spadkobiercą komuchów i „próbuje realizować”, co tamci podpisali. A jak realizuje? To kolejna autokrytyka (komuchy nazywali to samokrytyką). Karczewski jako przykład niezrealizowanych postulatów podał dotyczący poprawy funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej: – „Mamy jeszcze dużo do zrobienia w tym zakresie”. Ja odczytuję to jako krytykę ministra Konstantego Radziwiłła, który ostatnio wsławił się kumoterstwem, dał pół miliona na fundację kuzyna Radziwiłła. To peryfraza godna Marcela Prousta.

Po łebkach opisuję zachowanie władzy wobec najważniejszej rocznicy w naszej współczesnej historii i może ta moja pisanina brzmieć jak groteska, czy też farsa. Lecz niczego tutaj nie zmyślam. Władza tak się zachowuje, tak unika  odpowiedzialności, miga się, boi się stanąć oko w oko z bohaterem Wałęsą, który mieści się w krótkim porządku naszej wielkości: Mieszko I, Bolesław Chrobry, Władysław Jagiełło, Tadeusz Kościuszko, Józef Piłsudski.

Ławka naszych bohaterów jest krótka, na niej znajduje się nasza żyjąca legenda: Lech. To z nim należy się solidaryzować, jego fetować.

Powinienem jeszcze napisać o opozycji, do której mam zastrzeżenia, ale przynajmniej nie jest groteskowa i farsowa. Grzegorz Schetyna dzisiaj solidarność odczuwa z poszkodowanymi przez nawałnicę. I tam na Kaszuby zaprasza europosłów. Bo solidarność jest wówczas, gdy się nie boimy wspólnoty z poszkodowanymi, z innymi, z potrzebującymi. W solidarności od swojego można dostać po łbie nie tylko kropidłem, ale gdy chce się być świętoszkiem, to ucieka się od święconej wody, bo może okazać, że jest się diabełkiem, jak pisał wielki Molier.

78 LAT PO WOJNIE…

SZACUNEK, PANIE PREZYDENCIE

>>>

ASZdziennik dopatrzył się modyfikacji w logo „Solidarności”. Piękny prezent związkowców dla prawdziwego przywódcy strajku  

Najwybitniejszy polski scenarzysta filmowy w historii Krszytof Piesiewicz wczoraj pisał.

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia.pl analizuje perfidną grę Dudy.

Podstępna gra Dudy. Czy prezydent przejmie partię Kaczyńskiego?

Siedemdziesiąt jeden lat będzie miał Jarosław Kaczyński, gdy w 2020 roku odbędą się wybory prezydenckie. Nie jest żadną tajemnicą, że w Prawie i Sprawiedliwości zdają już sobie sprawę, że w najbliższych latach nastąpi sukcesja władania nad obecnie rządzącą partią i już dziś toczy się rywalizacja o schedę po Kaczyńskim. Wielu dziś zastanawia się, kto może przejąć władzę w PiS – jedni mówią o Joachimie Brudzińskim, inni o Antonim Macierewiczu czy Mateuszu Morawieckim, którego ponoć namaścić ma sam naczelnik. Pojawiają się też ostatnio sondaże, że to Beata Szydło byłaby najlepiej widziana na stanowisku prezesa Prawa i Sprawiedliwości po odejściu Jarosława Kaczyńskiego na emeryturę. W rozważaniach politologów i komentatorów życia politycznego nie pada jednak nazwisko prezydenta Dudy. Nie wiedzieć dlaczego, nikt nie traktuje go poważnie, włączając w to jego kolegów z macierzystej partii.

I właśnie w tym lekceważącym traktowaniu prezydentury Andrzeja Dudy szukałbym przyczyn nie tylko prezydenckich wet do ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości, ale i uruchomienia inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej, którą prezydent objął patronatem. Andrzej Duda wcale nie chce skłócić się z Prawem i Sprawiedliwością, tylkochce na tyle wzmocnić siebie i swój urząd, by działacze partii Kaczyńskiego oraz ich sympatycy w chwili oddania władzy przez prezesa PiS to w nim widzieli najmocniejszego gracza po prawej stronie sceny politycznej. Wbrew pozorom ma do tego dziś wszelkie narzędzia.

Po pierwsze, demokratyczny mandat ponad 50% wyborców. Tego argumentu będzie używał wielokrotnie przez najbliższe lata, wbijając szpilkę właśnie Kaczyńskiemu, który nigdy tak dużego poparcia nie osiągnął. Już dziś politycy z najbliższego grona prezesa PiS powtarzają co prawda, że to taka specyfika wyborów, że to Kaczyński „wymyślił Dudę” i zrobił go prezydentem. W miarę jednak upływu czasu oraz powtarzanego argumentu, że to jednak było przekazanie mandatu do zmian Andrzejowi Dudzie, właśnie na jego korzyść będzie zyskiwał na sile. Tym bardziej w sytuacji, gdy dojdzie do starcia potencjalnych sukcesorów po Kaczyńskim – ani Brudziński, ani Morawiecki, ani tym bardziej Macierewicz takim mandatem społecznym pochwalić się nie mogą.

Po drugie, weta do ustaw, w których rośnie siła i uprawnienia członków gabinetu Beaty Szydło (czy innego premiera z PiS), a maleje władza prezydenta lub choćby samorządu, gdzie prezydent widzi potencjalnego koalicjanta. Przypomnijmy sobie uzasadnienie weta do ustawy o Sądzie Najwyższym czy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Istotą zarzutów Andrzeja Dudy była zbyt duża władza ministra Ziobry, w znaczący sposób naruszająca jego bezpośrednie prerogatywy. Nie bez powodu wielu komentatorów mówiło w okresie lipcowego kryzysu, że gdyby prezydent podpisał ustawy o SN i o KRS, to w gruncie rzeczy przestałby już być PiS-owi potrzebny. Wszelką władzę nad jego być albo nie być zyskałby gabinet premiera. Na to Andrzej Duda, dumny z tego, że zagłosowało na niego więcej Polaków niż na partię Kaczyńskiego, pozwolić nie mógł. To przecież on obiecywał, że będzie wprowadzał reformy, które poprawią los najsłabszych Polaków. W kampanii wyborczej krytycy podkreślali, że przecież Konstytucja nie przewiduje dla niego narzędzi do prowadzenia aktywnej polityki, więc jego obietnice składane są na wyrost. Dziś można zaryzykować stwierdzenie, że już wtedy w głowie kandydata Dudy pojawił się pomysł, że w Polsce powinien być system prezydencki.

Trafnie zdiagnozował tę kwestię ostatnio Roman Giertych w swoim felietonie dla serwisu NaTemat, że ta rozszerzająca wykładnia przepisów Konstytucji, w ramach której prezydent przyznał sobie prawo do rozstrzygania, czy wniosek organu dotyczący jakiejś czynności jest dla niego wiążący czy nie, to nic innego jak próba zmiany systemu parlamentarno – gabinetowego w prezydencki. Podobnie z kwestią prawa łaski, zastosowaną w formie abolicji indywidualnej, które tak dokonane stawia prezydencką prerogatywę ponad wszelkimi innymi władzami. Rozpoczęcie inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej pod hasłami wzmocnienia władzy prezydenta, który ma jego zdaniem najsilniejszy mandat do rządzenia w kraju z tytułu wyboru w wyborach bezpośrednich, to nic innego jak realizacja planu sformalizowania władzy prezydenta jako nadrzędnej. Gdyby ta inicjatywa się powiodła, po odejściu z aktywnej polityki prezesa Kaczyńskiego to właśnie gospodarz Pałacu Prezydenckiego byłby naturalnym przywódcą całej zjednoczonej prawicy.

Takie motywy inicjatyw prezydenta Dudy i rozpoczętego procesu emancypacji od centrali partyjnej rozgryzł już prezes Kaczyński oraz dwór go otaczający. Dlatego w inicjatywie zmiany konstytucji, mimo że pokrywa się ona przecież z programem PiS, to sojuszników w PiS dziś nie znajdzie. Nikt nie jest zainteresowany, by wzmacniać potencjalnego rywala do schedy po Kaczyńskim. Nie taką dla niego rolę przygotowano. Dlatego też jesienią należy się spodziewać dalszego konfliktu obozu prezydenckiego z centralą partyjną. Zresztą zalążki już widać po dzisiejszych wypowiedziach Beaty Szydło, która podkreśla, że to rząd, nie prezydent mają rację w kwestii ustaw sądowych. Słyszymy to także z ust Zbigniewa Ziobro, który otwarcie mówi, że większość 3/5 przy wyborze członków do KRS to już temat nieaktualny i nie do przyjęcia. Walka o władzę trwa więc w najlepsze. Tym razem jednak PiS i prezydent nie stoją już po tej samej stronie.

Koniecznie! 😀✌️

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczętym właśnie 3. sezonie rządów PiS.

Trzeci sezon serialu PiS

Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji.

Sezon ogórkowy szybko minął, została po nim mizeria polskiej polityki. Właśnie wkraczamy w 3. sezon serialu produkcji mediów narodowych „Wyprowadzanie Polski z UE”, a także równoległego: „Chwyt narodu za twarz”.

W pierwszym odcinku zobaczyliśmy odświeżoną premier Beatę Szydło, która podzieliła się radosną nowiną („Ewangelia PiS”) w „Gazecie Polskiej”: – „Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd”.

Pani Szydło winna jak najszybciej przedstawić adres kasy, która wypłacała szmal protestującym, nazwisko reżysera tych protestów (acz tego ostatniego jestem w stanie natychmiast wymienić), a to dlatego, że właśnie wyciągnąłem rękę i domagam się opłaty za mój protest. Każdego dnia wychodziłem na protesty, a nie skapnął mi żaden grosz. Przeciwnie – musiałem opłacać dojazd i jakoś zorganizować światełko, bo byłem jednym z wielotysięcznych ogniw „Łańcucha światła” w Poznaniu.

Reżyserem protestów była partia PiS, której ustawy znoszące niezależność sądów wyprowadziły rodaków na ulice. I nie uderzaliśmy „w rząd”, ale w honor prezydenta, aby zawetował ustawy. Domagaliśmy się 3 razy weto, niestety, były tylko dwa.

Drugim wątkiem rozpoczętego 3. sezonu rządów PiS jest przepisywanie historii na nowo. Rozdział z podręczników „Polska w Unii Europejskiej” rozpoczyna się „Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej”. Został napisany ustami Konrada Szymańskiego w Radiowej Jedynce.

Wszyscy się oburzyli. Jak to? Wszak widzieliśmy, że Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz podpisywali akcesję Polski do UE, a Miller przytomnie się upomniał, że hola-hola: – „przecież ja jeszcze żyję”.

Szymański wcale nie musiał się pomylić. Dostępna jest w internecie odpowiedź pani Szydło na pytanie: kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej? Znacie? Przypomnę: „W 1992, a może 1993”. Wówczas Szymański był wiceszefem Młodzieży Wszechpolskiej, która to organizacja jest antyunijna, ale Szymański mógł robić za kreta.

Szymański jest kretem? Przyglądnijcie mu się dobrze. Trzeci wątek odcinka premierowego 3. sezonu jest autorstwa europosła, którego nazywam „O w pół do pierwszą” (on tak mówi, ta fraza w jego wykonaniu też jest dostępna w internecie). Ryszard Czarnecki był łaskaw się podzielić najradośniejszą nowiną (Stary Testament PiS), iż Westerplatte w 1939 roku bronili volksdeutsche, którzy organizują obchody 1. września. Oto w pełnym brzmieniu wpis na Twitterze: „Związek VOLKSDEUTSCHOW w Polsce organizuje obchody 1. Września na Westerplatte. Adamowicz przyznał im do tego prawo, bo się pierwsi zgłosili” (pisownia oryginalna).

Czarnecki musiał się poróżnić z panią Szydło albo wie, czego my nie wiemy, bo to ona ma brać udział w obchodach. Byłaby jednak zrozumiała postawa Szydło w wielu kwestiach, jeżeli uwzględnimy sugestię Czarneckiego – peryfrazę – iż jest volksdeutschem. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz poleciał po honorze Czarneckiego: – „Jak Panu nie wstyd pisać takie rzeczy o Westerplatte, miejscu, w którym ginęli Polacy? Premier Szydło ma wziąć udział w tych uroczystościach”.

Czy Czarnecki ma zdolności honorowe? Ktoś, kto nakładał krawat czerwono-biały bywszy w Samoobronie, raczej nie ma honoru. Zauważmy, że w pierwszym odcinku we wszystkich trzech wątkach przewija się nazwisko Szydło, a nie ma w nim „ukrytej opcji” Jarosława Kaczyńskiego. Spokojnie, jutro, pojutrze się odezwie!

Ten 3. sezon może być rozstrzygający dla całego serialu PiS. Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji, Unia Europejska ma już dość – ostro wypowiedzieli się Emmanuel Macron i Angela Merkel – więc przezornie w odwrotnym kierunku na Białoruś z poselską delegacją PiS udał się wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (wcześniej przyjacielską kwerendę odbył marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wsławił się określeniem miejscowego satrapy Łukaszenki – „ciepły człowiek”). Czy Polacy zgodzą się na odwrócenie zadkiem do UE? Właśnie w tym sezonie będziemy o tym decydować.

To fakt – to jest wypowiedź godna debila

>>>