Posts Tagged ‘Unia Europejska’

Arcyciekawa diagnoza prof. Bohdana Góralczyka. Sami wypychamy się z Europy. Zastosowanie art. 7 bardzo blisko.

wiadomo.co >>>

„Powiatowa Szydło całkiem niedawno nie miała pojęcia, kiedy Polska weszła do UE.”

Nie akceptujemy dyktatu demokracji, rozumu. Kołtun Szydło.

Jerzy Sosnowski na Koduj24.pl pisze o pojęciu suwerena i jego uwagach.

Uwagi suwerena

Suweren w państwie demokratycznym to nie elektorat zwycięzcy w wyborach.

Powoli kończy się lato, które spędziłem z dala od telewizora, jak również z dala od Warszawy, a chwilami także z dala od Polski. O wydarzeniach społeczno-politycznych w kraju dowiadywałem się z opóźnieniem, niejako w streszczeniu. Taki sposób obserwacji życia publicznego ma swoje niemałe zalety. Sprawia mianowicie, że wypadki drobniejsze po prostu nie zaprzątają naszej uwagi, a te nieco grubsze – dostajemy w pakiecie, po dwa, po trzy. Dzięki temu angażujemy w nie mniej emocji, niż by to się działo, gdybyśmy dowiadywali się o nich pojedynczo. Poza tym bywa, że w takim pakiecie wydarzenia oświetlają się od razu nawzajem, nawzajem się interpretują.

Wracając do zwykłej aktywności publicystycznej, a jeśli trzeba będzie, to i obywatelskiej, zastanawiam się, co z minionych tygodni zapadło mi w pamięć. I wychodzi mi lista kwestii, które chciałbym podać pod rozwagę zarówno Państwu, jak… naszemu państwu. Czyli: tak moim PT Czytelnikom, jak władzom, choć te ostatnie myślą zapewne raczej, jak naszą stronę – podobnie do innych niezależnych mediów – zamknąć, niż jak znaleźć czas, by nas poczytać.

Suweren

Jeśli to słowo, które zrobiło przez ostatnie dwa lata karierę dzięki politykom PiS, potraktować serio i zgodnie ze słownikiem, to we współczesnej Polsce należę do „suwerena”, choć nie głosowałem na rządzącą obecnie partię. „Suweren” to bowiem podmiot rządów, a więc w państwie demokratycznym nie elektorat zwycięzcy w wyborach, lecz naród polityczny, w imieniu którego sprawuje władzę rząd. Innymi słowy: wśród obywateli naszego kraju nie sposób wskazać kogoś, kto by się nie składał na zbiorowe istnienie „suwerena”, z wyjątkiem oczywiście nielicznych skazanych na czasową utratę praw publicznych oraz chwilowych gości. Suweren nie może rządzić u siebie przeciw współobywatelom, gdyż rządziłby przeciwko sobie; jako się rzekło, w państwie poza „suwerenem” nikogo innego nie ma. Właśnie w związku z tym: tak długo, jak długo wspomnianych praw publicznych mi się nie odbiera, uprzejmie proszę o uwzględnienie, że „suweren” myśli TAKŻE to, co poniżej wyłożę.

Gwałt i kara śmierci

Gwałt, a może jeszcze bardziej gwałt zbiorowy, jest jedną z najokropniejszych zbrodni, myślę, że zaraz po morderstwie. W wielu krajach, nawet jeśli formalnie system prawny każe go tak właśnie traktować, istnieje skłonność do odejmowania gwałtowi tej mrocznej powagi. Ta tendencja, jak wolno chyba ufać, stopniowo się kończy: sprawcy gwałtów, tak jak mordercy, winni być przekonani o nieuchronności kary i o tym, że będzie ona bardzo surowa. Ale do tych zdań, mam nadzieję, że oczywistych, należy dołożyć dwa punkty dodatkowe. Po pierwsze: kolor skóry gwałciciela nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli ktoś w związku z tragicznym wydarzeniem w Rimini nakręca w Polsce histerię w stosunku do mieszkańców Afryki, udając, że podobnych bestialstw nie dopuszczają się również Europejczycy, w tej liczbie Polacy, to – choćby przysięgał na wszystko, że nie jest rasistą, owszem: JEST RASISTĄ. I powinien być jako taki wyłączony z życia publicznego nie przez nas, swoich politycznych przeciwników, ale przez tych, którzy go wybrali. Bo jak traktować Was z szacunkiem, jeśli tolerujecie w swoich szeregach kogoś takiego? Nawet, jeśli poniewczasie częściowo wycofał się ze swoich słów.

I po drugie: kara śmierci w Polsce, podobnie jak we wszystkich krajach Unii Europejskiej, została zniesiona w 1998 roku, a ostatecznie, tzn. również dla okresu ewentualnej wojny, w roku 2013. Mimo zrozumiałego, bo właściwego (niestety) dla homo sapiens odruchu zemsty, mimo naszej gatunkowej krwiożerczości, mimo dającej się wyjaśnić przez socjologię potrzeby unicestwienia odmieńca przez społeczność, która sobie ze sobą nie radzi – likwidacja kary śmierci była decyzją moralną. Kto na nią narzeka, może sobie nie zadawać trudu w wymyślaniu uzasadnień, gdyż po prostu daje upust temu, co w nim niższe, zwierzęce. Sprawiedliwość nie jest zemstą, a zemsta nie jest żadnym rozwiązaniem (o czym zresztą expressis verbis uczył Polaków… Mickiewicz). Wykorzystywanie tragedii turystów dla przywrócenia w Polsce kary śmierci jest kolejnym aktem czynienia z nas, Polaków, ludzi gorszych, niż możemy być.

Veto (dla zachwytów)

Oczywiście, ucieszyłem się z prezydenckiego veta wobec dwóch z licznych ustaw, które pan prezydent powinien był zawetować (a tego nie zrobił). Ale lokowanie na tej podstawie nadziei na poprawę sytuacji w Polsce właśnie w obecnym mieszkańcu Pałacu Prezydenckiego przypomina mi ironiczną tezę, pochodzącą chyba jeszcze ze starożytności, że najłatwiej zostać generałem w obozie wroga. Andrzej Duda wreszcie przyhamował z używaniem swojego długopisu i nagle mamy obrońcę ładu konstytucyjnego? Czy przypadkiem po naszej stronie konfliktu nie zaczynamy przesadzać z wielkodusznością?

Ale oczywiście sporom w obozie władzy przyglądam się, jak wszyscy, z nadzieją. I odwrotnie: w kręgu ludzi, którzy widzą jasno zagrożenia, ściągnięte na Polskę przez PiS, należałoby kłócić się jak najmniej. Krytykować, kiedy nie ma już innego wyjścia, nie wcześniej. Nie myślę o jakimś zakazie dyskusji, co byłoby okropne, ale o niezwalczaniu działań, które zostały podjęte w dobrej wierze – nawet, jeśli nie są pozbawione wad. W manifeście Kultura Niepodległa, który podpisałem wraz z innymi tysiącami sygnatariuszy, są na pewno, obok doskonałych sformułowań, zdania mniej trafne. A jednak sytuacja, w której tę inicjatywę krytykuje nie tylko Paweł Lisicki i jego towarzysze, ale również to ten, to tamten publicysta z naszego kręgu ideowego, wydaje mi się… niezręcznością. Sięgam po słowo oględne właśnie dlatego, żeby się nie kłócić.

Niemcy

Nie, no dajcie spokój. Wpływowy polityk wyskakuje nagle w 2017 roku z kwestią reparacji. Do tej pory sądziłem, że spał tylko 13 grudnia rano. Teraz okazuje się, że spał przez ostatnie pół wieku. Bo od podpisania układu Gomułka-Brandt (1970) cokolwiek się chyba wydarzyło?…

Po tym żałosnym wystąpieniu ministerstwo spraw zagranicznych starało się całą aferę wyciszyć. Szkoda byłoby o tym mówić, gdyby nie:

Powaga Polski

Przejażdżka po Europie, nawet tak skromna, jak ta, która mnie się w tym roku przydarzyła, każe z całą mocą napisać: polityka zagraniczna PiS jest przeciwskuteczna, a odmalowany przez pisowskie media obraz świata jest światem na opak. Rodacy, jak Was u licha przekonać, że czarne jest czarne? Obudźcie się, jesteście ofiarami gigantycznego, ciągnącego się już od kilkunastu miesięcy „fake-newsa”. Polska nie wstaje z kolan, tylko się izoluje, co w naszej części świata oznacza pakowanie się w łapy Rosji. Już nie pamiętacie, jak to było? Niemcy nie są narodem przebranych elegancko esesmanów, bo swoją przeszłość z mozołem przepracowali (są wyjątki, ale obłąkańców można znaleźć wszędzie). Niemcy nie są przy tym równocześnie – zresztą, jak by to było możliwe? – bezwolną ofiarą inwazji islamistów. Również Francja – nie stała się z tygodnia na tydzień wrogiem Polski, tylko nie może dogadać się z naszym rządem, ewidentnie na jego życzenie. Instytucje, które nam pomagały przez ostatnie trzy dekady (albo i dłużej), ludzie, którzy w Europie Zachodniej nam sprzyjali, patrzą na Polskę oczami okrągłymi ze zdziwienia. Jak to możliwe, że kraj najskuteczniej wychodzący z postkomunizmu teraz nagle zamienia się w coś operetkowego? Jak europejskie państwo może aż tak sobie szkodzić? – to są pytania, które Polak na Zachodzie słyszy co chwila.

Wiem oczywiście, że dla większości czytelników koduj24.pl powyższy akapit to zbiór oczywistości. Zastanówmy się może, jak skutecznie przebić się z tymi oczywistościami do ludzi, którzy nie zdają sobie z nich sprawy. Tak, zapewne nie jeżdżą za granicę i nie znają języków obcych. Ostrożnie: ani jedno, ani drugie, to nie ich wina. Owszem, poseł Kaczyński mógłby nie być dziwakiem i po świecie trochę się rozejrzeć. Ale wielu jego entuzjastów na to nie stać.

Odpowiedzialność posła

A propos: z oddalenia jeszcze lepiej widać, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek będzie chciał rozliczać obecne władze z działań sprzecznych z Konstytucją, jeśli kiedykolwiek ktokolwiek postawi pytanie o odpowiedzialność obecnej ekipy za obniżenie pozycji międzynarodowej Polski, jeśli ktokolwiek zacznie szukać winnych dopuszczenia do debaty postaw jawnie łamiących nasze prawo – okaże się, że jest jedna osoba z całą pewnością zupełnie niewinna. Ta osoba nazywa się Jarosław Kaczyński i nie sprawuje żadnej funkcji państwowej. Pomysłowe, choć wobec współpracowników (czy raczej podwładnych) okrutne.

Na koniec zwierzę się z pewnego lęku, który bije z zupełnie innego źródła. Otóż odnoszę wrażenie, że tego lata, gdy się wiodło „długie nocne Polaków rozmowy”, niepokojąco często pojawiało się pytanie – tak to delikatnie nazwę – o długowieczność polityków. Ja jeszcze z przygotowania do Pierwszej Komunii pamiętam, że z życzenia komuś drugiemu śmierci należy się spowiadać. Tymczasem nie da się ukryć, że pewien procent z nas zaczyna doświadczać tego rodzaju pokusy. A jakby tak…? Przecież bez niego…

Nie przeprowadziłem statystycznie ważnego sondażu, ani zresztą żadnego. Nie wierzę zresztą, by taki sondaż był do przeprowadzania: zbyt wielu ludzi zdaje sobie sprawę, że ich marzenie jest cokolwiek niestosowne. Ale w rozmowach… Przeraziło mnie, że nieomal wszystkie kończyły się tak samo. Że świat potoczyłby się lepiej, gdyby ten pan, no wiesz, sam rozumiesz, Jerzy, 67 lat to już jest poważny wiek, prawda? I choroby się zdarzają…

To moment na coś więcej, niż zacytowanie kwestii Zbigniewa Zapasiewicza z „Barw ochronnych”: „Jesteśmy przecież humanistami, nie tylko z zawodu”. To moment na powiedzenie ostro: życzenie komuś śmierci, choćby półgłosem, to igranie ze złem, które i tak w nas wszystkich tkwi. Nie dać mu wyjść na zewnątrz, to zadanie może ważniejsze, niż jakiekolwiek inne.

POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”…

NO I STAŁO SIĘ. PO CHAMSKIM WYBRYKU ANTONIEGO NA WESTERPLATTE, KUKIZ SIĘ OBUDZIŁ.

Waldemar Mystkowski pisze o reparacjach wojennych, nowej błyskotce medialnej PiS, którą świeci w oczy i otumania.

Brudziński rodem z podświadomości PiS

Joachim Brudziński w „Śniadaniu w Trójce” był łaskaw powiedzieć, iż „Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje informację, dotyczącą możliwości domagania się przez Polskę od Niemiec odszkodowań za straty wojenne”.  Reparacje za II wojnę światową będą jednym z dwóch, trzech najważniejszych elementów strategii pisowskiego wyjścia Polski z Unii Europejskiej.

Akcenty będą różnie rozkładane w zależności od sytuacji, zaś antygermańskość będzie o tyle ważna, iż izolacja Polski i pogarszająca się sytuacja gospodarki – a ten trend uruchomi się, bo Niemcy to nasz główny rynek eksportowy – muszą mieć przyczynę zła.

Za wybuch II wojny światowej odpowiadają Niemcy, a nie hitlerowskie Niemcy. Taki paradygmat wroga jest obowiązkowy w TVP. Praca nad tym ksenofobicznym genem już się rozpoczęła.

Do niedawna Jarosław Kaczyński miał wymarzonego wroga wśród niemieckich polityków, a była nim Erika Steinbach. Nazywałem ją trzecim bliźniakiem, dużo wartościowszym dla politycznych emocji prezesa PiS niż wszelacy Dornowie. Prezes nie musiał się wysilać, aby w swoim elektoracie wzbudzić negatywne emocje do Niemców.

Dzisiaj taka Steinbach przydałaby się, niestety, przeszła na emeryturę. Nic straconego, bo domaganie się reparacji wysypie Steinbachami jak grzybami po deszczu. Niemcy przejdą z pozycji adwokata emancypacji Polski na domagającego się przestrzegania prawa międzynarodowego. Wszak mogą powiedzieć: OK z reparacjami, dostaniecie je pod warunkiem, że oddacie nam zagrabione Ziemie Odzyskane. Czyli PiS idzie na handel – reparacje w zamian za jedną trzecią Polski i to tę najbogatszą, tzw. ścianę zachodnią z Wrocławiem, Szczecinem i Gdańskiem.

Reparacje to jest podświadomość PiS? Takie psychologiczne dążenie do samobójstwa, które dotyczy nie tylko persony (człowieka), ale także określonych grup z określonymi wartościami, nazywanych niekiedy sektami. Mianowicie staniemy się bogatsi o bilionową górę szmalu, a zostaniemy Polską okrojoną do Kraju Priwislańskiego. Bo nie wierzę, aby w ramach tak pojętych reparacji Ukraina zwróciła nam Lwów, Białoruś Grodno, a Litwa Wilno. Chyba, że Macierewicz ze swoimi Wojskami Obrony Terytorialnej niczym Żeligowski będzie odzyskiwał ziemie I i II Rzeczpospolitej.

Mniej więcej taki sens mają dzisiaj reparacje za II wojnę światową. PiS proponuje chaos i wodę z mózgu tym, którzy dadzą się nabrać na tę propagandę. Ale mimo to grozi nam wyjście z Unii Europejskiej i to jest ta konsekwencja podświadomości PiS.

A WIĘC JUŻ WIADOMO ILE PROCENT STANOWI TZW. BETON

Zibi znany jest z tego, że na TT potrafi wbić „szpilę”. Tym razem zgasił Rysia Cz. SZACUNEK DLA BOŃKA!

>>>

Reklamy

ASZdziennik dopatrzył się modyfikacji w logo „Solidarności”. Piękny prezent związkowców dla prawdziwego przywódcy strajku  

Najwybitniejszy polski scenarzysta filmowy w historii Krszytof Piesiewicz wczoraj pisał.

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia.pl analizuje perfidną grę Dudy.

Podstępna gra Dudy. Czy prezydent przejmie partię Kaczyńskiego?

Siedemdziesiąt jeden lat będzie miał Jarosław Kaczyński, gdy w 2020 roku odbędą się wybory prezydenckie. Nie jest żadną tajemnicą, że w Prawie i Sprawiedliwości zdają już sobie sprawę, że w najbliższych latach nastąpi sukcesja władania nad obecnie rządzącą partią i już dziś toczy się rywalizacja o schedę po Kaczyńskim. Wielu dziś zastanawia się, kto może przejąć władzę w PiS – jedni mówią o Joachimie Brudzińskim, inni o Antonim Macierewiczu czy Mateuszu Morawieckim, którego ponoć namaścić ma sam naczelnik. Pojawiają się też ostatnio sondaże, że to Beata Szydło byłaby najlepiej widziana na stanowisku prezesa Prawa i Sprawiedliwości po odejściu Jarosława Kaczyńskiego na emeryturę. W rozważaniach politologów i komentatorów życia politycznego nie pada jednak nazwisko prezydenta Dudy. Nie wiedzieć dlaczego, nikt nie traktuje go poważnie, włączając w to jego kolegów z macierzystej partii.

I właśnie w tym lekceważącym traktowaniu prezydentury Andrzeja Dudy szukałbym przyczyn nie tylko prezydenckich wet do ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości, ale i uruchomienia inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej, którą prezydent objął patronatem. Andrzej Duda wcale nie chce skłócić się z Prawem i Sprawiedliwością, tylkochce na tyle wzmocnić siebie i swój urząd, by działacze partii Kaczyńskiego oraz ich sympatycy w chwili oddania władzy przez prezesa PiS to w nim widzieli najmocniejszego gracza po prawej stronie sceny politycznej. Wbrew pozorom ma do tego dziś wszelkie narzędzia.

Po pierwsze, demokratyczny mandat ponad 50% wyborców. Tego argumentu będzie używał wielokrotnie przez najbliższe lata, wbijając szpilkę właśnie Kaczyńskiemu, który nigdy tak dużego poparcia nie osiągnął. Już dziś politycy z najbliższego grona prezesa PiS powtarzają co prawda, że to taka specyfika wyborów, że to Kaczyński „wymyślił Dudę” i zrobił go prezydentem. W miarę jednak upływu czasu oraz powtarzanego argumentu, że to jednak było przekazanie mandatu do zmian Andrzejowi Dudzie, właśnie na jego korzyść będzie zyskiwał na sile. Tym bardziej w sytuacji, gdy dojdzie do starcia potencjalnych sukcesorów po Kaczyńskim – ani Brudziński, ani Morawiecki, ani tym bardziej Macierewicz takim mandatem społecznym pochwalić się nie mogą.

Po drugie, weta do ustaw, w których rośnie siła i uprawnienia członków gabinetu Beaty Szydło (czy innego premiera z PiS), a maleje władza prezydenta lub choćby samorządu, gdzie prezydent widzi potencjalnego koalicjanta. Przypomnijmy sobie uzasadnienie weta do ustawy o Sądzie Najwyższym czy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Istotą zarzutów Andrzeja Dudy była zbyt duża władza ministra Ziobry, w znaczący sposób naruszająca jego bezpośrednie prerogatywy. Nie bez powodu wielu komentatorów mówiło w okresie lipcowego kryzysu, że gdyby prezydent podpisał ustawy o SN i o KRS, to w gruncie rzeczy przestałby już być PiS-owi potrzebny. Wszelką władzę nad jego być albo nie być zyskałby gabinet premiera. Na to Andrzej Duda, dumny z tego, że zagłosowało na niego więcej Polaków niż na partię Kaczyńskiego, pozwolić nie mógł. To przecież on obiecywał, że będzie wprowadzał reformy, które poprawią los najsłabszych Polaków. W kampanii wyborczej krytycy podkreślali, że przecież Konstytucja nie przewiduje dla niego narzędzi do prowadzenia aktywnej polityki, więc jego obietnice składane są na wyrost. Dziś można zaryzykować stwierdzenie, że już wtedy w głowie kandydata Dudy pojawił się pomysł, że w Polsce powinien być system prezydencki.

Trafnie zdiagnozował tę kwestię ostatnio Roman Giertych w swoim felietonie dla serwisu NaTemat, że ta rozszerzająca wykładnia przepisów Konstytucji, w ramach której prezydent przyznał sobie prawo do rozstrzygania, czy wniosek organu dotyczący jakiejś czynności jest dla niego wiążący czy nie, to nic innego jak próba zmiany systemu parlamentarno – gabinetowego w prezydencki. Podobnie z kwestią prawa łaski, zastosowaną w formie abolicji indywidualnej, które tak dokonane stawia prezydencką prerogatywę ponad wszelkimi innymi władzami. Rozpoczęcie inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej pod hasłami wzmocnienia władzy prezydenta, który ma jego zdaniem najsilniejszy mandat do rządzenia w kraju z tytułu wyboru w wyborach bezpośrednich, to nic innego jak realizacja planu sformalizowania władzy prezydenta jako nadrzędnej. Gdyby ta inicjatywa się powiodła, po odejściu z aktywnej polityki prezesa Kaczyńskiego to właśnie gospodarz Pałacu Prezydenckiego byłby naturalnym przywódcą całej zjednoczonej prawicy.

Takie motywy inicjatyw prezydenta Dudy i rozpoczętego procesu emancypacji od centrali partyjnej rozgryzł już prezes Kaczyński oraz dwór go otaczający. Dlatego w inicjatywie zmiany konstytucji, mimo że pokrywa się ona przecież z programem PiS, to sojuszników w PiS dziś nie znajdzie. Nikt nie jest zainteresowany, by wzmacniać potencjalnego rywala do schedy po Kaczyńskim. Nie taką dla niego rolę przygotowano. Dlatego też jesienią należy się spodziewać dalszego konfliktu obozu prezydenckiego z centralą partyjną. Zresztą zalążki już widać po dzisiejszych wypowiedziach Beaty Szydło, która podkreśla, że to rząd, nie prezydent mają rację w kwestii ustaw sądowych. Słyszymy to także z ust Zbigniewa Ziobro, który otwarcie mówi, że większość 3/5 przy wyborze członków do KRS to już temat nieaktualny i nie do przyjęcia. Walka o władzę trwa więc w najlepsze. Tym razem jednak PiS i prezydent nie stoją już po tej samej stronie.

Koniecznie! 😀✌️

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczętym właśnie 3. sezonie rządów PiS.

Trzeci sezon serialu PiS

Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji.

Sezon ogórkowy szybko minął, została po nim mizeria polskiej polityki. Właśnie wkraczamy w 3. sezon serialu produkcji mediów narodowych „Wyprowadzanie Polski z UE”, a także równoległego: „Chwyt narodu za twarz”.

W pierwszym odcinku zobaczyliśmy odświeżoną premier Beatę Szydło, która podzieliła się radosną nowiną („Ewangelia PiS”) w „Gazecie Polskiej”: – „Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd”.

Pani Szydło winna jak najszybciej przedstawić adres kasy, która wypłacała szmal protestującym, nazwisko reżysera tych protestów (acz tego ostatniego jestem w stanie natychmiast wymienić), a to dlatego, że właśnie wyciągnąłem rękę i domagam się opłaty za mój protest. Każdego dnia wychodziłem na protesty, a nie skapnął mi żaden grosz. Przeciwnie – musiałem opłacać dojazd i jakoś zorganizować światełko, bo byłem jednym z wielotysięcznych ogniw „Łańcucha światła” w Poznaniu.

Reżyserem protestów była partia PiS, której ustawy znoszące niezależność sądów wyprowadziły rodaków na ulice. I nie uderzaliśmy „w rząd”, ale w honor prezydenta, aby zawetował ustawy. Domagaliśmy się 3 razy weto, niestety, były tylko dwa.

Drugim wątkiem rozpoczętego 3. sezonu rządów PiS jest przepisywanie historii na nowo. Rozdział z podręczników „Polska w Unii Europejskiej” rozpoczyna się „Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej”. Został napisany ustami Konrada Szymańskiego w Radiowej Jedynce.

Wszyscy się oburzyli. Jak to? Wszak widzieliśmy, że Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz podpisywali akcesję Polski do UE, a Miller przytomnie się upomniał, że hola-hola: – „przecież ja jeszcze żyję”.

Szymański wcale nie musiał się pomylić. Dostępna jest w internecie odpowiedź pani Szydło na pytanie: kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej? Znacie? Przypomnę: „W 1992, a może 1993”. Wówczas Szymański był wiceszefem Młodzieży Wszechpolskiej, która to organizacja jest antyunijna, ale Szymański mógł robić za kreta.

Szymański jest kretem? Przyglądnijcie mu się dobrze. Trzeci wątek odcinka premierowego 3. sezonu jest autorstwa europosła, którego nazywam „O w pół do pierwszą” (on tak mówi, ta fraza w jego wykonaniu też jest dostępna w internecie). Ryszard Czarnecki był łaskaw się podzielić najradośniejszą nowiną (Stary Testament PiS), iż Westerplatte w 1939 roku bronili volksdeutsche, którzy organizują obchody 1. września. Oto w pełnym brzmieniu wpis na Twitterze: „Związek VOLKSDEUTSCHOW w Polsce organizuje obchody 1. Września na Westerplatte. Adamowicz przyznał im do tego prawo, bo się pierwsi zgłosili” (pisownia oryginalna).

Czarnecki musiał się poróżnić z panią Szydło albo wie, czego my nie wiemy, bo to ona ma brać udział w obchodach. Byłaby jednak zrozumiała postawa Szydło w wielu kwestiach, jeżeli uwzględnimy sugestię Czarneckiego – peryfrazę – iż jest volksdeutschem. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz poleciał po honorze Czarneckiego: – „Jak Panu nie wstyd pisać takie rzeczy o Westerplatte, miejscu, w którym ginęli Polacy? Premier Szydło ma wziąć udział w tych uroczystościach”.

Czy Czarnecki ma zdolności honorowe? Ktoś, kto nakładał krawat czerwono-biały bywszy w Samoobronie, raczej nie ma honoru. Zauważmy, że w pierwszym odcinku we wszystkich trzech wątkach przewija się nazwisko Szydło, a nie ma w nim „ukrytej opcji” Jarosława Kaczyńskiego. Spokojnie, jutro, pojutrze się odezwie!

Ten 3. sezon może być rozstrzygający dla całego serialu PiS. Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji, Unia Europejska ma już dość – ostro wypowiedzieli się Emmanuel Macron i Angela Merkel – więc przezornie w odwrotnym kierunku na Białoruś z poselską delegacją PiS udał się wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (wcześniej przyjacielską kwerendę odbył marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wsławił się określeniem miejscowego satrapy Łukaszenki – „ciepły człowiek”). Czy Polacy zgodzą się na odwrócenie zadkiem do UE? Właśnie w tym sezonie będziemy o tym decydować.

To fakt – to jest wypowiedź godna debila

>>>

3 lata temu został prezydentem UE.

Przeszłość Macierewicza coraz bardziej tajemnicza.

Historyk o niejasnej przeszłości szefa MON

Znany historyk, prof. Andrzej Friszke przypomina, że w 1968 roku Antoni Macierewicz w śledztwie zdradził kolegów. Sprawę tę opisał w książce „Anatomia buntu”, w której podaje fakty, sygnatury archiwalnych akt, które z całą pewnością są autentyczne. „Te dokumenty mówią same za siebie, wszystko jest czarno na białym, ja się z niczego, co napisałem w książce, nie wycofuję” – zastrzega w rozmowie z portalem naTemat. i podkreśla, że „Antoni Macierewicz nigdy nie powinien rozpoczynać wojny na teczki”. Dlaczego? Z dokumentów znajdujących się w archiwach IPN wynika bowiem, że w roku 1968 Macierewicz po aresztowaniu złożył tak obfite zeznania, że wystarczyło na akt oskarżenia dla niego i Wojciecha Onyszkiewicza.

Historyk jest zdziwiony, że media nie zainteresowały się dotychczas tą sprawą. Tymczasem w IPN znajduje się kilkadziesiąt stron protokołu ze śledztwa. Wynika z niego, że w swoich zeznaniach obecny szef MON wymienił aż kilkadziesiąt osób. Zdaniem historyka, to dużo. Dlaczego? „Zależy o jakiej epoce mówimy – przypomina Friszke. Jeśli o roku 1968, to należy pamiętać, że wszystko działo się w trakcie działań protestacyjnych. Każdy zatrzymany musiał liczyć się z tym, że jest to początek śledztwa i procesu. Zatrzymanych trzymano przeważnie na Rakowieckiej w Warszawie. Było otwierane śledztwo i wzywano podejrzanych o działalność wywrotową na przesłuchania”. Historyk wylicza: pierwsze zawsze było pytanie o życiorys, czyli kto, gdzie się urodził, do jakich szkół chodził. Przesłuchujących interesował też kalendarzyk. Zwykle przy zatrzymanych znajdowano bowiem jakiś kalendarzyk, a w nim numery telefonów i adresy do różnych osób. W ten sposób śledczy ustalali kontakty, adresy, siatka- opowiadał dziennikarzowi portalu prof. Friszke. Było jak w filmach szpiegowskich – śledczy pytali „kto to, skąd go znasz, kim jest, co robi”, a gdy w trakcie śledztwa natrafiali na jakąś sobie „znaną” osobę, to zaczynali dopytywać bardziej dokładnie.

Jak doszło do aresztowania Antoniego Macierewicza? Stało się tak w marcu 1968 roku, ponieważ był uczestnikiem strajków studenckich. A do tego w środowisku studenckim prominentną postacią: należał do rady wydziałowej Zrzeszenia Studentów Polskich, zaangażował się w działalność opozycyjną, był założycielem Ligi Niepodległościowej. Studiował historię. W areszcie siedział od 28 marca do 3 sierpnia 1968, a po wyjściu z aresztu został zawieszony w prawach studenta – przypomniał historyk. Z protokołu przesłuchania wynika, że śledczych bardziej od powiązań i znajomości Macierewicza interesowała studencka aktywność w trakcie protestów marcowych: kto jeszcze poza nim w nich uczestniczył, co się stało z powielaczem, i tak dalej.

Antoni Macierewicz – nie wnikając w powody – powiedział w śledztwie „wystarczająco dużo, żeby się dało ukręcić akt oskarżenia. Szczególnie na niego i Wojtka Onyszkiewicza” – powiedział Friszke. Na pytanie dziennikarza, jak zatem traktować opowieści obecnego ministra i jego przyjaciół, że „był świetlaną postacią”, czyli „niezłomnym bojownikiem o wolną i demokratyczną Polskę”, historyk wyjaśnił twierdząco. – „To prawda, tego nie można mu odmówić. W latach 70. rzeczywiście do jego postawy moralnej nie można mieć zastrzeżeń, podobnie jak nie podlega dyskusji jego determinacja. Złego słowa nie można powiedzieć, poza tym, że miał ogromne skłonności do kłótni. To wszystko”.Natomiast później – w latach 80. – wydawał „Głos”, ale generalnie był mało aktywny i w tamtym okresie znajdował się na marginesie ruchu opozycyjnego”. Jednak – podkreśla prof. Friszke – warto zwrócić uwagę na rzecz niespotykaną, i szczególnie zastanawiającą, jeśli chodzi o dokumentację SB (historyk przypomina, że takie właśnie dwa dokumenty opublikował w swojej książce o Macierewiczu Tomasz Piątek).

O co chodzi? Otóż „pierwszy raz w życiu widziałem, żeby oficer tak wysokiego szczebla wydawał dokument, w którym stwierdza, że taki a taki człowiek nie jest poszukiwany przez służby bezpieczeństwa. To był oficer wysokiego szczebla z departamentu wywiadu czy kontrwywiadu, nad nim praktycznie był już tylko wiceminister i minister. Dla mnie ten dokument to coś niespotykanego”– opowiada prof. Friszke. Przy czym, jak zaznacza, autentyczność tego dziwnego pisma została potwierdzona i nie budzi żadnych wątpliwości. Co na to minister Macierewicz?

NOWE LEGENDY SOLIDARNOŚCI WSPOMINAJĄ SWOJĄ HEROICZNĄ WALKĘ Z KOMUNĄ

Szydło dostała zajadów kłamliwości.

Szydło o lipcowych protestach: wyreżyserowane i opłacone

„Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd” – takie słowa padły w wywiadzie Beaty Szydło dla „Gazety Polskiej”. Dodała, że trudno zaakceptować tezę, że ostatnie protesty były spontaniczne.

Nie wiadomo na razie, kto – według niej – był reżyserem i kto opłacił wielkie lipcowe protesty społeczne przeciw pisowskim zmianom w sądownictwie. Całość tego wywiadu ukaże się jutro.

Szydło porównała masowy sprzeciw społeczny w lipcu do – jak się wyraziła –„puczu w Sejmie w grudniu ubiegłego roku”. Musiała jednak w końcu przyznać, ze na ulice wyszło mnóstwo ludzi. – „Nie zmienia to faktu, że sporo osób protestowało, bo ma inne zdanie niż my”.

Później już włączyła do swojej wypowiedzi typowy przekaz dnia PiS, mówiąc: – „Politycy opozycji zamiast toczyć spór i dyskusję w pokojowej atmosferze, eskalują agresję”. Bo przecież PiS to samo dobro i umiłowanie bliźniego…

A TYMCZASEM W ZWIĄZKU PEŁNA GOTOWOŚĆ

Waldemar Mystkowski pisze o szantażu PiS.

Władze PiS na gzymsie straszą, że skoczą

A może o to chodzi Kaczyńskiemu, aby roztrzaskać Polskę w drobiazgi?

Witold Waszczykowski na odczepnego wysłał do Komisji Europejskiej odpowiedź MSZ dotyczącą sytuacji praworządności w Polsce, formułując w poniedziałek retoryczny załącznik: – „Tu nie ma o czym dialogować”. Szef dyplomacji niemal prychnął: „Liczę na, to że Komisja Europejska zaprzestanie przesyłać nam zalecenia, krytykować i wytykać”. Zaś pod adresem wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa wysłał groźbę niemal taką, jaką formułuje Mariusz Błaszczak do szefa Obywateli RP Pawła Kasprzaka: „Przestanie występować pan Timmermans na konferencjach prasowych, przestanie mówić, że monitoring Polski to jest jego misja personalna, przestanie przyjeżdżać do Polski na manifestacje polityczne”.

Następnego dnia, czyli dzisiaj Komisja Europejska odrzuciła stanowisko Polski, iż Bruksela nie ma prawa ingerować w polski system sądownictwa. Bruksela ma prawo przynajmniej się interesować, a jak prawo jest niezgodne z praworządnością, do której obowiązują traktaty unijne podpisane przez Polskę, Komisja Europejska ma prawo ingerować.

I taki mamy przypadek: praworządność w Polsce jest zagrożona. Procedury praworządności uruchomione przez Komisję Europejską ulegają wyczerpaniu, w Parlamencie Europejskim dojdzie do kolejnej debaty, a po niej mogą być podjęte działania z art. 7 Traktatu o UE ,nazywane „opcją nuklearną” – czyli krótko pisząc: zagrożenie Polski sankcjami. Takie działanie nie zostały jeszcze nigdy podjęte przez Komisję Europejską, a żaden kraj unijny nie dotarł do sytuacji, z jaką mamy w tej chwili do czynienia.

Głos w tej sprawie zajęła kanclerz Niemiec Angela Merkel i jej słowa wcale nie są dla władz PiS przyjemne: – „Jedność Unii za cenę rezygnacji z praworządności to nie byłaby już Unia Europejska”. Merkel więc dołączyła do Emmanuela Macrona, nie zgodzi się na taryfę ulgową, na „trochę”niepraworządności w Polsce. Merkel w środę będzie wyczerpująco rozmawiać na ten temat z szefem KE Jean-Claude’em Junckerem.

Waszczykowski jako dyplomata jest neptkiem, jest ustami prezesa Jarosława Kaczyńskiego. W zastepstwie prezesa szef dyplomacji staje na gzymsie wieżowca unijnego i mówi, że nie chce „dialogować”. Musicie się zgodzić na niepraworządność w Polsce, bo jak nie – to skoczę.

„Opcja nuklearna” to będzie powiedzenie władz unijnych: „a skaczcie”, strażacy nie przyjadą z dmuchanym zabezpieczeniem na dole, a jedyną liną tego bungee jest elektorat PiS. Ta dramatyczna scenka charakteryzuje sytuację, do jakiej PiS doprowadził Polskę w Unii Europejskiej.

Czy Kaczyński pozwoli władzom PiS cofnąć się z gzymsu i powrócić do obowiazujących na Zachodzie standardów demokratycznych? A może o to chodzi Kaczyńskiemu, aby roztrzaskać Polskę w drobiazgi?

Polsko, daj odetchnąć.

>>>

ZA CHWILĘ PEWNIE POWIE, ŻE RADOM BYŁ LEPIEJ ZABEZPIECZONY NIŻ WOODSTOCK

Wg Błaszczaka, to że bandyci z Młodzieży Wszechpolskiej pobili człowieka, to wina opozycji.

Na koduj24.pl  Andrzej Karmiński pisze o izolowaniu Polski. PiS wstaje z kolan, wywracając klęcznik z takim rumorem, że wszyscy wokół kręcą głowami z politowaniem.

Po 16 latach dobrych kontaktów, wzmacniających nasza pozycję w Europie, solidny Trójkąt Weimarski przypomina dziś bezużyteczną ekierkę z pękniętym krótszym bokiem. Kiedy również 16 lat temu Lech Wałęsa, Václav Havel oraz József Antall spotkali się na zamku w Wyszehradzie, przez myśl im nie przeszło, że pierwotny Trójkąt, a po podziale Czechosłowacji – Grupa Wyszehradzka, może być rozsadzana od środka przez kraj, któremu najbardziej powinno zależeć na zwartości i sile przebicia krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Kiedy 1 maja 2004 Polska została członkiem Unii Europejskiej, nikomu nie wpadło do głowy, że kraj, który z takim trudem wypełnił kryteria kopenhaskie i żmudnie zabiegał o akceptację wszystkich dotychczasowych członków wspólnoty, nagle wypnie się na nich i na artykuł 49 Traktatu o Unii Europejskiej, który ustanawia obowiązek szanowania i wspierania sprecyzowanych w artykule 2 wartości UE. Nikt w Europie nie przypuszczał, że w Polsce, gdzie przez kilkanaście lat ludzie ciężko pracowali na opinię lidera europejskich przemian i gospodarczego sukcesu, pojawi się facet, który zdemoluje instytucje demokratyczne we własnym kraju, złamie zobowiązania międzynarodowe, opluje niemal wszystkich sąsiadów i będzie pouczał cywilizowane kraje Europy, czym jest demokracja i prawo.

Unijni partnerzy i obserwatorzy polskiej polityki zagranicznej widzą potęgujący się chaos. Bezładne działania, nieprzemyślane decyzje, niespójne oświadczenia, obsadzanie nieudaczników w roli dyplomatów, niezrozumiałą narrację o historycznych krzywdach, wstawaniu z kolan i o naszych słusznych prawach bez towarzyszącym im obowiązków – taką specjalność oferujemy zdumionemu światu: ciężkostrawny bigos doprawiony solidną garścią nacjonalizmu. Polska, Polacy, Polski, Naród, Ojczyzna, Macierz, Suweren… nawet śpiewających w tym chórze nie da się przekonać, że obecna polityka zagraniczna jest korzystna dla Polski. Nawet kompletnie zindoktrynowani propagandą sączoną z mediów publicznych potrafią przewidzieć, że wodzowskie zapędy i odgrzana przez PiS mocarstwowa idea Trójmorza muszą zrazić wyszehradzkich partnerów, że Czesi i Słowacy wybiorą raczej ściślejszą integrację z Unią, niż wojnę z nią, w dodatku pod biało-czerwonym sztandarem. Średnio zdolny uczeń gimnazjum w ruinie domyśla się, że jedyny sojusznik Orban nie będzie umierał za Polskę, bo ten kandydat na despotę tylko sprawdza, jak daleko może się posunąć, ale w razie czego będzie głosował jak inni. O co więc chodzi cherlawemu słoniowi miotającemu się w składzie porcelany?

Komentatorzy szukają przyczyn samobójczej polityki międzynarodowej w mętnych obszarach jaźni Jarosława Kaczyńskiego, który – tak jak nie zna się na gospodarce i ekonomii – nie ma pojęcia o sprawach współczesnego świata. Boi się nowych idei, myśli i poglądów, które zagrażają jego znanej, poukładanej i bezpiecznej wizji świata z ubiegłego wieku. A wiadomo, że kiedy Kaczyński się boi, to walczy. I zgodnie ze swoją naturą będzie się bił z Europą każdą bronią, na śmierć i życie – do ostatniego członka PiS i do ostatniego wyborcy. Dlatego flaga unijna to szmata. Dlatego przywódcy Unii to lewactwo. Polska racja stanu polega dziś na tym, że my bierzemy od Unii pieniądze, a w zamian Unia nie wtrąca się, otwiera przed Polakami granice, daje im dobrą pracę i płaci zasiłki.

W opinii Kaczyńskiego Angela Merkel wywodząca się z terenu NRD to „imperialistka o mocarstwowych ambicjach”, której wybór na kanclerza „nie był wynikiem czystego zbiegu okoliczności”, a jakby ktoś spytał, o co chodzi, to „już ona wie, co chciałem przez to powiedzieć”. Emmanuel Macron obraził polskie władze i nie wytłumaczył się z tego naszej premier tak, jak zażądał minister Waszczykowski. Ten nieopierzony prezydent myśli, że jak Polacy dali Francuzom widelec, a cesarz Francuzów dał nam przykład, jak zwyciężać mamy, to jesteśmy kwita. Akurat! A kto nas zdradził w Jałcie? Macron uważa, że jak płaci, to ma prawo wymagać – na przykład, żebyśmy tak jak oni przyjmowali uchodźców. A takiego! Nie będą nam bankierzy dyktować, co mamy robić. Cała ta stara Europa to banda egoistów, czyli takich facetów, którzy bardziej dbają o siebie, niż o nas…

Nowy pierwszy sort dyplomatów, którzy zastąpili profesjonalistów z poprzedniej ekipy, ma obowiązek głosić, że Europa nie ma pojęcia o sytuacji w Polsce oraz że demokracja ma się u nas świetnie. Właściwie dopiero od 2015 roku, kiedy Polska odzyskała niepodległość, demokracja naprawdę rozkwitła. Ma tego dowodzić wiele argumentów. Tyle, że wszystkie na NIE. W Polsce jest demokracja, bo jeszcze nie wsadza się przeciwników politycznych do więzienia, nie strzela do demonstrantów i nie podsuwa sędziom w czasie rozpraw gotowych wyroków do odczytania. Nowi dyplomaci jak ognia unikają natomiast pytań o nasze cechy właściwe państwom demokratycznym. Głosząc przewagę polskiej demokracji nad rachitycznym, gasnącym, chorym ustrojem Europy, minister Waszczykowski miota się, wygraża, rzuca groźne spojrzenia, powarkuje i robi takie miny, że byłoby lepiej, gdyby za granicą nosił twarz w pokrowcu.

Polska odzyskuje godność. PiS wstaje z kolan, wywracając klęcznik z takim rumorem, że wszyscy wokół kręcą głowami z politowaniem, pukają się w czoła i na wszelki wypadek wycofują w rejony, gdzie dominuje normalność, pozostawiając Polskę poza zasięgiem jej głosu. Nasza klasa polityczna uzyskuje należne jej miejsce – w oślej ławce. A nasz kraj stawiany jest za karę w ciemnym kącie Europy. Na własne życzenie. Da się to zrozumieć? Ja nie potrafię. Nie pojmuję nawet powszechnej wśród komentatorów tezy, że Kaczyński walczy z Europą, bo jej nie rozumie. Ja nie rozumiem, jak działa komputer, a jednak z niego korzystam.

Andrzej Karmiński

P.S. Sejmowa większość odrzuciła ze wstrętem przygotowany przez Nowoczesną projekt ustawy o mowie nienawiści. Ja się PiS-owi nie dziwię. Gdyby przyjęli tę ustawę mielibyśmy drugi w historii Sejm Niemy. Pierwszy przyniósł 15-letni okres spokoju wewnętrznego i odbudowy gospodarki.

BŁASZCZAK:to opozycja szczuje i prowokuje. TO LEŻĄCY NA ZIEMI KODowiec ATAKOWAŁ KOPIĄCYCH GO, POKOJOWO NASTAWIONYCH NARODOWCÓW

W GŁOWIE SIĘ NIE MIEŚCI NA CO OFICJALNIE POZWALA NASZA WŁADZA… „ABY NIE PROWOKOWAĆ”

Krzysztof Łoziński: KOD zrobi wszystko, co trzeba, by zatrzymać w Polsce podłą zmianę.

Waldemar Mystkowski pisze o obronie Rydzyka przez PiS.

Jarosław Kaczyński sięgnął po historię swojego heroizmu w czasie PRL-u, a zwłaszcza na początku stanu wojennego – kiedy to prokuratorem był jego kolega partyjny Stanisław Piotrowicz – i sygnował swoim imieniem i nazwiskiem petycję do papieża Franciszka, która stoi w obronie dzieł (mediów) o. Tadeusza Rydzyka.

Zaiste jest to szczególna odwaga, bo przecież możemy sobie wyobrazić, że najsłynniejszy na globie redemptorysta obraża żonę prezesa, jak niegdyś Marię Kaczyńską (żonę Lecha K.), zwąc ją „czarownicą”. Jarosław nie ma żony, ale gdyby miał, musiałby się liczyć, iż podczas działania dzieł Rydzyka (a jest nim jego szkoła medialna) naraża swoją połowicę na obrazę („ty, taka-siaka”).

Czyż to nie jest heroizm? Jest! Kaczyński także wykazuje się heroizmem w obronie Rydzyka z innego powodu, bo z kasy państwowej dzieła redemptorysty dostały tylko 30 mln zł w czasie rządów PiS (coś koło tego, jeżeli się mylę, proszę mnie poprawić). Znaczy się, że za mało.

Można mniemać, iż szykuje się jakaś nowa kasa dla dzieł Rydzyka, gdyż poszkodowanemu należy się rekompensata. W liście do papieża w obronie Radia Maryja i o. Rydzyka – obrońcy piszą – „ze smutkiem, niestety, informujemy Waszą Świątobliwość, że w naszej Ojczyźnie wolność katolickich mediów jest bardzo poważnie zagrożona. To zagrożenie wynika z działań totalnej opozycji”. I tak dalej.

Pod listem oprócz prezesa podpisał się cały niemal rząd (jeszcze nie parafowała go Beata Szydło): Antoni Macierewicz, Mariusz Błaszczak, Elżbieta Rafalska, a także szefowie resortów infrastruktury, energii, rolnictwa. Jest też podpis Ryszarda Terleckiego, przewodniczącego klubu parlamentarnego PiS. Autorzy listu jeszcze nie dotarli do Andrzeja Dudy, ale bez obawy, ten podpisuje wszystko jak leci.

Najprawdopodobniej list został wymyślony przez Annę Sobecką, bo jej nazwisko otwiera (na razie widnieje na niej 67 nazwisk parlamentarzystów PiS) listę zatytułowaną „Z synowskim oddaniem”. Wiem, że czytelnicy mogą się zastanawiać: jak totalna opozycja może zagrażać dziełom o. Rydzyka?

Zaiste możemy nie wszystko wiedzieć. Może to Grzegorz Schetyna ze swoją czarownicą (tj. żoną) trzyma kasę państwa i nie dając z niej grosza Rydzykowi, represjonuje go. Co po takim liście do papieża może się stać?

Tylko odpowiedź. Albowiem inaczej być nie może i Franciszek np. odpowie: „Jego Wysokość Totalna Opozycjo – Grzegorzu Dyndała, tj. Schetyna – oddaj kasę ubogiemu Rydzykowi, bo jest tylko na 83. pozycji listy najbogatszych Polaków, powinien być wyżej ze swoimi dziełami. Z indiańskim oddaniem Howgh”.

Kownacki: policji nie było w Radomiu, aby nie prowokowała narodowców… NIE SPODZIEWALIŚMY SIĘ TAK POKRĘTNEGO TŁUMACZENIA

>>>

GORĄCY POMYSŁ KURSKIEGO 🙂

Adam Michnik o sytuacji Polski w Unii Europejskiej. Zło dyktatury zdołaliśmy przekształcić w demokratyczne państwo prawa; gospodarkę nakazową w rynkową; satelita ZSRR stał się członkiem NATO i Unii. Dziś polityka PiS-u znów wiedzie nas na obrzeża cywilizowanego świata.

To, że wybitny polityk europejski i przyjaciel Polaków przyjął od nas wyróżnienie i przybył do nas, to dla „Gazety Wyborczej” wielki zaszczyt. Usłyszeliśmy od niego: „Unia Europejska to nie jest projekt ekonomiczny, tylko polityczny z mocnym moralnym fundamentem. Powstała nie po to, żeby stworzyć wspólną walutę i jednolity rynek, znieść kontrole graniczne, ale by w Europie nigdy więcej nie wybuchła wojna”.

Przewidywanie jest bardzo trudne, zwłaszcza przyszłości – mawiają Anglosasi. Spróbujmy jednak. Chodzi o Europę i o Polskę. Frans Timmermans powiada, że „Polacy kochają wolność”. My też jesteśmy o tym przekonani. Dlatego polska opinia w ogromnej większości jest proeuropejska. I dlatego nikt z partii Jarosława Kaczyńskiego nie formułuje postulatu opuszczenia Unii.

Wszelako polityka PiS – wewnętrzna i zagraniczna – prowadzi nieuchronnie do eliminacji Polski z Europy lub co najmniej do całkowitej jej marginalizacji. A jeszcze niedawno byliśmy wzorem transformacji posttotalitarnej. Zło partyjnej dyktatury zdołaliśmy przekształcić w parlamentarną demokrację i demokratyczne państwo prawa; gospodarkę nakazowo-rozdzielczą w rynkową; satelita ZSRR stał się członkiem NATO i Unii.

Moje pokolenie przez lata powtarzało: dążymy do wolności Polski i człowieka w Polsce. Marzenie się spełniło, ale dziś te dwie wolności są zagrożone. Polska stała się „chorym człowiekiem” Europy. Bezsilnej, wyizolowanej z Unii Polsce będzie nieuchronnie zagrażać Rosja owładnięta duchem wielkorosyjskiego imperializmu.

Retoryka i polityka nacjonalizmu zainicjowana przez Jarosława Kaczyńskiego to prezent dla Putina. Ów nacjonalizm skłóca Polskę z sąsiadami. Wzbudza niepokój także wśród ważnych biskupów Kościoła katolickiego. Wszak pamiętają słowa Jana Pawła II: „Od unii lubelskiej do Unii Europejskiej”. A Kaczyński i PiS prowadzą nas od Unii do zapyziałej krainy nazwanej dwa wieki temu przez Stanisława Kostkę-Potockiego Ciemnogrodem. Zapisują kolejny rozdział w księdze dziejów polskiej głupoty.

Ale nie reprezentują przecież całej Polski. To nie jest Polska opozycji demokratycznej i „Solidarności”, Kuronia i Geremka, Mazowieckiego i Bartoszewskiego, Miłosza i Szymborskiej, Herberta i Tischnera, Kołakowskiego i Giedroycia, Turowicza i Kisiela, Konwickiego i Wajdy. Ich Polska dochowuje wierności tradycji europejskiej, chrześcijańskiej, demokratycznej, oświeconej. Dziś jest wdzięczna opinii europejskiej, która piętnuje deprawowanie naszego kraju, pełzający zamach stanu, zaduch demagogii i ksenofobii, którym oddychamy, i pseudoreligię, która zamienia krzyż, znak Męki Pańskiej, w kij bejsbolowy.

Havel mówił, że „być Europejczykiem to żyć w prawdzie i tolerancji”. Oczywiście Europa zawsze miała też brzydką twarz. Twarz okrutnych despotyzmów, prześladowań politycznych i religijnych, stosów inkwizycji i gilotyny terroru jakobińskiego, który głosił: „Bądź bratem albo cię zabiję”. Wreszcie twarz nazizmu i bolszewizmu.

Kołakowski pisał: „Kiedy nienawidzimy prawdziwie, jesteśmy bezkrytyczni zarówno względem nas samych, jak względem tego, czego nienawidzimy”. Nienawiść „przeciwstawia naszą totalną i bezwarunkową słuszność równie totalnej, bezwarunkowej i nieuleczalnej nikczemności innych. (…) W moim szale niszczenia sam zniszczeniu ulegam”.

Oceniał, że „gotowość do kompromisu, bez tchórzostwa i bez konformizmu, zdolność do usuwania nadmiaru wrogości bez czynienia ustępstw w tym, co się uważa za jądro sprawy, jest to sztuka, która z pewnością nikomu bez trudu nie przychodzi jako dar naturalny. Od naszej umiejętności przyswajania sobie tej sztuki zależy wszelako los demokratycznego ładu na świecie”.

Przyszłość zależy od nas. Czas zrozumieć, że droga do odbudowy polskiego miejsca w Unii prowadzi przez przyjęcie euro. By tego dokonać, trzeba się zdobyć na sprzeciw wobec rządów Kaczyńskiego. Od naszej zdolności do aktywnego sprzeciwu wobec smogu chamstwa i nienawiści, który nas zalewa od kilkunastu miesięcy, zależy, jaką Polskę zostawimy naszym dzieciom. Pamiętajmy, historia nas nauczyła, że nic nie jest niemożliwe, jeśli się tego naprawdę chce.

Waldemar Mystkowski pisze o kongresie prawników.

Obawiam się o Andrzeja Dudę. Nie tylko ja, bo on sam też. Podczas wizyty na Warszawskich Targach Książki został zachęcony przez uczestników targów do czytelnictwa niewielkiej książeczki, och – tomiku, Konstytucji. Usłyszał skandowane: „Konstytucja”. Pewnie oblał się rumieńcem i jak to on ma w zwyczaju zrobił swoje miny (Gombrowicz nazywa to gębą), które można nazwać: rybą wyrzuconą na brzeg. Ryba nie łapie już wody, tylko powietrze. Duda tak łapie się każdej miny, bo wstyd i hańba, że tak łatwo dał się złamać, że nie wypełnia nałożonego na niego obowiązku głowy państwa. Można sobie wyobrazić, jak łapał swoje miny, gdy na owych targach był z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem. Tak się dzieje z twarzą, wszak nikt głębiej nie zagląda w Dudę, ani tym bardziej kamera. Dlatego obawiam się o Dudę.

Widzę, że także on o siebie zaczyna obawiać. Nie wychyla się zanadto, a niech inni za niego oblewają litrami wstydu. Więc wysłał na nadzwyczajny Kongres Prawników Polskich w Katowicach Andrzeja Derę. Ten miał prawo myśleć, że spotka go mniejszy afront niż prezydenta na targach, lecz i on usłyszał skandowane „Konstytucja”, niektórzy nawet wyszli w trakcie odczytywania listu Dudy. Rozumiem tych wychodzących, bo jak można wysłuchiwać słów, które nijak się mają do rzeczywistości. Acz podkreślam, słowa nie kłamią, tylko człowiek – w tym wypadku Duda kłamał ustami Dery. Zacytować? Proszę bardzo: – „Pozytywnego wizerunku trzeciej władzy nie buduje też nazbyt emocjonalna reakcja sędziów na krytykę, ani też zbyt pochopne, a przez to nieprzekonujące kwalifikowanie krytycznych komentarzy jako ataków na zasady niezależności sądów”.

Przepraszam bardzo – określenie ostatnio bardzo popularne wśród pisowców – kto tu rżnie głupa? Też jest taka mina, bardzo popularna wśród min Dudy: rżnąć głupa. Podczas tego pisania wklepałem w przeglądarkę hasło: „Duda rżnąć głupa” i wychynęła ilustracja Dudy jak ryba łapiącego powietrze (wolności). Och, Adrian, Adrian…
Zacytuję słowa osoby bardzo poważnej – w przeciwieństwie do naszego Adriana – I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf: – „Przyczyny zorganizowania tego kongresu są oczywiste. Trwa głęboki kryzys prawno-ustrojowy naszego państwa. Trybunał Konstytucyjny istnieje prawie teoretycznie”.

Tego boi się Duda, poważnego traktowania państwa. Raczej już Duda nie wykaże cywilnej odwagi, nie pozbędzie się tych swoich min ochronnych, min Zeliga, będzie robił je coraz dziwniejsze i dziwniejsze, pewnego ranka przy goleniu nie rozpozna siebie od tych skrzywień. Duda po prostu nie będzie już miał twarzy. Czy miałby szanse ją jeszcze dzisiaj odzyskać? Tak! Lecz trzeba mieć w sobie osobowość, stanąć przed wyborcami, przyznać się do winy. Wówczas Trybunał Stanu mógłby wyrokować łagodnie. Duda na razie po blamażu na targach wysyła swoich pracowników.

Odezwał się za to kreator Adriana, prezes Jarosław Kaczyński, który zachowanie prawników (a mniemam, że także czytelników z targów książki) obsztorcował: „Sędziowie powinni być elitą, a nie są. To bardzo smutne”. Nie słyszałem, aby prawnicy nazwali prezesa gorszym sortem, elementem animalnym, gestapo. To prawnicy (ale też czytelnicy, obywatele) namawiają Dudę do czytania Konstytucji, do jej przestrzegania.

Obawiam się więc o Dudę, acz życzę mu odwagi, aby stanął przed sądem (Trybunałem Stanu), a może – to jest najtrudniejsze – aby prezydent stanął przed sobą, aby wyzbył się zakłamania, wstecznictwa, aby moralność znaczyła dla niego moralność, aby wartości były wartościami, tym bardziej chrześcijańskimi, bo chrześcijaństwem nie jest łapanie hostii.

Nie liczę na Kaczyńskiego, któremu na trwale wyrosły zajady nie tylko w kącikach ust, ale ma zajady w umyśle i przede wszystkim w charakterze, te ostatnie zajady nazywają się kompleksami.

>>>

JAKBY KTOŚ NIE WIEDZIAŁ… TO PROSZĘ 🙂

POLACY MAJĄ JUŻ DOŚĆ DZIELENIA I SIANIA NIENAWIŚCI. PANIE PREZYDENCIE. OPANUJ SIĘ PAN!

ZGODNIE Z PRAWEM I KONSTYTUCJĄ… ALE KTO W PAŃSTWIE PiS WYSTĄPI PRZECIW KOŚCIOŁOWI?

Stanisław Skarżyński z OKO.press („Wyborcza”) pisze o wypowiedzi Andrzeja Dudy i jego pokrewieństwie z ONR. Raymond Chandler zauważył, że „dziedziczy się krew, nie kręgosłup”. Prawdziwości tej tezy dowodzi pewien doktor prawa, syn profesorskiej, inteligenckiej rodziny, który okazał się karierowiczem niezdolnym do lektury ze zrozumieniem niezbyt skomplikowanej Konstytucji RP.

Każdy marsz ONR to gwóźdź do trumny PiS

Symbolika zapaści dzisiejszej Polski jest momentami porażająca: jednego dnia wieczorem zmarł Wiktor Osiatyński, a następnego rano przez Warszawę pod ochroną policji maszerował ONR. Pochód niedowładu rozumu, zwanego w międzywojniu obrazem nędzy i rozpaczy, byłby właściwie bez znaczenia – gdyby nie to, jak usilnie władza PiS usiłuje się faszystom przypodobać.

Pierwszy był Mariusz Błaszczak, który nie ośmieszył, a po prostu sprostytuował polską policję, nakazując jej służyć oenerowcom w roli parasola i podnóżka; to dzięki wasalnej postawie ministra spraw wewnętrznych łysi chłopcy mogli spokojnie sławić swoją faszystowską ideologię w centrum stolicy państwa, na którego terytorium naziści zorganizowali Holocaust.

Drugi był Andrzej Duda, który ogłosił w TVP coś bardzo oenerowcom bliskiego – mówiąc o synach i wnukach zdrajców powiedział coś z daleka śmierdzącego pomysłami na czystość krwi. Antysemicki internet pełen jest drzew genealogicznych polskich polityków i uczonych, gdzie w tonie sensacji i demaskacji opisuje się żydowskie nazwiska, które mieli nosić ojcowie i dziadkowie tam wymienianych. To do nich uśmiechnął się prezydent, mówiąc o synach i wnukach zdrajców, którzy zajmują w Polsce stanowiska i którzy nie chcą ujawnienia prawdy.

Od dawna wiadomo, że tak łatwo nie jest. Raymond Chandler słusznie zauważył kiedyś, że „dziedziczy się krew, nie kręgosłup”. Prawdziwości tej tezy dowodzą i Werner Oder, syn esesmana i zbrodniarza wojennego, który jest pastorem i modli się ramię w ramię z rabinami o pojednanie i wybaczenia, i pewien doktor prawa w Polsce, syn profesorskiej, inteligenckiej rodziny, który okazał się karierowiczem niezdolnym przeczytać ze zrozumieniem niezbyt skomplikowanej Konstytucji RP, wiarołomcą poświęcającym zasady państwa prawa w imię lojalności partyjnej.

Te umizgi do narodowców są jednak dobrą wiadomością, bo PiS znowu zachowało się jak partia Moczara. Łącząc populizm z nacjonalizmem, znów pogniotło tę wkładaną przez siebie przy okazji każdych wyborów maskę organizacji cywilizowanej. Po tych otwartych, w świetle kamer i w centrum miasta pieszczotach z oenerowcami jeszcze trudniej im będzie skutecznie nakłamać, że są partią szanującą prawo, wolność, demokrację.

Zresztą na owoce nie będzie trzeba czekać aż do wyborów – po tej żenującej wypowiedzi prezydentowi Dudzie nie wolno ani osobiście przyjść, ani próbować napisać listu do uczestników uroczystości pogrzebowej profesora Wiktora Osiatyńskiego. Niech miarą spychania się PiS do nacjonalistycznego narożnika będzie to, że nie ma po prostu takich słów, którymi prezydent i PiS mogłyby dziś pożegnać tego obrońcę wolności, równości i praw człowieka.

„Pisowscy politycy nie ukrywają swoich sympatii do neofaszystów z .

GIERTYCH ROZŁOŻYŁ SZYDŁO NA ŁOPATKI 🙂

„DZIECI I WNUKI KOMUNISTÓW CIĄGLE SPRAWUJĄ PROMINENTNE STANOWISKA W POLSCE” ? PANIE PREZYDENCIE. PODSYŁAMY PANU GOTOWCA

Pisarz i dziennikarz, który został wyrzucony z Radiowej Trójki Jerzy Sosnowski pisze na swoim blogu także o Dudzie.

O pewnej wypowiedzi pana prezydenta

To nie jest mój osobisty problem: moi rodzice nie walczyli z „Żołnierzami Wyklętymi”, bo najpierw studiowali, a potem uczyli podstaw elektroniki i nawet nie należeli do PZPR; nie walczyli też z „Żołnierzami Wyklętymi” moi dziadkowie, bo obaj zginęli na wojnie (jeden walczył w kampanii wrześniowej, drugi współzakładał konspiracyjne „Wigry”), ani babcie, bo jedna po wojnie uczyła wiejskie dzieci, a druga imała się rozmaitych prac, od prowadzenia bufetu na lotnisku po urzędowanie w księgowości na Politechnice Warszawskiej, żeby , będąc wdową, utrzymać się z trójką dzieci. Co do pradziadków, to jeden był w Dwudziestoleciu współtwórcą, a potem rektorem odnowionej SGGW, a drugi – kolejarzem w Galicji. Prababcie prowadził domy.

Czy już zauważyłeś, Czytelniku, co się dzieje? To, co powyżej, to klasyczne wyjaśnianie, że się nie jest wielbłądem. Ale żeby wypowiadać się w jakimś sporze, warto jednak ustalić, czy jesteśmy w nim przymusowym przedmiotem, czy też, na podstawie wolnej decyzji, podmiotem sporu. Choć sam spór wydaje mi się intelektualnie miałki, a moralnie wstrętny.

Pan prezydent w wywiadzie dla TVP Historia (przytaczam za http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/548679,andrzej-duda-polityka-historyczna-prezydent-pis-lech-kaczynski-zolnierze-wykleci.html) powiedział tak: „Bardzo wiele wpływowych miejsc we współczesnej Polsce zwłaszcza po 1989 r. w mediach i innych wpływowych instytucjach, fundacjach, zajmują osoby, których rodzice czy dziadkowie aktywnie walczyli z Żołnierzami Wyklętymi w ramach utrwalania ustroju komunistycznego, czyli krótko mówią byli zdrajcami – dzisiaj byśmy tak powiedzieli wprost, ja w każdym razie bym tak powiedział. (…) Miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk w różnych miejscach. Nigdy nie będą chcieli się zgodzić na to, żeby prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną, będą zawsze przeciwko temu walczyli.

No to dla czystości wywodu zostawmy na boku kwestię oceny „Żołnierzy Wyklętych”: przyjmijmy, że ich zbrojna działalność w 1945 była bez wyjątku i we wszystkich szczegółach szlachetna – i tym samym, że ludzie, którzy opowiedzieli się po przeciwnej stronie, nie mieli absolutnie żadnych zupełnie argumentów, czyli że byli bezdyskusyjnymi i świadomymi własnego zaprzaństwa zdrajcami Ojczyzny. W porządku, roboczo przyjmijmy, że była to walka jednoznacznego dobra z oczywistym złem.

I przy takim założeniu przyjrzyjmy się tej wizji. Rodzi się dziecko ZŁYCH LUDZI. I, załóżmy, a to w przypadku pokolenia urodzonego po wojnie nie jest założenie pozbawione empirii, że następnie buntuje się przeciwko aksjologii rodziców. Co ma zrobić, żeby jako siedemdziesięciolatek nie narazić się panu prezydentowi? Czy dobrze rozumiem, że w gruncie rzeczy powinno nic nie robić, zaszyć się w kątku i udawać przez całe życie, że go nie ma? Bo aktywne przeciwdziałanie skutkom tego, co robili rodzice, czyli branie udziału w opozycji antykomunistycznej, co nieraz powodowało zajęcie po 1989 roku eksponowanego stanowiska, naraża je tylko na zarzut, że zinfiltrowało szlachetny ruch, od urodzenia dotknięte przekazaną mu w genach winą?

Ale idźmy dalej, bo pan prezydent nie zatrzymał się na pokoleniu dzieci. To dziecko dorosło i ono ma z kolei dzieci. To już wnuki tamtych złych ludzi. Nie mylę się chyba, że i na nim – zdaniem obecnych władz – ciąży owa wina, uniemożliwiając mu jakiekolwiek publiczne działanie? Bo w tle jest dziadek, który był zdrajcą? I w gruncie rzeczy wszystko jedno, jakie wybory podejmuje wnuk? A w każdym razie jakiekolwiek „eksponowane stanowisko” jest mu wzbronione, czy tak? Ponieważ… No właśnie, co z uzasadnieniem? To, co osiągamy w życiu, od nas zależy, czy od naszych przodków? Można się od nich wyzwolić, czy nie?

A przecież nawet obóz pana prezydenta przyznaje milcząco, że można w trakcie życia zmienić poglądy – co tam poglądy dziadków, własne poglądy! – i nawrócić się. To np. casus sędziego Andrzeja Kryże (podsekretarz stanu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, natomiast wcześniej, do rozwiązania, członek PZPR i, nawiasem mówiąc, syn stalinowskiego sędziego, uczestniczącego m.in. w mordzie sądowym na rotmistrzu Pileckim – por. Wikipedia), Stanisława Piotrowicza (członek PZPR od 1978 roku, prokurator oskarżający opozycję w stanie wojennym), a nawet Antoniego Macierewicza (w młodości – trockista), nie wspomnając o Marcinie Wolskim czy Krzysztofie Czabańskim (w swoim czasie członkowie PZPR). Czy więc poprawnie rozumuję, że istnieje metoda na skuteczne oczyszczenie się zarówno z własnych win, jak z win rodziców, dziadków i pradziadków (!) – pod warunkiem mianowicie, że znajdziemy się we wspomnianym obozie politycznym pana prezydenta? Czy przypadkiem to rozumowanie, odwołujące się z pozoru do etyki (co prawda niechrześcijańskiej, ale o to na razie mniejsza), w ostatecznym rozrachunku nie jest po prostu narzędziem moralnego szantażu?

Znów jednak „dla dobra śledztwa” odłóżmy na bok tę oczywistą niekonsekwencję. Przyjrzyjmy się samej idei dziedziczenia winy. Tak, w tradycji judeochrześcijańskiej istnieje JEDEN GRZECH, który się dziedziczy, a mianowicie tzw. grzech pierworodny. Wszystkie pozostałe popełnia się na własne konto i nie obciążają one krewnych, czy potomków. Bez tego założenia lądujemy bez ratunku w świecie deterministycznym, w którym o naszym losie decydują NIEODWOŁALNIE decyzje rodziców, o ich losie – znów nieodwołanie – decyzje ich z kolei rodziców i tak dalej. To jest myślenie rodem z marksizmu-engelsizmu (i praktyki stalinowskiej!), któremu zresztą wymyka się sam Marks, bo przecież jego rodzice doprawdy nie pochodzili z proletariatu. Temu myśleniu przeciwstawia się konsekwentnie cała tradycja Kościoła Powszechnego, którego święci w ogromnej części buntowali się przeciwko aksjologii domu rodzinnego. Inaczej musielibyśmy stwierdzić, że fałszywymi świętymi są Franciszek z Asyżu, Agnieszka męczennica, Augustyn z Hippony, żeby już o Pawle z Tarsu nie wspominać.

Zawzięty obrońca tego typu myślenia może bronić się na dwa sposoby. Jeden: istnieje sentyment do przodków i potomek z założenia będzie ich bronił. Naprawdę? A Niklas Frank, syn generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich? A, żeby z przeciwnej strony rzecz pokazać, Patricia Hearst, córka magnata prasowego? Józef Stalin, wychowywany na prawosławnego księdza? Janis Joplin, która miała być grzeczną dziewczynką? Z zachowaniem proporcji: któryś z braci Kurskich (za mało wiem o ich domu rodzinnym, żeby ustalić, który)? Świat jest pełen zbuntowanych dzieci. Nie twierdzę, że klimat domu rodzinnego jest dla nas nieważny. Owszem, jest ważny, gdyż musimy go albo przyjąć, albo odrzucić (plus możliwości pośrednie). I nieraz ludzie decydują się na to ostatnie rozwiązanie. Ten sposób obrony słów pana prezydenta jest po prostu niezgodny z empirią.

Drugi sposób: dostrzeganie (odłożonej przeze mnie kilka akapitów temu) skomplikowania, jakoby rzekomego, sytuacji powojennej, to widomy dowód na niewygasłe sentymenty. Ale tu znów fakty mówią inaczej. O kontrowersyjnych biografiach niemałej części „Żołnierzy Wyklętych” mówią historycy, których KREW JEST CZYSTA. Podkreślam złośliwie to wyrażenie, gdyż w słowach prezydenta Andrzeja Dudy widać wyraźnie, daj Boże nieuświadomiony, swoisty rasizm: przekonanie, że pokrewieństwo znaczy więcej, niż nasze świadome decyzje życiowe. Chyba, że staniemy się chwalcami prezesa Kaczyńskiego. Jest mi bardzo przykro, ale nie umiem pozbyć się w tym momencie skojarzenia z aforyzmem pewnego zbrodniarza, który miał powiedzieć: „To ja decyduję, kto tu jest Żydem”. Nie chodzi mi, rzecz jasna, o zrównywanie PiSu i NSDAP – należy znać miarę, inaczej zrelatywizujemy zło nazizmu. Nie da się porównać zjełczałego masła i kurary, że niby jedno i drugie szkodzi. Chodzi mi tylko o fakt, że uruchomiono myślenie, udrapowane w szaty moralizmu, a w istocie kierujące się przeciwko podstawom moralnym kultury, której rzekomo broni.

O codzienne łamanie swobód demokratycznych oskarżył polskie władze faworyt wyborów prez. we Fr. Emmanuel Macron.

BRAWO 😁 👍👏

NARODOWCY TEGO NIE PRZEŁKNĄ… KLOSS (za przeproszeniem) STANIE IM W GARDLE 🙂

Waldemar Mystkowski analizuje jeden tweet Marka Kuchcińskiego.

„Penelopa” Kuchciński w szlafmycy, wierny prezesowi

To nie żart, że Marek Kuchciński jest drugą osobą w państwie wg protokołu dyplomatycznego. Wiem, że to brzmi jak z Mrożka. Andrzejowi Dudzie coś się stanie, nie będzie mógł pełnić obowiązków prezydenta, wówczas wskakuje na jego miejsce Kuchciński.

Niektórzy mogą zapytać, a który to, jak on wygląda? Może wówczas być pomocne przypomnienie: to ten, do którego Michał Szczerba zwrócił się szarmancko „panie marszałku kochany”, a onże ze swoiście pojętej wdzięczności był łaskaw go wykluczyć z posiedzenia Sejmu, a następnie z partyjną zgrają zbiegł do Sali Kolumnowej, aby przyjąć ustawy bez kworum, w tym najważniejszą – budżetową na rok 2017 i słynną lex Szyszko, która skutkowała tym, że raczej wzrósł smog w naszych miastach, niż ustawa posłużyła zdrowiu.

Wkład Kuchcińskiego jest więc duży, choć on jest nierozpoznawalny. I zdaje się, że tej cesze hołduje. Figura „Niewidzialny człowiek” ma całkiem pokaźną literaturą. Nawet bezpośrednio w tytułach znacznych dzieł odwołuje się do tego dążenia, bo każdy chciałby mieć czapkę niewidkę i nakryć żonę na tym, że jest wierna, jak Penelopa.

Akurat Kuchciński jest Penelopą dla Jarosława Kaczyńskiego, jest wierny w czapce i bez czapki, a nawet w szlafmycy. Druga osoba w państwie w takiej niewidce szlafmycy musi występować na zdjęciu, które marszałek opublikował na Twitterze z okazji 13. rocznicy członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Oto treść wpisu „Penelopy” Kuchcińskiego: „Jesteśmy 13. rok w Unii. Ufam, że na przekór przesądom ten rok przyniesie wiele dobrego; silną Europę Ojczyzn z liczącą się w grze Polską”.

Ufa zatem Penelopa, bo na tym wierność i wzajemność polega. A na zdjęciu, które ilustruje wpis znajdują się flagi unijna i biało-czerwona, zegar ścienny z wahadłem, nocna lampa (żaden kaganek oświaty) i brak Kuchcińskiego. Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz skomentował: „Lampka zamiast marszałka Sejmu? „Ucho Prezesa” ma ułatwione zadanie”.

Otóż nie zgadzam się z Nizinkiewiczem, bo lampka nocna wskazuje, że jest Kuchciński, ale w szlafmycy niewidce. Taką mamy Penelopą w roli marszałka Sejmu, wierną prezesowi.

TAKIE TAM ROZMOWY POLAKÓW :)))

W punkt. 👍👍

Kleofas Wieniawa pisze też o Dudzie.

Po wypowiedzi Andrzeja Dudy, że „dzieci i wnuki zdrajców Rzeczpospolitej zajmują wiele eksponowanych stanowisk” mógłbym napisać:

Duda łamie katechizm Kościoła katolickiego, w którym naucza się: „człowiek nie ponosi kary za niepopełniony czyn, naprzykład grzech pradziadka. Zadośćuczynić i pokutowac trzeba za swoje grzechy”.

Mógłby napisać:

Duda w kampanii obiecywał łączyć, nie dzielić Polaków. Dziś oskarża dzieci i wnuki za winy rodziców i dziadków. Tyle są warte obietnice wyborcze.

Mógłbym napisać:

Andrzej Duda posortował Polaków na potomków zdrajców Rzeczpospolitej i tych lepszych. Wstyd, że na prezydenta wybraliśmy człowieka o takiej mentalności.

Mógłbym napisać:

Duda ogłosił coś bliskiego ONR, podobnie zalatującego jak owa brunatność.

Mógłbym, mógłbym…

Przesłuchałem fragmenty jego wypowiedzi dla TVP Historia i stwierdzam, że to facet niegodny dyskusji, słychać, iż nie ma zbyt głębokiej wiedzy historycznej i literackiej.

Takich ludzi nigdy nie szanowałem, zresztą zawsze omijali mnie szerokim łukiem i za uszami obmawiali dlatego, że nie mają talentów, wiedzy i są leniwi.

I do tej kategorii zaliczam Dudę, bo ludzi – jak powtarzał Artur Sandauer (wybitny intelekt) za Horacym (jeszcze wybitniejszy intelekt) – nie dzielą idee, ale poziomy. Dlatego omijać ich z daleka.

WARSZAWA TAKICH RZECZY NIE WYBACZA

DZIŚ 13-TA ROCZNICA KOLEJNEJ PRAWDY, DO KTÓREJ PREZES JESZCZE NIE DOSZEDŁ

DLA PiS-U BYŁ ANTYBOHATEREM. DLA NAS BYŁ I JEST WSPANIAŁYM, WIELKIM AKTOREM. STASZKU MIKULSKI, HANSIE KLOSSIE – BĘDZIEMY ZAWSZE PAMIĘTAĆ!

>>>

Z CYKLU „ZNAJDŹ RÓŻNICĘ”

:))

Stanisław Skarżyński, świetny eseista młodego pokolenia, pisze o PiS („Wyborcza”). Wraz z rządami PiS ma szansę przejść do historii ten model ustroju, w którym elity ponoszą odpowiedzialność, a naród się dąsa, wybrzydza i narzeka, że za mało kolorowej posypki.

Warto napisać to otwarcie: w jednej sprawie PiS jest zupełnie fantastyczny i od 1989 roku Polsce nie przytrafiło się nic równie dobrego jak wielkie zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego. Prezydent i większość parlamentarna z jednej partii. I to – Bogu dziękować! – partii o nacjonalistycznych i autorytarnych ciągotach, partii populistycznej, partii gardzącej konstytucją. Wreszcie, partii rozbestwionej do granic niemożliwości, która ruszyła plądrować Polskę niczym stado szarańczy.

To doskonała wiadomość, bo nic tak jak rządy PiS nie ma szans wyleczyć Polski ze zmęczenia jej elitami, a tych elit ze zmęczenia Polską, które narastają od transformacji ustrojowej, a podczas ostatniej dekady przybrały wymiary zupełnie karykaturalne.

Władza PiS może to przekleństwo rozładować. Jeżeli przez ten demokratycznie wybrany czyściec dojdziemy do V Rzeczypospolitej, w której demokracja przedstawicielska umożliwi polityczną współpracę polskich elit z masowymi wyborcami, to będzie warto. Przecierpimy zdemolowane instytucje państwa, utraconą pozycję na arenie międzynarodowej, górę odszkodowań wypłaconych tym, których PiS pozbawia zagwarantowanych przez konstytucję i umowy międzynarodowe praw. Szkoda tych wycinanych na rympał drzew, ostatniego nietkniętego ludzką ręką lasu w Puszczy Białowieskiej, ostatnich nieuregulowanych od źródła po ujście rzek w Europie, tych dziesiątków mordowanych przez myśliwych bez sensu żubrów, lisów i jeleni.

***

Szkoda, ale zło się stało, a w tej perspektywie stawką rządów PiS jest realizacja wezwania „Jeden tylko, jeden cud: z Szlachtą polską – polski Lud!” z „Psalmu Miłości” Zygmunta Krasińskiego. Krasiński uważał, że to warunek „wskrzeszenia Polski”. W tym romantycznym określeniu odzyskania niepodległości coś jest – Polska niepodległość dotąd odzyskiwała zawsze w wyniku splotu wydarzeń na arenie międzynarodowej, ale od środka tej niepodległości jeszcze nie odzyskała nigdy. Można postawić uproszczoną tezę, że w międzywojniu zawiodły elity, a w III RP zawiódł polski lud.

Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, że Władysław Bartoszewski chodził co roku na Powązki, gdzie podczas apelu przy pomniku Gloria Victis wygwizdywano go i lżono. Że dziennikarze, pisarze, artyści, duchowni, przedsiębiorcy, politycy – Monika Olejnik, Olga Tokarczuk, Agnieszka Holland, Adam Boniecki, Władysław Frasyniuk, Lech Wałęsa, Jan Wejchert i Jan Kulczyk oraz niezliczone szeregi innych, których dzień po dniu wyzywa się w Polsce od agentów, Żydów i kurew; że oni nie machnęli na ten niewdzięczny naród ręką i angażują się lub do końca życia angażowali w życie publiczne.

Tak samo jak trudno pojąć, że elity polityczne – choćby Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Buzek – w imię odpowiedzialności za kraj były w stanie przez niemal 30 lat spuszczać łomot nacjonalistom, żeby móc – wraz z postkomunistami, o ironio! – zaciągnąć Polskę do Unii i NATO.

Dopiero Donald Tusk, wyjeżdżając do Brukseli, zdobył się na to, żeby pokazać temu narodowi gest Kozakiewicza. I nic dziwnego: po siedmiu latach użerania się z Kaczyńskim w Sejmie i Gowinem wewnątrz partii, po słuchaniu o tym, że ma krew ofiar katastrofy smoleńskiej na rękach, po tym jak miał po kretyńskiej histerii wywołanej przez „Wprost” wyrzucać z rządu najlepiej wykształconych, niezastąpionych właściwie ministrów, takich jak Radosław Sikorski i Bartłomiej Sienkiewicz, w końcu powiedział „dość”.

***

Po niemal 30 latach słuchania o zdradzie w Magdalence, o niepodległości przehandlowanej przy Okrągłym Stole, o kondominium rosyjsko-niemieckim naród polski doszedł do władzy we własnej osobie. Daje to elitom niepowtarzalną szansę, aby się zreformować i wyjść z idiotycznej, rodzicielskiej niemal roli, którą odgrywały przez ostatnie dekady – wiedząc, co jest dobre i mądre, musiały przekonywać do tego Polki i Polaków, którzy w dużej, a stopniowo coraz większej części, zamieniali się w coś dziwnie przypominającego rozwydrzone dzieci.

Wraz z rządami PiS ma szansę przejść do historii ten model ustroju, w którym elity ponoszą odpowiedzialność, a naród się dąsa, wybrzydza i narzeka, że za mało kolorowej posypki. Z tego powodu PiS powinien rządzić długo, jak najdłużej, a podstawowym zadaniem odstawionych w demokratycznym głosowaniu do kąta elit jest teraz budowanie wyraźnego muru między polityką odpowiedzialną i długofalową – zrównoważonego rozwoju, praw człowieka, solidarnej współpracy w Unii Europejskiej, walki ze zmianą klimatu, nienadwerężania budżetu państwa – a polityką populistów Kaczyńskiego i Kukiza, których program wyborczy sprowadza się do hasła „cukierki dla wszystkich”.

Teraz nie ma elit, a lud polski rządzi sam sobą: w osobach Beaty Szydło i Andrzeja Dudy objął urzędy premiera i prezydenta, pod postacią Jacka Kurskiego robi telewizję, jako Marek Kuchciński kieruje pracami Sejmu, a jako Beata Kempa zarządza Rządowym Centrum Legislacji. I super, niech to święto, to przyjęcie urodzinowe na Żoliborzu trwa jak najdłużej. Niech wszyscy jedzą tort na śniadanie, obiad i kolację, niech tłuką szyby sąsiadom bezkarnie, niech nie odrabiają lekcji i nie sprzątają w swoim pokoju – niech się wszyscy wyborcy PiS nasycą tą fantazją, na własnej skórze sprawdzą, czy Polskę na takie życie stać, czy to jest rzeczywiście na dłuższą metę fajne. Po to jest demokracja i jeśli coś elitom III RP można naprawdę zarzucić, to to, że zbyt długo nie pozwalały tej potrzebie sprawdzenia rzeczywistości na własnej skórze wydostać się na wolność.

***

Rozum, historia, logika i matematyka podpowiadają, że ten eksperyment zakończy się rozczarowaniem. Że tak jak od nadmiaru cukru boli brzuch, tak brak prawa uniemożliwia istnienie państwa i to, co PiS na życzenie części Polek i Polaków wyprawia, prędzej czy później obróci się przeciwko tym właśnie Polkom i Polakom. Dlatego lewica liberalna dziś cicho kibicuje PiS, bo nic tak jak PiS nie daje szansy na masową edukację obywatelską – czym jest Trybunał Konstytucyjny, na czym polega trójpodział władzy, jakie są zasady solidarności w Unii itd. – i nic nie ma takiej mocy przywrócenia współpracy między politycznymi elitami, które przestaną się bawić w rodziców, tylko wykuwać będą i proponować odpowiedzialne warianty rozwoju kraju, a wyborcami, którzy nie będą się domagać spełnienia ich zachcianek, ale wiedzieć, że demokracja to tylko – i aż – poszukiwanie najmniejszego zła.

A jeśli nie? A jeśli po czterech albo ośmiu latach rządów PiS Polska będzie wykarczowana, w wiadomościach publicznej telewizji nadal nadawane będą same brednie, wszyscy obcokrajowcy uciekną w obawie przed pobiciem, minister Szyszko z kolegami wystrzelają dzikie zwierzęta do ostatniej szarej myszy polnej, a ta szalona konstrukcja państwowa nadal będzie jakoś stała i się nie zawali nie tylko pod względem finansowym, ale PiS nadal będzie przodować w sondażach?

No to trudno. To znaczy, że tak ma być i Polska jest jednak krajem Europy Wschodniej, a tylko elity ma zachodnie. Wtedy elity muszą wyjechać, a Polska podryfuje sobie w stronę Rosji i Białorusi, gdzie widać jest jej miejsce.

LIMERYK NA DZIEŃ DOBRY 🙂

WYKONALI JUŻ KAWAŁ DOBREJ ROBOTY

Waldemar Mystkowski pisze o pierwszym roku wyjścia z UE.

Pierwszy krok wyjścia z UE – na razie z Eurokorpusu

Jest to jeszcze nieoficjalne. Jak ustaliła dziennikarka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borginon, Polska wycofuje się z Eurokorpusu, który ma być podwalinami armii europejskiej, wspólnego projektu militarnego państw Unii Europejskich. Szok? Z pewnością. Gdy obierzemy ze skórki obłudę PiS w stosunku do UE, to będzie mniejszy szok, a nawet podejrzenie, że mamy do czynienia z pierwszym krokiem wyjścia Polski z Unii.

Eurokorpus jako międzynarodowa struktura militarna powstał w 1992 roku. Polska zgłosiła do niego akces i została zaproszona, ale nie miała jeszcze „chrztu bojowego”, czyli być uznana za pełnoprawnego członka z prawem do udziału w decyzjach i planowaniu obrony Unii Europejskiej. Byliśmy jeszcze w przedpokoju, acz nasi żołnierze i przede wszystkim oficerowie w liczbie 120 szkolili się i działali w strukturach Eurokorpusu. W tym roku mieliśmy zostać oficjalnie pełnoprawnym członkiem, a w 2019 roku miało nam zostać powierzone rotacyjne dowodzenie.

Mamy kolejne osłabienie bezpieczeństwa Polski – kto wie, czy nie większe, niż degradacje niemal całego dowództwa Wojska Polskiego. Politycy Platformy na tę wieść orzekli, iż to kwalifikuje się wyżej niż do zdrady dyplomatycznej, bo do zdrady jako takiej, zdrady kraju, której dokonał Antoni Macierewicz. Tak przynajmniej utrzymuje rzecznik PO Jan Grabiec.

Jeszcze niedawno Jarosław Kaczyński cieszył się, że planowana jest europejska polityka obronna i ma powstać europejska armia, ba! w swoim stylu bąkał coś o bombie atomowej. W każdym razie u polityków PiS rozjeżdżają się słowa z czynami. Jeszcze dzisiaj nie opłaca się mówić o wyjściu z Unii Europejskiej, bo Polacy w ogromnej większości są euroentuzjastami, acz – jak utrzymują politolodzy – ten urok jest płytki. Wobec tego – jak widzimy w każdym kadrze – PiS zakasuje rękawy i bierze się za obrzydzanie Unii Europejskiej.

Eurokorpus był w pewnym sensie – a przynajmniej obsady personalnej – poza łapami Macierewicza, więc stąd taka jego decyzja. Można się spodziewać, że PiS będzie temu zaprzeczało, jak to oni zwykli robić. Nie trzeba nikogo przekonywać, w czyim interesie jest takie rozbrajanie Polski, osłabianie naszej obronności.

Po PiS pozostanie nam kraj pod „błogosławieństwem Boga” – tak mówił Macierewicz na pikniku NATO w Piotrkowie Trybunalskim oraz „sojusz północno-amerykański”. Ten ostatni to jakiś nowy twór, który mógł się ukonstytuować w szczególnym umyśle Macierewicza.

Za te szczegóły w głowie Macierewicza może nam przyjść płacić najwyższe ceny, acz nie łudzę się, że po newsie RMF FM kolejne szampany strzelają na Kremlu.

DECYZJA MACIEREWICZA O WYCOFANIU POLSKICH WOJSK Z EUROKORPUSU TO „ZDRADA I PRZESTĘPSTWO”. CZY KTOŚ JESZCZE WIERZY W ICH INTEGRACJĘ Z EUROPA?

KLIKAJCIE, POKAŻMY, ŻE NIE MA NA TO NASZEGO POZWOLENIA

Kleofas Wieniawa o tym samym, ale z innej perspektywy.

Eurokorpusu nie opuszczamy, bo oficjalnie nie zostaliśmy do niego przyjęci, nie staliśmy się pełnoprawnym członkiem. Tak miało sie stać 1 stycznia bieżącego roku, od trzech miesięcy mieliśmy należeć do tego zaczątku armii europejskiej.

Antoni Macierewicz nie zgodził się, abyśmy stali się częścią europejskiej obrony. A że nie poinformował opinii publicznej? Ludzie! Nie bądźcie tacy małostkowi. Jego z-ca Bartosz Kownacki zaprzecza, jakoby Polska miała się wycofać z Eurokorpusu, ale takie jest pisowski sznyt, opus operandi, zaprzeczać, aż do samego końca. Patrz: Jacek Saryusz-Wolski. Później przerobi się to na zdradę.

Coś w PiS wymyślą. A co? A to, że Europa zdradziła PiS. Macierewicza sens się nie ima. A czemu miałby rozumem się przejmować?

Czy to pierwszy widomy krok opuszczenia Unii Europejskiej?

PiS jeszcze kropki, przepraszam: toczki, nie postawił na naszej europejskości, ale coraz nam bliżej do Wschodu i obowiązującego w tamtych stronach ustroju: satrapii. Sądu konstytucyjnego już nie mamy, mediów publicznych też – nie, jeszcze tylko niezależność sądów, samorządy. Rach- ciach i nieposległość Polski w piach.

Z WIADOMYCH WZGLĘDÓW IMPREZA PRZED PAŁACEM 🙂 WPADNIJCIE. Z FLAGAMI. UNIJNE BĘDĄ MILE WIDZIANE (podobno prezes dostaje piany)

Prezydent jeździ na Żoliborz, premier z ministrami na Nowogrodzką. Wszystko stanęło na głowie.

>>>

SZACUNEK DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY DZIŚ KOCHALI EUROPĘ!!!

„Nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom. Jest dużo ważniejsze, żebyśmy wszyscy szanowali wspólne zasady, takie jak prawa człowieka i swobody obywatelskie, wolność słowa i zgromadzeń, równowagę władz oraz rządy prawa. To jest prawdziwy fundament naszej jedności” – to fragment przemówienia, które wygłosił dziś w Rzymie przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

„Europa jako podmiot polityczny będzie albo zjednoczona, albo nie będzie jej wcale” – uważa były premier Donald Tusk. Dlatego też obecnie „nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom” – powiedział przewodniczący Donald Tusk, podczas szczytu Unii Europejskiej w 60. rocznicę traktatów rzymskich. Przemówienie, skierowane do 27 przywódców Wspólnoty, wcześniej całości opublikowała „Gazeta Wyborcza”.

DONALD TUSK

przewodniczący Rady Europejskiej

W 1980 byłem wtedy w Stoczni Gdańskiej wśród robotników, którzy wykrzyczeli w twarz reżimu proste marzenia: o godności, wolności i demokracji. Mimo że wysłano na nas czołgi i żołnierzy, wszyscy wtedy patrzyliśmy w stronę wolnej i jednoczącej się Europy. Mówię o tym, by uświadomić wszystkim, że Unia Europejska to nie procedury ani przepisy. Nasza Unia stanowi gwarancję, że wolność, godność, demokracja i niepodległość będą naszą codzienną rzeczywistością. Czytaj więcej

Donald Tusk nazywa siebie „rówieśnikiem Wspólnoty Europejskiej”, który urodził się dokładnie 60 lat temu. Tusk odwołuje się do historii, mówi o Gdańsku. „Droga, którą codziennie przechodziłem do szkoły, prowadziła przez ruiny”. „Dla mnie II wojna światowa nie jest abstrakcją”– podkreślił były premier.

„Ponad połowę życia przeżyłem za żelazną kurtyną, gdzie zabronione było nawet marzyć o tych wartościach” – te słowa znalazły się w przemówieniu Tusk, które dotarło do mediów przed rozpoczęciem szczytu w Rzymie. Szef RE przestrzega w nim, że „nic nie jest w naszym życiu dane na zawsze”, a budowanie „wolnego świata wymaga wysiłku i poświęcenia”. I dlatego udało się to tylko w kilku miejscach na ziemi; w tym nam. Bardzo łatwo zniszczyć taki świat. Wystarczy krótka chwila.”

DONALD TUSK

przewodniczący Rady Europejskiej

Jedność Europy jest zbiorem wspólnych wartości i demokratycznych standardów. Nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom. Jest dużo ważniejsze, żebyśmy wszyscy szanowali wspólne zasady, takie jak prawa człowieka i swobody obywatelskie, wolność słowa i zgromadzeń, równowagę władz oraz rządy prawa. To jest prawdziwy fundament naszej jedności. Czytaj więcej

Tusk zaznacza, że dla milionów demonstrujących „dziś w Rzymie, Warszawie, nawet Londynie – Unia Europejska to nie slogany, procedury ani przepisy”. „Nasza Unia stanowi gwarancję, że wolność, godność, demokracja i niepodległość nie są już jedynie marzeniami, lecz naszą codzienną rzeczywistością” – słyszeliśmy w przemówieniu.

I co bedzie jak zabraknie immunitetu ..?

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze jak relacjanowano szczyt unijny w Rzymie w TVP, w gadzinówce PiS. Gdy Warszawa, Wrocław i kilkadziesiąt innych polskich miast – a także Berlin, Londyn czy Rzym – świętują 60. rocznicą podpisania traktatów rzymskich, które stały się podstawą zjednoczonej Europy, kanał informacyjny prorządowej telewizji publicznej TVP Info udawał, że… to się nie dzieje.

Gdy w Warszawie na placu Na Rozdrożu zaczęła się ponadpartyjna demonstracja „Kocham Cię, Europo”, TVP Info pokazywała m.in. dyskusje w studiu, czy dziennikarze mają prawo demonstrować miłość do Europy (uznali, że mają, ale tracą tym samym niezależność).

Gdy Krystyna Janda (przywitana na placu Na Rozdrożu owacjami) czytała przemówienie Donalda Tuska, szefa Rady Europejskiej wygłoszone dziś w Rzymie, TVP Info pokazywała relację z podpisania Deklaracji Rzymskiej (nie na żywo).

Gdy na placu Na Rozdrożu przemawiali m.in. Ryszard Petru, szef Nowoczesnej („Łatwo jest Unię Europejską zohydzić, ale efektem końcowym jest to, co stało się w Wielkiej Brytanii. Polacy chcą współtworzyć Unię. Unia Europejska jest naszym domem”), Michał Szczerba z PO („Europo kochana, dziś twoje urodziny”), Róża Thun, europosłanka PO („W Europie jest nas 500 mln. Każdy z nas jest inny, ale wszyscy jesteśmy równi. I taką Europę kochamy”), Marta Lempart, liderka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet („Jaka jest najważniejsza wartość europejska? Wolność, równość? Nie, najważniejszą wartością europejską, która szczególnie nas niesie, jest nadzieja. Nie ma demokracji bez nadziei na demokrację”), TVP Info pokazywała rozmowę z ekspertami.

Były migawki z premier Beatą Szydło w Rzymie, z jej czwartkowego przemówienia, były materiały archiwalne.

Gdy Polacy cieszyli się z bycia członkiem Unii Europejskiej, TVP Info udawała, że to się nie dzieje. Obrazki z placu Na Rozdrożu były rzadkie, małe kwadraciki w górnym prawym rogu i najczęściej bez głosu. Trudno się było zorientować, co się tam dzieje.

Bo przecież, gdy Polacy okazują europejską radość, władza i podporządkowane jej media muszą „drastycznie obniżyć poziom zaufania wobec Unii Europejskiej, czyli zacząć prowadzić politykę negatywną” (tak mówił szef MSZ Witold Waszczykowski).

Gdy w Warszawie Polacy maszerowali z placu Na Rozdrożu na plac Zamkowy, TVP Info udawała, że nie idą, pokazywała m.in. informacje sportowe i debatę o programie 500 plus.

W TVP musieli się bardzo martwić, że tyle Polaków wyszło na ulice, by manifestować „Kocham Cię, Europo”. W TVP Europy – jak widać – kochać nie wolno.

A tymczasem na zadupiu UE… Prezydent Duda świętuje podpisanie Traktatów Rzymskich w ulubiony przez siebie sposób, biorąc udział we mszy.

Waldemar Mystkowski pisze o Beacie Szydło na szczycie unijnym.

Żółć Beaty Szydło

Na zdjęciach grupowych z początku szczytu UE w Rzymie Beaty Szydło nie było widać, przesunięto ją do tyłu, w odpowiednik miejsca dla outsiderów, oślej ławki. Media nad jej postacią się „znęcały” pytaniem: znajdź premier Szydło na powyższym zdjęciu. Faktycznie – bez okularów nie można było jej wypatrzeć. Zagadkę rozwiązywano na następnym zdjęciu – czerwoną strzałką wskazywano ledwie widoczne pół twarzy pani premier.

Więc następnego dnia Szydło ubrała się, jak służby drogowe, na cytrynowo, który to kolor odblaskowy sygnalizuje: uwaga! zachowaj bezpieczeństwo. Niektórzy nawet kombinowali, że kolor żółty jest przynależny najstarszemu zawodowi świata.

Ten najstarszy zawód to jednak – kler, a watykańskie barwy wszak są żółte. Mniejsza o symbolikę kolorów, bo przecież można wyciągnąć wniosek, że żółte papiery wystawione były niegdyś takim ludziom, którzy za siebie nie odpowiadali. Premier Szydło nie odpowiada za polską politykę, odpowiada tylko przed Jarosławem Kaczyńskim, który jej zleca wykonanie zadania. Po powrocie z Rzymu więc zamelduje: „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania!”

Z tymi żółtymi barwami to także nie koniec, bo oto na zakończenie unijnego szczytu premier Szydło powiedziała, jako outsider z oślej ławki: „Polska będzie pokazywać kierunki, w których powinna pójść Unia Europejska”. Na retorykę Szydło przywódcy unijni mogą litościwie spuścić zasłonę milczenia, ale niestety – nie my.

Do pozycji w oślej ławce zastosowali się pozostali politycy PiS w Polsce. Polacy manifestowali poparcie dla Unii dla podpisanej Deklaracji Rzymskiej, wyrażaliśmy się idąc w marszu „Kocham cię, Europo!”, bądź śpiewając „Odę do radości”.

Czy widziano wśród uczestników marszu poparcia dla Unii Europejskiej prezydenta Andrzeja Dudę, albo innego pisowskiego polityka? Nie! Uciekli do Piotrkowa Trybunalskiego, aby obchodzić  Dni Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Szydło w Rzymie używała żółtej retoryki, iż PiS pokaże kierunki UE, a Duda klęczał w kościele oo. Jezuitów w Piotrkowie Trybunalskim. Na zdjęciach widziałem obok Dudy Antoniego Macierewicza. Czy prezydent pogadał sobie z nim na temat liścików, które słał do ministra w sprawach wojskowych?

Europa dwóch prędkości staje się faktem, PiS wyznacza nam kierunek „oślej ławki”, ale Polacy mają zupełnie inne zdanie. Zdarzenia jak na poprzednim szczycie w Brukseli, gdy odniesiono słynny „sukces” 1:27 stymulują postawy Polaków, którzy jeszcze bardziej chcą się integrować w ramach UE. Pod rządami PiS zaszło coś odwrotnie oczekiwanego przez obecną władzę.

W sondażu dla OKO.press „Za jaką Europą Polska powinna się odpowiedzieć” tylko w przeciągu pół roku (od września 2016 roku do dzisiaj) poparcie dla integracji wzrosło z 43 proc. do 59 proc.,  za niezależnością państw było pół roku temu 41 proc., a dzisiaj jest tylko 28 proc.  Za wyjściem Polski z UE też mniej opowiada się Polaków – było 8 proc. jest 6 proc.

Im PiS bardziej obrzydza Unię Europejską, tym więcej Polaków chce jej powiedzieć: „Kocham cię, Europo!” Miłość nie wybiera, pada na głowę, Polakom padła na głowę Unia Europejska, a chcą się rozwieść z PiS, oby do tego ostatnie – rozwodu – doszło jak najszybciej. Wszak nie podzielamy miejsca w oślej ławce, ani żółych papierów, ostrzeżeniem jest polityk w żółtej garsonce: uwaga, niebezpieczeństwo! Taką mamy żółć na PiS!

Piękny obrazek.

>>>

Rząd PiS, aby uniknąć porażki , stawia warunki, które już są spełnione… i ogłasza sukces dyplomacji 🙂

Dyplomacja to zbyt poważna sprawa, by zostawiać ją w rękach premier Szydło i ministra Waszczykowskiego – mówi wiceszef „Wyborczej” Jarosław Kurski.

gazeta.tv/plej >>>

PAD DO REUTERSA O ZAANGAŻOWANIU POLSKI W SPRAWY UE. NA WSZELKI WYPADEK PRZYPOMINAMY PREZYDENTOWI EFEKTY.

60 lat Unii Europejskiej. Świetny tekst prof. Arkadiusza Stempina z portalu TOK FM. „Nie chcemy nakładać na siebie wieńca laurowego, gdyż oczekuje nas jeszcze zbyt wiele wyzwań. Ale chcę wyrazić radość z podpisania traktatów, radość, którą dzielą z nami miliony naszych obywateli. Bo w stronę zjednoczenia Europy uczyniliśmy dziś milowy krok”. Tak 25 marca 1957 roku kanclerz Niemiec przemówił do zgromadzonych podpisaniu Traktatów Rzymskich.

25 marca 1957 roku lało w Rzymie jak z cebra. Krótko przed osiemnastą pod Pałac Konserwatorów na Kapitolu, średniowieczną siedzibę sądu republiki rzymskiej, zajechało kilkanaście czarnych limuzyn. Z aut wysiedli członkowie delegacji sześciu państw: Belgii, Francji, Holandii, Niemiec, Włoch i Luksemburga. Przeszli obok konnego pomnika Marka Aureliusza, projektu Michała Anioła, i wkroczyli do największej auli pałacu, Sali Horacjuszy i Kuriacjuszy, której ściany od XVI w. zdobią malowidła ilustrujące początki antycznego Rzymu. Wśród nich najsławniejsze: „Odnalezienie Romulusa i Remusa” i ‘Porwanie Sabinek’.

Tu, w scenerii późnego baroku, upiększonej złoconym posągiem Herkulesa i papieży, o ponurych, kontrreformacyjnych obliczach Urbana VIII i Innocentego X, szefowie delegacji podpisali dwa dokumenty, które do historii weszły jako Traktaty Rzymskie. Pierwszy powoływał do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą, drugi Europejską Wspólnotę Atomową.

Po 60 latach nazwiska pięciu sygnatariuszy, widniejące pod dokumentami, wyblakły w zbiorowej pamięci i dziś nie znają ich już nawet gorliwi studenci historii: premiera Włoch Antonia Segniego, ministrów spraw zagranicznych Belgii – Paula Spaaka, Francji – Christiana Pineau, Luksemburga – Lambertusa Schausa i Holandii – Josepha Lunsa. Do potomności przeszły nazwisko i twarz ostatniego z nich: Konrada Adenauera.

Ledwo wysechł atrament pod podpisami, a niemiecki kanclerz, człowiek o kamiennej twarzy, efekt wypadku z 1917 roku, przemówił do zebranych. I do potomności: „Nie chcemy nakładać na siebie wieńca laurowego, gdyż oczekuje nas jeszcze zbyt wiele wyzwań. Ale chcę wyrazić radość z podpisania traktatów, radość, którą dzielą z nami miliony naszych obywateli. Bo w stronę zjednoczenia Europy uczyniliśmy dziś milowy krok”. 81-letni mąż stanu, jakiego Niemcy nie miały od czasów Bismarcka – z tą jednak różnicą, że w przeciwieństwie do „żelaznego kanclerza” interesom Europy przyznał on pierwszeństwo nad interesami Niemiec, wieńczył dzieło życia: zespolenie Niemiec Zachodnich z dziedzictwem Zachodu, ekonomicznie, militarnie i politycznym. Ściśle i trwale. To prawda, że, jak się wyraził o nim jeden z niemieckich historyków, „był Adenauer dobrym Europejczykiem, ale złym Niemcem”. W tym sensie chciał być „złym Niemcem”, że pragnął zintegrować Niemcy z Zachodem.

Dopisało mu szczęście. Zapamiętał słowa Churchilla: „Niemcy rzucają się zawsze albo do gardła, albo do stóp”. On nie uczynił ani jednego, ani drugiego. Wiedział, jakie wady gubiły Niemców. Osobiście dopilnował przyśrubowania kałamarzy i pulpitów w Bundestagu, by nie dopuścić do chuligaństwa w parlamencie. Bardziej intelektualnie niż emocjonalnie pojmował, że przyszłość Niemiec na dobre i złe wiąże się z Francją. Osobiście nie darzył jej sympatią; nie gustował ani w kulturze francuskiej, ani w jej legendarnej kuchni. O sąsiednim kraju wiedział w ogóle niewiele, do 70. roku życia był tam raptem raz przez dwa dni. Ale realia polityki wymogły na nim credo: „Nie może być polityki europejskiej bez Francji albo przeciw Francji, tak jak nie może być europejskiej polityki bez Niemiec albo przeciw Niemcom”.

Partnerami Adenauera, torującymi drogę do Traktatów Rzymskich, byli: we Francji Robert Schuman, we Włoszech Alcido de Gasperi, w Belgii Paul-Henri Spaak. Ta grupa europejskich tytanów, ludzi w niemłodym już wieku, tchnęła nowe życie w powojennego „trupa Europy”. Wszyscy z wyjątkiem Belga byli gorliwymi katolikami, wrogami nacjonalizmu, otaczali szacunkiem rodzinę, a istnienie państwa traktowali jako smutną konieczność, dążąc do zminimalizowania jego znaczenia.

Ojcem chrzestnym idei powołania do życia wspólnoty gospodarczej i opracowania pod nią traktatu był wprawdzie holenderski minister spraw zagranicznych Johan Willem Beyen. To on ogłosił ją w memorandum 4 kwietnia 1955. Ale pałeczkę w tej kilkuosobowej sztafecie (po akceptacji projektu przez konferencję ministerialną w Messynie 1 czerwca 1955) przejął najbliższy polityczny sprzymierzeniec Beyena, Paul-Henri Spaak, belgijski minister spraw zagranicznych. Przesądzające znaczenie miało jednak stanowisko Adenauera, Schumana i de Gasperiego.

De Gasperi, wysoki, nadmiernie chudy i z ponurym obliczem, stawiał czoła życiu z groźnym spojrzeniem psa obronnego. Tak jak Adenauer był federalistą. Adenauer reprezentował policentryczne Niemcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, de Gasperi północne Włochy Habsburgów. Trzeci w szeregu, Robert Schuman, pochodził z Lotaryngii, a jego językiem ojczystym był niemiecki. Podczas I wojny światowej służył w armii cesarskiej w randze sierżanta – Francuzi mówili, że Lotaryńczykowi można wybaczyć to, iż był u Niemców szeregowcem, no może podoficerem, ale osiągnięcie rangi oficerskiej było dla nich oznaką gorliwości. Aż do 1919 roku nie miał francuskiego obywatelstwa.

Premier de Gasperi zmarł trzy lata przed podpisaniem traktatów, Schuman nie piastował już wtedy funkcji szefa MSZ, (de Gaulle dopiero za rok miał wejść do Pałacu Elizejskiego). Dlatego tylko Adenauer i Spaak pochylali się na rzymskim Kapitolu nad architektonicznym projektem dla Europy. Jej kompasem na przyszłość.

Układ przewidywał niewiarygodną rzecz: utworzenie wspólnego rynku, choć w czasie rozciągniętym na 15 lat. Znosił cła między krajami-sygnatariuszami, ustanawiał wspólną taryfę celną wobec państw trzecich i likwidował ograniczenia w przepływie kapitału i we wzajemnym obrocie. W politycznym wymiarze ustanawiał radę ministrów (reprezentującą państwa członkowskie), komisję europejską, zgromadzenie złożone z delegatów parlamentów i trybunał do rozpatrywania sporów między członkami lub z państwami trzecimi. Drugi traktat powoływał Euratom, koordynujący badania nad energią nuklearną i jej zastosowaniem w przemyśle cywilnym (nie wojskowym!).
Generalnie, wspólnota gospodarcza dominowała nad polityczną. Bo ciągnące się dwa lata rokowania stanowiły twardy kompromis między niemiecką perspektywą narzucenia wspólnocie jedności politycznej a francuską doń niechęcią. Kompromis między interesami Niemiec (zwiększenia eksportu produkcji przemysłowej) oraz Francji (ochroną rozdętego rolnictwa i etatyzmu państwowego), między życzeniem niemieckim co do wspólnego zarządzania energią atomową a przeciwstawnym francuskim – wyłączenia zeń sektora militarnego.

Śmiałość rozwiązań najlepiej widać w kontekście poprzednich 12 lat, które minęły od końca II wojny światowej. 12 lat, wypełnionych bardziej rozczarowaniami niż postępami w integrowaniu się kontynentu. Ale czy w 1945 roku w Europie ktokolwiek wierzył we wskrzeszenie ducha jedności? Bardziej wizjonersko niż realnie brzmiały słowa Churchilla, wypowiedziane w 1946 roku na uniwersytecie w Zurychu: „Musimy zbudować rodzaj Stanów Zjednoczonych Europy. (…) Jeśli Europa ma być wybawiona z nędzy, a w istocie od zagłady, to musi dokonać aktu wiary w istnienie europejskiej rodziny, aktu zapomnienia wbrew wszelkim zbrodniom i szaleństwom”.

Im bardziej jednak Rosjanie zaciągali żelazną kurtynę i umacniali system komunistyczny w swojej strefie okupacyjnej, tym bardziej zachodni alianci angażowali się w sprawę utworzenia zachodnich, reńskich Niemiec. Tym szybciej też dojrzewały w Europie Zachodniej pomysły integracyjne. W cieniu wielkiej polityki pojawiali się także pozapaństwowi aktorzy, jak młodzieżowe grupy z Francji i Niemiec, które wyrywały biegnące wzdłuż Renu pale graniczne.

Największym prezentem i uśmiechem losu dla Adenauera było jednak odrzucenie przez ZSRR planu Marshalla dla Europy Wschodniej. Umożliwiło to odrębny rozwój gospodarczy Niemiec Zachodnich, co było warunkiem dla długofalowych planów przyszłego kanclerza. Szczwany lis wiedział, że Francja nigdy nie zgodzi się na „Stany Zjednoczone Europy” z 80 milionami Niemców, dysponującymi jednolitą bazą przemysłową. Blokadą Berlina, (w efekcie nieudaną), Rosjanie oddali mu kolejną przysługę, nasilając „Zimną Wojnę” i pieczętując powstanie NATO. Filarem nowego Paktu musiały stać się Niemcy Adenauera, skoro 4 lata po wojnie Europa Zachodnia zaserwowała sobie duże państwo niemieckie.

I tak troska o własne bezpieczeństwo połączyła ze sobą kraje leżące na zachód od Łaby – topiąc powojenną koncepcję francuską. Teraz już nie mogło być mowy o rozbiciu Niemiec, jak marzyli wcześniej Francuzi, na wiele państewek, jakichś tam Bawarii, Badenii czy Hesji. Na amen przepadła sprawa umiędzynarodowienia Zagłębia Ruhry, tego gigantycznego matecznika teutońskiego przemysłu zbrojeniowego. „Remilitaryzacja Niemiec zawarta jest w Pakcie Atlantyckim jak płód w jaju”, grzmiał „Le Monde”.

W istocie Pakt Atlantycki (1949) i utworzenie RFN (1955) oznaczało dla Francji rezygnację z wielu pomysłów na przyszłość. Ale czym je zastąpić? Wobec tego, że Wielka Brytania oddalała się od Europy kontynentalnej, Włochy i Hiszpania były słabe, a sam Paryż wplątał się w wojnę w Indochinach (a zaraz potem o Kanał Sueski), politycy francuscy usiłowali przebić się przez mroki przeszłości: Współpraca z wczorajszym „diabłem” zza Renu wydawała się im nieuchronna. Tym bardziej że gospodarki francuska i niemiecka uzupełniały się nawzajem.

Nawet de Gaulle, który w utworzeniu NATO i RFN widział „wskrzeszenie III Rzeszy”, niemal nazajutrz zaproponował zawarcie układu ekonomicznego między Paryżem i Bonn. „Nasza Afryka ma mnóstwo rzeczy, których brakuje Niemcom”, mówił, zachwycając się wtedy bez zastrzeżeń konstrukcją zjednoczonej Europy: konfederacją narodów z ładunkiem jedności w ekonomice, kulturze, obronności. Wszystko to brzmiało jak sen, a jego słowa o „obywatelach Europy” wręcz nieprawdopodobnie. A jednak tak perorował generał nazajutrz po utworzeniu Rady Europy, urzędującej od maja 1949 roku na granicy Francji i Niemiec, symbolu zapasów germańsko-galijskich – w Strasburgu.

Rada, powstała z inicjatywy Churchilla i Schumana. Choć nie miała większych uprawnień, symbolizowała ducha jedności Europy. A Schuman był gotów przekuwać kolejne idee w czyn. Jeden z nich, autorstwa Jeana Monneta, francuskiego jednoosobowego think tanku, Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, sfinalizował w ciągu 18 miesięcy. Skoro nie udał się Francji pierwszy wariant, polegający na zagarnięciu kopalń i hut niemieckich, przystąpiono do drugiego: współpracy w zakresie tych dwóch filarów przemysłu zbrojeniowego. Kontrola Niemiec, ale nie z batem w ręku, tylko przez współpracę. Miało to być preludium do późniejszej kooperacji politycznej i utworzenia Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG). Opinia publiczna była zdezorientowana. We Francji protestowali tylko komuniści.

Ale potem już cała Francja rozkołysała się od kampanii przeciw ratyfikacji Europejskiej Wspólnoty Obronnej, kolejnego pomysłu z kapelusza Monneta. Ten podrzucił go René Plevenowi, w unii personalnej szefowi rządu i ministrowi obrony Francji, który przeforsował go na forum pozostałych pięciu rządów partnerskich. Od „sprawy Dreyfusa” z końca XIX w. nigdy dotąd namiętności polityczne nie osiągnęły we Francji tak wysokiej temperatury. Bo jeśli na początku lat 50. w Paryżu drogę torowało sobie słuszne przekonanie, że tylko Francja do spółki z Niemcami są motorem, sercem i płucami rodzącego się europejskiego (ekonomicznego) organizmu, to wizja wcielenia swego wojska do wspólnej „armii europejskiej” i ogólnej integracji armii krajów Europy Zachodniej (w tym zachodnioniemieckiej) pod amerykańskim dowództwem przyprawiała francuską część tegoż organizmu o nerwicę lękową. Z objawami konwulsji. Na taki poród w 1953 roku było jeszcze za wcześnie. De Gaulle przyszłego bękarta nazwał Frankensteinem. Wizja Europy podporządkowana Amerykanom i Niemcom była dla niego nie do przyjęcia. Walnie też przyczynił się do upadku projektu Europejskiej Wspólnoty Obronnej, podczas głosowania w parlamencie w 1954 roku. Był to jeden z rzadkich podniosłych momentów w historii francuskiej IV Republiki. Zwycięzcy posłowie wstali z miejsc i odśpiewali „Marsyliankę”. Ministrowie popierający wspólnotę obronną ustąpili. De Gaulle i spora część francuskiego establishmentu naprawdę obawiała się odrodzenia niemieckiego militaryzmu. Dlatego generał rozszerzył wizję Europy, rozciągającą się teraz od Gibraltaru do Uralu, od Spitsbergenu do Sycylii, a nie ograniczoną do „rdzenia” francusko-niemieckiego, który w dawnych granicach państwa Karola Wielkiego zapewniłby niechybnie hegemonię germanizmowi.

Stało się inaczej. W 1955 roku RFN przystąpiła do NATO. W odpowiedzi Sowieci powołali Układ Warszawski. Podział kontynentu na sowiecki Wschód i unifikujący się w bólach karoliński Zachód cementował się. Europa Zachodnia wyszła z własnego cienia, gdy trzy lata po odrzuceniu idei wspólnoty obronnej przedłożyła sobie i światu Traktaty Rzymskie.

Aby wcielić ich postanowienia w życie i aby Francja naprawdę mogła uścisnąć niemieckie ręce, potrzeba jej było wiary w samą siebie. Więcej – nowej tożsamości. Potrzebny jej był też człowiek symbolizujący odzyskaną ufność. Nie mógł to być Schuman, którego nie tylko komuniści (nadający polityce francuskiej ksenofobiczny akcent) nazywali „Szwabem”.

Szczęście Adenauera polegało na tym, że żył dostatecznie długo, by móc czerpać korzyści z triumfalnego powrotu de Gaulle’a do władzy w 1958 roku. Generał był więcej niż tylko francuskim patriotą. Był Karolingiem. Adenauera uważał za męża opatrznościowego, który stwarza Francji okazję, jaka już się nie powtórzy. Metamorfoza niebywała, skoro nie tak dawno ostrzegał przed Niemcami. Czego szukał więc teraz? Partnera, którego mógłby kontrolować, aby nie wyrósł mu ponad miarę. Widział, że sąsiedzi zza Renu rosną w siłę gospodarczą, militarną i polityczną. Postanowił ich wyprzedzić. Na przestrzeni pięciu lat od Traktatów Rzymskich prezydent i kanclerz odbyli serię ponad 40 coraz bardziej przyjacielskich spotkań, aż do 1963 roku, gdy Niemiec przeszedł na emeryturę. Zdjęcia z tego okresu przedstawiają ich wiecznie ściskających sobie ręce z uśmiechem, rzadkim gościem na twarzach obu starców.
To oni położyli fundament pod alians francusko-niemiecki. Sojusz opierał się na pomniejszeniu roli EWG, przy równoczesnym zapewnieniu sprawnego jej funkcjonowania na płaszczyźnie ekonomicznej, opartego na powiązaniu gospodarki niemieckiej i francuskiej. Nieprawdopodobne wręcz, ale sukces EWG, polegający na koncepcji zrównoważonych korzyści, wykreowało dwóch staroświeckich katolików-konserwatystów, z poglądami ukształtowanymi przed I wojną światową, którzy teraz zareagowali niezwykle elastycznie na wyzwania czasu.

Mimo jednak istnienia EWG i przyjaźni z Adenauerem, de Gaulle do końca przesiąknięty był podejrzliwością wobec Niemców. „Niemcy są zawsze Niemcami” – powtarzał i przestrzegał przed niebezpieczeństwem ze strony „Kruppów”. Jego wysiłki zmierzały do kontrolowania poczynań RFN, ale nie siłą, lecz przez przyjazne stosunki. Podpisany w 1963 roku niemiecko-francuski Traktat Elizejski, gdy obaj starcy padli sobie w ramiona, przewidywał wzajemne konsultacje przed każdą decyzją w sprawach EWG, NATO czy Rady Europy.

Między Traktatem Rzymskim a Elizejskim narodziła się dzisiejsza Europa. Wszystkie późniejsze akty traktatowe powiększały liczbowo założycielską grupę i zwiększały stopnień jej integracji. Przy wszystkich swoich dzisiejszych niedoskonałościach stanowi Unia Europejska przede wszystkim rękawicę rzuconą Historii, czyli zaprzeczenie linearnego biegu dziejów ludzkości. A on od samego początku, biblijnym zarżnięciu Abla przez Kaina, czy w wersji europejskiej, wojny trojańskiej, wywołanej nb. sporem o kobietę, niezmiennie przebiegał w rytmie kolejnych wojen i stale zrywanych „wieczystych pokojów”. Tymczasem w 2017 roku od Lizbony po Tallin dorasta już trzecie pokolenie, które nie musi bohatersko ginąć w obronie ojczyzny przed agresją europejskiego sąsiada.

NAJSZTUB BEZLITOSNY DLA POSŁANEK PiS. WG NAS, MA RACJĘ. PiS zapomniał o konstytucyjnym rozdziale kościoła od Państwa

Uważa, że w wolnym czasie mógł grać w filmach porno. Domaga się przywrócenia do PiS. BRAWO DLA CZŁONKA!!!

Fragmenty wystąpienia Donalda Tuska na szczycie w Rzymie.

Dla milionów ludzi – a dziś te miliony będą demonstrować w Rzymie, w Warszawie, nawet w Londynie – Unia Europejska to nie slogany, procedury ani przepisy. Nasza Unia stanowi gwarancję, że wolność, godność, demokracja i niepodległość nie są już jedynie marzeniami, lecz naszą codzienną rzeczywistością.

Ponad połowę życia przeżyłem za żelazną kurtyną, gdzie zabronione było nawet marzyć o tych wartościach. Dlatego dziś mam prawo głośno powtarzać tę prostą prawdę: że nic w naszym życiu nie jest dane na zawsze i że budowanie wolnego świata wymaga wysiłku i poświęcenia.

Jedność Europy jest zbiorem wspólnych wartości i demokratycznych standardów. Nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom. Jest dużo ważniejsze, żebyśmy wszyscy szanowali wspólne zasady, takie jak prawa człowieka i swobody obywatelskie, wolność słowa i zgromadzeń, równowagę władz oraz rządy prawa. To jest prawdziwy fundament naszej jedności.

CZY WASZYM ZDANIEM ANKA BADOWSKA MA RACJĘ? My jesteśmy w szoku. Kto tam pracuje nad wizerunkiem????

Waldemar Mystkowski pisze o Beacie Szydło, sondażu i w ogóle.

Ofelia Szydło okrakiem na unijnej barykadzie

Beata Szydło chciała usiąść okrakiem na unijnej barykadzie: podpiszę, a może nie podpiszę Deklaracji Rzymskiej. Ledwie pisowska Ofelia w czwartek pohamletyzowała, zaraz dziennikarze dotarli do wynegocjowanej deklaracji, w której wykoncypowane przez premier Szydło 4 warunki do spełnienia przez wraże władze unijne są od poniedziałku spisane w dokumencie, więc ogłosiła, że „deklaracja zostanie zatem przyjęta”. „Zatem” nie będzie poruty, jak  na poprzednim szczycie w Brukseli, po którym wciskano kit, że porażka 1:27 jest sukcesem.

Nasza Ofelia nie musi wyjeżdżać, aby przynosić wstyd. Zamach terrorystyczny w Londynie został przez nią cedowany na winę uchodźców: „Nie da się nie łączyć fali migracji z tym, co się dzieje w Europie”. Wypowiedź została podchwycona przez media na Wyspie i na świecie. Szydło została w jednym szeregu zestawiona z Marine Le Pen i Nigelem Faragem.

A zamachowiec urodził się 52 lata temu w Kent. Komentujący słowa Szydło były brytyjski minister ds. europejskich Denis MacShane powiedział dyplomatycznie, że zamachowiec „urodził się w Wielkiej Brytanii, został wychowany w Wielkiej Brytanii i jest Brytyjczykiem w takim samym stopniu jak premier May czy David Beckham”. Premier Szydło może nie wiedzieć, kto to jest Beckham, więc były minister powiedział jeszcze dosadniej, kto to jest dla Brytyjczyków imigrant: „W Wielkiej Brytanii słowo ‚imigrant’, gdy jest używane przez nacjonalistycznych populistycznych demagogów w polityce lub prasie, częściej występuje poprzedzone przymiotnikiem ‚polski’ niż pozbawione takiego dookreślenia”.

Jaki kraj, taka Ofelia. Brytyjczycy to dżentelmeni, więc krytykowali Szydło, ale nie tak, jak prezes Kaczyński swoich wrogów (element animalny, gorszy sort), więc Radosław Sikorski poczuł się zwolniony z języka dyplomacji i wystąpienie Szydło określił: „Znowu zrobili wiochę na całą Europę”.

Jarosław Kaczyński nigdy tej wiochy, Kaczej Wólki, nie opuszcza, a jednak w dniu zamachu był w Londynie, otarł się o wielki świat. Dosłownie otarł, bo jego spotkanie z premier JKM Theresą May trwało tylko 20 minut. Po zamknięciu słynnych drzwi na Downing Street minę miał nietęgą, a co musiało prezesa szczególnie boleć, nie był chroniony przez szpaler polskich policjantów, ani przez brytyjskich Bobby. W Londynie nie ma Wawelu. Prezes też powinien się cieszyć, że Polacy nie wiedzieli, kiedy tam będzie przebywał, toteż nie usłyszał skandowanego: „De-mo-kra-cja, de-mo-kra-cja”.

Ale to może jednak „pan” prezes wyczytać z kolejnego, bo trzeciego sondażu – tym razem Kantar Public dla „Wyborczej” – w którym Platforma Obywatelska dogania PiS (27 do 24 proc.). Schetyna już łapie za koszulkę Kaczyńskiego, wystarczy, że dobrze za nią pociągnie i PiS będzie oglądało plecy „totalnej opozycji”.
Ofelia Szydło politycznie skończy, jak Ofelia z tragedii, a nad Kaczyńskim (tutaj nad pisowskim Hamletem) Fortynbras Schetyna, a może Fortynbrasem będzie Petru bądź Kijowski, zadumają się. W tym miejscu strawestuję Zbigniewa Herberta: „Żegnaj „panie” Ka, czeka na mnie projekt kanalizacji, dekret w sprawie prostytutek i żebraków, muszę jeszcze obmyślić lepszy system więzień, żegnaj „panie” Ka, Polska nie jest już więzieniem”.

Wiem, że powyższe słowa brzmią optymistycznie, ale nadzieja na naszych oczach przepoczwarza się w zwycięstwo suwerena, czyli klęskę PiS.

NO I KOGO BARDZIEJ SZANUJE?

25.03.2017 r. o godz. 12 odbędzie się marsz ‚Kocham Cię, Europo’. Start z Pl. na Rozdrożu, koniec na Pl. Zamkowym.

Kleofas śpiewa „Odę do radości”.

>>>

INTERNAUCI JUŻ WIEDZĄ, JAK BĘDZIE

Monika Olejnik w „Wyborczej” pisze o sukcesach PiS.

HOŁDYS MA RACJĘ. TAKIEGO JADU JESZCZE W POLSCE NIE BYŁO.

Potwierdza się to, co odkrył i uświadomił prezes: że Tusk jest kandydatem niemieckim. Dowodem gazety, które oznajmiają: Volksdeutsch królem Europy

Wydawałoby się, że w październiku 2015 r., kiedy PiS zdobyło 235 mandatów w Sejmie, Polska odzyskała wolność.

Okazuje się, że jednak nie. Po wyniku 27 do 1 w Brukseli straciliśmy to, co nam dano. 10 marca na Krakowskim Przedmieściu prezes mówił: „Będzie wolna Polska, będzie prawda o Smoleńsku i będzie klęska tych, którzy są łotrami”.

Kim są łotry? To oczywiste: to ci, którzy ucieszyli się z tego, że Polak został ponownie przewodniczącym Rady Europejskiej.

Pan prezes myślał, że zrobi rewolucję w Brukseli ekspresowo, z przyjaciółmi z Budapesztu. W sobotę ogłoszono decyzję o kandydowaniu Jacka Saryusza-Wolskiego, a w czwartek w Brukseli były wybory. W poniedziałek Saryusz-Wolski został wykluczony z Europejskiej Partii Ludowej i tym samym premier Orbán zrezygnował z pomagania przyjacielowi.

Teraz prezesa potwornie denerwuje, kiedy politycy Platformy w telewizji pokazują tabliczki z napisem 27:1, więc mówi „Rzeczpospolitej”: „To jest sukces, który tak naprawdę ich kompromituje, bo przecież 1 to Polska, a 27 to inne kraje, i wpisuje się to w bardzo niedobrą, trwającą od XVII w. tradycję zdrady narodowej”. Ale choć „jesteście partią zewnętrzną, kompromitujecie Polskę”, to Polska jest państwem prawa, dlatego być może opozycja będzie mogła startować w wyborach.

Dla prezesa witającego na lotnisku kwiatami Beatę Szydło premier jest mężem stanu. Dzielnie walczyła w Brukseli, a teraz opowiada, że następnego dnia po głosowaniu przywódcy unijni mieli nietęgie miny. Dopadł ich kac moralny.

No i potwierdza się to, co odkrył i uświadomił prezes: że Tusk jest kandydatem niemieckim. Dowodem gazety w kioskach. Na okładce tej, której prezes dziękował w dniu wyborów, widać Tuska w mundurze Wehrmachtu. Na innej okładce tytuł oznajmia: „Volksdeutsch królem Europy”. Już pojawiają się pomysły, żeby zablokować Tuskowi możliwość głosowania w Sopocie, bo przecież nie jest Polakiem.

Jeszcze niedawno prezes mówił, że najlepszym kanclerzem dla Polski byłaby Angela Merkel. Prawda? Ale wiele się zmieniło. Merkel trzęsąca Unią i polskojęzyczny Niemiec na czele Rady Europejskiej – to już za wiele.

Dobrze chociaż, że zdrajcy, jak to zdrajcy, nie potrafią się dogadać, każdy ciągnie w swoją stronę. Kukiz i Petru przebąkują, że chcieliby odwołania ministra spraw zagranicznych, Platforma mówi o wotum nieufności dla rządu, ale nie rozmawia z przywódcami innych partii.

Zresztą, nawet gdyby się dogadali, nic nie osiągną. Wypracowaliśmy sprawdzoną strategię dobrego i złego policjanta: z jednej strony prezes Kaczyński zapewnia, że nie chce, żeby Polska wyszła z Unii, a z drugiej – minister spraw zagranicznych zamierza pokazywać ostre zęby, blokować inicjatywy, obniżać poziom zaufania i prowadzić bardzo ostrą grę.

Gwarantowane, że Unia się przestraszy. Tak dziurawych zębów w Europie dawno nie widzieli.

TO JEST TA PiS-OWSKA PRACA I POKORA…

PiS zagrabia pieniądze nie tylko polskie, ale także unijne. Pisze Agata Kondzińska.

Co ze sprawą konwencji PiS opłaconej w euro? Opozycja żąda wyjaśnień

– Będziemy domagać się wyjaśnień w sprawie konwencji PiS w Katowicach. Jeśli okaże się, że europejskie pieniądze zostały wydane niezgodnie z prawem, to będzie oznaczać, że PiS złamał unijne rozporządzenie o finansach partii. I polskie też – mówi Rafał Trzaskowski, były wiceminister spraw zagranicznych i poseł PO.

We wtorek „Wyborcza”, holenderski dziennik „NRC Handelsblad” i belgijski portal Apache.be opisały, że audytorzy z Parlamentu Europejskiego mają wątpliwości dotyczące konwencji programowej PiS z lipca 2015 r. Za jej organizację zapłacił ACRE, Sojusz Konserwatystów i Reformatorów w Europie. Zrzesza on m.in. PiS, brytyjskich torysów i turecką AKP prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. Europosłowie ACRE zasiadają w europarlamencie we frakcji Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (EKR).

Audytorzy z europarlamentu przejrzeli dostępne w sieci materiały (m.in. nagrania na YouTubie) dotyczące konwencji w Katowicach. Dotąd nie znaleźli żadnego dowodu, że ACRE, choć wyłożyła pieniądze na konferencję, odegrała istotną rolę bądź była widoczna podczas trzydniowej imprezy. Jedynie w broszurze, która jest zbiorem propozycji programowych PiS, każdą stronę oznaczono logo ACRE – tuż obok logo partii Jarosława Kaczyńskiego. Na 50 paneli konwencji zaledwie kilka dotyczyło UE, np. Brexitu.

Według dyrektora ACRE na katowicką konferencję wydano 100 tys. euro. Nie wiemy, czy i ile dołożył do niej PiS. Skarbnik partii nie odpowiedziała na nasze pytania, choć wysłaliśmy je 6 marca. W rachunkach PiS z lipca 2015 r. w Krajowym Biurze Wyborczym nie znaleźliśmy wpłat związanych z konwencją.

– Rozważamy zawiadomienie prokuratury – mówi Katarzyna Lubnauer, rzeczniczka Nowoczesnej. Zaznacza jednak, że ma wiele wątpliwości dotyczących działań prokuratury pod rządami ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry: – Dlatego będziemy z uwagą śledzić działania Parlamentu Europejskiego, który dąży do wyjaśnienia sprawy.

Kto może zbadać finanse PiS

Przed rokiem Nowoczesna złożyła wniosek do prokuratury po wspólnej publikacji „Newsweeka” i duńskiej gazety „Ekstra Bladet” o tym, że Solidarna Polska – partia Zbigniewa Ziobry – urządziła swoją konwencję za pieniądze europarlamentu przeznaczone na kongres klimatyczny. Trzy miesiące później prokuratura wszczęła postępowanie w tej sprawie. Do śledztwa dołączono też kongresy PO, PSL i SLD.

W rozmowie z belgijskim portalem Apache.be poseł PO Rafał Trzaskowski stwierdził, że rolą opozycji jest domagać się wyjaśnień, a rolą prokuratora wszcząć postępowanie z urzędu. – Jeśli okaże się, że unijne pieniądze były wydane niezgodnie z przeznaczeniem, będzie to oznaczało, że PiS złamał unijne rozporządzenie o finansowaniu partii – mówi Trzaskowski.

Zgodnie z rozporządzeniem o statusie oraz finansowaniu partii europejskich i ich fundacji nie można pieniędzy z UE wydawać na „bezpośrednie i pośrednie finansowanie partii krajowych”. Zapytaliśmy w Krajowym Biurze Wyborczym, czy sprawdzi raz jeszcze finanse PiS za 2015 r.?

– Postępowania dotyczące kontroli finansów Komitetu Wyborczego i kontroli finansów partii za 2015 r. są zakończone. A przepisy kodeksu wyborczego i ustawy o partiach politycznych nie przewidują wznowienia postępowania w tych sprawach – poinformował nas Krzysztof Lorentz, szef zespołu kontroli finansowania partii politycznych i kampanii wyborczych w KBW. – Takie rzeczy po zakończeniu badań kontrolnych mogą być badane tylko przez organy ścigania pod kątem ewentualnego popełnienia przestępstwa.

PiS nie odpowiada, ale straszy pozwem

PiS nie odpowiada na nasze pytania. W czwartek z rzecznik partii Beatą Mazurek próbował porozmawiać dziennikarz holenderskiego „NRC Handelsblad” i belgijskiego portalu Apache.be. Nie odebrała. W końcu szef biura prasowego PiS w Sejmie Krzysztof Wilamowski poprosił o pytania mailem. Wyjaśnień nie otrzymaliśmy.

Telefonów od nas nie odbiera też europoseł Tomasz Poręba, który kieruje konserwatywnym think tankiem New Direction, fundacją związaną z ACRE. Opisaliśmy, że New Direction w 2015 r. dostała mocne wsparcie od darczyńców z Polski. Wśród nich były m.in. firmy, które od lat współpracują z PiS. Fundacja twierdzi, że wszystko jest zgodne z prawem.

Poręba straszy „Wyborczą” pozwem na Twitterze: „Analizowane są wasze pomówienia i kłamstwa oraz agresywne najścia na niewinnych ludzi”. I jeszcze, że „pomówień, insynuacji, taniej sensacji a więc najczęściej artykułów »Wyborczej« nie komentuje z zasady”.

Do europosła Poręby dodzwonił się dziennikarz Apache.be. Kiedy się przedstawił, rozmowa została przerwana.

Waldemar Mystkowski pisze o konstruktywnym wotum nieufności dla rządu Szydło.

Czy Schetyna strzeli bramkę PiS-owi?

Platforma Obywatelska podeszła do wotum nieufności do rządu Beaty Szydło po bożemu, a nawet misyjnie. I proszę nie dopatrywać się w tym jakichś insynuacji z podtekstem nieprzyzwoitości, mam na myśli standard oczywistości. Konstruktywnym kandydatem do zastąpienie marionetki Kaczyńskiego nie jest marionetka Schetyny, ale sam Grzegorz Schetyna.

Szef Platformy nie chowa się za plecami innych, aby wyskakiwać co rusz jak diabełek ze swoją genialnością. Schetyna bierze na własną klatę odpowiedzialność – a będzie ją coraz ciężej brać, bo sytuacja Polski staje się coraz cięższa. I coraz trudniejszy będzie powrót do normalności.

Pacjent, który zachorował, a takim jest Polska pisowska, nie potrafi przyznać się do swojej choroby i postawionej diagnozy, tym samym nie potrafi zgodzić się na aplikowane lekarstwa. Taki pacjent zapiera się przed rozumem, porażkę nazywa sukcesem. Trzeba dużej dozy nieprzytomności, aby z wyniku 1 do 27 być „dumnym”, jak to powiedział Jarosław Kaczyński do Beaty Szydło po sromocie na brukselskim szczycie i wręczył jej kwiaty. Długo przyglądałem się zdjęciom witającego Kaczyńskiego swoją pacynkę, czy aby oczy moje się nie pomyliły, bo kwiaty powinny układać się w wieniec pogrzebowy. Za mniejszą porażkę Paris Saint-German z Barceloną kibice paryscy chcieli pogonić swoich boiskowych pupilów.

Jakimś kłopotem dla PO będzie Nowoczesna, gdyż nie został razem ustalony kandydat Schetyna, ale partia Ryszarda Petru jest z tym pogodzona, bo sondaże wróciły do wyników z dnia wyborów, a poza tym w interesie opozycji jest do pokazania Polakom, ile strat przynosi obecna władza. Choć wynik głosowania nad wotum nieufności jest do przewidzenia, jednak powinno niektórym uzmysławiać to, że do niego dochodzi – kolejna kropla spada na skałę, a będzie ich coraz więcej i więcej – i wreszcie zostanie wydrążona droga do usunięcia PiS od koryta.

Wniosek o konstruktywne wotum nieufności PO złoży w następnym tygodniu. Najbliższa sesja sejmowa jest przewidziana na 22-24 marca, a więc na niej nie dojdzie do głosowania, gdyż regulamin Sejmu precyzuje, glosowanie odbywa się „po upływie 7 dni od dnia jego (wniosku) zgłoszenia i nie później niż na następnym posiedzeniu Sejmu”. Kolejne zaplanowane posiedzenie Sejmu jest na 5-7 kwietnia, co wydaje się najbardziej prawdopodobnym terminem głosowania, ale też może być to 20-21 kwietnia. Podkreślam te daty, bo w międzyczasie dojdzie do hucznego święta PiS – 7. rocznicy katastrofy smoleńskiej.

Wiele zatem zależy do stron politycznego konfliktu. Jak Platforma chce rozegrać wotum nieufności i co w nim zostanie zapowiedziane, jakie otrzyma wsparcie ze strony społeczeństwa obywatelskiego. To nie tylko gra polityczna, bo z żelaznego elektoratu PiS schodzi powietrze, co wyraźnie widać było podczas ostatniej miesięcznicy smoleńskiej. Protestujących przeciw PiS było więcej niż ludu smoleńskiego.

Opozycja potrzebuje zgrania, wspólnych projektów. PiS wcale nie wygląda na zdrowego zawodnika, wyraźnie widać, iż porusza się na glinianych nogach, nawet nie za bardzo zadziała na ich korzyść ustawa o zgromadzeniach, która zgodnie z prawem jest do obejścia. Mam nadzieję, że Grzegorz Schetyna okaże się kimś w rodzaju Lionela Messi i strzeli PiS choć jedną bramkę. Polacy przebierają nogami, aby wynik podwyższyć i aby był nawet lepszy niż 27:1.

NIKT, KTO SIĘ ZNA NA PRAWIE I KONSTYTUCJI, NIE MA WĄTPLIWOŚCI. TO BYŁA SZOPKA

Także Kleofas Wieniawa porusza kwestię wotum nieufności.

Grzegorz Schetyna wydaje się być naturalnym kandydatem na premiera przy wotum nieufności dla rządu Beaty Szydło. Spięcia z Ryszardem Petru są niejako wpisane w opozycję wielopartyjną, Nowoczesna wraca do równowagi między sondażami a stanem posiadania posłów.

Platforma szybko odzyskuje rezon, Schetyna dość dobrze gospodaruje swoimi siłami w postaci 30-40 lernich posłów, których ma zdecydowanie lepszych niż PiS, w partii Kaczyńskiego nawet nawala Mateusz Morawiecki, bo okazuje się li tylko papierowym tygrysem.

Co zyskuje opozycja na wotum nieufności? Przede wszystkim należy silnie wbić do głów społeczeństwu, iż wynik szczytu, podczas którego głosowano nad reelekcją Tuska, 1:27 jest nieprzypadkowy.

I rezultat stosunków z UE będzie się pogarszał, bo UE jest skazana na przyspieszenie reformowania, a Poska pisowska nie załapie się do peletonu. Pod tą władzą jesteśmy skazani na przebieranie nogami pod tablicą: koniec wyścigu.

W którymś momencie wyścigu nie będzie, bo odjechał, odbył się, a „geniusz” z Nowogrodzkiej będzie pluł w sitko o winach innych.

Opozycja – a szczególnie PO – dużo może zyskać na tym spektaklu sejmowym, jeżeli zostanie on dobrze rozgrany i porwie społeczeństwo obywatelskie, tym bardziej, że ciemny lud pisowski depczący na miesięcznicach smoleńskich był ostatnio nawet mniej liczny niż protestujący Obywatele RP i KOD.

KANTAR Millward Brown dla 300POLITYKI: dawno w żadnej sprawie narracja PiS nie była tak odległa od opinii publicznej

>>>