Posts Tagged ‘Wojciech Maziarski’

CZY MOŻECIE TO SKOMENTOWAĆ??? CENZURALNYCH SŁÓW NAM ZABRAKŁO…

48 bln zł z reparacji od Niemiec i Rosji powinny zasilić Fundację Rydzyka – tak zdecydowały w sieci pisowskie trolle

Publicysta „Wyborczej” Wojciech Maziarski pisze na portalu Koduj24 o wojnie PiS z Unią Europejską.

Twierdza PiS przygotowuje się na europejskie oblężenie

Słowa Emmanuela Macrona sygnalizują, co czeka Kaczyńskiego.

Emmanuel Macron powiedział parę banalnych oczywistości i wywołał tym furię PiS-owskich władz. Stwierdził, że Unia Europejska jest wspólnotą wartości, a Polska pod rządami Kaczyńskiego sama wypycha się na margines tej wspólnoty i traci wpływ na bieg spraw europejskich.

Trudno polemizować z tym opisem faktów, a jednak różni tytani intelektu z obozu rządzącego natychmiast podnieśli krzyk, dając odpór „francuskiemu agresorowi”. – Możemy ogłosić konsumencki bojkot francuskich towarów – zagroził nawet poseł Arkadiusz Mularczyk, niewątpliwie wywołując panikę wśród producentów win, serów, perfum i samochodów marki Renault.

Natomiast pani premier pouczyła prezydenta Francuzów, by lepiej zajął się swoim krajem, który rządzonej przez PiS Polsce do pięt nie dorasta. – „Być może jego aroganckie wypowiedzi wynikają z braku doświadczenia i obycia politycznego, co ze zrozumieniem odnotowuję, ale oczekuję, iż szybko nadrobi te braki i będzie w przyszłości bardziej powściągliwy” – powiedziała Beata Szydło, połyskując wytworną broszką. To jej wystąpienie należy chyba uznać za kontynuację dziejowej misji cywilizowania dzikusów znad Loary. PiS najpierw nauczył ich jeść widelcami, a teraz pomaga im nabrać obycia politycznego.

W najbliższych miesiącach ekipa Kaczyńskiego będzie mieć jeszcze wiele okazji, by w podobny sposób wychowywać i pouczać partnerów Polski. Wydaje się bowiem, że wyczerpuje się kredyt zaufania udzielony Warszawie przez stolice Zachodu. Wypowiedź Macrona i demonstracyjne pominięcie Polski w czasie jego podróży po Europie Wschodniej pokazują, czego PiS może się spodziewać – czeka go europejski ostracyzm, zmasowana krytyka oraz polityka formalnych i nieformalnych kar.

Polskie władze liczyły zapewne, że uda się im powtórzyć drogę Viktora Orbána, który rządząc już drugą kadencję przez wiele lat unikał negatywnych konsekwencji i nie spotykał się z ostrą reakcją Europy. Jednak strategia przyjęta przez premiera Węgier różni się zasadniczo od tego, co prezentuje Kaczyński – radykalny i demagogiczny w polityce krajowej, Orbán w kontaktach z Brukselą udaje człowieka kompromisu i umiaru. Pozornie respektuje postanowienia instytucji europejskich, zawiesza funkcjonowanie przepisów zakwestionowanych przez europejski Trybunał Sprawiedliwości i nowelizuje je, by pokazać, że pozostaje w zgodzie z procedurami i zasadami przyjętymi w świecie cywilizowanym. Te nowelizacje w większości wypadków niewiele zmieniają, ale pozory zostają zachowane.

W przeciwieństwie do tego ekipa Kaczyńskiego dokłada starań, by zaprezentować się jako bolszewicka hałastra, która zbrojnie opanowała Pałac Zimowy i ma gdzieś zasady obowiązujące na salonach Europy. Ostentacyjne lekceważenie pouczeń Komisji Europejskiej i Komisji Weneckiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego czy ignorowanie orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości w sprawie wycinki Puszczy Białowieskiej dobrze ilustrują różnice w postawach władz w Warszawie i Budapeszcie.

Możemy się więc spodziewać, że zagraniczna presja na rząd PiS-u będzie w nadchodzących miesiącach rosła. Ani Unia Europejska, ani nawet tacy partnerzy jak rządzone przez Donalda Trumpa Stany Zjednoczone nie będą chciały ani mogły sobie pozwolić na to, by tolerować szaleństwa Kaczyńskiego. Zapowiadany zamach na własność zagranicznych koncernów medialnych w Polsce okaże się zapewne tą kroplą, która przepełni czarę.

Tocząc polityczną wojnę przeciw Zachodowi i stając w obliczu restrykcji, PiS będzie starał się wmówić obywatelom, że Polska pada ofiarą agresji, przed którą cały naród musi się solidarnie bronić, wspierając swoje władze. Bo załoga oblężonej twierdzy musi trzymać się razem.

Dlatego tak ważne jest, by uodpornić się na tę demagogię. Już dziś powiedzmy sobie jasno: jesteśmy wdzięczni naszym unijnym partnerom, że potępiając i karząc rząd PiS-u, występują w obronie polskiej demokracji, wolności i naszych praw obywatelskich. Emmanuel Macron, krytykując politykę Warszawy, stoi w tym samym miejscu, w którym władze Francji stały w 1981 r., gdy potępiały wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Natomiast Kaczyński stoi dokładnie tam, gdzie wówczas stali Jaruzelski i Breżniew.

PADLIŚMY :)))))

Szydły szydełkują – PiS ich mać.

PiS rozpoczyna demontaż Konstytucji

Piątkowa konferencja, organizowana przez Komisję Krajową NSZZ „Solidarność”, która odbyła się w Sali BHP Stoczni Gdańskiej, w zamyśle rządzących zainaugurowała debatę dotyczącą zmian w konstytucji. Uczestnicy obradowali pod hasłem-pytaniem „Konstytucja dla obywateli, nie dla elit?”. Wzięli w niej udział przedstawiciele (jakby nie patrzeć) elit władzy: prezydent Andrzej Duda, marszałek Senatu Stanisław Karczewski, szef „Solidarności” Piotr Duda, jej były przewodniczący Marian Krzaklewski oraz wiceszef Kancelarii Prezydenta, pełnomocnik prezydenta ds. referendum Paweł Mucha.

Nawet prezydenta Dudę zdziwiła kuriozalna teza, zawarta w tytule konferencji. Bo skoro „elity” wywodzą się spośród obywateli – jak przytomnie zauważyła na swoim blogu Ewa Siedlecka z „Polityki” – to logicznie z takiego zdania wynika, że „jak ktoś już stanie się „elitą”, to przestaje być obywatelem”. Dlatego prezydent zaproponował przeformułowanie hasła na „Konstytucja nie tylko dla elit”. Trochę mniej niezgrabne, ale nadal – jak łatwo zauważyć – mocno populistyczne. I taki sam charakter miała konferencja. Tymczasem – dodajmy – za rok miałoby się odbyć „referendum konsultacyjne”, w którym obywatele odpowiedzą na pytania, co chcieliby mieć w konstytucji.

Prezydent Duda głównie pytał. „Czy powinniśmy w konstytucji zabezpieczyć świadczenia 500+, ilu powinno być posłów, ilu senatorów, czy edukacja powinna być bezpłatna i gwarantowana przez państwo? Jak powinno wyglądać finansowanie podstawowej opieki zdrowotnej?” To jedne z wielu kwestii, które trzeba podjąć” – mówił. Ale kolejni oficjele – związkowiec Duda, senator Karczewski, inni – już tylko stawiali przyszłej konstytucji wymagania. Że trzeba wpisać do niej 500 +, gwarancję wieku emerytalnego, takiego jak obowiązuje dziś; a nawet… zagwarantować w Senacie miejsca dla Polonii. Zabrakło wizji. Jak pisze Siedlecka: „Można było się np. spodziewać, że [nowa konstytucja – dop. MPM] zostanie oparta na „społecznej nauce Kościoła” – ale nie”.

Ale najciekawsze dopiero przed nami. Otóż uczestnicy konferencji, krytykując obecną konstytucję, odwoływali się do lepszego, ich zdaniem, przykładu. Mianowicie – obywatelskiego projektu konstytucji przygotowanego przez „S” i ugrupowania prawicowe w 1994 r. Tyle, że z zestawienia poczynionego przez Ewę Siedlecką widać, że obie konstytucje zawierają w większości te same prawa i wolności i praktycznie niemal się nie różnią! Np. wolność sumienia i wyznania, i pozycja kościołów i związków wyznaniowych są uregulowane bardzo podobnie jak dzisiaj, podobnie – prawa pracownicze.

A co szczególnie ciekawe, solidarnościowy projekt z 1994 jest znacznie od naszej konstytucji… uboższy. Przykłady? Nie ma w nim równości kobiet i mężczyzn, nawet nie zaczyna się, a jedynie kończy odwołaniem do Boga (!) i „prawa naturalnego”, które ma być wzorem dla prawa stanowionego. Mniej jest w nim o ochronie rodziny, w ogóle nie zawiera zastrzeżenia, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny – wylicza Ewa Siedlecka. Nie ma prawa do mieszkania ani obowiązku ustawowego określenia płacy minimalnej. Nie ma nawet tego co w dzisiejszej konstytucji: równości w dostępie do publicznej służby zdrowia, czytamy na jej blogu. Owszem – jest w projekcie z 1994 r. to, że państwo ma „zapewniać ochronę trwałości stosunków pracy”. „Ale to i inne gwarancje socjalne – tak jak w obecnej konstytucji – ma być realizowane przez prowadzenie przez państwo odpowiedniej „polityki”. A więc nie są to prawa „twarde”, których można dochodzić przed sądem” – pisze Siedlecka.

Za to Piotr Duda pokazał, że nie przeczytał obecnej konstytucji. Dlaczego? W swoim ostrym wystąpieniu mówił, że konstytucja powinna być uspołeczniona, dlatego ważne są referenda. Tyle że„projekt „S” z 1994 r. wcale nie gwarantuje, że referenda byłyby dla władzy bezwzględnie wiążące. Nie ma też gwarancji, że władza nie mogłaby odrzucać obywatelskiego wniosku o przeprowadzenie referendum. We wszystkim konstytucja „S” odsyła do ustawy, nie stawiając tej ustawie żadnych ograniczeń. Tymczasem za to przewodniczący Duda krytykował obecną konstytucję (która, notabene, rzadziej odsyła do ustaw)” – wylicza dziennikarka „Polityki”. Poza tym związkowiec Duda grzmiał już na inne tematy: że część postanowień konstytucji, gwarantująca „społeczną gospodarkę rynkową” – nie jest wykonywana wcale lub nienależycie. Czy to jednak jest powód, aby ją zmieniać?

Być może chodzi tak naprawdę o jeden zapis w projekcie z 1994 r. Jak sugeruje Siedlecka, szczególnie dla PiS atrakcyjny. Jaki? Za to zapisano w projekcie „Solidarności: „Zostanie przeprowadzona weryfikacja wszystkich sędziów pod względem przestrzegania przez nich zasady niezawisłości sędziów. Szczegóły określi ustawa”. Taka weryfikacja pod dyktando prezesa Jarosława Kaczyńskiego byłaby spełnieniem marzeń wielu zwolenników obalenia trójpodziału władzy, czyż nie?

Wspomniana piątkowa konferencja jedynie potwierdza, że debata nad nową konstytucją to pretekst. Tworzenie alibi, że „oto suweren domaga się zmiany konstytucji”. Po co? „Zmiana konstytucji jest potrzebna nie społeczeństwu, nie Polsce, ale PiS: żeby znieść ostatnią przeszkodę na drodze do władzy totalnej: trójpodział władzy” – kwituje Ewa Siedlecka.

wersja wyjazdowa 😂

Waldemar Mystkowski pisze o MON.

MON jako ministerstwo głupich kroków Monty Pythona

Ministerstwo Obrony Narodowej to wbrew pozorom nie ministerstwo głupich kroków. Ale takim się wydaje. Antoni Macierewicz zaś nie jest zarządzającym grupą wybitnych aktorów Monty Pythona, acz chyba takim chciałby być, bo jak nazwać dążenie do wybitnej śmieszności, gdy swego czasu minister na sejmowej komisji wojskowej był łaskaw powiedzieć o swoim Misiu (Misiewiczu) do opozycji, iż przewyższa ich inteligencją. Niech Misiewiczowi inteligencja lekką będzie i jak najszybciej zrobi jakiś papier naukowy w szkole Rydzyka.

Monty Python obnaża wszelkie ludzkie mity, przywary, a resort kierowany przez Macierewicza też obnaża, ale indolencję własną i PiS. Monty Python był i jest w brytyjskim show biznesie jednym z najbardziej dochodowych przedsięwzięć, MON ma miliardowy budżet i go trwoni. Gdyby Piotr Gliński miał na względzie rozwój polskiej kultury, to mógłby zamówić dzieło Monty Pythona o MON Macierewicza. Byłaby to upragniona hollywoodzka produkcja, o której marzy prezes. Trzeba trochę odwagi, ministrze, arcydzieła leżą na pisowskim bruku, wystarczy po nie sięgnąć.

Jeszcze nie zszedł nam śmiech z twarzy po przedwczorajszym blamażu Autosanu, którego szefowie nie zdążyli przezornie (spóźnienie 20 minut) na przetarg autobusów dla wojska, bo takich autobusów wysokopodłogowych firma nie produkuje, a już mamy nowy wyczyn Monty Pythonowski – i to z kategorii superprodukcji.

Polska Grupa Zbrojeniowa kontrolowana przez MON kupuje będąca w upadku Stocznię Marynarki Wojennej w Gdyni za 224 mln zł, której wartość rynkowa wynosi 5,7 mln zł – na tyle syndyk wycenił urządzenia, które dałoby się złomować.

Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem, mogę zdefiniować potrzebę Monty Pythona – obnażać głupotę ludzka powszednią i na obnażaniu głupoty jeszcze zarobić. Ale ministerstwo, które samo w sobie jest nagie, obnażone i domaga się na swoją indolencję – jak w tym wypadku – setek milionów złotych, a gdy już kupi tę stocznię potrzebne będą dziesiątki miliardów. Tak jest! – miliardów.

Wszak słyszeliśmy, że siedziba stoczni ma być przeniesiona do Radomia – zdaje się, że tego Monty Python by nie wymyślił, a gdyby wymyślił to orzeklibyśmy, że jest to dowcip zbyt wydumany – a ponadto jeden z zastępców Macierewicza (wiceMonty Python Bartosz Kownacki) zapowiedział, że stocznia dostanie od rządu kontrakt na produkcję okrętów podwodnych. Kontrakt ten ma opiewać na 10 mld zł z budżetu państwa.

Ministrze Gliński, tematów na produkcję hollywoodzką jest ci u nas dostatek. O MON jako ministerstwie głupich kroków to mógłby być pierwszy film. Prezes dostałby takiego bólu przepony, że do głowy nie przychodziłoby mu niszczenie demokracji w kraju – a gdy MON utopi 10 mld zł w łodziach podwodnych, od razu pojawia się temat na „Różową Panterę 2” (czy kolejny sequel), toż Mariusz Kamiński (ten od służb specjalnych) to urodzony inspektor Clouseau.

Prezes zamiast marzeń podczas oglądania walki byków, aby zostać toreadorem Manuelem, mógłby się czuć królewską postacią z pałacu Buckingham, ponoć tam za Monty Pythonem przepadają. Jarosław I – następca tronu.

R. Czarnecki i jego koledzy mają sporo na sumieniu jeśli chodzi o donoszenie na Polskę

Przy takiej stracie trudno opanować emocje. Świat satyry stracił człowieka, którego nie da się zastąpić. Żegnaj mistrzu…

>>>

Reklamy

PRAWDA, ŻE MIGALSKI MA RACJĘ?

Wojciech Maziarski pisze o tym, jak odreaguje porazki PiS.

Czym PiS zwalczy politycznego kaca?

Po wakacjach czekają nas kolejne kampanie nienawiści i ataki na państwo prawa – bo klin trzeba klinem.

Parszywe nastroje panują w obozie „dobrej zmiany”. Wprawdzie sam pan prezes po dwóch prezydenckich wetach kazał się opanować i powstrzymać od gorszących awantur wewnątrz obozu władzy, jednak skrywane emocje buzują pod powierzchnią, a erupcje wściekłości raz po raz przebijają się przez skorupę udawanego spokoju. Wystarczy zajrzeć do komentarzy publikowanych w internecie przez anonimowych zwolenników PiS.

Oto pierwszy z brzegu przykład: na portalu braci Karnowskich wPolityce.pl pod artykułem informującym, że prezydencki projekt ustaw sądowych przygotowuje prof. Michał Królikowski, były wiceminister sprawiedliwości z czasów, gdy szefem resortu był Jarosław Gowin (wówczas jeszcze polityk PO), czytamy m.in. (zachowana oryginalna stylistyka i ortografia):

„dudus zdrajco ! juz teraz mozesz ten swoj projekt wsadzic sobie w d-p- ! bo to juz widac co ty tam zakombinowales ! jakis przyd-pas gowinka bedzie ustawy nam tworzyl ! i przestan wszystkich straszyc!”;

„dno unia wolności nigdy z niego nie wyjdzie i znowu nie będzie dekomunizacji”;

„Panie Duda,o czym rozmawiał Pan z Merkel tuż przed Pańską kompromitacją, czyli zawetowaniem ustaw? My, Pańscy wyborczy czekamy na odpowiedź! Premier Szydło może być następnym Prezydentem RP, a nie Pan!”;

„Duda szydzi sobie z wyborców, swoich obietnic przedwyborczych i z PISu w zywe oczy. Nie darujemy ci zdrajco, bedziesz przez nas wybuczany na wszystkich imprezach”.

Czasami krytycy starają się zachować umiar i ważą racje: „Rozumiem intencje Pana Prezydenta, chce być ponad podziałami. Ale tak się nie da, Pani Beata Szydło chyba będzie musiała zostać Prezydentem RP”.

Jednak nawet osoba pani premier nie stanowi nadziei, bo jak zauważa inny komentator: „Żeby PBS została prezydentem RP, to najpierw musiałaby wygrać wybory. Niestety ale dzisiaj rząd PBS zaczyna popadać w rutynę polegającą na olewaniu wyborców kosztem nowomowy. Czas na oprzytomnienie”.

Chaos i zwątpienie w szeregach obozu rządzącego są pogłębiane przez kolejne odsłony wojny między prezydentem a ministrem obrony narodowej, który po raz pierwszy od niepamiętnych czasów musiał zrezygnować z dokonywanych zawsze w sierpniu nominacji generalskich, bo nie zgodził się na nie Andrzej Duda. – „To nie jest niczyja prywatna armia” – powiedział prezydent w uroczystym wystąpieniu.

Na zbolałe dusze wyznawców ciosy się sypią ze wszystkich stron. Kolejne autorytety PiS-owskiej prawicy odmawiają występowania w jednolitym froncie bezkrytycznych pochlebców. Najpierw wyłamał się Piotr Zaremba, potępiając niszczenie niezależnych sądów, teraz wątpliwości zgłasza Bronisław Wildstein, atakując prymitywną propagandę mediów państwowych. – „Najsensowniejszą politykę podważyć można natrętną propagandą” – pisze ten prawicowy publicysta w portalu wPolityce.pl w komentarzu na temat dymisji szefowej Wiadomości. –„Podobno Paczuska odwołana została za niewystarczającą gorliwość w popieraniu „dobrej zmiany”. Jeśli to prawda, a nic nie wskazuje, ani nikt nie przywołuje innych powodów, aby było inaczej, oznaczałoby to, że pion informacyjny TVP wpadł w korkociąg. Opisywałem już na naszych łamach co dzieje się z programami TVP Info. Okazuje się, że może być gorzej – prawie zawsze może być gorzej. Czy naprawdę odpowiedzialni za to nie rozumieją, że jest to tendencja samobójcza?” – pyta Wildstein.

Kolejne niepowodzenia oraz wizerunkowe ciosy sprawiają, że rządzący po raz pierwszy od wyborów zostali zepchnięci do defensywy. Muszą się tłumaczyć, usprawiedliwiać, a nawet półgębkiem przyznawać, że owszem, tu i ówdzie zdarzyły się im pewne niedociągnięcia. Premier Beata Szydło zapowiedziała, że będzie domagać się wyjaśnień, dlaczego aukcja koni arabskich w Janowie zakończyła się spektakularną klapą. – „Wojewoda powinien więcej robić i mniej mówić” – pouczył minister Błaszczak pomorskiego wojewodę Dariusza Drelicha, który po nawałnicy i tragedii w Suszku wsławił się sentencją, że nie warto wzywać żołnierzy do zbierania gałęzi i zamiatania liści.

Właśnie nieudolność i obojętność zaprezentowana przez władzę przy okazji tej klęski żywiołowej wywarła na wyborcach szczególne wrażenie. Gdy w przyszłości będziemy analizować przyczyny klęski PiS, być może właśnie ta nawałnica okaże się decydującym momentem, który sprawił, że sympatie społeczne się odwróciły. Podobnie jak gwoździem do trumny rządów SLD były słowa lekkomyślnie skierowane przez premiera Włodzimierza Cimoszewicza do ludzi, którzy ponieśli straty w powodzi stulecia w 1997 r.: – „Trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać” (po latach sam Cimoszewicz tłumaczył, że został źle zrozumiany, ale to już bez znaczenia – mleko się rozlało).

Jak na te wszystkie trudności zareaguje Jarosław Kaczyński? Czy pójdzie za głosem tych, którzy namawiają go, by dokręcać śrubę, wzmacniać propagandę i nasilać walkę z opozycją? Właśnie to radzi np. Michał Karnowski, który po wielkiej fali demonstracji zakończonych prezydenckim wetem pisał pod koniec lipca: – „To jest moment, w którym PiS powinien przejść do kontrofensywy. Trzeba głośniej mówić prawdę o rządach III RP, trzeba się bić na każdym froncie. Tak jak rząd węgierski, który otwarcie pyta rodaków: czy ma wygrać Soros, czy Węgrzy? Trzeba rozpoznać kluczowe węzły maszyny manipulacji społeczeństwem i ją zdemontować” – postuluje Karnowski, namawiając rządzących do zniszczenia niezależnych i krytycznych wobec władzy mediów.

Oczywiście, uzasadnia to kwestiami ideologicznymi, starannie przemilczając fakt, że jako wpływowa figura w prywatnym koncernie medialnym, jest tym osobiście zainteresowany. Właśnie w tym kontekście należy czytać jego słowa ubolewania, że PiS rozpoczął wojnę z III RP, „nie dbając o osłonę medialną”. – „Żadnych nowych rozdań koncesyjnych” – martwi się Karnowski, przebierając nóżkami z niecierpliwości, kiedy wreszcie uda mu się dorwać do półki z medialnymi konfiturami.

Od takich cwaniaków aż roi się na zapleczu władzy. Liczą na koncesje, stanowiska, profity, apanaże. Popychają swój obóz do politycznej konfrontacji i do nasilenia walki ze społeczeństwem obywatelskim, w myśl zasady sformułowanej przez ich duchowego ojca i patrona, Józefa Stalina, który stwierdził, że w miarę postępów w budowie nowego ustroju walka klasowa musi się zaostrzać.

Niestety, wygląda na to, że ich podszepty harmonizują z polityczną osobowością wodza PiS. Jarosław Kaczyński w przeszłości nie raz udowodnił, że jego ulubioną metodą rozwiązywania problemów i wydobywania się z politycznych tarapatów jest inicjowanie kolejnych kampanii, wskazywanie rzekomych wrogów i szczucie opinii publicznej przeciw nim. Biorąc pod uwagę, że trudności, z których prezes musi się wydobywać, najczęściej są skutkiem stosowania tej właśnie taktyki, jego postawa jest modelowym zachowaniem człowieka uzależnionego. Każdy alkoholik ma taką właśnie receptę na przezwyciężenie zgubnych konsekwencji picia. Gdy przeżywa katusze spowodowane kacem, cierpi trudności materialne, traci przyjaciół i bliskich – sięga po następną flaszkę. Bo klin trzeba klinem.

Kiedy więc wrócimy z wakacji, a prezydent Duda zaprezentuje swoje projekty ustaw sądowych, czeka nas najprawdopodobniej kolejny ciąg polityczny pana prezesa. Może pora by już była odesłać go na zasłużony odwyk?

WEEKENDOWY LANS

Waldemar Mystkowski pisze o Januszu Głowackim, który odszedł.

Dzień, w którym odszedł Janusz Głowacki

Dzień, w którym umiera pisarz, robi umysł pochmurnym. I wcale nie zależy to od wielkości pisarza, ale od klimatu wewnętrznego, w jakim go się umieściło. Takie dni są więc z deszczami, grzmotami, a nawet z nawałnicami.

Janusz Głowacki był obecny dla mnie od jego początków. Ale najpierw wpisał się tym, co najbardziej lubię. Na ostatniej stronie „Współczesności” prowadzona była rubryka, w której nieśmiało odnotowywano życie towarzyskie w PRL-u. Stamtąd dowiedziałem się o playbowaniu Głowackiego, a obiektem jego zabiegów była Jacqueline Kennedy Onassis. Z terenowych doniesień wynikało, iż Głowacki w tej kwestii zaliczył sukces. Czy tak było naprawdę?

W każdym razie ożywiał komuszą rzeczywistość, jak kolorowe skarpetki Leopolda Tyrmanda. Czytałem Głowackiego na pniu, począwszy od jego debiutu „Wirówka nonsensu”, a jako nastolatek nie mogłem ugryźć pojęcia młodzieży bananowej. Odświeżające były jego felietony w „Kulturze”, w których zestawiał antysemicką „Głupią sprawę” Stacha Rycha Dobrowolskiego z „Ulissesem” Joyce’a, wskazując, że ta pierwsza pozycja jest git.

Poznałem go w „Czytelniku”, w którym debiutowałem, tego samego dnia także dane mi  było po raz pierwszy uścisnąć rękę Zbigniewa Herberta. Potem ze dwa razy spotkałem Głowackiego na szlaku i to raczej w przystani SDP na Foksal. Najczęściej jednak spotykałem się z nim w jego książkach. Mimo jego bardzo dużego wkładu w naszą kulturę był to jednak pisarz niedoceniany.

Inteligentny (pisarz chyba nie może być inny), zdystansowany do siebie, ceniony przez krytykę i czytelników ze specjalnie wysublimowanym podniebieniem, jakoś wymykał się hierarchizowaniu. Jego opowiadania z dwóch pierwszych tomów z pewnością przetrwają, bo to zapis naszych polskich lęków wpisanych nie tylko w tamten czas lat 60-tych. Dramaty Głowackiego są arcypolskie i nie zdewaluowała się ich siła, a przekaz może i powinien być wyzwaniem dla kolejnych pokoleń reżyserów, bo jest co odkrywać i interpretować.

Gdy to piszę, przechodzi przeze mnie burza. Taki dzień, jak ten, jest stracony. Trzeba gdzieś przycupnąć i przetrwać do następnego dnia.

WSZYSCY ODDAJEMY HOŁD WYBITNEMU PISARZOWI

>>>

SŁOWO NA DZIŚ

Tamara Olszewska na Koduj24.pl pyta.

Dokąd zmierzasz Polsko?

Źle się dzieje w Państwie Polskim, kiedy buta i lekceważenie sąsiadów mają coraz większy wpływ na naszą pozycję międzynarodową.

Niby sezon ogórkowy, niby posłowie na wakacjach, a jednak dzieje się. Oj, dzieje… Dzisiaj biorę pod lupę politykę zagraniczną, a konkretnie, relacje z sąsiadami Polski, które są przecież tak ważne. Niemcy, Litwa, Ukraina. Państwa, z którymi łączy nas bardzo trudna historia i wiele lat trzeba było, byśmy mogli mówić o pewnej stabilizacji we wzajemnych stosunkach. Udało nam się wypracować naprawdę niezłe relacje i chwała za to poprzednim ministrom spraw zagranicznych. Tylko szkoda, że możemy już chyba mówić o tym w czasie przeszłym. Niestety, obecny minister spraw zagranicznych, pan Waszczykowski i jego koledzy robią wszystko, by zepsuć lata starań, rozmów i znowu doprowadzić do…no właśnie, do czego?

Nie od dzisiaj wiadomo, że nasz sąsiad zza Odry stoi wielkim gnatem w gardle PiSu. Poseł K. i spółka po prostu Niemców nie lubią i tyle. Niemcy są źli, to wciąż naziści tylko teraz w skórze baranków. Ich psim obowiązkiem jest żyć pokornie i w poczuciu winy za II wojnę światową, a nie szarogęsić się w UE i uważać, że bardziej się liczą na arenie międzynarodowej od nas. Ostatnie dwa tygodnie mocno pokazały co PiS myśli o Niemcach i jak chce ich traktować.

Najpierw „dziwne” posunięcie Błaszczaka, który poświęcił bardzo dużo czasu, by „ugotować” festiwal Woodstock. Kiedy już nie miał się do czego przyczepić, zaświtał mu w głowie pomysł, by zrezygnować z pomocy niemieckich sił porządkowych i strażaków. Dlaczego? Oficjalna wersja mówi, że powodem takiej decyzji jest „zagrożenie terrorystyczne” i brak możliwości zagwarantowania bezpieczeństwa niemieckim służbom. Szok dla wszystkich, bo do tej pory obie strony chwaliły sobie współpracę na festiwalu i traktowały ją jak element przyjaźni polsko – niemieckiej. Na prośbę koordynatora stosunków z Polską rządu federalnego i premier Brandenburgii Dietmara Woidke, by rząd polski przemyślał swoją decyzję, padła odpowiedź sekretarza stanu MSZ, Jakuba Skiby, że impreza „odbywa się w Polsce i podlega polskiemu prawu” – koniec tematu. Wszelki komentarz zbędny.

Bartosz Kownacki, wiceminister MON i jego słowa, które padły podczas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego. Słuchając go nie mogłam uwierzyć, że przedstawiciel Państwa Polskiego może pokazać takie dno. Odnosząc się do zbrodni hitlerowskich na naszych ziemiach, powiedział „Dziś dzieci i wnuki tych zwyrodnialców pouczają nas, co to jest demokracja. A powinni zamilknąć!”. Nie mam pojęcia, czy Bóg mu rozum odebrał, ale jedno jest pewne. Ktoś taki nigdy nie powinien nas, Polaków XXI wieku reprezentować, bo jak widać; ani wiedzy ani kultury, ani dobrej znajomości realiów, ani wyczucia dyplomatycznego.

No i najnowszy pomysł PiSu. Biuro Analiz Sejmowych ma przygotować informację dotyczącą prawa Polski do ewentualnego żądania odszkodowania za straty wojenne. To pomysł posła Arkadiusza Mularczyka, choć temat ten wraca co jakiś czas. Pamiętam, gdy Lech Kaczyński był prezydentem Warszawy również zastanawiał się, by wyciągnąć od Niemców ok 45,3 mld dolarów za zniszczenie stolicy Polski. Wprawdzie wtedy było to tylko ostrzeżenie, by Niemcy wiedzieli, że jeśli będą od nas żądać odszkodowań w ramach powiernictwa pruskiego to i my nie odpuścimy…ale jednak. No i teraz sprawa wraca. Rozumiem, że PiS potrzebuje pieniędzy, bo rozdawnictwo socjalne sporo kosztuje, jednak chyba nie tak się powinno rozmawiać. My chcemy odszkodowania, a co zrobimy, gdy Niemcy zażądają od nas, byśmy zapłacili kasę za utracony przez nich Śląsk, Szczecin, ich część Warmii i Mazur?

Polskie „pany”, którzy teraz rządzą Polską mają również w nosie i innych naszych sąsiadów; Litwę i Ukrainę. Za rok obchodzimy 100- lecie odzyskania niepodległości Błaszczak postanowił z tej okazji rozpisać konkurs na najlepszy projekt Polski Paszport 2018. Internauci, biorący udział w konkursie będą mogli wybrać sześć z trzynastu proponowanych motywów. No i tu pojawia się problem. Wśród propozycji znajduje się Ostra Brama z Wilna i cmentarz Orląt Lwowskich. Informacja o „genialnym”pomyśle dotarła do władz Litwy i już 1. sierpnia, litewskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wezwało na dywanik zastępcę ambasadora polskiego. MSZ Litwy uznał, że „takie zamiary są niezgodne z przyjaznymi relacjami sąsiedzkimi i są uważane przez stronę litewską jako nie do przyjęcia”. Niestety, trudno Litwie nie przyznać racji. Jestem ciekawa, jak by nasz rząd zareagował, gdyby np. Niemcy wybili jakiś medal rocznicowy i zamieścili na nim herb Wrocławia czy wizerunek Zamku Książąt Piastowskich ze Szczecina. Ależ byłaby jatka.

Również Ukraina nie pozostaje obojętna wobec pomysłu paszportu z wizerunkiem cmentarza Orląt Lwowskich. Dr Olena Babakowa, ukraińska dziennikarka i publicystka, nie ukrywa, że ta sprawa może położyć się cieniem na dość trudnych dzisiaj stosunkach polsko – ukraińskich. Nikt nie neguje na Ukrainie polskości Lwowa, ale to już przekroczenie pewnej granicy, za którą podejrzliwość, niejasne intencje i, co za tym idzie, budowanie kolejnych barier.

Źle się dzieje w Państwie Polskim, kiedy buta, lekceważenie sąsiadów, przekonanie o swojej racji mają coraz większy wpływ na naszą pozycję międzynarodową. Źle się dzieje, gdy w imię swojej prawdy, polski rząd przekreśla wszystko, co udało nam się wypracować na arenie międzynarodowej.

Czy to już czas na „żelazne” granice?

Wojciech Maziarski pisze o genie Kaczyńskiego.

Samobójczy gen prezesa

Czy Kaczyńskiemu naprawdę wydaje się, że może wygrać w wojnie przeciw całemu światu?

Jest w PiS-ie czy osobiście w Jarosławie Kaczyńskim jakiś samobójczy gen politycznej autodestrukcji. W niespełna dwa lata po zwycięskich wyborach parlamentarnych, które dały mu możliwość samodzielnego sprawowania władzy, Prezes Tysiąclecia zmierza wprost ku upadkowi. Wiele osób jeszcze tego nie dostrzega, biorąc za oznaki siły to, co w istocie jest symptomem słabości PiS-u. Zawłaszczanie kolejnych sfer życia i budowa swoistego imperium bynajmniej nie wzmacnia partii rządzącej. Jedynie przysparza jej wrogów i konsoliduje opór. Doświadczenia historyczne dowodzą, że wypowiadanie wojny całemu światu i otwieranie wielu frontów naraz prowadzi do klęski.

PiS zwyciężył w demokratycznych wyborach i spokojnie mógłby sprawować normalne rządy, stopniowo wcielając w życie swoje wizje Polski, uwzględniając przy tym ograniczenia wynikające z konstytucji i z faktu, że jednak większość obywateli Polski ani do PiS-u nie należy, ani nań nie głosowała.

To normalny los każdego demokratycznego rządu – musi lawirować pomiędzy sprzecznymi oczekiwaniami społecznymi, musi zatrzymywać się przed czerwoną linią wyznaczoną przez prawo, musi uwzględniać opór różnych środowisk i grup interesu. Z postulatów zapisanych w programie i haseł głoszonych w kampanii wyborczej na ogół udaje się zrealizować 50 procent, albo i mniej. Wyborcy to wiedzą i w gruncie rzeczy akceptują, choć psioczą na rządzących i wytykają im niespełnianie obietnic lub małą skuteczność. Zdają sobie jednak sprawę, że w demokracji stuprocentowa skuteczność jest niemożliwa.

Jednak Kaczyńskiemu to nie wystarcza. On nie chce sprawować demokratycznych rządów w państwie prawa, chociaż mógłby to robić, bo wyborcy dali mu do tego mandat. On chce panować w sposób absolutny. Sprawować władzę nieskrępowaną więzami prawa i nieuwzględniającą oczekiwań tych, którzy myślą inaczej niż on. Chce, by rzeczywistość społeczna i polityczna w pełni poddała się jego woli.

To oczywiście oczekiwanie nierealistyczne, naiwne i dziecinne. W Europie zachodniej w epoce internetu tylko polityczny samobójca może myśleć, że zdoła sięgnąć po władzę absolutną.

A jednak Prawo i Sprawiedliwość najwyraźniej tego nie rozumie. Po opanowaniu mediów państwowych, prokuratury i po zniszczeniu Trybunału Konstytucyjnego podjęło próbę przejęcia całego wymiaru sprawiedliwości z Sądem Najwyższym i Krajową Radą Sądownictwa. Na razie mu się to nie udało, ale na pewno podejmie kolejne próby. Teraz zaś szykuje się do ataku na prywatne media i przygotowuje posunięcia mające podporządkować władzy państwowej sektor obywatelskich organizacji pozarządowych. Cała władza musi należeć do mnie – mówi Kaczyński.

Już raz się na tym przejechał – w 2007 roku stracił władzę właśnie dlatego, że nie chciał się pogodzić z ograniczeniami rządów koalicyjnych. Rozpętał więc aferę gruntową (wiele wskazuje, że była to policyjna prowokacja) mającą wyeliminować jego koalicyjnego partnera – Andrzeja Leppera – i w efekcie doprowadził do przyspieszonych wyborów, które przegrał. Mając władzę podlegającą demokratycznym ograniczeniom, chciał sięgnąć po władzę nieograniczoną – i w efekcie stracił władzę całkowicie.

Teraz też tak będzie. Oczywiście nie wiem, jak konkretnie dokona się upadek awanturniczych rządów Jarosława Kaczyńskiego, ale co do tego, że się dokona, nie mam najmniejszych wątpliwości. Trzaski w obozie władzy i stopniowa emancypacja prezydenta już wskazują, że przynajmniej w części obozu rządzącego dojrzewa myśl, że tzw. dobra zmiana znalazła się w ślepym zaułku i zaraz walnie głową w mur.

Znacznie ważniejsze jest jednak to, co widać na zewnątrz obozu władzy – wielotysięczne demonstracje w obronie niezależności sądów, które w lipcu rozlały się po kraju, wskazują, że Kaczyński przekroczył czerwoną linię, za którą obywatele powiedzieli: Dość tego! Nie zamierzamy dłużej tolerować budowania rządów absolutnych.

By odzyskać kontrolę nad sytuacją prezes PiS zarządził więc przyspieszenie: zaraz po wakacjach trzeba przejąć media prywatne i zadusić społeczeństwo obywatelskie, pozbawiając je dopływu środków finansowych z zagranicy.

Czy naprawdę wierzy, że przebudzeni i zaktywizowani obywatele podporządkują się temu i nie będą bronić swoich konstytucyjnych praw i swobód? Że zagraniczni partnerzy Polski zaakceptują bolszewickie praktyki i potulnie się zgodzą na sprzeczne ze standardami cywilizowanego świata eliminowanie ich przedsiębiorców z rynku medialnego w Polsce? Że społeczność międzynarodowa bez szemrania podporządkuje się zakazowi wspierania polskiego społeczeństwa obywatelskiego? Że Unia Europejska będzie bezczynnie się przyglądać, jak rząd PiS-u ignoruje wyroki Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu?

Dziś PiS ma przeciw sobie potężną koalicję polskiego społeczeństwa, instytucji Unii Europejskiej i międzynarodowej opinii publicznej. W przypadku uchwalenia ustawy o „dekoncentracji” mediów do tego sojuszu dołączy też rząd USA. Nie ma najmniejszych szans, by w tym starciu Kaczyński odniósł zwycięstwo.

Ale walka będzie zacięta. Wypocznijmy w sierpniu, bo czeka nas naprawdę gorąca jesień.

Waldemar Mystkowski pisze o niejakim Tarczyński, postaci tak ohydnej, jak może być sowiet.

Poseł PiS Tarczyński w tureckiej Russia Today

Poseł PiS Dominik Tarczyński w tureckiej telewizji TRT World zapewnił mnie i rodaków, że „nie strzelamy do ludzi jak PO”. Nie wiedziałem, że PO strzelało, ba! – nie wiedziałem, że byłem zabity. Pewnie na wieść, że władzę przejmuje PiS – zmartwychwstałem.

TRT Word to odpowiednik Russia Today, Polska ma kanał dla Polonii, nie ma dla świata w języku angielskim (ale to może się ziścić), za to publiczne media dla Polaków są jak kanał Russia Today, choć i tutaj opinie są podzielone, bo niektórzy twierdzą, że to gadzinówki (nazistowskie media Goebbelska dla Polaków).

Tarczyński do takich mediów idealnie się nadaje. Estetycznie prezentuje się, jak Casanova z remizy Kacza Wólka – nawet gdyby ubrał się u Armaniego i Gucciego – a w głowie słowa mu się przekładają na szczekanie, jak to miało miejsce w Sejmie podczas przemówienia posłanki PO Kingi Gajewskiej-Płochockiej.

Po prostu prezes spuścił Tarczyńskiego z łańcucha, a ten nie omieszkał dać głos swej naturze. Jest ona prosto z Żoliborza, bo prezes o wyborcach niePiS mówi „kanalie” i „mordy zdradzieckie”, Casanova Tarczyński zaś, gdy zwrócono mu uwagę, że leci Lufhansą, a nie LOT-em szczeknął: „zamknąć gęby”.

Taki to osobnik Tarczyński, który zapewnił w tureckiej gadzinówce, że demokracja ma się dobrze. To skąd wzięły się setki tysięcy protestujących na ulicach? „Bo demokracja w Polsce ma się dobrze”. Znowu powrócił więc łańcuch.

Tarczyński klepał pisowskie komunały o trójpodziale władzy, który „powinien polegać na równowadze tych sił”. Tę równowagę pilnować będzie PiS. Jak sędzia wyda wyrok, którego równowaga nie będzie po myśli PiS, polityk tej partii zmusi sędziego do równowagi.

A ciekawe jest inne zjawisko w kwestii tej równowagi, mianowicie Tarczyński ze swego łańcucha był powiedzieć: „Mamy sędziów, którzy zabijają ludzi, kierując samochodami po pijaku. Mamy wciąż sędziów przyłapanych na kradzieży ze sklepów”.

Jak rozumieć powyższe zdanie urodzone w umyśle Tarczyńskiego? Sędziom zabierze się prawo jazdy? Czy: sędziowie przed jazdą będą badani alkomatem? A poza tym sędziów nie będzie się wpuszczać do sklepów, bo z ich strony grozi kradzież?

Nie nazwę Tarczyńskiego idiotą, bo niektórzy pacjenci z Tworek mogliby czuć się obrażeni, ale wynika z tego, że stan sędziowski w Polsce zostanie zlikwidowany, gdyż zabijają i kradną oraz nie przestrzegają trójpodziału władzy.

Tak ze swego łańcucha rzekł w tureckiej Russia Today Tarczyński, a poza tym „zamknąć gęby”.

SKĄD CI ZDRAJCY SIĘ BIORĄ? CZY KTOŚ NAM MOŻE WYTŁUMACZYĆ?

>>>

IDEALNA ODPOWIEDŹ, GDYBY KIEDYŚ KTOŚ WAS ZAPYTAŁ 🙂

Opozycja parlamentarna, pozaparlamentarna i organizacje obywatelskie łączą siły. Koalicja Prodemokratyczna działająca pod patronatem Strajku Kobiet chce się skupić na obronie trzech frontów: sądownictwa, wolności słowa i mediów, a także praw kobiet. Pisze Michał Wilgocki.

Demokratyczna opozycja jednoczy się pod patronatem Strajku Kobiet. Plany: obronić sądy, media i prawa kobiet

Na spotkanie w Warszawie przyszli przedstawiciele opozycji sejmowej (PO i Nowoczesna), pozaparlamentarnej (Razem, Inicjatywa Polska, SLD, Zieloni, Inicjatywa Feministyczna). Byli też przedstawicielki Strajku Kobiet, Obywatele RP, Komitet Obrony Demokracji, Obywatele Solidarni w Akcji, Dziewuchy Dziewuchom, stowarzyszenie TAMA, Kolektyw Czarne Szmaty i Śląskie Perły.

– Podsumowaliśmy nasze dotychczasowe działania i przygotowaliśmy plan na kolejne dwa miesiące – mówi „Wyborczej” Marta Lempart. – Jeszcze przed wrześniowym posiedzeniem Sejmu chcemy zorganizować obywatelski okrągły stół i wspólnie wypracować 10 postulatów dotyczących reformy wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, jeżeli PiS będzie próbował odrzucić weto w parlamencie, natychmiast zareagujemy odpowiednio, tak jak to robiłyśmy do tej pory, na przykład protestami. Chcemy być zawsze tam, gdzie są podejmowane decyzje – przed Sejmem, Senatem, Pałacem Prezydenckim, Trybunałem Konstytucyjnym albo na Nowogrodzkiej.

Przedstawiciele wszystkich organizacji ustalili, że w najbliższym czasie połączą siły z Akcją Demokracja, która zaplanowała spotkania, podczas których będzie tłumaczyć zagrożenia płynące z jedynej niezawetowanej przez prezydenta ustawy – o ustroju sądów powszechnych.

– Postaramy się w jak największym stopniu nagłośnić to, co grozi każdemu obywatelowi, który będzie miał po tej nowelizacji do czynienia z sądami – dodaje Marta Lempart.

Koalicja jest też przygotowana na to, że w każdej chwili PiS może zabrać się do zaostrzenia prawa aborcyjnego. Może to zrobić na dwa sposoby: jeden z nich to poparcie obywatelskiego projektu ustawy zakazującego aborcji w przypadku ciężkiego upośledzenia płodu (to dłuższa droga, bo pod tym projektem nie zostały jeszcze zebrane podpisy). Drugi sposób to rozprawa przed Trybunałem Konstytucyjnym. Wniosek w sprawie niekonstytucyjności usuwania ciąży w przypadku ciężkiej choroby płodu zgłosiła grupa posłów PiS. Koalicja Prodemokratyczna planuje protesty, jeżeli PiS spróbuje zrealizować któryś z wariantów. Włącza się także w zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem „Ratujmy kobiety” liberalizującym prawo aborcyjne.

Kolejny postulat dotyczy języka. Na spotkaniu przedstawiciele Nowoczesnej zadeklarowali, że złożą nowelizację ustawy o języku polskim, tak żeby praktyka stosowania języka wrażliwego na płeć (chodzi m.in. o żeńskie końcówki) została potwierdzona jako ustawowa norma.

– Zapraszamy też do rozmów przedstawicieli redakcji mediów komercyjnych, za które – jak zapowiedziała posłanka Krystyna Pawłowicz – PiS weźmie się po wakacjach. Będziemy je namawiać do wspólnej akcji protestacyjnej. Będziemy również pilnować mediów publicznych, które nie spełniają obecnie swojej misji. Rozważamy różne metody – łącznie z wstępowaniem na drogę prawną i apelami do reklamodawców – dodaje Marta Lempart.

Koalicja zachęca również do tego, żeby cyklicznie, być może nawet raz w tygodniu, spotykać się w terenie, przed biurami parlamentarzystów PiS. Liczy, że w ten sposób dotrze do kilkunastu polityków, którzy wahają się w poparciu dla „dobrej zmiany”.

Jak miała działać? Szybciej? Sprawniej? Skuteczniej? Czy jakoś tak.. 🤔

Wojciech Maziarski na koduj24. pisze o Dudzie.

Czy czarna dziura pochłonie Andrzeja Dudę?

Prezydent postawił jeden krok ku swobodzie, ale jeszcze nie wyrwał się z pola grawitacyjnego PiS.

Podstawowe pytanie polskiej polityki brzmi dziś: co zrobi Andrzej Duda? Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek w ostatnich latach tak wiele zależało od trzeźwości umysłu jednego człowieka. I od jego psychicznej odporności na naciski i groźby.

Zgłaszając weto do dwóch ustaw sądowych, prezydent wyruszył w drogę bez powrotu. Tak podpowiada logika. W obozie politycznym kierowanym przez Jarosława Kaczyńskiego nie czeka go już żadna przyszłość polityczna. Nawet gdyby się pokajał, posypał głowę popiołem i padł na kolana, nie ma najmniejszych szans, by PiS ponownie wystawił jego kandydaturę w kolejnych wyborach prezydenckich. Prezes ani nie zapomni, ani nigdy nie wybaczy mu zdrady, jakiej się dopuścił blokując PiS-owską szarżę na Sąd Najwyższy i Krajową Radę Sądownictwa, a w konsekwencji utrudniając realizację także innych zamierzeń rządzących. Dopóki PiS nie ma kontroli nad wymiarem sprawiedliwości, nie bardzo może przejąć prywatne media, których właściciele z pewnością będą się odwoływać od bezprawnych decyzji do sądów.

Kaczyński, gdyby mógł, pewnie poszedłby dziś przed Pałac Prezydencki, by pokazać tej „zdradzieckiej mordzie i kanalii”, co o niej myśli (swoją drogą, z niecierpliwością czekam na kolejną miesięcznicę smoleńską, ogromnie jestem ciekaw, co też pan prezes powie przed siedzibą prezydenta). Jednak nie bardzo może sobie na to pozwolić. Konstytucyjne uprawnienia sprawiają, że Duda trzyma go w szachu. Dlatego politycy PiS przez zaciśnięte zęby mówią, że czekają na prezydenckie projekty ustaw sądowych. Nie podnoszą głosu ani nie szczerzą kłów, ale pod tą maską udawanego spokoju widać kipiące emocje. Gdyby mogli, wywlekliby zdrajcę z pałacu i rozszarpali go na strzępy. Logika mówi więc, że zerwanie jest nieodwracalne.

Pytanie tylko, czy Andrzej Duda ma tego pełną świadomość. Czy nie ulegnie psychicznej presji i pokusie udobruchania towarzyszy, którzy przez lata stanowili jego partyjne otoczenie. Czy zdaje sobie sprawę, że jeśli chce ocalić skórę, nie tylko nie może się cofnąć, ale nawet nie może zatrzymać się w miejscu, w którym dziś stoi. Musi wykonać kolejne kroki ku politycznej suwerenności, dalej rozluźniając więzy łączące go z dawnym środowiskiem i przełamując lody w stosunkach z opozycją. To dla niego jedyna szansa.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent to sobie uświadamia i czy gotów jest wyciągnąć z tego praktyczne konsekwencje. Wszystkie jego dotychczasowe działania i deklaracje mają charakter połowiczny. Zawetował dwie ustawy sądowe, ale już nie trzecią. Powiedział, że Sąd Najwyższy nie może podlegać prokuratorowi, ale nie powiedział, że nie może też podlegać prezydentowi. Nie przyznał, że PiS-owskie projekty ustaw były sprzeczne z Konstytucją. Zapowiedział, że przygotowując nowe projekty, będzie się konsultować ze środowiskiem prawniczym, ale od razu uprzedził, że wiele osób będzie z tych projektów niezadowolonych.

Wygląda na to, że Andrzejowi Dudzie marzy się stworzenie alternatywnego PiS-u o ludzkiej twarzy – obozu prawicowego, który reprezentując ten sam system wartości, wolny byłby od radykalizmu i bolszewickich zapędów, które ostatnio w coraz większym stopniu dominują w działaniach Jarosława Kaczyńskiego.

Sympatię do tego projektu niedwuznacznie zademonstrował Kościół. List przewodniczącego konferencji Episkopatu abp Stanisława Gądeckiego do prezydenta z podziękowaniem za weto nie pozostawia w tej kwestii wątpliwości. Poparcie okazuje też część prawicowych publicystów (np. Rafał Ziemkiewicz, Paweł Lisicki czy Piotr Zaremba) oraz politycznych autorytetów (np. Jan Olszewski).

To jednak stanowczo za mało, by pomysł powołania obozu stanowiącego polityczne zaplecze Andrzeja Dudy mógł liczyć na powodzenie. Nic nie wskazuje na to, by wśród obecnych parlamentarzystów i polityków PiS znalazła się duża grupa chętnych do zmiany barw klubowych na prezydenckie. Duda może liczyć, co najwyżej, na pojedyncze transfery, a nie na wielki exodus, przypominający np. powołanie Platformy Obywatelskiej, kiedy to liderzy nowo powstającego ugrupowania wyprowadzili z Unii Wolności większość aktywów. Kilkanaście czy nawet trzydzieści szabel w Sejmie to za mało, by prezydent mógł czuć się bezpiecznie jako samodzielny podmiot polityczny.

Wiele wskazuje na to, że w Polsce na prawicy obok PiS-u nie ma miejsca na inne ugrupowanie o mniej radykalnym obliczu. W przeszłości taką partię – o nazwie Polska Jest Najważniejsza – próbował powołać Paweł Kowal i ta próba też zakończyła się klapą. PiS odgrywa na polskiej prawicy rolę czarnej dziury – te niewidoczne ciała niebieskie o gigantycznej grawitacji są swoistymi kosmicznymi odkurzaczami, wysysającymi całą materię z otaczającej ich przestrzeni. W ich polu przyciągania nie ostanie się nic.

Jeśli więc Andrzej Duda nie chce skończyć jak kometa, która na chwilę rozbłysła i zgasła, ponownie wciągnięta w lej PiS-owskiej czarnej dziury i sprasowana w jej wnętrzu, musi się wyrwać z jej pola grawitacyjnego. Jak najszybciej i jak najdalej. A to niechybnie oznacza też zbliżenie się do innych układów planetarnych w tym rejonie nieba.

Czy prezydent ma tego świadomość? I czy będzie miał dość odwagi, by ocieplić relacje z dotychczasowymi politycznymi wrogami?

Przekonamy się w najbliższych tygodniach. Zobaczymy, kogo prezydent zaprosi do prac nad projektami ustaw sądowych i jaki kształt przybiorą te dokumenty. Jeśli będą przypominać wcześniejszą wersję, którą napisali ludzie Ziobry, a główna różnica będzie polegać na tym, że nadzór nad sądami będzie sprawować prezydent, a nie prokurator generalny, oznaczać to będzie, że droga ku suwerenności Andrzeja Dudy zakończyła się po jednym połowicznym kroku.

POBUDKA 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku i Szyszce.

Błaszczak i Szyszko, ministrowie niegodni funkcji są winni kryzysów

Bezprawne działania władzy PiS wcale mnie nie dziwią. Społeczeństwo obywatelskie i opozycja parlamentarna są śledzone i na podsłuchach. Inaczej nie potrafią utrzymać władzy. Protesty lipcowe były największymi po 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego; po odzyskaniu suwerenności nie mieliśmy do czynienia z takim wyraźnie powiedzianym przez Polaków – „nie”.

Protesty lipcowe nie były partyjne – choć parlamentarne partie opozycyjne organizowały swoje – społeczeństwo obywatelskie i to najmłodsze, które zna poprzedni reżim z relacji rodzinnych i środowiskowych powiedziało – „dość”. Opór zwykle ma charakter lawiny, wystarczy ruszenie jednego newralgicznego elementu i rusza protest z łoskotem, aby pod zwałami pogrzebać – w naukach społecznych – winnych kryzysu.

Nie od rzeczy, nie od parady sprawcami tego kryzysu, są marni ludzie PiS. Nikt mnie nie przekona, iż od przeciętności – w znaczeniu nijakości – różni się Mariusz Błaszczak czy Jan Szyszko. To są ludzie niewidzialni, gdyby byli dla nas anonimowi i gdyśmy ich spotkali podczas jakiegoś działania, nie zostałaby zatrzymana na nich żadna uwaga, tak jak nie zauważamy nicości, braku.

Wybrakowanie nam przeszkadza w chwili, gdy staje się normą, gdy jest narzucone przez zbieg okoliczności, w tym wypadku splot zdarzeń politycznych. Wybrakowana postać Błaszczaka szczególnie razi, bo on nawet wypowiada się w mediach.

Piszę o tych dwóch nijakich ludziach PiS przy okazji dwóch drobnych, ale znamiennych zdarzeń, mających w sobie modus operandi PiS.

Ministerstwo Błaszczaka (MSWiA) wystosowało do Fundacji Wolnych Obywateli RP (szefuje jej Paweł Kasprzak) groźbę w formie pisma i to taką, iż można podejrzewać, że ktoś odpowiedzialny za sformułowania w tym straszeniu w piśmie nie zna języka polskiego. Tak było – pamiętam: za komuny – też mieli tamci ciemniacy problem z językiem polskim.

Obywatelom RP wytyka się blokowanie – jak piszą z ministerstwa Błaszczaka w języku mało polskim – „zgromadzenia publicznego odbywającego się w celu oddania hołdu Ofiarom katastrofy smoleńskiej”.

Hołd składa się – mistrze od gadżetu różańca – bóstwom, albo władzy feudalnej. Nie składa się ofiarom, składa się ofiary. Nie można złożyć hołdu tym, którzy przyczynili się pośrednio i bezpośrednio do katastrofy. Jarosław Kaczyński swoją pokrętnością stworzył fakt zakłamania – nazywany mitem smoleńskim – iż jego brat „poległ”. Tak! Poległ na nieprzestrzeganiu procedur i mając niepohamowany pęd do reelekcji prezydenckiej.

I tego rodzaju zakłamaniu stoją na drodze Obywatele RP, stoją przeciw zakłamywaniu Polski. Zaś„zgromadzenie od hołdu” jest coraz droższe. Liczą na to – to mój apel do władz policji – iż zachowają dokumenty, w których zleca się chronienie Jarosława Kaczyńskiego, odczyniającego jakieś „hołdy”na Krakowskim Przedmieściu i z tego miejsca centralnego w kraju robiącego prywatne uroczysko. Jeżeli zlecenie na chronienie „hołdu” wypłynęło od Błaszczaka, to on powinien za ochronę „hołdu”zapłacić. Ostatni „hołd” kosztował przeszło 700 tys. zł, a policjanci nie dojadali. Gdybym wiedział, to podzieliłbym się wolnymi kanapkami, bo miałem przy sobie.

To Obywatelom RP należy się pomnik na Krakowskim Przedmieściu ze szczególnym uwzględnieniem Kasprzaka, bo bronią nas przed paranoją smoleńską i przed „geniuszem” od kanalii i zdradzieckich mord.

Za to w przyszłości Błaszczak musi zapłacić nie tylko majątkiem, ale też paragrafami, aby Polska była normalna. Nie po to nasi przodkowie – a moi od zawsze, od kiedy zapisywana jest historia ojczyzny – walczyli z wrogami, a takich ciurów Błaszczaków – bo jest takim obozowym brakiem – karano za niszczenie porządku w taborach.

I drugi nijaki Jan Szyszko, stosujący modus operandi PiS. Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał – czyli nakaz sankcjonowany może być karą finansową – zaprzestanie dalszej wycinki Puszczy Białowieskiej. Następnego dnia po nakazie do Puszczy udał się operator Polsat News, a tam został pobity, zaś kamera odebrana mu i zniszczono nagranie.

Czy operator filmował wycinkę, której nie zaprzestano, czy robił zdjęcia wspaniałej przyrody niszczonej przez Szyszkę, jest obojętne, ale to wskazuje z jaką władzą mamy do czynienia. Niekompetentną, nieodpowiedzialną, bo ministrami są ludzie tak przeciętni, iż nie znając ich nie zwrócilibyśmy na nich uwagi.

Zostali wywyższeni nie mając kompetencji ani żadnych zasług, tacy ludzie – Błaszczak i Szyszko – wszystko zrobią, aby utrzymać się w siodle. To nie jest władza, to są przedstawiciele nieporozumienia, ciury obozowe, które nie powinny pokazywać się nikomu na oczy, bo zwykle coś zmalują niegodnego miana Polaka.

Franek Sterczewski po raz kolejny zaprasza na pl. Wolności. Tym razem zamiast protestu odbędzie się piknik obywatelski. – Teraz stawiamy na spotkania, mówienie o prawach obywatelskich, aktywności obywatelskiej i konstytucji – podkreśla Sterczewski.

BOSKIE, PO PROSTU BOSKIE :))) Doskonały komentarz…

>>>

NO I STAŁO SIĘ… WCZORAJ

Wojciech Maziarski na Koduj24.pisze o zmierzchu Jarosława Kaczyńskiego.

Zmierzch rządów Kaczyńskiego

Weto Andrzeja Dudy to kopernikański przewrót w polskiej polityce.

Wszystko się zmienia. PiS pod wodzą prezesa Jarosława Kaczyńskiego traci pełnię władzy. Pojawia się nowy ośrodek polityczny.

Nie oznacza to, że Andrzej Duda przeszedł do obozu reprezentowanego przez KOD, PO, Nowoczesną i PSL. Wypisał się jednak z tego, na którego czele stoi Kaczyński. Oczywiście, prezes PiS nie położy uszu po sobie. Wypowie Dudzie wojnę, podobnie jak na początku lat 90. wypowiedział ją Lechowi Wałęsie, gdy poczuł się przez niego zdradzony. Wtedy organizował marsze na Belweder krzycząc: „Miał być naszym prezydentem, a okazało się, że jest ich prezydentem!”.
Czy teraz PiS będzie maszerować na Pałac Prezydencki? Nie wiadomo, ale na pewno front wojny między dotychczasowym twardym jądrem PiS a Dudą stanie się kluczową linią podziału w polskiej polityce.

W sytuacjach krytycznych opozycja i większa część krytycznej dotąd wobec Andrzeja Dudy opinii publicznej, chcąc nie chcąc, będzie musiała wesprzeć prezydenta, by w tym starciu nie wygrał Kaczyński. To sprawi, że stopniowo będą blaknąć wrogie emocje, jakie demonstrujący dziś na ulicach obywatele żywią do prezydenta. Nic tak nie zbliża, jak wspólny wróg. Tym wrogiem od dziś jest prezes Kaczyński.

Zbliżenie zapewne nigdy nie będzie pełne – prezydent nie może raczej liczyć na to, że jego dotychczasowi przeciwnicy będą kiedyś skandować „Andrzej Duda”, tak jak skandują „Lech Wałęsa”, mimo że wielu z nich w wyborach prezydenckich 1990 roku głosowało na Tadeusza Mazowieckiego. Jednak powtórzenie drogi Aleksandra Kwaśniewskiego jest możliwe. Jeśli weto Dudy jest zapowiedzią trwałej zmiany kursu, prezydent może zdobyć uznanie wielu swych dotychczasowych wrogów. Jeśli okaże konsekwencję i następne jego decyzje będą równie trafione, można sobie nawet wyobrazić reelekcję w przyszłych wyborach. Choć oczywiście brak weta dla trzeciej ustawy – o ustroju sądów powszechnych – każe zachować ostrożność i wstrzemięźliwość w chwaleniu głowy państwa.

Po wecie zaczną się też ruchy dezintegracyjne wewnątrz PiS. Ci, którzy mieli wątpliwości, ale dotąd milczeli i nie wychylali się, bo nie mieli dokąd pójść, nagle stwierdzą, że pojawiła się alternatywa. Już nie muszą klaskać prezesowi, bo jest inny ośrodek, wokół którego można się skupić. Obóz Jarosława Kaczyńskiego jak przekłuty balon zacznie tracić powietrze i flaczeć.

A ja mam swoją małą satysfakcję, bo wygrałem zakład z kilkoma kolegami, którzy nie wierzyli mi, gdy na początku rządów PiS prognozowałem, że potrwa to jakieś dwa lata. Dłużej nie porządzą. Nie wiedziałem oczywiście, jaką formę przybierze upadek rządów Kaczyńskiego. Teraz już wiem.

Kaczyński ma haki na Dudę.

W „Newsweeku” piszą, jak Kaczyński chciał zmusić Dudę do cofnięcia 2 wet.

Duda dostał czas na zmianę decyzji. Znamy kulisy spotkania w Belwederze

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński w poniedziałek żądał od prezydenta Andrzeja Dudy zmiany decyzji i podpisania ustaw o Sądzie Najwyższym i KRS – ustalił „Newsweek” . – Jarek daje ci godzinę na zmianę decyzji – mówił Kuchciński. Ale został odprawiony z kwitkiem. Andrzej Duda oznajmił, że raz ogloszonej decyzji nie cofnie.

Andrzej Duda przyjął w poniedziałek w Belwederze wysłanników prezesa PiS: Marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, Marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego i premier Beatę Szydło. Spotkanie trwało półtorej godziny. Po jego zakończeniu rzecznik głowy państwa Krzysztof Łapiński stwierdził w TVN 24, że „decyzja o wecie jest niewzruszona”: – Pan prezydent ogłosił swoją decyzję publicznie, wszyscy to widzieli i słyszeli. Prezydent tej decyzji się trzyma.

„Newsweek” poznał kulisy tego spotkania. Odbyło się ono w nieprzyjemnej, nerwowej atmosferze. Goście mieli żal do prezydenta, żądali od niego zmiany decyzji i podpisania ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa (formalnie było to możliwe, bo Andrzej Duda jeszcze nie skierował ustaw do ponownego rozpatrzenia w Sejmie; ma to zrobić w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin, gdy urzędnicy przygotują uzasadnienie). – Jarek daje ci godzinę na zmianę decyzji – zażądał według ustaleń „Newsweeka” Marszałek Sejmu. Prezydent odpowiedział, że to wykluczone, bo decyzja została już ogłoszona. W efekcie goście wyszli z niczym.

SZOK!!! MACIEREWICZ WYSTĘPUJE PRZECIW MANIFESTANTOM A GENIALNIE GO PODSUMOWAŁ 🙂

Pisarz Jacek Dehnel pisze o tych, którzy poprzez protest wymusili 2 razy weto na Dudzie. Dehnel mówił to na proteście, mówił o nowym języku oporu. Nie na tym polega wina Jarosława Kaczyńskiego, że jest niski czy samotny albo że jest lub nie jest gejem czy osobą chorą psychicznie, tylko na tym, że cynicznie okłamuje naród i niszczy polską demokrację, nasze wspólne dobro – mówił pisarz Jacek Dehnel w publicznym wystąpieniu pod Pałacem Prezydenckim.

Łatwo jest atakować agresywne, groźne, groteskowe obelgi ludzi władzy. Ale chciałbym, żebyśmy się przyjrzeli językowi po naszej stronie sporu

Przyszedłem tu, żeby powiedzieć o tym, czym zajmuję się zawodowo: o języku. Bo duża część tego, co się teraz dzieje, dzieje się w języku właśnie. To słowa tych skandalicznych ustaw, aroganckie słowa posłów i senatorów, które przypominają slogany i nowomowę z czasów Gomułki, ale także słowa konstytucji, słowa, które śpiewamy, słowa, które skandujemy, słowa przemówień na wiecach.

Łatwo jest atakować agresywne, groźne, groteskowe obelgi ludzi władzy. Łatwo, bo są nie do obrony. Ale chciałbym, żebyśmy się wszyscy przyjrzeli również językowi po naszej stronie sporu.

„Precz z PiSlamem”. „Kurdupel, gnom i karzeł”. „Gdyby Jarek wiedział, jak wygląda kobieta, to dałby sobie spokój”. „Schizofrenik”. „Obywatele i piękne obywatelki”. „Mentalne wieśniactwo”. „Popieram kobiety bo… są sexy”. Wiem, że słyszeliśmy to wszyscy z ust ludzi, którzy chcieli dobrze. Ale te słowa to nie tylko, jak chcieliby niektórzy, „głupie gafy”; świadczą one o znacznie głębszych problemach z tym, jak traktujemy naszych współobywateli.

Nie na tym polega wina Jarosława Kaczyńskiego, że jest niski czy samotny albo że jest lub nie jest gejem czy osobą chorą psychicznie, tylko na tym, że cynicznie okłamuje naród i niszczy polską demokrację, nasze wspólne dobro. Obok nas może stać w tłumie ktoś, kto też jest niewysoki; kto leczy się na schizofrenię czy depresję; kto jest gejem albo lesbijką; kto jest aseksualny, co też nie jest żadną zbrodnią; kto jest samotny, bo ominęła go wielka miłość, bo był wykorzystywany w dzieciństwie, bo jest nieśmiały, z najróżniejszych powodów. Nie sprawiajmy, żeby poczuł się z tego powodu gorszy, bo w niczym nam nie zawinił, a stoi razem z nami.

Obok nas może też stać ktoś, kto jest muzułmaninem, kto ma żonę muzułmankę albo chłopaka muzułmanina, kto ma muzułmańskie wnuki. I kto jest tak samo jak my zwolennikiem państwa prawa i wolności religijnych. Nie możemy w jednym zdaniu nawoływać do przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu, a w drugim straszyć „PiSlamem”.

Stoimy tu razem, bo zależy nam na wolności i konstytucyjnych prawach, do których należy też równouprawnienie. Wiem, że pan Stefan czy Janusz naprawdę uważa, że mówiąc o „pięknych paniach” i że „kobiety są sexy” prawi uroczy komplement, ale dla wielu kobiet to po prostu instrumentalne traktowanie ich jako obiektów seksualnych. Każdemu panu Stefanowi i Januszowi – ale też Damianowi i Frankowi, bo wbrew stereotypom seksizm nie jest ograniczony do żadnego pokolenia – chciałbym poradzić jedno: wyobraźcie sobie, że to samo macie powiedzieć o mężczyznach. Jeśli chcecie powiedzieć o „naszych sexy obywatelkach”, ale jednak nie powiedzielibyście o „naszych sexy obywatelach”, to znaczy, że fraza jest nieodpowiednia. Wszyscy mamy ciała, ale nie przyszliśmy tu na seksrandkę, tylko walczyć o swoje prawa.

I wreszcie: jesteśmy w Warszawie, ale są z nami też ludzie z małych miast, miasteczek i wsi. I tu, i u siebie, gdzie demonstrowanie wymaga nierzadko znacznie większej odwagi. Pamiętajmy wszyscy, że „prowincjonalność” to stan ducha, a nie adres. I wystrzegajmy się słów o „wieśniactwie”, o „robolach” ale też o „chamach od 500+, którzy sprzedali wolność za pieniądze”. Dla wielu naszych współobywateli 500+ to kwestia godności i również wolności, choć innego jej rodzaju. Program wprowadzony przez PiS jest niesprawiedliwy, nieprzemyślany i cynicznie gra na emocjach, ale zdiagnozował realny problem: wielu z nas nie mogło żyć godnie. A to, że Polska jest państwem sprawiedliwości społecznej, jest dokładnie tak samo zapisane w konstytucji jak to, że jest państwem prawa. I tak samo nas wszystkich obowiązuje i zobowiązuje do dzielenia się ze sobą.

Znaleźliśmy się razem w strasznym i groźnym momencie, a skok na sądy, nie do końca udaremniony, jest tylko częścią problemu. Jeśli ma być to tylko – a taką mam nadzieję – przesileniem, każdy i każda z nas, jedno bardziej, drugie mniej, w tym ja, musi zmienić swój język i, co za tym idzie, swoje myślenie. „Solidarność” odniosła sukces, bo była ruchem masowym, a była ruchem masowym, bo przywracała godność bardzo wielu grupom społecznym. Każdy z nas się liczy, kobieta i mężczyzna, duża i mały, homo i hetero, katolik, muzułmanin i ateistka, z miasta i ze wsi. Nikogo z nas nie możemy odpychać słowami, przeciwnie, musimy go włączać i szanować jego godność. Tylko tak ten kryzys może doprowadzić nas do zwycięstwa i lepszej, sprawiedliwszej Polski, w jakiej wszyscy chcielibyśmy mieszkać.

👍✌️

Waldemar Mystkowski pisze o analogii z IV RP.

Duda Lepperem dla Kaczyńskiego

Andrzej Duda okazał się Andrzejem Lepperem dla Jarosława Kaczyńskiego. Nie dał skorumpować się ustawami uzależniającymi władzę sądowniczą od polityków PiS, tak jak w IV RP Lepper odrolnieniem działki na Mazurach. Duda przejrzał grę, za którą zapłaciłby Trybunałem Stanu.

Kto dzisiaj będzie ówczesnym Giertychem? Oczywiście, Jarosław Gowin. Kaczyński popełnia te same błędy, bo ma wobec Polski nadal takie same zamiary. Dalszy ciąg nie będzie taki sam, jak w 2007 roku, bo farsa jest ta sama, ale aktorzy inni.

Gdyby Duda nie był upokarzany, to kto wie. Upokarzany przez swego prezesa, ale też przez społeczeństwo obywatelskie, które dorwało go nawet w Juracie, gdzie nie mógł sobie spokojnie poślizgać na skuterza wodnym. Przecież Duda i tam budził się spocony, bo na marach dorywało go skandowane: De-mo–kra-cja. A przecież wolałby się budzić ze snu np. z Ruchadełkiem leśnym. Zresztą każdy ze zdrowym libido wybrałby ten wariant.

Tak naprawdę Duda nigdzie nie mógł się ruszyć spokojnie. W całym kraju obywatele go łapali na wykroku tą „de-mo-kra-cją”, a po protestach „Łańcucha światła” nawet nie mógłby wyjść z Pałacu Prezydenckiego.

Dudzie kajdany nałożyło społeczeństwo obywatelskie, wcześniej jednak skuł go prezes, który trzymał jako Adriana w przedpokoju. Czy tak można żyć?

Nie. W przeddzień wiekopomnej porażki PiS (1:2), Duda udał się na Jasną Górę, gdzie otrzymał wsparcie Kościoła katolickiego, który dopiero teraz poprzez szefa Episkopatu abp Stanisława Gądeckiego zajął jasne stanowisko. Gądecki podziękował Dudzie, ale zapomniał o społeczeństwie, ołtarzowi zawsze było bliżej do tronu niż do wiernych. Polski Kościół niczego się nie nauczył.

Kaczyński otrzymał zatem dwóch silnych przeciwników – „totalnego” na pół gwizdka (1:2) prezydenta i „totalny” Kościół. Jak sobie z tym poradzi? Jak zwykle w odpowiednim momencie plunie „mordami zdradzieckimi” i „kanaliami”.

Inicjatywę w sprawie reformy sądownictwa przejmuje Duda, który nie może liczyć na PiS. Na kogo zatem? Oprócz Gowina i Kukiza nikt go nie poprze, także nie dostanie wsparcia instytucji prawniczych, bo mu nie uwierzą po tylu sprzeniewierzeniach.

Społeczeństwo obywatelskie, jego różne formy oprotestowania rzeczywistości PiS, nie może jednak rozejść się do domu, do larów i penatów. Nie można Polski oddać na dalsze rozszarpywanie przez polityków obecnie rządzących. Oni nawet drżą jak osika chronieni barierkami i szpalerami policjantów, dygot dochodzi z twierdzy z Nowogrodzkiej.

Próba tworzenia autokracji była dziełem tchórzy. Trzeba zatem wykurzyć ich z nor, tj. od koryta, które w historii po 1989 roku nigdy nie było tak upartyjnione.

>>>

Wojciech Maziarski („Wyborcza”) pisze o koflikcie pokoleń – postsolidaruchów z nową lewicą. „Maziarski et consortes”, postsolidarnościowe zgredy, uniemożliwiają nowej lewicy przejęcie rządu dusz w Polsce?Spieszę sprostować: to nie ja, lecz wyborcy o tym decydują.

Dostało mi się od Stanisława Skarżyńskiego z OKO.press, bo ośmieliłem się skrytykować kilku lewicowych publicystów za niemądre szyderstwa z ludzi witających Donalda Tuska w Warszawie („Wyborcza” z 24 kwietnia). Ze wszystkimi tezami mojego oponenta polemizować nie będę, ale dwie rzeczy domagają się riposty.

Skarżyński pisze: „To Donald Tusk jest odpowiedzialny za to, że PiS jest dziś u władzy. To on PiS przez całe lata hodował i nie kiwnął palcem, żeby rozliczyć PiS za jego wyczyny z lat 2005-07. Wiadomo dlaczego: żeby mieć kim straszyć w kolejnych wyborach. (.) Kto nie postawił Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu? Tusk. (.) Kto przez lata nie tknął SKOK-ów? A jak PiS sfinansował całą tę propagandową machinę tłoczącą ludziom do głowy podstawy tego, co dziś jest smoleńską fizyką Macierewicza?” („Wyborcza”, 25 kwietnia).

Skarżyński twierdzi więc, że trzeba było w latach 2007-15 ostrzej rozprawić się z PiS-em, a wówczas nie mielibyśmy dziś tego, co mamy. Śmiała to teza i moim zdaniem kompletnie nieprawdziwa. Tak samo jak nieprawdziwa jest insynuacja, że Platforma z wyrachowania hodowała PiS.

Owszem, Tusk unikał zemsty i raczej dążył do wygaszenia negatywnych emocji. Temu miały służyć pojednawcze gesty w rodzaju pozostawienia Mariusza Kamińskiego na stanowisku szefa CBA. Po awanturniczych rządach PiS-u epoka PO miała się kojarzyć ze spokojem i emocjonalnym bezpieczeństwem. Jej symbolem miała się stać przewidywalność.

Ta polityka łagodzenia konfliktu i obłaskawiania PiS-u nie przyniosła efektu, bo nie da się oswoić skorpiona. Możemy więc powiedzieć, że Tusk był naiwny. Jednak jaka była alternatywa? Czy np. można było, nie łamiąc zasad państwa prawa, zakneblować tzw. sektę smoleńską i odebrać jej finansowanie ze SKOK–ów? Ziobrę oczywiście należało postawić przed Trybunałem, ale nie łudźmy się, że wyeliminowałoby go to z polskiej polityki. PiS nie przejmuje się prawem, więc nie miałby oporów przed powołaniem ministra z wyrokiem na karku. Prezydent by go wstecznie ułaskawił, tak jak przed wyrokiem ułaskawił Kamińskiego.

Jednak najbardziej zdumiewa to, że brak radykalnej rozprawy z PiS-em krytykuje ten sam publicysta, który walkę obozu demokratyczno-liberalnego z autorytarno–nacjonalistycznym określa – w tym samym tekście! – pogardliwym mianem „postsolidarnościowej młócki”. W środowiskach lewicy obowiązuje absurdalna teza, że ta walka to bezsensowne zmagania dwóch równie fanatycznych plemion i że jest ona dla Polski zgubna, więc lepiej się w nią nie angażować i stać z boku. Bóg jeden raczy wiedzieć, w jaki sposób można unikać „młócki”, a jednocześnie radykalnie rozprawić się z PiS-em.

A na koniec Skarżyński stawia zarzut, że „Maziarski et consortes” (czyli okropne postsolidarnościowe zgredy) uniemożliwiają nowej lewicy przejęcie rządu dusz w Polsce. Zamiast czołgać się na cmentarz, tarasują drogę, po której ze śpiewem na ustach nadciągają zastępy młodych. To idzie młodość, to idzie młodość.

Mojego polemistę najwyraźniej ktoś wprowadził w błąd. Spieszę więc sprostować: to nie ja, lecz wyborcy decydują, kto w Polsce sprawuje rząd dusz. I to wyborcy z własnej woli witali na dworcu Donalda Tuska. A nie witali np. Adriana Zandberga. Obiecuję jednak, że jeśli PiS będzie szykanować lidera Partii Razem i wzywać go na przesłuchania, to jego też solidarnie odprowadzimy do prokuratury.

Waldemar Mystkowski pisze o Szydło, Dudzie i Glińskim.

Beksa Szydło i niedouki PiS

Marek Magierowski w imieniu Andrzeja Dudy zachęcił rzecznik PiS Beatę Mazurek, aby wróciła do szkoły i podciągnęła się w sztuce czytania. Magierowski powołał się na autorytet Dudy: „Według prezydenta Andrzeja Dudy pisemna forma kontaktu między urzędami zazwyczaj nie odpowiada tym osobom, które mają problem z czytaniem. Ten brak można uzupełnić w szkole”. Jest to odpowiedź na stwierdzenie nieczytatej Mazurek, iż szef MON i Duda mogą ze sobą rozmawiać, a prezydent wybrał inną formę komunikacji – epistolarną.

Z tego wniosek, iż Duda czytać potrafi, bo pisze. Dlaczego jednak prezydent nie czyta Konstytucji? Czy tylko dlatego, że jej nie napisał? Nie zostanę jednak Magierowskim, ale Duda może usłyszeć w przyszłości – i raczej usłyszy – od rzecznika Trybunału Stanu, iż może uzupełnić braki w szkole, ale wcześniej odpowie zgodnie z prawem rzymskim, iż prawo obowiązuje niezależnie od tego, czy je znamy, czy nie.

Duda już dzisiaj mógłby zapłakać nad swoim losem, bo perspektywy dla niego widzę czarno. Już zapłakała – jak publicznie zakomunikował Kazimierz Marcinkiewicz – Beata Szydło w Brukseli, gdy obwieszczono jej wynik wyborów na przewodniczącego Rady Europejskiej 1:27. „1” w tym rezultacie to nie bynajmniej gol honorowy, gdyż liczba „27” wskazuje na gole samobójcze.

Przyznam się, że współczuję premier Szydło, lecz wówczas płaczącą w Brukseli bym z litości nie przytulił, bo tulę Polskę z powodu, iż rodacy strzelają jej aż 27 goli. Polski nikt nie degraduje, ani Rosjanie, ani Niemcy, tylko swoi. Tak zawsze było w historii. I dzisiaj w owych „Ruskich” i „Szkopów” zamienia się PiS.
Zaś zapłakać nad sobą i udać się do szkół powinien minister kultury Piotr Gliński. Oto stanął przeciw kulturze polskiej, a w obronie nacjonalistów (Młodzież Wszechpolska, Stowarzyszenie Marsz Niepodległości i ONR), którzy wywołali zamieszki przed spektaklem „Klątwy” w Teatrze Powszechnym. Gliński jak adwokat narodowców wzywa Hannę Gronkiewicz-Waltz do ocenzurowania „Klątwy” – achtung! achtung! – za „znieważenie religii i najwyższych wartości Kościoła katolickiego”.

Nad Glińskim nawet jego brat Robert nie zapłakał, tylko nazwał „idiotą”. Ja też nie zapłaczę, ale zapytam: jakie są te najwyższe wartości Kościoła katolickiego? Czy aby nie papież? Zaś wartości chrześcijańskie są nieprecyzyjne i wchodzą w skład wartości humanistycznych. Wartości nie można znieważyć, można znieważyć osobę.

Szydło więc niech nie płacze nad „sukcesem” 1:27, lecz nad Glińskim i pośle go do szkół, aby ten dowiedział się o najwyższych wartościach Kościoła katolickiego. Jak choćby je 500 lat temu nazywał Marcin Luter. Czytając inwektywy uczonego Niemca, „Klątwę” nazwać należy bajeczką dla grzecznych dziewczynek.

Morał dzisiaj jest taki: płakać nad powyżej przywołanymi osobami nie sposób, na szkoły i nauki dla nich za późno, pouczyć ich może w przyszłości Trybunał Stanu.

Kleofas Wieniawa pisze o ministrze kultury Glińskim.

Nie robi na mnie wrażenia to, że Beata Szydło popłakała się w Brukseli z „sukcesu” 1:27. Wszak docenił ten płacz Jarosław Kaczyński, który wręczył jej bukiet kwiatów na lotnisku witając ją jako uosobienie Wiktorii.

Także nie specjalnie doceniam wiekopomne odkrycie Andrzeja Dudy – via usta Marka Magierowskiego – iż rzecznik PiS Beata Mazurek powinna wrócić do szkoły po naukę czytania.

Ba! Nie robi na mnie specjalnego wrażenia skonstruowanie nowego pojęcia ontologicznego przez Piotra Glińskiego: „najwyższe wartości Kościoła katolickiego”, które jakoby zostały zaatakowane w spektaklu „Klątwa” w Teatrze Powszechnym. Minister więc musiał wesprzeć narodowców w ich zamieszkach pod teatrem.

Ale robią na mnie wrażenie finanse PiS. Oto uroczystości świąteczne partii PiS 10 kwietnia 2017 roku nie zostały opłacone z kasy partyjnej, ale z kasy państwa.

Jarmark PiS w okolicach Krakowskiego Przedmieścia kosztował 288 tys. zł, izostał zasponsorowany przez Ministerstwo Kultury.

Piotr Gliński powinien zostać co najmniej ministrem finansów – tyle zostało w kasie partyjnej – a także zgłoszony do ekonomicznej Nagrody Nobla. Jak Gliński się jeszcze bardziej postara, to dojdzie do efektów godnych Kany Galilejskiej – rozmnoży chleb i wino dla partyjnych kolegów.

A brat Robert nazwał go „idiotą”. Kto tu jest idiotą? Gliński to facet od cudów – cudak!

>>>

26 GENERAŁÓW I 256 PUŁKOWNIKÓW WYMIENIONYCH NA 161 KSIĘŻY… TO JEST TA DOBRA ZMIANA W ARMII ???

Warto iśc za tokiem rozważań Wojciecha Maziarskiego („Wyborcza”) o delegalizacji PiS. W obozie „dobrej zmiany” wprost roi się od ludzi o mentalności zamordystów domagających się zakneblowania oponentów i pozbawienia Polaków ich konstytucyjnych praw.

Bardzo zawiedzeni muszą być ci, którzy myśleli, że masowe zademonstrowanie sprzeciwu wystarczy, by zmusić PiS do rezygnacji z narzucania Polakom zakazów i nakazów, których oni nie akceptują. Setki tysięcy kobiet, przy równie masowym wsparciu mężczyzn, pokazały jednoznacznie i dobitnie, że nie zgadza się na to, by PiS im zaglądał do macic – a Kaczyński swoje. W wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” z początku kwietnia zapowiedział, że mimo protestów wprowadzi zakaz aborcji z powodu uszkodzenia płodu.

Ma nawet jakiś chytry pomysł, jak to zrobić, którego na razie nie ujawni. Z niejasnych aluzji i sugestii można domniemywać, że tym razem nie chce zakazu procedować w Sejmie w formie projektu ustawy, lecz narzucić go obywatelom w jakiś inny, podstępny sposób. „Zakaz aborcji eugenicznej ma szanse na wprowadzenie w stosunkowo nieodległym czasie, choć w nieco inny sposób, niż próbowano do tej pory. (…) Na razie nie chcę wchodzić w szczegóły, ale sprawa będzie rozwiązywana na płaszczyźnie prawnej”.

Ta zapowiedź to niejedyny dowód na to, że PiS jest partią antydemokratyczną i dyktatorską. Oto posłanka PiS Krystyna Pawłowicz zaapelowała do zdominowanej przez ludzi PiS Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o wydanie zakazu emisji „Faktów” TVN. „Niech się Rada nie boi!” – wezwała konstytucyjny organ mający stać na straży wolności słowa w Polsce. „Rada się nie boi, rada czeka na dobre prawo” – odpowiedziała jej rzeczniczka KRRiT. Czy można to interpretować inaczej niż jako wezwanie do uchwalenia przepisów umożliwiających władzom cenzurowanie mediów?
Przypomnijmy konstytucyjny zapis: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu”.

W obozie „dobrej zmiany” wprost roi się od ludzi o mentalności zamordystów domagających się zakneblowania oponentów i pozbawienia Polaków ich konstytucyjnych praw. Do Krajowej Rady napłynęło ponad 12 tys. identycznie brzmiących listów żądających odebrania koncesji na nadawanie programów TVN i TVN 24.

A była kandydatka na senatorkę PiS, aktorka Anna Chodakowska podzieliła się z czytelnikami portalu wPolityce.pl tą oto myślą: „Takie osoby jak reżyser ‚Klątwy’ powinny być pognane z naszego kraju i poszczute psami. Gadanie, że można nie iść do teatru, w którym drwi się ze świętości, i wybrać sobie coś innego, jest bzdurą. Trzeba myśleć inaczej: ja nie chcę, żeby w moim mieście, w moim kraju narażano spokój sumienia i krzywdzono kogokolwiek. Jest przecież na to paragraf i to trzeba traktować poważnie. (…) Obraza uczuć religijnych jest bardzo mocnym zarzutem i ten przepis trzeba stosować”.

Przypomnijmy więc zapis konstytucji: „Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”.
Pytanie, z którym prędzej czy później będziemy musieli się zmierzyć, brzmi: czy te i inne dowody antykonstytucyjnej działalności PiS-u – np. zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego, dążenia do podporządkowania sądów rządowi itp. – wystarczą, by po odsunięciu tej partii od władzy rozważać postulat jej delegalizacji, rozliczenia liderów i przeprowadzenia w Polsce szerokiego procesu depisyzacji?

Magdalena Środa pisze o Ryszardzie Czarneckim.

O Ryszardzie Czarneckim najprościej można powiedzieć, że zna wszystkich, wie wszystko, jest wszędzie, wszędzie bywał (niemal w każdej partii), jest – po prostu – Wszystkim. Dzień w mediach bez Ryszarda Czarneckiego to niewątpliwie dzień stracony. I nie wiem, czy to dziennikarze biją się o obecność (choć okruch obecności!) tego wielkiego polityka, czy też Ryszard Czarnecki jest obstawiony armią asystentów, których jedynym zadaniem jest promować polityka w mediach, rozsyłać informacje o jego pełnej gotowości do wypowiedzenia się na każdy temat, o każdej porze, dla każdej stacji. Zapewne są też stacje, które mają go na stałe w swoim grafiku, jak poranną modlitwę czy sprawozdanie z kolejnej mszy, pielgrzymki lub cudu. Bo też Ryszard Czarnecki jest prawdziwym cudem w polityce. Człowiek Renesansu, o głębokiej wiedzy, szerokich układach, wielkich wpływach, wszechstronnych umiejętnościach. A jaki mówca! A jaki rozmówca! Światowiec i patriota w jednym. Do tego posiada niezwykłą moc dzielenia nie tylko swoich zainteresowań z innymi, ale i dzielenia się swoim ciałem. Potrafi być naraz w kilku miejscach: w Brukseli, Strasburgu, w Warszawie i w Toruniu. Zdawać by się mogło, że poseł europarlamentu i jego wiceprzewodniczący jest pochłonięty sprawami Europy. Jak twierdzi wielu posłów i posłanek (spoza PiS) praca w europarlamencie wymaga czasu, zaangażowania, obecności i aktywności. Ale poseł Czarnecki jest ponadto, on wyprzedza wszystkich kolegów, przewiduje, antycypuje, o wszystkim wie, wszystkim zarządza i dlatego może dzielić swoje ciało na kilka miejsc, w których jest pożądany, niezbędny, zbawczy: na telewizyjne studia, Dom Partii na Nowogrodzkiej, apartamenty ojca Rydzyka, polski Sejm, miejsca tajnych narad ministrów, generałów, służb, Episkopatu zapewne też. Żadne ciało polityczne i duchowe bez Ryszarda Czarneckiego nie jest pełne. Jakie szczęście ma obecnie PKOl, że Ryszard Czarnecki tam kandyduje na szefa! Co tam kandyduje?! On już nim jest. Tacy jak on nie kandydują, im się należy!

Ryszard Czarnecki zapewne nie będzie prezydentem, nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że ta pozycja polityczna jest w Polsce poważnie skompromitowana. Ryszard Czarnecki nie lubi siedzieć w przedsionku i błagać o dostęp do Prezesa jak prezydent Duda. Czarnecki lubi pociągać za sznurki, lubi organizować tajne spotkania, ma Swoje Wielkie Pomysły. Wielkim politykiem ten polityk jest.

I tylko małe pytanie do dziennikarzy: „czy musicie?”„czy musicie sprowadzać politykę i opinię publiczną na poziom posła Czarneckiego?” Poseł Polski nie zbawi, ale media ściąga do swojego poziomu. Czy można choć jeden tydzień w kwartale zorganizować w mediach bez pana posła? Nikt wtedy nie straci pracy, telewidzowie odetchną, pan poseł troszkę odsapnie i w Polsce zrobi się nieco normalniej. Na jeden tydzień.

Waldemar Mystkowski pisze o przesłuchaniu Tuska w warszawskiej prokuraturze.

Przeszło 8 godzin zajęło prokuratorom wałkowanie Donalda Tuska, aby wyżymać z niego jakąś kroplę winy bądź strachu. Nie był to jeszcze słynny areszt wydobywczy, acz już przesłuchanie wydobywcze, owszem. Tusk po tym wydobywaniu trzymał się świetnie, jakby dopiero teraz czekał go bieg dla zdrowia. Taki bieg kilkunastokilometrowy odbył z samego rana zanim wsiadł do pendolino w Sopocie, aby udać się do Warszawy na przesłuchanie w prokuraturze.

A pamiętajmy, za 2 dni Tusk kończy 60 lat. Nie straszne mu kompleksy ociężałego Jarosława Kaczyńskiego, z których zrodził się ten całodniowy spektakl. Własnie! Mamy do czynienia z teatralizacją życia politycznego w całej pełni. Tusk podjął wyzwania, bo rodzący się reżim najlepiej ośmiesza się poprzez spektakl. Wybór spektaklu nie jest nazbyt szeroki. Reżim zawsze wybiera sentymentalizm: bijące serce wodza albo głaskanie po główce dziecka. To wzrusza katów, jest tak uniwersalne, jak grafomania ideologiczna zamordyzmu.

A odtrutką jest groteska, obnażyć śmieszność satrapy. Tusk odpowiedział spektaklem groteski, bo innej formy nie ma, aby obnażyć niecne zamiary. Odpowiednik formy można znaleźć w Gombrowiczu, w Mrożku, u Bertolda Brechta w „Karierze Artura Ui”, w „Jesieni patriarchy” Marqueza bądź u Alfreda Jarry, w jego „Królu Ubu”. Ten ostatni proroczo już w roku 1888 przewidział prezesa PiS Kaczyńskiego.

Fabuła absurdu politycznego dzieje się w Polsce, czyli Nigdzie. Takie „Nigdzie” z Polski robi Kaczyński w roku 2017, a jego kompleksy i zacietrzewienie, choćby podczas miesięcznic smoleńskich świetnie oddaje jedno fekalne słowo wymyślone przez genialnego Jarry i transponowane na język polski – „grówno” (element animalny, gorszy sort, etc.).

Tusk w całodobowym spektaklu 19 kwietnia 2017 ośmieszył Kaczyńskiego i to skutecznie. Były premier wysiadł z pendolino na Dworcu Cenralnym, gdzie powitali go skrzyknięci ad hoc sympatycy normalności, którzy wyczuwają przez gęsią skórkę, jakie „grówno” zagraża Polsce. PiS zorganizował swoją odpowiedź kołtunów – i bardzo dobrze, bo ze zwolenników kaczyzmu „grówno” ich szefa wyszło w pełni. Zapachniało kaczystowskim „grównem”.

Przyboczny prezesa, który czuwa przy nim w dzień i w nocy, niczym dama do towarzystwa, Joachim Brudziński na Twitterze powitał Tuska istnym „grówienkiem”: „prawdziwi mężowie stanu wysiadają na przystanku Niepodległość”, a Tusk wysiada na przystanku prokuratura. Pominąłem „oryginalną pisownię”.

Brudziński wydobył z siebie to, co wydobywali zaborcy, gdy z pociągów wysiadali w Warszawie Piłsudski, a w Poznaniu Paderewski. Władza PiS już raz w spotkaniu z Tuskiem zaznała „wygranej” 1:27, po 19 kwietnia możemy politycznemu Robertowi Lewandowskiemu, tj. Donaldowi Tuskowi, dopisać kolejnego gola i aktualny stan spotkania jest 1:28.

Potwierdził to przesłuchujący Tuska prokurator Michał Dziekański, który ocenił, iż „okoliczności zostały w ocenie prokuratury wyjaśnione” i nie jest przewidziane dalsze przesłuchanie Tuska. Ale pisowski zapach „grówna” poszedł po Unii Europejskiej. Associated Press pisze wprost: środowe przesłuchanie byłego premiera to „część większego planu polskiego rządu, którego celem, jest zdyskredytowanie Tuska, a ostatecznie aresztowanie go”.

Ubu Kaczyński robi z Polski coraz bardziej „Nigdzie” i coraz bardziej zajeżdża jego „grównianymi” kompleksami. Musimy mieć zatem otwarte umysły, acz nosy zatkane.

ZAPLANUJCIE SOBIE W KALENDARZACH. TO JUŻ NIE SĄ ŻARTY. WYJDŹMY WSZYSCY MANIFESTOWAĆ WOLNOŚĆ, KTÓRĄ JESZCZE MAMY I KTÓREJ TRZEBA BRONIĆ!

>>>

Abp Paetz (z zarzutami o molestowanie kleryków) odprawiał wraz z abp Gądeckim mszę w Wielki Czwartek w Poznaniu

Prokuratura bywa nadużywana, jeżeli jest upolityczniana. Stoimy na progu tej wielkiej groźby -stwierdził Balcerowicz

Piotr Miączyński („Wyborcza”) pisze, jak PiS chce nabrać nas na zarobki o 30 proc. wyższe. Poseł PiS zaprezentował Polskiej Agencji Prasowej pomysł, który doprowadzi do ruiny polskie firmy.

– W przyszłym tygodniu zostanie zaprezentowany projekt, który obniży pozapłacowe koszty pracy i podniesie zarobki Polaków o 25-30 proc. – zapowiedział PAP przewodniczący parlamentarnego zespołu na rzecz wspierania przedsiębiorczości i patriotyzmu ekonomicznego Adam Abramowicz (PiS).

Dziś pozapłacowe koszty pracy wynoszą ponad 60 proc. Pomysł Abramowicza ma je zbić do 20-25 proc. Różnica ma zostać w kieszeni pracownika.

– Ktoś, kto zarabia dziś na rękę np. 3 tys. zł, po zmianach otrzymałby 3 tys. 750 zł – poinformował poseł. Firma płaciłaby jeden podatek w wysokości 25 proc. od całego funduszu płac.

Przewidziane jest też obniżenie składek ZUS do 550 zł. W przypadku małej działalności gospodarczej wszystkie obciążenia pobierane przez państwo, zarówno składkowe, jak i podatkowe, miałyby wynieść 15 proc. od przychodu. Fajnie, prawda?

Któż nie chciałby dostać dzięki cudownemu pomysłowi posła PiS dodatkowych kilka stówek, a może nawet i kilku tysięcy?

Jak za to jednak zapłacić?

Abramowicz ma na to pomysł. – Dziś z CIT budżet otrzymuje ok. 30 mld zł, co jest bardzo niską kwotą, jeśli spojrzeć na obroty firm. Są korporacje, które w Polsce nie płacą latami podatku, głównie zagraniczne, ale także krajowe (…). My proponujemy prosty, powszechny, uczciwy podatek – jeden dla wszystkich – mówił PAP Abramowicz.

Ile? Poseł wyjaśnił, że w przypadku osób prawnych zmiana zakłada wprowadzenie zakazu odliczania kosztów uzyskania przychodów z jednoczesnym podatkiem przychodowym w wysokości 1,5 proc. Co to znaczy? Dla czytających bez zrozumienia: będzie ciężko.

Ale wyjaśnię. Jak ktoś kupi cymbały za granicą, to podatku od przychodu nie zapłaci. Zrobi to RAZ, jak sprzeda te cymbały posłowi Abramowiczowi.

Teraz jak chcemy te cymbały wyprodukować w Polsce, to trzeba kupić drewno, pałeczki, struny, kołki, materiały do pakowania i od każdej tej transakcji uczestnicy opłacają podatek od przychodu. Później te cymbały trafiają do hurtowni (podatek od przychodu) i w końcu do sklepu (kolejny podatek od przychodu).

Sklep sprzedaje cymbały posłowi Abramowiczowi (następny podatek od przychodu). Polskie cymbały są rzecz jasna droższe niż zagraniczne. Bo im bardziej produkt powstaje w Polsce, tym większe podatki się w takim przypadku od niego płaci.

PiS udało się już rozwalić Trybunał Konstytucyjny, chce rozwalić sądy, teraz bierze się do podatków. Jak ktoś się jeszcze nie boi, to w tym przypadku powinien.

TAKIE SKLEPY Z PEWNOŚCIĄ WYŁĄCZĄ ZE SWOJEGO ZAKAZU…

W deformie szkoły lekcje religii będą uprzywilejowane. W myśl założeń reformy edukacji uczniowie klas siódmych będą po wakacjach uczyć się według nowych podstaw programowych. I z nowymi podręcznikami, ale nie na wszystkich zajęciach. Lekcje religii poczekają na nowy program i książki. Pisze Małgorzata Zubik

– We wrześniu w siódmej klasie uczniowie będą uczyć się religii z książek do klas pierwszych gimnazjum – mówi nauczycielka religii ze Śląska. – Za rok, w klasie ósmej, będziemy pracować z książkami do klas drugich gimnazjalnych. Episkopat przygotuje zmiany w programie na spokojnie.

Reforma edukacji wydłuży naukę w szkole podstawowej o dwa lata. We wrześniu siódme klasy będą uczyć się według nowych podstaw programowych, które obejmą też klasy czwarte oraz pierwszaków. Zmiany w szkolnictwie wprowadzane są w ekspresowym tempie, pisanie podstaw również odbyło się w pośpiechu, wydawnictwa na szybko napisały nowe podręczniki. Oficyny, które złożyły wnioski o dopuszczenie książek do użytku w szkole, czekają na opinie rzeczoznawców. Szkoły muszą zdążyć z kupnem podręczników na 1 września.

Reforma edukacji: wersja spokojna

W zupełnie innym tempie będą wprowadzane zmiany na lekcjach religii. Tu terminy narzucane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nie mają znaczenia.

Podstawy programowe przygotowuje specjalny zespół ekspertów powołany przez przewodniczącego Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski biskupa Marka Mendyka. Pracuje od lutego. Potem będzie etap recenzowania przez uznanych katechetów i pedagogów, następnie konsultacje wśród biskupów. Biskupi przekażą tekst podstawy do skonsultowania swoim wydziałom katechetycznym. Na końcu trafi on pod obrady KEP, która podejmie w tej sprawie uchwałę.

Dokument, który ustali, czego będą uczyć katecheci, ma być związany z tym, co wprowadza do szkół nowa podstawa programowa MEN. – Religia jest przedmiotem szkolnym i winna wypełniać także założenia kształcenia ogólnego. Chodzi też o korelację między przedmiotami, zwłaszcza językiem polskim, historią, wiedzą o społeczeństwie a religią – tłumaczy ks. Piotr Tomasik z Konferencji Episkopatu Polski.

Na to wszystko potrzeba czasu. W KEP przewidują, że dokument będzie gotowy na wiosnę 2019 r. – Tempo prac jest podobne jak przy poprzedniej reformie, rozpoczęła się ona w roku 1999, a podstawy uchwalono w czerwcu 2001 r. – precyzuje ks. Tomasik. Gdy podstawa i nowe programy będą gotowe, trzeba będzie jeszcze przygotować podręczniki.

TAKIE TAM ŚWIĄTECZNE ROZMOWY

Waldemar Mystkowski pisze o demolowaniu obronności Polski przez Macierewicza.

Czy można sobie wyobrazić bitwę wojenną, w której ginie 30 generałów i 300 oficerów? Bitwę faktycznie trudno sobie wyobrazić, więc to samo pytanie dotyczące strat tej samej wielkości dowódców dotyczyć powinno całej kampanii wojennej.

Przy takich stratach przegrywa się wojny. Jeżeli 30 generałów i 300 oficerów osadzonych jest w obozach jenieckich, w oflagach, są traktowani jako trofea zwycięzców i wykorzystywani podczas triumfalistycznych uroczystości – defilad, parad – zwycięzców.

Czy ktoś pamięta, ilu niemieckich generałów i wyższych oficerów miało rzucać sztandary na Placu Czerwonym przed Stalinem (do czego zresztą nie doszło)? Albo: jakie były straty wśród wojskowych zamordowanych w Katyniu 1940 roku?

Podobne duże straty poniosło – i ponosi – Wojsko Polskie pod władaniem ministra Antoniego Macierewicza. To są straty wojenne – 30 generałów i 300 oficerów – na wojnie zabici i ranni niezdolni do pełnienia obowiązków żołnierzy na polu bitwy są tak samo traktowani, zostali wyeliminowani.

Takie są „osiągnięcia” Macierewicza w pustoszeniu obronności Polski. Można te wielkości przełożyć z generałów i oficerów na polityków PiS. Ginie (podaje się do dymisji) 30 „generałów” Komitetu Politycznego PiS i 300 polityków tej partii szczebla lokalnego – do czego to można porównać?

To tak jakby pułkownikowi Clausowi von Stauffenbergowi udał się zamach stanu (Operacja Walkiria) w Wilczym Szańcu w 1944 roku.

Więc zadam pytanie: Czy jeszcze mamy Wojsko Polskie? Inne liczby mogą uzmysłowić zasadność tego pytania. Aby wyszkolić generała potrzeba 10 lat na jego nauki na wyższych uczelniach polskich i zagranicznych. Kto zastąpił tych generałów i oficerów? Jacyś niedouczeni Misiewicze. Te straty przez specjalistów są nazywane czarną dziurą wśród kadry wojskowej.

Straty w ludziach są najważniejsze, ale równoległe są straty w sprzęcie i programach badań naukowych na rzecz obronności państwa. Nie mielibyśmy wiedzy, gdyby nie determinacja innych. Ministerstwo Obrony w ogóle nie publikowało danych o sprzęcie i o programach dotyczących obronności, gdyby nie nieustanne interpelacje Tomasza Siemoniaka, byłego ministra obrony narodowej.

Dane o projektach publikuje Dziennik Zbrojny i są one przerażające. Komentarz jest następujący: „Macierewicz może opuścić pełnione stanowisko, ale wyrządzone szkody są nieodwracalne.” Projekty są opóźnione o kilkadziesiąt miesięcy, a rekordzista – projekt modułu ogniowego 155 mm kryptonim Kryl – aż 56 miesięcy.

To, że resortem obrony kieruje Szwejk (jest to bardzo pogodne porównanie Macierewicza) świadczy projekt prototypu radaru wielofunkcyjnego kierowania ogniem Wisła, który został skierowany do wykonawcy nie mającego zdolności seryjnej produkcji. Do nie tej fabryki.

Pamiętacie jeden charakterystyczny dzień z życia ministra Szwejka, gdy rozwalił pancerne BMW pod Toruniem? Jego dzień składał się z wykładu na uczelni Rydzyka i gali na cześć Człowieka Wolności Kaczyńskiego.

Jego zastępcą jest wiceminister Bartosz Kownacki, który mówiąc o wojsku przypomina panią Pelagię graną przez niezapomnianego Bogdana Smolenia w słynnym skeczu kabaretu Tey. Tacy ludzie odpowiadają za naszą obronność? Nie!

Takie Szwejki, panie Pelagie, armie Misiewiczów niszczą naszą obronność, jak wrogowie podczas najkrwawszych kampanii, gdy traciliśmy niepodległość. Straty Ukrainy w wojnie hybrydowej z Moskwą są mniejsze niż hybrydowa działalność Szwejka Macierewicza, jego pań od „bombek” i armii Misiewiczów z nadwagą.

Z ostatniej chwili:

Jeśli to prawda, to będzie moralny koniec tej władzy.

>>>

BOSKIE :)))

WIELKI PAŃSTWOWY PRZETARG WYSADZONY W POWIETRZE DECYZJĄ JEDNEGO, NIEUPRAWNIONEGO CZŁOWIEKA. Przyznajemy mu tytuł „OJCA WSZYSTKICH BOMB”

Paweł Wroński zaskoczony wyznaniem „eksperta” Macierewicza, Wacława Berczyńskiego, który „wykończył caracale”. Są takie momenty, gdy śnię. Przecieram jednak oczy i okazuje się, że śnię dalej. Przede mną zaś wywiad Magdaleny i Maksymiliana Rigamontich w „Dzienniku Gazecie Prawnej” z dr. Wacławem Berczyńskim – przewodniczącym podkomisji smoleńskiej. Nie przypuszczałem, że ktokolwiek może tak skompromitować wyniki prac komisji smoleńskiej Macierewicza jak jej przewodniczący.

Tak, to ten sam naukowiec, który wynalazł bombę termobaryczną „z tłumikiem”. Tę, której wybuchu nikt nie widział, nie słyszał i nie zarejestrowały jej czarne skrzynki samolotu Tu-154 nadlatującego nad lotnisko w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku.Wywiad wiele mówi o metodzie naukowej stosowanej przez emerytowanego „amerykańskiego naukowca” od mechaniki. Na pytanie, czy kiedyś był w Smoleńsku, ot tak, choćby z ciekawości, pada odpowiedź: „Nie, nikt mnie tam nie zaprosił, nikt mi tego nie zaproponował”. Twierdzi, że zanim Tu-154 utracił kawałek skrzydła po zderzeniu z brzozą, ciął tylko „gałązki”. Maksymilian Rigamonti zrobił jednak wiele zdjęć drzew ściętych przez samolot. Odpowiedź: „Wobec tego nie są to zdjęcia, które widziałem”.

Autorka wywiadu pyta, dlaczego próbny wybuch urządzono w metalowym modelu. Przyznam, że raczej przypominał szopę do przechowywania warzyw niźli samolot. Pyta, dlaczego okna (zwykle wypychane przez wybuch) zostały na modelu tylko namalowane. Pada spokojna odpowiedź, która podważa w ogóle sens tego eksperymentu: „Umieszczenie ich w tej replice kosztowałoby więcej pieniędzy i czasu”.

Problem, gdzie taki ładunek termobaryczny miałby być umieszczony (z eksperymentu wynika, że gdzieś w centrum kadłuba) i jak dostał się na pokład, trapi też jak widać dr. Berczyńskiego, skoro twierdzi on: „Zastanawiałem się nad tym wiele razy i nie wiem”. Cóż z tego, skoro jest przekonany, że tam był.

Dr Berczyński jest na 90 procent pewny, że kontrolerzy umyślnie źle sprowadzali Tu-154, na 90 procent, że na pokładzie był wybuch, i na prawie 100 procent, że samolot rozpadł się w powietrzu. Z dumą przypomina, że już w 2011 roku napisał artykuł, z którego wynikało, że „cała część ogonowa maszyny została odrzucona w trakcie lotu”.

Mamy więc jasność: rosyjscy kontrolerzy sprowadzali na ziemię samolot po to, żeby się rozbił, ale on sam rozpadał się w powietrzu pod wpływem wybuchu, tylko polscy piloci tego nie zauważyli, a przyrządy nie zarejestrowały. Aha, i jeszcze jakiś dziwaczny przyrząd w kabinie, który wołał jak oszalały: „Pull up, terrain ahead!”.

Całość wygląda jak usilna próba dopasowania „nauki” do scenariusza filmu „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, z którym zresztą ta sama autorka wcześniej zrobiła wywiad.

Na smoleńskiej rocznicy prezes Jarosław Kaczyński mówił, że po raz kolejny komisja zbliżyła się do prawdy, bo teraz strona „wybuchowa” dysponuje dowodami „naukowymi”. Prawda, mówił to bez pasji i specjalnego przekonania. W tym wywiadzie dr Berczyński wszystkie te dowody sam koncertowo masakruje. Czy ja nadal śnię? A może oglądam film „Wystarczy być” w wersji smoleńskiej z nowym Mr. Chance’em w roli głównej?

UCIEKŁ JAK TCHÓRZ? PRZECZYTAJ:

Wstrząsnięty jest były minister obrony Tomasz Siemoniak, który udzielił wywiadu portalowi wiadomo co.

„Nie wiem, czy pani wie, ale to ja wykończyłem caracale” – powiedział Wacław Berczyński w rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla „Dziennika Gazety Prawnej”. To zdanie przewodniczącego powołanej przez MON podkomisji ds. ponownego zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej wiele osób wprawiło w osłupienie. – Sam przyznaje się do nielegalnych działań. Sprawą powinna z urzędu zająć się prokuratura – komentuje w rozmowie z wiadomo.co wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej. Przypomina też o wniosku PO dotyczącym powołania komisji śledczej w sprawie postępowań śmigłowcowych.

Dziwne wyznanie Wacława Berczyńskiego

Dr Wacław Berczyński w rozmowie Magdaleną Rigamonti dla „Dziennika Gazety Prawnej” opowiada m.in. o kulisach rezygnacji Ministerstwa Obrony Narodowej z zakupu francuskich śmigłowców:

Nie wiem, czy pani wie, ale to ja wykończyłem caracale. Znam się na tym, znam się na śmigłowcach, znam się na lotnictwie. (…) Pamiętam, jak przeczytałem o tych caracalach, o tym, że polski rząd zamierza je kupić, to mi włosy stanęły dęba. Markowi Pyzie w piśmie „wSieci” powiedziałem, że to jest przekręt, że Polska nie może tak strasznie przepłacać – i się zaczęło.

Szef podkomisji badającej ponownie przyczyny katastrofy smoleńskiej opowiada też o swojej współpracy ws. śmigłowców z szefem MON Antonim Macierewiczem:

To był kwiecień 2015 r., jeszcze rządziła PO. Potem wybory wygrał PiS, ministrem obrony został Antoni Macierewicz, który powiedział: „bądź moim pełnomocnikiem w sprawie śmigłowców”. I tak, krok po kroku, zaproponowano mi, bym włączył się w pracę w WZL w Łodzi, w których powstają właśnie helikoptery. I powiem pani, że z przyjemnością się zgodziłem.

Zerwane negocjacje z Francuzami

Przypomnijmy, przetarg na wielozadaniowe śmigłowce dla wojska rozpisano wiosną 2012 r. W kwietniu 2015 r. MON do końcowego etapu zakwalifikowało ofertę Airbus Helicopters z maszyną H225M Caracal. Ministerstwo twierdziło, że tylko ta oferta spełniła wymogi formalne. Odrzuciło wtedy ofertę Świdnika ze względu na zbyt odległy termin dostawy, i Mielca – z powodu braku uzbrojenia.

W maju 2015 r. PiS w sprawie przetargu zawiadomiło prokuraturę. Ta początkowo odmówiła wszczęcia postępowania. Decyzja została jednak zmieniona jesienią 2016 r. (już po wygranych przez PiS wyborach). Śledztwo cały czas się toczy.

Na początku października 2016 r. Ministerstwo Rozwoju, które negocjowało offset z Airbusem, uznało dalsze rozmowy za bezprzedmiotowe. MON na nowo rozpoczęło procedurę pozyskania nowych śmigłowców w ramach pilnej potrzeby operacyjnej.

„Wykończenie” przetargu to działanie nielegalne. To kolejny odcinek w serialu skandali w MON-ie. Powaga państwa polskiego w tym obszarze upada strasznie nisko – mówi w rozmowie z wiadomo.co były minister obrony narodowej, poseł PO Tomasz Siemoniak.

Kamila Terpiał: Jaka powinna być reakcja organów państwa na taką wypowiedź Wacława Berczyńskiego?         
Tomasz Siemoniak: W normalnym państwie taką wypowiedzią powinna się zająć prokuratura, która zresztą prowadzi postępowanie w sprawie śmigłowców. Ta informacja może być kluczowa dla śledztwa. Okazuje się, że to nie komisja przetargowa w ministerstwie obrony czy komisja offsetowa w ministerstwie rozwoju, tylko zewnętrzna osoba wywarła decydujący wpływ, czyli „wykończyła caracale”. Pytanie: w jakim trybie to się zdarzyło, jaki był dostęp pana Berczyńskiego do dokumentów, z kim rozmawiał? Mamy do czynienia z postępowaniem przetargowym na 13,5 mld zł, największym w historii Ministerstwa Obrony Narodowej i nagle okazuje się, że poza wszelkimi procedurami znajomy ministra Macierewicza przyznaje się do „wykończenia” przetargu. To jest działanie nielegalne, nie można w taki sposób wpływać na komisje przetargowe. Do ogromnych znaków zapytania w sprawie działań Antoniego Macierewicza dotyczących śmigłowców dochodzi teraz chyba największy z tych znaków zapytania, ale też pokazujący, jakie są mechanizmy w państwie PiS.  Sprawa wymaga wyjaśnienia i rezerwujemy sobie prawo do różnych działań.

Czyli jakich?
Przypomnę, że w październiku złożyliśmy wniosek o powołanie komisji śledczej w sprawie postępowań śmigłowcowych, chcąc pokazać z jednej strony, że w czasie naszych rządów wszystko było przejrzyste i zgodne z prawem, ale chcemy, żeby zostały też wyjaśnione działania rządu PiS-u. Przecież od października do kwietnia, jeżeli chodzi o sprawy śmigłowcowe, mamy do czynienia z serią zdarzeń, które potwierdzają potrzebę powołania komisji śledczej. Były już kupowane Black Hawki, które miały dolecieć do końca roku, był śmigłowiec polsko-ukraiński, a na koniec mieliśmy zapowiedź zakupu 12. śmigłowców za 7 mld zł, czyli drożej, i bez offsetu, niż w przerwanym postępowaniu. Skoro pan Wacław Berczyński bulwersował się tamtymi kwotami, to powinien jeszcze bardziej bulwersować się tymi.

Apelujecie o powołanie komisji śledczej. Co jeszcze można robić? Apelować do prokuratury?
Oczekujemy, że prokuratura zajmie się tą sprawą z urzędu, tym bardziej, że toczy się postępowanie. Jeżeli tego nie zrobi, jestem prawie pewien, że będziemy wnioskować do prokuratury. Mamy jeszcze komisję obrony narodowej, mamy zapowiedziany w czwartek wniosek o odwołanie ministra Macierewicza, jeżeli nie zostanie odwołany w ciągu tygodnia. To jest już kolejna bulwersująca sprawa, kolejny odcinek w serialu skandali w MON-ie. Powaga państwa polskiego w tym obszarze upada strasznie nisko. Jeżeli okazuje się, że to pan Berczyński rozstrzyga przetargi, to ja nie znam drugiego kraju, w którym tak by się to odbywało.

Jakie są powody takiego oświadczenia szefa podkomisji smoleńskiej. Myśli pan, że to przypadek?
Nie zdarza się coś takiego, żeby ktoś z własnej woli, bo przecież w wywiadzie nawet nie został o to zapytany, przyznawał się do nielegalnego działania. To jest bezprecedensowe, ale się zdarzyło. Jeśli to pada z ust osoby tak wysoko sytuowanej, która uważa się za przyjaciela Antoniego Macierewicza i która podaje się za pełnomocnika do spraw śmigłowców (zresztą kolejne ważne pytanie, czy formalnie na takie stanowisko został powołany), to jest bardzo poważna sprawa. Pytanie więc, czy to jest niemądra przechwałka, która może na niego sprowadzić poważne kłopoty, czy wyrzuty sumienia, czy rzeczywiście sypie się ekipa Macierewicza po odejściu Misiewicza i będą się działy jeszcze rożne dziwne rzeczy. To może być też ucieczka do przodu po kompromitacji jego podkomisji, potwierdzonej poniedziałkowym „show”. Mamy dodatkowo badania, z których wynika, że tylko 6,5 proc. Polaków wierzy w wybuch na pokładzie tupolewa. To jest jedna wielka kompromitacja pana Wacława Berczyńskiego.

Najnowszy sondaż pokazuje trend – PiS na śmietnik historii. Tam miejsce Kaczyńskiego z jego ferajną.

• 28 proc. PiS, 27 proc. PO, 12 proc. Kukiz’15, Nowoczesna 5 proc.
• Takie są wyniki nowego sondażu Kantar Public – podała „Wyborcza”
• To kolejny sondaż pokazujący wzrost notowań Platformy

W najnowszym sondażu Kantar Public (dawniej TNS) opisanego przez „Gazetę Wyborczą” PiS wyprzedza PO już tylko o 1 pkt. proc. To różnica w granicach błędu statystycznego – podkreśla „Wyborcza”. I tak: 28 proc. ankietowanych głosowałoby na PiS, 27 proc. na PO, 12 proc. na Kukiz’15, 5 proc. na Nowoczesną. Do Sejmu nie dostałyby się: PSL (4 proc.), SLD (3 proc.), Razem i KORWiN (po 2 proc. głosów). „Wooow, coraz bliżej! Dziękujemy!” – skomentowała radośnie Platforma.

Bądźmy razem.

NAWET PRYMAS POLSKI UWAŻA, ŻE SEJM TO NIE KOŚCIÓŁ. CZY POSŁANKA SOBECKA SŁYSZAŁA? A RESZTA TEGO NADGORLIWEGO TOWARZYSTWA?

Waldemar Mystkowski pisze o oczekiwaniu polskich katolików. Rydzyk na papieża.

Ile mamy Kościołów katolickich w Polsce? Przynajmniej dwa. Ten normalny, którego hierarchia jest układana w Watykanie, a na czele stoi prymas Polski abp Wojciech Polak.

Drugi Kościół jest jednak w kraju ważniejszy, na czele jego stoi redemptorysta o. Tadeusz Rydzyk, ma status zwykłego księdza, lecz z jego nadania jest przynajmniej dwóch ministrów (Antoni Macierewicz i Jan Szyszko) i wpływowa posłanka Anna Sobecka.

Rządzący Kościół katolicki podjął w Sejmie tzw. uchwałę fatimską. Akt nie z naszej rzeczywistości, który stoi w sprzeczności z rozdziałem państwa z Kościołem, z konstytucją.

W tej właśnie kwestii zajął głos oficjalny namiestnik Kościoła katolickiego w kraju prymas abp Polak, wydawałoby się osoba najwłaściwsza. Arcybiskup stwierdził kategorycznie: „Takie akty powinny być w kościele, a nie w Sejmie. Akty ściśle religijne nie powinny być wykorzystywane do tego, że będziemy tak czy inaczej odczytywać naszą społeczną rzeczywistość”.

Można więc zapytać prymasa: dlaczego tak późno. Mleko już się rozlało. Tzw. uchwała fatimska jest proweniencji bardzo zaprzeszłej, by nie napisać średniowiecznej, a przy tym tzw. objawienia fatimskie nie zostały oficjalnie uznane przez Watykan.

Rozumiem, że zwierzchnie Młyny Boże mielą wolno. Dlaczego młyn Rydzyka zasuwa tak szybko, a oficjalny młyn katolicki spóźnia się. Czyżby nie był podłączony do odpowiedniej trakcji elektrycznej? Z takiego ziarna nie będzie żadnej mąki.

Prymas abp Polak nie ma poparcia większości biskupów polskich, a takim cieszy się o. Rydzyk. Zaczyna być głośno o nadziejach polskiego Kościoła. Ostatnio dała temu przykład „Gazeta Trybunalska”.

Rydzyk jest tam sytuowany bardzo wysoko, najwyżej, zaś papież Franciszek nie spełnił oczekiwań polskiego kleru: „Kardynał Bergoglio, jezuita, przybrał imię Franciszka, na cześć swego imiennika, świętego z Asyżu. Z całym szacunkiem dla obecnego papieża, nie był to dobry wybór. Franciszek postanowił zaprzyjaźnić się ze światem. Najpierw byli to dziennikarze, później dzieci, chorzy, geje, lesbijki, liberałowie, czarni, biali, żółci, brązowi i w ogóle wszyscy. Nic dziwnego, że większość lewicowych obserwatorów zachwyciła się nowym watykańskim zwierzchnikiem.”

Więc pod adresem Franciszka padają silne sugestie, aby poszedł drogą Benedykta XVI: „Franciszek oznajmił, że po kilku latach posługi zrezygnuje, podobnie, jak jego poprzednik.” Polski Kościół ma propozycję: „Ojciec Rydzyk nie musi zostać kardynałem, aby stać się głową Kościoła. Konklawe może wybrać na następcę św. Piotra każdego, kto otrzymał święcenia kapłańskie. Poza tym w polskim Kościele nie brakuje ważnych osobistości, które wybór o. Rydzyka powitałyby z radością”.

Rydzyk papieżem? Na razie jest papieżem polskiego Kościoła, który potrafi zlecić Sejmowi uchwałę o objawieniach, a prymas po czasie nieśmiało wyraża się o niej negatywnie.

NAWET PRYMAS POLSKI MÓWI, ŻE SEJM TO NIE MIEJSCE NA NADGORLIWOŚĆ POSŁANKI SOBECKIEJ.

Kleofas Wieniawa podsumowuje PiS.

Szef ekspertów Macierewicza Wacław Berczyński przyznał się, że „wykończył” caracale. Wobec tego zamiast śmigłowców bojowych mamy samoloty dla VIP-ów.

Z tego Berczyńskiego wychodzi coraz większy mitoman. CV ma tak podrasowane, iż można spokojnie stwierdzić, że mamy do czyniena z kolejnym Misiewiczem.

Tylko do takich ma dostęp Macierewicz. Mnie to w ogóle nie dziwi.

MON zaprzecza Berczyńskiemu, oświadczając, że mija się z prawdą ws. caracali.

Żałosne.

Berczyński przede wszystkim mija się z prawdą ws. ładunku termobarycznego z tłumikiem na pokładzie tupolewa. Zresztą eksperyment ten został wystarczająco podważony, tj. osmieszony przez OKO.press

To wszystko dzieje się w Polsce, a nie w jakiejś grafomanii. Polska leci ku katastrofie smoleńskiej. Wszystkich nas osadzono w Tworkach.

TĄ JEDNĄ USTAWĄ ZIOBRY, PiS ZMIENI USTRÓJ POLSKI I BEZPRAWNIE ZŁAMIE KONSTYTUCJĘ. POLACY, OBUDŹCIE SIĘ.

>>>

NIE DZIWMY SIĘ TAKIM WIDOKOM. JEST W TYM WIELE PRAWDY.

Na portalu Niezależny Dziennik Polityczny podają rzeczywistą ilość lotów Macierewicza.

Minister Macierewicz 47 razy leciał wojskową CASĄ. 6,7 mln zł na loty rządu

To nie premier Beata Szydło lata najczęściej samolotami CASA. Okazuje się, że rządowym rekordzistą pod tym względem jest minister obrony Antoni Macierewicz. W ciągu sześciu miesięcy latał po Polsce wojskowymi maszynami 47 razy. Łączny koszt podniebnych podróży rządzących wojskowym sprzętem to 6,7 mln zł.

Po wypadku samochodowym premier Beaty Szydło w Oświęcimiu wyszło na jaw, że szefowa rządu często lata do domu wojskowym samolotem. Jak wynika z informacji ministerstwa obrony, w ciągu 16 miesięcy odbyła 43 takie loty.

Jeszcze częściej z wojskowych maszyn korzysta Antoni Macierewicz. – Tego typu loty odbywał minister obrony narodowej – 47 lotów w okresie od października 2016 r. do marca 2017 r. – informuje wiceszef resortu Bartosz Kownacki. CASĄ latał także wicepremier i minister finansów oraz rozwoju Mateusz Morawiecki. – Siedem lotów w terminie od października do grudnia 2016 r. – dodaje polityk PiS.

Łączny koszt lotów rządzących CASĄ w ciągu ostatnich 16 miesięcy to 6,7 mln zł. – Koszt godziny lotu statku powietrznego typu C-295M, z uwzględnieniem kosztów zakupu paliwa za 2016 r., wyniósł 21.577,65 zł – wyjaśnia minister Kownacki. Szczegółowe informacje, dotyczące lotów rządzących uzyskali posłowie PO Jan Grabiec i Marcin Kierwiński. W związku z tym, że w czasie sejmowej debaty MON nie podało szczegółów podróży premier Szydło, wystąpili do MON z interpelacją w tej sprawie.

W Sejmie wiceszef MON zapewniał, że szefowa rządu lata służbowo W Sejmie wiceszef MON zapewniał, że szefowa rządu lata służbowo, mimo że podróżuje głównie na trasie Warszawa-Kraków, w okolicy którego mieszka. – Poziom kłamstwa i hipokryzji polityków PO jest w tej sprawie gigantyczny. Nie jest prawdą, aby pani premier wykorzystywała wojskowy transport lotniczy do celów prywatnych – powiedział Kownacki.

Gdy media publikowały informacje, że ówczesny premier Donald Tusk często lata na koszt podatników do domu w Sopocie, PiS krytykowało polityka PO. – Premier używa samolotów jak taksówek. To oburzające. Te pieniądze można by wydać np. na upadające szpitale – mówił wówczas Mariusz Błaszczak, szef MSWiA.

MON podkreśla, że wszystkie loty rządzących mają tzw. status HEAD. Jest on nadawany, gdy na pokładzie jest ważny polityk. Chodzi o zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. – Do zabezpieczenia lotu oznaczonego statusem HEAD wyznacza się dwa statki powietrzne – zasadniczy i zapasowy. Gotowość do zadań związanych z lotem o statusie HEAD statek powietrzny uzyskuje po wykonaniu lotu komisyjnego z wynikiem pozytywnym. Zachowuje tę gotowość przez 72 godziny – pod warunkiem, że nie zostanie wykorzystany do innych zadań niezwiązanych z planowanym lotem – tłumaczy Kownacki.

TO WSZYSTKO JEST W MATERIAŁACH, NA KTÓRE POWOŁUJE SIĘ PiS. ALE CWANIAKI, CYTUJĄ TYLKO FRAGMENTY, BO TAK IM ŁATWIEJ MANIPULOWAĆ WYBORCAMI.

QUO VADIS, POLSKO?

Wojciech Maziarski („Wyborcza”) domaga się od patriotów wazeliny. Gorąco apeluję do patriotów wyklętych, by przestali się obijać, wzięli się w garść i przysłali więcej wazeliny.

Przychodzi baba do lekarza.

– Co pani jest?

– Wszyscy mnie ignorują, panie doktorze.

– Następna proszę.

Ja też się tak poczułem, gdy zobaczyłem na czołówce „Gazety Polskiej Codziennie” Blumsztajna, Kim, Ordyńskiego, Szubartowicza i Żakowskiego, którzy jako członkowie Towarzystwa Dziennikarskiego byli sygnatariuszami listu otwartego do niemieckich dziennikarzy i opinii publicznej, przepraszającego za antyniemieckie wariactwa PiS-owskiej władzy.

A ja to co, pies? Ja też jestem w tym Towarzystwie. Tak samo domagam się więc napiętnowania i zaliczenia do zdrajców narodu kolaborujących z zachodnioniemieckimi rewanżystami i śląskimi wywrotowcami.

Dlaczego ja mam mieć gorzej niż na przykład mój redakcyjny kolega Bartek Wieliński? Jemu się naprawdę udało, dostąpił prawdziwego zaszczytu: błyskotliwa Marzena Paczuska, z właściwą sobie intelektualną finezją, zdemaskowała go w „Wiadomościach” TVP jako kolaboranta i wyrodka, który sprzymierzył się ze Związkiem Wypędzonych i z niemiecką irredentą na Śląsku. Takich jak on jest w redakcji „Gazety Wyborczej” więcej – ujawniły „Wiadomości”. Skoro już to powiedziały, to nie mogły chociaż dorzucić: „na przykład Maziarski”? Wiele czasu na antenie by to nie zajęło, a Paczuskiej korona by z głowy nie spadła.

Natomiast ja bym się wtedy pewnie załapał na wazelinę, która została niewykorzystana po wielkiej demonstracji poparcia dla rządu Beaty Szydło 23 marca, kiedy to pod Sejmem zgromadziły się kilkusetosobowe rzesze prawdziwych patriotów. Redaktor naczelny „Gazety Polskiej Codziennie” Tomasz Sakiewicz wezwał, by ten niezużyty lubrykant wysyłać członkom Towarzystwa Dziennikarskiego, których zdradzieckie oblicza widniały na czołówce jego gazety. Mojego tam nie było, więc ominęła mnie rozkosz otrzymania wazeliny od organu Sakiewicza.

Choć z drugiej strony przyznam szczerze, że odzew na ten apel lekko mnie rozczarował. Towarzystwo Dziennikarskie do 1 kwietnia otrzymało zaledwie 79 opakowań wazeliny i innych lubrykantów, które zostały wystawione i sprzedane po 25 złotych za sztukę, co w sumie przyniosło 1975 zł minus koszty przesyłek, a więc jakieś półtora tysiąca. To trochę mało jak na honorarium za reportaż na temat stosunków polsko-niemieckich – bo na taki właśnie cel Towarzystwo chce przeznaczyć uzyskane środki.

Ja nawet mam znakomitego kandydata na autora takiego tekstu – Bartka Wielińskiego, który ma świetne pióro i doskonale zna tematykę polsko-niemiecką. Będę gorąco kolegom rekomendować, by za uzyskane fundusze reportaż zamówić właśnie u niego.

Wprawdzie 1500 zł nie wystarczy na sfinansowanie wyjazdu do Niemiec i zapłacenie za tekst, jednak wszystkie otrzymane tubki i pudełka sprzedaliśmy w 10 godzin, co oznacza, że kryje się tu istotny potencjał rynkowy, który wspólnym wysiłkiem możemy wykorzystać dla dobra Polski. Gorąco więc apeluję do patriotów wyklętych, by przestali się obijać, wzięli się garść i przysłali więcej wazeliny. Jeśli nie mają już zapasów, niech kupią nowe opakowania.

Niepokorni, alleluja i do drogerii!

A JEST COŚ TAKIEGO JAK „NIEDOBRZY PATRIOCI”

Waldemar Mystkowski pisze o nowej strategii Kaczyńskiego

PiS przeprowadza kilka trudnych operacji na demokracji, po których niepełnosprawna pacjentka nie wiadomo, w jakim stanie używalności wyjdzie, więc prezes Jarosław Kaczyński musi zająć troskliwość Polaków czym innym. Rozwałka praworządności dokonana zostanie w Krajowej Radzie Sądownictwa, garotę sędziom zakłada Zbigniew Ziobro do spółki z komuszym prokuratorem Stanisławem Piotrowiczem, zaś z Brukseli dochodzą pomruki, iż fundusze strukturalne zostaną poważnie obcięte, a za politykę klimatyczną będziemy słono płacić, jak Bułgaria. Pocieszeniem jest, iż do Unii Europejskiej nie należy Albania, bo mógłby już dzisiaj obowiązywać idiom z czasów PRL-u: jesteśmy jeszcze przed, a może już za Albanią.

Kaczyński stosuje ucieczkę do przodu. Ma świadomość, że przegrane potyczki europejskie będą go kosztować odpływem suwerena, więc trzeba walkę przewekslować na inne tory – z normatywnych torów europejskich na szersze „ruskie”. To zawsze się opłaca, choć niezadowolenie będzie duże, lecz tradycyjny elektorat zostanie umocniony na swoich pozycjach.

W „Gościu Niedzielnym” Kaczyński ogłosił swoją strategię na najbliższy czas. A brzmi ona: nie dopuścimy do żadnej rewolucji obyczajowej, w ramach której zaostrzymy prawo do aborcji. Zauważmy, jak organizuje emocje połowy polskiej populacji – kobiet, które wyjdą na ulice. Zatrzymuje jednak w domach i w debacie po swojej stronie te Polki, które czują się gorliwymi, a nawet letnimi katoliczkami.

A co to znaczy: rewolucja obyczajowa? Określenie nic nie znaczy, rewolucje obyczajowe dokonują się samoistnie, wbrew choćby takiej sytuacji, jak wpływ zbyt troskliwych rodziców na swoje potomstwo, które chce być wolne i decydować o sobie. Więc odchodzi od tradycji rodziców, która jest hamulcem ekspresji. Kaczyński tego nie rozumie nie tylko z powodu nieposiadania dzieci, w jego wieku potomstwo zostawia po sobie pustkę. Samemu zatem na sobie trzeba dokonywać rewolucji – rewolucji samotności. W przypadku Kaczyńskiego mamy aberrację, bo on ani nie pojmuje – a konkluduję to na podstawie jego słów opisujących problem – ani doświadczył, bo jako człowiek wyalienował się, a jako polityk nabył kompleksów, za które społeczeństwo ponosi coraz większe koszty.

Pytanie: Czy damy się wrobić w nową strategię Kaczyńskiego? Naprzeciw siebie mamy zorganizowaną i mówiącą jednym głosem przekazów dnia partię rządzącą, a po stronie opozycji – opozycję partyjną podzieloną na dwa, lewicę podzieloną na dwa i więcej, a społeczeństwo obywatelskie dzielące się na więcej niż trzy.
Bodaj najważniejsze: Kaczyński nie ma żadnej wizji zdemolowania Polski, kieruje się przypadkiem, znajduje się najczęściej w sytuacji boksera na ringu, gdy zostaje walnięty, zapędza się w liny, w kozi róg i nie potrafi się wycofać. Na podstawie tego formułuje swoje kontrrewolucje – polityczne i obyczajowe, taki jest charakter jego władzy: inżynieria społeczna, na ile mi pozwolą. Taki z niego Lenin, który uważał, że kucharka może rządzić, więc w Polsce obecnie mamy rządzącą premier Beatę Szydło.

CO ZA CZASY, ŻE ZA UDOSTĘPNIANIE „UCHA PREZESA” NAUCZYCIELI CZEKA DYSCYPLINARKA?!! 

Kleofas Wieniawa pisze o zaostrzeniu prawa do aborcji.

Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” wytyczył wiosenny front walki ze społeczeństwem: niedopuszczenie do rewolucji obyczajowej (cokolwiek to znaczy) i zaostrzenie prawa do aborcji.

Ma to znamiona walki klasowej, bo partia Kaczyńskiego jest zakładnikiem kleru. Najwyraźniej jest to próba przykrycia nie tylko wyników sondażowych, ale niszczenia niezależności władzy sądowniczej i złych wiadomości z Brukseli, gdzie szykuje się zmiejszenie funduszy strukturalnych dla Polski, a także wyrok za nieprzestrzeganie unijnych przepisów dotyczących jakości powietrza.

Prezes PiS liczy na rozproszenie buntu społeczeństwa obywatelskiego. To jest jednak Polska, a nie Węgry. Komuna nie potrafiła spacyfikować Polaków, tym bardziej nie uda się PiS-owi, który rozszerza swoje bezprawie i ogranicza sfery wolności.

Stwierdzenie Kaczyńskiego jest antyludzkie, antychrześcijańskie: „Będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię”. Narażać życie kobiety, aby zadowolić wykoncypowane wartości klasy próżniaczej.

Mamy w kraju coraz więcej bananu i teokracji. Taki urok skamieliny PiS.

O WŁADZĘ, O PIENIĄDZE I MOŻLIWOŚĆ OSKARŻENIA, OSĄDZENIA I SKAZANIA KAŻDEGO POLAKA, PRZECIWNIKA PiS

>>>