Posts Tagged ‘Robert Siewiorek’

 

Wicenaczelny „Wyborczej” uważa, że genialny tekst, to przeczytajmy Roberta Siewiorka.

Jarosława Kaczyńskiego ponoszą emocje. Dlaczego?

Jarosław Kaczyński dla jednych jest Batmanem, dla innych Pingwinem. Przegrywają wszyscy.

Będzie wolna Polska! Będzie prawda o Smoleńsku i będzie klęska tych, którzy są łotrami, którzy teraz czymś rzucają! Ale nic wam to nie pomoże! Przegraliście moralnie, przegraliście politycznie i przegracie do końca, poniesiecie klęskę! Polska zwycięży! – wykrzykiwał Jarosław Kaczyński 10 marca na Krakowskim Przedmieściu w stronę swych przeciwników świętujących triumf Donalda Tuska.

– Myślę, że on się po prostu nie przygotowuje. Uważa, że wszystko, co powie, jest mądre i wspaniałe – skomentował te słowa prof. Leszek Balcerowicz w poniedziałkowej „Kropce nad i”.

Fakt, wypowiedź Kaczyńskiego robi wrażenie szczególnie intelektualnie niechlujnej. Ale czy rzeczywiście jedynym źródłem tego niechlujstwa jest lekceważenie przez prezesa inteligencji rodaków? Nie, ponieważ Jarosław Kaczyński wpadł w pułapkę, w której grzęźnie większość liderów-jedynowładców. Pułapkę urojonego heroizmu.

Zasadę działania tych sideł rozpracowała Margaret Heffernan, teoretyczka zarządzania i autorka światowego bestselleru „Willful Blindness” (Umyślna ślepota). Otóż – podkreśla Amerykanka – współczesna rzeczywistość jest tak skomplikowana, że zrozumienie jej mechanizmów przerasta możliwości nawet najbardziej utalentowanych liderów. Zwłaszcza takich, którzy samych siebie uważają za jednostki heroiczne, „najbystrzejszych gości (to zwykle mężczyźni) w wiosce”. Tych, którzy sądzą, że przywództwo im się należy.

W ich przekonaniu bycie liderem polega na tym, by wiedzieć wszystko i o wszystkim decydować. Więcej – chcą podejmować decyzje szybciej niż ktokolwiek inny, osiągając przy tym lepsze rezultaty. Napędza ich niezachwiana wiara, że są wyjątkowi i bohaterscy, chociaż we współczesnym świecie geniusz i heros to już tylko mity. Cóż jednak z tego, skoro podsycamy te mity z mocą dotychczas nieznaną, pokładając w liderach bezgraniczną ufność i traktując ich jak mesjaszów zdolnych rozwiązać wszystkie nasze problemy?

Czynimy tak, bo w czasach, gdy świat był mniej złożony, sens takiej wiary często się potwierdzał – Salomon wydawał najmądrzejsze wyroki, Sobieski jedną szarżą ocalił całą Europę, a królowa Wiktoria uczyniła Brytanię globalnym mocarstwem. Dziś wiara w sprawczą moc genialnych liderów jest silniejsza niż kiedykolwiek, mimo że często ściąga na nasze głowy prawdziwe nieszczęścia.

We współczesnym świecie heros nie ma już bowiem wiele do roboty. Wiedza pojedynczego człowieka, bez względu na jego mądrość i inteligencję, jest zdecydowanie za mała, by umożliwić mądre samodzielne rządy. Poziom skomplikowania rzeczywistości, z jakim do tej pory nie mieliśmy do czynienia, czyni tę rzeczywistość nieprzewidywalną. Dlatego też, by podejmować sensowne decyzje, trzeba uwzględniać wiele różnych perspektyw, patrzeć na sprawy oczyma wielu ludzi.

Z tych względów lider posługujący się tylko językiem swoich przodków, na co dzień obcujący jedynie z pochlebcami i domową fauną, a ogląd rzeczywistości czerpiący z własnych fobii i XIX-wiecznej narodowej mitologii w świecie autonomicznych samochodów i nadchodzącej sztucznej inteligencji sprawdza się jak furman w Formule 1.

Dlaczego więc mimo wszystko tak wielu z nas traktuje takich ludzi jak superbohaterów, przypisując im przeróżne supermoce i portretując ich za pomocą fantastycznych narracji (dla zwolenników Kaczyński to m.in. genialny strateg, heroiczny patriota, mąż opatrznościowy Polski)? Dlatego że i my jesteśmy ofiarami – ofiarami postępującej infantylizacji kultury popularnej, której odpryskiem jest rosnące zdziecinnienie wyobrażeń na temat polityki.

Popatrzcie tylko – najbardziej dochodowe superprodukcje kina i telewizji opowiadają o superherosach: fantastycznych czwórkach, avengersach, szybkich i wściekłych, X-manach, transformerach itp. Co znamienne, swoją gigantyczną popularność opowieści te zawdzięczają głównie nie dzieciom czy wyrostkom, lecz zdziecinniałym dorosłym zaspokajającym przed ekranem głód heroizmu w nudnym i banalnym życiu. Uwiedzeni skutecznością swych idoli ludzie ci uwierzyli, że odpowiedzią na największe problemy świata może być cios z półobrotu, w ostateczności roztopienie złoczyńcy w kadzi z surówką. Swą niedawną dziecięcą wiarę w opiekuńczą sprawczość rodziców zainwestowali w nadludzkie moce superherosów.

To właśnie dlatego polityczne narracje, które opisują rzeczywistość w czarno-białych kategoriach walki dobra ze złem, w optyce starcia „swoich” z „obcymi” czy psychomachii „ojca narodu” ze zdradzieckimi „łotrami” cieszą się tak wielkim wzięciem.

Chodzi jednak o to, że jeśli chcesz sobie radzić we współczesnym do granic skomplikowanym świecie, musisz czerpać inspirację i wiedzę od różnych ludzi na różnych etapach swojego życia. Podobnie jest z każdą organizacją, kulturą czy państwem: te, które czerpią z potencjału tylko jednego człowieka i opierają się na jednostkowych decyzjach, przestają się rozwijać i stają się dysfunkcjonalne.

Im więcej wiary pokładamy w liderach, tym bardziej dziecinniejemy. Co gorsza, wiążąc z liderami oczekiwania przerastające ich możliwości, wywieramy na nich zgubną presję, ponieważ tworzymy podglebie dla ich ostatecznej porażki. Na dodatek, uznając przywódcę za superbohatera, sami popadamy w bezczynność, stajemy się pasywni i nietwórczy; w końcu to heros powinien rozwiązać za nas nasze problemy. Pozostajemy bezczynni także wówczas, gdy oznaki nadchodzącej klęski lidera stają się oczywiste.

Nawet najzagorzalsi wrogowie prezesa PiS nie odmawiają mu inteligencji. Sęk w tym, że inteligencja jednostki to już o wiele za mało, by dobrze rządzić. Dziś, zdaniem Heffernan, potrzebujemy różnych rodzajów inteligencji pochodzących z bardzo wielu źródeł. Każda decyzja podjęta przez człowieka władzy ma wpływ na dużo dziedzin życia wielu ludzi, obowiązkiem rządzących jest więc dostrzegać konsekwencje własnych decyzji ze wszystkich możliwych perspektyw.

Zawężenie przez przywódcę perspektywy tylko do własnej i uznanie jej za wystarczającą wynika zwykle z wybujałej pewności siebie prowadzącej nierzadko do narcyzmu. A narcyzm to ślepota na innych.

Narcyz u władzy nie pozostaje jednak bezkarny. Odpowiedzią na skrajną heroizację liderów przez wyznawców jest ich równie radykalna deheroizacja wśród przeciwników. Im bardziej dla jednych Kaczyński jest prawym i heroicznym Batmanem, w tym większym stopniu innym kojarzy się z groteskowym i mściwym Pingwinem. Obie strategie percepcyjne są zgubne dla społecznego porozumienia i osądu rzeczywistości, nakładają bowiem na nią karykaturalne i infantylne mitologie.

W rezultacie zamiast żyć w świecie poważnego dyskursu, w rzeczywistości racji, wartości i argumentów, walczymy na supercepy w komiksie o Batmanie i Pingwinie.

CAŁA PRAWDA O ZAKŁAMANYM KACZYŃSKIM

Waldemar Mystkowski pisze o nagrodzie dla Szydło i o nowym barwach narodowych i godle, jakie nam szykuje PiS.

Szydło nagrodzona po katolicku i orzeł z grzybem w koronie

Beata Szydło nie dostaje jeszcze takich prestiżowych nagród jak prezes Jarosław Kaczyński – Człowiek Wolności, Człowiek Roku. Premier musi jednak wystarczająco długo wytrzymać na stanowisku – czego jej niespecjalnie życzę – bo przecież co roku Kaczyński nie będzie wyróżniany Człowiekiem, na nią wówczas może spłynąć ten splendor. Na razie musi się pocieszać takimi drugorzędnymi nagródkami, jak „Prawda-Krzyż-Wyzwolenie”. Choć zestaw tych trzech rzeczowników wyklucza się i równie dobrze mógłby przyjąć bliższą znaczeniowo nazwę „Zniewolony Umysł”, ale nie bądźmy aptekarzami. W nagrodach nie chodzi o rozum, lecz o blichtr.

Ciekawe jest uzasadnienie nagrody: za „wprowadzenie w życie narodu Katolickiej Nauki Społecznej Kościoła, zwłaszcza w zakresie wspierania rodzin”, czyli krótko pisząc, za 500+. Kościół w tych plusach jest oblatany, w zakrystii nazywa się to taca+.

Obok Szydło wyróżnione zostało Radio Maryja i prof. Bogdan Chazan. Ten ostatni został wyróżniony za oksymoron. Poważnie! Za „niezłomną obronę życia nienarodzonych”. Nienarodzone życie, jak ciemne światło, jest mirażem rozumu, jest absurdem, życie musi się narodzić, aby być życiem. Przed-życie jest potencjalnością, w seksuologii nazywa się to potencją. Kościół katolicki w swoim zacofaniu może się tak zapędzić, iż nie wystarczy im zygota, ale już plemnik będzie oksymoronem „nienarodzonego życia”.

Premier Szydło jednak nie odbierała nagrody osobiście. Może prezes tak jej polecił, musiałby się pojawić na uroczystościach, na których nie on został uhonorowany i pocałować Szydło w rękę z jakimiś słowami, że „jesteśmy dumni”. Ta nieobecność musi dziwić, gdyż gala odbyła się w Ministerstwie Rozwoju, w obiektach publicznych, a nagroda przecież jest kościelna, ufundowana przez jedną z przybudówek katolickich.

Stajemy się coraz bardziej państwem wyznaniowym. Boję się, że gdy Kaczyński wyprowadzi Polskę z Unii Europejskiej zawrzemy jakąś unię z Watykanem. Na razie na przeszkodzie może stanąć papież Franciszek, ale jego prezes przetrzyma, jak Tuska i dopnie swego.

Takie przygotowania są czynione w symbolach państwowych. Zmianie mają ulec flaga i godło. Barwy zyskamy jeszcze czerwieńsze, zaś orłowi w koronie wyrośnie na czubku krzyż. Na razie jest to projekt, ale przecież PiS dąży do Międzymorza, a Duda nawet chciał przebić prezesa i marzy mu się Trójmorze (dostęp do Adriatyku). Są to popłuczyny polityki jagiellońskiej, a nie Piłsudskiego, jak starają się mydlić rozum pisowcy (ta piana u nich z niewiedzy), a proponowany orzeł jagielloński ma koronę zamkniętą i zwieńcza jak krzyż. Taka zgrzybiała symbolika, zgrzybiałe dążenie jagiellońskie, mocarstwowe. Polityce PiS wyrasta bowiem grzyb w miejscu krzyża. I taką powinni przyjąć symbolikę w swoim partyjnym godle: orzeł z grzybem w koronie.

>>>