Posts Tagged ‘Saniel Olbrychski’

KOGO JESZCZE SPROWOKUJĄ NIE MAJĄC ŻADNYCH DOWODÓW?

BRAWOOOO PISOWSKA ZMIANO

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze, co wydarzyło się w Smoleńsku. Nadal około 20 proc. z nas wierzy, że katastrofa smoleńska to nie był po prostu wypadek lotniczy. Dlatego podajemy garść konkretnych argumentów, które pomogą w rozmowie z przyjaciółmi czy bliskimi, którzy uwierzyli w zamach.

Rano 10 kwietnia 2010 r. ważący prawie 80 ton Tu-154 w biało-czerwonych barwach próbował w gęstej mgle poderwać się znad drzew rosnących przed lotniskiem w Smoleńsku. Nie dał rady. Zahaczył skrzydłem o brzozę, obrócił się na plecy, uderzył o ziemię. Zginęli wszyscy, 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński. Lecieli na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

„To nie był po prostu wypadek lotniczy. Przypadkiem, przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności czy zaniedbanie, jednocześnie śmierć ponieśli najwyżsi rangą urzędnicy państwowi i niemal całe dowództwo sił zbrojnych? Takie rzeczy się nie zdarzają”. Wpierw nieśmiało, w internecie, ale wkrótce dołączyli do nich politycy. Że to sztuczna mgła była, że hel został rozpylony nad lotniskiem, że we wnętrzu samolotu był paraliżujący gaz i bomba paliwowa, że były wybuchy (jeden, dwa lub trzy), że samolot rozpadł się w powietrzu – tak przedstawiano przyczyny katastrofy smoleńskiej na łamach prawicowych mediów. Pisano też o „tych, którzy przeżyli” i o tajemniczych wyciekach z samolotu.

Te wszystkie teorie spiskowe padły na podatny grunt. Jeszcze niedawno w zamach smoleński wierzył blisko co trzeci Polak. Ta wiara słabnie, ale nadal spora grupa – około 20 proc. – wierzy, że to nie był po prostu wypadek lotniczy. Ponad połowa Polaków tę spiskową teorię odrzuca. Hipoteza zamachu wciąż sprawdza się jako polityczne paliwo. Dlatego przypominamy najczęściej zadawane pytania o przyczyny katastrofy smoleńskiej – i podajemy odpowiedzi, sformułowane tak, by laik wiedział, o co chodzi.

To garść konkretnych argumentów, które mogą się przydać w spokojnej rozmowie z sąsiadem, koleżanką z pracy, przyjaciółmi, bliskimi, którzy uwierzyli PiS-owi, że ktoś zamachnął się na życie prezydenta Kaczyńskiego.

Katastrofa smoleńska. Czy doszło do niej przez mgłę?

Gdyby nie ona, do katastrofy zapewne by nie doszło. Ale gdyby załoga przestrzegała procedur bezpieczeństwa, samolot by się nie rozbił.

Minimalne warunki do lądowania Tu-154 na takim lotnisku jak Siewiernyj to 1000 m widoczności poziomej i 100 m pionowej – czyli będąc na tej ostatniej wysokości, załoga musi zobaczyć ziemię, by zacząć się zniżać. O 8.14 białoruski kontroler z Mińska informuje po angielsku załogę, że w Smoleńsku widoczność pozioma wynosi zaledwie 400 m. Chwilę potem kpt. Arkadiusz Protasiuk, dowódca załogi, mówi do stewardesy: „Nieciekawie, wyszła mgła, nie wiadomo, czy wylądujemy”. Anonimowy głos pyta: „A jeśli nie wylądujemy, to co?”. „Odejdziemy” – odpowiada Protasiuk.

O 8.23 dochodzi do pierwszej rozmowy załogi z wieżą w Smoleńsku, która informuje, że widoczność pozioma to 400 m i że „warunków do przyjęcia [samolotu] nie ma”. Dowódca odpowiada: „Dziękuję. Jeśli można, spróbujemy podejścia, a jeśli nie będzie pogody, wtedy odejdziemy na drugi krąg”. Kontroler pyta więc, ile Polacy mają paliwa (odpowiedź: 11 ton) i jakie przewidziano lotniska zapasowe. „Mińsk i Witebsk” – mówi kpt. Protasiuk.

Załoga tupolewa rozmawia też w tym czasie z załogą jaka-40, którym wcześniej przylecieli do Smoleńska dziennikarze. „Ogólnie rzecz biorąc, to pizda tutaj jest. Widać ok. 400 m i na nasz gust podstawy [chmur] są poniżej 50 m grubo” – ocenia por. Artur Wosztyl, dowódca załogi jaka. „No, nam się udało w ostatniej chwili wylądować, natomiast powiem szczerze, że możecie próbować jak najbardziej. (…) Możecie próbować, ale jeśli wam się nie uda za drugim razem, to proponuję wam lecieć np. do Moskwy albo gdzieś”.

O 8.30 załoga jaka-40 dorzuca, że kilkadziesiąt minut przed przylotem tupolewa na Siewiernym próbował lądować rosyjski transportowy Ił-76, ale choć pilot doskonale znał lotnisko, po dwóch nieudanych próbach odleciał do Tweru. O 8.37 załoga jaka znów łączy się z Tu-154 i ocenia, że widoczność pozioma to zaledwie 200 m.

Katastrofa smoleńska. Czy jej przyczyną jest brzoza?

Zderzenie z nią było skutkiem tego, że samolot znalazł się zbyt nisko. Mierzące kilkanaście metrów wysokości drzewo rosło 855 m od progu pasa startowego. Tupolew złamał brzozę na wysokości 6,66 m, w miejscu, gdzie jej średnica wynosi ok. 40 cm. W wyniku uderzenia maszyna straciła około jednej trzeciej lewego skrzydła, wpadła w niekontrolowany obrót w lewą stronę i plecami uderzyła w ziemię.

Fakt zderzenia z brzozą jest bezsporny – oprócz zeznań świadków potwierdziły to kawałki skrzydła Tu-154 wbite w drzewo, elementy maszyny leżące pod nim oraz odłamki brzozy w szczątkach samolotu.

Dlaczego samolot był tak nisko?

Tuż przed pasem lotniska jest głęboki na maksymalnie 60 m jar, a załoga korzystała z niewłaściwego wysokościomierza. Pierwszy pilot przestawił ciśnienie na swoim wysokościomierzu barometrycznym, który podaje faktyczną wysokość od poziomu lotniska, by wyłączyć alarmowe komunikaty systemu TAWS („terrain ahead”, czyli „ziemia przed tobą”, i „pull up”, czyli „natychmiast do góry”). Nawigator zamiast z wysokościomierza barometrycznego odczytywał wysokość z radiowysokościomierza podającego faktyczną odległość od ziemi – czyli od dna jaru, a nie poziomu pasa startowego.

Czy tupolew lądował?

Wszystko wskazuje na to, że załoga nie chciała lądować, ale za późno podjęła decyzję o tzw. odejściu na drugi krąg. Z analizy stenogramów wynika, że po pierwszej komendzie „odchodzimy” przez chwilę nic się nie działo. Po komendzie drugiego pilota został odnotowany nieznaczny ruch sterami, ale taki, który nie przerwał pracy autopilota. Dopiero później dowódca pociągnął wolant na siebie. Sekundę potem manetki silników zostały przestawione na położenie startowe, czyli na maksymalną moc. Ale było już za późno, by poderwać ważący blisko 80 ton samolot.

Z zapisu czarnych skrzynek wiemy, że prezydencki tupolew prawie do końca leciał na autopilocie. I to był błąd, bo na lotnisku Siewiernyj nie było systemu ILS (instrumental landing system), więc samolot nie mógł sam odlecieć. Jasno mówi o tym instrukcja techniki pilotowania Tu-154.

Komisja Millera wykonała eksperyment na bliźniaczym tupolewie i potwierdziła, że próba wykorzystania do odejścia autopilota zabrała załodze pięć bezcennych sekund – dźwięk sygnalizujący zerwanie autopilota i przejście na sterowanie ręczne czarna skrzynka zarejestrowała o 8:40:57:5. Maszyna była wtedy tylko 2 m nad poziomem lotniska, 28 m nad ziemią i leciała z prędkością 277 km/godz. (ok. 72 m/s).

Komisja Millera ustaliła też, że dowódca tupolewa lubił latać na automatycznym pilocie, był z pokolenia, które bardziej wierzy w systemy komputerowe niż w ręczne sterowanie. W dodatku załogi 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego niezwykle rzadko latały na lotniska bez ILS i nie miały doświadczenia w lądowaniu bez tego systemu.

Rosyjscy kontrolerzy są winni katastrofy smoleńskiej?

Współwinni. Polska prokuratura chce postawić zarzut umyślnego spowodowania katastrofy ppłk. Pawłowi Plusninowi (kierownikowi lotów 10 kwietnia 2010 r.) i mjr. Wiktorowi Ryżence (kierownikowi strefy lądowania obsługującemu radiolokacyjny system naprowadzania). Polscy prokuratorzy uznali, że powinni zamknąć lotnisko z powodu fatalnych warunków atmosferycznych.

Ze stenogramów rozmów na wieży (też są rejestrowane) wiemy, że Rosjanie uważali, iż tupolew w ogóle nie wystartuje z Warszawy, a gdy był już w powietrzu, kontrolerzy rozważali skierowanie go na zapasowe lotnisko. Nie byli jednak samodzielni – na wieży był też płk Nikołaj Krasnokutski, który kontaktował się z dowództwem w Moskwie, i to on anulował decyzję ppłk. Plusnina, który chciał odesłać tupolewa na inne lotnisko. Moskwa uznała bowiem, że zamknięcie lotniska wywoła skandal dyplomatyczny.

W dodatku na pokładzie tupolewa język rosyjski znał tylko dowódca samolotu i to on, a nie nawigator, prowadził rozmowy z wieżą, zamiast skupić się wyłącznie na pilotowaniu maszyny.

Załoga nie znała też rosyjskich procedur i nie zrozumiała komendy „pasadka dopołnitielno”, co znaczy „lądowanie warunkowo”. Tupolew powinien się zniżyć na wysokość 100 m – do tzw. wysokości decyzji – i czekać na kolejne polecenia. Kiedy wszystko jest w porządku, a załoga widzi ziemię, wieża powinna wydać komendę „pasadku razrieszaju” – to jest właśnie zgoda na lądowanie. Załoga powinna ją potwierdzić słowami „pasadku razrieszili”.

Gdy tupolew się zniżał, kontroler kilka razy przekazał załodze komunikat „na kursie i na ścieżce” – ostatni raz, gdy maszyna była 2 km od progu pasa startowego. Oznacza to, że samolot leci prawidłowo zarówno pod względem wysokości, jak i jej położenia lewo/prawo względem pasa. Ale te komunikaty były nieprawdziwe – prawdopodobnie dlatego, że radar w Smoleńsku działał nieprawidłowo. Rosjanie nie dopuścili potem polskich specjalistów do tzw. oblotu lotniska – sprawdzenia, czy urządzenia na Siewiernym działają tak, jak powinny. Przekazali tylko, że wszystko było OK. Mimo to w raporcie komisji Millera wykazano, że informacje kontrolerów nie odzwierciedlały położenia samolotu względem ścieżki.

Był wybuch na pokładzie?

Nie było. Ani komisja Millera, ani wojskowi śledczy i zespoły biegłych nie odnalazły żadnego dowodu na zamach czy rozpad maszyny w powietrzu. Nie pokazała go też podkomisja powołana przez szefa MON Antoniego Macierewicza, choć pracuje od roku i od roku to zapowiada.

Biegli przebadali ponad 700 próbek – wraku, gleby z miejsca katastrofy, pnia brzozy, wbitych w nią kawałków metalu, foteli, ekshumowanych ciał ofiar. Z analizy szczątków samolotu i miejsca katastrofy wynika, że nie doszło do wybuchu „punktowego albo przestrzennego”, a biegli nie odkryli pozostałości takiego zdarzenia, np. wywinięcia blach poszycia na zewnątrz kadłuba, stopienia metalu czy śladów sadzy. Wykluczyli też „długotrwałe przebywanie w atmosferze zawierającej znaczne stężenia tlenku węgla, które mogłyby doprowadzić do śmiertelnego zatrucia”. Ciała ofiar nie noszą śladów uszkodzeń charakterystycznych dla eksplozji. Przeciwnie, biegli stwierdzili, że „obrażenia będące przyczyną śmierci są charakterystyczne dla katastrofy lotniczej”. Nie było m.in. uszkodzeń błony bębenkowej, co dowodzi, że nie nastąpiła drastyczna zmiana ciśnienia atmosferycznego.

Gdyby coś na pokładzie eksplodowało, towarzyszyłaby temu fala cieplna o temperaturze ok. 3 tys. st. Celsjusza, nagły skok ciśnienia i odgłos eksplozji. Rejestratory głosu i te zapisujące dane o pracy najważniejszych systemów samolotu niczego takiego nie wykazały – w tym polski, bardzo dokładny ATM-QAR, odczytany w Warszawie.

Wreszcie teorii zamachu i rozpadu samolotu jeszcze w powietrzu zaprzecza rozrzut szczątków maszyny – to teren o wymiarze ok. 60 na 130 m od miejsca zderzenia z drzewami do miejsca upadku. Przed punktem, w którym tupolew pierwszy raz uderzył w ziemię, znaleziono tylko pojedyncze elementy – efekt uderzeń w pomniejsze drzewa.

Gen. Błasik był w kokpicie?

Pewności nie ma, ale są silne poszlaki, że dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik był tuż za plecami załogi. To przede wszystkim odczytany przez biegłych zapis rozmów w kabinie pilotów. Raporty rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) i komisji Millera mówiły, że gen. Andrzej Błasik był w kokpicie aż do chwili katastrofy, a jego obecność interpretowały jako „bezpośrednią presję na pilotów” (MAK) lub „presję pośrednią” (komisja Millera).

Z najpóźniej odczytanych fragmentów rozmów w kokpicie (przez biegłych prokuratury) wynika, że o godzinie 8:35:49 gen. Błasik mówi: „Faktem jest, że my musimy to robić do skutku”. O 8:40:11 mówi: „Po-my-sły”. A o 8:40:22: „Zmieścisz się śmiało”. Do katastrofy doszło o 8.41.

Według ostatniej, z wiosny 2016 r., ekspertyzy biegłych powołanych przez prokuraturę wojskową gen. Błasik był w kokpicie tuż przed katastrofą i jego obecność miała wpływ na załogę oraz podejmowane przez nią decyzje. Zdaniem biegłych obecność gen. Błasika mogła nawet zablokować pilotów psychicznie. Generał nie protestował, gdy łamali procedury, np. schodząc poniżej wymaganych minimów widoczności. Na pewno nie wydawał załodze rozkazu, by wylądowała, ale też polecenia, by odeszła na drugi krąg. Złamał też zasadę „czystego kokpitu” podczas podchodzenia do lądowania, zwłaszcza w krytycznych warunkach atmosferycznych – nie powinno być w nim żadnych osób postronnych, kimkolwiek by były.

Powinni lądować na lotnisku zapasowym?

W planie lotu były dwa lotniska zapasowe: Mińsk (ok. 305 km od Smoleńska) i Witebsk (ok. 130 km) – te same, które wyznaczono przy okazji wizyty w Katyniu premiera Donalda Tuska 7 kwietnia. Ale Tusk leciał w środku tygodnia, a prezydencki tupolew w sobotę, kiedy lotnisko w Witebsku było zamykane – wylądować można by na nim dopiero po uzgodnieniu tego ze stroną białoruską (tak stało się, gdy wieczorem po katastrofie skorzystały z niego dwie maszyny – z Tuskiem i Jarosławem Kaczyńskim na pokładzie).

Zgodnie z procedurami o zmianie miejsca lądowania decyduje pilot. W przypadku lotu prezydenta powinien się skonsultować z Kancelarią Prezydenta. Właśnie na wypadek nieoczekiwanych zdarzeń 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, który wtedy woził najważniejsze osoby w państwie (po katastrofie rozwiązany), proponował Kancelarii Prezydenta start najpóźniej o 6.30. Nawet po wylądowaniu w Mińsku prezydent Lech Kaczyński i pasażerowie tutki nie spóźniliby się na główne uroczystości rozpoczynające się o godz. 11 czasu polskiego – lot do stolicy Białorusi zabrałby ok. 50 minut, a dojazd samochodem – 3-3,5 godz.

Ze stenogramów rozmów w kokpicie wiadomo, że o godz. 8.26 dowódca samolotu przekazał Mariuszowi Kazanie, dyrektorowi protokołu dyplomatycznego MSZ, jednoznaczny komunikat: „Panie dyrektorze – wyszła mgła w tej chwili i w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść – zrobimy jedno zejście – ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. Tak że proszę [już myśleć lub pomyśleć?] nad decyzją, co będziemy robili”. O godz. 8.30 Kazana wrócił do kokpitu i wypowiedział zdanie: „Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robimy”. I wyszedł.

Jak doszło do katastrofy smoleńskiej?

Tupolew zszedł za nisko, zniżał się za szybko, a w gęstej mgle nie miał kontaktu wzrokowego z ziemią. I za późno próbował odlecieć. Wtedy uderzył skrzydłem w brzozę, stracił jego fragment, a potem sterowność. Zaczął się przekręcać i wreszcie się rozbił. Komisja Millera podała sześć czynników, które doprowadziły do katastrofy:

  • piloci nie użyli wysokościomierza barycznego pokazującego rzeczywistą wysokość lotu nad lotniskiem;
  • nie reagowali na komendy „pull up” systemu TAWS ostrzegającego o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi;
  • początkowo próbowali odlecieć na automatycznym pilocie, przez to stracili cenne sekundy;
  • rosyjscy kontrolerzy utwierdzali ich błędnie w przekonaniu, że są „na kursie i na ścieżce”, czyli że dobrze podchodzą do lądowania;
  • komenda kontrolerów, by pilot przestał się zniżać i wyrównał lot, była spóźniona;
  • szkolenia w 36. Pułku były nieprawidłowe.

CHORĄŻY BARDOŃ DO TARCZYŃSKIEGO JAK ŻOŁNIERZ DO TŁUMOKA

Redakcja OKO.press zorganizowała debatę dla opozycji. Trzaskowski: Wpadam w szał, kiedy ktoś wrzuca PO i PiS do jednego worka. Robiliśmy to samo co oni? Nowacka: Odsunąć PiS od władzy tylko po to, by dalej tkwić w konserwatywnej ściemie? To ja dziękuję.

Opozycja razem czy osobno przeciw PiS-owi? Debata Oko.press

Czy opozycja może się zjednoczyć przeciw PiS-owi? Na to pytanie podczas debaty OKO.press, która odbyła się 5 kwietnia w warszawskim kinie Muranów, odpowiadali politycy: Barbara Nowacka (Inicjatywa Polska), Joanna Scheuring-Wielgus (Nowoczesna), Rafał Trzaskowski (PO) i Adrian Zandberg (Partia Razem). Dyskusja była niesłychanie burzliwa. Na sali był nadkomplet – kilkaset osób. Czytelnicy portalu i zaproszeni goście reagowali żywiołowo, czasem oklaskami i buczeniem.

PIOTR PACEWICZ, naczelny OKO.press: Czy przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. powinna powstać szeroka koalicja partii, od liberałów po lewicę, która wystąpiłaby wspólnie przeciwko PiS-owi?

AGATA SZCZĘŚNIAK, wicenaczelna OKO.press: Czy taka koalicja mogłaby się skupić wokół podstawowych wartości, liberalnego minimum, państwa prawa, obrony demokracji, państwa świeckiego, Unii Europejskiej?

ADRIAN ZANDBERG: W wyborach samorządowych nastawiamy się na to, żeby w wielu miastach zbudować społeczne koalicje, które będą alternatywą dla tego obłędnego wyboru: albo PiS, albo Platforma. We Wrocławiu budujemy taką koalicję z Zielonymi, przeciw neoliberalnemu zarządzaniu miastem – ale także przeciw PiS-owi. Mam nadzieję, że uda się zbudować taką społeczną listę także w Warszawie i Trójmieście. My swoich sojuszników widzimy w ruchach społecznych i ekologicznych, wśród Zielonych czy ruchów kobiecych.

Wspólnie np. oceniamy skandal reprywatyzacji w Warszawie i odpowiedzialność Hanny Gronkiewicz-Waltz i PO za to, co w tej sprawie przez lata się działo. Wspólnie też myślimy, że chcemy państwa naprawdę świeckiego. Wspólnie wreszcie wierzymy w to, że kobiety mają prawo do wyboru, i nie boimy się powiedzieć, że jesteśmy za złagodzeniem ustawy antyaborcyjnej, a nie, jak tzw. liberalna opozycja, migamy się od odpowiedzi na ten temat. Zatem z kim razem? Z tymi, którzy dzielą z nami wartości.

JOANNA SCHEURING-WIELGUS: W sytuacji, którą mamy od półtora roku, nie wyobrażam sobie innej możliwości niż wspólne przeciwstawienie się szaleństwu PiS-u. Czuję intuicyjnie, że nie ma innej możliwości, bo to, w czym ja przynajmniej w parlamencie biorę udział, to jest jakiś matrix, którego nikt przy zdrowych zmysłach się nie spodziewał. Trzeba trochę odsunąć na bok egoistyczne ambicje bycia politykiem w swoim ugrupowaniu i spojrzeć na sprawę szeroko, z myślą o tym, co dobre dla Polek i Polaków.

RAFAŁ TRZASKOWSKI: Wpadam w szał, kiedy ktoś znowu wrzuca PO i PiS do jednego worka. Popatrzcie państwo na to, co się dzieje w tej chwili w Polsce. Jeżeli ktoś mi mówi, że robiliśmy dokładnie to samo, to ma klapki na oczach.

Porozumienie jest absolutnie konieczne. Musimy przywrócić szacunek dla podstawowych instytucji, dla konstytucji, służby cywilnej, dyplomacji, odbudować pozycję Polski w polityce zagranicznej, chyba się wszyscy co do tego zgodzimy. Choć pewnie nie zgodzimy się w kwestiach podatkowych czy podobnych.

Koalicja jaka i z kim? Bo oczywiście przed wyborami samorządowymi i później parlamentarnymi można próbować się dogadywać w sprawie jednej listy, co nie oznacza, że ma być ścisłe porozumienie programowe, bo to niewykonalne.

Jako Platforma wyciągnęliśmy wnioski z ostatnich lat, ja nic innego nie robię, tylko jeżdżę po całej Polsce i rozmawiam z ludźmi. Nie stawiajcie nam, państwo, zarzutu, że nie rozmawiamy: rozmawiamy, słuchamy i wyciągamy wnioski.

BARBARA NOWACKA: Byłoby draństwem, gdyby ktokolwiek próbował dla własnych celów politycznych skonsumować protesty kobiet. To jest wielki kapitał, który może zdobyć każdy, kto stanie i powie: „Tak, ja jestem za prawami kobiet, za liberalizacją prawa do aborcji, za dostępem do antykoncepcji” – bo większość kobiet, które brały udział w protestach, powie, że jest za tym kimś. Do jasnej cholery, niech partie przestaną to zawłaszczać! To nie jest niczyje. To jest tych wszystkich kobiet, które protestowały. I wielka nauczka dla polityków: te masy kobiet i mężczyzn, którzy wtedy wyszli na ulice, nie zagłosują na nikogo, kto powie, że wpisze kompromis aborcyjny w konstytucję, droga PO. Bo nie ma żadnego kompromisu!

Czy jest możliwa jakakolwiek koalicja? Trzeba zapytać: po co? Tylko po to, by odsunąć PiS od władzy i wrócić do tego samego bagna, w którym żeśmy tkwili? To ja dziękuję. Jeżeli mielibyśmy dalej tkwić w konserwatywnej ściemie, gdzie państwo nie jest świeckie, gdzie zwykły człowiek nie jest zauważany, gdzie panują w dużej mierze korupcja i nepotyzm, naprawdę to nie ma sensu. I to nie jest zarzut wyłącznie do PO, ale do wszystkich innych partii, które przez lata kładły łapę na mediach, na spółkach skarbu państwa.

Dlaczego PiS-owi tak łatwo poszło? Bo instytucje były słabe (oklaski). Dlaczego były słabe? Bo przez lata wszystkie partie, łącznie z PO, ale wcześniej również SLD, z wielkim udziałem PSL-u, niszczyły instytucje. Nie mielibyśmy dzisiaj PiS-u u władzy, gdyby nie brak odwagi przez te wszystkie lata. I teraz, jeżeli chcemy odsunąć PiS, odrzućmy też to, co było. Powiedzmy: państwo polskie ma być państwem świeckim, żadnych modłów, wyprowadźmy religię ze szkół (oklaski). Jeśli państwo polskie ma być sprawiedliwe, to, po pierwsze, przestrzegajmy konstytucji, w której jest zapisana sprawiedliwość społeczna (niewielkie oklaski). A po drugie, zróbmy dwie zmiany w konstytucji: równość małżeńska, prawo do zawierania związku dla każdego, i rozdział Kościoła od państwa.

MICHAŁ SUTOWSKI, Krytyka Polityczna (głos z sali): Żeby obalić PiS, potrzebne są w opozycji przynajmniej dwa skrzydła. Wydaje się, że najsensowniejszy jest jej podział na frakcję konserwatywno-liberalną – niech Nowoczesna z Platformą się dogadają – i lewicową. Bo nawet jeśli konserwatyści i liberałowie dostaną te 30, 35 proc. w wyborach, to i tak potrzeba jeszcze 15 proc., żeby pokonać PiS z narodowcami.

KRZYSZTOF ŁOZIŃSKI, pomysłodawca i współzałożyciel KOD-u (głos z sali): Państwo tutaj chyba nie do końca zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji. Te wypowiedzi były głównie wiecowe, emocjonalne, a nie racjonalne. A my jesteśmy w tej chwili w takiej sytuacji, że rządzi ekipa, która nie ma zamiaru oddać władzy. I będzie się jej trzymać wszelkimi metodami. Łącznie ze stosowaniem przemocy. Kiedy słyszę od ludzi, że to przecież nie jest jeszcze dyktatura, bo nie aresztują i nie zabijają, to ja mówię: bo jeszcze nie zaczęli. W tej chwili mamy starcie o niezawisłość sądów. To jest wielkie zagrożenie. Żyłem w czasach, kiedy sądy były uzależnione politycznie, wiem, co to znaczy. I chciałem tylko przypomnieć, że członkowie Państwowej Komisji Wyborczej też są sędziami.

TRZASKOWSKI: Nie jestem aż takim pesymistą, żeby twierdzić, że PiS nie odda władzy, że dojdzie do rozlewu krwi. Będzie kuglować, zmieni ordynację wyborczą, różne rzeczy jeszcze zobaczymy, pewnie gorsze niż te, które widzimy dzisiaj. Ale gdy PiS przegra wybory, to władzę odda.

Jeżeli połączona opozycja ma wygrać wybory, to na pewno nie poprzez głoszenie takich tez jak legalizacja małżeństw jednopłciowych czy wycofanie religii ze szkół, choć ja sam akurat jestem za, mam dzieci, wiem, jak to w szkołach wygląda. Jeżeliby to wpisać jako coś najważniejszego na nasze sztandary, to tych wyborów nie wygramy. Chodzi o to, by zdobyć ludzi z centrum i nawet trzeba kawałek prawicy uszczknąć, tej, która sensownie myśli o państwie. Musimy zagospodarować jak największą część tego elektoratu, który nie będzie już chciał głosować na PiS.

Współpracujmy, rozmawiajmy o tym, co nas łączy. Ja mam bardzo liberalne poglądy, ale gdybym miał wziąć odpowiedzialność za całą PO, to czasami trzeba by było iść na kompromis, być mniej wyrazistym, nie umieszczać na samej górze tych priorytetów, które serce dyktuje.

NOWACKA: Potrafimy ze sobą rozmawiać, i to dosyć konstruktywnie. Podejrzewam, że prawie wszyscy tu obecni byli razem przynajmniej na jednej wspólnej demonstracji, 16 grudnia zeszłego roku. Od Platformy, poprzez Nowoczesną, Inicjatywę Polską, po Razem i inne partie, ugrupowania zaprzyjaźnione. Można? Można! Dlaczego? Dlatego że wtedy działy się rzeczy bardzo istotne dla naszego kraju, PiS nielegalnie głosował nad budżetem. Potrafiliśmy powiedzieć razem, że nie zgadzamy się na to, co robi PiS. Pewnie można takie akcje powtórzyć. Razem zbieramy podpisy w sprawie referendum pod auspicjami ZNP, koniec końców wszystkie obecne tutaj partie poparły w ten czy inny sposób projekt „Ratujmy kobiety”. Można? Można. Tylko trzeba mieć jakiś pozytywny cel, coś więcej niż tylko odsunięcie PiS-u od władzy. To jest pierwszy, niezbędny krok. Ale co dalej?

ZANDBERG: Kilka słów na temat tego, co mówił pan Łoziński. Oczywiście gdybyśmy mieli do czynienia z otwartą przemocą ze strony państwa, z rozlewem krwi albo z bezczelną próbą sfałszowania wyborów, odpór musiałyby dać wszystkie demokratyczne siły. Ale nie mamy dzisiaj rozlewu krwi.

(Głos z sali: „Mamy wojnę psychologiczną”).

PACEWICZ: Wychodzę z tej sali pokrzepiony. Mamy polityków, którzy nie są tacy źli, naprawdę fajnych, zróżnicowanych. To jest to pokolenie, które być może sprawi, że polityka w Polsce będzie lepsza. Sondaże OKO.press wskazują, że rozkład sił wygląda dziś u nas mniej więcej tak: 30 proc. ludzi z różnych powodów popiera władzę, a około połowy, ostatnio 48 proc., uważa, że źle się w Polsce dzieje. Generalnie wahadło zaczyna się wyraźnie wychylać w dobrą stronę. A reszta jest w państwa rękach.

TO JEST SZTUKA, W PROPAGANDOWEJ TELEWIZJI ZAORAĆ JEDYNIE SŁUSZNEGO BRUDZIŃSKIEGO. SZACUNEK PANIE

Waldemar Mystkowskim pisze o Danielu Olbrychskim, który uważa polityków PiS za brzydkich i złych.

Dwoje młodych posłów Platformy Obywatelskiej Kinga Gajewska-Płochocka i Arkadiusz Myrcha produkuje na Facebooku program „Z parą o polityce”, do którego zapraszają znacznego gościa i rozmawiają o polityce. Tym razem politycy rozmawiali z Kmicicem, czyli Danielem Olbrychskim, który nadał tej postaci literackiej bardzo polską siłę. Kmicic Sienkiewicza zlał się z Kmicicem Olbrychskiego w jedność.

Olbrychski jest zaniepokojony tym, co się dzieje w Polsce, tym jak ojczyzna w XXI wieku jest degradowana, jak politycy obecnie rządzącej partii zwracają nas z kursu zachodniego na prowincjonalizm, zaprzepaszczają wszystkie lata emancypacji narodowej po 1989 roku w celu partyjnego zawłaszczenia. Olbrychski mówił o patriotyzmie, o nowoczesnej jego postaci w dzisiejszych czasach, który dla społeczeństwa obywatelskiego sprowadza się do tego, aby „odsunąć PiS od władzy, bo każdego dnia demoluje Polskę, ośmiesza Polskę, pozbawia zdolności obronnych również, a w związku z tym wiarygodności w NATO”.

PiS niszczy kraj od wewnątrz i choć zdarzały się w naszej historii demolujące okresy – rokosze, bunty, wojny domowe – to dzisiaj dzieje się tak, jak nigdy przedtem: „PiS to niszczyciele Polski, jakich w historii nie widziałem, bo komuniści musieli to robić na rozkaz Rosji, a tu wszystko jest z woli jednego człowieka, któremu pomagają ludzie brzydcy i źli”.

Połączenie moralności i estetyki jest całkiem na miejscu: zło jest banalne u małych, brzydkich ludzi. To definicja turpistyczna, przyglądnijmy się tym ludziom, słuchając ich jednocześnie, a zobaczymy jak spod warstwy makijażu wyłażą im robale zakłamania, jak na obrazach Hieronima Boscha.

Przy tak zdefiniowanej pisowszczyznie biję brawo Olbrychskiemu. Zdarzyło się dzisiaj PiS u władzy, bo do cna politycy tej partii potrafili wykorzystać to, co im „podarowała” historia – katastrofę smoleńską. To ona ich wyniosła na urzędy. Smoleńsk wg Olbrychskiego jest „rozrusznikiem i podpałką” partii Kaczyńskiego: „Ciągle trzeba coś tu dorzucać i dzięki temu mają 30 procent tych oszalałych. To sekta”.

PiS miał „szczęście” w jeszcze jednym, mianowicie do tej pory Kościół katolicki był opoką. Polacy odwoływali się do niego w chwilach braku niepodległości i PRL, ale zdarzył się jeden człowiek, który dokonał podziału: „Pierwsze zwaśnienie zaczęło się w domach. Niektórzy uważali, że to, co tam jest propagowane to zgroza, inni wierzyli we wszystko, co tam jest mówione. Kościół został podzielony. To, co się nie udało zaborcom, kagiebistom i NKWD udało się radiu z Torunia”.

I oto potwierdzenie słów Olbrychskiego. Wicemarszałek Sejmu tak mówił w TVP Info o ludziach, którzy nie godzą się na niszczenie sfery publicznej, upartyjnianie symboli narodowych: „Trafiłem kiedyś na tę dzicz zdradzającą objawy prawie diabelskiego opętania, gdy kiedyś udałem się prywatnie na miesięcznicę na Wawel”.

Tak! Wicemarszałek Sejmu, który powinien się dystansować od wypowiedzi bezpośrednio obrażających ludzi. Nazywa się Joachim Brudziński, który jest kwintesencją „brzydkich i złych”.

MISTRZ I UCZENNICA czyli jak dzwonić przez etui i wyłączony telefon 🙂

>>>