Posts Tagged ‘Stanisław Skarżyński’

Wjazd do Dąbrowy Górniczej.

Krystyna i jej zajady.

A tak pani poseł PiS wspópracowała z komuszkami. Sekrety Biblioteki Sejmowej. „Życie Gospodarcze” z 1987 😉

Stanisław Skarżyński w „Wyborczej” pisze o ostatnie miesięcznicy smoleńskiej. Skoro policja jest gotowa porywać ludzi z ulicy, to jak można uwierzyć, że demonstrowanie jest w Polsce bezpieczne? Historia podpowiada tu najgorsze scenariusze – i PiS może mieć o to pretensje tylko do Mariusza Błaszczaka.

Policja porywająca demonstrantów to nie jest praktyka demokratycznego państwa prawa

Nie jestem entuzjastą kontrmiesięcznic smoleńskich, bo uważam, że należy tam PiS zostawić, żeby się taplało w swoim smoleńskim obłędzie, a w czasie, kiedy PiS uprawia ten chocholi taniec, zajmować się merytorycznie emeryturami, rentami, szpitalami, żłobkami itd.

Dawno temu przestałem słuchać wystąpień prezesa Kaczyńskiego pod Pałacem Prezydenckim, bo od lat już nie da się tam usłyszeć nic nowego – od siedmiu lat z okładem prezes PiS ze swojej drabinki opowiada, jak to „przybliża się do prawdy”. Zapomina dodać, że ta prawda mu się oddala – jak horyzont, z każdym krokiem o jeden krok.

Rozumiem oczywiście argumenty Obywateli RP, którzy protestują przeciwko sprezentowaniu Jarosławowi Kaczyńskiemu przez Sejm prawa o zgromadzeniach cyklicznych, które jest drwiną z porządnej legislacji, ale uważam, że niewarta skóra wyprawki i zamiast mierzyć się z PiS na ich warunkach, należy porządną pracą oświetlać idiotyzm tego smoleńskiego cyrku.

Z olbrzymim trudem, ale mogę zrozumieć nawet to, że policja łazi za Obywatelami RP i posłami opozycji podczas protestów w obronie wolności sądownictwa. W dobie terroryzmu, politycznego wzmożenia i ogólnego napięcia społecznego nawet im się nie dziwię, choć upolitycznienie policji przez PiS każe oczywiście podejrzewać, że nie tylko o ogólne bezpieczeństwo tu chodzi, ale również o interesy partii rządzącej.

Natomiast tego, co się stało 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu, wytłumaczyć ani zrozumieć się nie da w żadnej części. To, że przypadkowych, pokojowo protestujących ludzi policja wywoziła radiowozami w nieznanym kierunku, to jest barbarzyństwo niemożliwe do zaakceptowania nawet w kraju tylko udającym demokratyczne państwo prawa

Miesięcznice, czyli eskalacja

Pół biedy, że budzi to oczywiste skojarzenia historyczne (bo najsławniejszym pasażerem milicyjnego bagażnika w Polsce był ksiądz Jerzy Popiełuszko) oraz geograficzne (bo porywanie ludzi przez politycznie sterowany aparat przymusu to jest praktyka Rosji pod rządami Putina).

Gorzej, że zachowanie policji podczas 88. miesięcznicy świadczy o tym, że PiS jest gotowe nie tylko nadużywać możliwości stanowienia prawa, ale również wykorzystać aparat przymusu, by bronić zdobytej władzy.

Nie wiadomo, co się stało – czy Mariusz Błaszczak nie panuje nad powierzonym mu resortem, więc nominowani z politycznego klucza i rozliczani z wykonywania politycznych rozkazów dowódcy wywierają taką presję na fukcjonariuszy, że ci robią takie głupstwa, czy policja jest już tak podporządkowana głupiej i złej władzy, że można jej polecić porywanie ludzi z ulicy, żeby zastraszyć przeciwnych tej władzy demonstrantów.

Tyle że to tak naprawdę wszystko jedno. 10 sierpnia 2017 roku po raz pierwszy PiS wprost użyło siły, żeby zastraszyć uczestników pokojowej demonstracji. To nieważne, czy policja zgaduje życzenia władzy, czy wykonuje jej polecenia – jeśli służby państwa są gotowe bez żadnego powodu porywać ludzi z ulicy, to nie mogą gwarantować bezpieczeństwa.

Jak można będzie teraz na słowo uwierzyć, że demonstrowanie w Polsce jest bezpieczne? Że następnym razem demonstrujący nie zostaną bezprawnie wywiezieni? Może zostaną zamknięci w celi na 48 godzin? Pozbawieni możliwości kontaktu z rodziną? Niezbędnych lekarstw? Zamknięci w izolatce? „Psychuszce”?

Historia podpowiada tu najgorsze scenariusze – i PiS może mieć o to pretensje tylko do Mariusza Błaszczaka.

CZY JAROSŁAW KACZYŃSKI ZWRÓCI DOM, KTÓRY NIELEGALNIE ZASIEDLIŁA JEGO RODZINA?

Złożyliśmy dziś do KPRM wniosek o udostępnienie informacji publicznej w sprawie pożyczki od Skarbu Państwa dla TVP w wys. 800 mln zł! 😡👎📺

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co zostanie po PiS.

Jeźdźcy apokalipsy PiS

Prędzej czy później Krzysztof Ziemiec będzie miał ze sobą problem, bo krytyka jaka go spotyka, nie spływa po nikim jak po kaczce. Za to się płaci, acz do pewnego czasu można „mężnie” przyjmować ją na klatę. Nie znam gościa, lecz nie wydaje mi się twardy, tym bardziej, że krytyka płynie ze strony ludzi, którzy mają autorytet, trudno ich nazwać wazeliniarzami.

Z góry szkoda mi Ziemca. I w tym tonie wypowiada się Jurek Owsiak, którego Przystanek Woodstock został opisany w „Wiadomościach” TVP1 jako „najbardziej obskurny festiwal świata”, a translacja  winna podać (za „Daily Star”), jako „najbardziej nieprzyzwoity festiwal”. W kulturze pop jest to wyróżnienie, jeżeli Owsiak utrzyma Woodstock do przyszłego roku, to można spodziewać się większego napływu młodzieży anglosaskiej.

Nieprzyzwoitość w kulturze anglosaskiej jest pożądana. Owsiak ma do Ziemca chrześcijańską empatię, ocenia, że to był całkiem dobry człowiek, można było z nim wieczerzać, prowadzić interesującą rozmowę np. o podróżach – ba! napić się wódki – a tę ostatnia przyjemność nie z każdym można dzielić.

Owsiak więc nie wyklucza w przyszłości napicia się wódki z Ziemcem, ale chłop powinien znaleźć jakieś przyzwoite zajęcie. Dziennikarstwo pisowskie niszczy go. Z kolei ratunku dla Ziemca raczej nie widzi Marcin Meller, radzi mu aby zapuścił pokutną brodę i nie prowokował swoim obliczem rodaków. Ziemiec powinien udawać kogo innego.

Meller zadaje pytanie, które zaczyna urastać do najważniejszego w naszym życiu publicznym. Otóż PiS uderzając w polską demokrację spowodował pękniecie wśród naszej wspólnoty. Jesteśmy pęknięci na pół. I wcale nie chodzi o to, czy te połowy są równe, ale pękniecie po demolce kaczysotwsko-macierowiczowskiej jest nie do zniwelowania, nie do zasypania.

Jak z tym żyć? Jak żyć po pisowskiej apokalipsie? Wyobraźnia uruchamia obrazy, w których sprawiedliwie osądza się Kaczyńskiego i jego towarzystwo błaszczako-gowino-ziobrowe i wsadza za kraty. Tak działa wyobraźnia bez specjalnego wspomagania intelektu, przetwarza to na emocje, które stosują przedchrześcijańskie rozwiązania, „oko za oko, ząb za ząb”. Takie jest prawo zemsty, wendetty.

Ale to jest ślepa uliczka. Pisze o tym Meller, a ja drążę jeszcze w innych kierunkach. Pisowska apokalipsa właśnie się dokonuje. Polski jeszcze nie stratowali wszyscy jeźdźcy apokalipsy. Na razie tylko jeden przecwałował, a wszystkich jest czterech, ten ostatni najgroźniejszy, bo po nim zostanie spalona ziemia, Polska – odizolowana, narażona na utratę niepodległości.

Jak żyć dzisiaj, gdy znajdujemy się w stadium apokalipsy? Jak przekonać tę drugą część rodaków, że nasze cele są takie same, są zbieżne, że możemy wspólnie drogi do nich wyznaczać, a nie stawać przeciw sobie? Jak powstrzymać dzieło dokonującej się apokalipsy?

Zacząłem od Ziemca, który swoją twarzą sygnował obskurność, a to była nieprzyzwoitość – i to ta pożądana. Może kiedyś Owsiak napije się z nim wódki, ale nie będzie to w Polsce obskurnej, pisowskiej.

A ILE LITRÓW KRWI ODDANO NA MIESIECZNICY?

TAKIE PODSUMOWANIE WYDARZEŃ POD PAŁACEM

>>>

Reklamy

PIĘKNĄ MŁODĄ POLSKĄ RZĄDZI STARZEC O XIX WIECZNYCH POGLĄDACH, OSZUST I KŁAMCA, ZGORZKNIAŁY SAMOTNIK Z KOTEM Z PONUREJ BAJKI. MAMY DOŚĆ !!!

©Andrzej Mleczko

Mariusz Błaszczak dorobił się kolejnego krzyżyka. Niech go spotka krzyż – krzyż na drogę i won! z życia publicznego – bo to marny człowiek, a intelektualnie niesprawny. Piszą o krzyżykach Błaszczaka Anna J. Dudek i Stanisław Skarżyński. Ujawnione przez „Wyborczą” nagrania policjantów śledzących Obywateli RP i posła Ryszarda Petru to kolejny krzyżyk na karierze ministra Mariusza Błaszczaka. W momencie, gdy PiS przeżywa największy kryzys od początku swoich rządów, dymisja dwukrotnie już obronionego ministra byłaby przyznaniem się do słabości przez Jarosława Kaczyńskiego.

Opozycja już kilkukrotnie próbowała Błaszczaka odwołać – raz za skandal wokół komendanta głównego policji, bo na to stanowisko minister mianował policjanta, którym zajmowała się prokuratura. Po raz drugi – gdy politycy z policjantami próbowali tuszować zabójstwo Igora Stachowiaka na komendzie. Po drodze były mniejsze i większe lapsusy. W obu przypadkach PiS obroniło Błaszczaka, ale opozycja powinna teraz podjąć kolejną próbę. Choćby była nieudana, dokuczy radykalnemu skrzydłu PiS – bo Błaszczak jako szef MSWiA jest dla Kaczyńskiego dziś zbyt cenny, żeby go poświęcić.

Coraz wyraźniej widać biegnący przez partię podział na frakcję radykalną, która naprawdę chce zaprowadzić w Polsce dyktaturę prezesa Kaczyńskiego, oraz umiarkowaną, która z coraz większym przerażeniem patrzy na poczynania obozu władzy. A teraz z nadzieją spogląda w stronę Pałacu Prezydenckiego.

Orędzia grozy

Najlepiej było to widać podczas wojny na orędzia. W poniedziałek o 20.00 TVP wyemitowała (kierując się logiką partyjną, nie państwową) orędzie premier Beaty Szydło, a TVN – orędzie prezydenta Andrzeja Dudy.

To precedens – nigdy w naszej historii nie było sytuacji, by głowa państwa i głowa rządu przemawiały w tym samym czasie. Ostatnio taka wojna była „o krzesło” w Brukseli – ale między premierem Tuskiem a prezydentem Kaczyńskim.

Gdy prezydent w TVN tłumaczył, dlaczego nie mógł zaakceptować proponowanych przez Prawo i Sprawiedliwość reform, w TVP premier przekonywała, że decyzja Dudy jest niezrozumiała. Kiedy on mówił o potrzebie budowania sprawiedliwego państwa, do którego Polacy mają zaufanie, bo traktuje ich równo, ona mówiła: „Winniśmy być jednością, nie możemy ulegać naciskom ulicy i zagranicy, musimy zrezygnować ze swoich osobistych i politycznych ambicji, a skupić się na tym, czego Polacy od nas oczekują”.

Wraz z dwoma orędziami jedność obozu „dobrej zmiany” przechodzi do historii. Duda jest najważniejszym, ale nie jedynym politykiem, który w tej kadencji wyrwał smycz z rąk Jarosława Kaczyńskiego. Kazimierz Ujazdowski wyłamał się z PiS podczas wojny z Trybunałem Konstytucyjnym, dołączając do długiego szeregu byłych współpracowników prezesa, którzy jako „pisolodzy” zaludniają studia TVN.

Drugą stronę stanowi betonowe zaplecze Jarosława Kaczyńskiego rozesłane po resortach siłowych – to nadzorujący służby specjalne Mariusz Kamiński, nadprokurator Zbigniew Ziobro oraz właśnie Mariusz Błaszczak, któremu podporządkowana jest policja.

Jeśli PiS mówi „dekomunizacja” to oznacza to zupełnie odwrotną sytuację. To samo jest z dekoncentracją mediów, wolnością i demokracją.

Waldemar Mystkowski ma propozycję dla pokracznego PiS. Zamknąć sądy.

Trybunał i sądy zamienić na muzea

Polityka historyczna PiS niebawem może tak przyspieszyć, że nazwiemy ją kosmiczną polityką historyczną. Zapytacie, dlaczego miałoby się tak stać? Ano, z dnia na dzień może przybyć kilkaset muzeów w całej Polsce. Zdziwieni? Oczy wyszły wam na wierzch? Schowajcie je do oczodołów, bo potrzebny będzie rozum, wysilcie go, tymczasem pospiesznie wyjaśniam.

Demolka Trybunału Konstytucyjnego miała służyć między innymi temu, aby przyspieszono wyrokowanie w sprawach, które zalegają latami. I oto dowiadujemy się, że Trybunał Konstytucyjny w obecnym roku, a już mija 7 miesięcy 2017, orzekał – teraz można wybałuszyć oczy – przez 13 dni. „Fakt”, w którym o tym piszą, nazywa sędziów wprost – „Lenie z Trybunału Konstytucyjnego”.

Ja głównym leniem – rozsadnikiem tej niemocy pracy – nazwałbym panią prezes Julię Przyłębską, która powinna pozostać jako prawnik bezrobotna, tak jak chciał tego Sąd Okręgowy w Poznaniu. Ten nie przyjął jej do pracy ze względu na lenistwo i mierne kwalifikacje („nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów, pisała błędne uzasadnienia” – to tylko niektóre z zarzutów wizytatora w 2001 roku, a następnie komisji kwalifikacyjnej w stosunku do Przyłębskiej, gdy odrzucono jej prośbę o pracę).

Czy Przyłębska od tamtego czasu podciągnęła się? Znowu wybałuszycie oczy. Pani Przyłębska jest na urlopie od 28 czerwca do 11 września, od ostatniego posiedzenia TK do następnego planowanego. Nie podciągnęła swojej fachowości, dalej w głębokim poważaniu ma kwalifikacje.

Jak wiemy Przyłębska jest prezes TK od grudnia ubiegłego roku. Już nie wybałuszajcie oczu, bo je stracicie. W tym czasie przybyło jej 41 dni zaległego urlopu. Jak to się dzieje, że nie pracuje, a przybywa jej urlopu? Ano tak, że urlop jest wówczas, gdy pisze się podanie o urlop, zatwierdza się podanie i na urlop udaje. Przyłębska choć nie pracowała, to nie napisała do siebie podania o urlop, więc nie była na faktycznym urlopie mimo, że bumelowała.

No, fajnie. Zatem, jakim sposobem doszło do tego, że wczoraj – 27.07 – pojawił się komunikat niefachowej Przyłębskiej: – „Sąd Najwyższy złamał prawo, nie zawieszając postępowania w sprawie Mariusza Kamińskiego”. Ten komunikat podał PAP, ano agencja mogła tę wiadomość dostać mailem, np. z Bahamów, gdzie może przebywać Przyłębska wraz ze swym TW Wolfgangiem, a nawet komunikat mógł podyktować telefonicznie prezes Kaczyński.

Trybunał Konstytucyjny orzekał przez 13 dni w roku. Po co? Przecież Konstytucja nie działa. Czy nie lepiej otworzyć jego podwoje dla turystów. Budynek fajny, kupić tylko bambosze i zwiedzający będą śmigać po wypastowanych posadzkach. A kustosz w TK będzie mógł nawijać: – Kiedyś w Polsce przestrzegana była Konstytucja, a tutaj pracowali sędziowie pilnujący zgodności prawa z Konstytucją. I takie tam ble-ble.

Tak sytuacja wygląda z Trybunałem Konstytucyjnym. Prezes Kaczyński chce podobnie zrobić z prawem powszechnym i po części mu się to udało. Ustawa o sądach powszechnych została podpisana przez Andrzeja Dudę, dwie o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa zawetowane.

Jeżeli prawo będzie działało jak Trybunał Konstytucyjny, to po co nam budynki sądów – a tych jest kilkaset. Bezprawie nie potrzebuje sądów. Budynki sądów można przerobić na muzea. I wreszcie na kosmiczną skalę realizować politykę historyczną. Kustosze mogą reklamować przeszłość: – Tu działało prawo – informując gawiedź o przeszłej wielkości narodu polskiego wyznającego prawo i demokrację.
Spełnia się na naszych oczach Franz Kafka – na razie tajniacy śledzą opozycję i społeczeństwo obywatelskie, acz jeszcze nie prowadzą na przesłuchania.

Kaczyński może się w jeszcze jednym odwołać do tradycji, której tak hołduje. Niegdyś panowie władcy – królowie, książęta – rozstrzygali spory prawne, gdy raz do roku udawali się do swoich posiadłości i wydawali wyroki podczas tzw. roków. Kaczyński jako pan może wydawać wyroki podczas wyjazdów w teren czy też kampanii wyborczej (jeżeli takie jeszcze będą), obowiązuje wszak jego wola, a taka Przyłębska tylko symuluje pracę.

Prawo staje się przeszłością, a teraźniejszością i przyszłością będą wspomnienia, czyli muzea. Zaś zawód prawnika może pójść do lamusa, bo będziemy mieli pana prezesa na włościach Polski.

Najnowszy news.

>>>

Malinowska kontra Kaczyński. Pozwała prezesa PiS za „gorszy sort”.


TO BĘDZIE BARDZO SPEKTAKULARNE ŚLEDZTWO, PROCESY I WYROKI. #AFERASKOK NIE ZOSTANIE ZAMIECIONA.

Nikt wcześniej nie oszukał Polaków na 5mld zł

Według sondażu przeprowadzonego na zlecenie partii rządzącej, gdyby PO i Nowoczesna wystawiły wspólne listy w wyborach parlamentarnych, pokonałyby PiS.

Jak pisze Fakt.pl, w sondażu, który jedna z „prestiżowych sondażowni” przeprowadziła w dniach 14-16 czerwca na drupie 1000 Polaków, jak wyglądałyby wyniki wyborów, gdyby PO i .Nowoczesna wystawiły wspólną listę w wyborach parlamentarnych.

Dziennik pisze, że taka koalicja dałaby ugrupowaniom opozycyjnym 40-proc. poparcie, czyli 244 mandaty, a to dzięki temu również, że próg wyborczy przekroczyłyby także SLD (6 proc.) i PSL (powyżej 5 proc.).

PiS z kolei uzyskałoby poparcie na poziomie 36 proc., co daje mu 172 mandaty. Nawet gdyby połączyło siły z Kukiz’15, który zyskał poparcie 9 pkt. proc., te dwa połączone ugrupowania miałyby tylko 205 mandatów.

Do parlamentu według tego sondażu nie dostałyby się Wolność i razem – po 2 proc. wskazań.

JEST WYSOKI I PRZYSTOJNY, JAK NA PAŃSTWO PiS PRZYSTAŁO.

LIS DO GOWINA – BEZBŁĘDNIE

Stanisław Skarżyński w „Wyborczej” pisze o rasizmie, który przez PiS jest hodowany.  Kibole i rasiści przecież nie po to pomagali PiS zdobyć władzę, żeby prawdziwy Polak nie mógł w swoim kraju pluć „podludziom” w twarz, kiedy mu przyjdzie na to ochota.

Nacjonaliści niezłomni, co na niepełnosprawnych, kobiety i dzieci polują

Uderzające jest to, kogo atakują dziś prawicowe bojówki. O kulach porusza się Kinga Kamińska, oblana piwem przez czterech „odważnych i niezłomnych” na schodach do warszawskiego metra. Również w Warszawie za trzema młodymi chłopakami poszło aż sześciu – tak się właśnie przedstawili – „nacjonalistów”, żeby zapowiedzieć, że „jeszcze raz pojawisz się na Mokotowie, to cię zajebiemy”.

W Sopocie objawiło się żywe przedmurze chrześcijaństwa. To 59-latek, który komunikatem „czarna nie wchodzi” chciał powtrzymać kobietę z ciemnoskórym dzieckiem na rękach przed wejściem do kościoła. Rzucił się do ucieczki, kiedy na miejscu zjawili się policjanci.

W Radomiu jednego członka KOD biło czterech typów z Młodzieży Wszechpolskiej. W Lublinie dorosły mężczyzna zdobył się na bohaterski akt naplucia licealistce z zagranicy w twarz.

Atakowanie słabszych nie jest dowodem siły, ale kompleksów, frustracji, niskiej wiary w siebie oraz ogólnej słabości. „Jesteśmy tchórzami” – tyle nam o sobie powiedzieli nacjonaliści w ostatnim tygodniu.

Politycy PiS tłumaczą

Państwo Platformy Obywatelskiej było podobnie słabe i bezradne wobec przestępstw z nienawiści, ale samo wspomnienie Bartłomieja Sienkiewicza, który mówił „idziemy po was” rasistom z Białegostoku oraz próby reakcji Andrzeja Seremeta na kolejne wygłupy prokuratorów stawiają tamte czasy na zupełnie innym poziomie.

Trudno inaczej, niż strachem, wyjaśnić to, co wyprawia dziś Prawo i Sprawiedliwość. Partia idąca do władzy pod hasłem odbudowy państwa, przywrócenia mu siły i podmiotowości nie jest w stanie nawet dostrzec tego, co się dzieje. „To sytuacja, która nie powinna mieć miejsca, ale też ich rozumiem” – ogłosiła Beata Mazurek po ataku w Radomiu.

„Nie notujemy wzrostu liczby przestępstw na tle nienawiści rasowej” – opowiadał Mariusz Błaszczak w nowej telewizji PiS o wydarzeniach w Lublinie. Sprawdził to Paweł Cywiński (uchodźcy.info): w 2013 roku wszczęto 719 takich postępowań, a w 2016 roku już 1314.

Władza się boi

Te kłamstwa Błaszczaka, pokrętne wyjaśnienia rzeczniczki, zwalanie odpowiedzialności na Donalda Tuska nie wynikają z tego, że PiS jest po drodze z brunatną falą. Tak było za czasów Platformy Obywatelskiej, bo gdy nacjonaliści wywoływali burdy, to PiS nieodmiennie zwalało je na prowokacje policji i nieudolność władzy.

Dziś już nie jest, tylko PiS jest zakładnikiem nacjonalistów. Naprawdę zwalczając rasistowską przemoc, PiS straci jedną ze swoich najważniejszych grup poparcia, więc wybiera bierność, która również będzie ich kosztować – elektorat środka oczekiwał, że suwerenne państwo, które obiecywał Jarosław Kaczyński, to będzie państwo silne, w którym będzie porządek nawet, jeśli oznacza to, że nie będzie się za bardzo przejmować prawami człowieka.

Prawicowe bojówki są przeciwieństwem porządku i PiS będzie za ten chaos płacić – i to również w tych grupach, które wybaczyłyby mu Trybunał Konstytucyjny i wojnę z Europą.

Jeśli w PiS w ogóle ktoś myśli (co jest raczej wątpliwe) to widać uważają te straty za mniejsze zło niż rozpoczęcie wojny z rasistowską przemocą, która oznaczałaby znalezienie się w tym samym miejscu, w którym była Platforma Obywatelska. PiS pozwala rosnąć brunatnej fali, żeby nie usłyszeć „Kaczor, matole, twój rząd obalą kibole”.

„Jeśli podniesiecie na niego rękę, przekroczycie granicę, po której zacznie się wasz upadek”.

Waldemar Mystkowski pisze o najściu domu Frasyniuka przez milicję PiS, która dla zmyłki nazywa się policją.

Frasyniuk i Wałęsa, a za nimi Błaszczak z różańcem

Radzę Błaszczakowi, aby kupił nowy różaniec – będzie się lepiej prezentował w telewizji.

Czy Mariusz Błaszczak przewidział, że w drzwiach państwa Frasyniuków milicjantów przebranych za policjantów przywita 9-letni syn legendy czasów opozycji PRL-u? Napiszę – wątpię, bo Błaszczak nie tylko ma deficyt intelektu chodząc (chodzący deficyt intelektu wg Ludwika Dorna), ale zwłaszcza stojąc ma deficyt wyobraźni.

W każdym razie milicjanci w przebraniu policjantów naszli dom Frasyniuków, aby młodemu dać pokaz historii, darmową lekcję, bo reforma szkolnictwa koleżanki Błaszczaka Anny Zalewskiej ponoć cofnie nas hen w mroki przeszłości.

Milicjanci przyszli do Frasyniuka z wezwaniem, legenda ma się stawić 4 lipca na komisariacie policji w Długołęce, czyli sześć dni przed kontrmiesięcznicę w Warszawie. Po co ma się pojawić Frasyniuk na komisariacie? No i tu mamy kłopot, bo w wezwaniu pojawiają się zwroty z komuszego języka mowy-trawy: wezwany „w charakterze osoby, co do której istnieje uzasadniona podstawa do skierowania przeciwko niemu wniosku o ukaranie”.

Rozumiem, Błaszczak deficyt, ale milicja przebrana za policję nie musi koniecznie jemu dorównywać, zwłaszcza, że nie wszyscy do służb porządkowych przyjmowani byli za czasów osławionego tandemu Błaszczak-Jarosław Zieliński.

Wszak mogli napisać, że Frasyniuk 10 czerwca w Warszawie przedstawił się policjantowi, który pytał go o imię i nazwisko, jako „Jan Kowalski z PiS-u”. Jest podstawa, że Frasyniuk kłamał w żywe oczy milicjantowi przebranemu za policjanta.

Ba, w wezwaniu nie ma podanej podstawy prawnej, która wymaga obecności Frasyniuka na komisariacie. Wezwanie z punktu standardów prawnych jest tylko świstkiem papieru gorszej jakości niż papier toaletowy, bo nawet nim nie można podetrzeć się.

Ale ci milicjanci w przebraniu policjantów musieli być tego świadomi, chyba, że już wróciła peerelowska norma językowa: głupi jak milicjant albo głupi jak but. Milicjant równał się butowi. Pamiętam, jak zasuwałem z kartką żywnościową do monopolowego, aby nabyć pół litra. Na kartce było „1 but.”, więc mówiłem do pani sklepowej: poproszę 1 milicjanta. I jak u Gombrowicza, hrabina Kotłubaj serwowała chłopca Kalafiora, ja z kolegami rozpijałem się milicjantem, takie to były czasy kanibalów.

Ilu butów przyszło do Frasyniuka? – nie wiem. Przeważnie chodzą po dwóch: dobry i zły, prawy i lewy, tak jak Błaszczak i Zieliński na konferencjach prasowych – i takiego samego języka używają, jak w owym wezwaniu.

Ciekawe, czy Lech Wałęsa też dostanie wezwanie na komisariat w Gdańsku? Wraz z Frasyniukiem 10 lipca na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie będą się mogli przedstawiać milicjantom przebranym za policjantów jako „Kowalscy z PiS-u”. Ale tym razem będzie trochę inaczej, bo dla osobistości formatu światowego Wałęsy zjadą media z całego świata.

Na tym może skorzystać też Błaszczak, bo on w tym samym czasie lubi przechadzać się po Krakowskim Przedmieściu z różańcem w ręku i modlić się. Więc radzę mu, aby kupił nowy różaniec. Nowe w telewizorze zawsze lepiej się prezentuje.

PRZESTROGA!

JAK WAM SIĘ PODOBA NAZWA?

>>>

Wspaniały esej Stanisława Skarżyńskiego („Wyborcza”). Strach zatrudniony do polityki okazuje się niezawodny, ponieważ uznanie, że nie było się czego bać, jest przyznaniem się do głupoty i ośmieszeniem.

Masz się bać, bardzo bać. Strach udający rozum tworzy wiernego wyborcę

„Auschwitz w dzisiejszych, niespokojnych czasach to wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli” – ogłosiła Beata Szydło w Oświęcimiu.

To zdanie jest nowym pomnikiem politycznej głupoty. I jeszcze jedno, również ze słownika dwudziestowiecznego faszyzmu, wypowiedziane tego samego dnia: „Mamy prawo, każdy naród, każda cywilizacja, w tym przypadku cywilizacja europejska, bronić się przed zagładą. To, co robią elity zachodniej Europy, jest wstąpieniem na drogę do samozagłady Europy”. Wygłosił je wicepremier Gowin po tym, jak Komisja Europejska wszczęła postępowanie przeciwko Polsce, Czechom i Węgrom za to, że nie przyjęły uzgodnionej liczby uchodźców.

Łapiemy się za głowy, a przecież to nie powinno dziwić w ogóle, bo polska polityka od lat ewoluuje w stronę nie-wesołego miasteczka, które całe jest tunelem strachów. Prawica bije w tej dyscyplinie wszystkie rekordy – przede wszystkim głupoty – ale na strachu budowany jest również przekaz obrońców demokracji.

Już Machiavelli pouczał, że „przezorny książę powinien obmyśleć sposób, aby obywatele zawsze i w każdej okoliczności odczuwali potrzebę jego rządu, wtedy stale będą mu wierni”.

Uzupełnił to spostrzeżeniem: „Miłość trzymana jest węzłem zobowiązań, który ludzie, ponieważ są nikczemni, zrywają, skoro tylko nadarzy się sposobność osobistej korzyści, natomiast strach jest oparty na obawie kary; ten więc nie zawiedzie nigdy”.

Polityczne wykorzystanie strachu jest możliwe, bo strach przekształca tchórzostwo w racjonalność. Bojąc się, trzeba decydować szybko, gwałtownie, bez sprawdzenia prawdziwości przesłanek, bez oglądania się na konsekwencje.

Tchórz odważny

Wcieleniem postaci mądrego tchórza jest Mariusz Błaszczak, który twierdzi, że polityka PiS w sprawie uchodźców jest „głosem rozsądku”. „Rząd PO-PSL godził się na przyjmowanie tysięcy muzułmańskich emigrantów, godził się na to, by stworzyć w Polsce środowiska, zaplecze, bazy rekrutacyjne dla terrorystów” – opowiadał w radiowej Jedynce.

Przechwycona i wpleciona w strach racjonalność okazuje się w służbie polityki niezawodna, ponieważ uznanie, że nie było się czego bać, jest przyznaniem się do głupoty, ośmieszeniem. Zamieniając strach w racjonalność, angażuje się poczucie własnej wartości. Od tego momentu każdy atak na obiekt strachu jest atakiem na bojącego się.

To nie przypadek, że ci sami politycy, którzy żyją z produkcji strachu, najchętniej sławią odwagę obrońców Westerplatte, bohaterstwo warszawskich powstańców i niezłomność „żołnierzy wyklętych”. Im bardziej bohatera zawiodła racjonalność, tym większa jego wartość dla handlarza strachu. Dlatego nie można się zastanawiać, czy warto było w 1944 roku poświęcić setki tysięcy istnień i obrócić stolicę w gruz albo czy racjonalnie myśleli ludzie, który w 1946 roku chcieli prowadzić partyzancką walkę z ZSRR. Bo to w nich właśnie, nieracjonalnych bohaterów, reprezentantów racjonalnych tchórzy, wcielają się politycy.

Znów Błaszczak, tym razem dla „wSieci”: „Nie zabraknie nam odwagi, nie ściągniemy na Polskę zagrożenia. (…) Nawet jeżeli wyłączymy sprawę zamachów terrorystycznych, to zobaczmy co się dzieje we Francji, w Brukseli. Byłem we czwartek w stolicy Belgii. Na ulicach uzbrojeni żołnierze, opancerzone samochody wojskowe, to wszystko ze względu na zagrożenie, ze względu na to co wiąże się z konsekwencjami samobójczej polityki multi-kulti”.

Tchórz miłosierny

Udając akt rozumu, strach potrafi być aktem miłosierdzia. Niezwykła jest bezsilność papieża i biskupów wobec niechęci do uchodźców, niezdolność do przekonania wiernych, by dostrzegli człowieka w człowieku. Jarosław Mikołajewski słusznie stwierdził, że w procesjach Bożego Ciała idą „praktykujący niewierzący”.

Tajemnicą konfesjonałów pozostanie, czy podczas sakramentów spowiedzi w całej Polsce wszyscy ci, którzy nie chcą przyjęcia uchodźców, klęczą i szepczą księdzu, że zgrzeszyli strachem, nienawiścią do obcych, postawieniem siebie ponad potrzebujących. Czy przestali przyjmować komunię świętą, bo żyją w grzechu, którego nie potrafią pokonać?

Zapewne nie. Pomaga im w tym strach udający racjonalność, który nakazuje doszukiwać się w chrześcijaństwie wątków zwalczania zła oraz uprawnionej samoobrony – i nie słuchać choćby biskupa Pieronka, który w „Kropce nad i” mówił, że „moralnym obowiązkiem chrześcijan w Polsce jest być gościnnym dla tych, którzy uciekają przed śmiercią, przed nędzą, przed wszelkimi prześladowaniami”.

Odpowiedział mu na Facebooku polski katolik i patriota Marian Kowalski: „Ksiądz Pieronek jest notorycznym szubrawcem i skończonym bydlęciem i każdy, kto tego łajdaka traktuje poważnie jest człowiekiem nierozsądnym”.

Nie on pierwszy uznał niby-rozsądek za wartość chrześcijańską. Adolf Hitler w 1922 roku też powoływał się na Jezusa Chrystusa: „Chrześcijanin nie ma obowiązku pozwalać, by go oszukiwano. Ma obowiązek walczyć o prawdę, o sprawiedliwość. (…) Gdy widzę ludzi w kolejkach do sklepów i patrzę na ich zmęczone twarze, sądzę, że byłbym nie chrześcijaninem, ale diabłem, gdybym nie zwrócił się, jak nasz Pan dwa tysiące lat temu, przeciwko tym [miał na myśli Żydów] którzy do dziś wykorzystują i grabią tych biedaków”.

I jeszcze, na marginesie – akurat rozsądek nie należy do wartości chrześcijańskich.

Rozum obrażony

Prawicowi intelektualiści znaleźli się za burtą właśnie dlatego, że rozum nie pozwala im przyjąć kłamstw i bredni produkowanych na użytek władzy.

Ostatnio dotknęło to Bartosza Brzyskiego z Klubu Jagiellońskiego. W tekście „Nie mamy już o czym rozmawiać” wspomina innych prawicowych intelektualistów, Piotra Wójcika i Bartłomieja Radziejewskiego, którzy opowiedzieli się za przyjęciem, pod szeregiem warunków, 6142 uchodźców, za co zostali zjechani od góry do dołu.

„Szarańcza, horda, kozojebcy – te zwroty nie tylko odczłowieczającą, ale mogą stanowić pierwszy krok na drodze do społecznej akceptacji przemocy wobec adresatów tych wyrażeń. Pierwsze przypadki idiotycznych ataków na ciemnoskórych właścicieli kebabów w Polsce już odnotowaliśmy” – zauważył słusznie Brzyski.

Jeszcze półtora temu ten publicysta chwalił Orbána za mądrą politykę w sprawie uchodźców i podkreślał, że „żaden z niego faszysta”, bo premier „powiedział wprost, że Węgry przyjmą imigrantów, jeżeli taka decyzja zostanie przegłosowana przez kraje UE”.

Decyzja została przegłosowana, Węgry uchodźców nie przyjęły, więc Orbán okazał się jednak być faszystą. Brzyski ewoluował, bo zachował zdrowy rozum. Właśnie po to, żeby wyborcy tak nie ewoluowali, prawicowcy poszli w handel strachem.

Racjonalni są naiwni

Przypadki Brzyskiego, Radziejewskiego i Wójcika – konserwatystów skazanych, jak to konserwatyści, na ślizganie się po granicy między kulturową arbitralnością, a porządnym myśleniem – pozostaną jednak marginalne.

Również racjonalność ukradziono racjonalnym i zatrudniono w przemyśle nienawiści. Co zresztą Brzyski jasno dostrzega: „A niech się ciapate kurwy smażą – pisze pan Darek Kobra na profilu Marszu Niepodległości. Jego komentarz polubiło już prawie 130 osób. (…) Ludzie pod własnym nazwiskiem nie tylko życzą innym śmierci, ale wprost się cieszą, że obcy im ludzie płoną żywcem. Tych, którzy wzywają do opamiętania, nazywają »naiwnymi«”.

„Naiwność” to kolejne nawiązanie do rozumu, które rozgrywają administratorzy strachu, utwierdzając pożyteczne marionetki w przekonaniu o racjonalności ich prostych obskuranckich sądów. Pojawiło się choćby u kolejnego autorytetu naszych czasów, Mariusza Pudzianowskiego.

Siłacz i wojownik z klatki ostatnio napisał na Facebooku: „W Polsce gospodarzami jesteśmy my i nie zgadzamy się na przymusowe osiedlanie islamskich imigrantów, bo widzimy jakie są tego skutki!”. Dołączony, zupełnie idiotyczny materiał „Wiadomości” TVP o „islamskich imigrantach, prowadzących swoistą inwazję kulturową inwazję na nasz kontynent” obejrzało na koncie „Pudziana” milion ludzi, 10 tysięcy podało go dalej, polubiło 20 tysięcy, napisano ponad 800 komentarzy. 1,5 tysiąca reakcji zebrał Sebastian Marcinik, singiel z Sosnowca, który skomentował, że „Niemcy po raz kolejny zniszczyły Europę niestety ponownie przy śmierci wielu niewinnych ludzi”.

Wątpliwości miało niewielu, na przykład Oskar Zielewski, kibic z Bydgoszczy („mamy przyjąć imigrantów którzy nie są połączeni z państwem islamskim oraz nie są fanatykami tej religii”), ale szybko rozwiewali je – nieustannie w duchu racjonalizmu – inni. Kamil Tomasz Markiewicz, którego życie zmienił hip-hop: „Naprawdę wierzysz, że niemcy pozbędą się tego odsetka „uchodźców”, którzy są poprawnie sprawdzeni i teoretycznie bezpieczni, a sobie zostawią chodzące bomby zegarowe?”

***

Rozum sterowany strachem odbiera polityce wszelką racjonalność. Fakty przestają mieć znaczenie. A są one takie, że terroryzm to nasze ostatnie zmartwienie. Kamil Fejfer w OKO.press policzył kiedyś, że z rąk terrorystów zginęło w ostatnich piętnastu latach tyle Polek i Polaków, ile w 2011 roku utonęło w rowach przydrożnych i melioracyjnych.

Waldemar Mystkowski pisze o zamachu na Kaczyńskiego.

Zamach na Kaczyńskiego służy do tego, aby zamachnąć się na Polskę

Teorie zamachowe PiS ma opanowane w małym palcu, do perfekcji sporządzanie teorii zamachu, zarządzanie teorią poprzez polityków własnej partii i kitowanie nią publiki poprzez swoje media, teraz doszły jeszcze media dawniej publiczne.

Tak przygotowana teoria zamachowa służy konkretnym rozwiązaniom politycznym, które mają podporządkować społeczeństwo, aby zaprowadzić reżim. Nie chcę wybiegać za daleko – acz najwyższa pora, aby jednak to robić – stoimy przed kolejnym przełomem, gdy już PiS zagryzie niezależność sądowniczą. A dokona tego w okresie kanikuły.

Następnie trzeba zniszczyć opozycję, a szczególnie społeczeństwo obywatelskie. Potrwa to jakiś czas, lecz PiS musi się spieszyć, Polacy uśpieni, to Polacy ulegli.

Piszę o najnowszej teorii zamachowej, mianowicie odkryto spisek na życie Jarosława Kaczyńskiego. Zanim przejdę do meritum, proponuje spojrzeć z lotu ptaka na KOD, który w przeciągu roku ze stutysięcznej manifestacji majowej w Warszawie w ubiegłym roku skurczył się do dzisiejszych manifestacji, w których nie można rozpoznać wczorajszej wielkości.

Jak do tego doszło? Po pierwsze, KOD nie składa się z ludzi proweniencji pisowskiej, czyli o skrzywieniu optyki na rzeczywistość, że za wszystkim kryje się jakiś spisek. Błąd? Nie. Ale to zwalnia z krytycznej oceny w stosunku do samego siebie, a gen samozagłady jest wpisany w każdy projekt.

Nie czynię żadnych wpisów na profilach kodowskich na Facebooku. Już w ubiegłym roku usłyszałem o kilku wpisach, o których powiedziałem, iż nie są napisane przez kodowiczów, a kogoś z zewnątrz, a także wyraziłem opinię, iż PiS na pewno zastosował metodę komuszą, wtykania swoich ludzi we wraże szeregi. I pewnie tak było i jest.

Drugie. Gdy wybuchła afera z kwitami Mateusza Kijowskiego, czytałem dwa pierwsze newsy Onetu i „Rzeczpospolitej, w których było widać niefachowość dziennikarską tych portali. Niska jakość biła po rozumie, iż to informacja niepełna i odpowiednio spreparowana. Pomyślałem, że kierownictwo KOD szybko znajdzie odtrutkę na niską jakość profesji żurnalistycznej.

Stało się tak, jak się stało. Ale to my wszyscy ponosimy winę za niską – by nie napisać: denną – jakość życia publicznego i pisania o nim. My, wszyscy, którzy, mamy świadomość słabości naszego społeczeństwa i demokracji.

Oto została zawiązana konstrukcja zamachu na Kaczyńskiego. Jest jakości jak deficytowy umysł Błaszczaka, obleśność Brudzińskiego i amoralność żon Gosiewskiego. W tej teorii zamachu nic nie trzyma się kupy, a nie użyję zwrotu: rozumu, bo obraziłbym największe osiągniecie ewolucji. Lecz przecież nie o to chodzi o żadne wyżyny i wyrafinowanie.

Prezesa życie jest zagrożone! Och, ach, bach! A przecież Kaczyński jest najlepiej chronionym człowiekiem w tej części Europy, a może w całej Europie. Nie dość, że ma prywatną ochronę, ale gdy tylko wyściubi nos z Nowogrodzkiej to ma ochronę, jak podczas ostatniej miesięcznicy, policjantów było więcej niż uczestników pisowskiego jarmarku funeralnego i kontrmanifestantów kontrmiesięcznicy razem wziętych.

„Newsweek” opublikował rzut poziomy pomieszczeń na Nowogrodzkiej, w tym gabinetu prezesa, przy tym opisując, jak wygląda życie codzienne Kaczyńskiego i jego kamaryli w tej twierdzy. Materiał dziennikarsko jest cienki, ale publika wszystko łyka, co dotyczy Kaczyńskiego. Sam też łyknąłem.

Jak „Newsweek” śmiał publikować taki materiał? Więc nie powinno być zdziwienia, że znowu mamy do czynienia, jak z wpisami na facebookowych profilach KOD, łatwo z tego sporządzić potrzebna PiS-owi strawę zamachową.

Partia Kaczyńskiego nie posługuje się żadnymi wyrafinowanymi metodami. Prostactwo – a nie prostota – widoczna już podczas afery podsłuchowej, która tej partii utorowała drogę do władzy była z wielkim prawdopodobieństwem stworzona przez Mariusza Kamińskiego i jego dawnych kolesiów z ABW. Dzisiaj „linie papilarne” – że posłużę się metaforą – także zostawił nieskomplikowany Kamiński i jego ludzie.

Na FB publikowany jest plan siedziby na Nowogrodzkiej, a obok przepis, jak dokonać zamachu na prezesa. Prowokacja czysto komusza, ale taki jest PiS. I padło jeszcze raz na Kijowskiego i jego schizmatyczny KOD – Odnowa. Dlaczego na niego? Bo jest w tej chwili słabszy od Krzysztofa Łozińskiego. Nie o to jednak chodzi, lecz by dopaść Kijowskiego, lecz obojętnie kogo, a następnie w nieodległej perspektywie osiągnąć potrzebne polityczne rozwiązania.

Służby specjalne mogą wejść do „Newsweeka” – przycisnąć dziennikarzy, skąd mają plany Nowogrodzkiej. Można postulować rozwiązanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego, najpierw Kijowskiego, a następnie wszelkie inne. Można napisać prawo, które ograniczy, a w rezultacie zniszczy organizacje pozarządowe.

Wzorcem dla PiS ciągle jest Viktor Orban, też zamierzył się na fundusze norweskie, z których finansowane są stowarzyszenia pozarządowe. Nie udało się premierowi Węgier – tak zresztą jak rządowi PiS – to sporządził Orban prawo o organizacjach pozarządowych, które nakłada taki kaganiec na nie, że praktycznie nie będą mogły funkcjonować.

I do tego zmierza Kaczyński i jego kamaryla. Zniszczyć wolność obywatelską i chwycić naród za mordę. Jednym ze środków jest teoria zamachu na Kaczyńskiego.

Kleofas Wieniawa pisze o Trybunale Stanu dla Dudy.

Nocne korespondencje Andrzeja Dudy z Ruchadełkiem leśnym mogą być spowodowane jego strachem przed Trybunałem Stanu.

Strachem podszyte jest jego zachowanie publiczne, aż nadto nienaturalne, przesadzone. A jeżeli dodamy do tego sztampową retorykę, a więc braki intelektualne, to mamy taki, a nie inny obraz dysfunkcji głowy państwa – Adriana.

Już dzisiaj wyniki sondażu dla Dudy są niekorzystne, a gdy PiS odda władzę i opadnie z Dudy blichtr funkcji będą jeszcze gorsze. I postawiony Duda przed Trybunałem Stanu nie dostanie wsparcia protestującego społeczeństwa obywatelskiego, acz niektorzy takie coś, jak Kluby Gazety Polskiej nazywają li tylko szujnią.

Duda wszak może stanąć przed TS choćby za to, że wbrew prawu ułaskawił Mariusza Kamińskiego, faceta z 3,5 letnim wyrokiem nieprawocnym, bez zawiasów. Na miejscu Kamińskiego przygotowywałbym się na kraty, bo w Polsce kiedyś prawo będzie funkcjonować, a po orzeczeniu Sądu Najwyższego wyrok na Kamińskiego stał się prawomocny, bo zrzekł się apelacji. I nie pomoże kasacja.

Badania na zlecenie Wirtualnej Polski, kto w sprawie ułaskawienia Kamińskiego ma rację, ankietowani poparli Dudę w 15 proc., a Sąd Najwyższy w 42 proc.

Polacy więc niespecjalnie dają się robić w bambuko.

Czy Kamiński powinien się podać do dymisji? – to drugie z czterech pytań ankiety. 51 proc. uważa, że Kamiński powinien być wykopany (pośrednio iść do pierdla, bo kto chce rządów kryminalisty), a w obronie Kamińskiego staje tylko 18 proc.

Ankietowani wypowiedzieli się w kluczowej kwestii, czy za Kamińskiego Duda powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Otóż tak – odpowiedziało 36 proc. W obronie Dudy tylko 29 proc., czyli tyle, ile dzisiaj PiS uzyskuje w sondażach.

Wyniki będą jeszcze gorsze, gdy marność Dudy zostanie obnażona, gdy Adrian okaże się nagi. I w tym kontekście rozumiem Dudę, też strach by mnie obleciał i nie mógłbym spać po nocach.

>>>

W ZWIĄZKU ZE SŁOWAMI KACZYŃSKIEGO

„TO TAK, JAKBY PRZESTĘPCA CHCIAŁ ZMIENIAĆ KODEKS KARNY” – LEPIEJ TEGO POWIEDZIEĆ SIĘ NIE DA

Jak już powszechnie wiadomo PiS chce zmienić konstytucję. Właśnie to oznajmił Andrzej Duda. Pisze o tym Stanisław Skarżyński („Wyborcza”, OKO.press). Ogłoszenie przez prezydenta Andrzeja Dudę, że PiS chce rozpocząć poważną debatę konstytucyjną jest tym samym, co ogłoszenie przez przewodniczącego samorządu paserów, złodziei i oszustów, że pora poważnie zastanowić się nad kodeksem karnym

Pół biedy, że prezydent Andrzej Duda zwyczajnie, prosto w oczy nałgał obywatelom i obywatelkom Polski, mówiąc 3 maja na Placu Zamkowym o „dorobku dwudziestu lat obowiązywania konstytucji z 1997 r.”.

Prezydent najlepiej wie przecież, że konstytucja obowiązywała zaledwie przez lat osiemnaście i pół, gdyż w listopadzie i grudniu 2015 roku została brutalnie zdeptana przez niejakiego Andrzeja Dudę – prezydenta, który na polecenie partii nie wypełnił obowiązku odebrania ślubowania od wybranych przez Sejm sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a zamiast nich, bezprawnie skierował do pracy w sądzie konstytucyjnym kolegów i koleżanki Prawa i Sprawiedliwości.

Wbrew prawu i wyrokom Trybunału Konstytucyjnego, wbrew całemu cywilizowanemu światu, nie przejmując się podobieństwem do putinowskiej Rosji. Później nie było lepiej – od półtora roku konstytucja obowiązuje tylko na papierze, bo śladem prezydenta poszli inni politycy jego formacji, wbrew prawu cenzurując publikacje i nie wykonując wyroków Trybunału Konstytucyjnego, pisząc i uchwalając podsuwane Dudzie do podpisu, jaskrawo sprzeczne z konstytucją ustawy; przyklepując je w atrapie Trybunału Konstytucyjnego. Ręka rękę myje – to wiemy, to właśnie pół biedy.

Gorzej, że ogłoszenie przez prezydenta Andrzeja Dudę, że PiS chce rozpocząć poważną debatę konstytucyjną jest tym samym, co ogłoszenie przez przewodniczącego samorządu paserów, złodziei i oszustów, że pora poważnie zastanowić się nad kodeksem karnym.

To są kpiny z obywateli i obywatelek Rzeczypospolitej, żeby nagle tonem autorytetu o potrzebie zmian w ustroju Rzeczypospolitej zaczął wypowiadać się prezydent, który łamie najwyższe prawo Rzeczypospolitej, żeby takie słowa płynęły z ust głowy państwa, która od półtora roku wmawia obywatelom i światu, że skoro PiS nie ma mocy zmiany konstytucji, to od konstytucji ważniejsze są ustawy, które PiS ma możliwość sobie uchwalać i podpisywać po uważaniu.

To nawet nie ma żadnego sensu, bo po co ta nowa konstytucja? Skończyły się przepisy do łamania, a będąc politykiem PiS coś łamać trzeba? Nawet jeśli PiS sobie w referendum uchwali nową konstytucję, to i tak nie będzie jej szanować. A może żeby usankcjonować bezprawie i próbować schronić się przed konsekwencjami swoich wyczynów, PiS chce wykreślić z ustawy zasadniczej Trybunał Stanu? Niedoczekanie, to tak nie działa.

Poziom odklejenia prezydenta od rzeczywistości jest zatrważający; przecież kto wie co się dzieje w Polsce od półtora roku, słysząc jego przemówienie Dudy musiał pomyśleć, że prezydentowi przez pomyłkę wciśnięto do rąk kartkę z przemówieniem z 2015 roku – wtedy ta przemowa miałaby sens, wtedy byłaby prawdziwym wezwaniem, płynącym z szacunku dla ustawy zasadniczej. Teraz to są kpiny.

Doskonale wiadomo, co się stanie w 2018 roku. Prawo i Sprawiedliwość to referendum spektakularnie przerżnie, a przerżnąwszy – nie uszanuje jego wyniku. Właściwie to o każde pieniądze założyłbym się z prezydentem Andrzejem Dudą, że tak to właśnie będzie wyglądać – „bym”, bo jaki sens ma zakład z człowiekiem, który niespełna dwa lata temu przed Zgromadzeniem Narodowym mówił: „uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji”; „tak mi dopomóż Bóg”.

REFERENDUM TO KOLEJNA MANIPULACJA PiS, ABY MOGLI ZMIENIĆ USTRÓJ POLSKI. NIE POZWÓLMY ZROBIĆ Z POLSKI TURCJI !!!

CZY SŁOWA DONALDA TUSKA ZASŁUGUJĄ NA LAJK? NIECH STANA SIĘ HASŁEM DNIA, ROKU, LAT. HASŁEM DLA POLSKI.

Waldemar Mystkowski pisze o Tusku, Konstytucji 3 Maja i Julii Przyłębskiej.

Jarosław Kaczyński w radosnym nastroju w przeddzień Święta Konstytucji 3 Maja, gdy upstrzył kraj jeszcze jednym pomnikiem swego brata Lecha Kaczyńskiego (i Marii Kaczyńskiej) – Lech K. odpowie przed sądem historii jako sprawca katastrofy smoleńskiej – oznajmił, jaki to mamy aktualnie panujący ustrój polityczny w Polsce.

Nie jakiś tam reżim – jak twierdzi przyszły prezydent Francji Emmanuel Macron – ani brak praworządności – jak utrzymuje Komisja Europejska. W kraju wg słów prezesa mamy ustrój „może”. Tak! „W Polsce jest pełna demokracja, może najlepsza ze wszystkich w Europie”. Politolodzy! Wprowadzać do leksykonów ustrój „może” najlepszy ze wszystkich.

Zaniepokojenie ustrojem „może” wyrazili Prezesi Sądów Najwyższych państw Unii Europejskiej. Są „zaniepokojeni ingerencją polskich władz w sądownictwo”. Tak interpretują to „może” Kaczyńskiego: „Ingerencje te, takie jak podważanie konstytucyjności wyboru pierwszej prezes polskiego Sądu Najwyższego oraz planowane zmiany w Krajowej Radzie Sądownictwa, jawią się jako zagrożenie dla niezależności Sądu Najwyższego, jak i całego polskiego sądownictwa”.

Powyższe stwierdzenia prezesów sądów pochodzą ze specjalnego oświadczenia. Prezesi twierdzą, iż działania rządu w Warszawie „nie tylko osłabią rządy prawa” w Polsce, ale także „zmniejszą zaufanie do całego wymiaru sprawiedliwości”.

Julia Przyłębska, która została wbrew procedurom wybrana na prezes Trybunału Konstytucyjnego, nazywana powszechnie pseudoprezesem, a trzymając się poetyki Kaczyńskiego prezes „może” Trybunału Konstytucyjnego (z powodu braku profesjonalizmu nie dostała posady ta „może” sędzia w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, mimo że był wakat) powiedziała dla TVP Info: „Czy wszystkie osoby, które podpisały się pod tym apelem, tak świetnie znają polską konstytucję i sytuację w Polsce? Wątpię w to”.

Konstytucja RP jest aktem cywilizowanym, który stoi na straży niezależności władzy sądzenia, taka jest specyfika demokracja: trójpodział władzy. Może – znowu to może – Przyłębska nie przyswoiła klasyka demokracji Monteskiusza.

W Święto Konstytucji 3 Maja nie zawiódł, jak zwykle zresztą, Donald Tusk, który napisał najwartościowszy tweet „3MAJ-MY SIĘ KONSTYTUCJI!”.

Konstytucji nie 3-ma się prezes Kaczyński ani jego pacynki: może-premier Szydło ani może-prezydent Duda. Taką nam fundnęli Polskę – od „moża” do „moża”.

PREZYDENT W PRZEMÓWIENIU 3 MAJA

NOWA KONSTYTUCJA JUŻ PO KONSULTACJACH

Kleofas Wieniawa pisze o propozycji referendum ws. nowej konstytucji.

Andrzej Duda w Święto Konstytucji 3 Maja rzucił pomysł referendum w sprawie nowej konstytucji. „Czas rozpocząć tę debatę. Naród powinien wypowiedzieć się, jakich kierunków ustrojowych w przyszłości chce, które prawa i wolności powinny być mocniej zaakcentowane”.

Nie wchodząc w meritum sprawy, czy referendum ma dotyczyć projektu konstytucji, czy wypowiedzenia się w konkretnych sprawach ustrojowych, czy tylko „nowej” konstytucji (mniejsza: czy model prezydencki), to jest ucieczka do przodu w wykonaniu Dudy.

W czym obecnie obowiązująca konstytucja jest zła? W kohabitacji urzędów premiera i prezydenta? A może przeszkadza trójpodział władzy? Bo tak należy ocenić rządy PiS. A wolności są niezbyt silnie zagwaranbtowane, czego dowodem jest obecna władza plwająca na wolności obywatelskie.

Duda – póki co – odpowiada przed aktualnie obowiązującą konstytucją. Czyżby chciał być strażnikiem przyszłej konstytucji?

Powinienem to śmieszniej napisać (ale nie mam w tej chwili czasu), obśmiać tego nieudacznika retorycznego.

Duda będzie odpowiadał przed Trybunałem Stanu z powodu łamania obecnego konstytucji.

I jeszcze jedno: Jeżeli potrzebne będzie referendum, to będzie, lecz referendum dotyczące, czy Dudę postawić przed Trybunałem Stanu.

Jak napisał Donald Tusk: „3maj-my się Konstytucji!”. Tweet ten przyćmił splendor PiS, w blasku którego chcieli pławić się politycy tej formacji nie przestrzegający konstytucji.

Bodaj to najlepszy tweet w polskim internecie.

Dla Dudy nie ma ucieczki przed odpowiedzialnością konstytucyjną. Najpierw więc referendum, czy Dudę postawić przed Trybunałem Stanu, to może być forma impeachmentu, którego nie ma zapisanego w obecnej konstytucji.

KTOŚ, KTO NOTORYCZNIE ŁAMIE KONSTYTUCJĘ, NIE POWINIEN TWORZYĆ NOWEJ

COŚ PIĘKNEGO 🙂 SZACUNEK DLA KRAKOWA

>>>

JAKBY KTOŚ NIE WIEDZIAŁ… TO PROSZĘ 🙂

POLACY MAJĄ JUŻ DOŚĆ DZIELENIA I SIANIA NIENAWIŚCI. PANIE PREZYDENCIE. OPANUJ SIĘ PAN!

ZGODNIE Z PRAWEM I KONSTYTUCJĄ… ALE KTO W PAŃSTWIE PiS WYSTĄPI PRZECIW KOŚCIOŁOWI?

Stanisław Skarżyński z OKO.press („Wyborcza”) pisze o wypowiedzi Andrzeja Dudy i jego pokrewieństwie z ONR. Raymond Chandler zauważył, że „dziedziczy się krew, nie kręgosłup”. Prawdziwości tej tezy dowodzi pewien doktor prawa, syn profesorskiej, inteligenckiej rodziny, który okazał się karierowiczem niezdolnym do lektury ze zrozumieniem niezbyt skomplikowanej Konstytucji RP.

Każdy marsz ONR to gwóźdź do trumny PiS

Symbolika zapaści dzisiejszej Polski jest momentami porażająca: jednego dnia wieczorem zmarł Wiktor Osiatyński, a następnego rano przez Warszawę pod ochroną policji maszerował ONR. Pochód niedowładu rozumu, zwanego w międzywojniu obrazem nędzy i rozpaczy, byłby właściwie bez znaczenia – gdyby nie to, jak usilnie władza PiS usiłuje się faszystom przypodobać.

Pierwszy był Mariusz Błaszczak, który nie ośmieszył, a po prostu sprostytuował polską policję, nakazując jej służyć oenerowcom w roli parasola i podnóżka; to dzięki wasalnej postawie ministra spraw wewnętrznych łysi chłopcy mogli spokojnie sławić swoją faszystowską ideologię w centrum stolicy państwa, na którego terytorium naziści zorganizowali Holocaust.

Drugi był Andrzej Duda, który ogłosił w TVP coś bardzo oenerowcom bliskiego – mówiąc o synach i wnukach zdrajców powiedział coś z daleka śmierdzącego pomysłami na czystość krwi. Antysemicki internet pełen jest drzew genealogicznych polskich polityków i uczonych, gdzie w tonie sensacji i demaskacji opisuje się żydowskie nazwiska, które mieli nosić ojcowie i dziadkowie tam wymienianych. To do nich uśmiechnął się prezydent, mówiąc o synach i wnukach zdrajców, którzy zajmują w Polsce stanowiska i którzy nie chcą ujawnienia prawdy.

Od dawna wiadomo, że tak łatwo nie jest. Raymond Chandler słusznie zauważył kiedyś, że „dziedziczy się krew, nie kręgosłup”. Prawdziwości tej tezy dowodzą i Werner Oder, syn esesmana i zbrodniarza wojennego, który jest pastorem i modli się ramię w ramię z rabinami o pojednanie i wybaczenia, i pewien doktor prawa w Polsce, syn profesorskiej, inteligenckiej rodziny, który okazał się karierowiczem niezdolnym przeczytać ze zrozumieniem niezbyt skomplikowanej Konstytucji RP, wiarołomcą poświęcającym zasady państwa prawa w imię lojalności partyjnej.

Te umizgi do narodowców są jednak dobrą wiadomością, bo PiS znowu zachowało się jak partia Moczara. Łącząc populizm z nacjonalizmem, znów pogniotło tę wkładaną przez siebie przy okazji każdych wyborów maskę organizacji cywilizowanej. Po tych otwartych, w świetle kamer i w centrum miasta pieszczotach z oenerowcami jeszcze trudniej im będzie skutecznie nakłamać, że są partią szanującą prawo, wolność, demokrację.

Zresztą na owoce nie będzie trzeba czekać aż do wyborów – po tej żenującej wypowiedzi prezydentowi Dudzie nie wolno ani osobiście przyjść, ani próbować napisać listu do uczestników uroczystości pogrzebowej profesora Wiktora Osiatyńskiego. Niech miarą spychania się PiS do nacjonalistycznego narożnika będzie to, że nie ma po prostu takich słów, którymi prezydent i PiS mogłyby dziś pożegnać tego obrońcę wolności, równości i praw człowieka.

„Pisowscy politycy nie ukrywają swoich sympatii do neofaszystów z .

GIERTYCH ROZŁOŻYŁ SZYDŁO NA ŁOPATKI 🙂

„DZIECI I WNUKI KOMUNISTÓW CIĄGLE SPRAWUJĄ PROMINENTNE STANOWISKA W POLSCE” ? PANIE PREZYDENCIE. PODSYŁAMY PANU GOTOWCA

Pisarz i dziennikarz, który został wyrzucony z Radiowej Trójki Jerzy Sosnowski pisze na swoim blogu także o Dudzie.

O pewnej wypowiedzi pana prezydenta

To nie jest mój osobisty problem: moi rodzice nie walczyli z „Żołnierzami Wyklętymi”, bo najpierw studiowali, a potem uczyli podstaw elektroniki i nawet nie należeli do PZPR; nie walczyli też z „Żołnierzami Wyklętymi” moi dziadkowie, bo obaj zginęli na wojnie (jeden walczył w kampanii wrześniowej, drugi współzakładał konspiracyjne „Wigry”), ani babcie, bo jedna po wojnie uczyła wiejskie dzieci, a druga imała się rozmaitych prac, od prowadzenia bufetu na lotnisku po urzędowanie w księgowości na Politechnice Warszawskiej, żeby , będąc wdową, utrzymać się z trójką dzieci. Co do pradziadków, to jeden był w Dwudziestoleciu współtwórcą, a potem rektorem odnowionej SGGW, a drugi – kolejarzem w Galicji. Prababcie prowadził domy.

Czy już zauważyłeś, Czytelniku, co się dzieje? To, co powyżej, to klasyczne wyjaśnianie, że się nie jest wielbłądem. Ale żeby wypowiadać się w jakimś sporze, warto jednak ustalić, czy jesteśmy w nim przymusowym przedmiotem, czy też, na podstawie wolnej decyzji, podmiotem sporu. Choć sam spór wydaje mi się intelektualnie miałki, a moralnie wstrętny.

Pan prezydent w wywiadzie dla TVP Historia (przytaczam za http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/548679,andrzej-duda-polityka-historyczna-prezydent-pis-lech-kaczynski-zolnierze-wykleci.html) powiedział tak: „Bardzo wiele wpływowych miejsc we współczesnej Polsce zwłaszcza po 1989 r. w mediach i innych wpływowych instytucjach, fundacjach, zajmują osoby, których rodzice czy dziadkowie aktywnie walczyli z Żołnierzami Wyklętymi w ramach utrwalania ustroju komunistycznego, czyli krótko mówią byli zdrajcami – dzisiaj byśmy tak powiedzieli wprost, ja w każdym razie bym tak powiedział. (…) Miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk w różnych miejscach. Nigdy nie będą chcieli się zgodzić na to, żeby prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną, będą zawsze przeciwko temu walczyli.

No to dla czystości wywodu zostawmy na boku kwestię oceny „Żołnierzy Wyklętych”: przyjmijmy, że ich zbrojna działalność w 1945 była bez wyjątku i we wszystkich szczegółach szlachetna – i tym samym, że ludzie, którzy opowiedzieli się po przeciwnej stronie, nie mieli absolutnie żadnych zupełnie argumentów, czyli że byli bezdyskusyjnymi i świadomymi własnego zaprzaństwa zdrajcami Ojczyzny. W porządku, roboczo przyjmijmy, że była to walka jednoznacznego dobra z oczywistym złem.

I przy takim założeniu przyjrzyjmy się tej wizji. Rodzi się dziecko ZŁYCH LUDZI. I, załóżmy, a to w przypadku pokolenia urodzonego po wojnie nie jest założenie pozbawione empirii, że następnie buntuje się przeciwko aksjologii rodziców. Co ma zrobić, żeby jako siedemdziesięciolatek nie narazić się panu prezydentowi? Czy dobrze rozumiem, że w gruncie rzeczy powinno nic nie robić, zaszyć się w kątku i udawać przez całe życie, że go nie ma? Bo aktywne przeciwdziałanie skutkom tego, co robili rodzice, czyli branie udziału w opozycji antykomunistycznej, co nieraz powodowało zajęcie po 1989 roku eksponowanego stanowiska, naraża je tylko na zarzut, że zinfiltrowało szlachetny ruch, od urodzenia dotknięte przekazaną mu w genach winą?

Ale idźmy dalej, bo pan prezydent nie zatrzymał się na pokoleniu dzieci. To dziecko dorosło i ono ma z kolei dzieci. To już wnuki tamtych złych ludzi. Nie mylę się chyba, że i na nim – zdaniem obecnych władz – ciąży owa wina, uniemożliwiając mu jakiekolwiek publiczne działanie? Bo w tle jest dziadek, który był zdrajcą? I w gruncie rzeczy wszystko jedno, jakie wybory podejmuje wnuk? A w każdym razie jakiekolwiek „eksponowane stanowisko” jest mu wzbronione, czy tak? Ponieważ… No właśnie, co z uzasadnieniem? To, co osiągamy w życiu, od nas zależy, czy od naszych przodków? Można się od nich wyzwolić, czy nie?

A przecież nawet obóz pana prezydenta przyznaje milcząco, że można w trakcie życia zmienić poglądy – co tam poglądy dziadków, własne poglądy! – i nawrócić się. To np. casus sędziego Andrzeja Kryże (podsekretarz stanu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, natomiast wcześniej, do rozwiązania, członek PZPR i, nawiasem mówiąc, syn stalinowskiego sędziego, uczestniczącego m.in. w mordzie sądowym na rotmistrzu Pileckim – por. Wikipedia), Stanisława Piotrowicza (członek PZPR od 1978 roku, prokurator oskarżający opozycję w stanie wojennym), a nawet Antoniego Macierewicza (w młodości – trockista), nie wspomnając o Marcinie Wolskim czy Krzysztofie Czabańskim (w swoim czasie członkowie PZPR). Czy więc poprawnie rozumuję, że istnieje metoda na skuteczne oczyszczenie się zarówno z własnych win, jak z win rodziców, dziadków i pradziadków (!) – pod warunkiem mianowicie, że znajdziemy się we wspomnianym obozie politycznym pana prezydenta? Czy przypadkiem to rozumowanie, odwołujące się z pozoru do etyki (co prawda niechrześcijańskiej, ale o to na razie mniejsza), w ostatecznym rozrachunku nie jest po prostu narzędziem moralnego szantażu?

Znów jednak „dla dobra śledztwa” odłóżmy na bok tę oczywistą niekonsekwencję. Przyjrzyjmy się samej idei dziedziczenia winy. Tak, w tradycji judeochrześcijańskiej istnieje JEDEN GRZECH, który się dziedziczy, a mianowicie tzw. grzech pierworodny. Wszystkie pozostałe popełnia się na własne konto i nie obciążają one krewnych, czy potomków. Bez tego założenia lądujemy bez ratunku w świecie deterministycznym, w którym o naszym losie decydują NIEODWOŁALNIE decyzje rodziców, o ich losie – znów nieodwołanie – decyzje ich z kolei rodziców i tak dalej. To jest myślenie rodem z marksizmu-engelsizmu (i praktyki stalinowskiej!), któremu zresztą wymyka się sam Marks, bo przecież jego rodzice doprawdy nie pochodzili z proletariatu. Temu myśleniu przeciwstawia się konsekwentnie cała tradycja Kościoła Powszechnego, którego święci w ogromnej części buntowali się przeciwko aksjologii domu rodzinnego. Inaczej musielibyśmy stwierdzić, że fałszywymi świętymi są Franciszek z Asyżu, Agnieszka męczennica, Augustyn z Hippony, żeby już o Pawle z Tarsu nie wspominać.

Zawzięty obrońca tego typu myślenia może bronić się na dwa sposoby. Jeden: istnieje sentyment do przodków i potomek z założenia będzie ich bronił. Naprawdę? A Niklas Frank, syn generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich? A, żeby z przeciwnej strony rzecz pokazać, Patricia Hearst, córka magnata prasowego? Józef Stalin, wychowywany na prawosławnego księdza? Janis Joplin, która miała być grzeczną dziewczynką? Z zachowaniem proporcji: któryś z braci Kurskich (za mało wiem o ich domu rodzinnym, żeby ustalić, który)? Świat jest pełen zbuntowanych dzieci. Nie twierdzę, że klimat domu rodzinnego jest dla nas nieważny. Owszem, jest ważny, gdyż musimy go albo przyjąć, albo odrzucić (plus możliwości pośrednie). I nieraz ludzie decydują się na to ostatnie rozwiązanie. Ten sposób obrony słów pana prezydenta jest po prostu niezgodny z empirią.

Drugi sposób: dostrzeganie (odłożonej przeze mnie kilka akapitów temu) skomplikowania, jakoby rzekomego, sytuacji powojennej, to widomy dowód na niewygasłe sentymenty. Ale tu znów fakty mówią inaczej. O kontrowersyjnych biografiach niemałej części „Żołnierzy Wyklętych” mówią historycy, których KREW JEST CZYSTA. Podkreślam złośliwie to wyrażenie, gdyż w słowach prezydenta Andrzeja Dudy widać wyraźnie, daj Boże nieuświadomiony, swoisty rasizm: przekonanie, że pokrewieństwo znaczy więcej, niż nasze świadome decyzje życiowe. Chyba, że staniemy się chwalcami prezesa Kaczyńskiego. Jest mi bardzo przykro, ale nie umiem pozbyć się w tym momencie skojarzenia z aforyzmem pewnego zbrodniarza, który miał powiedzieć: „To ja decyduję, kto tu jest Żydem”. Nie chodzi mi, rzecz jasna, o zrównywanie PiSu i NSDAP – należy znać miarę, inaczej zrelatywizujemy zło nazizmu. Nie da się porównać zjełczałego masła i kurary, że niby jedno i drugie szkodzi. Chodzi mi tylko o fakt, że uruchomiono myślenie, udrapowane w szaty moralizmu, a w istocie kierujące się przeciwko podstawom moralnym kultury, której rzekomo broni.

O codzienne łamanie swobód demokratycznych oskarżył polskie władze faworyt wyborów prez. we Fr. Emmanuel Macron.

BRAWO 😁 👍👏

NARODOWCY TEGO NIE PRZEŁKNĄ… KLOSS (za przeproszeniem) STANIE IM W GARDLE 🙂

Waldemar Mystkowski analizuje jeden tweet Marka Kuchcińskiego.

„Penelopa” Kuchciński w szlafmycy, wierny prezesowi

To nie żart, że Marek Kuchciński jest drugą osobą w państwie wg protokołu dyplomatycznego. Wiem, że to brzmi jak z Mrożka. Andrzejowi Dudzie coś się stanie, nie będzie mógł pełnić obowiązków prezydenta, wówczas wskakuje na jego miejsce Kuchciński.

Niektórzy mogą zapytać, a który to, jak on wygląda? Może wówczas być pomocne przypomnienie: to ten, do którego Michał Szczerba zwrócił się szarmancko „panie marszałku kochany”, a onże ze swoiście pojętej wdzięczności był łaskaw go wykluczyć z posiedzenia Sejmu, a następnie z partyjną zgrają zbiegł do Sali Kolumnowej, aby przyjąć ustawy bez kworum, w tym najważniejszą – budżetową na rok 2017 i słynną lex Szyszko, która skutkowała tym, że raczej wzrósł smog w naszych miastach, niż ustawa posłużyła zdrowiu.

Wkład Kuchcińskiego jest więc duży, choć on jest nierozpoznawalny. I zdaje się, że tej cesze hołduje. Figura „Niewidzialny człowiek” ma całkiem pokaźną literaturą. Nawet bezpośrednio w tytułach znacznych dzieł odwołuje się do tego dążenia, bo każdy chciałby mieć czapkę niewidkę i nakryć żonę na tym, że jest wierna, jak Penelopa.

Akurat Kuchciński jest Penelopą dla Jarosława Kaczyńskiego, jest wierny w czapce i bez czapki, a nawet w szlafmycy. Druga osoba w państwie w takiej niewidce szlafmycy musi występować na zdjęciu, które marszałek opublikował na Twitterze z okazji 13. rocznicy członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Oto treść wpisu „Penelopy” Kuchcińskiego: „Jesteśmy 13. rok w Unii. Ufam, że na przekór przesądom ten rok przyniesie wiele dobrego; silną Europę Ojczyzn z liczącą się w grze Polską”.

Ufa zatem Penelopa, bo na tym wierność i wzajemność polega. A na zdjęciu, które ilustruje wpis znajdują się flagi unijna i biało-czerwona, zegar ścienny z wahadłem, nocna lampa (żaden kaganek oświaty) i brak Kuchcińskiego. Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz skomentował: „Lampka zamiast marszałka Sejmu? „Ucho Prezesa” ma ułatwione zadanie”.

Otóż nie zgadzam się z Nizinkiewiczem, bo lampka nocna wskazuje, że jest Kuchciński, ale w szlafmycy niewidce. Taką mamy Penelopą w roli marszałka Sejmu, wierną prezesowi.

TAKIE TAM ROZMOWY POLAKÓW :)))

W punkt. 👍👍

Kleofas Wieniawa pisze też o Dudzie.

Po wypowiedzi Andrzeja Dudy, że „dzieci i wnuki zdrajców Rzeczpospolitej zajmują wiele eksponowanych stanowisk” mógłbym napisać:

Duda łamie katechizm Kościoła katolickiego, w którym naucza się: „człowiek nie ponosi kary za niepopełniony czyn, naprzykład grzech pradziadka. Zadośćuczynić i pokutowac trzeba za swoje grzechy”.

Mógłby napisać:

Duda w kampanii obiecywał łączyć, nie dzielić Polaków. Dziś oskarża dzieci i wnuki za winy rodziców i dziadków. Tyle są warte obietnice wyborcze.

Mógłbym napisać:

Andrzej Duda posortował Polaków na potomków zdrajców Rzeczpospolitej i tych lepszych. Wstyd, że na prezydenta wybraliśmy człowieka o takiej mentalności.

Mógłbym napisać:

Duda ogłosił coś bliskiego ONR, podobnie zalatującego jak owa brunatność.

Mógłbym, mógłbym…

Przesłuchałem fragmenty jego wypowiedzi dla TVP Historia i stwierdzam, że to facet niegodny dyskusji, słychać, iż nie ma zbyt głębokiej wiedzy historycznej i literackiej.

Takich ludzi nigdy nie szanowałem, zresztą zawsze omijali mnie szerokim łukiem i za uszami obmawiali dlatego, że nie mają talentów, wiedzy i są leniwi.

I do tej kategorii zaliczam Dudę, bo ludzi – jak powtarzał Artur Sandauer (wybitny intelekt) za Horacym (jeszcze wybitniejszy intelekt) – nie dzielą idee, ale poziomy. Dlatego omijać ich z daleka.

WARSZAWA TAKICH RZECZY NIE WYBACZA

DZIŚ 13-TA ROCZNICA KOLEJNEJ PRAWDY, DO KTÓREJ PREZES JESZCZE NIE DOSZEDŁ

DLA PiS-U BYŁ ANTYBOHATEREM. DLA NAS BYŁ I JEST WSPANIAŁYM, WIELKIM AKTOREM. STASZKU MIKULSKI, HANSIE KLOSSIE – BĘDZIEMY ZAWSZE PAMIĘTAĆ!

>>>

POCZUCIE WINY PROWADZI NAWET DO SZALEŃSTWA…

Stanisław Skarżyński (OKO.press, „Wyborcza”) pisze o nowym wynalazku Macierewicza ładunku termobarycznym. Z punktu widzenia nauki zamach w Smoleńsku jest tym samym co ufoludki w latających talerzach. Ze społecznego punktu widzenia – świadectwem fatalnej kondycji rozumu w Polsce.

Teoria o zamachu w Smoleńsku zwykle rozpatrywana jest w suchym porządku faktów. Analizując kolejne wypowiedzi Antoniego Macierewicza i jego akolitów wskazuje się ich błędy we wnioskowaniu, wytyka uznanie za udowodnione hipotez, które nie mają oparcia w faktach i przypomina raz po raz sekwencję zdarzeń, które doprowadziły do tego, że na kilkadziesiąt sekund przed katastrofą Tupolew w gęstej mgle leciał wprost na ścianę wzniesienia; mało brakowało, żeby odejście na drugi krąg się udało. Gdyby nie rosnąca tam brzoza, na której została trzecia część skrzydła, skończyłoby się na zadrapaniach i olbrzymim skandalu.

Tak jest i dziś, dzień po wyświetleniu najgłupszego filmu w historii prac „ekspertów” Macierewicza – internet i gazety wypełniają wyliczenia błędów logicznych, faktograficznych i fizycznych zawartych w prezentacji zespołu Wacława Berczyńskiego.

W porządku rozumu przyczyny katastrofy nie są żadną tajemnicą. Chcąc ją zgłębić przy pomocy oświeceniowego „szkiełka i oka” wystarczy czytać dużo mądrych dokumentów i w ten sposób poznać najlepsze z istniejących wyjaśnienie katastrofy, które jest dziełem ekspertów Jerzego Millera i Macieja Laska. Teoria nauki jest brutalna: dowód jest dobry tylko tak długo, jak długo nie zostanie obalony. Tymczasem naukową wartość ich raportu potwierdza to, że reaguje on na nowe fakty, takie jak poprawiony odczyt stenogramów czy kolejne badania.

Z punktu widzenia nauki zamach w Smoleńsku jest hipotezą bez śladu dowodu, ma dokładnie ten sam status naukowy co ufoludki w latających talerzach. Ale świadectwem kondycji rozumu w Polsce jest nie tylko to, że wciąż 14 procent Polek i Polaków wierzy w zamach, ale również to, że pozostali pozwolili, by wybory prezydenckie i parlamentarne wygrała partia, której wiceprezesem jest najwybitniejszy w Polsce opowiadacz smoleńskich głupot. Na marginesie, fizyka to niejedyny przedmiot, na którym PiS jest z rozumem i wiedzą na bakier, lecz wykorzystuje to, że ocen nie wystawia nauczyciel, lecz obywatele w demokratycznym głosowaniu: czarodziejska stała się dzięki temu artmetyka, stosowana nie tylko w ekonomii, ale również w polityce zagranicznej, oraz gramatyka, w której Kaczyński może „wyłanczać”, a Krystyna Pawłowicz „wziąść”.

Za PiS stoi dobrze opisana potrzeba ludzka nakazująca sięgać po czary i fałszywe wyjaśnienia, by unikać poczucia zagrożenia ze strony rzeczywistości, która raz po raz demonstruje swoją bezwzględność. W porządku nauk społecznych to samo zjawisko z stoi za popularnością zamachu w Smoleńsku, za dociekaniami jak była ubrana, czy piła alkohol i czy „prowokowała” ofiara gwałtu oraz za tłumaczeniem bezrobocia lenistwem, nieuctwem i brakiem kręgosłupa tych, którzy są biedni i pozbawieni realnej możliwości zmiany owego stanu.

Tyle że dostrzegając to, dochodzi się paradoksu. Polski zwolennik rozumnego podejścia do świata musi – rozumem właśnie – przyjąć do wiadomości, że nie przez rozum wiedzie dziś droga do sukcesu. Dowodem fakt, jak licznie nasi współobywatele i współobywatelki albo sami ulegają potrzebie nadawania światu sensu przez  myślenie magiczne, albo – to postawa powszechniejsza – owo myślenie magiczne szczególnie im nie przeszkadza.

Ich decyzje i postawy to krzyk w stronę racjonalnych mediów, racjonalnych partii oraz racjonalnych współobywateli: „inaczej opowiedzcie nam tę historię. Nie przez rozum, ale przez serce. Nie tak, żeby to miało sens, ale przede wszystkim tak, żeby się chciało w to uwierzyć i dla tego żyć”.

Jak? Tego „szkiełko i oko” nie powiedzą. Ale jeśli nie dostaną opowieści mniej trucicielskiej, lecz równie emocjonalnej co smoleńska, dalej będą odpływać w objęcia współczesnych czarowników: Wacława Berczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego.

Misiewicz wraca. MON nie podlega żadnej kontroli. To groźne, bo dysponuje jedną dziesiątą budżetu państwa!

Paweł Wroński pisze o powrocie Misiewicza.Odnalazł się skarb ekipy Prawa i Sprawiedliwości – Bartłomiej Misiewicz. Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita”, 10 kwietnia zaraz po obchodach smoleńskich zarząd Polskiej Grupy Zbrojeniowej zdecydował, że Misiewicz zostanie pełnomocnikiem zarządu ds. komunikacji. Zarząd jest w całości obsadzony ludźmi ministra Macierewicza.

Całe szczęście. Przez dłuższy czas nawet wiceministrowie w MON nie wiedzieli, co robi ulubieniec ministra Macierewicza – z wykształcenia maturzysta z doświadczeniem technika w aptece Aronia w Łomiankach – szef gabinetu politycznego i rzecznik resortu. Szkoda byłoby, aby tak wielki talent polityczny marnował się w ukryciu.

To już drugie wejście Bartłomieja Misiewicza do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. We wrześniu ubiegłego roku okazało się, że został tam członkiem rady nadzorczej. Nie miał co prawda koniecznego wyższego wykształcenia ani nie ukończył kursu na członków rady nadzorczej, ale na jego potrzeby w sierpniu został zmieniony status PGZ. Ustąpił. Potem były lutowe nieszczęsne występy w nocnym klubie, ale z fotograficznej ustawki w tabloidach wynika, że Misiewicz lekko schudł, ustatkował się, znalazł miłość i być może nawet studiuje to „normalne prawo” na uczelni w Toruniu.

Bartłomiej Misiewicz stał się symbolem pisowskich rządów. Dzięki nim młodzi, niekompetentni, ale obdarzeni tupetem i protekcją partyjnych notabli i ojca Tadeusza Rydzyka mogą wierzyć, że też będą zajmować najbardziej eksponowane stanowiska i korzystać z uroków życia. W poprzednim, złym „minionym okresie”, gdy wybitny specjalista od PR Igor Ostachowicz – doradca premiera Donalda Tuska -został zatrudniony w zarządzie Orlenu jako specjalista od PR, protestowały zgodnie wszystkie media z „Wyborczą” na czele. Głosiliśmy, że jest to złamanie zasad oraz przyzwoitości. Ostachowicz w ciągu doby zrezygnował. W przypadku Misiewicza chyba nikt specjalnie głośno nie będzie protestował. A odetchnie z ulgą. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy ekipa PiS znacząco przesunęła zasady przyzwoitości, kierując się niezłomnie zasadą TKM.

Dlatego po tej nominacji należy złożyć serdeczne gratulacje Misiewiczowi, a jeszcze większe pracownikom MON oraz polskim żołnierzom. Do tej pory ulubieniec ministra Macierewicza skutecznie rozstawiał wszystkich po kątach w ministerstwie, testował poziom służalczości, nakazywał wojskowym oddawanie sobie honorów wojskowych, co wpływało dewastująco na morale żołnierzy. Teraz będzie mógł nadal być faktycznie u boku Antoniego Macierewicza, będzie mógł w PGZ robić to, co w MON za większe pieniądze, a szkody dla polskiej armii będą mniejsze.

O tym, że „Misiewicz powinien zniknąć z życia publicznego”, mówił prezes Jarosław Kaczyński, „niedojrzałość Misiewicza” do zajmowania wyższych stanowisk wskazywał prezydent Andrzej Duda. Gratulacje należą się więc także ministrowi Macierewiczowi. Nominacja Misiewicza to może być znak ostatecznego zwycięstwa nad obiekcjami prezesa Kaczyńskiego i marudzeniem prezydenta Dudy. Cóż, w końcu jest to godna nagroda za wynalezienie „bezgłośnego wybuchu ładunku termobarycznego” na pokładzie Tu-154 w siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Mam nadzieję, że Bartłomiej Misiewicz jeszcze z pewnością wypłynie. Wicemarszałek Joachim Brudziński już twierdzi, że przejdzie do historii europejskiego PR-u. Ma bowiem w sobie wszystkie cechy, które czynią zeń doskonałego działacza obecnej ekipy, bohatera naszych czasów.

PRZED KIM SIĘ TAK CHRONI? PRZED POLAKAMI? Piękny przykład dla żołnierzy.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu.

Podkomisja Antoniego Macierewicza dokonała kopernikańskiego odkrycia o ładunku termobarycznym, który eksplodował w smoleńskim Tupolewie. Dlaczego inni nie wpadli na ten pomysł? Proste – bo nie ma żadnych dowodów, a podzespół Wacława Berczyńskiego, choć nie przedstawił cienia dowodu, za to dowiódł. Nawet udało się im pokonać prawa fizyki, iż wybuch jest szybszy od dźwięku, a rozum od fantazji.

Popularny portal lotniczy FlightGlobal.com zaczyna opis najnowszego dzieła podwładnych  Macierewicza „O obrotach sfer smoleńskich” od enuncjacji: „Polski rząd podsyca niezdrową urazę wobec katastrofy prezydenckiego Tu-154 w Smoleńsku, która teraz objawia się jako farsa urojeń”. Im głębiej w tekst, tym bardziej mnożą się określenia, jak: „obsesja”,  „urojona farsa” i „paranoja”. Zaś nieumiejętność przyznania się, iż katastrofa była tragicznym wypadkiem i niczym ponadto, jest „tchórzostwem na potwornym poziomie”.

Kopernik nie był tak odważny, jak Giordano Bruno, ani jak Macierewicz, poczekał z publikacją wiekopomnego dzieła, aż wyzionie ducha. Macierewicz jest tego świadomy, iż jego światłość mogłaby stać na przeszkodzie wielkich tego świata, więc utworzył wokół swojej osoby kordon nie do przeniknięcia dla wrogów.

Jak podaje portal onet.pl, ministra obrony chroni prawie stu żandarmów. Naprzeciw adresu Macierewicza na Żoliborzu zostało opróżnione mieszkanie, w którym ochrona pod bronią nie spuszcza 24 godzin na dobę osoby Macierewicza. Dyżury są pełnione rotacyjnie, jak zmiany warty w jednostkach wojskowych.

Kiedy Macierewicz ma gdzieś przebywać jakiś czas, wcześniej wkraczają pirotechnicy z psem, sprawdzają, czy miejsce jest czyste i niezagrożone. Kontrolowane są auta i samoloty, którymi podróżuje Macierewicz. Utrzymanie jest ogromnie wysokie, bo ci ochroniarze mają uposażenie większe niż żołnierze GROM, plus dodatki za niebezpieczeństwo. Całkiem możliwe, że posiłki serwowane Macierewiczowi są sprawdzane przez jakiegoś podręcznego kuchcika. Przeżyje kuchcik, Macierewicz zaczyna szamanie, zatruje się lub zejdzie, Macierewicz zaznaje głodu.

Nie są to jakieś moje dowcipy, to dzieje się w Polsce, tę paranoję ma minister. Wiemy, że ochrona Kaczyńskiego kosztuje rocznie blisko 1,5 mln zł, a Macierewicza jest grubo wyższa, lecz prezes jest tylko posłem. Macierewicz nie jest urojony, Macierewicz dostarcza urojenia, bo jest tych urojeń właścicielem. Taka to paranoja.

TYLKO KOMUNIŚCI POTRAFILI TAK KŁAMAĆ

>>>

Z CYKLU „ZNAJDŹ RÓŻNICĘ”

:))

Stanisław Skarżyński, świetny eseista młodego pokolenia, pisze o PiS („Wyborcza”). Wraz z rządami PiS ma szansę przejść do historii ten model ustroju, w którym elity ponoszą odpowiedzialność, a naród się dąsa, wybrzydza i narzeka, że za mało kolorowej posypki.

Warto napisać to otwarcie: w jednej sprawie PiS jest zupełnie fantastyczny i od 1989 roku Polsce nie przytrafiło się nic równie dobrego jak wielkie zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego. Prezydent i większość parlamentarna z jednej partii. I to – Bogu dziękować! – partii o nacjonalistycznych i autorytarnych ciągotach, partii populistycznej, partii gardzącej konstytucją. Wreszcie, partii rozbestwionej do granic niemożliwości, która ruszyła plądrować Polskę niczym stado szarańczy.

To doskonała wiadomość, bo nic tak jak rządy PiS nie ma szans wyleczyć Polski ze zmęczenia jej elitami, a tych elit ze zmęczenia Polską, które narastają od transformacji ustrojowej, a podczas ostatniej dekady przybrały wymiary zupełnie karykaturalne.

Władza PiS może to przekleństwo rozładować. Jeżeli przez ten demokratycznie wybrany czyściec dojdziemy do V Rzeczypospolitej, w której demokracja przedstawicielska umożliwi polityczną współpracę polskich elit z masowymi wyborcami, to będzie warto. Przecierpimy zdemolowane instytucje państwa, utraconą pozycję na arenie międzynarodowej, górę odszkodowań wypłaconych tym, których PiS pozbawia zagwarantowanych przez konstytucję i umowy międzynarodowe praw. Szkoda tych wycinanych na rympał drzew, ostatniego nietkniętego ludzką ręką lasu w Puszczy Białowieskiej, ostatnich nieuregulowanych od źródła po ujście rzek w Europie, tych dziesiątków mordowanych przez myśliwych bez sensu żubrów, lisów i jeleni.

***

Szkoda, ale zło się stało, a w tej perspektywie stawką rządów PiS jest realizacja wezwania „Jeden tylko, jeden cud: z Szlachtą polską – polski Lud!” z „Psalmu Miłości” Zygmunta Krasińskiego. Krasiński uważał, że to warunek „wskrzeszenia Polski”. W tym romantycznym określeniu odzyskania niepodległości coś jest – Polska niepodległość dotąd odzyskiwała zawsze w wyniku splotu wydarzeń na arenie międzynarodowej, ale od środka tej niepodległości jeszcze nie odzyskała nigdy. Można postawić uproszczoną tezę, że w międzywojniu zawiodły elity, a w III RP zawiódł polski lud.

Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, że Władysław Bartoszewski chodził co roku na Powązki, gdzie podczas apelu przy pomniku Gloria Victis wygwizdywano go i lżono. Że dziennikarze, pisarze, artyści, duchowni, przedsiębiorcy, politycy – Monika Olejnik, Olga Tokarczuk, Agnieszka Holland, Adam Boniecki, Władysław Frasyniuk, Lech Wałęsa, Jan Wejchert i Jan Kulczyk oraz niezliczone szeregi innych, których dzień po dniu wyzywa się w Polsce od agentów, Żydów i kurew; że oni nie machnęli na ten niewdzięczny naród ręką i angażują się lub do końca życia angażowali w życie publiczne.

Tak samo jak trudno pojąć, że elity polityczne – choćby Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Buzek – w imię odpowiedzialności za kraj były w stanie przez niemal 30 lat spuszczać łomot nacjonalistom, żeby móc – wraz z postkomunistami, o ironio! – zaciągnąć Polskę do Unii i NATO.

Dopiero Donald Tusk, wyjeżdżając do Brukseli, zdobył się na to, żeby pokazać temu narodowi gest Kozakiewicza. I nic dziwnego: po siedmiu latach użerania się z Kaczyńskim w Sejmie i Gowinem wewnątrz partii, po słuchaniu o tym, że ma krew ofiar katastrofy smoleńskiej na rękach, po tym jak miał po kretyńskiej histerii wywołanej przez „Wprost” wyrzucać z rządu najlepiej wykształconych, niezastąpionych właściwie ministrów, takich jak Radosław Sikorski i Bartłomiej Sienkiewicz, w końcu powiedział „dość”.

***

Po niemal 30 latach słuchania o zdradzie w Magdalence, o niepodległości przehandlowanej przy Okrągłym Stole, o kondominium rosyjsko-niemieckim naród polski doszedł do władzy we własnej osobie. Daje to elitom niepowtarzalną szansę, aby się zreformować i wyjść z idiotycznej, rodzicielskiej niemal roli, którą odgrywały przez ostatnie dekady – wiedząc, co jest dobre i mądre, musiały przekonywać do tego Polki i Polaków, którzy w dużej, a stopniowo coraz większej części, zamieniali się w coś dziwnie przypominającego rozwydrzone dzieci.

Wraz z rządami PiS ma szansę przejść do historii ten model ustroju, w którym elity ponoszą odpowiedzialność, a naród się dąsa, wybrzydza i narzeka, że za mało kolorowej posypki. Z tego powodu PiS powinien rządzić długo, jak najdłużej, a podstawowym zadaniem odstawionych w demokratycznym głosowaniu do kąta elit jest teraz budowanie wyraźnego muru między polityką odpowiedzialną i długofalową – zrównoważonego rozwoju, praw człowieka, solidarnej współpracy w Unii Europejskiej, walki ze zmianą klimatu, nienadwerężania budżetu państwa – a polityką populistów Kaczyńskiego i Kukiza, których program wyborczy sprowadza się do hasła „cukierki dla wszystkich”.

Teraz nie ma elit, a lud polski rządzi sam sobą: w osobach Beaty Szydło i Andrzeja Dudy objął urzędy premiera i prezydenta, pod postacią Jacka Kurskiego robi telewizję, jako Marek Kuchciński kieruje pracami Sejmu, a jako Beata Kempa zarządza Rządowym Centrum Legislacji. I super, niech to święto, to przyjęcie urodzinowe na Żoliborzu trwa jak najdłużej. Niech wszyscy jedzą tort na śniadanie, obiad i kolację, niech tłuką szyby sąsiadom bezkarnie, niech nie odrabiają lekcji i nie sprzątają w swoim pokoju – niech się wszyscy wyborcy PiS nasycą tą fantazją, na własnej skórze sprawdzą, czy Polskę na takie życie stać, czy to jest rzeczywiście na dłuższą metę fajne. Po to jest demokracja i jeśli coś elitom III RP można naprawdę zarzucić, to to, że zbyt długo nie pozwalały tej potrzebie sprawdzenia rzeczywistości na własnej skórze wydostać się na wolność.

***

Rozum, historia, logika i matematyka podpowiadają, że ten eksperyment zakończy się rozczarowaniem. Że tak jak od nadmiaru cukru boli brzuch, tak brak prawa uniemożliwia istnienie państwa i to, co PiS na życzenie części Polek i Polaków wyprawia, prędzej czy później obróci się przeciwko tym właśnie Polkom i Polakom. Dlatego lewica liberalna dziś cicho kibicuje PiS, bo nic tak jak PiS nie daje szansy na masową edukację obywatelską – czym jest Trybunał Konstytucyjny, na czym polega trójpodział władzy, jakie są zasady solidarności w Unii itd. – i nic nie ma takiej mocy przywrócenia współpracy między politycznymi elitami, które przestaną się bawić w rodziców, tylko wykuwać będą i proponować odpowiedzialne warianty rozwoju kraju, a wyborcami, którzy nie będą się domagać spełnienia ich zachcianek, ale wiedzieć, że demokracja to tylko – i aż – poszukiwanie najmniejszego zła.

A jeśli nie? A jeśli po czterech albo ośmiu latach rządów PiS Polska będzie wykarczowana, w wiadomościach publicznej telewizji nadal nadawane będą same brednie, wszyscy obcokrajowcy uciekną w obawie przed pobiciem, minister Szyszko z kolegami wystrzelają dzikie zwierzęta do ostatniej szarej myszy polnej, a ta szalona konstrukcja państwowa nadal będzie jakoś stała i się nie zawali nie tylko pod względem finansowym, ale PiS nadal będzie przodować w sondażach?

No to trudno. To znaczy, że tak ma być i Polska jest jednak krajem Europy Wschodniej, a tylko elity ma zachodnie. Wtedy elity muszą wyjechać, a Polska podryfuje sobie w stronę Rosji i Białorusi, gdzie widać jest jej miejsce.

LIMERYK NA DZIEŃ DOBRY 🙂

WYKONALI JUŻ KAWAŁ DOBREJ ROBOTY

Waldemar Mystkowski pisze o pierwszym roku wyjścia z UE.

Pierwszy krok wyjścia z UE – na razie z Eurokorpusu

Jest to jeszcze nieoficjalne. Jak ustaliła dziennikarka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borginon, Polska wycofuje się z Eurokorpusu, który ma być podwalinami armii europejskiej, wspólnego projektu militarnego państw Unii Europejskich. Szok? Z pewnością. Gdy obierzemy ze skórki obłudę PiS w stosunku do UE, to będzie mniejszy szok, a nawet podejrzenie, że mamy do czynienia z pierwszym krokiem wyjścia Polski z Unii.

Eurokorpus jako międzynarodowa struktura militarna powstał w 1992 roku. Polska zgłosiła do niego akces i została zaproszona, ale nie miała jeszcze „chrztu bojowego”, czyli być uznana za pełnoprawnego członka z prawem do udziału w decyzjach i planowaniu obrony Unii Europejskiej. Byliśmy jeszcze w przedpokoju, acz nasi żołnierze i przede wszystkim oficerowie w liczbie 120 szkolili się i działali w strukturach Eurokorpusu. W tym roku mieliśmy zostać oficjalnie pełnoprawnym członkiem, a w 2019 roku miało nam zostać powierzone rotacyjne dowodzenie.

Mamy kolejne osłabienie bezpieczeństwa Polski – kto wie, czy nie większe, niż degradacje niemal całego dowództwa Wojska Polskiego. Politycy Platformy na tę wieść orzekli, iż to kwalifikuje się wyżej niż do zdrady dyplomatycznej, bo do zdrady jako takiej, zdrady kraju, której dokonał Antoni Macierewicz. Tak przynajmniej utrzymuje rzecznik PO Jan Grabiec.

Jeszcze niedawno Jarosław Kaczyński cieszył się, że planowana jest europejska polityka obronna i ma powstać europejska armia, ba! w swoim stylu bąkał coś o bombie atomowej. W każdym razie u polityków PiS rozjeżdżają się słowa z czynami. Jeszcze dzisiaj nie opłaca się mówić o wyjściu z Unii Europejskiej, bo Polacy w ogromnej większości są euroentuzjastami, acz – jak utrzymują politolodzy – ten urok jest płytki. Wobec tego – jak widzimy w każdym kadrze – PiS zakasuje rękawy i bierze się za obrzydzanie Unii Europejskiej.

Eurokorpus był w pewnym sensie – a przynajmniej obsady personalnej – poza łapami Macierewicza, więc stąd taka jego decyzja. Można się spodziewać, że PiS będzie temu zaprzeczało, jak to oni zwykli robić. Nie trzeba nikogo przekonywać, w czyim interesie jest takie rozbrajanie Polski, osłabianie naszej obronności.

Po PiS pozostanie nam kraj pod „błogosławieństwem Boga” – tak mówił Macierewicz na pikniku NATO w Piotrkowie Trybunalskim oraz „sojusz północno-amerykański”. Ten ostatni to jakiś nowy twór, który mógł się ukonstytuować w szczególnym umyśle Macierewicza.

Za te szczegóły w głowie Macierewicza może nam przyjść płacić najwyższe ceny, acz nie łudzę się, że po newsie RMF FM kolejne szampany strzelają na Kremlu.

DECYZJA MACIEREWICZA O WYCOFANIU POLSKICH WOJSK Z EUROKORPUSU TO „ZDRADA I PRZESTĘPSTWO”. CZY KTOŚ JESZCZE WIERZY W ICH INTEGRACJĘ Z EUROPA?

KLIKAJCIE, POKAŻMY, ŻE NIE MA NA TO NASZEGO POZWOLENIA

Kleofas Wieniawa o tym samym, ale z innej perspektywy.

Eurokorpusu nie opuszczamy, bo oficjalnie nie zostaliśmy do niego przyjęci, nie staliśmy się pełnoprawnym członkiem. Tak miało sie stać 1 stycznia bieżącego roku, od trzech miesięcy mieliśmy należeć do tego zaczątku armii europejskiej.

Antoni Macierewicz nie zgodził się, abyśmy stali się częścią europejskiej obrony. A że nie poinformował opinii publicznej? Ludzie! Nie bądźcie tacy małostkowi. Jego z-ca Bartosz Kownacki zaprzecza, jakoby Polska miała się wycofać z Eurokorpusu, ale takie jest pisowski sznyt, opus operandi, zaprzeczać, aż do samego końca. Patrz: Jacek Saryusz-Wolski. Później przerobi się to na zdradę.

Coś w PiS wymyślą. A co? A to, że Europa zdradziła PiS. Macierewicza sens się nie ima. A czemu miałby rozumem się przejmować?

Czy to pierwszy widomy krok opuszczenia Unii Europejskiej?

PiS jeszcze kropki, przepraszam: toczki, nie postawił na naszej europejskości, ale coraz nam bliżej do Wschodu i obowiązującego w tamtych stronach ustroju: satrapii. Sądu konstytucyjnego już nie mamy, mediów publicznych też – nie, jeszcze tylko niezależność sądów, samorządy. Rach- ciach i nieposległość Polski w piach.

Z WIADOMYCH WZGLĘDÓW IMPREZA PRZED PAŁACEM 🙂 WPADNIJCIE. Z FLAGAMI. UNIJNE BĘDĄ MILE WIDZIANE (podobno prezes dostaje piany)

Prezydent jeździ na Żoliborz, premier z ministrami na Nowogrodzką. Wszystko stanęło na głowie.

>>>

tokarczuk

INTERNAUCI NIE WYTRZYMALI… I WCALE SIĘ NIE DZIWIMY. TO PO PROSTU WIELKI WSTYD!!!!!

c3xexydxaaawrx1

Świetny tekst w „Wyborczej” młodego publicysty Stanisława Skarżynskiego o Kaczyńskim.

Poseł Kaczyński ma problem. Musi rządzić osobiście, bo nie ma wyjścia: jeśli się cofnie, nikt nie będzie naprawiać błędów podwładnych, jeśli obejmie stanowisko w państwie – nie zdoła ogarnąć całości.

Na ręcznym sterowaniu w przepaść. Jarosław Kaczyński wychodzi z cienia

kaczynski

Wszelka zdolność decydowania od roku paruje z instytucji państwa i skrapla się w gabinecie prezesa PiS-u przy Nowogrodzkiej w Warszawie. Obsada ministerstw i rad nadzorczych spółek skarbu państwa, stanowisk sędziów TK, stanowisko rządu w sprawie aborcji, kwestia składania przez prezydenta podpisu pod ustawami – żadna z tych rzeczy nie jest poza zasięgiem Jarosława Kaczyńskiego.

Centralizacja władzy jest nieodmiennym skutkiem zaprowadzania w państwie autorytaryzmu i na pierwszy rzut oka wydaje się to właściwe i skuteczne, bo jest spójne ze Schmittowskim decyzjonizmem, do którego odwołuje się PiS, a w którym władzy nie stanowi się poprzez prawo, ale wbrew prawu, bo suwerenny jest ten, kto podejmuje decyzję o stanie wyjątkowym. Jednak ta centralizacja jest największą słabością autorytaryzmu, bo nie da się jej na dłuższą metę pogodzić z wymogami nowoczesnego państwa. I to, co się dzieje ostatnio w obozie partii rządzącej, jest doskonałą tego ilustracją.

Tłem dzisiejszych problemów Kaczyńskiego jest paradoks – im bardziej scentralizowana władza (czy to w partii, czy to w zwykłej firmie), tym częściej ważne stanowiska otrzymują głupcy – bo tylko oni nie są w stanie stworzyć realnego zagrożenia dla tego, kto ich powołuje na stanowiska. Zarazem jednak głupcy czynią głupstwa, a te trzeba naprawiać, co prowadzi do lawinowego wzrostu liczby spraw trafiających do centrali.

Oto błędne koło autorytaryzmu: powierzenie części władzy człowiekowi zdolnemu pozwala piramidę zaległości zredukować, ale zarazem ryzykuje się wyhodowanie sobie konkurenta. Autorytaryzmy starają się z tej sprzeczności wybrnąć metodami policyjnymi, ale jeśli policja polityczna ma spełniać swoje zadania, nie może nią kierować głupiec, a człowiek roztropny może zagrozić mocodawcom.

Za pierwszych rządów Kaczyński (2005-07) oparł się na ludziach samodzielnych i odpowiedzialnych za swoje decyzje polityczne. Pełną autonomię miał prezydent Lech Kaczyński, pozycja koalicjanta dawała dużą samodzielność Andrzejowi Lepperowi i Romanowi Giertychowi, ale też sam Jarosław Kaczyński opierał się wówczas na ludziach zupełnie innych niż obecnie, byli to np. premier Kazimierz Marcinkiewicz czy marszałek Sejmu Marek Jurek.

Pierwszy rząd PiS-u skończył się katastrofą. Jarosław Kaczyński zastąpił wybijającego się na samodzielność Marcinkiewicza i próbował łączyć zarządzanie partią z rządzeniem krajem. Jurek zażądał wpisania ochrony życia do konstytucji; gdy tego nie dostał – odszedł z partii. Lepper i Giertych stale rzucali prezesowi kłody pod nogi, a i prezydent Kaczyński potrafił nie tylko mieć inne zdanie, ale także go nie ukrywać.

Jak się zdaje, dzisiejszy obóz władzy właśnie zbyt dużą samodzielność współpracowników i autonomię instytucji państwa uznał za przyczynę porażki swego pierwszego rządu – postanowił więc całą władzę podporządkować partii. Prezesowi, szeregowemu posłowi, miało to pozwolić ograniczyć liczbę podejmowanych decyzji i zachować kontrolę nad wszystkim. Chyba jednak przesadził w drugą stronę – skutkiem obsadzenia całego państwa ludźmi posłusznymi, ale pozbawionymi formatu politycznego jest to, że do centrali PiS-u trafia dziś dosłownie każda sprawa, co wypycha Kaczyńskiego z roli szarej eminencji do pierwszego rzędu.

Oczywiście i wcześniej zdarzało się, że wprowadzał korekty, ale z drugiego rzędu. Np. gdy kombinującej nad obietnicą obniżenia wieku emerytalnego partii – bo czy budżet to wytrzyma? – przypomniał, że skoro PiS obiecał 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn, to tak będzie. Wiadomo było, że Kaczyński we wszystkim ma swój udział, ale twarz decyzjom zawsze dawał ktoś inny: wojnę z TK firmował poseł Piotrowicz, a demolkę w polskiej dyplomacji – minister Waszczykowski.

W grudniu zaś coś w tej strukturze pękło. Najpierw dyskretnie, gdy Jarosław wyszedł przed kamery, żeby tłumaczyć pomysły Marka Kuchcińskiego na organizację pracy mediów w Sejmie, a wkrótce już zupełnie otwarcie, gdy prezes na konferencji prasowej zasiadł w centralnym miejscu – premier i marszałek Senatu po jednej jego stronie, a marszałek i wicemarszałek Sejmu po drugiej – i zabrał głos jako pierwszy. Posiedzenie w Sali Kolumnowej było w porządku – ogłosił i posłusznie przyjęli to do wiadomości senatorowie i prezydent Duda, który szybko budżet podpisał.

W styczniu komentatorów zaskoczyło wyjście prezesa przed kamery w celu upokorzenia Zbigniewa Ziobry i poinformowania TK, że „nie będzie miał innego wyjścia”, niż stwierdzić, że nie ma uprawnień do rozpatrzenia wniosku prokuratora generalnego, który chciał zbadania zgodności uchwały Sejmu z konstytucją. Ostatnio Kaczyński sam ogłosił planowane zmiany w ordynacji do samorządów i zapowiedział, że będzie „przekonywał Trybunał Konstytucyjny”, że ograniczenie liczby kadencji w samorządach można wprowadzić wtedy, kiedy uważa to za stosowne prezes PiS-u.

Obserwujemy to samo co za pierwszego rządu PiS-u: po roku Kaczyński wychodzi z cienia. Inna jest jednak przyczyna – wszystko wskazuje na to, że stał się niezdolny do cichego sterowania olbrzymią liczbą pionków, które sam rozstawił, a których działania powodują w Polsce chaos. Efekt jest groteskowy: szeregowy poseł osobiście, bez pośredników, rządzi Polską, ale nie ma innego wyjścia – jeśli się cofnie, nikt nie będzie naprawiać błędów polityków partii rządzącej; jeśli pójdzie do przodu i obejmie stanowisko w państwie – straci zdolność kontrolowania całości. Rządy prawa mają swoje wady, ale prezes właśnie się przekonuje, że nie inaczej jest w przypadku ręcznego sterowania.

c3w_fq1weaadgxi

ONI TEŻ KRYTYKOWALI POPRZEDNIKÓW. A DOJĄ AŻ TRZESZCZY. NA SAMEGO RYDZYKA TO JUŻ KILKADZIESIĄT MILIONÓW ZŁ POSZŁO

jaroslaw-kaczynski

Plan Morawieckiego sypie się. Pisze o tym Witold Gadomski. We wtorek Rada Ministrów po raz kolejny dyskutowała o strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju przygotowanej przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego. I tu zaskoczenie: nie tylko jej nie przyjęła, ale wręcz uznała, że jest niedopracowana. Premier Beata Szydło oświadczyła, że „nie do końca spełnia oczekiwania”.

morawiecki

Morawiecki uspokajał, że chodzi o poprawki redakcyjne i „zaledwie jedną lub dwie merytoryczne”, ale sprawa wydaje się poważniejsza. Ekipa PiS prezentuje się na zewnątrz jako monolit. Politycy wygłaszają formułki przygotowane przez biuro propagandy i nie krytykują nawet najbardziej absurdalnych wypowiedzi, np. takich jak ta autorstwa Antoniego Macierewicza o mistralach sprzedanych za dolara. Krytyka dokumentu Morawieckiego świadczy więc o tarciach w PiS i o tym, że niektórzy chętnie pozbyliby się wicepremiera.

Morawiecki ma coraz większe ambicje polityczne. Zdołał już obsadzić swoimi ludźmi wiele stanowisk w rządowych agencjach i spółkach skarbu państwa. Nie zadowala się rolą wynajętego technokraty. Ekonomiczne i menedżerskie kompetencje (prawdziwe lub iluzoryczne) mają być dla Morawieckiego przepustką do wielkiej polityki, a być może dać stanowisko „delfina”. Tyle że do tej roli chętnych jest wielu. A skoro największym aktywem wicepremiera jest jego strategia, niechętni mu politycy PiS pokazują jej słabości.

Strategia rzeczywiście ma wiele wad, choć pewnie innych, niż wskazują jej krytycy w PiS.

Niebawem minie rok, od kiedy wicepremier przedstawił zarys swojego planu. Ministrowie przyjęli wówczas wystąpienie Morawieckiego owacją, a Jarosław Kaczyński ocenił, że to „najlepszy plan gospodarczy od 27 lat” – w domyśle: lepszy od planu Balcerowicza.

Nie sposób jednak obu dokumentów zestawiać. Plan Morawieckiego przypomina tworzone w PRL plany wieloletnie, w których określano, jakie konkretnie zakłady zostaną zbudowane, ile górnicy wydobędą węgla, a hutnicy wytopią stali. Propaganda PRL nieustannie trąbiła, że plany były przekraczane, choć nigdy nie były wykonywane.

W strategii pełno jest zapisów, których nie powstydziłby się Hilary Minc rządzący gospodarką PRL w latach 50. Oczywiście nie chodzi o powrót do technologii sprzed pół wieku, ale o to, że cele planu Morawieckiego są równie szczegółowe i oparte na równie mglistych podstawach jak Minca „plan sześcioletni”.

W ramach projektu „Batory” mają powstać promy pasażerskie, projekt „Lukstorpeda” przewiduje produkcję polskich pojazdów szynowych, a projekt „Żwirko i Wigura” – polskich dronów. Mają to oczywiście robić zakłady państwowe lub w najlepszym razie prywatne, którym zadania w formie zamówień publicznych zleci państwo.

Dlaczego akurat drony mają być polskim produktem flagowym? Gdzie będą sprzedawane, pod jaką marką, z jakimi produktami będą konkurować? Jakie przewagi ma w tej dziedzinie Polska i gdzie się one uwidoczniły? O tym w strategii Morawieckiego nie ma ani słowa. Publiczne pieniądze mają być przeznaczone na produkcję, którą z jakiegoś powodu wicepremier i jego ekipa uważają za przyszłościową i wartą wsparcia.

Wehikułem finansowym planu Morawieckiego ma być Polski Fundusz Rozwoju (PFR), czyli dawne Polskie Inwestycje Rozwojowe, które minister Bartłomiej Sienkiewicz w podsłuchanej rozmowie określił zdaniem kończącym się na „kamieni kupa”. W ciągu ostatniego roku PFR dofinansował Polską Grupę Górniczą, podniósł kapitał w państwowym Banku Ochrony Środowiska i w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, uczestniczył też w nacjonalizacji Pekao SA. Wydawał pieniądze, które wcześniej otrzymał od skarbu państwa, ale wątpliwe, by się zwróciły.

Morawiecki, który miał opinię bezpartyjnego fachowca, okazał się przede wszystkim mistrzem słowa. Każdą porażkę potrafi przedstawić jako sukces, a realne sukcesy gospodarcze ostatnich dekad to dla niego „bożek elit III RP”. Mówi tym samym językiem co Jarosław Kaczyński. Politycy PiS, którzy latami budowali swą pozycję przy wodzu, zobaczyli, że mają konkurenta, który może ich ograć.

Los strategii i jej autora jest więc teraz w rękach lidera PiS.

NOWA KATEGORIA „WIERNYCH” W KOŚCIELE. WSTYD NAM ZA WAS

c30y9aqwiaas8pp

Waldemar Mystkowski pisze o sojuszu Kościoła i PiS.

kaczynski-duda

PiS ma prawo się bać. Może nie cała partia i jej elektorat, bo wielu posłów PiS jest z przysłowiowej łapanki, acz to cyniczni ludzie. Powinni się bać liderzy, którzy sprzeniewierzają się prawu i moralności. Jarosław Kaczyński powinien się bać za całokształt, ale taki Andrzej Duda za konkrety, za wielokrotne złamanie konstytucji i za siew nienawiści. Uważam ten „grzech” za najcięższy: w Żaganiu poszczuł jednych Polaków na drugich, złamał tym samym za jednym zamachem 4. Ewangelie i przykazania św. Pawła z Dziejów Apostolskich.

z21330281vuroczystosc-zawierzenia-grupy-energa-bozej-opatrzn

Dlaczego PiS ma się bać? Otóż partia zawarła sojusz z ołtarzem, tj. z Kościołem katolickim, czego zabrania Konstytucja w artykułach o rodzieleniu ołtarza i tronu (władzy). A PiS zawiera pakt propagandowo-handlowy z Kościołem, a sam Kościół na tę okazję przybiera formę iście barbarzyńską, by nie napisać innowierczą.

Prezesi giełdowej spółki Energa mianowani przez PiS oddali ją pod opiekę Opatrzności Bożej (nie wiem, dlaczego pisze się tę zbitke pojeciową z dużych liter, tak jednak czynią media). Ta uroczystość odbyła się w Kościele Opatrzności Bożej w Gdańsku Zaspie.

Na czym ten średniowieczny sztafaż miałby polegać? Otóż na wspomnianym barbarzyństwie. Na handelku. Wy nam szmal (dary), my dla was „dobrą wieść” (reklamę).

W tym konkretnym gdańskim kościele w pobliżu ołtarza postawiono cztery stojaki z logo spółki Energa (które to logo będzie powtarzane w kościołach w kraju), a Energa złożyła dary w koszu znajdującym się pod ołtarzem. Dobrze czytacie! Na jakie kwoty opiewają czeki, wie tylko Energa (spółka państwowa) i miejscowy kler (funkcjonariusze bytu niebieskiego).

Taki odstawili handelek. Może warto przypomnieć jak Chrystus drobniejszych kupców wywalał z światyni. Otóż za fraki i z odpowiednim słowem. Wielce symptomatyczne są słowa między zawierającymi pakt. Biskup Wiesław Szlachetka mówił, że od początków chrześcijaństwa w dniu Ofiarowania Pańskiego wierni składali dary. Błąd! Spółka państwowa jest instytucją prawa handlowego i własnością państwową, a nie wiernymi. Dary były składane w kościołach przedchrześcijańskich i barbarzyńskich, acz szczątki tej tradycji pozostały w postaci tacy i kolędy. Kościół zawsze utrzymywał się z jałmużny, ale czerpał ją z wiernych, a nie z instytucji.

Niemniej znamienne są słowa strony drugiej wypowiedziane przez wiceprezesa spółki Energa Grzegorza Ksepko, który tym hadelkiem (paktem) zamienił zwykły prąd na „boży prąd”. I właśnie w tej metaforze widzę niebezpieczeństwo dla PiS, ale i ciemny lud może tłumaczyć się tym, że manipulując nieostrożnie przy gniazdku zostanie porażony przez „boży prąd”.

W gniazdku więc mamy „boży prąd” dla maluczkich, Bóg jednak lubi ciskać prąd własnoręcznie. Może dlatego Kaczyński porusza się z ochroną, która nadstawi za niego piersi, gdy Bóg porazi gniewnym gromem, jak Balladynę. Gdy lud nie może, natury unicestwiają zło. Inny Bóg, Zeus Gromowładny, nie szczypał się i wpisał sobie w nazwę własną to, czym lubił rozstrzygać sprawiedliwość: grom.

Niech Kaczyński i Duda nie liczą, że przekupią byt niebieski, który widzi, jak myślą, słowem i uczynkiem rozsiewają zło. Ja zaś liczę na „prąd demokratyczny”, który w postaci obywateli i ich nieposłuszeństwa tak ich razi, że nie pozbierają się, jak Janukowycz po Majdanie.

WARSZAWA XXI WIEK – WEDŁUG POSŁA Z ZĄBEK

c3wuvm9wyaa6vdf

CHAMSKI SKOK NA STOŁKI

c3xussuxuaeyhoz

>>>

grudzien10

Świetny publicysta młodego pokolenia Stanisław Skarżyński odpowiada na łamach „Wyborczej” polemistom w kwestii: Jak postąpić z PiS, gdy ta partia ostatecznie przegra. >>Nazwijcie mnie jakobinem, ale nie widzę nic niebezpiecznego w powiedzeniu dziś PiS, że „jak da nam ostatecznie po ryju, to my się odwiniemy, i to bez rękawiczki, ale za to z kastetem”.<<

jak

Oczywiście wolałbym, żeby ta i inne metafory przemocy pozostały tylko metaforami, ale to właśnie – w sensie politycznym – uważam, że powinniśmy dziś powiedzieć.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości powinni mieć dziś pełną świadomość faktu, że to III Rzeczpospolita od 26 lat chroni ich, swoich wyrodnych obywateli, przed eskalacją konfliktu politycznego poza granice konstytucji. Oraz że to ta konstytucja dała im narzędzia – wolność słowa, prawo do zgromadzeń, finansowanie partii politycznych, rzetelne, powszechne, demokratyczne wybory – których użyli, żeby tę konstytucję zniszczyć.

Zwykła uczciwość wymaga też, żeby mieli oni dziś świadomość faktu, że nie tylko oni czuli się spętani więzami konstytucji. Są w Polsce ludzie, których od wielu lat doprowadza do jasnej cholery to, do czego PiS używało praw, przysługującym im z mocy konstytucji.

Kłamstwa o Smoleńsku i bełkot o fałszerstwach wyborczych ukryły się pod wolnością słowa, tak samo jak to, że Zbigniew Ziobro nałgał przed komisją śledczą, że nie nakłaniał Jaromira Netzla do złożenia fałszywych zeznań – choć nakłaniał, potwierdziły to nieoczekiwanie odnalezione podsłuchy. Zdemaskowanie agentów polskiego wywiadu wymknęło się sprawiedliwości z powodu standardów państwa prawa, które każą wątpliwości rozstrzygać na korzyść podejrzanych, bo okazało się, że Antoni Macierewicz nie był urzędnikiem państwowym. Wiceminister obrony narodowej i likwidator WSI nie był urzędnikiem państwowym!

Z powodu rozdziału władz i standardów postępowania państwa prawa i sprawiedliwości nie doczekała się Barbara Blida, a szereg ludzi – Weronika Marczuk, Bogusław Seredyński, wielu innych – ogląda ludzi, którzy niszczyli im życie, sprawujących najwyższe funkcje w państwie.

Dopóki to się mieściło w ramach konstytucji, to było tylko ohydne.

nie-komentuje

Zima wasza

Nawet po zmianie władzy większość z tego, czego jesteśmy od roku świadkami – prezydent nocami podpisujący byle świstek, prokurator z czasów stanu wojennego postawiony na czele Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, ułaskawiony z niewinności Mariusz Kamiński, Bartłomiej Misiewicz z uśmiechem przyjmujący „złoty medal za zasługi dla obronności kraju”, media publiczne zamienione w kpinę, minister Szyszko z arcybiskupem Dydyczem wożący się karocą z dyni – to były tylko obrzydlistwa. Człowiek szanujący demokrację musiał z tym niesmakiem żyć, czekając na kolejne wybory.

Umowa społeczna jest jednak oparta na przyjęciu wzajemnych zobowiązań. Jako społeczeństwo umówiliśmy się w 1997 roku na to, że Rzeczpospolita będzie demokratycznym państwem prawnym, w którym władza podzielona będzie na trzy ośrodki wzajemnie się wspierające i kontrolujące, a Trybunał Konstytucyjny będzie rozstrzygał spory kompetencyjne między nimi. Że nie będzie odpowiedzialności zbiorowej, że każda wątpliwość będzie rozstrzygana na korzyść oskarżonego. I tak dalej.

Dopóki PiS było tylko obrzydliwe, pół biedy – czas rozliczeń nadszedłby przy urnach wyborczych. Ani oni pierwszą obrzydliwą władzą w Polsce, ani pewnie ostatnią. Demokracja w ogóle estetyczna jest bardzo przeciętnie, bo nie o urodę w niej chodzi, ale o ograniczanie władzy.

Wiosna nasza

Jednak w momencie, w którym Prawo i Sprawiedliwość ukręci konstytucji głowę – a stanie się to dokładnie wtedy, kiedy Trybunał Konstytucyjny zostanie obsadzony ludźmi bezprawnie wybranymi przez Sejm VIII kadencji, którzy zaczną wydawać wyroki w imieniu Rzeczypospolitej – w tym właśnie momencie zwolennicy demokracji mogą powiedzieć: „OK, no to skończyła się zabawa. Zniszczyliście dach, który chronił i nas, i was. Dzięki wam znów jesteśmy w dziczy”.

Nie oznacza to wcale, że chcę barbarzyństwa. Nie chcę, by posłowi Piotrowiczowi ogolono głowę. Nie chcę, żeby poseł Ast musiał w pokutnym worku całować schody Trybunału Konstytucyjnego, nie chcę, by Annę Zalewską uczniowie powieźli na taczkach. Nie chcę dla polityków PiS ani chłosty, ani banicji, ani trybunałów ludowych.

Mówię tylko tyle i aż tyle: posłowie PiS powinni mieć dziś pełną świadomość faktu, że sytuacja jest zerojedynkowa. Dopóki da się odwrócić ich machloje w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, dopóty istnieje państwo prawa, które chroni i nas przed nimi, i ich przed nami. W momencie, w którym odwrócić się tego zniszczenia już nie będzie dało, III Rzeczpospolita jest martwa – a wtedy możliwe jest dosłownie wszystko.

Tylko jeżeli konstytucja III RP ocaleje, od każdej siły politycznej, która będzie w przyszłości rozliczać PiS, będzie można oczekiwać zachowania standardów demokracji i państwa prawa. Jeżeli nie – będzie można do nich tylko apelować o człowieczeństwo, bo obowiązku nie będzie żadnego.

Lato Muminków

Czytając polemiki Macieja Stasińskiego i Bartosza Wielińskiego, mam wrażenie, że trzeba to dziś mówić tak głośno, jak się tylko da, bo w moim przekonaniu III RP na naszych oczach dogorywa właśnie dlatego, że kiedy pluto jej w twarz, ona twierdziła, że pada deszcz.

Innymi słowy, zarzucam III RP, że była mięczakiem. Że jako produkt czasów, w których rozmawiano o „końcu historii”, w ustroju III RP zaklęto przekonanie, że nikt już nigdy nie sięgnie po zamach stanu, bo demokracja udowodniła swoją bezsprzeczną wyższość tak dalece, że nie trzeba w niej uwzględnić autorytetu wynikającego ze strachu przed karą za naruszenie wspólnych zasad.

Bartoszowi Wielińskiemu wyszło spod pióra, że „słuszny gniew to zły doradca”. Ale gdzież tam! To jego tłumienie jest prawdziwą zbrodnią, to wyparcie złości prowadzi do tragedii. Jeśli dziś będziemy umieli wściekłość na zdrajców naszej drogiej Rzeczypospolitej słowami wyrazić, zatrudnić te emocje, by wzmacniały demokratyczny projekt – możemy uniknąć katastrofy.

Natomiast jeśli obrońcy demokracji będą zajmować się tym, żeby ich programy były estetyczne, słowa wyważone, a emocje stonowane, żeby po wiośnie zwycięstwa nad PiS przyszło mdłe, nudne „lato Muminków”, to nie tylko ośmielą swoją łagodnością tych, którzy dziś rujnują ustrój, ale również dadzą szansę tym, którzy zaproponują kolejną antydemokratyczną radykalizację.

Kempa śpiewała dla Rydzyka.

jaki-kraj

Maciej Stasiński pisze; „obrońcy wolności nie mogą naprawiać bezprawia bezprawiem, a jeśli dojdzie co do czego, krwi zmywać krwią”. To prawda i brzmi to świetnie. Tylko mnie nurtują nieco inne pytania. Jak zwalczać bezprawie, kiedy nie ma już prawa? Jak zachować czyste ręce, kiedy zamiast ciepłej wody z kranu zaczyna płynąć krew?

ojoj

Obywatele RP chcą odpowiedzieć chorej miesięcznicy smoleńskiej poprzez zajęcie krzyża. – Obywatel ma prawo grać władzy na nerwach – mówił w Poranku Radia TOK FM Paweł Kasprzak z inicjatywy Obywatele RP, która organizuje demonstracje w miesięcznice smoleńskie. – Myśmy grali na nerwach tej najistotniejszej władzy, jaką jest pan poseł Kaczyński – dodał.

obudz-sie-polsko

– Po co pan to robi? – pytał Jacek Żakowski Pawła Kasprzaka z inicjatywy Obywatele RP, która demonstruje w miesięcznice smoleńskie przed Pałacem Prezydenckim. W sobotę 10 grudnia również pojawią się na Krakowskim Przedmieściu.

80miesiecznica

– Na ogół ludzie rozsądni uważają to, co się tam dzieje, za jakiś niezbyt istotny folklor – powiedział Kasprzak. – Sam zawsze uznawałem ten narodowo-katolicki fanatyzm, który obserwujemy wśród rodaków, za jedną z najgłębszych i istotniejszych przyczyn kryzysu, z którym mamy do czynienia – oceniał. – Rozmiar zjawiska jest przerażający – dodał Kasprzak.

„To są jakieś, przepraszam za kolokwializm, jaja”

Jego zdaniem demonstracje to również „element bardzo podstawowej walki o bardzo podstawowe prawa obywatelskie”. – Obywatel ma prawo grać władzy na nerwach – podkreślił. – Myśmy grali na nerwach tej najistotniejszej władzy, jaką jest pan poseł Kaczyński – powiedział Kasprzak.

– Myśmy w parę osób zmusili do ustępstw rządzącą w tym kraju partię – mówił. – Do tego stopnia, że podpisali z nami porozumienie – dodał przedstawiciel Obywateli RP. Przy okazji jednej z miesięcznic strony zawarły porozumienie, w którym określono m.in. zasady, że nie mogą sobie wzajemnie przerywać. – Przecież to są jakieś, przepraszam za kolokwializm, jaja – stwierdził Kasprzak.

„Jestem w ich przekonaniu ludzkim śmieciem”

Co będzie się działo w sobotę? Obywatele RP próbowali przekonać Jarosława Kaczyńskiego, żeby powstrzymał serię obowiązkowych ekshumacji. Nie zrobił tego. – Tak jak zapowiadaliśmy zajmiemy krzyż. 80. miesięcznicy nie będzie – powiedział Kasprzak.

– Z całą pewnością dojdzie do przepychanek – zaznaczył Kasprzak. – Ja naruszam ich sacrum. Samą swoją obecnością, ponieważ jestem w ich przekonaniu ludzkim śmieciem, którego należałoby sprzątnąć sprzed oblicza świętego krzyża i równie świętego prezesa – dodał.

– Po co ich pan drażni? – pytał Żakowski. – To jest cholernie ważne, to jest cyrk, który się odbywa w centrum miasta – mówił Kasprzak. – Pewnie będą usuwali nas przemocą. Lada moment wejdzie nowelizacja prawa o zgromadzeniach i policja będzie robiła to, mam nadzieję, bardziej fachowo, więc ta przemoc będzie mniej brutalna – stwierdził.

„Poseł Kaczyński strzela sobie z armaty w kolano”

Dwoma głównymi założeniami projektu ustawy są: wprowadzenie tzw. zgromadzeń organizowanych cyklicznie oraz pierwszeństwo zgromadzeń organizowanych przez władze państwa i Kościół. Co więcej każdy „organ władzy publicznej” będzie mógł zablokować dowolne zgromadzenia.

– Ta ustawa to jest efekt tego co myśmy zrobili, tego całego szantażu – stwierdził Kasprzak. – Dziwię się posłowi Kaczyńskiemu, strzela sobie z armaty w kolano – dodał.

– Cała maszyna parlamentarna ruszyła po to, by chronić go przed naszą obecnością – mówił działacz Obywateli RP. – On nie może na tym wygrać, my stamtąd nie znikniemy, za chwilę będzie tak, że miesiąc w miesiąc policja będzie stamtąd znosić pokojową demonstrację – dodał.

za-co

Brązowy medalista z PRL-u i jego kibic.

czqjr1swiaeaabx

Gratulacje.

panie-prezydencie

Waldemar Mystkowski pisze o groźnych dla ekologii nowelizacjach ustaw o ochronie przyrody, które przygotował resort Szyszki.

czpvpj8wqaauqna

Partia rządząca PiS jest sformatowana na tradycję, na przeszłość. Przynajmniej w tej kwestii Jarosław Kaczyński nie robi Polaków w bambuko. Źle było, gdy nie znano w kraju Trybunału Konstytucyjnego? Nikt nie zawracał sobie głowy zgodnością prawa stanowionego z Konstutycją, zwłaszcza że był PRL

Do tej tradycji odwołuje się prezes PiS, sprzed Trybunału, czyli czasu sprzed decyzji Wojciecha Jaruzelskiego, który zrealizował postulat „Solidarności” z 1981 roku. Ministrowie rządu Beaty Szydło jak jeden mąż podążają ku tradycji, ku przeszłości.

Minister środowiska Jan Szyszko jest szczególny, bo on wywodzi się ze śriodowiska radiomaryjnego, jest określany jako człowiek o. Tadeusza Rydzyka, wykłada na uczelni redemptorysty, realizuje na niej projekty, które są zlecane przez jego ministerstwo. Minister Szyszko przyznaje granty profesorowi Szyszko wykladającemu na uczelni Rydzyka.

Gdyby podobna sprzeczność interesów zaszła w poprzednim rządzie, PiS buczałby nie tylko w niepokornych mediach, ale i w całej Europie.

Szyszko wraca jeszcze dalej w tradycję niż Kaczyński z Trybunałem, Kaczyński cofa się 30 lat z okładem, Szyszko do czasów, gdy nie znano jeszcze takich pojęć, jak ochrona przyrody, czy też ekologia. Resort Szyszki przygotowuje pakiet nowelizacji ustaw, które dewastują system ochrony przyrody, a stowarzyszenie ekologiczne i ludzi w nich działających czynią elementem kryminalnym.

szyszko

Ten pakiet nowelizacji został już przesłany do premier Szydło, ma sygnaturę KPRM, na trop wpadła Greenpeace Polska i opublikowała te już zaksięgowane dokumenty jako rządowe i z podpisami Szyszki.

Dokumenty w istocie są ponure, by nie napisać wręcz przerażajace, wiele mówią, jaką postacią jest Szyszko. Zlikwidowane mają być  Regionalne i Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. W zamian niczego się nie proponuje, bo ochrona środowiska ulega ograniczeniu i nie jest celem podstawowym ministerstwa środowiska. Do tej pory znaczenie miało współdziałanie z lokalnymi organizacjami ekologicznymi.

Te ostatnie w nowym prawie zostają wykreślone, acz nie wprost. Mianowicie muszą spełniać następujące wymogi: być stowarzyszeniami (a więc odpadają fundacje), utrzymywać się tylko ze składek członków, jakikolwiek grant z samorządu, z UE, bądź z funduszu ochrony środowiska wykreśla z partnerstwa w postępowaniach dotyczących ochrony środowiska, stowarzyszenia muszą mieć w swoich strukturach 5 członków, którzy ukończyli studia z nauk chemicznych, przyrodniczych, technicznych, rolniczych lub leśnych.

Okazuje się, że te wymogi nie spełnia żadna organizacja ekologiczna w kraju. Tak załatwione na cacy ma być protestujące społeczeństwo obywatelskie, które mogłoby stanąć przeciw dewastacji środowiska przyrodniczego przez arbitralne decyzje ministerstwa środowiska.

Nowelizacje ustaw nakładają sankcje na tych, którzy sprzeciwiają się groźnym dla środowiska inicjatywom rządzących, protestujący może bowiem trafić na trzy lata za kraty. Szyszko w ten sposób chce sobie otworzyć drogę do takiej tradycji, iż Puszczę Białowieską wyciąłby w pień i nikt by mu nie podskoczył, gdyż siedziałby w więzieniu.

Gdy resort środowiska został zapytany o te nowelizacje ustaw, zaprzeczył jakoby takie zmiany były planowane. To kolejna cecha polityki uprawianej przez pisowców, zaprzeczać czarnemu na białym. Iść w zaparte.

Ochrona środowiska, ekologia nie dotyczy przecież tylko stowarzyszeń ekologicznych, ale to sprawa pierwszorzędna dla nas wszystkich. Tym samym Szyszko otwiera kolejny front walki z Polakami, front ekologiczny. Znamienne jest, iż po uchwaleniu takich nowelizacji Unia Europejska wycofa finansowanie inwestycji przyrodniczych ze środków wspólnotowych.

minister

Gdy spokojnie ocenimy zamiary poszczególnych ministerstw – a w tym wypadku ministerstwa środowiska – to ma się nieodparte wrażenie, iż PiS zdecydowało się na wyprowadzenie Polski ze struktur unijnych. To kolejny przykład przeczący wartościom unijnym, przede wszystkim stojący w poprzed dobru ekologicznemu Polski. Szyszko, Kaczyński i reszta skansenu cywilizacyjnego PiS uprawiają politykę: „po nas choćby potop”. Czemuś i komuś to ma służyć. Czemu i komu? Na pewno nie jest w interesie Polski i Polaków.

Miłego weekendu. 🍺

czpc0zew8aqkyzz

Kleofas Wieniawa przypomina, iż Misiewicz zobowiązał się do pozwania w imieniu Macierewicza przed sąd Tomasza Piątka.

misiu

Ta Polska pisowska naprawdę się dzieje, to nie jest sen-mara, acz ma wszelkie cechy oniryczne. Postaci jak ze snów, niemoc intelektualna głównych postaci dramatu onirycznego, a może już tragedii, zbliżający się las Birnam i kasandryczne wiedźmy w Kancelarii Premiera.

Jest kilka opisów literackich tego zjawiska, nie tylko Szekspir, do którego figur się tutaj odwołuję.

Tomasz Piątek zachęca Misia Macierewicza, aby wreszcie złożył pozew przeciwko niemu i „Gazecie Wyborczej” w inkryminowanej sprawie pomawiania ministra Macierewicza.

Ja też zachęcam. Chcę więcej wiedzieć o Antonim Macierewiczu, który zupełnie inne pokoje powinien zajmować, a nie te ministerialne.

Taki proces musiałby się skończyć większą wiedzą o ministrze, który wybitnie osłabia obronność Polski. Więcej pojawiłoby się poszlak, za którymi kroczą dowody.

Nie tylko z powodu tego, że sądy są jeszcze niezależne, ale dlatego, iż obrona zawsze opuszcza gardę, aby zadać cios.

Dlatego nie wierzę, aby Macierewicz poszedł do sądu. Jego Misiu stosuje zwykłe zastraszanie, biedny nieutalentowany człowiek.

Za ten-sen marę zapłacimy jednak ponurą rzeczywistością. Po raz pierwszy po 1989 roku Polacy wpadli w apatię, jak to było w PRL-u. Widać to na ulicach, w rozmowach, a internet wygląda, jak w peerelowskich gazetach rubryka „Listy do redakcji”.

Teraz są to „Listy do reakcji”.

stop

😉😉😉

cztsgseweaewrzc