Posts Tagged ‘Zbigniew Ziobro’

JEDNYM ZDANIEM POKAZAŁ O KOGO TAK NAPRAWDĘ DBA RZĄD

Ewa Siedlecka („Polityka”) pisze na blogu, jak Ziobro zastrasza sędziów (fragment).

Do tej pory PiS groził dyscyplinarkami za „niewłaściwe” orzekanie. Na przykład dla sędzi, która uznała, że wiceministra Patryka Jakiego nie chroni immunitet w sprawie o naruszenie dóbr osobistych z sejmowej trybuny. Ale nadzorcze zapędy ministra-prokuratora Zbigniewa Ziobry osiągnęły nowe szczyty wyrafinowania.

O sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Chodzi o podejrzenia wobec byłych menedżerów z zakładu chemicznego „Police”. Obecne, ustanowione przez PiS, kierownictwo tego zakładu oskarża ich o „nieprawidłowości”. W czerwcu CBA menedżerów zatrzymało, a prokuratura wystąpiła do Sądu Rejonowego w Szczecinie o ich areszytowanie. Każdy z czterech wniosków aresztowych rozpatrywał inny sędzia. Wszyscy uznali, że nie ma mocnych dowodów na popełnienie przez podejrzanych przestępstwa, i odmówili zastosowania aresztu. Odwołania prokuratury od tych postanowień odrzucił Sąd Okręgowy.

Postanowienia sędziów skrytykował publicznie minister-prokurator Ziobro. Stwierdził, że sędziowie „nie zrozumieli istoty przestępstwa”, a ich decyzja szkodzi śledztwu.

(…)

Do tego, aby postawić sędziów kierujących szczecińskimi sądami w stan oskarżenia, potrzeba będzie zgody sądu dyscyplinarnego. Ale o to zadba już prokurator-minister Ziobro. Wprawdzie prezydent zawetował zmiany w ustawie o Sądzie Najwyższym, które przewidywały powołanie obsadzonej przez Zbigniewa Ziobrę Izby Dyscyplinarnej w SN, ale prezydent akurat do tego pomysłu zastrzeżeń nie zgłosił. Więc zapewne, jeśli znowu dostanie ustawę przewidującą taki pomysł, to ją podpisze.

No i znowu mamy – zgodnie z metodą PiS na rządzenie – układ zamknięty.

Waldemar Mystkowski pisze o zagrożeniu Kaczyńskiego w PiS.

Kozioł ofiarny, czyli na Kaczyńskiego zmierza nawałnica

PiS rządzi przez bajzel łamany przez niekompetencję i nepotyzm.

Czy pobyt Beaty Szydło w Juracie u Andrzeja Dudy będzie owocować politycznie na korzyść pani premier bądź prezydenta? Na razie jedyny „owoc” tego spotkania to spóźniona o 3-4 dni reakcja władz pisowskich na nawałnice w północnej Polsce.

Acz Szydło spotkała się już nieco wcześniej z Dudą, ale było to spotkanie na zderzenie orędziami. Zderzenie dwóch różnych orędzi na ten sam temat miało miejsce w czasie ogłoszenia przez Dudę dwóch wet dotyczących ustaw sądowniczych. Widocznie przyszedł czas na refleksje po zderzeniu, stąd spotkanie.

Szydło w trakcie gorącego czasu protestów Łańcuchów Światła była nieobecna publicznie, mówiło się i pisało, iż premier przechodzi załamanie, stres. I było coś na rzeczy, bo już wówczas przebąkiwało się, pisali na ten temat dziennikarze, którzy nie są związani z PiS, iż prezes Kaczyński szykuje podmiankę na funkcji premiera. Kaczyński nie radzi sobie z własnym ego, które go pcha na stołek premiera, niczym na podwyższenie podczas miesięcznic.

Lecz Szydło jest popularna, a Kaczyński ma taki sam elektorat, jak Macierewicz. Nawałnica więc mogła prezesowi pasować, aby za jakiś czas ogłosić, że „ten-tego pani premier odnosi same sukcesy, w tym to słynne 1:27, gdy musiałem nawet fatygować na Okęcie, aby jej rączki całować, ale wicie-rozumicie ta nawałnica…”.

Oczywiście, nie chodzi o nawałnice, bo PiS rządzi przez bajzel łamany przez niekompetencję, łamane przez nepotyzm. Szydło znalazła się w sytuacji podobnej do Dudy, obydwoje kilkakrotnie złamali Konstytucję, czują więc wspólnotę paragrafów – ten sam stołek, nad którym dwa i pół metra wyżej wisi pętla historii. Oczywiście, ostatnie to metafora. Ta pętla Dudzie zadyndała podczas lipcowych protestów, poczuł jej wiew, więc zareagował dwoma wetami.

Duda z Szydło mogą chcieć się salwować z miejsca politycznej kaźni, zawrzeć jakąś umowę polityczną bądź społeczną. Były trzeci bliźniak Kaczyńskiego Ludwik Dorn o spotkaniu w Juracie rzecze: – „Jeżeli to zaowocuje sojuszem między panem prezydentem a panią premier, to pan Kaczyński straci całkowity wpływ na władzę wykonawczą i znaczną część partii albo klubu”.

Politycznie dla Kaczyńskiego to przedstawia się jeszcze gorzej: bo nie będzie mógł rozstawiać marionetek, zostanie tym, czym jest „szarym posłem”. A przecież prezes ma tyle do zrobienia: dokończyć rozwałkę sądów, zdekoncentrować, czy też repolonizować media prywatne i pokazać wała Unii Europejskiej.

Zauważmy jeszcze jedno z posunięć Dudy, które nie wydaje się być medialne. Prezydent odpowiedzialnym za przygotowanie ustaw sądowniczych zrobił Michała Królikowskiego, prawnika konserwatywnego, który był wiceministrem sprawiedliwości w rządzie PO-PSL i który raczej nie przyłoży ręki do odebrania niezależności sądownictwu. To policzek nie tylko dla Dudy, ale dla prezesa. Walka w PiS więc będzie w tej kwestii przybierać na sile.

Cezary Michalski nawet uciekł się do porównania sytuacji Kaczyńskiego z Operacją Walkiria, Nowogrodzkiej z Kętrzynem. Michalski czuje swym publicystycznym nosem, że wielu jest w PiS Brutusów, któremuś musi się udać, Duda więc nie jest tylko jednym Clausem von Stauffenbergiem.

Poświęcam uwagę obronie duetu Duda-Szydło, ale na razie większość narzędzi jest w rękach Kaczyńskiego. To on dyktuje warunki, jednak musi widzieć czarne chmury na horyzoncie. Ta nawałnica zmierza na niego. Może więc odczytać ją, iż ratunek będzie taki, że Szydło idzie do pawlacza, z Dudą przyjdzie czas, że się policzy i huknie – teraz k…a ja.

Choć na prawej stronie tę kwestię widzą inaczej. Tam nic się nie zmieniło, bo nie zmieniły się oczekiwania i nadzieje na trwanie przy korycie. Kamila Baranowska z „Do Rzeczy” o Szydło mówi: – „To słaby premier, podoba się wyborcom”, więc dymisji nie będzie.

Suweren dla PiS jest jednak figurą polemiczną, a nie polityczną. Suweren nie wyraził zgody na demolkę Trybunału Konstytucyjnego ani zniszczenie niezależności sądownictwa. Nie ostrzył ministrowi Szyszce siekier, aby ten mógł wycinać Puszczę Białowieską. Suweren nie wyraził zgody na dekoncentrację TVN czy też Polsatu, aby stały się imitacją TVPiS.

Suweren może przeżyje jeszcze jedną czy drugą nawałnicę – dosłowną i demolującą demokrację – ale zorientuje się, że tylko może liczyć na siebie. W kryzysie zawsze się tylko liczy na siebie, jak ofiary nawałnic. W naukach antropologicznych opisany jest mechanizm kozła ofiarnego. Dotyczy on wszystkich kultur – a więc „kultury” pisowskiej też – iż w kryzysie, a także, gdy on jest już zażegnany, odbywa się polowanie na kozła ofiarnego.

W PiS do tej pory kozłem ofiarnym była Platforma Obywatelska: „8 lat rządów”…. etc. Od dwóch lat rządzącymi są politycy PiS. Kogoś na ofiarę będą musieli dać za te dwa lata kryzysu, a Duda z Szydło ubezpieczają się. Och, boję się o prezesa, boję się.

WŁAŚNIE RUSZA OGROMNA POMOC PAŃSTWA. Cały świat zobaczy jak wiele w Polsce potrafi pomóc modlitwa.

>>>

Reklamy

POKAŻCIE NASZYM BRYTYJSKIM GOŚCIOM WOLNY KRAJ. NIECH DOCENIĄ POLSKĘ PO „DOBREJ ZMIANIE”.

PIĘKNY KOMENTARZ :)))

„Ludzki pan” wycofał podwyżkę paliw

Obradował rząd na Nowogrodzkiej – nie, to nie pomyłka. „Premier” Jarosław Kaczyński podjął decyzję, że PiS nie wprowadzi tzw. opłaty paliwowej, czyli podwyższenia o 25 gr ceny paliw.

– „Zapadła decyzja o wycofaniu ustawy benzynowej. Będziemy szukać innych metod na zgromadzenie środków potrzebnych na budowę. Na pewno nie będziemy sięgać do kieszeni obywateli” – powiedział PAP prezes PiS.

Zachowamy tę wypowiedź, bo już wielokrotnie PiS coś deklarował, a postępował zupełnie odwrotnie. Dotyczy to samego Kaczyńskiego, który nie zostawiał suchej nitki na swoich poprzednikach, kiedy podwyższali akcyzę.

Decyzja z pewnością ucieszy wielu – do czasu jednak. Trudno uwierzyć, że PiS nie znajdzie jakiejś kolejnej możliwości drenowania naszych portfeli. Pisaliśmy już o podwyżkach energii elektrycznej i wody, ale na tym najprawdopodobniej nie koniec.

Trudno też oprzeć się wrażeniu, że „ludzki pan” Kaczyński pochylił się więc nad ciężkim losem obywateli jadących na wakacje i rolników i „ustąpił”. Z drugiej strony – tym bardziej będzie nieustępliwy i wręcz brutalny w przejmowaniu przez siebie sądownictwa, z Sądem Najwyższym na czele.

„Nie będzie kabaretu, będzie chór”😎😎😎

ZNAMY JUŻ NIEOFICJALNY KOMUNIKAT Z NOWOGRODZKIEJ 🙂

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Ziobro – osobnik spod budki z piwem

Mamy problem z językiem, bo trzeba nazywać to, co robi PiS. Jak nazywać bezprawie, które jest stanowione jako prawo? Tylko nazywać bezprawiem? Jak nazywać partię, która stanowi bezprawie?

Jak nazywać Ziobrę? Proszę zauważyć, iż ten człowiek zredukował się tylko do nazwiska. Nie jest żadnym autorytetem. Posługuje się zakłamanym do trzewi językiem i to jeszcze poważnie ubogim na poziomie – jak to kiedyś nazywano – osobnika spod budki z piwem. Ziobro jest ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. To nie jest sen-mara, nie jest to makabra klasy podrzędnej, to dzieje się w naszym kraju.

Zbigniew Ziobro przekonywał w TVP („Minęła dwudziesta”), iż ustawa PiS o Sądzie Najwyższym ma„przywrócić europejskie standardy”. Szkoda, że tego nie wiedzą w Europie, a szczególnie w Unii Europejskiej. No, ale gdy dowiedzą się od Ziobry, że on przywraca europejskie standardy, to oni będą przywracać standardy pisowskie. Na takim poziomie logiki porusza się umysł Ziobry. Bodaj zakres umysłowy osobnika spod budki z piwem głębiej sięga intelektem i przede wszystkim do bogatszego języka polskiego. A może Ziobro miał na myśli standardy europejskie w Turcji, na Białorusi albo w Rosji? O, to przepraszam.

Przypatrzmy się innemu stwierdzeniu Ziobry: „Polskie sądownictwo było korporacją, która oderwała się od demokracji”. Jedno zdanie, a błędów bez liku, bo one się multiplikują, każdy zawód jest korporacją, jeżeli ma własną samorządność. O tym wiadomo od zawsze, od kiedy zawody podlegały kodyfikacji. Zatem struktury są ustawione wertykalnie, a nie horyzontalnie, bo autorytetowi podlegają gorsi od niego, a mistrzowi czeladnicy. Tak jak profesorowi – magister.

Od demokracji jest oderwany PiS, bo uzasadnienie Ziobry jest żywcem wyrwane z reżimów totalitarnych: „Minister sprawiedliwości odpowiada za działanie systemu sądownictwa, a nie może na niego wpływać” – mówił Ziobro. Minister wpływa poprzez narzędzia prawne zgodne z Konstytucją, a nie wpływa poprzez widzimisię, bo uznał, że jest wielki. Niestety, wielkość Ziobry jest żadna. Wielkość Ziobry jest nikczemna – jak pisał Henryk Sienkiewicz – jest deficytowa.

Właśnie mamy problem z językiem, jak nazywać ludzi o deficycie Ziobry, którzy posługują się językiem zdegradowanym, nielogicznym, zakłamanym?

Mamy problem przy opisywaniu naszej rzeczywistości. A może jest tak, iż wchodzimy w język Ziobry – ubogi, zakłamany, nielogiczny, a wreszcie – bo to dla mnie najważniejsze – język mało polski. Poeta pamięta, ja Ziobrze pamiętam, właśnie spisuje jego nikczemne słowa i czyny.

Wracać musimy do języka „wprost”, do języka, który w PRL postulował Julian Kornhauser, Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak, a ja byłem ich młodszym bratem. Dzisiaj dochodzi jeszcze inna okoliczność, bo odzyskaliśmy suwerenność. A więc po mickiewiczowsku należy połączyć słowo i czyn.

Jakich mamy dokonywać czynów, aby ojczyźnie przywrócić demokrację, czyli wolność obywateli, aby nie decydował o nich swoim pokracznym językiem spod budki z piwem osobnik Ziobro? Hę? I nad tym mamy się zastanawiać.

DOBRE :)))))

Gowina szare komórki w gipsie

Czy można mieć szare komórki w gipsie? Do dzisiaj takie pytanie nazwałbym dadaistycznym. „Da-da” – dowolny zlepek skojarzeń, który w kulturze stał się możliwy, bo rozpadły nam się wartości zachodnie po I wojnie światowej i na gruzach tych wartości Hitler doszedł do władzy. A następnie zamienił wartości na rzeczywiste gruzy.

Politycy PiS mają umysły dadaistyczne. A na pewno Jarosław Gowin, który zawsze był słabowity na umyśle, po rozpadzie świata wartości dość szybko osiągnął stan da-da. Nie wiedziałem jednak, że to już!

Bo jak nazwać odpowiedź wicepremiera i ministra nauki Gowina na pytanie: „Co sądzi o protestach w obronie sądownictwa?” Uwaga – achtung! achtung! – Gowin odpowiedział: „Do wczoraj się zajmowałem ręką w gipsie mojego wnuka”. Gdyby tak odpowiedział wnuk, nie zdziwiłbym się. I to w zależności od tego, ile ma lat. Tak jednak odpowiada facet, który ma wnuka: „da-da”.

Gowin zawsze był zakłamany, nie miał wartości (włóżmy między bajki jego kłamstwa o wyznawanych wartościach chrześcijańskich, bo są one g… warte – jak mówił w takich wypadkach wielki ks. Józef Tischner), ale aż tak rozpadły mu się wartości?

Gowin ma umysł w gipsie. A jego wnuk wydobrzeje i życzę mu, aby nie miał do czynienia ze swoim przodkiem tak zakłamanym. Wirus kłamstwa przenosi się, jak każda zaraza. Gowin nie reprezentuje żadnych wartości, rozsypały mu się, gdy wszedł w podległy alians z Kaczyńskim. To była jego pierwsza przegrana wojna, teraz jest wspólnikiem demolowania Polski przez jego politycznego protektora, Kaczyńskiego, wodza (dla niepoznaki: bez wąsika).

Dadaizm polityczny Gowina to są jego szare komórki w gipsie. Ten facet postanowił zwalić winę na wnuka. Szydło zwala na 8 lat rządów PO-PSL, Gowin na wnuka – to ta sama niedojrzałość, nieodpowiedzialność, nieprofesjonalność, intelektualne: da-da. Jak mówił Eklezjasta: marność nad marnościami: Da-da Gowin.

CZY KTOŚ MA JESZCZE PYTANIA?

>>>

TO NIE JEST ŻART!!! Warto poznać tę historię.

CIEKAWE, CO ONI WSZYSCY PRZEŻYLI W DZIECIŃSTWIE, ŻE TERAZ Z UPOREM MANIAKÓW ROBIĄ TAKI CYRK?

Posłom PiS należy wytaczać procesy. Tak jak mecenas Andrzej Tarnawski, z ktorym na portalu Koduj24.pl rozmawia Tamara Olszewska.

Poseł PiS zapłaci za swoją butę, kłamstwo i prostactwo – mówi Andrzej Tarnawski w rozmowie z Tamarą Olszewską.

Jak długo można znosić lekceważący stosunek polityków PiS do każdego, kto krytykuje ich władanie Polską? Jak długo można milczeć, gdy padają słowa pełne kłamstw, dzielące Polaków na dobrych i tych, którzy prawdziwymi Polakami nie są? Musi wreszcie przyjść ten moment, gdy trzeba powiedzieć dosyć. Musi też pojawić się człowiek, który ma odwagę i determinację, by zawalczyć o szacunek i dobre imię tysięcy, których szkaluje się, obraża, piętnuje. Tym człowiekiem okazał się mecenas Andrzej Tarnawski, absolwent prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Tamara Olszewska – Pozwał Pan do sądu posła PiS-u. Jak to się zaczęło, jak narastał Pański gniew?

Andrzej Tarnawski: – Po objęciu władzy przez PiS rozpoczęła się demolka systemu ustrojowego i prawnego Polski. To państwo, w którym wreszcie można było żyć, które zostało wywalczone przez nas, nagle zaczęło być demolowane przez władze, której jedynym celem stała się droga do autorytaryzmu w najciemniejszych barwach. Najpierw poczułem zaskoczenie i niedowierzanie. Potem, gdy absolwent mojej uczelni, nauczyciel akademicki, pan Duda, złamał prawo, stosując akt łaski, by uwolnić sąd od niepotrzebnego, jego zdaniem, procesu, załamałem się. Jednocześnie poczułem, że to znowu ten czas, gdy nie można stać z boku. To mój obowiązek. Mój i każdego, komu nie obca jest troska o dobro publiczne, a sprawy państwa w szczególności. Dalsza eskalacja bezprawnych pociągnięć obozu rządzącego koncentrująca się wokół działania Trybunału Konstytucyjnego w połączeniu ze ślamazarną i często nieprofesjonalną reakcją części opozycji sejmowej upewniła mnie w przekonaniu, że trzeba zjednoczyć siły, żeby „Polska była Polską”. Stąd ja w KOD-zie, ruchu obywatelskim, który przyciągnął każdego, nie zgadzającego się na działania obecnej władzy.

– Co takiego konkretnego się stało, że złożył Pan pozew o zniesławienie przeciwko posłowi Jackowi Żalkowi, wiceprzewodniczącemu klubu parlamentarnego PiS?

– 27 lutego 2016 roku KOD zorganizował ogólnopolski marsz pod hasłem „My naród”. Przez ulice Warszawy przeszło ponad 80 tysięcy ludzi. Pokazaliśmy, że nie ma naszej zgody na bezprawie tej niby sprawiedliwej i praworządnej partii. Wydawało nam się, że nasz głos sprzeciwu stanie się słyszalny, może wart uwagi, a jednak nie. Oburzona władza rozpoczęła atak na uczestników marszu, a słowa pana Żalka dotknęły mnie najbardziej. Na początku marca na antenie TVN 24, komentując bieżące wydarzenia, oświadczył m.in. – „Jeśli to jest naród, to rozumiem, że jest to naród, który miał krępującą przeszłość w SB i UB, ale to nie jest naród polski”, a potem jeszcze –„Ludzie maszerujący w ramach hucpy KOD mają krępującą przeszłość w Urzędzie Bezpieczeństwa i Służbie Bezpieczeństwa, a wiec zakrwawionych w krwi polskiej organach sowieckiej dyktatury”. Odchorowałem te słowa. Skoczyło mi ciśnienie, co przy moim stanie zdrowia jest bardzo niebezpieczne, a potem powiedziałem sobie, że koniec z tym. Nie odpuszczę. Zapłaci ten młody człowiek za swoją butę, kłamstwo, prostactwo. Nie odpuszczę!

– Politycy PiS od dawna nie przebierają w słowach. Obrażają również tych, którzy mają wyjątkowo piękną kartę opozycyjną. Pańska historia zaczęła się w marcu 49 lat temu.

– 14 marca 1968 na Placu Wolności w Katowicach „stałem tam, gdzie ZOMO”, czego efektem było ciężkie pobicie, tygodniowy pobyt w szpitalu i parotygodniowa niezdolność do pracy. W roku następnym miałem okazję wygłosić swe pierwsze w życiu przemówienie obrończe. We własnej sprawie. Zarzucono mi działanie na szkodę PRL, polegające na kontestacji „bratniej pomocy” udzielonej naszym południowym sąsiadom w sierpniu 1968. W okresie Wielkiej Solidarności aktywnie wspomagałem swoją radą struktury Solidarności i Solidarności Wiejskiej (rozmowy z delegacjami rządowymi w Ustrzykach Dolnych czy w Nowym Sączu), zaś po wprowadzeniu stanu wojennego byłem jednym z kilku etatowych obrońców w sprawach politycznych i pełnomocnikiem członków Solidarności czy KPN w sprawach cywilnych czy przed sądami pracy. W domu moim i sąsiednim, mej siostry Ewy Tarnawskiej–Wiejacha, przechowywali się miesiącami działacze Solidarności, którzy uciekli z miejsc internowania lub udało im się uniknąć aresztowania. Domy te służyły także jako dziuple drukarskie, z których wychodziły w nielegalny obieg „Kurierek Bocheński”, „Montinowiec” i parę innych tytułów, których już nie pamiętam, zaś mój syn – wówczas licealista – założył pisemko dla młodzieży szkół średnich „Nasz Głos”, które redagował i drukował w naszym mieszkaniu. Korzystając ze względnej swobody przemieszczania się po Polsce, podejmowałem się także zleceń o charakterze kurierskim. W tym charakterze odwiedziłem np. dwukrotnie we Wrocławiu ukrywającego się Kornela Morawieckiego – aktualnego parlamentarzystę.

W uznaniu mej postawy na przestrzeni kilkudziesięciu lat odznaczony zostałem w roku 1988 medalem „Plus Ultra” „za wytrwałość w pracy o ideały Solidarności” (Niezależna Oficyna Wydawnicza), w roku 2014 medalem „Dziękujemy za wolność” (Solidarność Nowa Huta) oraz w roku 2015 Krzyżem Oficerskim Orderu Polonia Restituta. Nic więc dziwnego, iż sugestie potwarcy kierowane pod adresem środowiska, z którym się utożsamiam i w którym nie znam nikogo, kto odpowiadałby odrażającym kalumniom serwowanym przez pozwanego – musiałem odebrać jako policzek.

– Na co Pan liczy?

– Chcę pokazać, że politycy nie mogą czuć się bezkarni. Tak jak każdy, muszą brać na siebie odpowiedzialność za każde kłamstwo, oszczerstwo. Jestem obywatelem tego kraju, wciąż mam swoje prawa i nie pozwolę, by niedouczony młokos obrażał mnie i moich kolegów. W szeregach KOD-u są opozycjoniści z czasów PRL. Ludzie w tamtych czasach prześladowani, wielokrotnie aresztowani, pozbawiani środków do życia. W szeregach KOD-u są ludzie, którzy mają wysoko rozwiniętą świadomość obywatelską, dla których demokracja to podstawa bezpiecznego i przyjaznego narodowi państwa. Jak można ustawiać nas po stronie byłych oprawców, jak można tak łgać, tak traktować Polaków, których jedyną winą jest niezgoda na antydemokratyczne działania PiS-u. Nie ma na to mojego przyzwolenia. W swoim pozwie wnoszę o nakazanie pozwanemu Jackowi Żalkowi, by w terminie do jednego tygodnia od uprawomocnienia się wyroku zamieścił w programie telewizyjnym stacji TVN 24 oświadczenie o treści następującej: „Jacek Żalek, poseł na Sejm R.P. przeprasza p. Andrzeja Tarnawskiego, sympatyka i aktywistę Komitetu Obrony Demokracji za oszczercze sugestie implikujące związki osobiste, towarzyskie czy rodzinne osób uczestniczących w tzw. Marszach KOD-u z aparatem przemocy b. PRL oraz ludźmi z tymże aparatem współpracującymi, które to pomówienia prezentował on publicznie za pośrednictwem środków masowej informacji, w tym m. innymi w programie publicystycznym TVN 24”. Oświadczenie to winno być wyemitowane dwukrotnie – dzień po dniu w porze pomiędzy godzinami 17.00 a 22.00.


Andrzej Tarnawski urodził się w Krakowie w 1940 roku. Ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem pracował jako asesor, sędzia Sądu Powiatowego w Katowicach; radca prawny, a od 1979 r. jako adwokat. Alpinista, ratownik ochotnik Grupy Tatrzańskiej GOPR, współzałożyciel TOPR.


Rozprawa Tarnawski kontra Żalek odbędzie się w Krakowie, ul. przy Rondzie 7, 5 lipca o godzinie 13.45 w sali K412. Liczę na to, że pojawią się koledzy pana Andrzeja z opozycji PRL oraz wszyscy, którzy nie zgadzają się na kłamstwa i agresję obecnej władzy.

CZY TO JEST TA WASZA PRACA I POKORA??? trwa…

W końcu! Fundacje Rydzyka ujawniły ile, od kogo i na co dostały pieniądze. Na liście są m.in. MSZ, MON, MRPiPS.

Waldemar Mystkowski pisze o Reducie Dobrego Imienia.

Reduta Dobrego Imienia na rykowisku

Zbieżność nazwiska i filmu jest wielce przypadkowa, bo film „Dzień Świra” powstał na początku obecnego wieku, a Reduta Dobrego Imienia, jak podobne przypadki kiczu patriotycznego „jelenia na rykowisku” wzrastają po dojściu PiS do władzy.

Marek Koterski raczej nie mógł zainspirować się niejakim Maciejem Świrskim, założycielem owej Reduty (itd.), bo gdzie Rzym, gdzie Krym. Wybitny filmowiec nie ma wiele wspólnego z grafomanem, acz stado takich Świrskich całkiem dobrze komponuje się w metaforę owego tytułowego świra.

Tych świrów z rykowiska jeleni obecnie jest skolko ugodno. W Polsce szczególnie rozpełzli się w XIX wieku, mieli usta pełne owego kiczu patriotycznego. Narzekali na nich wszyscy nasi wielcy, z Mickiewiczem i Słowackim na czele, a hr. Aleksander Fredro nawet złamał pióro, bo śmiał bawić publikę, a nie płakać w czasach zaborów.

Patriotyczny jeleń związany jest z XX-wieczną endecją. W imię tak pojętej polskości urządzali wyznawcy świra endeckiego w okresie międzywojnia pogromy Żydów, a antysemityzm był powszechny jak powietrze. Dlatego w czasie wojny z polskiego ciemnego ludu rekrutowali się szmalcownicy, co doprowadziło do rozlicznych Jedwabnych (bo nie było to tylko takie jedno miasteczko na Podlasiu).

Patriotyzm jeleni miał się dobrze w PRL-u, a jego nieformalnym politycznym naczelnikiem przez długi czas był Mieczysław Moczar. Po 1989 roku powoli odżywał, a obecnie dostaje skrzydeł oksymoronu – skrzydeł jelenia na rykowisku.

Fruwa ten jeleń nie tylko w estetycznym kiczu (przeglądnijcie te portale czerwono-białe – nieprzypadkowa kolejność barw). Jeleń fruwa w Reducie Dobrego Imienia, jak choćby w ostatnim liście „oburzonych naukowców”, w którym atakują historyka prof. Jana Grabowskiego, specjalistę od stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny. Grabowski to jeden z najwybitniejszych badaczy Holocaustu z Uniwersytetu w Ottawie.

Nasze fruwające jelenie zarzucają swoim kiczowatym językiem (skądinąd godnym Moczara) to, że „stanowisko Jana Grabowskiego wobec wydarzeń w Jedwabnem oraz tzw. pogromu kieleckiego pozbawione jest kontekstu historycznego i w takiej formie wprowadzane do światowej opinii publicznej” oraz „przypisywanie Polakom współudziału w Zagładzie ze względu na istnienie tzw. granatowej policji”. Oburzonych naukowców jest 130, ale praktycznie nie ma wśród nich historyków, co przebadał portal OKO.press, są tacy jelenie, tj. specjaliści jak od krystalografii białek, petrografii eratyków skandynawskich oraz sadownictwa.

Reduta Dobrego Imienia to ryczący patriotyzm, wykładnię tego kiczu czerwono-białego (jak krawaty Leppera) otrzymujemy dzień w dzień, od kiedy PiS doszedł do władzy. To najdłuższy „Dzień świra” w naszej historii, dzień trwający dwa lata. To jest islamofobia bez islamistów w Polsce, antysemityzm bez Żydów, a wartości chrześcijańskie, jak w słynnej scenie „Dnia świra”, w której Polacy modlą się o niepowodzenie innych Polaków. To jest polskie rykowisko. Reduta Dobrego Imienia szkaluje imię Polaków, bo wyraża dążenie, iż Polak to jeleń, idiota, świr.

 

Kleofas Wieniawa pisze o pęknieciu w PiS.

W czwartek po zakończeniu prac w komisjach sejmowych miały być w Sejmie przegłosowane dwie ustawy dotyczące sądownictwa, tj. zniesienia niezależności sądów.

Nie doszło jednak do głosowań.

Dlaczego? Oficjalnie – PiS czeka na wyrok Trybunału Konstytucyjnego ws. legalności wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa i zgodności trybu wyboru z Konstytucją. Wnioskował o to Zbigniew Ziobro.

Ale wiadomo było przed planowaniem głosowań, że TK dopiero wypowie się. Przyczyną przesunięcia głosowań jest obawa, iż wyniki głosowań nie przebiegałyby po myśli władz PiS, gdyż niektórzy koalicjanci z tzw. zjednoczonej prawicy wyłamaliby się z jednomyślności w kluczowych głosowaniach, szczególnie tych dotyczących wygaszenia kadencji sędziów zasiadających w KRS.

Krytyczne uwagi także zgłaszał Andrzej Duda.

Mamy zatem pierwszy tak poważny zgrzyt – pękniecie – w obozie PiS.

Teraz dojdzie do zakulisowego handelku. Jeżeli TK wypowie się zgodnie z „propozycją” Ziobry, to PiS niejako zyska „legitymację” dla zniszczenia niezależności sądu.

Duda zaś może spodziewać się Trybunału Stanu. Zniesienie niezależności sądów, gdy podpisze ustawy, jeszcze bardziej go pogrąży.

W tej chwili w obozie PiS toczy się walka o wizerunek, iż chcą zaprowadzić jak najmniejsze bezprawie. Brzmi to jak oksymoron, ale kompetencje tej wladzy są oksymoronem, tak jak trzymanie standardów demokratycznych.

NIE UŻYJEMY POLICJI PRZECIW MANIFESTANTOM” – PREMIER SZYDŁO. A WIĘC PYTAMY. ILE WARTE JEST SŁOWO POLITYKA PIS?

Dorn o Błaszczaku w : Chodzący Deficyt Inteligencji 😂😂😂😂

PIĄTECZEK, PIĄTUNIO, PIĄTUŚ 🙂 I CHŁOPAK DO TAŃCA I DO RÓŻAŃCA :))))

>>>

Travolta przyjechał na festiwal do Opola.

Ludzie Beaty Kempy zamieszani w sprawę śmierci . Żądamy komisji śledczej.

Monika Olejnik w „Wyborczej” zadaje Ziobrze fundamentalne pytanie. Swoje dziecko opłakuje ojciec Igora Stachowiaka. Setki dzieci i matek toną w Morzu Śródziemnym, uciekając przed głodem i wojną. Ale politycy PiS potrafią tylko straszyć.

Panie ministrze Ziobro, skoro według pana Igor Stachowiak zmarł z powodu przedawkowania narkotyków, dlaczego policja nie wezwała pogotowia?

Panie ministrze Błaszczak, dlaczego pan nic nie zrobił, skoro zobowiązał się pan wobec ojca Igora Stachowiaka, że zajmie się pan sprawą osobiście?

Panie ministrze Zieliński, od ponad roku wiedział pan, że dwukrotnie użyto paralizatora wobec Igora, o czym pan zresztą powiedział podczas spotkania sejmowej komisji ds. administracji.

Dlaczego głowy komendantów policji poleciały dopiero po wstrząsającym reportażu Wojciecha Bojanowskiego w TVN 24?

Beata Szydło, zamiast powiedzieć przepraszam, zagłuszała sprawę Stachowiaka i Macierewicza, krzycząc z trybuny sejmowej: „Dokąd zmierzasz, Europo! Powstań z kolan, bo będziesz opłakiwała codziennie swoje dzieci!”.

Swoje dziecko opłakuje ojciec Igora Stachowiaka. Setki dzieci i matek toną w Morzu Śródziemnym, uciekając przed głodem i wojną. Ale politycy PiS potrafią tylko straszyć, udawać, że nic nie wiedzą, albo pleść głupoty, że sprawa Stachowiaka to atak za ustawę dezubekizacyjną.

Cech ludzkich nabierają na spotkaniach z dyrektorem Rydzykiem albo na Światowych Dniach Młodzieży, którymi tak się chwalą. A to właśnie na Światowych Dniach Młodzieży papież mówił „o otwartości na ludzi uciekających od wojen i głodu”.

Eurodeputowana Gosiewska, która żądała 5 mln od MON za śmierć męża w Smoleńsku (słabe warunki mieszkaniowe, moralne odszkodowanie), powiedziała w Radiu Maryja: „Bogu powinniśmy dziękować, że rząd premier Beaty Szydło nie godzi się na relokację imigrantów”.

Pan Bóg to słyszy?

DAWNO SIĘ TAK NIE UŚMIALIŚMY 🙂

Każda wieś ma tzw. wsiowego głupka.

Paweł Wroński O Wacku Macierewicza. Dr Wacław Berczyński wciąż pracuje w MON, a jego pensja wynosi 13 tys. zł – ujawnił poseł PO Cezary Tomczyk. Wynika to z dokumentacji, jaką posłowie PO zobaczyli w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Jak mówi Tomczyk, umowa o pracę Berczyńskiego kończy się dopiero 7 marca 2018 r. Nie wiadomo, jak Berczyński pracuje dla polskiego ministerstwa, przebywając obecnie w USA.

Przypomnijmy, że w kwietniu dr Wacław Berczyński – szef podkomisji w MON ds. ponownego wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej – powiedział w wywiadzie, że to on „wykończył caracale”. Chodzi o przetarg na śmigłowce wart 13,5 mld zł, które ostatecznie nie trafiły do polskiej armii. Następnie Berczyński wyjechał do USA, rezygnując ze wszystkich funkcji pełnionych w Polsce. Według MON nie miał nic wspólnego z przetargiem. Okazało się jednak, że miał dostęp do niejawnej dokumentacji w sprawie caracali. Berczyński był wieloletnim pracownikiem Boeinga – samoloty tej firmy na potrzeby rządu MON nabył w marcu tego roku z naruszeniem prawa.

Posłowie PO, przeglądając dokumenty w MON, odkryli dziwną koincydencję: Berczyński zwrócił dokumentację przetargową caracali bezpośrednio przed tym, jak Polska poinformowała Francję o odstąpieniu od umowy na zakup helikopterów.

Wiceminister obrony Bartosz Kownacki stwierdził, że nie wie, czy Berczyński jest wciąż zatrudniony, a jeśli tak, to w jakim charakterze.

PiS TO JEDNAK STAN UMYSŁU

Waldemar Mystkowski pisze o konflikcie między Morawickim a Szyszko.

Wojna Morawieckiego z Szyszką – między stolarzem a piromanem

Wojna między wicepremierem Mateuszem Morawieckim a ministrem środowiska Janem Szyszką toczy się o niebagatelną część Polski, bo aż o jedną trzecią kraju. Ministrowie walczą o drewno. Szyszko z zapałem wycina nawet Puszczę Białowieską z zamiarem sprzedaży drewna na opał, puszczenia drewna z dymem, z kolei Morawiecki chce, aby trafiało do firm związanych z przemysłem meblarskim.

Krótko pisząc, mamy wojnę między piromanem a stolarzem. Piroman Szyszko musi stosować się do ustawy o odnawialnych źródłach energii, która wprowadziła pojęcie „drewna energetycznego”, a musi ono wypełniać parametry dla opału w elektrowniach i elektrociepłowniach.

Parametry regulować mają przepisy opracowane przez trzy resorty: rozwoju, środowiska i energii we współpracy z naukowcami z Instytutu Technologii Drewna. I tutaj jest pies pogrzebany, bo Szyszko dojrzał, iż zawyżenie parametrów drewna energetycznego powoduje trudniejszą sprzedaż surowca dla przemysłu energetycznego, czyli puszczenie z dymem Puszczy (że zabawię się w Białoszewskiego) nie będzie takie łatwe. A tym samym „stolarz” Morawiecki pozyskałby tańszy surowiec dla przemysłu meblarskiego, więc Szyszko wymyślił – owszem, meblarze dostaną drewna skolko ugodno na specjalnych aukcjach, lecz gdy trzykrotnie nie zostanie sprzedane, idzie do pieca.

Resort Morawieckiego nie zgadza się na takie dictum. obawia się cen zaporowych, meblarzy nie byłoby stać na wykup drewna, niekupione powędrowałoby do spalenia. Morawiecki nie chce odpuścić, bo drewno made in Poland w postaci mebli ponoć cieszy się wielkim powodzeniem za granicą. Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego chce z kolei, aby ceny drewna regulował rynek, a nie podległe Szyszce Lasy Państwowe.

Ta walka toczy się o jedną trzecią kraju, bo tyle powierzchni zajmują lasy. Aż się boję pomyśleć, co by się stało, gdyby do tej wojny weszła trzecia strona – resort Piotra Glińskiego, który w walce z ciemnym ludem zechciałby drewno przeznaczyć na celulozę, tj. na produkcję książek. Ale kto wówczas chciałby głosować na PiS?

PRAWDA, KTÓRA ZAORAŁA CAŁE TO FANATYCZNE TOWARZYSTWO

>>>

OTO POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”

Magdalena Środa w „Wyborczej” pisze o ekologii rozumienej w sposób kościelno-pisowski. Postulat ochrony zwierząt przed cierpieniem, jak również przyrody przed dewastacją nie jest uznawany przez ten rząd. Przeciwnie, traktowany jest jako zagrożenie i dla władzy, i dla ludzkości.

Ekologia gorsza od gender: zagrożenie dla władzy i ludzkości

Minęła rocznica podpisania przez polski Sejm ustawy o ochronie zwierząt. Organizacje pozarządowe walczyły latami o to, by politycy wreszcie uznali, że zwierzę nie jest rzeczą, że żyje, czuje, boi się, wymaga ochrony i opieki.

Ustawa ma dwadzieścia lat, a jej stosowanie, zwłaszcza zaś zrozumienie potrzeby ochrony zwierząt przed cierpieniem, jest ciągle nikłe. Bijemy, katujemy, znęcamy się, trzymamy na łańcuchach, głodzimy, pożeramy, organizujemy mięsne i kurze obozy zagłady, wreszcie zabijamy i ranimy dla czystej przyjemności (ot, małe polowanko w przerwie obrad Sejmu). I nie będzie lepiej.

Postulat ochrony zwierząt przed cierpieniem, jak również przyrody przed dewastacją nie jest uznawany przez ten rząd. Przeciwnie, traktowany jest jako zagrożenie i dla władzy, i dla… ludzkości. Można było usłyszeć o tym w Toruniu podczas konferencji „u Rydzyka” (za OKO.press). Piękny to był spektakl, który wejdzie na stałe do historii propagandy, tak jak Jacek Kurski do historii Opola.

Ta władza lubi splendor i tłumy, chętnie za to płaci, dlatego do Torunia zwieziono tysiące. „Słuchacze” toruńscy stawili się „z polecenia służbowego”; każde nadleśnictwo wytypowało osoby na wyjazd. Każde musiało je zawieźć, przytrzymać na miejscu, odwieźć. Koszty tej operacji zapłaciła dyrekcja Lasów Państwowych (no, bo przecież nie dyr. Rydzyk, on zarabia).

Prelegentami byli akademicy, brać wiejska, leśna i duchowna. Treść wystąpień, ich wigor, hasłowość – jak za najlepszych czasów propagandy Gierka, tylko widownia nieco skonsternowana, bo leśnicy to wykształceni ludzie (i to nie u ks. prof. Guza z KUL-u, gwiazdy konferencji).

Całość była poświęcona „Polsce, która jeszcze nie zginęła”, i wsi, która razem z Kościołem, wycinką lasu i zabijaniem zwierząt jest Polski podporą. Wystąpienia były „naukowe” i konkretne.

Ale czego tam nie było! Przede wszystkim był jasno określony wróg. Po gejach, gender i uchodźcach pojawił się nowy, prawdziwy wróg Polski, wsi, Kościoła i „tradycji” – ekolog!

Kim on jest? Tu, podobnie jak w przypadku gender, panowała pewna rozbieżność opinii. Prelegenci nie mogli się zgodzić, czy jest on: (1) nazistą, (2) nihilistą, (3) komunistą, (4) ateistą, (5) materialistą czy jakąś ich kombinacją, na przykład „zielonym nazistą”, czy „przebranym z czerwonej na zieloną szatę komunistą”. Przeważyła opinia, że jest gorszy niż nazista, bo ten przynajmniej „uznawał za coś pozytywnego rasę”, a ekolodzy nie uznają nic (stąd „nihiliści”).

Co robią ekolodzy? „Animizują człowieka” i – w ogólności – „chcą doprowadzić ludzkość do… zagłady”.

Były też wątki patriotyczne. A jakże. I deklaracje, że to, co niektórzy nazywają zaściankiem, zacofaniem i barbarzyństwem, stanowi naszą narodową dumę i naszą przyszłość. Będziemy wycinać, zabijać i stosować pestycydy, będziemy odporni na ekologiczne nowinki i ekologicznych nazistów.

Niech żyje minister Szyszko! Co tam zwierzęta, co tam lasy! Byle Polska rosła w PiS, a ludzie żyli pobożniej. Czyli tak, jak im Rydzyk każe.

W czasach PRL-u Opole zawsze było wbrew władzy. Mamy powrót do tych czasów. – Krzysztof Materna

Waldemar Mystkowski pisze o broni PiS.

Paralizator – broń PiS

Nie jest to wcale łatwa metafora dotycząca PiS, acz partia Kaczyńskiego w naszej historii zasługuje na szczególnie złą ocenę. Poznaliśmy ich w latach 2005-2007 – i niczego się nie nauczyliśmy, więc po 2015 roku zwiększają dawkę swojej władzy. PiS nas paraliżuje. Językiem, polityką i dosłownie paralizatorem – w tym ostatnim wypadku do ostateczności – do śmierci.

Paraliż językiem to domena prezesa Jarosława Kaczyńskiego. On jest wytwórcą jadu: gorszego sortu, elementu animalnego, gestapo. Słownik jadu prezesa to byłby całkiem pokaźny wolumen, nie staram się nic z niego zapamiętać, lecz prezes i jego akolici co rusz nam przypominają. Nigdy się nie nazwałem gorszym sortem, gdyż mam szczególną wrażliwość językową.

Nie przyznaję więc prezesowi prawa do nazywania mnie. Jestem przeciw przyjmowaniu na siebie roli ofiary „gorszego sortu”. Wolę tę dziecięcą (wrażliwość dziecka) odpowiedź: kto się przezywa, sam się tak nazywa. I zawsze tak radzę innym. Kaczyński jest kobrą w swoim pisowskim wężowisku.

Sparaliżowana została polska polityka zagraniczna, spadliśmy we wszelkich rankingach i jesteśmy fatalnym partnerem dla niedawnych naszych przyjaciół. Tego w kraju nie widać, wystarczy jednak poczytać tytuły w zagranicznych mediach, nawet przy pomocy googlowskiego tłumacza.

PiS uczynił z Polski państwo „gorszego sortu”. Wstali z kolan, aby paść na twarz, a w zasadzie na rozum. Padł rozum polityczny. Szczególnie trudny do odzyskania, gdyż ktoś zyskuje naszym kosztem, oddajemy pole i odzyskać je nie będzie łatwo, w stosunkach międzynarodowych nawet między przyjaciółmi grozi to konfliktem.
Ostatnie w kraju perełki – sparaliżowana została piosenka. Jak to możliwe? Przedstawicielom tego show biznesu chcieli odebrać głos, osobowość. Kobiety zachowały się wspaniale. Dla Kayah, Nosowskiej, Rodowicz winno się pisać pieśni. Nie dały się sparaliżować, acz padł festiwal w Opolu.

Jacek Kurski w dawce jadu dorównał prezesowi, uśmiercił dla PiS Opole. Tak właśnie trzeba. Nie przyjmować na siebie jadu, niech sami siebie paraliżują, unieruchamiają, przyjdzie taki moment, że zabuksują się, oniemieją i wyjmiemy im z rąk insygnia.

Naszą bronią jest nie dać się. Tytułuję ten felieton „paralizator – broń PiS”. Nie jest to nadinterpretacja. Przypadek na komisariacie  policji we Wrocławiu jest znamienny. Wystarczy wejrzeć głębiej, aby się przekonać, że śmierć młodego chłopaka ma wszelkie znamiona pisowskich metod.

Ten paralizator był w rękach konkretnych policjantów, lecz politycy PiS zrobili z niego użytek polityczny. O śmierci Igora Stachowiaka wiedzieli Mariusz Błaszczak i jego zastępca Zieliński. Nic się nie stało szefowi komisariatu, a wręcz przeciwnie – awansował na wiceszefa komendy miejskiej we Wrocławiu.

Tak PiS uzależnia od siebie ludzi, masz krew na rękach, jesteś nasz. Taki komendant policji nie odmówi, aby wydać rozkaz pałowania demonstrantów, a może nawet rozkaz do czegoś o wiele gorszego niż użycie paralizatorów. Ten wrocławski paralizator użyty ze skutkiem śmiertelnym to charakterystyka władzy PiS. Paraliżowanie poprzez zastraszanie, oplucie jadem, a w razie czego sięgnięcie po ostateczne rozwiązanie.

A ILE LAT GROZI INNYM ZA ZNĘCANIE SIĘ NAD POLSKĄ??

>>>

Marcin Kącki („Wyborcza”) pisze o sobotnim marszu ONR. Nie ma znaczenia, ilu było w sobotę ONR-owców na ulicach Warszawy. Ważne, że szli po raz pierwszy kordonem z asystą policji, czyli państwa. A policja, która usuwała z ich drogi protestujących, dała jasny sygnał: precz od faszystowskich poglądów.

Około tysiąca członków i sympatyków z ONR przeszło w sobotę ulicami Warszawy. Jeden obraz z tego marszu utkwił we mnie i nie opuszcza.

ONR świętował w Warszawie rocznicę swojego powstania. „Polska to kraj króla Ubu”

Młody, niewysoki mężczyzna ma grzywkę zaczesaną pieczołowicie, równiutki przedziałek, krawat pod białym kołnierzykiem. Białe mankiety świecą spod czarnego płaszcza, a na rękawie zielona opaska z falangą, symbolem Obozu Narodowo-Radykalnego. Na twarzy powaga, dumnie uniesione brwi. Czyta odezwę o odrodzeniu się ONR, o jego wzrastającej sile.

Kartkę trzyma w czarnych, grubych, skórzanych rękawiczkach, które dopełniają pedantyzmu przerażającej estetyki. Nie wiem, dlaczego młody z ONR je włożył, jako jedyny, bo na marszu w Warszawie zimno nie było. Ale efekt osiągnął – mam dreszcze, ilekroć na niego patrzę.

Bo te skórzane rękawiczki, obok czarnej swastyki na czerwonym tle, były chyba najczęstszym motywem estetyki faszyzmu na historycznych zdjęciach, ale i w popkulturze – od „Cabaretu” Boba Fossa, po metafory z kosmicznych filmów George’a Lucasa czy Quentina Tarantino.

Skórzane rękawiczki są dopełnieniem doskonałości u tego młodego chłopaka i tak brzmi jego przekaz: jestem doskonały i chcę was uczynić na swój wzór.

W latach 30. XX wieku młodzi z ONR wyganiali z uczelni żydowskich studentów, siali nienawiść, by w końcu trafić do lamusa po decyzji władz sanacyjnych o ich delegalizacji.

W programie mieli wykluczenie, pogardę dla inności, bezwarunkową dyscyplinę opartą na fałszywej symbolice wyższości.

W latach 40. na tych samych ulicach stolicy hitlerowcy wcielali w życie ich hasła, mordując Żydów – podludzi.

To, że w kwietniu 2017 r. spadkobiercy tamtego ONR, z tym samym programem, przemaszerowali tymi samymi ulicami Warszawy, jest dla nas wszystkich siarczystym policzkiem na odlew, choć i zapewne dla wielu przodków z tych młodych, którzy nieśli zielone flagi z falangą.

Nie ma znaczenia, czy ONR-owców było w sobotę tysiąc, jak sami podają, czy byłoby ich dwudziestu. Szli po raz pierwszy kordonem z asystą policji, czyli państwa, które dało im status poważnej siły politycznej. Policja, która szarpała i usuwała z ich drogi protestujących, dała też jasny sygnał: precz od faszystowskich poglądów.

Nie ma sensu apelować do Prawa i Sprawiedliwości, bo język pogromowy Jarosława Kaczyńskiego („pierwotniaki roznoszone przez uchodźców”) już dawno zalegitymizował nienawiść, a kolejne wypowiedzi jego marionetek tylko to utrwalają. Nie ma też sensu wypominanie PO, że nic z tym nie zrobiła, bo straciłem złudzenia, by Platforma była zdolna do odważnych decyzji wbrew badaniom sondażowym.

Jest jeszcze Kościół, który dostał od historii nauczkę, że mariaże z nacjonalizmem kończą się prędzej czy później w piekle (Pius XI i traktaty laterańskie z Mussolinim).

Nadzieję dała odezwa biskupów sprzed kilku dni potępiająca nacjonalizm, ale zaraz została zgaszona przez bydgoskiego, bardzo popularnego wśród młodzieży księdza Romana Kneblewskiego, który po marszu w Warszawie napisał: „Dzisiaj ONR w Wawie. Serce rośnie!”.

Widać zatem, że przekaz z ambony Episkopatu jest albo spóźniony po latach antysemityzmu w Radiu Maryja, albo już ignorowany.

Nie wiem zatem, co może przeszkodzić młodemu z ONR, nim zdejmie skórzane rękawiczki i przejdzie do czynów gołymi rękami, bo historia w swojej progresji dziejów podpowiada już tylko najgorsze scenariusze.

Skoro wczoraj był Białystok, a dzisiaj Warszawa, to pozostaje cytat z nazistowskiej piosenki w „Cabarecie”: „Tomorrow belongs to me”.

Jeśli się mylę, to do zobaczenia w lepszej Polsce.

Waldemar Mystkowski pisze o heroinach PiS.

Maria Szonert-Binienda nie jest kimś wyjątkowym na tle pisowskiej czeredy, a wręcz jest tłem dla czegoś wyjątkowego. Jej czyny duchowe – na razie nie są rzeczywiste – w postaci widzenia Donalda Tuska w mundurze SS czy też Radosława Sikorskiego dyndającego na szubienicy – są wyjęte z atmosfery PiS.

Wszak Szonert-Binienda zilustrowała słowa Jarosława Kaczyńskiego, iż Tusk jest niemieckim pachołkiem, a główny ideolog prezesa Zdzisław Krasnodębski nawet miłosiernie proponował, aby szef Rady Europejskiej przyjął obywatelstwo niemieckie.

Czym zresztą różni się Tusk w mundurze SS od Tuska w mundurze dziadka z Wehrmachtu? Napiszę tak: Szonert-Binienda nie wyprze się swojego skoligacenia z PiS. O tym może poświadczyć jej „rodzony” mąż Wiesław Binienda, który tyle lat w zespole Macierewicza wyżymał swój lichy umysł, aby dowieść winy Tuska. Żona teraz dokonuje egzekucji.

Szonert-Binienda zamiast wystawić pierś do chwały i do jakiegoś medalu za waleczność oraz za patriotyzm pisowski wypiera się swojej twórczości i ceduje na rzecz jakiegoś hakera. To ile lat ten haker obsługiwał jej konto? Czy aby ten haker to nie Maria Szonert-Binienda albo jej „rodzony” mąż Wiesław, który bez hakera trudnił się hakowaniem rozumu?

Hakerstwo Biniendów to znamię PiS. Acz Szonert-Biniendę można posądzić o plagiat. Jej poprzedniczka Beata Nowosielska z Ministerstwa Środowiska chciała Donalda Tuska witać szubienicą i kajdankami, gdy ten zjawił się w Warszawie, aby stawić się w prokuraturze.

Nowosielska to pre-Szonert-Binienda albo inaczej: Szonert-Binienda to post-Nowosielska. Choć nie chcę rozstrzygać, kto ma pierwszeństwo w wieszaniu Tuska, czy też w mundurze SS dla Tuska, czy też dla Sikorskiego, wiem, że w tym chorym pojedynku o pierwszeństwo sekundantem jest Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS jako arbiter przygląda się, jak trup ściele się gęsto. Pre-Szonert Nowosielska zapłaciła stanowiskiem w ministerstwie, przestała być dyrektorem departamentu, wypadła też z rady nadzorczej czegoś tam. O tym wiemy, o reszcie – nie. A nasza wiedza o takich przypadkach, jak Nowosielska i Szonert-Binienda jest szczątkowa, jak to lubią grafomani nazywać: obydwie i ich czyny są wierzchołkiem góry lodowej.

Bo tak naprawdę ani Nowosielską, ani Szonert-Biniendę nie spotka żadna krzywda. Działa syndrom Misiewicza. Jak nie tu się przesadzi tę szemraną postać, to gdzie indziej. Szonert-Biniendę widziano w Toruniu na forum unijnym, a Nowosielską w Tucznie w słynnej stodole ministra Szyszki, gdzie odbywa się międzynarodowa konferencja i gdzie Nowosielska przywieziona została limuzyną ministra.

Szonert-Binienda i Nowosielska to esencja PiS. I nie one zostały zhakowane, czy też ich konta na portalach społecznościowych. To takimi postaciami Polska została zhakowana, taki jest abordaż PiS.

Kleofas Wieniawa też pisze o ONR.

Sobotni marsz ONR w Warszawie odkurzył faszyzm w esencjonalnej postaci. Można zastanawiać się, na ile jest on do powstrzymania? Na pewno trzeba zadać pytanie: dlaczego władze Warszawy dały pozwolenie?

Że ONR jest legalny? Nie satysfakcjonuje mnie. Akuszerem tej postaci faszyzmu, bo to już nie jest żaden nacjonalizm (przedszkole faszyzmu) jest PiS.

Pod władzą PiS faszyzm szbko „dojrzewa”. A wydawało sie, że zniknął z umęczonej stolicy po 1945 roku. Zdjęcia ONR-owców z „heil” są przerażające.

Żadnych pozytywnych nadziei nie można pokładać w policji, bo ta zarządzane przez Mariusza Błaszczaka w sferze rozumu jest mamrotem.

Przekonali sie o tym kontrdemontranci Obywatele RP, w tym jeden starszy siwowłosy obywatel, który był przez policję targany po jezdni i chodniku.

Takie małe ćwiczenie przed miesięcznicami, z których fetor przeniósł się na pobratymców z ONR. To jest zapaskudzona Polska, przegrana na arenie międzynarodowej, niedługo będzie sekowana przez dojrzałe demokracje w ramach wszelkich standardów, które po wyboirach 2015 roku nie są dotrzymywane.

Mała Polska w najgorszym wydaniu. Podkreślam: PiS jest akuszerem tej wólki, tego zatyłkowia.

Van i jego Mona.

>>>

Osiół.

Andrzej Duda zaczyna się już bać. Pisze o tym Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”). Zatrzeszczała uruchomiona przez PiS machina niszczenia niezależności polskich sądów. Prezydent Andrzej Duda postawił się ministrowi Zbigniewowi Ziobrze i wstrzymał prace nad ustawą pozwalającą partii władzy przejąć kontrolę nad Krajową Radą Sądownictwa.

Prezydent ma wątpliwość, czy zakładane w ustawie skrócenie obecnej kadencji KRS jest zgodne z Konstytucją RP. A już zapowiadał się blitzkrieg na miarę zwycięstwa „przedstawicieli suwerena” nad Trybunałem Konstytucyjnym.

Ziobro o sądach: „patologia”

Media publiczne i prorządowe od miesięcy zohydzały wizerunek sędziów, przedstawiając ich jako zwyrodnialców, drobnych złodziei i alimenciarzy. Ziobro i jego współpracownicy w jednym zdaniu wymieniali sądy z takimi słowami jak „patologia”, „klika” oraz „sitwa”. Grozili dyscyplinarkami i brali w obronę sprawcę ataków na sędziego podczas rozprawy. Sejm, nie przejmując się sprzeciwem opozycji, wszystkich środowisk prawniczych i organizacji międzynarodowych, przyjął w pierwszym czytaniu nowe przepisy o KRS.

Wydawało się, że teraz sprawę klepnie tylko komisja sprawiedliwości z niezawodnym prokuratorem Piotrowiczem na czele, potem szybka ścieżka w Senacie, podpis prezydenta i latem, a najpóźniej jesienią Ziobro zamelduje prezesowi, że zadanie „odzyskania sądów” zostało wykonane.

Czemu Duda stawia się Ziobrze

Co poszło nie tak? Czemu prezydent stawia się Ziobrze, chociaż dotychczas „niezłomnie” parafował wszystko, czego tylko chciała partia? Przecież jeszcze niedawno Andrzej Duda mówił, że Ziobro był „najlepszym w historii ministrem sprawiedliwości”…

Nie wierzę w „przebudzenie” Andrzeja Dudy. Dotąd prezydent za nic miał nawoływania, by szanował swój urząd i stał na straży konstytucji. Nie przejmował się głosami swoich wychowawców z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy przypominali mu zasady państwa prawa wpajane na studiach prawniczych.

Duda się boi

Powód sprzeciwu głowy państwa wydaje się inny: Krajowa Rada Sądownictwa jest organem państwa, którego członkowie mają w konstytucji zagwarantowaną pełną kadencyjność. Oprócz KRS taką gwarancję ma w konstytucji tylko Prezydent RP. Jeżeli dzisiaj obecna władza zmieni tą zasadę odnośnie do Rady, to Andrzej Duda nie może mieć pewności, że władza następna (albo nawet jeszcze ta sama) nie zrobi tego w stosunku do jego urzędu.

Sprzeciw prezydenta to nie „przebudzenie”. To strach.

Dla radnego PiS Rafała Piaseckiego z Bydgoszczy.

Ambasador USA o kwestii smoleńskiej: nie widzimy już nic, co moglibyśmy zrobić

BRAWO DLA NIEZALEŻNYCH SĄDÓW. PROKURATURA NIE ZAMIECIE POD DYWAN KOLEJNEJ SPRAWY DZIAŁACZKI PiS

Monika Olejnik pisze o państwie PiS. W państwie praktycznym PiS-u – jakże innym od państwa teoretycznego PO! – armia może tracić 30 generałów i 250 pułkowników, można też sobie pozwolić na ujawnienie własnych szpiegów. Bo najważniejsze jest ściganie Tuska

Państwo za czasów PO przez osiem lat było teoretyczne – to ulubiony cytat z podsłuchanej rozmowy między Bartłomiejem Sienkiewiczem a Markiem Belką. Powtarzany przez prezydenta Andrzeja Dudę, premier Beatę Szydło, szefa MSW Mariusza Błaszczaka. Częściej cytowany jest Bartłomiej Sienkiewicz niż Henryk Sienkiewicz.

Dzisiaj rzeczywiście państwo polskie staje się praktyczne: pękająca opona w limuzynie prezydenta, pędzący samochód z panią premier zatrzymujący się na drzewie, uciekający z miejsca wypadku kierowca Antoniego Macierewicza.

W państwie praktycznym należy sobie wszystko podporządkować. Trwa zamach na sędziów, na Sąd Najwyższy. Najlepiej wszystkich wymienić i zacząć od początku, bo przecież jak to możliwe, by w sądach pracowali ci sami ludzie co przed 1989 r.?

Co innego w prokuraturze. Najnowsza „Polityka” pisze o wiceprokuratorze generalnym Waldemarze Puławskim, który „czuwa nad śledztwem dotyczącym Donalda Tuska”. Puławski od 1984 r. pracował w warszawskiej prokuraturze, a już w III RP weryfikował śledczych. A przypomnę jeszcze słynnego prokuratora Piotrowicza, który macha nam przed oczami konstytucją.

W państwie praktycznym można przesłuchiwać przez osiem godzin przewodniczącego Rady Europejskiej, żeby sprawdzić, czy przypadkiem służby rosyjskie i polskie ze sobą nie współpracowały. W państwie praktycznym szefem SKW może być człowiek, który znalazł na swoim płocie martwą wiewiórkę i twierdził, że ktoś mu ją przyczepił w odwecie za jego działalność. Po tzw. dobrej zmianie „wykańczać” caracale może dr Berczyński, który pochwalił się Magdalenie Rigamonti, jak uratował Polskę przed francuskimi śmigłowcami.

Ministerstwo Obrony Narodowej zaprzecza, oświadcza, że nie ma z tym nic wspólnego, ale okazuje się, jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”, że dr Berczyński dostawał dokumenty z Inspektoratu Uzbrojenia MON. Na jakiej podstawie? Tego nie wiemy. Dlaczego miał dostęp do materiałów niejawnych, tego też nie wiemy. W państwie teoretycznym byśmy zapewne wiedzieli.

Władza chce zmienić wszystko. Ma zakusy na konwencję antyprzemocową, choć jest wielu skorych do bitki mężczyzn, można takich odnaleźć w PiS.

W państwie praktycznym minister obrony narodowej może lekceważyć prezydenta, nie odpowiadać na jego listy, a armia może tracić 30 generałów i 250 pułkowników. W państwie praktycznym można sobie pozwolić na ujawnienie szpiegów dzięki czemu, jak pisze w „Wyborczej” Wojciech Czuchnowski, „obce służby, nie ruszając się zza biurka, mogą zidentyfikować naszych szpiegów, a potem odtworzyć ich kontakty za granicą”.

Ale co to obchodzi szefa SKW pana Piotra Bączka. On ściga Tuska i to jest najważniejsze przesłanie obecnej władzy.

PIĘKNE PODSUMOWANIE RZĄDÓW PiS. Rachunek sumienia znaleziony w sieci. Autor: Ada112

Waldemar Mystkowski pisze o ambasadorze Przyłębskim i Beacie Szydło.

Ambasador RP w Niemczech Andrzej Przyłębski nie może być pewien swego stołka, bo jego zwierzchnik Witold Waszczykowski też nie jest pewny posady, może wylecieć przy pierwszej lepszej rekonstrukcji. Nie wiem, jakim łukiem Przyłębski obejdzie ustawę dekomunizacyjną, wszak ma solidną teczkę w IPN jako TW Wolfgang. Może liczyć, iż ustawa zostanie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego, a tam żona Julia z innym agentem Mariuszem Muszyńskim znajdą jakiś haczyk, aby nie podlegał lustracji.

Przyłębski jednak musi punktować u prezesa, u którego splotem słonecznym czy też piętą Achillesa jest „Tusk”. Walniesz Kaczyńskiego Tuskiem to jęczy na cały kraj i wyzywa: ty elemencie animalny, najgorszy sorcie, gestapo. Przyłębski nieprzypadkowo przybrał ksywkę Wolfagang, bo lubi jako Wolf poszczekać, poszarpać za nogawki i wyć do księżyca.

W Berlinie Przyłębskiego nie tolerują, zresztą nie uprawia żadnej dyplomacji, bo dla polityki PiS jest ona zbędną. Ambasador a to załatwi salę kinową dla filmu „Smoleńsk” (kilka miesięcy za tym chodził), a to dla jakiegoś lokalnego dziennika poszczeka na Tuska. Proszę zauważyć, że nie piszę, iż zamienia się w kundelka, ale w Wolfa. Szarpie za nogawkę Tuska i szczerzy zęby na łamach „Neue Osnabrücker Zeitung”, sugerując, że to był niemiecki kandydat: „najwyraźniej z punktu widzenia Berlina istniały nie cierpiące zwłoki powody, by przedłużyć kadencję Donalda Tuska”.

Spowodowało, że – mówi to dyplomata (w istocie wzorzec z Sevres dyplomatołka wg definicji niezapomnianego Władysława Bartoszewskiego): „Wina za pogorszenie się stosunków polsko-niemieckich leży po stronie Niemiec”. Hau, hau – szczeka Wolf Przyłębski, a tak naprawdę boi się o posadę i melduje prezesowi: Heil, heil.

W o wiele ważniejszej niemieckiej gazecie, bo w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ) – ichniej „Gazecie Wyborczej” – ukazał się artykuł podpisany przez Beatę Szydło. Wszak wiadomo, że pani premier tego nie mogła napisać, lecz podpisała. Nie waham się tak nazywać, choć język jest szydłowski – ble, ble godny magla – pusty znaczeniowo, owijający bawełnę w inną bawełnę, jest to zresztą charakterystyka PiS. Nie potrafią zająć się konkretami, bo najlepsi są w pluciu na przeciwników politycznych.

Artykuł publikuje „FAZ” z powodu tego, iż w niedzielę w Hanowerze Szydło wraz z Angelą Merkel będą otwierały targi przemysłowe. Szydło „pisze” o wszystkim, a tak naprawdę o niczym, przy tym wciskając sporą dawkę kłamstw, pisowskiej trucizny. My, w Polsce już się uodporniliśmy (co cię nie zabije, to wzmocni), a szkoda, gdyż przeciwstawić się złu najlepiej za pierwszym razem, gdy jest determinacja. Szydło kłamie w czytelnicze niemieckie oczy: „Polska nie jest przygotowana na falę uchodźców”, ale „dobrze radzimy sobie z ponad milionem ukraińskich obywateli”.

Takich oszustw i bleblań jest co nie miara, ale pojawia się też inny ton: „Jesteśmy gotowi do zawierania dobrych kompromisów we wszystkich ważnych kwestiach europejskich”. Te „dobre kompromisy” znamy w Polsce jako „dobrą zmianę”. Niemcy ani nikt w Europie na to się nie nabiorą, bo nie ma żadnych „dobrych” konkretów.
Na szczęście o Tusku autor podpisany jako Szydło nic nie pisze. I to jest najlepszy element tego artykułu. Szydło w Niemczech jednak wystąpi i na jakimś konkrecie się wyrżnie, bo tak mają wszyscy pisowcy (Morawiecki, Waszczykowski, itd.), którzy na światowych salonach otwierają buzie.

REALIZUJE PLAN „POLSKA W RUNIE”?

UMARLIŚMY ZE ŚMIECHU :)))))))))

Pod MON pikieta przeciw szkodnikowi Macierewiczowi. ANTONI pod sąd! KTO JEST ZA?

Kleofas Wieniawa pisze o aferach Macierewicza.

Beata Szydło nie dostała pozwolenia od prezesa, aby zdymisjonować Antoniego Macierewicza. Więc wotum nieufności Platformy Obywatelskiej wobec ministra obrony będzie miało formę krytyki, a jest za co go rugać, bo to postać z pogranicza zaprzaństwa i zdrady.

Przegranym też może czuć się Andrzej Duda, dla którego polityka epistolarna jest najwyższą formą sprzeciwu i buntu wobec odebrania mu konstytucyjnych prerogatyw. Macierewicz i tak wykopyrtnie. Oby jak najprędzej, aby straty były względnie najmniejsze.

Afera z Wacławem Berczyńskim ma posmak korupcji i znamiona wielkiej afery. Ten człowiek tak czuł się pewnie pewnie, że chlapał jęzorem bez opamiętania.

Widać, iż wyobraźnię ma kiepską, bo fabuła z ładunkiem termobarycznym to jakość grafomanii. Na wierzch będą wychodzić coraz gorsze rzeczy.

DOBRE 🙂

>>>

Abp Paetz (z zarzutami o molestowanie kleryków) odprawiał wraz z abp Gądeckim mszę w Wielki Czwartek w Poznaniu

Prokuratura bywa nadużywana, jeżeli jest upolityczniana. Stoimy na progu tej wielkiej groźby -stwierdził Balcerowicz

Piotr Miączyński („Wyborcza”) pisze, jak PiS chce nabrać nas na zarobki o 30 proc. wyższe. Poseł PiS zaprezentował Polskiej Agencji Prasowej pomysł, który doprowadzi do ruiny polskie firmy.

– W przyszłym tygodniu zostanie zaprezentowany projekt, który obniży pozapłacowe koszty pracy i podniesie zarobki Polaków o 25-30 proc. – zapowiedział PAP przewodniczący parlamentarnego zespołu na rzecz wspierania przedsiębiorczości i patriotyzmu ekonomicznego Adam Abramowicz (PiS).

Dziś pozapłacowe koszty pracy wynoszą ponad 60 proc. Pomysł Abramowicza ma je zbić do 20-25 proc. Różnica ma zostać w kieszeni pracownika.

– Ktoś, kto zarabia dziś na rękę np. 3 tys. zł, po zmianach otrzymałby 3 tys. 750 zł – poinformował poseł. Firma płaciłaby jeden podatek w wysokości 25 proc. od całego funduszu płac.

Przewidziane jest też obniżenie składek ZUS do 550 zł. W przypadku małej działalności gospodarczej wszystkie obciążenia pobierane przez państwo, zarówno składkowe, jak i podatkowe, miałyby wynieść 15 proc. od przychodu. Fajnie, prawda?

Któż nie chciałby dostać dzięki cudownemu pomysłowi posła PiS dodatkowych kilka stówek, a może nawet i kilku tysięcy?

Jak za to jednak zapłacić?

Abramowicz ma na to pomysł. – Dziś z CIT budżet otrzymuje ok. 30 mld zł, co jest bardzo niską kwotą, jeśli spojrzeć na obroty firm. Są korporacje, które w Polsce nie płacą latami podatku, głównie zagraniczne, ale także krajowe (…). My proponujemy prosty, powszechny, uczciwy podatek – jeden dla wszystkich – mówił PAP Abramowicz.

Ile? Poseł wyjaśnił, że w przypadku osób prawnych zmiana zakłada wprowadzenie zakazu odliczania kosztów uzyskania przychodów z jednoczesnym podatkiem przychodowym w wysokości 1,5 proc. Co to znaczy? Dla czytających bez zrozumienia: będzie ciężko.

Ale wyjaśnię. Jak ktoś kupi cymbały za granicą, to podatku od przychodu nie zapłaci. Zrobi to RAZ, jak sprzeda te cymbały posłowi Abramowiczowi.

Teraz jak chcemy te cymbały wyprodukować w Polsce, to trzeba kupić drewno, pałeczki, struny, kołki, materiały do pakowania i od każdej tej transakcji uczestnicy opłacają podatek od przychodu. Później te cymbały trafiają do hurtowni (podatek od przychodu) i w końcu do sklepu (kolejny podatek od przychodu).

Sklep sprzedaje cymbały posłowi Abramowiczowi (następny podatek od przychodu). Polskie cymbały są rzecz jasna droższe niż zagraniczne. Bo im bardziej produkt powstaje w Polsce, tym większe podatki się w takim przypadku od niego płaci.

PiS udało się już rozwalić Trybunał Konstytucyjny, chce rozwalić sądy, teraz bierze się do podatków. Jak ktoś się jeszcze nie boi, to w tym przypadku powinien.

TAKIE SKLEPY Z PEWNOŚCIĄ WYŁĄCZĄ ZE SWOJEGO ZAKAZU…

W deformie szkoły lekcje religii będą uprzywilejowane. W myśl założeń reformy edukacji uczniowie klas siódmych będą po wakacjach uczyć się według nowych podstaw programowych. I z nowymi podręcznikami, ale nie na wszystkich zajęciach. Lekcje religii poczekają na nowy program i książki. Pisze Małgorzata Zubik

– We wrześniu w siódmej klasie uczniowie będą uczyć się religii z książek do klas pierwszych gimnazjum – mówi nauczycielka religii ze Śląska. – Za rok, w klasie ósmej, będziemy pracować z książkami do klas drugich gimnazjalnych. Episkopat przygotuje zmiany w programie na spokojnie.

Reforma edukacji wydłuży naukę w szkole podstawowej o dwa lata. We wrześniu siódme klasy będą uczyć się według nowych podstaw programowych, które obejmą też klasy czwarte oraz pierwszaków. Zmiany w szkolnictwie wprowadzane są w ekspresowym tempie, pisanie podstaw również odbyło się w pośpiechu, wydawnictwa na szybko napisały nowe podręczniki. Oficyny, które złożyły wnioski o dopuszczenie książek do użytku w szkole, czekają na opinie rzeczoznawców. Szkoły muszą zdążyć z kupnem podręczników na 1 września.

Reforma edukacji: wersja spokojna

W zupełnie innym tempie będą wprowadzane zmiany na lekcjach religii. Tu terminy narzucane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nie mają znaczenia.

Podstawy programowe przygotowuje specjalny zespół ekspertów powołany przez przewodniczącego Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski biskupa Marka Mendyka. Pracuje od lutego. Potem będzie etap recenzowania przez uznanych katechetów i pedagogów, następnie konsultacje wśród biskupów. Biskupi przekażą tekst podstawy do skonsultowania swoim wydziałom katechetycznym. Na końcu trafi on pod obrady KEP, która podejmie w tej sprawie uchwałę.

Dokument, który ustali, czego będą uczyć katecheci, ma być związany z tym, co wprowadza do szkół nowa podstawa programowa MEN. – Religia jest przedmiotem szkolnym i winna wypełniać także założenia kształcenia ogólnego. Chodzi też o korelację między przedmiotami, zwłaszcza językiem polskim, historią, wiedzą o społeczeństwie a religią – tłumaczy ks. Piotr Tomasik z Konferencji Episkopatu Polski.

Na to wszystko potrzeba czasu. W KEP przewidują, że dokument będzie gotowy na wiosnę 2019 r. – Tempo prac jest podobne jak przy poprzedniej reformie, rozpoczęła się ona w roku 1999, a podstawy uchwalono w czerwcu 2001 r. – precyzuje ks. Tomasik. Gdy podstawa i nowe programy będą gotowe, trzeba będzie jeszcze przygotować podręczniki.

TAKIE TAM ŚWIĄTECZNE ROZMOWY

Waldemar Mystkowski pisze o demolowaniu obronności Polski przez Macierewicza.

Czy można sobie wyobrazić bitwę wojenną, w której ginie 30 generałów i 300 oficerów? Bitwę faktycznie trudno sobie wyobrazić, więc to samo pytanie dotyczące strat tej samej wielkości dowódców dotyczyć powinno całej kampanii wojennej.

Przy takich stratach przegrywa się wojny. Jeżeli 30 generałów i 300 oficerów osadzonych jest w obozach jenieckich, w oflagach, są traktowani jako trofea zwycięzców i wykorzystywani podczas triumfalistycznych uroczystości – defilad, parad – zwycięzców.

Czy ktoś pamięta, ilu niemieckich generałów i wyższych oficerów miało rzucać sztandary na Placu Czerwonym przed Stalinem (do czego zresztą nie doszło)? Albo: jakie były straty wśród wojskowych zamordowanych w Katyniu 1940 roku?

Podobne duże straty poniosło – i ponosi – Wojsko Polskie pod władaniem ministra Antoniego Macierewicza. To są straty wojenne – 30 generałów i 300 oficerów – na wojnie zabici i ranni niezdolni do pełnienia obowiązków żołnierzy na polu bitwy są tak samo traktowani, zostali wyeliminowani.

Takie są „osiągnięcia” Macierewicza w pustoszeniu obronności Polski. Można te wielkości przełożyć z generałów i oficerów na polityków PiS. Ginie (podaje się do dymisji) 30 „generałów” Komitetu Politycznego PiS i 300 polityków tej partii szczebla lokalnego – do czego to można porównać?

To tak jakby pułkownikowi Clausowi von Stauffenbergowi udał się zamach stanu (Operacja Walkiria) w Wilczym Szańcu w 1944 roku.

Więc zadam pytanie: Czy jeszcze mamy Wojsko Polskie? Inne liczby mogą uzmysłowić zasadność tego pytania. Aby wyszkolić generała potrzeba 10 lat na jego nauki na wyższych uczelniach polskich i zagranicznych. Kto zastąpił tych generałów i oficerów? Jacyś niedouczeni Misiewicze. Te straty przez specjalistów są nazywane czarną dziurą wśród kadry wojskowej.

Straty w ludziach są najważniejsze, ale równoległe są straty w sprzęcie i programach badań naukowych na rzecz obronności państwa. Nie mielibyśmy wiedzy, gdyby nie determinacja innych. Ministerstwo Obrony w ogóle nie publikowało danych o sprzęcie i o programach dotyczących obronności, gdyby nie nieustanne interpelacje Tomasza Siemoniaka, byłego ministra obrony narodowej.

Dane o projektach publikuje Dziennik Zbrojny i są one przerażające. Komentarz jest następujący: „Macierewicz może opuścić pełnione stanowisko, ale wyrządzone szkody są nieodwracalne.” Projekty są opóźnione o kilkadziesiąt miesięcy, a rekordzista – projekt modułu ogniowego 155 mm kryptonim Kryl – aż 56 miesięcy.

To, że resortem obrony kieruje Szwejk (jest to bardzo pogodne porównanie Macierewicza) świadczy projekt prototypu radaru wielofunkcyjnego kierowania ogniem Wisła, który został skierowany do wykonawcy nie mającego zdolności seryjnej produkcji. Do nie tej fabryki.

Pamiętacie jeden charakterystyczny dzień z życia ministra Szwejka, gdy rozwalił pancerne BMW pod Toruniem? Jego dzień składał się z wykładu na uczelni Rydzyka i gali na cześć Człowieka Wolności Kaczyńskiego.

Jego zastępcą jest wiceminister Bartosz Kownacki, który mówiąc o wojsku przypomina panią Pelagię graną przez niezapomnianego Bogdana Smolenia w słynnym skeczu kabaretu Tey. Tacy ludzie odpowiadają za naszą obronność? Nie!

Takie Szwejki, panie Pelagie, armie Misiewiczów niszczą naszą obronność, jak wrogowie podczas najkrwawszych kampanii, gdy traciliśmy niepodległość. Straty Ukrainy w wojnie hybrydowej z Moskwą są mniejsze niż hybrydowa działalność Szwejka Macierewicza, jego pań od „bombek” i armii Misiewiczów z nadwagą.

Z ostatniej chwili:

Jeśli to prawda, to będzie moralny koniec tej władzy.

>>>

MA RACJĘ SZUBARTOWICZ. OHYDA.

772 POLICJANTÓW PILNUJE KAŻDEJ Z PiS-OWSKICH MIESIĘCZNIC. KOSZT: 150 TYS. ZŁ X 12 M-CY TAK BARDZO BOJĄ SIĘ POLAKÓW?

Niedługo Polska będzie państwem bezprawia. Pisze o tym Łukasz Woźnicki („Wyborcza”). Jeśli PiS wprowadzi swój plan w życie, jeszcze w tym roku stanowiska stracą prezesi sądów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych w całym kraju. Zastąpią ich zaufani sędziowie wskazani przez Zbigniewa Ziobrę. I przeprowadzą kolejną czystkę.

Posłowie PiS złożyli w Sejmie projekt reformy prawa o ustroju sądów powszechnych, nazywanego „konstytucją sądów”. Szeroki zakres zmian wskazuje, że przepisy powstały w Ministerstwie Sprawiedliwości, chociaż projekt został złożony jako poselski. PiS chce, aby ustawa weszła w życie już 1 lipca 2017 r. Partia sięga po szybszą, poselską ścieżkę legislacyjną, by uniknąć obowiązku konsultacji międzyresortowych i publicznych. W ten sposób procedowany będzie projekt, który zmieni obraz całego polskiego sądownictwa.
– Ten projekt oznacza pełne przejście na tryb ręcznego sterowania przez ministra Ziobrę. Tu już nikt nie bawi się w pozory. Żadnego trójpodziału władzy w Polsce nie będzie. Będzie jednowładztwo – mówi „Wyborczej” sędzia Bartłomiej Przymusiński, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Sędziowie z Iustitii przeanalizowali projekt posłów PiS. Oto najważniejsze zagrożenia, jakie niesie.

1. Czystka w sądach

W ciągu pół roku od wejścia w życie przepisów minister sprawiedliwości będzie mógł odwołać wszystkich prezesów i wiceprezesów sądów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych w całej Polsce. Żadne wymogi dotyczące odwołania nie będą go w tym czasie obowiązywały.

Odwołani zostaną także sędziowie funkcyjni. Nowi prezesi sądów, powołani przez ministra Ziobrę, dostaną sześć miesięcy na przegląd stanowisk funkcyjnych w sądach i prawo do wymiany wszystkich wizytatorów, przewodniczących wydziałów i ich zastępców.

– Odwołanie wszystkich prezesów i wiceprezesów sądów powszechnych to rzecz bez precedensu. Mówimy tu o kilkuset osobach. A po odwołaniu wszystkich sędziów funkcyjnych liczba odwołanych może się zamknąć w kilku tysiącach. To pokazuje, do czego zmierza ten projekt – do całkowitej dominacji ministra Ziobry – mówi sędzia Krystian Markiewicz, prezes Iustitii.

2. Zaufani Ziobry prezesami i wiceprezesami

Minister sprawiedliwości powoła nowych prezesów sądów apelacyjnych, okręgowych i rejonowych. Nie będzie przy tym musiał zasięgnąć opinii zgromadzeń ogólnych sędziów poszczególnych sądów. Dziś taka opinia jest potrzebna, aby powołać prezesów sądów apelacyjnych oraz okręgowych. Prezesów sądów rejonowych powołują zaś prezesi sądów apelacyjnych.

Zgromadzenia mogą wydać opinię negatywną. Wtedy, aby kandydatura przeszła, potrzebna jest pozytywna opinia Krajowej Rady Sądownictwa. Projekt PiS znosi ten model. Dodatkowo daje ministrowi możliwość powoływania prezesów sądów rejonowych, a także wiceprezesów wszystkich sądów powszechnych – na wniosek prezesów i bez opinii kolegium sędziów.

– Minister będzie mógł każde stanowisko prezesa sądu powszechnego w Polsce obsadzić osobą, która będzie się cieszyła jego zaufaniem – mówi sędzia Bartłomiej Przymusiński.

3. Ziobro odwoła każdego prezesa, którego tylko będzie chciał

Projekt bardzo szeroko określa sytuacje, w których minister odwołuje prezesa sądu. Ziobro będzie mógł to zrobić, gdy stwierdzi „szczególnie niską efektywność działań w zakresie pełnionego nadzoru administracyjnego lub organizacji pracy w sądzie lub sądach niższych”.

Wiążący dziś ministra sprzeciw Krajowej Rady Sądownictwa nie będzie miał już znaczenia. Po zmianach opinia Rady będzie niewiążąca. Do tego minister uzyska możliwość odwoływania także prezesów sądów rejonowych, dziś jej nie ma.

– Przepisy dają ministrowi sprawiedliwości praktycznie pełną dowolność w powoływaniu i odwoływaniu prezesów sądów – mówi sędzia Przymusiński.

4. Podległy ministrowi prokurator wybierze sędziego do sprawy

Projekt przewiduje odstępstwo od losowego przydzielania spraw sędziom: nie będzie go przy przydzielaniu spraw sędziom na dyżurach.

– Wystarczy, że prokurator będzie wiedział, że dany sędzia ma dyżur w danym dniu. Gdy wniesie sprawę, będzie miał pewność, że właśnie ten sędzia dostanie np. sprawę aresztową. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby był to sędzia, który właśnie wrócił z delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości i którego prezes przydzielił do newralgicznego wydziału – mówi sędzia Przymusiński.

5. Sędziowie będą pracować u prezydenta i w MSZ

Dziś w Ministerstwie Sprawiedliwości pracuje ponad 150 sędziów. Organizacje prawnicze wzywają ich, aby wrócili do orzekania albo złożyli urząd sędziowski. Tymczasem projekt wprowadza możliwość delegowania sędziów do kolejnych urzędów: Kancelarii Prezydenta i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Dla delegowanych przewidziano specjalny dodatek (40 proc. wynagrodzenia), który za specjalne zasługi może być bez ograniczeń powiększony.

– Będzie to kolejna forma „nagrody” dla sędziów z kręgu ministra. Do tego bardzo niebezpieczna z uwagi na wymóg apolityczności sędziów. Odejście kolejnych sędziów osłabi sądy, do których wpływa ponad 15 mln spraw rocznie i w których już orzekają przeciążeni pracą sędziowie – mówi rzecznik Iustitii.

6. Minister będzie mógł naciskać na sędziów…

Dotąd minister sprawował tylko „zewnętrzny” nadzór nad sądami – mógł rozliczać prezesów sądów z pełnienia funkcji. Nie miał wpływu na nadzór wewnętrzny – np. wydawane sędziom przez prezesów polecenia. Według projektu, kiedy minister stwierdzi uchybienie w kierowaniu sądem przez prezesa lub wiceprezesa lub gdy stwierdzi uchybienie „w sprawowaniu przez niego nadzoru wewnętrznego”, będzie mógł się do niego zwrócić na piśmie i zażądać usunięcia skutków uchybienia.

7. …i nagradzać „zasłużonych” sędziów szybkimi awansami

Projekt wprowadza możliwość szybkiego awansu dla sędziów, którzy będą się cieszyli zaufaniem ministra. Prezesem sądu apelacyjnego będzie mógł zostać sędzia okręgowy, więc niższego szczebla. A okręgowego – rejonowy.

– Do sądu apelacyjnego będzie mógł awansować już sędzia sądu rejonowego. Dotąd musiał po drodze być sędzią sądu okręgowego. Wystarczy przejście procedury konkursowej przed KRS, która – według kolejnego projektu PiS – zostanie zdominowana przez osoby wybrane przez polityków. Prezesi ocenieni pozytywnie przez ministra będą dostawać wyższy dodatek. To kolejna marchewka – zauważa rzecznik Iustitii.

SCHETYNA MA RACJĘ

WZÓR CNÓT PAŃSTWA PiS

Waldemar Mystkowski pisze o Misiewiczu, Brudzińskim i – o rzeczach wartościowych.

Bartłomiej Misiewicz to typowy Pisiewicz, który został odznaczany złotym medalem za zasługi, a teraz sam zrezygnował z członkostwa w Partii. Po co zatem gremium 3 pisowskich postaci przez cztery godziny obradowało, aby stwierdzić, że „nie ma kwalifikacji do pełnienia funkcji w sferze publicznej, w spółkach skarbu państwa”?

Czy Joachimowi Brudzińskiemu, Markowi Suskiemu oraz Mariuszowi Kamińskiemu nie przyszło do głowy, że sami są takimi Misiewiczami-Pisiewiczami? Przecież nikt nie zdobywa kompetencji poprzez zasiedzenie ław sejmowych i partyjnych na Nowogrodzkiej. Nie nabywa się fachu wierząc w cudowność walorów umysłowych Jego Wysokości Prezesa na drabince z Tesco, bo nie tak spływa światłość rozumu.

Chciałoby się sparafrazować Mikołaja Gogola. Nad kogo kompetencjami obradujecie? Nad swoimi. Brudziński tylko potwierdził, iż jest nawet lepszym Misiewiczem niż oryginalny Misiewicz, jest super-Misiewiczem, jest esencją Misiewicza, bo oto uzasadniając przed sitkiem wyrok partyjnego sądu, poświęcił gros swojej wypowiedzi Platformie Obywatelskiej. Nawet w takiej prostej sprawie nie potrafi mówić na temat.

Misiu Brudziński – tak nazwę tego człowieka bez żadnych osiągnięć, bez właściwości intelektualnych i moralnych (charakterologicznych) – został Misiewiczem-Pisiewiczem dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu, który go wyrwał z podobnego położenia pomocnika aptekarza. Brudziński nie istnieje bez Kaczyńskiego, jak Misiewicz bez Macierewicza.

Podobno Beata Szydło zażądała wczoraj „usunięcia z PGZ Bartłomieja Misiewicza” – jak powiedział jej rzecznik Rafał Bochenek. Po czasie wszyscy się podpisują pod sukcesem rezygnacji Misiewicza z członkostwa w Partii. Misiewicz nie został jednak odznaczony i nagrodzony posadami przez siebie. On jest li tylko ofiarą. Tak jak ofiarą jest Brudziński.

To zdarzenie bez znaczenia dla życia publicznego zdominowało dzień, co mi się nie podoba. Chciałbym stanąć na przekór bezsensowi, podrzucić taki oto apel Krystyny Jandy na FB: „Bądźmy razem”. „Proszę państwa, jestem dumna, że Polska jest częścią zjednoczonej Europy. Było to marzenie pokoleń. Spełniło się – nie zmarnujmy tego. Dowiedziałam się, że 19 kwietnia przyjeżdża do Warszawy Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, żeby stanąć tu, przed prokuraturą. Niektórzy chcą mu odebrać prawo występowania pod biało-czerwoną flagą. Byłoby dobrze, gdybyśmy przywitali go wszyscy tego dnia, zamanifestowali jedność i solidarność z Europą w jej trudnym momencie i poparli Polaka, któremu udało się zdobyć jedno z najwyższych stanowisk europejskich. Byłoby dobrze. Bądźmy razem. Składam państwu najserdeczniejsze życzenia, dobrych świąt”.

Kto by się spodziewał, że Tusk tak urośnie, że nasze oczekiwania w stosunku do niego będą – zachowując proporcje – jak do Józefa Piłsudskiego 11 listopada 1918 roku na dworcu w Warszawie i do Ignacego Paderewskiego 26 grudnia 1918 roku w Poznaniu.

Przesadzam? A kto spodziewał się rok temu, że rozwalony zostanie Trybunał Konstytucyjny, że zdemolowany trójpodział władzy. Polska ma wroga wewnętrznego, zjadający kraj od wewnątrz liszaj – Partię.

KOLEJNA PORAŻKA PAŃSTWA PiS. SĄD POTWIERDZA ICH BEZPRAWNE DZIAŁANIA.

Kleofas Wieniawa zajmuje się tchórzostwem Macierewicza.

10 kwietnia 2010 roku odcisnął się w psychice Antoniego Macierewicza diabelskim kopytkiem paniki. Tę zdeformowaną racjonalność słychać w jego wypowiedziach o tym zdarzeniu. Tylko Macierewicz był dla Jarosława Kaczyńskiego wielce pomocnym, aby zbudować mit o „bohaterszczyźnie” (a w rzeczywistości: odpowiedzialności za katastrofę) Lecha Kaczyńskiego.

Do osoby Macierewicza potrzeba dobrego pióra, aby go opisać. Nie każdy pisarz chce się babrać w takiej marności, zresztą usprawiedliwieniem jest, iż Macierewicze sa opisani w literaturze.

Nieracjonalność łatwo poddaje się panice, bo sama jest funkcją braków normalności, dlatego musi budować światy alternatywne, aby względnie egzystować.

Nie dziwi mnie, iż Macierewicz uciekał ze Smoleńska, zachowywał się, jak paranoik: „w pociągu kazał zablokować wszystkie drzwi, pozamykać okna i zaciągnąć zasłony, by uniknąć strzałów snajperów”.

Tacy ludzie otaczają się niepełnowartościowymi osobnikami, jak Bartłomiej Misiewicz. Przez to stają się w jakiś sposób dla siebie wartościowi, nie mają wówczas kłopotów z otoczeniem, bo niepelnowartościowy nie będzie sankcjonował normalności.

W normalnej Polsce po 1989 roku z Macierewicza wyszła nienormalność, jak karaluch z Gregora Samsy.

TOMASZ LIS – GENIALNIE. 🙂

MACIEREWICZ WRĘCZY OSOBIŚCIE. Z OKRZYKIEM „BRAWO WACEK!”

>>>

JEŚLI TAK SOBIE RADZI Z TELEFONEM, TO JAK PORADZIŁBY SOBIE Z KOBIETĄ? I jak on ma kierować rządem, prezydentem i Polską? Przez etui?

Wiceszef „Wyborczej” Jarosław Kurski pisze o kłamstwie smolenskim. Siedem lat Antoni Macierewicz z błogosławieństwem Jarosława Kaczyńskiego zwodzi – rodziców, wdowy i wdowców oraz dzieci i bliskich ofiar – kolejnymi spiskowymi teoriami. Słuchanymi z nadzieją, bo owej bezsensownej śmierci nadawały sens właśnie.

Nadchodzi siódma rocznica, 84. miesięcznica, 364. tygodnica katastrofy smoleńskiej. Znów z ust Jarosława Kaczyńskiego padną oskarżenia o zdradę, śmiertelny spisek i zamach na życie prezydenta. Znów będzie mówił, że „choć potężne siły nam przeszkadzają, to zbliżamy się do prawdy”, że „prawda jest już blisko”.

Jest dokładnie na odwrót. To prawda o Smoleńsku zbliża się do was.

Latami dawaliście fałszywe świadectwa. Utopiliście w błocie pomówień wybitnych urzędników i oddanych państwu lotniczych ekspertów z komisji Macieja Laska i Jerzego Millera. Lżyliście prokuratorów prowadzących śledztwo. Mnożyliście oparte na fałszywych dowodach insynuacje o zmowie Tuska i Putina, jednym, dwóch i trzech wybuchach, sztucznej mgle, rozpylonym helu, trotylu… Mówiliście, że samolot rozpadł się w powietrzu, że wrak leżał gdzie indziej, że trzy osoby przeżyły i że dobijano rannych…

Siedem lat Antoni Macierewicz z błogosławieństwem Jarosława Kaczyńskiego zwodzi – rodziców, wdowy i wdowców oraz dzieci i bliskich ofiar – kolejnymi spiskowymi teoriami. Słuchanymi z nadzieją, bo owej bezsensownej śmierci nadawały sens właśnie.

Co dziś macie im do powiedzenia?

Rządzicie absolutnie od 18 miesięcy. Zrobiliście czystkę w prokuraturze wojskowej, powołaliście nową komisję badania wypadków lotniczych. Osobna smoleńska podkomisja pracuje przy MON.

Macie wszystko: swoją prokuraturę, swoich ekspertów z Polski i zagranicy, nieograniczone środki. Mimo to nie jesteście w stanie w najmniejszym stopniu podważyć ustaleń komisji Laska i Millera, bo ich podważyć się nie da. Bo wasze kłamstwa zderzają się z faktami, z twardymi dowodami, z prawami fizyki i aerodynamiki. Prawa Newtona czy zasady zachowania pędu nikt jeszcze nie pokonał.

Kłamaliście o Smoleńsku, bo kłamstwo torowało wam drogę do władzy i do zemsty. Dziś opada maska, a im więcej będzie mijać czasu, tym bardziej odsłoni się wasza groteskowa bezradność.

Grzebiecie w popiołach jak starogermańskie ludy, które nie pozwalały odejść zmarłym, a ich doczesne szczątki przenosiły ze sobą z miejsca na miejsce.

Nie dajecie spokoju zmarłym, nasyłacie prokuratorów na święte groby, by o świcie otwierać trumny. Pogardzacie uczuciami rodzin, które się na to nie godzą, a ponad ich wolę przedkładacie zemstę na urojonym wrogu za urojone winy. Wiecie, że ekshumacje już niczego nie wyjaśnią, ale rozkopujecie groby, by wykazać tylko „nieprawidłowości” i „zaniedbania”. Mącicie i wzniecacie niekończące się wątpliwości po to tylko, by powiedzieć „wina Tuska” i by odsunąć odpowiedzialność od ludzi ze swojego obozu.

Kłamaliście cynicznie. Narodową żałobę zmieniliście w polityczny spektakl. Ludzką tragedię w partyjny wiec. Święte symbole w patriotyczny jarmark. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu w cep na waszych wrogów. Od siedmiu lat depczecie uczucia tych, którzy żałobę przeżywają głęboko, ale w ciszy i bez ostentacji.

Tylko że wy nie milczycie – wy oskarżacie, chowając się za krzyże, modlitwy, ołtarze i ornaty, mieszając sacrum z profanum; to, co prywatne, z tym, co państwowe.

Dziś waszej herezji nadajecie status państwowy. Myślących inaczej usuwacie z Krakowskiego Przedmieścia, bo „Polska zwycięży, a zdrajcy przegrają”. Ale mimo propagandy rządowych i prorządowych mediów coraz mniej ludzi wierzy w zamach.

Dlatego gdy tylko w swoim gronie znów będziecie wykręcać sens słów, gdy obchodzić będziecie kolejną rocznicę „zamachu smoleńskiego”, czcić „poległych” i sławić ich „męczeństwo”, pamiętajcie, że ludzie wiedzą, iż ta rocznica to też rocznica wielkiego kłamstwa. Waszego kłamstwa.

NIE PORÓWNUJMY BEATY SZYDŁO DO PREMIERA. POZA TYM W ŚWIEBODZICACH NIE MA LOTNISKA…

Michał Ogórek pisze o Zbigniewa Ziobrze. Rodzina ministra Ziobry dość przytomnie z powodu zwycięstwa PiS postawiła na ubezpieczenia, ale i tak jej to nie pomogło.

W kręgach związanych z ministrem Ziobrą alarmują, że na skutek jakichś przetasowań w spółce PZU pracę w zarządzie mają stracić jego żona i brat. Jak się tam znaleźli, nie wiadomo i nie ma to nic do rzeczy. Widać tylko, że jest z nimi tak jak w dawnych czasach z członkami PZPR, którzy nigdy do tej partii nie wstępowali, a jedynie byli zawsze stamtąd represyjnie wyrzucani.

Rzuca się w oczy to, że rodzina ministra Ziobry dość przytomnie z powodu zwycięstwa PiS postawiła na ubezpieczenia, ale i tak jej to nie pomogło.

Jest to jednak tylko przedsmak kataklizmu: przecież całe klany zostaną w Polsce bez środków do życia po ich nieuchronnym wyrzuceniu ze spółek skarbu państwa. Zważywszy na liczbę rodzin, jaka została w nich zatrudniona, szykuje się eksplozja bezrobocia. Przy okazji okaże się też, czy w społeczeństwie moralne potępienie nepotyzmu przy zatrudnianiu obejmie również plemienne wywalanie.

Jedyne, co może zrobić PiS, aby ochronić jakoś swoich ludzi, to – póki może – uchwalić jeszcze ustawę, że nie można wywalać z roboty wszystkich żywicieli jednej rodziny naraz.

„Jak patrzę na niektórych polityków z PiS, to myślę, że o czymś takim jak patriotyzm czy Polska nie mają pojęcia”

Waldemar Mystkowski pisze o Ziobrze i Morawieckim.

Na temat nepotyzmu wicepremier Mateusz Morawiecki ma jednoznaczne zdania: „Każdy gdzieś musi pracować”. W ten sposób PiS załatwia problem zawłaszczania państwa. Działacze tej partii, rodziny i pociotkowie polityków obsiedli państwowe spółki jak szarańcza.

Takie upartyjnienie państwa do tej pory się nie zdarzyło. Kompetencje nie są wymagane, bo tych nie posiadają nawet – a zwłaszcza – politycy PiS. Sam Morawiecki choć przed sprawowaniem wysokiej funkcji w rządzie był prezesem BZ WBK, lecz tylko dlatego, że właścicielom Santander potrzebna była twarz (czyt. nazwisko), a nie rzeczywiste umiejętności i sukcesy zawodowe w finansach i myśli ekonomicznej.

W rządzie PiS trwa walka o wpływy w najbardziej intratnych państwowych spółkach. Polem walki był Państwowy Zakład Ubezpieczeń, który dziwnym trafem do niedawna znajdował się pod wpływami Zbigniewa Ziobry. Minister sprawiedliwości obsadził w PZU jako prezesa Michała Krupińskiego, który nazywany jest złotym dzieckiem PiS. Jakoś ta złota jakość jest ulubiona w PiS, bo sam Ziobro był nazywany „złotym chłopcem” przez o. Tadeusza Rydzyka.

Wartość tych ludzi jest raczej bliższa tombakowi. Ten Krupiński z nadania Ziobry stracił jednak posadę prezesa za sprawą Morawieckiego, który wygrał walkę o wpływy w PZU. Morawiecki więc wyrzucił z roboty złote dziecko PiS, ale Krupiński jest kuty na cztery łapy cwaniaka (złoty cwaniak). Przeczuwając, że Morawiecki tak go potraktuje, poszedł na L4, a chorobę w Krupińskim dojrzała jego rodzona mama, która jest lekarzem.

Można powiedzieć „złota rodzina Krupińskich”, choć synek stracił robotę, to na chorobowym pobiera 80 proc. dotychczasowego uposażenia, czyli 80 tys. zł miesięcznie zgarnia do kieszeni ten złoty cwaniak.

PZU dla Ziobro to było złoto samo w sobie, bo w państwowej spółce zatrudniony był też brat Zbigniewa, Witold Ziobro, którego możemy nazwać „złotym bratem”, a w spółce PZU Link 4 pracowała żona Ziobry, Patrycja Kotecka, „złota żona”.

A Morawiecki usprawiedliwia: „Każdy gdzieś musi pracować”. Taka jest pisowska moralność, która w opozycji do złota jest moralnością z tombaku.

CHORĄŻY BARDOŃ NIE WIERZY, ŻE PREZES SIĘ WYLECZY. A WY? 🙂

>>>