Posts Tagged ‘Ryszard Czarnecki’

Morawiecki i Kaczyński na tablicy krętactw z mediami

Nie dajmy się dekoncentrować poprzez krętactwa, bo PiS tak chce uśpić naszą czujność w walce o demokrację i praworządność.

Z krętactwami PiS jest poważny problem. Nie wiadomo, kto jak kręci i w którą stronę. Kto jest większym, a kto mniejszym krętaczem. Do każdej sprawy, którą zajmuje się PiS należałoby jak na filmach detektywistycznych szpilkami przytwierdzić do tablicy zdjęcia polityków tej partii i pomiędzy nimi przeciągać nitki. Wówczas bylibyśmy bardziej odporni na ich produkcję krętactw.

Dzisiaj na tej tablicy centralne postaci to Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki. Prezes ma infekcję, a wg niektórych doniesień może być w bardzo ciężkim stanie. Mój bliski znajomy miesiąc temu – z powodu infekcji kolana – wziął i zszedł, choć leczony był przez sławnego profesora. Nie piszę o tym dlatego, że Kaczyński może zejść, ale zachowania polityków PiS świadczą, że liczą się z taką sytuacją.

Morawiecki jest w najlepszym położeniu, aby sukno PiS drzeć na swoją stronę. W ostatnim czasie nad wyraz jest obecny w mediach i to z ideami, które dotychczas nie były jego domeną. Jego twierdzenia o 4 czerwca 1989 roku mijają się z prawdą historyczną, są wytworem czystej pisowszczyzny.

Kaczyński długo dochodził do pozycji lidera kłamstw w polityce krajowej. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i w połowie pierwszej dekady obecnego wieku mieścił się w normach prawdomówności. Do krętacza nr 1 dochodził więc 15 lat. Za to szybko poszło Morawieckiemu, on dojrzał niemal jednej nocy, jak bohater Franza Kafki Gregor Samsa, który obudził się jako Karaluch. Mamy więc te dwie postaci przybite na tablicy polskiej polityki.

Proszę! – oto najnowsza sprawa, która wybuchła z samego rana – dekoncentracja mediów. Wyczerpał się niemal temat Stanisława Pięty, który na swoim profilu napisał, że jest już niezrzeszony, a zatem sąd partyjny pod kierownictwem bohatera afery melexa na Cyprze Karola Karskiego nie ma prawa nim się zajmować.

PiS nie miał dobrego pomysłu prawnego na przejęcie mediów, aby je zdekoncentrować i zrepolonizować, tzn. przywłaszczyć. Teraz też nie ma, gra już na chama – bez liczenia się z kimkolwiek. Wybory samorządowe może przegrać, ale przy parlamentarnych na to sobie nie pozwoli. Sądownictwo to jedno – nawet gdy zajmie się nim Trybunał Sprawiedliwości UE – ale media kształtują wyborców.

Więc poszedł news w lud, że prezes zadecydował o dekoncentracji mediów, gdyż zajmowały się skandalem obyczajowym Pięty. Bzdura! Wśród pisowskich wyborców to utwardzenie wartości tradycyjnych – chłop folguje sobie. Nie od prezesa dekoncentracja mediów wyszła, ślady prowadzą do Morawieckiego, który jakiś czas temu mówił o potrzebie równowagi, bo „media strony przeciwnej to mniej więcej 80 proc. siły rażenia”.

To Morawiecki chce tu i teraz przejąć prywatne media. Jak chcą to uczynić? O tym sypnął się Ryszard Czarnecki, który dla tygodnika „Do Rzeczy” powiedział, że władza by kupiła zagraniczne media za okazyjną cenę: – „Nie może być to po jakichś kosmicznych cenach”. Władza wyznaczy cenę za ile nastąpi dekoncentracja.

Czarneckiemu zaprzeczyła rzecznik PiS Beata Mazurek, nazywając to fake newsem. Mazurek sama w sobie jest fake i to pod wieloma względami, ponoć rozmawiała o tym z prezesem. Między podobiznami postaci przybitych do naszej tablicy – Czarnecki i Mazurek – nie ma nici wspólnych informacji, ale tylko pozornie, bo oboje mogą grać w różnych zwalczających się frakcjach PiS. Zauważmy, że Mazurek nic nie powiedziała o infekcji prezesa.

A nasz Gregor Samsa przemieniony w Karalucha był łaskaw ponadto powiedzieć, że otwarcie Centralnego Portu Lotniczego w Baranowie nie będzie oznaczało zamknięcia Okęcia i Modlina. Tak, do Polski będzie walił cały świat, aby oglądać tutejsze dziwy cywilizacyjne. Morawiecki jednak nie bierze odpowiedzialności za CPL, gdyż jego otwarcie przewidywane jest na 2027 rok, a do tej pory PiS odda władzę – i raczej o tej partii zapomnimy, zwłaszcza że nie wiemy, jaki Bozia los przeznaczyła prezesowi Kaczyńskiemu. W informacji o 3 lotniskach chodzi o to, aby warszawiacy nie oburzyli się, że Okęcie będzie wygaszane, jak jeszcze wczoraj mówili pisowcy.

Detektywistyczna tablica z kryminalnymi dążeniami PiS jest wielce pomocna, aby nie dać się omotać wszechobecnej retoryce krętactwa. Nie dajmy się dekoncentrować poprzez krętactwa. PiS tak chce uśpić naszą czujność w walce o demokrację i praworządność.

Mistrz, po prostu mistrz 🙂 Człowieku, jesteś wielki!!!

Cztery teksty Waldemar Mystkowskiego.

Czarnecki leży jak statysta twarzą do ziemi

W polskiej polityce wszystko jest możliwe, pod tym względem jesteśmy wyjątkowo kreatywni. Mamy zastępy postaci, które niewiele potrafią, nie mają szczególnych osiągnięć, a sylwetki ich nie należą do nazbyt estetycznych – a mimo to zostają celebrytami politycznymi.

Taką postacią jest Ryszard Czarnecki, którego walorów intelektualnych bądź duchowych nie można się dopatrzeć, nawet gdyby zastosować jakąkolwiek taryfę ulgową. Jest on odpowiednikiem statystów na planie filmowym, którzy za dniówkę na planie biorą 50 zł, a mają odegrać trupa na polu bitwy i to koniecznie twarzą do ziemi.

Czarnecki gra takiego „trupa” politycznego w Parlamencie Europejskim, a jego gaża to dziesiątki tysięcy euro miesięcznie. Nie gra twarzą do ziemi, ale wystawia swoją fizys wszędzie, gdzie może ją wetknąć, taki ma cug na szkło. Czarnecki nawet potrafi odegrać intelektualistę, a to pochwali się, że nabył biografię Talleyranda Jeana Orieux, albo nawet dotrzeć do cytatu z „Zaścianka” Faulknera.

Droga Czarneckiego do PiS jest usłana samymi śliskimi zachowaniami, przeszedł wiele partii, w tym Samoobronę Andrzeja Leppera, w której musiał chodzić pod czerwono-białym krawatem. Wychwalał lidera tej chłopskiej partii, jak dzisiaj Jarosława Kaczyńskiego. Płaszczenie wychodzi mu całkiem dobrze, jak owemu statyście na planie filmowym grającego trupa twarzą do ziemi.

To, że zasługuje na tłustą synekurę w Parlamencie Europejskim, musi od czasu do czasu zaświadczyć odddaniem pisowskiej sprawie. Okazji jest bez liku, PiS ma prasę w Europie i na świecie tak złą, jak komuchy w stanie wojennym. A uruchomienie artykułu 7 Traktatu UE jest dla naszego kraju największym od 1989 roku upokorzeniem na arenie międzynarodowej. To tak, jakby Gołota dostał wciry na ringu od mistrza bokserskiego Pigmejów, albo drużyna Nawałki z Robertem Lewandowskim w składzie przegrała 1:27 z jakimś Gibraltarem bądź Lichtensteinem.

Taką „chwałę” przynosi nam władza PiS. Nic, tylko śpiewać hymn przegrańców „Polacy, nic się nie stało”. Więc nie dziwmy się, że przytomni Polacy bronią kraju na miejscu i na zewnątrz, jeżeli takie możliwości posiadają. Jak posłowie na Wiejskiej, europarlamentarzyści reprezentują nas w Brukseli – w stolicy naszej większej ojczyzny, w Unii Europejskiej.

W związku z obroną Polski Róża Thun z domu Woźniakowska została przez celebrytę Czarneckiego wyzwana od „szmalcowników”. Nie wnikam, czy ten polityk z intelektem „twarzą do ziemi” jest użycia rzeczownika świadomy, czy wie, co powiedział. Tak jak nie wnikam, czy ktoś zrównoważony psychicznie może wypluć z siebie, określając rodaków kanaliami i mordami zdradzieckimi. Mniemać należy, iż to obowiązujący w tym ugrupowaniu idiom, plunąć na rodaków.

Kolejne zachowania Czarneckiego wobec Róży Thun są symptomatyczne dla tego statysty. Nie przeprosi europosłanki PO, bo nie dopatruje się niczego złego w poniżaniu jej. Ostatnio tłumaczy się, iż porównywał tylko negatywne postawy – szmalcowników i Róży Thun. Szefowie czterech największych grup politycznych w Parlamencie Europejskim chcą odwołać Czarneckiego z funkcji wiceszefa PE, więc ten uważa, że to atak na Polskę. Skrzynki mailowe europosłów – a jest ich 751 – zostały zasypane spamem, podobno na każdą z nich Czarnecki i jego kolesie z „Gazety Polskiej” wysłali po 1600 maili.

Oczywiście, postawa Czarneckiego to dowód olbrzymiego megalomaństwa, pomylenia pojęć i zakłamywania rzeczywistości. Ten człowiek to upostaciowienie politycznego statysty, którego odpowiednikiem jest trup leżący twarzą do ziemi.

Beata Kempa zanim pomogła na miejscu to wydała…👇👇👇

Pudrowanie choroby PiS

Jarosław Kaczyński nie wycofa się z demolowania kraju.

Niemal niezauważalnie dla polskich mediów rozpoczęły się w Berlinie rozmowy szefów MSZ Polski i Niemiec. Następca Witolda Waszczykowskiego Jacek Czaputowicz wydaje się być zaprzeczeniem poprzednika, a w każdym razie tak chcą go widzieć Niemcy.

„Die Welt” wita Czaputowicza ze zrozumieniem: – „Nowo mianowany szef polskiej dyplomacji Czaputowicz ma ciężką misję w Berlinie – powinien poprawić zakłócone relacje z Niemcami”. A więc robi dużo inaczej niż jego poprzednik. Dziennik już w tytule stawia pytanie: „Reparacje?” i odpowiada: „Brak tematu dla polskiego ministra”.

Czy tak rzeczywiście jest? Szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel po spotkaniu z polskim ministrem zdefiniował cel spotkania, iż Niemcy są bardzo zainteresowani, aby wraz z Polską i innymi partnerami UE stabilizować sytuacje UE.

Padły też „nieśmiertelne” od dwóch lat – tyle, ile rządzi PiS – stwierdzenia o reparacjach wojennych. Gabriel orzekł, że ta kwestia została uregulowana na początku lat 90-tych: – „Mamy pozycję jasną pod względem prawnym – otóż wszystkie kwestie reparacyjne zostały uregulowane końcowo, rząd wybrany demokratycznie na początku lat 90. to potwierdził”. To według niemieckiego ministra zamyka temat i zaproponował, żeby tą kwestią zajęły się środowiska naukowe. Czyli krótko pisząc: historycy.

Co na to polski minister? Czaputowicz dość anemicznie się przeciwstawił, najpierw zastosował pisowską argumentację, a następnie uciekł się do znamiennego dla tej partii qui pro quo. Otóż Czaputowicz powołał się na wolę suwerena, iż „chcielibyśmy, żeby (debata) była prowadzona, społeczeństwu polskiemu należy się”.

Niestety, politycy PiS budują poparcie na resentymencie wobec Niemiec. A zamierzoną pomyłką w ustach Czaputowicza jest stwierdzenie: – „Przyjmuję propozycję ministra Sigmara Gabriela, by eksperci dyskutowali na ten temat”. Typowa dla partii Kaczyńskiego celowa pokrętność, aby „dyskusję naukowców”, tj. historyków, pomylić z dyskusją (negocjacjami) ekspertów.

Ale i tak Czaputowicz zaprezentował się o niebo lepiej od Waszczykowskiego. W związku z tym jeden z prawicowych publicystów (W. Gadowski) nazwał Czaputowicza – KAPUTowiczem. Czaputowicz odniósł jakiś sukces, Gabriel nie wykluczył odnowienia rozmów ministrów dyplomacji w formacie Trójkąta Weimarskiego.

Nie oczekujmy jednak, aby nowy rząd nagle odbudował pozycję Polski w Unii Europejskiej, gdyż wiązałaby się z tym zupełnie inna polityka wewnętrzna. Kaczyńskiego nie stać na to, aby unieważnić niekonstytucyjne ustawy, czyli wycofać się z demolowania kraju i przyznać się do tego.

Na razie mamy do czynienia z pudrowaniem wizerunku władzy PiS, tak jak w XVII i XVIII wieku pudrowali swoje oblicza francuscy arystokraci, aby ukryć wykwity chorób wenerycznych. Władza PiS jest chora i w zapaści, tj. niemocy. Na tym swoją siłę może zbudować opozycja.

STOP FINANSOWANIU TVP! ⛔ złożyła wniosek do KRRiT o wstrzymanie finansowania TVP z powodu niewypełniania przez telewizję publiczną swojej misji.

Magdalena Ogórek, kiedyś SLD, dzisiaj pisowski króliczek

Wstrzeliła się w oczekiwania prawej strony, której jest już integralną częścią.

Magdalena Ogórek to króliczek Leszka Millera wyciągnięty z wyborczego kapelusza, gdy SLD rywalizowało z ugrupowaniem Janusza Palikota. Ścigali się na wszystkich polach, nawet na takich wydawałoby się mało politycznych: który z nich ma ładniejsze kobiety. Miller wystawił do wyścigów prezydenckiego Ogórek, ta choć pod względem urody była całkiem, całkiem, to politycznie żadna.

Kiedy Miller zjednoczył się w koalicję wyborczą z Palikotem, było już jednak za późno, niewiele ułamków procenta zabrakło do 8-procentowego progu wyborczego, a dzięki temu PiS sięgnęło po pełnię władzy. Nie twierdzę, że Miller jest jednym z twórców sukcesu Kaczyńskiego, acz zostawił w spadku Ogórek, która odnalazła się w zawłaszczonych przez PiS działkach – w mediach i kulturze.

Wizerunek Ogórek może cieszyć oko, jej rozum raczej nie, a także pokraczne wypowiedzi, które od czasu do czasu przebijają się w mediach. Ogórek wyraża ciągoty intelektualne, co najczęściej w jej wydaniu śmieszy.

Dla PiS Ogórek jest jakąś wartością, faworytka Millera na bezrybiu PiS jest rakiem uchodzącym za rybę, choć chciałaby być kimś więcej, np. rusałką, syreną morską. Stąd od czasu do czasu będziemy mieli do czynienia z jej ambitnymi przedsięwzięciami takimi, jak z publikacją „Lista Wächtera. Generał SS, który ograbił Kraków”, która właśnie ukazała się na rynku wydawniczym.

Temat iście pisowski, bo można bardzo wiele ugrać na patriotyzmie, antyniemieckości. Ogórek wstrzeliła się w oczekiwania prawej strony, której jest już integralną częścią. Bo generał SS Otto von Wächter to zbrodniarz nazistowski, gubernator dystryktów krakowskiego i galicyjskiego Generalnego Gubernatorstwa, który zagrabił wiele bezcennych polskich dóbr kultury.

Zaś syn esesmana Horst często odwiedza Kraków, stara się wybielić ojca, twierdzi, że ten był dobrym człowiekiem. Magdalena Ogórek tę okoliczność wykorzystała, wkupiła się w łaski Wächtera, uzyskała dostęp do jego rodzinnego archiwum, przekazał jej materiały i informacje. A teraz Niemiec czuje się oszukany.

Ogórek orżnęła także Piotra Glińskiego. Ministerstwo Kultury dofinansowało książkę 40 tys. zł. Ogórek zarzekała się, że dla niej z dotacji nie skapnie ani złotówka („Dotacja jest dla wydawnictwa, autor nie ma z niej ani 1 zł” – oburzała się Ogórek na Twitterze). Kandydatka SLD na prezydenta została sprawdzona przez portal Wirtualna Polska u źródeł, czyli w wydawnictwie Zona Zero, a tam w spisie wydatków z dotacji stoi, jak byk: 9 tys. zł – honorarium Magdaleny Ogórek.

Nie jest to suma powalająca, ale króliczek Millera kłamie jak z nut, co jest niejaką normą w środowisku PiS. Nie piszę o jakości prozy Ogórek, bo książki nie czytałem, jednak dostępne w internecie fragmenty nie wyrokują, abyśmy mieli z czymś więcej do czytania niż z grafomanią. Taki patriotyczny króliczek, który kica z kłamstewka na kłamstewko.

Cała rodzina Rysia w spółkach Skarbu państwa.

Pisowska mała stabilizacja chwyta nas za twarz

Prof. Andrzej Rychard stwierdza w wywiadzie dla portalu wiadomo.co, iż „nikt nie wie, co siedzi w głowie Kaczyńskiego”. Rychard stwierdza, a nie zastanawia się, bo umeblowanie głowy prezesa PiS jest wtórne do tego, w jaką rzeczywistość wchodzi Polska.

Jarosław Kaczyński fascynuje się władzą, bo tylko ona jest w jego zasięgu, tylko ją ma. Gdyby przeszedł na emeryturę, napotkałby swoją pustkę, a w niej szybko się umiera. Prezes Kaczyński nie jest osobowością, jest postacią, która poprzez zasiedzenie w polityce zdobyła władzy więcej, niż inni zdolniejsi od niego.

A że Kaczyński pragnie tylko władzy, więc nie rozumie, o co we władzy biega, jak poprzez władzę czynić dobro i jak nim rozporządzać. Pozostaje mu autorytaryzm, który narzuca cele i potrzeby, nawet jeżeli dla autokraty one faktycznie nie istnieją.

Polska znalazła się w pułapce stabilizacji. Po dwóch latach burzy i naporu „dobrej zmiany”, po zdemolowaniu mediów, instytucji kultury i wymiaru sprawiedliwości, społeczeństwo chce te ruiny zagospodarować, urządzić się w nich, zyskać „małą stabilizację”, aby realizować się, swemu życiu nadać jakiś sens. Bunt się wypalił, bo on zawsze ma siłę słomy, wybucha i z byle powodu gaśnie.

Bunt, który nie zmiecie skamieliny jest trudny do odtworzenia, bo okazji będzie coraz mniej. Uważam, że najbliższą będą wybory. Jeżeli dojdzie do fałszerstw, a te we współczesnym świecie są łatwe do wykrycia, społeczeństwo obywatelskie musi być o wiele lepiej przygotowane i skonsolidowane, nie może pozwolić sobą manipulować.

Przecież nie chcemy, aby nam Polskę urządzały takie osoby, jak minister perukarz Marek Suski, który jest króliczkiem prezesa, dla „Newsweeka” mówi: – „Nigdy nie zwątpiłem w prezesa i nigdy na krok od partii nie odstąpiłem”. Ani nie chcemy takich impotentnych osób, jak Błaszczak, którego prof. Rychard określa: – „W przypadku Mariusza Błaszczaka nie wiadomo nic, oprócz tego, że prochu nie wymyśli, ale też go nie zdetonuje”.

Wchodzimy w etap znany ze „szczęśliwie minionego systemu”. Czy pogodzimy się w takiej autokracji, reżimie ze zmarginalizowaniem, zdegradowaniem, z małością kraju i przede wszystkim własną? Pisowska mała stabilizacja chwyci nas za twarz i może długo nie puścić!

TO JEST NAJLEPSZE PODSUMOWANIE POSŁA TARCZYŃSKIEGO. Dziękujemy Maćkowi Maleńczukowi. Nie trzeba nic uzupełniać 🙂

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Sojusznik PiS Victor Orban największym przyjacielem Moskwy

Mamy już owoce pierwszej podróży zagranicznej Mateusza Morawieckiego na Węgry.

Viktor Orban dostąpił kolejnego „wyróżnienia”. Został uznany przez Senat USA za największego sojusznika Moskwy w Unii Europejskiej i NATO, o tym traktuje raport komisji senackiej. Znowu premier Węgier zdążył przed PiS zdobyć palmę pierwszeństwa. Lecz partia Jarosława Kaczyńskiego ma sprawdzone metody odzyskiwania terenu, na którym im zależy.

Metodę tę można opisać: najpierw przyczółek, a następnie atak przeważającymi siłami. Jeszcze nie znajdujemy się na frontach gorącego konfliktu, więc żołnierzy zastępują urzędnicy. W historii kraju władza PiS pobiła wszelkie rekordy na przykład w ilości ministrów i wiceministrów. Od pewnego czasu PiS w biurokracji jest bezkonkurencyjny i śrubuje własne rekordy.

Jak okazać się bardziej węgierskim niż Węgrzy? To bardzo proste – sprawdzone w przypadku Polskiej Fundacji Narodowej, której celem statutowym jest promowanie marki Polska. Przy okazji ustaw sadowniczych promowali markę Polska w Polsce, bo uznali, że Polacy nie mają pojęcia, czym jest Polska, zwłaszcza sądy, które były niezależne, czyli niepisowskie.

Jankesi uznali, iż Orban to największy przyjaciel Putina, więc PiS zakasuje rękawy i bierze się do roboty. Przyczółek ten będzie się nazywał Instytut Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka (IWPW), który ma na celu pilnowanie Węgrów, aby głosowali w strukturach unijnych za Polską.

Chcą nałożyć sankcje na Polskę – Węgry zgłaszają weto. Chcą wybrać Donalda Tuska – Węgry zgłaszają weto! O, przepraszam – Orban głosowal za Tuskiem. Mogło dojść do tej omyłki z powodu, że nie było jeszcze Instytutu i Orban nie był wystarczająco przekonany do Jacka Saryusz-Wolskiego.

IWPW ma mieć na początek budżet – 6 mln złotych, a dyrektora będzie powoływać premier. Więc już mamy owoce pierwszej podróży zagranicznej Mateusza Morawieckiego do Orbana.

Jak PiS się napnie, to nie tylko Władimir Putin będzie nazywał Orbana swym przyjacielem, ale także Morawieckiego. Komisja Senatu USA przed premierem Węgier za największego sojusznika Moskwy w UE i NATO uzna premiera rządu polskiego. PiS takie cuda potrafi.

KTO JEST ZA? 🙂

Test „na Błaszczaka”

Głosowanie w Sejmie nad obywatelskim projektem Ratujmy Kobiety ujawniło jeszcze jedną siłę wspierającą PiS – opozycję wśród opozycji. Można rzec, iż pisowski twór Zjednoczonej Prawicy poszerzył się o kolejny element, który w gruncie rzeczy daje Jarosławowi Kaczyńskiemu upragnioną większość konstytucyjną.

Spójrzmy, jak to prezes PiS zgrabnie rozegrał. „A co będę wam żałował, dorzucę opozycji 58 naszych głosów i tak przerżniecie”. Czy Kaczyński zaryzykował? Nie! Kaczyński pokazał słabość polskich polityków, przy okazji swoją. Pokazał, iż jesteśmy bezideowi, wsobni, kunktatorscy. Pokazał, że największa w Polsce partia to oportuniści i ten oportunista nr 1 dla własnych potrzeb ego pozostałymi oportunistami zarządza.

Pod tym względem mamy do czynienia z majstersztykiem, bo Kaczyński w ławach poselskich od 1989 roku (największy beneficjent III RP) czegoś się nauczył. Bynajmniej nie jest to jakiś wybitnie zdolny prezes. O, nie! Kaczyński wie, iż się błyszczy na tle marności, dlatego wokół siebie ma wszelakich Błaszczaków, Brudzińskich, Karczewskich.

Więc zrobił wrzutkę i pokazał opozycji, że ta wśród siebie ma takich samych niedojdów, jak jego Błaszczaki i Brudzińskie. Twierdzę, że Kaczyński niedojdów nie doliczył, bo reprezentanci uruchomili efekt domina, który skutkuje tym, że opozycja pozaparlamentarna, elektorska wykłada się, atakuje siebie nawzajem. Nawet naprędce powstał teatrzyk niedojdów, w którym liderzy partii opozycyjnych pokracznie tłumaczą się, dlaczego wyrżnęli głowami o podłogę. I znowu się przewracają.

Na błędach powinniśmy się uczyć. Ale jak wiemy, jedyna nauka na błędach to jest utrwalenie błędów. Gdyby doszło do powtórnego głosowania na projektem liberalizującym aborcję, wynik byłby podobny, a nawet jeszcze bardziej pożądany dla Kaczyńskiego.

W polityce, jak w naukach przyrodniczych, odkrycia i pożądane efekty uzyskuje się drogą ewolucji. Ileś razy siew nie udaje, ale raz zaskoczy – i wszyscy się radują, bo idziemy do przodu. Projekt Ratujmy Kobiety prędzej czy później zaskoczy, musi inaczej zaistnieć, musi być inną formą ewolucyjną, np. partyjną. Nie zgłasza się go jako projekt obywatelski, ale partii opozycyjnych. Zwiększa się zatem jego wartość przystosowania, czyli inteligencji ewolucyjnej.

A co do oportunistów w Sejmie. Nie wyplenimy ich, bo póki co, nie ma takiego testu, ile w kandydacie na posła jest Błaszczaka. To byłoby idealne rozwiązanie. Każesz kandydatowi otworzyć usta, wkładasz papierek lakmusowy, a ten za bardzo się czerwieni, wówczas mówisz: za dużo w tobie Błaszczaka, nie nadajesz się na posła, tylko na stróża nocnego.

Opozycję mamy taką, a nie inną. Lepszej nie będziemy mieć. A nawet bez testu, na oko widać, że w opozycji jest mniej Błaszczaków niż w PiS. I tym optymistycznym akcentem kończę ten felieton.

Premier wchodzi w buty Ryszarda Czarneckiego

Politycy unijni coraz więcej czasu poświęcają Polsce, bynajmniej nie z tego powodu, że nasz kraj jest godny uwagi i chwały, ale dlatego, że przysparza kłopotów. Zamiast zająć się normalną pracą, komisarze zajmują się politykami PiS i ich wytworami prawnymi, które z kulturą prawną nie mają za wiele wspólnego. Do tego efekty poświęcone Polsce pisowskiej są mizerne, by nie powiedzieć żadne.

Spotkanie Jean-Claude’a Junckera z Mateuszem Morawieckim nie przyniosło spodziewanych rezultatów.
Politycy unijni przewidując dalszy opór Warszawy, szukają rozwiązań, aby przymusić władze PiS do przestrzegania standardów państwa prawa. Uderzenie po kieszeni zwykle jest najboleśniejsze, tym bardziej, że PiS kasę brukselską traktuje jak łup.

Art. 7 Traktatu UE został uruchomiony, ale perspektywa jego zadziałania jest odległa w czasie. Acz możliwość nałożenia sankcji może spowodować wzrost sceptycyzmu unijnego w Polsce, co jest na rękę politykom PiS.

Günther Oettinger, niemiecki komisarz ds. budżetu, sugeruje, aby Unia rozdział pieniędzy powiązała z praworządnością i polityką imigracyjną. Kasa jako zachęta. Chcesz być beneficjentem, zależy tylko od ciebie. Nie przestrzegasz praworządności, rezygnujesz z profitów. Nie karanie, ale zachęcanie. Tak Bruksela chce ustalić rozdział części swojego budżetu. PiS nie dostosowując się do zachęt, sam rezygnowałby z dostępu do części unijnych środków. Czy to zadziała?

PiS jest ewenementem, o czym przekonujemy się na każdym kroku. Podczas rozpoczynającej się prezydencji Bułgarii media pisowskie i ich komentatorzy włożyli w usta premiera Bułgarii Bojko Borisowa słowa o tym, że onże jest za wstrzymaniem głosowania art. 7 TUE, a ponadto apeluje do Donalda Tuska, by pozostał neutralny ws. Polski. Na ten fake news media pisowskie i komentatorzy rzucili się, jak wygłodniałe psy, zorganizowano nagonkę. Sam premier Bułgarii musiał prostować kłamstwo.

Zaś Morawiecki okazuje się coraz bardziej bezradnym politykiem, który nie zajmuje się Polską, tylko obroną miazmatów, w tym takich mizernych postaci, jak Ryszard Czarnecki. Premier uważa, że porównanie przez Czarneckiego europosłanki Róży Thun do szmalcowników, czyli „szwabskich pachołków”, którzy zarabiali na wydawaniu Żydów na śmierć w czasie II wojny światowej, nie jest szczególnie ostre i mieści się w kulturalnym dyskursie.

Morawiecki wchodzi w buty Czarneckiego. Dla niego poziom kultury sięga półki z „Winnetou” – jest to plemienne rozumienie debaty, godne plemienia Czarnych Stóp albo Siuksów, którzy używają takich subtelnych narzędzi przekonywania przeciwników, jak tomahawków. Howgh.

Codziennie w Polsce odbywają się sprawy sądowe Polaków, którzy występują przeciw władzy. Straszy się tych, którzy nie zgadzają się na łamanie prawa przez pis. Władza bezkarnie nie przestrzega Konstytucji. Policja została zmieniona w milicję. Przestało działać państwo prawa.

TAKIE RZECZY TYLKO W PAŃSTWIE PiS 🙂

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Corleone PiS nie ma żadnej wizji

Uderzeni „kanalią” i „mordą zdradziecką” nie możemy zapraszać do dalszego walenia.

Ironia stosowana w jakiejkolwiek interakcji jest sztuką wyższą. Nie jest dobra w polityce, w polskiej szczególnie. Nie może być tak, iż dostawszy cepem w twarz, nastawiamy drugi policzek. Uderzeni „kanalią” i „mordą zdradziecką” nie możemy zapraszać do dalszego walenia.

PiS nie jest „dobrą zmianą” w jakimkolwiek znaczeniu ironicznym, jest podłą zmianą. Nie można oddać im języka, bo ironia jest ucieczką z podstawy językowej na wyższe piętro nazywania. Trzeba pozostać na parterze i na nelsona „kanalii” odpowiadać, że to podłość, a nie dobra zmiana.

Każdy związek zorganizowanej przestępczości przeciw Konstytucji, przeciw normom prawnym, przeciw standardom demokratycznym kończy się na parterze bezprawia. Polska jest przez Jarosława Kaczyńskiego traktowana jak własność, jego folwark, w którym za pomocą podłej zmiany zaprowadza własne porządki. Wywiad dla „Gazety Polskiej” pokazuje ponadto, jak dzielony jest teren przez ojca chrzestnego podłej zmiany. Don Corleone podzielił strefy wpływów: kraj należy do niego, polityka zagraniczna do Andrzeja Dudy.

Kaczyńskiego nie obchodzi obraz Polski na zewnątrz, a tym samym nie obchodzi go Unia Europejska. Pod koniec swojego życia odgrywa się za swoje przegrane życie, za to, że jest samotny, równie dobrze telewizję może oglądać na Nowogrodzkiej i głaskać kota, jak na Żoliborzu, żadna kobieta go nie chciała, nie wyjdzie z domu sam na spacer ani do knajpy, aby wypić piwo. Libido zamienił na zemstę ego. Skazał się na więzienie i tego samego nam życzy. Corleone PiS nie ma żadnej wizji, w przeciwieństwie do filmowego, bo wizją nie jest Polska zdegradowana na zewnątrz i wewnątrz.

Kaczyński spieszy się, chce jak najszybciej podporządkować całe sądownictwo, aby mieć wpływ na pozostałe dziedziny, zwłaszcza na media prywatne, które pozostają wolne. Z Andrzejem Dudą spotka się w piątek, poprzednie spotkania z prezydentem nie przyniosły rezultatów, jakie prezes sobie założył. Czy Duda się ugnie, czy nie – dla nas skończy się jednako. Prędzej czy później, wg tego scenariusza czeka nas jakaś forma autokracji i wykluczenia cywilizacyjnego.

Ponadto Polska ma być na zewnątrz deprecjonowana. Polska Fundacja Narodowa zmieniła swoje cele, będzie promować polską historię i martyrologię, czyli przegrane wojny i powstania albo ucieczki artystów i poetów za granicę, bo pod okupantem nie można tworzyć. Wyobraźmy sobie, jak w inni z zachwytu będą rozdziawiać gęby, bo takich heroicznych przegrańców nie widzieli.

Po 1918 roku (takiej już używam cezury) w wolnej Polsce nie działo się tyle podłości, co za PiS.

TO JEST ŚWIETNE PYTANIE. HIPOKRYZJA POKAZUJE KOLEJNE OBLICZE.

BĘDZIE TRWAŁ.

Ryszard Czarnecki pod czerwono-białym śliniakiem

Gdyby PiS doszedł do władzy przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, to dzisiaj byśmy do niej nie należeli. Jarosław Kaczyński nie miałby kłopotów z Komisją Europejską i Fransem Timmermansem, ale społeczeństwo obywatelskie wyznające wartości demokratyczne też byłoby słabsze, bo zabrakłoby instancji ponadnarodowej, do której mogłoby się odwoływać.

Kaczyński może pluć sobie w brodę, że wcześniej nie doszedł do władzy, a my musimy pluć sobie w brody, bo jednak doszedł do władzy.

Jest jak jest! Więc wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans odwołuje się do bliskich demokratom wartości i kolejny raz zapowiada debatę o sytuacji w Polsce. A sytuacja jest coraz bardziej dramatyczna – polska demokracja traci sterowność, nabiera wody, a to grozi, że kraj pogrąży się w odmętach i anarchii. Gdy PiS porządzi dłużej, nie wątpię, że spotka nas to, co najgorszego spotykało w historii pod koniec XVII wieku i dwukrotnie w XX stuleciu.

Najlepsi Polacy muszą zadbać, aby Polskę nie pogrążyli ludzie nieodpowiedzialni, nie mający kontaktu z rzeczywistością, a takim jest Kaczyński i jego akolici. Ludzie w istocie amoralni, bo im wsio rawno, kto rządzi, byle podłączeni byli synekurą do kasy państwa, ludzie podejrzanej konduity.

Timmermans zapowiada debatę o Polsce za dwa tygodnie. Na tę wieść odezwał się Ryszard Czarnecki, który lubi zawiązać sobie pod szyją krawat czerwono-biały, jak śliniak, mniemając, że to barwy polskie. Przede wszystkim jest to kicz, postponowanie polskości (mniemanej zresztą). Polską brody się nie wyciera, barwy polskie to nie śliniak. Zaś Czarneckiemu nie przeszkadza, kogo wychwala jako geniusza, czy to Leppera, czy to Kaczyńskiego. Był w tylu partiach, w tylu z nich wystawał pod latarnią, że niejedna panienka lekkich obyczajów zarumieniłaby się.

O debacie Czarnecki był łaskaw powiedzieć, iż „to przekracza granice śmieszności”. Polska jest dla niego śmiesznością. Na szczęście polscy demokraci mają przyjaciół, na których mogą liczyć. I na szczęście należymy jeszcze do Unii Europejskiej.

Brawo 🤣

>>>

ASZdziennik dopatrzył się modyfikacji w logo „Solidarności”. Piękny prezent związkowców dla prawdziwego przywódcy strajku  

Najwybitniejszy polski scenarzysta filmowy w historii Krszytof Piesiewicz wczoraj pisał.

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia.pl analizuje perfidną grę Dudy.

Podstępna gra Dudy. Czy prezydent przejmie partię Kaczyńskiego?

Siedemdziesiąt jeden lat będzie miał Jarosław Kaczyński, gdy w 2020 roku odbędą się wybory prezydenckie. Nie jest żadną tajemnicą, że w Prawie i Sprawiedliwości zdają już sobie sprawę, że w najbliższych latach nastąpi sukcesja władania nad obecnie rządzącą partią i już dziś toczy się rywalizacja o schedę po Kaczyńskim. Wielu dziś zastanawia się, kto może przejąć władzę w PiS – jedni mówią o Joachimie Brudzińskim, inni o Antonim Macierewiczu czy Mateuszu Morawieckim, którego ponoć namaścić ma sam naczelnik. Pojawiają się też ostatnio sondaże, że to Beata Szydło byłaby najlepiej widziana na stanowisku prezesa Prawa i Sprawiedliwości po odejściu Jarosława Kaczyńskiego na emeryturę. W rozważaniach politologów i komentatorów życia politycznego nie pada jednak nazwisko prezydenta Dudy. Nie wiedzieć dlaczego, nikt nie traktuje go poważnie, włączając w to jego kolegów z macierzystej partii.

I właśnie w tym lekceważącym traktowaniu prezydentury Andrzeja Dudy szukałbym przyczyn nie tylko prezydenckich wet do ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości, ale i uruchomienia inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej, którą prezydent objął patronatem. Andrzej Duda wcale nie chce skłócić się z Prawem i Sprawiedliwością, tylkochce na tyle wzmocnić siebie i swój urząd, by działacze partii Kaczyńskiego oraz ich sympatycy w chwili oddania władzy przez prezesa PiS to w nim widzieli najmocniejszego gracza po prawej stronie sceny politycznej. Wbrew pozorom ma do tego dziś wszelkie narzędzia.

Po pierwsze, demokratyczny mandat ponad 50% wyborców. Tego argumentu będzie używał wielokrotnie przez najbliższe lata, wbijając szpilkę właśnie Kaczyńskiemu, który nigdy tak dużego poparcia nie osiągnął. Już dziś politycy z najbliższego grona prezesa PiS powtarzają co prawda, że to taka specyfika wyborów, że to Kaczyński „wymyślił Dudę” i zrobił go prezydentem. W miarę jednak upływu czasu oraz powtarzanego argumentu, że to jednak było przekazanie mandatu do zmian Andrzejowi Dudzie, właśnie na jego korzyść będzie zyskiwał na sile. Tym bardziej w sytuacji, gdy dojdzie do starcia potencjalnych sukcesorów po Kaczyńskim – ani Brudziński, ani Morawiecki, ani tym bardziej Macierewicz takim mandatem społecznym pochwalić się nie mogą.

Po drugie, weta do ustaw, w których rośnie siła i uprawnienia członków gabinetu Beaty Szydło (czy innego premiera z PiS), a maleje władza prezydenta lub choćby samorządu, gdzie prezydent widzi potencjalnego koalicjanta. Przypomnijmy sobie uzasadnienie weta do ustawy o Sądzie Najwyższym czy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Istotą zarzutów Andrzeja Dudy była zbyt duża władza ministra Ziobry, w znaczący sposób naruszająca jego bezpośrednie prerogatywy. Nie bez powodu wielu komentatorów mówiło w okresie lipcowego kryzysu, że gdyby prezydent podpisał ustawy o SN i o KRS, to w gruncie rzeczy przestałby już być PiS-owi potrzebny. Wszelką władzę nad jego być albo nie być zyskałby gabinet premiera. Na to Andrzej Duda, dumny z tego, że zagłosowało na niego więcej Polaków niż na partię Kaczyńskiego, pozwolić nie mógł. To przecież on obiecywał, że będzie wprowadzał reformy, które poprawią los najsłabszych Polaków. W kampanii wyborczej krytycy podkreślali, że przecież Konstytucja nie przewiduje dla niego narzędzi do prowadzenia aktywnej polityki, więc jego obietnice składane są na wyrost. Dziś można zaryzykować stwierdzenie, że już wtedy w głowie kandydata Dudy pojawił się pomysł, że w Polsce powinien być system prezydencki.

Trafnie zdiagnozował tę kwestię ostatnio Roman Giertych w swoim felietonie dla serwisu NaTemat, że ta rozszerzająca wykładnia przepisów Konstytucji, w ramach której prezydent przyznał sobie prawo do rozstrzygania, czy wniosek organu dotyczący jakiejś czynności jest dla niego wiążący czy nie, to nic innego jak próba zmiany systemu parlamentarno – gabinetowego w prezydencki. Podobnie z kwestią prawa łaski, zastosowaną w formie abolicji indywidualnej, które tak dokonane stawia prezydencką prerogatywę ponad wszelkimi innymi władzami. Rozpoczęcie inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej pod hasłami wzmocnienia władzy prezydenta, który ma jego zdaniem najsilniejszy mandat do rządzenia w kraju z tytułu wyboru w wyborach bezpośrednich, to nic innego jak realizacja planu sformalizowania władzy prezydenta jako nadrzędnej. Gdyby ta inicjatywa się powiodła, po odejściu z aktywnej polityki prezesa Kaczyńskiego to właśnie gospodarz Pałacu Prezydenckiego byłby naturalnym przywódcą całej zjednoczonej prawicy.

Takie motywy inicjatyw prezydenta Dudy i rozpoczętego procesu emancypacji od centrali partyjnej rozgryzł już prezes Kaczyński oraz dwór go otaczający. Dlatego w inicjatywie zmiany konstytucji, mimo że pokrywa się ona przecież z programem PiS, to sojuszników w PiS dziś nie znajdzie. Nikt nie jest zainteresowany, by wzmacniać potencjalnego rywala do schedy po Kaczyńskim. Nie taką dla niego rolę przygotowano. Dlatego też jesienią należy się spodziewać dalszego konfliktu obozu prezydenckiego z centralą partyjną. Zresztą zalążki już widać po dzisiejszych wypowiedziach Beaty Szydło, która podkreśla, że to rząd, nie prezydent mają rację w kwestii ustaw sądowych. Słyszymy to także z ust Zbigniewa Ziobro, który otwarcie mówi, że większość 3/5 przy wyborze członków do KRS to już temat nieaktualny i nie do przyjęcia. Walka o władzę trwa więc w najlepsze. Tym razem jednak PiS i prezydent nie stoją już po tej samej stronie.

Koniecznie! 😀✌️

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczętym właśnie 3. sezonie rządów PiS.

Trzeci sezon serialu PiS

Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji.

Sezon ogórkowy szybko minął, została po nim mizeria polskiej polityki. Właśnie wkraczamy w 3. sezon serialu produkcji mediów narodowych „Wyprowadzanie Polski z UE”, a także równoległego: „Chwyt narodu za twarz”.

W pierwszym odcinku zobaczyliśmy odświeżoną premier Beatę Szydło, która podzieliła się radosną nowiną („Ewangelia PiS”) w „Gazecie Polskiej”: – „Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd”.

Pani Szydło winna jak najszybciej przedstawić adres kasy, która wypłacała szmal protestującym, nazwisko reżysera tych protestów (acz tego ostatniego jestem w stanie natychmiast wymienić), a to dlatego, że właśnie wyciągnąłem rękę i domagam się opłaty za mój protest. Każdego dnia wychodziłem na protesty, a nie skapnął mi żaden grosz. Przeciwnie – musiałem opłacać dojazd i jakoś zorganizować światełko, bo byłem jednym z wielotysięcznych ogniw „Łańcucha światła” w Poznaniu.

Reżyserem protestów była partia PiS, której ustawy znoszące niezależność sądów wyprowadziły rodaków na ulice. I nie uderzaliśmy „w rząd”, ale w honor prezydenta, aby zawetował ustawy. Domagaliśmy się 3 razy weto, niestety, były tylko dwa.

Drugim wątkiem rozpoczętego 3. sezonu rządów PiS jest przepisywanie historii na nowo. Rozdział z podręczników „Polska w Unii Europejskiej” rozpoczyna się „Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej”. Został napisany ustami Konrada Szymańskiego w Radiowej Jedynce.

Wszyscy się oburzyli. Jak to? Wszak widzieliśmy, że Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz podpisywali akcesję Polski do UE, a Miller przytomnie się upomniał, że hola-hola: – „przecież ja jeszcze żyję”.

Szymański wcale nie musiał się pomylić. Dostępna jest w internecie odpowiedź pani Szydło na pytanie: kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej? Znacie? Przypomnę: „W 1992, a może 1993”. Wówczas Szymański był wiceszefem Młodzieży Wszechpolskiej, która to organizacja jest antyunijna, ale Szymański mógł robić za kreta.

Szymański jest kretem? Przyglądnijcie mu się dobrze. Trzeci wątek odcinka premierowego 3. sezonu jest autorstwa europosła, którego nazywam „O w pół do pierwszą” (on tak mówi, ta fraza w jego wykonaniu też jest dostępna w internecie). Ryszard Czarnecki był łaskaw się podzielić najradośniejszą nowiną (Stary Testament PiS), iż Westerplatte w 1939 roku bronili volksdeutsche, którzy organizują obchody 1. września. Oto w pełnym brzmieniu wpis na Twitterze: „Związek VOLKSDEUTSCHOW w Polsce organizuje obchody 1. Września na Westerplatte. Adamowicz przyznał im do tego prawo, bo się pierwsi zgłosili” (pisownia oryginalna).

Czarnecki musiał się poróżnić z panią Szydło albo wie, czego my nie wiemy, bo to ona ma brać udział w obchodach. Byłaby jednak zrozumiała postawa Szydło w wielu kwestiach, jeżeli uwzględnimy sugestię Czarneckiego – peryfrazę – iż jest volksdeutschem. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz poleciał po honorze Czarneckiego: – „Jak Panu nie wstyd pisać takie rzeczy o Westerplatte, miejscu, w którym ginęli Polacy? Premier Szydło ma wziąć udział w tych uroczystościach”.

Czy Czarnecki ma zdolności honorowe? Ktoś, kto nakładał krawat czerwono-biały bywszy w Samoobronie, raczej nie ma honoru. Zauważmy, że w pierwszym odcinku we wszystkich trzech wątkach przewija się nazwisko Szydło, a nie ma w nim „ukrytej opcji” Jarosława Kaczyńskiego. Spokojnie, jutro, pojutrze się odezwie!

Ten 3. sezon może być rozstrzygający dla całego serialu PiS. Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji, Unia Europejska ma już dość – ostro wypowiedzieli się Emmanuel Macron i Angela Merkel – więc przezornie w odwrotnym kierunku na Białoruś z poselską delegacją PiS udał się wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (wcześniej przyjacielską kwerendę odbył marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wsławił się określeniem miejscowego satrapy Łukaszenki – „ciepły człowiek”). Czy Polacy zgodzą się na odwrócenie zadkiem do UE? Właśnie w tym sezonie będziemy o tym decydować.

To fakt – to jest wypowiedź godna debila

>>>

„PiS to choroba Polski”.

NIE WAŻNE, ŻE ZABRALI… WAŻNE, ŻE DALI 500+. JACY MY POLACY JESTEŚMY GŁUPI

Niedługo minie dwa lata rządów PiS. Na koduj24 podsumowanie robi Tamara Olszewska.

PiS w kampanii parlamentarnej i dzisiaj

Gdzie dzisiaj są wyborcy PiS – czy jest im choć trochę głupio?

Już niebawem będziemy „obchodzić” drugi rok rządów PiS-u. Publicyści, znawcy tematu i zwykli szarzy ludzie zaczną oceniać te dwa lata, realizację obietnic wyborczych i będzie się działo, będzie głośno. Ja jednak dzisiaj chciałabym się skoncentrować na czymś, co zapewne umknie „bokiem”. Nie na nocnej zmianie, na obietnicach spełnionych i tych, o których w swej walce o władzę PiS nawet nie wspominał. Chciałabym, byśmy ponownie przyjrzeli się zarzutom, jakie w trakcie kampanii prezydenckiej politycy partii Jarosława Kaczyńskiego stawiali politykom PO i którymi idealnie rozegrali rozentuzjazmowane tłumy swoich wielbicieli. Popatrzmy więc, przypomnijmy je sobie. Ciekawe, czy PiS jest wolny od „tych samych grzechów”…

Wszechobecny nepotyzm i kolesiostwo

Pamiętacie ten jazgot, to szaleństwo? Bardzo umiejętnie politycy PiS wbijali narodowi, jak to za rządów PO rączka rączkę myła, jak kolega kolegę promował, a najważniejsze stanowiska obsadzano tylko rodzinką, przyjaciółmi, kumplami. „Puls Biznesu” opublikował w 2012 roku listę działaczy PO/PSL, ich rodzin i najbliższych, którzy w ciągu minionych 5 lat rządów tej partii znaleźli ciepłe posadki w firmach państwowych. Znalazło się na niej ok. 800 nazwisk (400 na liście PO i 400 na liście PL). O laboga… co za zbrodnia niesłychana!

Jak pokazało życie, PiS znacznie przeskoczyło tę liczbę. Po roku władania Polską, na analogicznej liście, opublikowanej przez „Puls Biznesu” w styczniu 2017 roku, znalazło się już ponad 1000 nazwisk. Tempo zajmowania stołeczków i skala tego zjawiska pokazują wyraźnie, że jedynym kluczem jest przynależność partyjna czy też sympatia, ale na pewno nie wiedza i kwalifikacje zawodowe.

Dług publiczny

Zgodnie z tym, co głosiło PiS, już w maju 2015 roku koalicja PO/PSL wpędziła Polskę w dług dochodzący do 900 mld zł. Naród z oburzeniem słuchał, w jaki kanał nas ta władza wpędziła. Polska jest wygaszana, PKB na poziomie 3,4% to fikcja i wielkiej pracy trzeba będzie, wielkiej cierpliwości, konsekwencji, by ratować z Polski, co się da, by postawić ją na nogi, naprawić i odbudować.

Jak jest dzisiaj? Po roku rządów PiS dług publiczny przekroczył bilion złotych, czyli wzrósł od czasu PO/PSL o ponad 100 mld i to w tak krótkim czasie. Mało tego, rząd założył sobie w 2017 roku kontynuację polityki zadłużania państwa i wzrost długu publicznego do co najmniej 1,075 mld zł. Znawcy tematu mówią, że takie tempo wzrostu i jego wysokość stanowią wielkie zagrożenie dla gospodarki państwa. Nie zdziwmy się więc, gdy przyjdzie załamanie gospodarki i… no właśnie… i co dalej?

Władza i wsłuchiwanie się w głos narodu

To „wstrętne” PO było głuche i ślepe. Robiło sobie, co chciało i – nawet wbrew woli narodu – wprowadzało wygodne dla siebie ustawy w życie. Nie zgodziło się na referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego czy pozostawienie 6-latków w przedszkolach. Taka to arogancja i buta tej władzy. Jarosław Kaczyński aż sapał z oburzenia, jego politycy podobnie, a do narodu zaczęło docierać, jak to jest lekceważony i ignorowany.

Mijają powolutku dwa lata władzy PiS i co? Bardzo umiejętnie obecni rządzący podzielili naród na dwie części. Z tą „lepszą” mają świetny kontakt, idą im na rękę, robią to, za co ta część ich jeszcze bardziej kocha. Tę drugą mają w nosie. Prośbę o przeprowadzenie referendum w sprawie reformy oświatowej, podpisaną przez prawie milion osób, PiS wywalił do kosza. O szerokich konsultacjach społecznych możemy zapomnieć, podobnie jak o głosie rzeczywistych ekspertów. PiS pozoruje współpracę ze społeczeństwem, jego wierni w to wierzą, a panowie i panie robią sobie, co im się tylko podoba i tak naprawdę, cały naród mają w nosie.

Ograniczenie wolności zgromadzeń

Ależ to była „wpadka” polityków PO i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zamarzył im się zakaz organizowania równoległych manifestacji i kontrmanifestacji. Zamarzył im się zakaz zasłaniania twarzy szalikami i czymś tam jeszcze. Jak to PiS głośno krzyczało, że łamie się art. 57 Konstytucji w związku z art. 31 ust 3 Konstytucji. No nie, partia Jarosława Kaczyńskiego na to nie pozwoli, a lud niech patrzy, kogo sobie wybrał.

Dzisiaj… Od grudnia 2016 r. pierwszeństwo w publicznym gromadzeniu się ma władza i Kościół. Mogą sobie nawet rezerwować terminy na tzw. zgromadzenia cykliczne i wara innym od gromadzenia się w tym terminie.

Prywatyzacja lasów

W trakcie kampanii prezydenckiej 2015 roku i potem, gdy walczono już o stołeczki w parlamencie, PiS i jego zwolennicy zelektryzowali Polaków strasznymi wieściami. Ten okropny Komorowski i politycy z jego partii chcą sprywatyzować nasze lasy. Jeśli im się to uda, to koniec z naszymi spacerami wśród drzew, słuchaniem śpiewu ptaków, zbieraniem grzybów, delektowaniem się pięknem leśnej natury. Zdrajcy, zbrodniarze, złodzieje… No cóż, były to plotki wyssane z palca, ale swoje zrobiły. Plotka nie plotka, naród jednak wiedział swoje i również za to rozliczył w wyborach 2015 roku.

Minęły dwa prawie lata. Jest 27 lipca 2017 roku. Pisowski Sejm przyjął ustawę o Krajowym Zasobie Nieruchomości, a w niej… zapis, kto przekaże grunty pod zabudowę w ramach programu Mieszkanie Plus. Wśród licznych wymienionych są też Lasy Państwowe, które będą musiały oddać 600 tys. ha lasów. Tę ziemię będą mogli potem, w przetargach, kupować prywatni inwestorzy. Komentarz chyba zbędny, prawda?

Niekorzystna umowa gazowa z Rosją

Fakt jest faktem – rzeczywiście koalicja PO/PSL podpisała bardzo niekorzystną dla nas gazową umowę z Rosją. Tak wynika z raportu NIK i dyskutować tutaj się nie da. Jednak, co robi PiS, gdy objawił nam się w Polsce Donald Trump, nowy prezydent USA? Podczas rozmów rząd dogadał się z nim w sprawie sprowadzania gazu z USA. Cena, jaką przedstawili Amerykanie w negocjowanym kontrakcie u niejednego eksperta w tej dziedzinie przywołuje ostry ból głowy. Ten gaz ma być droższy niż rosyjski, katarski i norweski i każdy inny, jaki dotychczas docierał do Polski. I co z tym fantem zrobić?

Mogłabym jeszcze długo i dużo. O służbie zdrowia, polityce zagranicznej, stanie polskiego wojska, edukacji. Krytycznych słów wobec PO padło w kampanii parlamentarnej mnóstwo. Według PiS-u 8 lat władzy PO to jedna wielka porażka, wielka katastrofa, zdrada Polski, za którą trzeba polityków PO rozliczyć i ukarać. Mogłabym, tylko właściwie, po co?

Czy ci, którzy tak łatwo dali się na taką retorykę nabrać, pamiętają, jak obrzucali pomidorami busy wyborcze PO, jak gwizdali, buczeli, żądali głów? Gdzie dzisiaj jest ich poczucie sprawiedliwości i odpowiedzialności za Polskę? Czy potrafią uczciwie stanąć i powiedzieć, że dali się nabrać, że czują się oszukani? Czy to, co spowodowało ich złość i rozczarowanie, co spowodowało, że oddali swój głos właśnie na PiS, dzisiaj od PiS-u ich odsunie? Jestem bardzo ciekawa, co im siedzi w głowach, czy rozumieją, jak bardzo dali się zmanipulować i… czy jest im choć trochę głupio?

Wspaniała Ola

Kieliszkowa Błasik.

Lis bezlitosny dla władzy PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o ostatnich wydarzeniach związanych z PiS.

Kaczyński to gorszy Gierek

Dzienna porcja newsów, które obnażają niekompetencję polityków PiS jest porażająca. I chciałoby się rzec, że gdyby tak zdarzyło za poprzedników, to popłynęliby w sondażach i nie tylko. A jednak PiS-owi nie maleje w sondażach, tak jak Platformie po aferze podsłuchowej. Tych „podsłuchów” pisowskich jest co nie miara, a im nie ubywa, a może wręcz przeciwnie. Dlaczego tak się dzieje?

Jednym z wytłumaczeń i kto wie, czy nie bliskim prawdy – poprzez analogię – jest to, iż PiS korzysta z dobrodziejstwa, jakie pozostały po poprzednich rządach tak, jak korzystał Edward Gierek z zachodnich pożyczek. Zanim dewizy zostały przejedzone, I sekretarz z Sosnowca miał się całkiem, całkiem dobrze, dopiero zmiotła go „Solidarność”.

Media komusze, bo tylko takie były, waliły w „Solidarność”, jak w bęben, że to za ich sprawą źle się dzieje, że „totalna opozycja” odpowiada za braki wszystkiego na rynku i za ocet w sklepach, a złotówka traci na wartości. Mit Gierka do dziś ma silne oddziaływanie w narodzie, co przełożyło się za naszych już niepodległych czasów, że jego syn nie miał kłopotów z uzyskaniem mandatu posła, a Jarosław Kaczyński – aby zyskać głosy wyborcze – I sekretarza nazwał patriotą.

PiS w tym znaczeniu jest gierkowski, zgadzam się z komentatorami w TOK FM, że obecna władza „to ekipa największych nieudaczników w historii Polski. Nie mam wątpliwości, że to o niebo więksi nieudacznicy niż w czasach PRL-u”. Akurat to są słowa naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa. „Sprawność” pisowskiego rządzenia celnie nazwała Agnieszka Wiśniewska z „Krytyki Politycznej”: – „Jeżeli coś trzeba załatwić, to w parlamencie można instytucje przeformułować i zmieniać ustrój państwa. A jeżeli jest wichura i kable zrywa, to tylko sołtys może pomóc, bo państwo nie działa”.

Taki Mariusz Błaszczak wychodzi przed kamery i macha dokumentem, jakoby w jego resorcie w pocie czoła stworzonym, który ma uprościć procedury odbudowy po klęskach żywiołowych. Od razu mu wytknięto, iż „ciężko nie miał, bo zerżnął z Tuska”. Błaszczak ponadto zaapelował, iżby nie lansować się na tragedii. Błaszczak, a ty nie lansuj się na Tusku!

Można zastanawiać się, w jakim roku gierkowskim znajduje się władza PiS. Zdaje się, że bliżej 1980 roku, który żegnał I sekretarza i my będziemy żegnać prezesa PiS. Ta pisowska Polska nie jest do utrzymania w żadnych ryzach, społeczeństwa nie można bezustannie zastraszać, nasyłać na obywateli policję pod pretekstami wyssanymi z palca. A tak zdarzyło się dzisiaj z aktywistami broniącymi Puszczy Białowieskiej. Obóz dla Puszczy naszło kilkudziesięciu funkcjonariuszy z psami i antyterrorystów w kominiarkach. Szukali… narkotyków. Dlaczego taki powód? Czyżby marychę albo hasz lepiej jarało się na świeżym powietrzu? A do tego nie pozwolono aktywistom filmować działań policji. Tutaj więcej do powiedzenia mają prawnicy. Nie może być tak, że zaatakowany obywatel RP broniący praworządności nie mógł zbierać dowodów na bezprawie – zwłaszcza bezprawie państwowych służb.

W formie tego felietonu nie mieści się news o „obatelu” Ryszardzie Czarneckim, który dostał wzwodu strzelca wyborowego na wieść, iż libijska straż morska ostrzelała statek należący do hiszpańskiej lewicowej organizacji pozarządowej, która wspomaga uchodźców w imigracji. „Wreszcie” – strzelił sobie na sucho na Twitterze Czarnecki.

Podobnych newsów i newsików każdy dzień przynosi zatrzęsienie. A jest kanikuła, prezes jeszcze nie wrócił z wakacji od Brudzińskiego. Co będzie, gdy wszyscy będą na miejscu? Ci nieudacznicy są gorsi niż w PRL-u, ciemniacy (jak nazwał ich Kisiel) z każdym dniem coraz bardziej psują Polskę, bo jest co zepsuć. Kaczyński to taki gorszy Gierek, w sam raz jego wizja nie działającej Polski pasuje do „dyktatury ciemniaków” Gomułki. Bo kim są wspomniani Błaszczak, Czarnecki, Szyszko?

SZUBARTOWICZ NA WEEKEND 🙂

I WTEDY WRESZCIE BĘDZIE MOŻNA WYSYŁAĆ TYLKO POLSKIE SMS-Y. Może uda się ostrzegać ludzi przed nawałnicami? Wszystko to i tak wina Tuska…

>>>

OJCIEC TADEUSZ PROSI O WIĘCEJ…

W kwestii wody z kranu.

Zuzanna Radzik (teolożka, publicystka współpracująca z „Tygodnikiem Powszechnym”, autorka książki „Kościół kobiet”. Pisze o dialogu polsko-żydowskim i teologii feministycznej. Działa w Forum Dialogu) pisze w „Wyborczej” o na swoim blogu o marszu ONR. Wszystko było bardziej wstrząsające, niż się spodziewałam. Na przedzie krzyż, a tłum krzyczy: „Ave, Christus Rex”. A potem zaraz: „Znajdzie się kij na lewacki ryj!”.

Mocuję się, szukając odpowiedniego tłumaczenia, i nic.

Słowniki wiele nie pomogą, bo dopiero w 2016 roku słownik oksfordzki języka angielskiego dodał słówko „upstander” do swojego zasobu, i to na żądanie legislatury stanu New Jersey.

Wszystko dzięki Sarah Decker i Monice Mahal, które trzy lata wcześniej rozpoczęły w swojej szkole akcję w tej sprawie. Temat podchwycił senator stanowy i w efekcie legislatura stanu New Jersey zobowiązała Oxford Dictionaries i Merriam-Webster Inc. do uzupełnienia słownika.

Słowo, o które chodzi, ukuła dyplomatka Samantha Power, a rozpropagowała amerykańska organizacja edukacyjna Facing History and Ourselves, która uczy nauczycieli, jak wyciągać z uczniami etyczne i obywatelskie wnioski z historii. Powtarzając, że „ludzie dokonują wyborów, a te wybory kształtują historię” (People make choices, choices make history), Facing History definiuje upstandera jako osobę, która podjęła decyzję, by wpływać na kształt świata przez występowanie przeciw niesprawiedliwości i wprowadzanie pozytywnej zmiany.

Efekt majówki?

Kto zacznie ze mną akcję, żeby ten termin zgrabnie przetłumaczyć i wprowadzić do słownika? Jakby tu oddać jego nieco rebeliancki, ale też obywatelski charakter? A może do ukucia neologizmu zainspirować się nazwiskiem Ireny Sendlerowej? W końcu to ona na wykładach stała na znak sprzeciwu wobec getta ławkowego, a szturchnięta przez bojówkarza ONR z pytaniem, czemu stoi, odpowiedziała: „Bo jestem Polką”.

No, upstander, jak się patrzy! O ratowaniu dzieci z getta nie wspominając. Może przetłumaczmy upstandera tak: sendler.

O upstanderze myślę od soboty. Od tego nieszczęsnego marszu ONR przez centrum stolicy, który przyszło mi oglądać, choć, niestety, nie udało się zablokować. I od dokumentu Episkopatu, który ostatecznie na tytuł „sendlera” nie zasłużył, bo chyba przestraszył się sam siebie.

Wydawało się, że nie będzie żadnych zaskoczeń. Blokujących jednak mniej, niż się spodziewałam. Może efekt majówki. To, że policja interweniuje w reakcji na taką blokadę, było przewidywalne, choć w którymś momencie wtargnęła w nasz tłum zaskakująco brutalnie.

Ma rację korespondent AP, że to była brutalność nieuzasadniona. Było nas tak niewiele, że można nas było i tak łatwo zepchnąć na chodnik. Czy przywidziało mi się, że policjant popychał i kopał chłopaka obok? Nie, same ledwo się uchyliłyśmy.

Wydarło się z gardeł

Chwilę potem nadeszli. W luźnym szyku, z teatralnie wysokimi sztandarami i flagami, jakby chcieli swój marsz zagęścić. I wtedy okazało się, że na przedzie idzie krzyż, a tłum krzyczy: „Ave, Christus Rex”.

„Co???” – wydarło nam się z gardeł.

Wszyscy wokół krzyczą. Marsz swoje, blokada stara się go przekrzyczeć słowami: „Warszawa wolna od faszyzmu”. Wbiło nas w chodnik. To nie może się dziać naprawdę! Z krzyżem? Z Chrystusem w okrzykach? Nie przeszło jeszcze nawet pół pochodu, gdy hasło zmienili na: „Znajdzie się kij na lewacki ryj!”.

I jakoś to wszystko: kolory, proporce, maszerujący w szyku, opaski na ramionach, okrzyki i ten krzyż było bardziej wstrząsające, niż się spodziewałam.

Najwspanialej reagowała Zuza, z którą byłam na blokadzie. Z tak spontanicznym oburzeniem, że aż zawstydzało. W końcu, gdy dogoniłyśmy czoło demonstracji (bo policja przypadkiem odcięła nas kordonem od naszej blokady), nie wytrzymała i wdała się w dyskusję z panami niosącymi krzyż.

Nie pomogło tłumaczenie policjantom, że to taka wewnątrzkatolicka dyskusja o nadużywaniu symboli religijnych. Odciągnęli nas i spisali.

A gdy spisywali, Zuza zagadywała przechodniów, wołając: „Nie wierzę! Czy państwu to nie przeszkadza?”.

„Przeszkadza” – nieśmiało i cicho odparła stojąca najbliżej nas kobieta z dziećmi.

I tu chyba jest sedno. Bo gdy marsz szedł ku placowi Zamkowemu, po obu stronach ulicy mijał mnóstwo spacerowiczów z lodami, dziecięcymi wózkami, balonikami. Wiadomo, Krakowskie Przedmieście w weekend.

Czy państwu to nie przeszkadza? – chciało się wołać. I pewnie niejeden powiedziałby, że tak. A jeśli by im przeszkadzało, jeśliby rozumieli, dlaczego powinno, to naprawdę spacerowiczów było tam więcej niż ONR-u. Trzeba było tymi wózkami dziecięcymi zajechać im drogę, a proporce zasłonić gęstwiną baloników z helem.

A może czas uczyć tak historii, żeby z niej wyciągać moralne i obywatelskie wnioski, a nie tylko się nią emocjonować. Zamiast być dumnym z wielkiej Polki Sendlerowej, zacząć rozmawiać, jak przygotować się do podjęcia takich decyzji, jakie one podjęła.

O tym, ile kosztuje, by zachować się tak jak ona? Jak kształtować charakter, wrażliwość i odwagę cywilną, zanim stanie się przed taką próbą? A przy okazji wspominania jej postawy warto przypomnieć, co to ten ONR. Pytanie, jak zamiast stojących w szeregu lub przechodzących mimo zrobić z nas i młodszych od nas „sendlerów/upstanderów”, jest być może najdonioślejszym, jakie staje przed wychowawcami i formatorami.

Biskupi bezpiecznie, z boku

Cała ta demonstracja wydarzyła się tuż po tym, jak Konferencja Episkopatu Polski zebrała pochwały od prawa do lewa za swój dokument o patriotyzmie. Ale jeśli uważnie się wczytać, w gruncie rzeczy biskupi stanęli bezpiecznie z boku, jak tej soboty przechodnie na Krakowskim Przedmieściu. Trudno powiedzieć, co właściwie myślą.

Nawet jak wyrażają niepokój, to nie chcą go nazwać.

Nie było tego głosu, gdy zachodziliśmy w głowę, co robią sztandary ONR w białostockiej i łódzkiej katedrze i czemu ksiądz z wałów Jasnej Góry zakrzykuje: „Chwała wielkiej Polsce!”.

Brakowało, gdy polski Kościół nie miał sposobu, by opanować młodego księdza, który mienił się duszpasterzem narodowców i zyskiwał zwolenników również noszących sutanny. Chciałoby się usłyszeć lament biskupów, gdy Centrum Badań nad Uprzedzeniami przy UW prezentowało wyniki badań na temat uprzedzeń i mowy nienawiści, które pokazują znaczący wzrost nastrojów antysemickich i antyislamskich, zwłaszcza wśród młodzieży.

Badacze tłumaczyli, że następuje desentycyzacja, czyli spada uznanie nienawistnych wypowiedzi za obraźliwe, bo się do nich przyzwyczajamy. Ale przecież takich dosłowności i konkretów w tym dokumencie nie ma.

A może biskupi nie chcieli mówić wprost, ale swoim tekstem pragnęli stanąć w obronie właśnie pacyfikowanego politycznie Muzeum II Wojny Światowej, które niezbyt patriotycznie pokazuje, jak straszna jest wojna? W końcu o potwornościach wojny wspominają w swoim tekście.

Czy ogłaszając go właśnie teraz, pragnęli zwrócić uwagę na ignorowaną przez władze państwowe rocznicę akcji „Wisła”? Wszak piszą, o „poczuciu wspólnoty wobec wszystkich obywateli, bez względu na ich wyznanie czy pochodzenie”, co pewnie powinno obejmować również Ukraińców.

Czy może, wspominając, że miłość narodu nie może być powodem pogardy do innych, chcieli nas namówić do blokady idącego dwa dni później przez Warszawę rocznicowego marszu Obozu Narodowo-Radykalnego?

Zgaduję jednak, że nic konkretnego od nas nie chcieli, a już z pewnością nie w sprawach bieżących.

Co nam teraz po tym ostrożnym dokumencie? Podczas kiedy biskupi zbierają pochwały za swoją spóźnioną i wyważoną reakcję, po stołecznych ulicach z krzyżem na czele maszeruje nam ONR. Myślicie, że wyciągną wnioski z własnego dokumentu? Że biskup tej części Warszawy nazwie to, co się działo nieopodal jego kurii i katedry, nadużyciem? A może trzeba było zejść z biskupiej kanapy i zajrzeć, co się dzieje na placu Zamkowym? Może – jak apeluje Zbigniew Nosowski – sytuacja znajdzie odbicie w trzeciomajowych kazaniach naszych pasterzy? Chętnie dam się zaskoczyć, ale jakoś nie wierzę. A tych kazań okolicznościowych trochę się zwykle boję.

Nie mnożyć słów

Biskupi napisali w sumie rzeczy oczywiste, na przykład że egoizm narodowy jest niechrześcijański, a prawdziwy patriotyzm przejawia się w szacunku do prawa. Czy faktycznie potrzebujemy, żeby nam wyjaśnili, że niekatolik to też dobry Polak, i czy przypadkiem nie brzmi to protekcjonalnie?

To instrukcja bezpiecznego patriotyzmu, nie ma w niej specjalnie wyzwań. Po trzydziestu latach debat o również czarnych kartach historii słyszymy tu o potrzebie przebaczenia, ale nic o tym, jak robić rachunek sumienia i o przebaczenie prosić.

A chyba udowodniliśmy, że mamy z tym problem. Podobnie pewnie do wszystkich społeczeństw. Owszem, zwracają uwagę, by się uwolnić od własnego bólu, ale nie mówią, co mamy zaproponować tym, którzy z naszego powodu są zbolali.

Nasi pasterze nie dają wskazówek, jak budować swój patriotyzm bez zaprzeczania wyrządzanym przez współobywateli krzywdom, co jest tak często wyśmiewane jako „pedagogika wstydu”.

Daleko nie szukając, w tym duchu właśnie pisze w „Gościu Niedzielnym” rektor wydziału teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego, o. prof. Dariusz Kowalczyk SJ, który z przekąsem mówi o patriotyzmie ograniczającym się do kasowania biletu i sprzątania po psie, sam jednak z troską pochyla się nad tym, że nazwa „caffe latte” wypiera prawdziwie polską „kawę z mlekiem” z restauracyjnych menu.

A skoro rektor wydziału teologii złości się, że dofinansowanie dostało „Pokłosie”, a nie film o rodzinie Ulmów, wymordowanej za pomoc Żydom, to trudno się dziwić, że trudne rozmowy o pamięci i historii nie znajdą odpowiedzi także w dokumencie biskupów. Widać Kościół nie widzi swojej roli w formowaniu sumień i przygotowaniu rachunku sumienia, tylko dba o nasze dobre samopoczucie.

To istotne, że w dokumencie wspomniano o wieloetniczności obywateli dawnej Rzeczypospolitej, prawda jest jednak taka, że taką edukację ciągną zapaleni nauczyciele i organizacje pozarządowe, ale najczęściej nie katecheci.

Nie można było nie wymienić Holocaustu, ale cóż z tego, skoro niewielu metropolitów bywa na rocznicach tych tragicznych wydarzeń obchodzonych w ich miastach. Już nie mówiąc o inicjowaniu tej pamięci tam, gdzie jest trudna lub jej nie ma.

Jak wreszcie zobaczę metropolitę warszawskiego i alumnów seminarium 19 kwietnia pod pomnikiem Bohaterów i Męczenników Getta, to dopiero uwierzę.

Pociechę można znaleźć w tym, że życie rzuca tak wiele wyzwań (a jak wiemy, „people make choices, choices make history”), że jeszcze nieraz będziemy mogły i mogli dokonać wyborów, które pozwolą nam zostać „sendlerami/upstanderami”.

Właściwie wszystko jeszcze przed nami, tylko niech nas nie uśpi 13-stronicowy dokument Episkopatu. Zresztą dokumenty są łatwe, a potem można składować je w archiwum. Co jednak zrobić, by jak prawdziwy „sendler/upstander” wprowadzać w świecie zmianę, a nie tylko mnożyć słowa?

Takich sendlerowych/upstanderowych dylematów wszystkim nam życzę z okazji nadchodzącego narodowego święta.

„Duda nie jest prezydentem wszystkich Polaków, bo nie został przez wszystkich wybrany” – ogłosił PAD w TVP Historia

Waldemar Mystkowski pisze o dniu, jak co dzień.

Witold Waszczykowski znowu wstał lewą nogą. Z samego rana odpowiedział Emmanuelowi Macronowi nie na temat, bo kandydat na prezydenta Francji nie powiedział, że „Polacy mają sympatię wobec imperialnej Rosji” (jak czytamy w komunikacie polskiego MSZ – która byłaby notą dyplomatyczną, gdyby Macron został prezydentem Francji), lecz Macron zestawił reżimy „panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina”.

Waszczykowski powinien z rana odczekać, dojść do siebie, przemyśleć i dopiero wówczas odpowiedzieć. Acz najrozsądniej byłoby, gdy poczekał do wyboru prezydenta Francji. Już teraz zasuwa takie wpadki, co będzie, gdy Macron zostanie prezydentem?

Waszczykowskiemu wtórował Ryszard Czarnecki. Ten to mógł znowu spać w swoim krawacie czerwono-białym. Takie barwy w paski nosi od czasów służenia innemu geniuszowi Andrzejowi Lepperowi. Czarnecki pouczył Macrona via Telewizja Republika: „Popełnia poważny błąd. Jesteśmy liderem nowej Unii i lepiej dobrze z nami żyć”.
Czarnecki mógł się w ogóle nie wybudzić. Liderem, prymusem Unii już byliśmy, teraz najwyżej tej Unii jesteśmy osłem – bo tam nas posadzono, do oślej ławki dla liderów specjalnej troski. Czarnecki mógł też pomylić Unię, np. nową Unię z „ciepłym człowiekiem”.

Ale najlepszy jest jednak Jarosław Kaczyński. Przy odsłanianiu pomnika brata Lecha Kaczyńskiego (i Marii Kaczyńskiej) w Białej Podlaskiej był łaskaw się podzielić tym, czego nie podają jeszcze podręczniki historii: „Gdyby nie pozycja Lecha Kaczyńskiego w Solidarności, ta formacja nie miałaby żadnych szans”.

Tak brat Jarosława się zakonspirował, że norweski Komitet Noblowski przez pomyłkę przyznał pokojową nagrodę Lechowi Wałęsie.

To zdaje się główny powód reformy edukacji. Tylko czekać, gdy dowiemy się, że obydwu braci K. wykarmiła wilczyca i tak powstał Rzym. W kosmos zaś nie została wysłana Łajka, tylko kot Alik prezesa. W związku z wyznaniem Kaczyńskiego pod pomnikiem w Białej Podlaskiej dla wielu internautów zasadne jest pytanie: czy prezes bierze to samo, co Macierewicz?

„Ucho prezesa” to marny kabaret – wypowiedzi Waszczykowskiego, Czarneckiego i prezesa to poziom nie do osiągnięcia przez Kabaret Moralnego Niepokoju.

Kleofas Wieniawa pisze o Waszczykowskim, który dał odpowiedź Emmanuelowi Macron.

Witold Waszczykowski nie zrozumiał tego, co powiedział Emmanuel Macron. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem, ale mogę tylko odnieść się do walorów intelektualnych Waszczykowskiego – czyli niewielkich, a polityczne walory szefa dyplomacji polskiej są takie, jak „sukces” 1:27.

Jak to się dzieje, iż polska dyplomacja ma problem z kandydatem na prezydenta? A co będzie, jak on będzie prezydentem? Czy już słynne mistrale będą chodzić u pasera za pół dolara?

Taka jest wartość polskiej dyplomacji. Można ją tylko zbywać u pasera. Nikt poważnie nie potratuje złotych myśli Waszczykowskiego, może je upłynnić tylko u pasera, czyli elektoratu PiS. Kupią każdą brednię.

Kandydat (jakkolwiek murowany) Macron był się wyrazić o swojej konkurentce Marine Le Pen, iż ma sojuszników, to są „reżimy panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina”.

W kraju możemy sprzeczać się (pisze o ludziach rozumnych), czy demolka Trybunału Konstytucyjnego to kontuzja demokracji? Jak poważna? Itd. Na pewno nie możemy sprzeczać się, co do mediów publicznych, bo ich nie ma, są media dawniej publiczne, dzisiaj partyjne. Jak Polacy nazywali partyjne media NSDAP obce Polakom, oprócz szmalcowników? No, jak? Gadzinówkami. I ja tak nazywam – TVP – to gadzinówka.

Jak można nazwać przymiarkę Zbigniewa Ziobry (nawiasem żaden z niego prawnik, a język polski jest mu przeszkodą), który zniszczy za chwilę władzę sądzenia (niezależną od rządu i władzy ustawodawczej w definicji standardu demokratycznego) – KRS, sądy? No, jak?

Jest tego więcej. Czy nie można nazwać tego rezimem? Można. Co? Jeszcze nie zabija się Polaków przez resorty siłowe? PRL też w dojrzałej fazie zabijał „niechętnie” i to bardzo sporadycznie. PiS już uruchomił narzędzie, które pozwolą używać siły. To się zawsze kończy jednako – rozlewem krwi. Ba, te narzędzie są nie do powstrzymania. ONR – już nie jest do powstrzymania, wspierane przez posłów PiS. I przede wszystkim najgorsze narzędzie – Wojska Obrony Terytorialnej.

O tym  mówił Macron. Kandydat na prezydenta Francji zestawił nazwiska. Powtórzę – zestawił. Co pisze Waszczykowski w odpowiedzi Macronowi?

Oto: Macron „nie ma prawa oskarżać Polaków o sympatię wobec imperialnej Rosji”. Macron nie powiedział o sympatii wobec Rosji. Wszelkie reżimy (zwłaszcza sąsiadujące ze sobą) znoszą się, walczą ze sobą, doprowadzają do wojny. Bo „Rusek jest ponad wszystkich. Rosja dla Rusków, tylko Rusek” stanie przeciw „Polak jest ponad wszystkich, Polska dla Polaków, zawsze Polak””.

Wojny to walka nacjonalizmów. I dlatego, że ich nie było po 1945 roku, dlatego nie było w Europie wojen, wszak na kontynencie, gdzie najwięcej wojen odbywało się w historii. To jest ogromna zasługa Unii Europejskiej. A oprócz tego dobrobyt. O tym mówi Macron. I z tym walczy PiS.

A Waszczykowski ma problem z podstawowym myśleniem, z mysleniem na poziomie szkoły podstawowej. Porównanie o zestawienie nazwisk nie jest „sympatią”.

Takie mamy niedouczone towarzystwo u władzy, manipulatorskie. Może Marine Le Pen nadużyła określenia, iż razem z Kaczyńskim dokona rozkładu Unii Europejskiej, może. Lecz w debacie publicznej używają tych samych argumentów, takiej samej są prowenciencji ideowej, taki sam marny styl jest im właściwy. Dzisiaj Kaczyńskiemu nie opłaca się mówić o opuszczeniu Unii, ale wszystko wskazuje, że do tego dąży. Przyjdzie taki moment, że plunie jakimś elementem animalnym, gorszym sortem, gestapo. Prezes PiS nie jest kimś szlachetnym, ani takie nie jest jego myślenie. To „czysty” tombak, którym można orżnąć pasera.

Ależ mamy bryndzę intelektualną u władzy. Tak mogę tylko zrecenzować „twórczość” dyplomatyczną Waszczykowskiego. Brr… Grafoman! To nie jest powstanie z kolan, to jest padnięcie na twarz. Żaden rozumny człowiek nie użyje takiego kiczu metaforycznego.

WSZYSCY TO JUŻ WIDZĄ. FRANCUZI. AMERYKANIE. KIEDY ZOBACZĄ TO POLACY?

>>>

26 GENERAŁÓW I 256 PUŁKOWNIKÓW WYMIENIONYCH NA 161 KSIĘŻY… TO JEST TA DOBRA ZMIANA W ARMII ???

Warto iśc za tokiem rozważań Wojciecha Maziarskiego („Wyborcza”) o delegalizacji PiS. W obozie „dobrej zmiany” wprost roi się od ludzi o mentalności zamordystów domagających się zakneblowania oponentów i pozbawienia Polaków ich konstytucyjnych praw.

Bardzo zawiedzeni muszą być ci, którzy myśleli, że masowe zademonstrowanie sprzeciwu wystarczy, by zmusić PiS do rezygnacji z narzucania Polakom zakazów i nakazów, których oni nie akceptują. Setki tysięcy kobiet, przy równie masowym wsparciu mężczyzn, pokazały jednoznacznie i dobitnie, że nie zgadza się na to, by PiS im zaglądał do macic – a Kaczyński swoje. W wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” z początku kwietnia zapowiedział, że mimo protestów wprowadzi zakaz aborcji z powodu uszkodzenia płodu.

Ma nawet jakiś chytry pomysł, jak to zrobić, którego na razie nie ujawni. Z niejasnych aluzji i sugestii można domniemywać, że tym razem nie chce zakazu procedować w Sejmie w formie projektu ustawy, lecz narzucić go obywatelom w jakiś inny, podstępny sposób. „Zakaz aborcji eugenicznej ma szanse na wprowadzenie w stosunkowo nieodległym czasie, choć w nieco inny sposób, niż próbowano do tej pory. (…) Na razie nie chcę wchodzić w szczegóły, ale sprawa będzie rozwiązywana na płaszczyźnie prawnej”.

Ta zapowiedź to niejedyny dowód na to, że PiS jest partią antydemokratyczną i dyktatorską. Oto posłanka PiS Krystyna Pawłowicz zaapelowała do zdominowanej przez ludzi PiS Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o wydanie zakazu emisji „Faktów” TVN. „Niech się Rada nie boi!” – wezwała konstytucyjny organ mający stać na straży wolności słowa w Polsce. „Rada się nie boi, rada czeka na dobre prawo” – odpowiedziała jej rzeczniczka KRRiT. Czy można to interpretować inaczej niż jako wezwanie do uchwalenia przepisów umożliwiających władzom cenzurowanie mediów?
Przypomnijmy konstytucyjny zapis: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu”.

W obozie „dobrej zmiany” wprost roi się od ludzi o mentalności zamordystów domagających się zakneblowania oponentów i pozbawienia Polaków ich konstytucyjnych praw. Do Krajowej Rady napłynęło ponad 12 tys. identycznie brzmiących listów żądających odebrania koncesji na nadawanie programów TVN i TVN 24.

A była kandydatka na senatorkę PiS, aktorka Anna Chodakowska podzieliła się z czytelnikami portalu wPolityce.pl tą oto myślą: „Takie osoby jak reżyser ‚Klątwy’ powinny być pognane z naszego kraju i poszczute psami. Gadanie, że można nie iść do teatru, w którym drwi się ze świętości, i wybrać sobie coś innego, jest bzdurą. Trzeba myśleć inaczej: ja nie chcę, żeby w moim mieście, w moim kraju narażano spokój sumienia i krzywdzono kogokolwiek. Jest przecież na to paragraf i to trzeba traktować poważnie. (…) Obraza uczuć religijnych jest bardzo mocnym zarzutem i ten przepis trzeba stosować”.

Przypomnijmy więc zapis konstytucji: „Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”.
Pytanie, z którym prędzej czy później będziemy musieli się zmierzyć, brzmi: czy te i inne dowody antykonstytucyjnej działalności PiS-u – np. zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego, dążenia do podporządkowania sądów rządowi itp. – wystarczą, by po odsunięciu tej partii od władzy rozważać postulat jej delegalizacji, rozliczenia liderów i przeprowadzenia w Polsce szerokiego procesu depisyzacji?

Magdalena Środa pisze o Ryszardzie Czarneckim.

O Ryszardzie Czarneckim najprościej można powiedzieć, że zna wszystkich, wie wszystko, jest wszędzie, wszędzie bywał (niemal w każdej partii), jest – po prostu – Wszystkim. Dzień w mediach bez Ryszarda Czarneckiego to niewątpliwie dzień stracony. I nie wiem, czy to dziennikarze biją się o obecność (choć okruch obecności!) tego wielkiego polityka, czy też Ryszard Czarnecki jest obstawiony armią asystentów, których jedynym zadaniem jest promować polityka w mediach, rozsyłać informacje o jego pełnej gotowości do wypowiedzenia się na każdy temat, o każdej porze, dla każdej stacji. Zapewne są też stacje, które mają go na stałe w swoim grafiku, jak poranną modlitwę czy sprawozdanie z kolejnej mszy, pielgrzymki lub cudu. Bo też Ryszard Czarnecki jest prawdziwym cudem w polityce. Człowiek Renesansu, o głębokiej wiedzy, szerokich układach, wielkich wpływach, wszechstronnych umiejętnościach. A jaki mówca! A jaki rozmówca! Światowiec i patriota w jednym. Do tego posiada niezwykłą moc dzielenia nie tylko swoich zainteresowań z innymi, ale i dzielenia się swoim ciałem. Potrafi być naraz w kilku miejscach: w Brukseli, Strasburgu, w Warszawie i w Toruniu. Zdawać by się mogło, że poseł europarlamentu i jego wiceprzewodniczący jest pochłonięty sprawami Europy. Jak twierdzi wielu posłów i posłanek (spoza PiS) praca w europarlamencie wymaga czasu, zaangażowania, obecności i aktywności. Ale poseł Czarnecki jest ponadto, on wyprzedza wszystkich kolegów, przewiduje, antycypuje, o wszystkim wie, wszystkim zarządza i dlatego może dzielić swoje ciało na kilka miejsc, w których jest pożądany, niezbędny, zbawczy: na telewizyjne studia, Dom Partii na Nowogrodzkiej, apartamenty ojca Rydzyka, polski Sejm, miejsca tajnych narad ministrów, generałów, służb, Episkopatu zapewne też. Żadne ciało polityczne i duchowe bez Ryszarda Czarneckiego nie jest pełne. Jakie szczęście ma obecnie PKOl, że Ryszard Czarnecki tam kandyduje na szefa! Co tam kandyduje?! On już nim jest. Tacy jak on nie kandydują, im się należy!

Ryszard Czarnecki zapewne nie będzie prezydentem, nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że ta pozycja polityczna jest w Polsce poważnie skompromitowana. Ryszard Czarnecki nie lubi siedzieć w przedsionku i błagać o dostęp do Prezesa jak prezydent Duda. Czarnecki lubi pociągać za sznurki, lubi organizować tajne spotkania, ma Swoje Wielkie Pomysły. Wielkim politykiem ten polityk jest.

I tylko małe pytanie do dziennikarzy: „czy musicie?”„czy musicie sprowadzać politykę i opinię publiczną na poziom posła Czarneckiego?” Poseł Polski nie zbawi, ale media ściąga do swojego poziomu. Czy można choć jeden tydzień w kwartale zorganizować w mediach bez pana posła? Nikt wtedy nie straci pracy, telewidzowie odetchną, pan poseł troszkę odsapnie i w Polsce zrobi się nieco normalniej. Na jeden tydzień.

Waldemar Mystkowski pisze o przesłuchaniu Tuska w warszawskiej prokuraturze.

Przeszło 8 godzin zajęło prokuratorom wałkowanie Donalda Tuska, aby wyżymać z niego jakąś kroplę winy bądź strachu. Nie był to jeszcze słynny areszt wydobywczy, acz już przesłuchanie wydobywcze, owszem. Tusk po tym wydobywaniu trzymał się świetnie, jakby dopiero teraz czekał go bieg dla zdrowia. Taki bieg kilkunastokilometrowy odbył z samego rana zanim wsiadł do pendolino w Sopocie, aby udać się do Warszawy na przesłuchanie w prokuraturze.

A pamiętajmy, za 2 dni Tusk kończy 60 lat. Nie straszne mu kompleksy ociężałego Jarosława Kaczyńskiego, z których zrodził się ten całodniowy spektakl. Własnie! Mamy do czynienia z teatralizacją życia politycznego w całej pełni. Tusk podjął wyzwania, bo rodzący się reżim najlepiej ośmiesza się poprzez spektakl. Wybór spektaklu nie jest nazbyt szeroki. Reżim zawsze wybiera sentymentalizm: bijące serce wodza albo głaskanie po główce dziecka. To wzrusza katów, jest tak uniwersalne, jak grafomania ideologiczna zamordyzmu.

A odtrutką jest groteska, obnażyć śmieszność satrapy. Tusk odpowiedział spektaklem groteski, bo innej formy nie ma, aby obnażyć niecne zamiary. Odpowiednik formy można znaleźć w Gombrowiczu, w Mrożku, u Bertolda Brechta w „Karierze Artura Ui”, w „Jesieni patriarchy” Marqueza bądź u Alfreda Jarry, w jego „Królu Ubu”. Ten ostatni proroczo już w roku 1888 przewidział prezesa PiS Kaczyńskiego.

Fabuła absurdu politycznego dzieje się w Polsce, czyli Nigdzie. Takie „Nigdzie” z Polski robi Kaczyński w roku 2017, a jego kompleksy i zacietrzewienie, choćby podczas miesięcznic smoleńskich świetnie oddaje jedno fekalne słowo wymyślone przez genialnego Jarry i transponowane na język polski – „grówno” (element animalny, gorszy sort, etc.).

Tusk w całodobowym spektaklu 19 kwietnia 2017 ośmieszył Kaczyńskiego i to skutecznie. Były premier wysiadł z pendolino na Dworcu Cenralnym, gdzie powitali go skrzyknięci ad hoc sympatycy normalności, którzy wyczuwają przez gęsią skórkę, jakie „grówno” zagraża Polsce. PiS zorganizował swoją odpowiedź kołtunów – i bardzo dobrze, bo ze zwolenników kaczyzmu „grówno” ich szefa wyszło w pełni. Zapachniało kaczystowskim „grównem”.

Przyboczny prezesa, który czuwa przy nim w dzień i w nocy, niczym dama do towarzystwa, Joachim Brudziński na Twitterze powitał Tuska istnym „grówienkiem”: „prawdziwi mężowie stanu wysiadają na przystanku Niepodległość”, a Tusk wysiada na przystanku prokuratura. Pominąłem „oryginalną pisownię”.

Brudziński wydobył z siebie to, co wydobywali zaborcy, gdy z pociągów wysiadali w Warszawie Piłsudski, a w Poznaniu Paderewski. Władza PiS już raz w spotkaniu z Tuskiem zaznała „wygranej” 1:27, po 19 kwietnia możemy politycznemu Robertowi Lewandowskiemu, tj. Donaldowi Tuskowi, dopisać kolejnego gola i aktualny stan spotkania jest 1:28.

Potwierdził to przesłuchujący Tuska prokurator Michał Dziekański, który ocenił, iż „okoliczności zostały w ocenie prokuratury wyjaśnione” i nie jest przewidziane dalsze przesłuchanie Tuska. Ale pisowski zapach „grówna” poszedł po Unii Europejskiej. Associated Press pisze wprost: środowe przesłuchanie byłego premiera to „część większego planu polskiego rządu, którego celem, jest zdyskredytowanie Tuska, a ostatecznie aresztowanie go”.

Ubu Kaczyński robi z Polski coraz bardziej „Nigdzie” i coraz bardziej zajeżdża jego „grównianymi” kompleksami. Musimy mieć zatem otwarte umysły, acz nosy zatkane.

ZAPLANUJCIE SOBIE W KALENDARZACH. TO JUŻ NIE SĄ ŻARTY. WYJDŹMY WSZYSCY MANIFESTOWAĆ WOLNOŚĆ, KTÓRĄ JESZCZE MAMY I KTÓREJ TRZEBA BRONIĆ!

>>>

JAK ŁATWO ZŁAPAĆ ICH NA KŁAMSTWIE

Środowiska, prawnicze i obywatelskie powinny masowo poprzeć projekt (Justita).

Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”) pisze o tym, jak sąd nie złamał się pod wpływem prokuratury Ziobry. W obronie antysemity, który publicznie spalił we Wrocławiu kukłę Żyda, stanęła prokuratura. Daje sygnał: w Polsce antysemitom wolno więcej, a władza będzie ich bronić.

Wydany przez sąd wyrok 10 miesięcy więzienia za ten obrzydliwy eksces śledczy uznali za „zbyt surowy” i „nieuwzględniający okoliczności łagodzących”. W apelacji prokurator będzie żądał złagodzenia kary i zamiany jej na obowiązkowe prace społeczne.

Wymusił to na podwładnych wiceszef prokuratury regionalnej awansowany na to stanowisko przez Zbigniewa Ziobrę. To właśnie po to, by ręcznie sterować śledztwami i łamać sumienia prokuratorów, PiS po objęciu władzy rozwiązał niezależną od polityków Prokuraturę Generalną.

Ziobro i jego ludzie wprowadzili zmiany w prawie pozwalające na bezkarne ingerencje w postępowania na każdym ich etapie.

Przykład wrocławski jest szczególnie drastyczny, bo dotyczy incydentu, który wstrząsnął polską i europejską opinią publiczną. Jesienią 2015 r., paląc kukłę Żyda, wśród paskudnych faszystowskich haseł tłum narodowców z Wrocławia pokazał najgorszą twarz, a właściwie mordę, naszego społeczeństwa. Te obrazy poszły w świat.

Proces sprawcy toczył się w atmosferze zastraszania sędziów i wyzywania ich od „żydomasonerii”. Sąd się nie ugiął, a kara bezwzględnego więzienia dla podpalacza była sygnałem, że państwo polskie nie będzie tolerować takich zachowań.

Teraz instytucja tego samego państwa, czyli prokuratura, ten przekaz skreśla i daje nowy: w Polsce antysemitom wolno więcej, a władza będzie ich bronić.

Wiadomo było, że prokuratura Ziobry użyje swoich uprawnień do ścigania politycznych przeciwników PiS i rozliczania rządów PO-PSL. To już się dzieje i nikogo nie dziwi. Ale wzięcie w obronę sprawcy jednego z najbardziej nienawistnych czynów, do jakich doszło w ostatnich latach, jest szokujące nawet na tle innych zachowań tej władzy.

Zastanawiam się, kogo jeszcze będzie broniła prokuratura Ziobry.

We Wrocławiu przekroczono ważną granicę.

Niedawno minęła kolejna rocznica wydarzeń Marca ’68. Prezydent Lech Kaczyński zdawał sobie sprawę, jak kompromitujący jest antysemityzm w kraju, w którym dokonała się Zagłada.

Zrobił dużo, by zdjąć antysemicki rys z polskiej prawicy i ugrupowań antykomunistycznych. Regularnie w rocznicę Marca ’68 składał kwiaty na peronie Dworca Gdańskiego, skąd odjeżdżały pociągi z Żydami wypędzonymi przez komunistyczny reżim.

W 2004 r. określił to, co wtedy działo się w Polsce, jako „łajdactwo”. Wierzę, że to samo powiedziałby dzisiaj o haniebnej postawie wrocławskiej prokuratury.

STRZELEC GOSIEWSKA 

Waldemar Mystkowski pisze o standardach PiS.

JAK DWIE KROPLE WODY. URODZONY PREZES MKOL

Standardy PiS „najwyższej próby”

Rząd PiS napisał raport we własnej sprawie do agendy ONZ w Genewie, Rady Praw Człowieka: „Spełniamy najwyższe standardy ochrony praw człowieka”. Jakiekogolwiek standardu PiS się dotknie: najwyższy standard.

Tak naprawdę standardy są spisane w Konstytucji RP, nie trzeba ich opisywać wg podpisanych międzynarodowych konwencji czy prawa międzynarodowego. PiS to partia „najwyższego standardu”. Jakby ktoś nie wiedział – a ja np. nie wiem – rząd Beaty Szydło wypełnia najwyższe standardy w takich kwestiach, jak konwencja antyprzemocowa, ochrona mniejszości seksualnych, dostęp do aborcji, prawo azylowe, wolność wypowiedzi i pluralizm w mediach.

Gdyby agenda ONZ wymagała spełnienia innych standardów, rząd PiS z pewnością pochwaliłby się ich najwyższą realizacją. W spisywaniu własnych standardów PiS osiąga rekordy. W standardzie „Donald Tusk” było 1:27, w standardzie praw człowieka, jak ktoś dowcipnie napisał – zanosi się na nowy rekord – 1:46.

To jest tak, iż gdyby ministrowie rządu Szydło startowali w skokach narciarskich, każdy z nich byłby Kamilem Stochem, a może nawet Adamem Małyszem.

Wyśrubowane standardy PiS nazwijmy śrubą. Takiej śruby w standardach dostał Ryszard Czarnecki, który zamierza kandydować na szefa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Został Czarnecki przepytany przez Konrada Piaseckiego w temacie „standardu” wiedzy o sportach olimpijskich. Poległ w standardzie wiedzy, ale zbyt krytycznie do europosła PiS odniósł się złoty olimpijczyk i były minister sportu Adam Korol, iż Czarnecki ma jedyne kwalifikacje olimpijskie… w postaci zdjęcia przy rowerze.

Nie można tak krytycznie podchodzić do standardów PiS, jak wybitny sportowiec Korol, też spojrzałem na zdjęcie Czarneckiego przy rowerze. No, Szurkowskim on nie będzie, ale już może myśleć o startowaniu w sumo. Co? Nie jest sumo dyscypliną olimpijską? Witold Waszczykowski zadba o to, aby MKOL poszerzył ofertę standardów sportowych o sumo.

Standard jazdy po drogach publicznych podwyższył wiceminister obrony Bartosz Kownacki, który pozazdrościł szefowi Antoniemu Macierewiczowi. Szef się rozbił rządową limuzyną, a Kownacki ma być gorszy – też się rozbił. Ponadto zlecił prowadzić sprawę Żandarmerii Wojskowej, która jemu podlega, bo ma wypełnić najwyższy standard obiektywizmu.

Standardy PiS mają najwyższą jakość, wyśrubowanie standardów, śrubę PiS. Kiedyś obowiązywało hasło standardu: „Teraz Polska”, PiS podwyższył standard: „Teraz k… my”.

A W MON ZNOWU STŁUCZKA… WARUNKI POGODOWE ZAWIODŁY…

JEDEN MNIEJ, JEDEN WIĘCEJ, NIE MA ZNACZENIA. KASA I TAK SIĘ LEJE STRUMIENIEM trwa

Kleofas Wieniawa zajmuje się kolejnym wypadkiem drogowym pisowskiego polityka.

PiS nieodmiennie wchodzi w kolizję. Partia wchodzi w kolizję z demokracją, praworządnością, z rozumem. Politycy PiS wchodzą w kolizję z jednostkową wykładnią powyższych, a z prawem drogowym, tudzież obyczajowym (czyt. moralnym) – szczególnie.

Bartosz Kownacki, który objeżdża media, aby chachmęcić we kwestii opuszczenia Eurokorpusu przez nasz kraj (zarządzany przez PiS), właśnie „dokonał” kolizji drogowej.

„Radośnie” na Twitterze oznajmił, że nikomu nic się nie stało, a wypadkiem zajmie się podległa jemu i Macierewiczowi Żandarmeria Wojskowa. Żarty? Nie! – powaga, groteska z „Króla Ubu” i „Artura Ui” trwa w najlepsze.

Jeszcze nie mamy ofiar wśród przechodniów, ani kierowców, ale taki dzień nadejdzie. Spokojnie, takie są prawa statystyczne.

Gościom typu „Kownacki” nic się nie stanie, bo goście poruszają się w bezpiecznym limuzynach.

Niedługo dojdzie do sytuacji, iż wychodząc z domu, trzeba będzie się ubezpieczyć od wypadku ze strony jakiegoś rajdującego polityka PiS.

Proponuuję ubezpieczycielom utworzenie produktu: „na wypadek uszkodzenia na zdrowiu, pozbawienia życia, z powodu rajdów polityków PiS po ulicach polskich miast”.

JAK WAM SIĘ PODOBA TEN POMYSŁ? KTO JEST ZA? 🙂

TRAFIONY – ZATOPIONY 🙂

KACZYŃSKI BIEGNIE W ZAPRZĘGU PUTINA

>>>

pis

Zażalenie Pawła Deresza ws. „wyjęcia z grobu ciała Pokrzywdzonej Jolanty Szymanek -Deresz”. Przykre że tak trzeba.

cxnezrvveaanko_

Gen. Błasik i Lech Kaczynski są winni katastrofy smoleńskiej.

cxksvanxaaeuqcn

PiS nie prowadzi żadnej polityki zagranicznej, dyplomacja leży, bo partia Kaczyńskiego i prezes są skłóceni ze wszystkimi. Zaraz po wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA szef polskiego MSZ Witold Waszczykowski powiedział w TVN 24, że teraz „trzeba będzie natychmiast uruchamiać wszystkie kanały”, aby nawiązać kontakt z ekipą prezydenta elekta.

polityka

Tę wypowiedź opozycja uznała za dowód, że nasza dyplomacja jest zaskoczona rozwojem wypadków w USA. Czyżby?

– Wypowiedź ministra została opacznie zrozumiana – tak skomentował w Onecie słowa Waszczykowskiego wicemarszałek Senatu Adam Bielan. Wyjaśniał, że on i Ryszard Czarnecki spotykali się w czasie kampanii z „czołowymi przedstawicielami” obu amerykańskich partii, a o efektach informowali prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. – Waszczykowski nie musiał o tych działaniach wiedzieć – stwierdził Bielan, tłumacząc się nieformalnym charakterem spotkań.

Czarnecki potwierdził to w niedzielnym programie „Wybory w toku” w TOK FM. Dodał, że rozmawiając z amerykańskimi politykami, reprezentował frakcję konserwatystów i reformatorów w Parlamencie Europejskim. Relację ze swoich rozmów zdał… prezesowi Kaczyńskiemu.

Okazuje się, że szef polskiej dyplomacji nie ma pojęcia, co robią i o czym rozmawiają przedstawiciele partii rządzącej. A ci z kolei nie informują ani jego, ani prezydenta, tylko Kaczyńskiego, który formalnie nie pełni żadnej funkcji – jest tylko posłem.

To norma, że politycy prowadzą nieformalne rozmowy, wypełniają różne misje w imieniu rządu. Ale wtedy są zobowiązani złożyć przynajmniej ustną relację ministrowi. A najlepiej, by powstała notatka służbowa. Wygląda na to, że w przypadku PiS zarządzanie państwem i polityką zagraniczną odbywa się poza strukturami rządu Szydło. Może to też oznaczać, że notowania Waszczykowskiego tak gwałtownie spadają w PiS, że nikt nie fatyguje się zawiadamiać go o faktach. I musi się o tym dowiadywać z mediów.

Nie jest to pierwszy przypadek chaosu w obozie rządzącym. Ostatnio szef MON Antoni Macierewicz oświadczył, że Egipt sprzedał Rosji za dolara francuskie okręty Mistral. Prezydent Duda oświadczył, że ma zupełnie inne informacje. Wydawałoby się, że obaj panowie powinni być informowani przez te same służby dyplomatyczne i służby specjalne.

Zamieszanie będzie trwało, bo w normalnym układzie kontrolę nad polityką krajową i zagraniczną sprawuje silny premier, panujący nad ministrami, pozostający cały czas w kontakcie z Pałacem Prezydenckim. Tak działa sprawne państwo, w którym jest jasne, kto za co bierze odpowiedzialność.

kaczynski

Czy to jakiś głupkowaty żart, może ukryta kamera, ale nie… Wyraźnie widzę na filmie umieszczonym na FB kroczącego energicznie, w kierunku pomnika Romana Dmowskiego – Jarosława Kaczyńskiego. Obok niego jak żywy pierwszy as PiS – Joachim Brudziński, tuż za nimi drepcze drobnym kroczkiem pani rzecznik Beata Mazurek i cała świta ochroniarzy. A z megafonów płyną słodkie dźwięki: „Panie Naczelniku, Prezes Stronnictwa Narodowego imienia Dmowskiego Romana, Ludwik Wasiak melduje Rozdroże na przyjęcie Pana Naczelnika Państwa Polskiego”.

Tak zabrzmiało oficjalne powitanie, z jakim spotkał się na pl. Na Rozdrożu w Warszawie zwykły poseł polskiego Sejmu, przybywszy tam, by złożyć kwiaty u stóp pomnika Romana Dmowskiego. Nie koniec na tym. Z głośników słychać też, że Jarosław Kaczyński jest „niekoronowanym królem polskiej polityki”.

Można oczywiście organizatorom uroczystości przypisać skłonność do dowcipów, ale sam Kaczyński wcale nie wyglądał na zbytnio zakłopotanego. Raczej duma i blask biły z jego oblicza.

Film stał się chyba teraz największym hitem Facebooka. Internauci od rana kulają się ze śmiechu, a niektórzy po prostu są wkurzeni i pytają, jak tak można? Są setki komentarzy, a ich autorzy budują przezabawne karambole retoryczne. Bo jak inaczej reagować na podobny nonsens?

Nawiasem mówiąc warto przypomnieć, że tytuł Naczelnika Państwa przysługiwał w latach 1918-1922 marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu. Obecnie niektórzy mówią, że w związku z kontrolną rolą, jaką Kaczyński sprawuje nad premier polskiego rządu i prezydentem, w partii tak się go właśnie tytułuje.

cxkpkj7xgaaplw1

Waldemar Mystkowski pisze o zburaczeniu Kaczyńskiego.

kaczynski-kradnie

Jarosław Kaczyński kontynuuje swoją karierę wcielania się w role złodziei. Z bratem Lechem kradli Księżyc w klasyce dla dzieci „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”. Teraz prezes kradnie Wincentego Witosa partii chłopskiej PSL.

Kaczyński udał się ze swoim sztabem do Wojnicza blisko Wierzchosławic (Małopolska), gdzie Witos się urodził, prowadził gospodarstwo, z którego to gumna awansował na premiera II Rzeczpospolitej i to trzykrotnie, taki przedwojenny Waldemar Pawlak. Tym szlakiem odtwórczym może podążać prezes PiS. I gdy poskrobie się w jego osobowości, to może być ten kierunek kariery, acz Kaczyński musi się spieszyć. Był tylko raz premierem. Teraz winien strącić Beatę Szydło. To byłoby drugie premierostwo.

A kiedy trzecie? A kiedy do tego Piłsudski przyjdzie po niego i ześle go do Berezy Kartuskiej? W tym ostatnim wypadku myślę o Mateuszu Kijowskim, znając jednak gołębie serce lidera KOD, z wielkim prawdopodobieństwem mogę założyć, iż pozwoli prezesowi salwować się, jak Ukraińcy z Majdana Janukowyczowi, który dał nogę do Putina, Kaczyński może udać się do Budapesztu, do Orbana. Antycypuję? A czym jest polityka? Przewidywaniem. Wizją, jak niektórzy opisują te halucynacje prezesa.

Tymczasem prezes przebrał się w sukmanę Witosa i jako lider PSL, tj. PiS, pochwalił się na konwencji swoją partią, która jakoby broni wsi. Retoryka prezesa aż prosi się cytowania, jaki to jego PiS jest wspaniały: „Czy broni polskiej ziemi, polskich lasów? Tak, broni. Czy broni religii chrześcijańskiej? Tak, broni. Czy broni interesu narodowego? Tak, bronimy interesu narodowego. Idziemy tą drogą, która była drogą ruchu ludowego”.

Nie zrozumiałem retoryki prezesa, który mówił o sprzedaży polskiej ziemi: „Dobry gospodarz chce powiększać swoją ojcowiznę, dba o nią, a nie myśli o tym, że będzie ją sprzedawał. Stąd nasze decyzje o powstrzymaniu sprzedaży ziemi państwowej, a to ciągle jest 1,5 mln hektarów. To słuszna decyzja”. Czyli rolnik nie może sprzedać ziemi ani kupić państwowej, która leży odłogiem po PGR-ach. O co chodzi? Jak to o co, Unia płaci za te ugory, za półtora miliona hektarów spływa do kasy państwa kilka miliardów zł. A gdyby rolnicy ja nabyli, to by spłynęło do ich kiesy.

Och, prezesie, coś mi się widzi, że chłop się nie da nabrać na ten przekręt. Garnitur to nie sukmana. Zresztą chłopi protestowali przed konwencją partii Kaczyńskiego, równając PiS z hipokryzją i kłamcami. W czasie kampanii wyborczej pisowcy obiecywali podwojenie dopłat unijnych dla rolników, co było tylko klasyczną kiełbasą wyborczą, bo dzisiaj grozi, iż Komisja Europejska może część dopłat wstrzymać.

I chyba w tym spektaklu o to chodziło. Kaczyński przebiera się, a to w Piłsudskiego, a to w jego wrogów Dmowskiego, a teraz osadzonego za kratami przez Naczelnika Witosa, bo czuje pismo nosem, że nabrał wieś, więc może skończyć jak trzykrotny przedwojenny premier. Kaczyńskiego też dotyczą mechanizmy psychoanalityczne: „I tak zrobisz to, co musisz zrobić, a nie to, co dyktuje rozum”. Więc tym za tym freudyzmem zmierza prezes, a wraz z nim jego dwór i fraucymer Beaty Szydło.

phil