Michalski (14.10.2015)

 

BALICKI: TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY TO FURTKA, PRZEZ KTÓRĄ WKRACZA KOŚCIÓŁ

ROZMOWA WIECZORKIEWICZ, 13.10.2015

Decyzja w sprawie klauzuli sumienia jest jednostronna i niesymetryczna.

Patrycja Wieczorkiewicz: W 2013 roku Komitet Bioetyki PAN stwierdził, że klauzula sumienia jest w Polsce nadużywana, co prowadzi do ograniczenia praw pacjenta. Odmiennego zdania był Episkopat – postulował jej rozszerzenie. Czy ostatnia decyzja Trybunału Konstytucyjnego to sukces Kościoła?

Marek Balicki: Kościół jedynie przechodzi przez furtkę, którą zostawia mu państwo. Nie dziwi mnie, że jego przedstawiciele chcą rozszerzać swoje wpływy, mieć jak największą kontrolę nad społeczeństwem. Tak jest w również w przypadku niektórych innych wyznań. Ale zadaniem rządu jest do tego nie dopuszczać. A Platforma dała duchownym pole do działania. W polskim prawie coraz większą rolę odgrywa Kościół. Możemy za to podziękować rządowi PO.

 

Wszystko wskazuje na to, że w październiku otworzą się kolejne furtki. W kwestii relacji z Kościołem PiS ma klarowne stanowisko.

I ja tę klarowność wolę. W polityce najgorsza jest nieprzewidywalność. Platforma w wielu sprawach nie zajmuje wyraźnego stanowiska, lawiruje, zamiata pod dywan. Lepiej, aby wszystko było czarno na białym – wtedy lepiej widać problem i można dążyć do jego rozwiązania, a przynajmniej o nim rozmawiać. Skandalem z ostatnich dni było zachowanie PO przy okazji veta Prezydenta w sprawie ustawy o uzgodnieniu płci. Zawiodła tu też niestety premier Kopacz.

 

Według ekspertów Episkopatu, a także niektórych z Naczelnej Rady Lekarskiej, ograniczanie prawa lekarzy do powoływania się na klauzulę sumienia prowadzi do degradacji tego zawodu.

Nie znam przypadku lekarza, który zostałby zmuszony do wykonania jakiegoś zabiegu wbrew swojemu sumieniu. Całe to zamieszanie może budzić zdziwienie Polaków, bo jedyne informacje na temat krzywd, jakie docierały do opinii publicznej, to historie pacjentów, którym uniemożliwiono skorzystanie ze zgodnego z prawem świadczenia zdrowotnego. Tak było w przypadku dostępu do badań prenatalnych czy zabiegu przerywania ciąży.

 

Słuchając decyzji Trybunału, miałem więc wrażenie, że obracamy się w świecie nierzeczywistym.

 

Według Naczelnej Rady Lekarskiej dotychczasowe regulacje szły za daleko. Tymczasem w praktyce było zupełnie odwrotnie. Regulacje nie pociągały za sobą konsekwencji dla tych, którzy nie przestrzegali prawa, i nie gwarantowały dostępu do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych w zakresie zgodnym z prawem. Trybunał zajmuje się poszczególnymi sprawami po złożeniu przez kogoś skargi, ale sam może wydać postanowienie sygnalizujące, że w prawie są jakieś braki. Niestety tego nie zrobił. Zdecydowano, że lekarz, powołując się na klauzulę sumienia, nie musi już informować pacjenta, gdzie może uzyskać świadczenie. Gdyby w równoległym postanowieniu sygnalizacyjnym Trybunał wskazał, że trzeba wprowadzić rozwiązania gwarantujące pacjentowi łatwy dostęp do świadczeń w przypadku, gdy pierwszy lekarz odmawia ich wykonania – wówczas to postanowienie byłoby obojętne z punktu widzenia pacjenta.

 

Jak powinien wyglądać kompromis między prawem pacjenta do uzyskania legalnych świadczeń a wolnością sumienia lekarzy?

 

Sprawa doktora Chazana utwierdziła mnie w przekonaniu, że zapis o klauzuli powinien widnieć przy nazwiskach konkretnych lekarzy w jawnym rejestrze. Taki rejestr istnieje, każdy ma dostęp do bazy zawierającej szczegółowe informacje na temat lekarzy. Ale wzmianki o klauzuli tam nie ma – dlaczego? Pacjent ma prawo wiedzieć, jakie stanowisko zajmuje w tej sprawie lekarz, jeszcze zanim wejdzie do gabinetu. Powinien świadomie dokonywać wyboru.

 

Decyzja Trybunału jest jednostronna i niesymetryczna. Zawód lekarza jest zawodem zaufania publicznego. Każdy ma prawo wiedzieć, czy dany lekarz ma prawo wykonywania zawodu – stąd rejestr. Lekarz z powodu swoich poglądów może odmówić wykonania jakichś świadczeń, ale nie ma prawa narzucać tych poglądów pacjentowi, bo to jest łamanie praw człowieka. Dlatego informacja o klauzuli powinna być zawsze jawna, podobnie jak ta o prawie wykonywania zawodu. Walcząc o swoje prawa, lekarz nie może zapominać o prawach pacjenta.

 

Niektórzy lekarze wykorzystują klauzulę dla własnych korzyści – odmawiają wykonania zabiegu w publicznej placówce, a potem przyjmują pacjentów za pieniądze w prywatnym gabinecie.

Niekoniecznie muszą to być pobudki finansowe. Z informacji, które anonimowo podawali pracownicy warszawskiego szpitala, którego dyrektorem był doktor Chazan, wynika że nie wykonywano tam w ogóle zabiegów przerwania ciąży. Ci sami lekarze mogli je wykonywać prywatnie – na przykład dlatego, że obawiali się swojego przełożonego, który przedstawiał się jako radykalny katolik.

 

Po wyjściu ze szpitala lekarz sam jest sobie szefem i może o klauzuli zapomnieć. Ale nie ma bardziej demoralizującego i łamiącego wszelkie zasady układu w relacji lekarz – pacjent. Pacjent nie może być pionkiem w grze między lekarzami.

 

Lekarze są tylko ludźmi i trudno od każdego oczekiwać heroicznych postaw, przeciwstawienia się narzuconym przez przełożonych normom. Większość woli się dostosować. Dlatego ważne są regulacje prawne, które takie sytuacje wykluczą – na przykład jawność informacji o klauzuli. O tym Trybunał nie pomyślał.

 

Mówiąc o klauzuli, myślimy głównie o odmowie aborcji. W rzeczywistości prawo to wykorzystywane jest w wielu innych przypadkach – odmawia się pacjentkom przeprowadzenia obdukcji czy skierowania na badania prenatalne.

W Niemczech regulacje dotyczące odstąpienia przez lekarza od czynności zawodowych dotyczą wyłącznie zdrowia reprodukcyjnego. Odpowiednie zapisy znajdują się w ustawach regulujących kwestię przerywania ciąży i zapłodnienia pozaustrojowego. Podobnie jest we Włoszech. W Polsce stan prawny jest dysfunkcyjny. Wskazują na to wydarzenia z ostatnich kilkunastu lat – niektóre sprawy skończyły się w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, np. sprawa Alicji Tysiąc. Nie jest w żaden sposób określone, w jakich przypadkach lekarz może powoływać się na klauzulę sumienia. Prawo powinno regulować wszystkie przypadki, w których lekarz ma prawo powołać się na klauzulę – i powinny one dotyczyć wyłącznie zdrowia reprodukcyjnego. W Niemczech lekarz może odmówić wykonania zabiegu, nie podając przyczyny, ale odpowiednie rozwiązania techniczne sprawiają, że pacjentka na tym nie cierpi.

 

Czy osoby decydujące się na podjęcie studiów medycznych nie powinny liczyć się z wszystkimi konsekwencjami wykonywania tego zawodu, godząc się z góry na związane z nim, zgodne z prawem obowiązki?

Tak, z pewnym zastrzeżeniem – że w zakresie zdrowia reprodukcyjnego respektowane jest np. prawo lekarzy do nieuczestniczenia w zabiegach aborcji. Tymczasem w ustawie o zawodzie lekarza klauzulę sumienia potraktowano ogólnie, co prowadzi do wypaczenia społecznego rozumienia jej sensu. Przecież nie chodzi o to, żeby – mówiąc kolokwialnie – nawracać kobiety! A tak właśnie klauzula jest dziś nierzadko pojmowana. W rzeczywistości jej celem powinna być ochrona sumienia lekarzy, dla których pewne zabiegi mogłyby stanowić osobistą traumę.

 

Dla jednego lekarza traumą może być wykonanie aborcji, dla drugiego przeprowadzenie transfuzji krwi.

W Polsce mamy ok. 130 tysięcy świadków Jehowy. Wyobraźmy sobie sytuację abstrakcyjną – że kilkuset z nich umówiłoby się, że pójdą na medycynę i wybiorą specjalizację z transfuzjologii. W pewnym momencie ujawnią swoje przekonania i powiedzą: jesteśmy przeciwnikami przetaczania krwi. Z punktu widzenia ich religii byłoby to słuszne. Nawiasem mówić Świadkowie Jehowy przyczynili się do postępu w medycynie. Odmawiając transfuzji krwi dla siebie zmuszali lekarzy do szukania alternatywnych metod. W sumie wszystkim pacjentom wyszło to na dobre, ale to oczywiście w ogóle nie zmienia medycznego faktu, że czasami krew przetoczyć trzeba.

 

Prawo musi równoważyć interesy poszczególnych grup. Należy szanować osobiste przekonania.

 

Drastyczne byłoby zmuszanie katolika do przeprowadzenia aborcji, i temu byłbym zdecydowanie przeciwny – poza sytuacjami bezpośredniego zagrożenia życia kobiety. Ale wyobraźmy sobie policjanta mówiącego, że nie używa środków przymusu bezpośredniego, bo jest to niezgodne z jego przekonaniami. Brak szczegółowych regulacji może prowadzić do wielu wypaczeń.

 

Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że dotychczasowe rozwiązania były dobre, tylko należało je odpowiednio stosować.

W mojej opinii okazały się wadliwe i dysfunkcyjne. Stosowanie klauzuli sumienia powinno zostać dokładnie opisane w ustawie o planowaniu rodziny oraz ustawie o leczeniu niepłodności. Nie ma w nich jednak ani słowa na ten temat. Regulacja prawna powinna zmierzać do zagwarantowania dostępu do świadczeń tym, którzy ich potrzebują, jednocześnie nie narzucając obowiązku ich wykonywania wszystkim lekarzom. Prawa do powoływania się na klauzulę sumienia nie trzeba ani ograniczać, ani poszerzać – trzeba je skonkretyzować.

 

balickiTrybunał

 

 **Dziennik Opinii nr 286/2015 (1070)

 

TRYBUNAŁ KOŚCIELNY, ZWANY KONSTYTUCYJNYM [BEM, MAKOWSKI]

KAZIMIERZ BEM, JAROSŁAW MAKOWSKI, 14.10.2015

Jego orzeczenia są bardziej zgodne z nauczaniem „Katechizmu Kościoła Katolickiego” niż z obroną Konstytucji RP.

Dziesięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego, jak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, pozazdrościło orderu Pro Ecclesia et Pontifice prezesowi Andrzejowi Rzeplińskiemu. Tylko tym można wyjaśnić dwa ostatnie, kuriozalne orzeczenia w sprawach wolności religii: karania za obrazę uczuć religijnych i klauzuli sumienia. Te wyroki można by uznać za zabawne, gdyby nie to, że nasi sędziowie uznali, iż muszą być bardziej papiescy od papieża.

 

Jeśli prześledzić dorobek orzecznictwa Trybunału z dziedziny relacji państwo-kościół od 1989 r., to włos się jeży na głowie. Nasi sędziowie bowiem zawsze orzekali po myśli biskupów – nie ma ani jednej sprawy, w której przyznaliby rację argumentom przeciwnikom Kościoła rzymskiego.

 

Ich orzeczniczy plon wygląda następująco: stwierdzili, że konstytucja bezdyskusyjnie chroni życie od chwili poczęcia, choć próżno takiego sformułowania szukać w jej przepisach. Uznali, że ochrona wartości chrześcijańskich w ustawie o Radiofonii i Telewizji to „katalog wartości”, nawet jeśli ów „katalog” zawiera tylko jedną pozycję – „wartości chrześcijańskie”. Orzekli, że Konstytucja w art. 18 definiuje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, choć przepis mówi tylko o obowiązku ochrony związku kobiety i mężczyzny, a nie o wyłączności heteroseksualnego małżeństwa.

 

Idźmy dalej: uznali, że wprowadzenie katechezy do szkół nie dyskryminuje niekatolików, a „zapewnienie faktycznej równości wobec prawa mniejszościom religijnym nie należy do kompetencji Trybunału”. Orzekli, że wliczanie dodatkowej oceny z religii nie wpływa na średnią i nie faworyzuje katolików, nawet jeśli prawa matematyki mówią coś zupełnie odwrotnego. Nasi sędziowie orzekli też, że wolność kultu i praktykowania religii jest w zasadzie nieograniczona. Jak mniemamy, skoro państwo według TK nie może zakazać uboju rytualnego, to nie można też zakazać noszenia burek czy obcinania warg sromowych dziewczynkom, bo przecież praktyki te są „wymagane i akceptowane przez niektóre religie”.

 

Ostatnio uznali też, że można karać za „obrazę uczuć religijnych” – uciekając jak diabeł od święconej wody z odpowiedzią od pytania, czy ściganie z urzędu obrazy uczuć katolickich nie tłumi swobody myśli i sumienia innych grup niż katolicy oraz swobody wypowiedzi i ekspresji artystycznej.

 

Dzięki temu orzeczeniu jesteśmy już jednym z ostatnich krajów Europy, gdzie można karać więzieniem za wypowiedzi o religii czy Bogu – za to wśród takich krajów, jak Iran, Arabia Saudyjska, Pakistan i Sudan.

 

I wreszcie, tydzień temu sędziowie orzekli, że ustęp Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty, nakazujący lekarzowi wskazać inny szpital, gdzie można przeprowadzić LEGALNY zabieg albo badania, jest rzekomo niekonstytucyjny. Rzekomo godzi ona w prawa najbardziej dyskryminowanej grupy w Polsce: katolickich ginekologów nie dokonujących aborcji w państwowych szpitalach. Lekarzy, który zamiast kierować się sumieniem, wolą powoływać się na klauzulę sumienia.

 

Ostatnie orzeczenie należy umieścić we właściwym kontekście: klauzulę sumienia zaskarżyła Naczelna Rada Lekarska, na czele której stoi kandydat PiS-u na senatora, Konstanty Radziwiłł, a reprezentował ją świecki-mnich Michał Królikowski. Przy wydaniu wyroku uczestniczył kawaler orderów papieskich – prezes Trybunału Andrzej Rzepliński oraz sędziowie będący wykładowcami na katolickich uczelniach. W każdym szanującym się składzie sędziowskim tacy sędziowie byliby już dawno wyłączeni z orzekania ze względu na podejrzenie stronniczości. Ale nie w Polsce.

 

Każdy, kto zna linię orzecznictwa Trybunału, nie mógł mieć żadnej wątpliwości, jakie będą te ostatnie orzeczenia. Nasz Trybunał Konstytucyjny trzyma się mocnoKatechizmu Kościoła Katolickiego. Pozostaje mieć nadzieję, że Watykan doceni owych polskich Strażników Rewolucji i, w odpowiednim czasie, także ich odznaczy stosownymi orderami.

 

Znany i ceniony konstytucjonalista prof. Wojciech Sadurski swojego czasu orzecznictwo polskiego Trybunału Konstytucyjnego, dotyczące styku państwo-kościół, nazwał „katastrofą”. Jest bowiem wielkim paradoksem polskiego systemu prawnego, że niezwykle korzystny dla Kościoła rzymskokatolickiego konkordat jest mu w zasadzie zupełnie niepotrzebny. Uprzywilejowaną pozycję prawną zapewniają mu dużo skuteczniej kolejne orzeczenia naszych ustawowo – ale nie religijnie – niezawisłych sędziów. Trybunał nazywa to w swoich orzeczeniach „przyjaznym rozdziałem kościoła od państwa”. Prawnikom konstytucjonalistom i osobom z zewnątrz ta niezwykła zażyłość przypomina raczej wieloosobowy konkubinat niż przyjaźń.

 

Ale my chcemy zadać kilka pytań a propos tej linii orzecznictwa. Czy rzeczywiście zasada wolności sumienia i wyznania jest naczelną zasadą Konstytucji? I dlaczego sumienie dra Bogdana Chazana być nadrzędne wobec sumienia kobiety? Czy dlatego, że poglądy warszawskiego ginekologa pokrywają się z Kościoła katolickiego?

 

Dlaczego lekarzom przysługiwać ma tak szeroka ochrona sumienia, a urzędnikom NFZ i dyrektorom szpitala już nie? Przecież przeniesienie na nich nakazu wskazania innych szpitali i lekarzy, wykonujących legalne zabiegi medyczne, też może naruszać ich sumienia! Czy są mniej warci niż dr Chazan lub kandydat na senatora Radziwiłł?

 

Idźmy dalej. Skoro sumienie jest najważniejsze – to gdzie jest jego granica? Czy w związku z tym farmaceuci katoliccy będą mogli odmawiać sprzedaży środków antykoncepcyjnych? Czy sędziowie katolicy będą mogli odmówić wydawania wyroków rozwodowych? Czy urzędnik stanu cywilnego będzie mógł odmówić zaślubienia osób pary niesakramentalnej? Albo zarejestrowania ich nieślubnego dziecka? Uznanie – jak robi Trybunał – że ochrona katolickiego sumienia jest naczelną zasadą Konstytucji musi doprowadzić do prawnego chaosu.

 

Tak szeroka ochrona sumienia oznacza, że tym samym Trybunał Konstytucyjny tylnymi drzwiami wczytuje do polskiej konstytucji nie tylko całkowity zakaz aborcji, ale i podporządkowanie polskiego prawa nauczaniu Kościoła Rzymskiego.

 

Trybunał Konstytucyjny, zamiast dbać o ochronę praw także osób nie-religijnych, od lat zajmuje się nawracaniem obywateli prawem na ortodoksyjny katolicyzm. Sędziowie Trybunału, podobnie jak biskupi uznali, że „dobre orzecznictwo może zastąpić Dobrą Nowinę”. Polscy biskupi, którzy nie są duszpasterskimi innowatorami, są im z pewnością wdzięczni. Trybunał więc udaje, że nie widzi faworyzowania Kościoła katolickiego przez państwo z jednej strony, a z drugiej strony zawsze wydaje korzystne dla niego orzeczenia. Tym samym rozmienia swój konstytucyjny mandat na drobne, dając zarazem Polakom jasno do zrozumienia, że w przypadku sporu z Kościołem, drodzy Polacy, nie macie co liczyć na Trybunał Kościelny, zwany dla niepoznaki Konstytucyjnym.

 

**

Kazimierz Bem – jest doktorem prawa międzynarodowego, pastorem ewangelicko-reformowanym w USA i protestanckim publicystą.

Jarosław Makowski – filozof, teolog, publicysta, radny Sejmiku Śląskiego z ramienia PO. Przygotowuje książę o społecznym nauczaniu papieża Franciszka.

 

 

 

Czytaj dalej

Marek Balicki: Trybunał Konstytucyjny to furtka, przez którą wkracza Kościół[rozmowa Wieczorkiewicz]

Jakub Majmurek: Ukarzmy Dodę, zdelegalizujmy Reja

Jakub Dymek, Konrad Łaski: Ci biedni lekarze i ich gwałcone sumienia

Pastor Kazimierz Bem do polskich biskupów: Co powiecie Bogu, gdy was zapyta o Syrię?

 

trybunałKościelny

Krytyka Polityczna >>>

Na policji w Poznaniu jak w serialu Pitbull. Komisariat na Starym Mieście to ruina

Paulina Nowicka, 14.10.2015

Komisariat policji Poznań Stare Miasto. Demonstracja anarchistów

Komisariat policji Poznań Stare Miasto. Demonstracja anarchistów (Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Okna uszczelniane gazetami, na korytarzu stare ławy sądowe, a na strychu ślady po kulach z czasów drugiej wojny. Tak wygląda Komisariat Policji Stare Miasto, który potrzebuje 30 mln zł na remont.

– Boję się, że tamten balkon spadnie komuś na głowę – mówi komendant miejski policji Roman Kuster, oprowadzając radnych z komisji bezpieczeństwa po komisariacie. Pokazuje ciasne pokoje, zalewane w czasie deszczu magazyny, nieszczelne okna. Ktoś rozpoznaje stare ławy sądowe – komisariat dostał je od sądu, gdy ten wymieniał wyposażenie. Takich mebli z odzysku jest więcej. Ale braki są nawet w podstawowym wyposażeniu. – Nie mamy drukarek, toneru i papieru – zdradza pani Anna z wydziału kryminalnego.

Remont? Potrzeba wielu milionów

Budynek miałby być wyremontowany od piwnic po poddasze, które obecnie nie jest wykorzystywane. Na jednej z jego ścian widać ślady po kulach. Z kolei piwnice są zbyt niskie, trzeba je pogłębić i uszczelnić. Wszystkie kondygnacje mają być połączone nową windą od strony dziedzińca. Dzięki niej budynek byłby dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych.

Na razie przygotowywana jest ekspertyza techniczna i projekt przebudowy komisariatu. Będzie ona punktem wyjścia do wnioskowania o pieniądze na remont. A potrzeba ich bardzo dużo: – Samą przebudowa gmachu to około 20 mln zł. Wymiana wyposażenia to kolejne 8-10 mln zł – wylicza komendant Kuster.

Skąd wziąć takie pieniądze? Policjanci liczą na wsparcie miasta, Urzędu Marszałkowskiego i Komendy Głównej Policji.

Przy sprzyjających okolicznościach remont rozpocząłby się pod koniec przyszłego roku i trwał 2-3 lata.

Gazetami uszczelniają okna

Inwestycji będzie przyglądał się konserwator zabytków, bo budynek powstał w latach 1882-1885. Policjanci już wiedzą, że będą musieli zachować oryginalny kształt okien, a nowe prawdopodobnie także będą musiały być drewniane. Stare są w opłakanym stanie – zimą pracownicy komisariatu uszczelniają je gazetami i przybijają gwoździami, żeby się nie otwierały.

naPolicjiwPoznaniu

poznan.wyborcza.pl

Cezary Michalski

Cezary Michalski

Publicysta Newsweeka
Więcej artykułów »

Higienista Kaczyński walczy z zarazkami roznoszonymi przez obcych

 14-10-2015
Jarosław Kaczyński okładka ksiązki Krzymka

Prezes PiS celowo nawiązuje do totalitarnych języków z przeszłości, bo wie, że pozwalały zdobyć władzę w czasach lęku

Ludzie się boją – Rosji, imigrantów, islamu, kolejnego ekonomicznego kryzysu. Polityk, który potrafi ich od lęku uwolnić dostanie od nich władzę nieograniczoną. Aby ludzie, którzy żyją w coraz większym lęku dali jednak „mocnemu człowiekowi” i „mocnej partii” pełnię władzy, trzeba – w okresie przejściowym – ten lęk jeszcze bardziej w nich wzmocnić.

Nic nie działa lepiej, niż metody wypróbowane już przez autorytarnych i totalitarnych liderów w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Naziści idący do władzy w Niemczech przedstawiali wówczas Żydów jako zagrożenie nie tylko polityczne, kulturowe i „antychrześcijańskie”. Przedstawiali ich także jako zagrożenie po prostu sanitarne. Jako „rasa obca” Żydzi mieli roznosić „specyficzne dla swojej rasy zarazki”, na które sami będąc uodpornieni, zarażali nimi „etnicznie czystych Niemców”. Zarażali ponoć Niemców głównie tyfusem, którego bakterie roznosiły wszy, wedle ówczesnej nacjonalistycznej propagandy wyjątkowo często występujące u Żydów „nie przestrzegających podstawowych zasad higieny”. Dlatego trzeba było Żydów odizolować od czystych i higienicznych Niemców.

Czytaj także: ONZ: W sprawie uchodźców Europa mówi sformułowaniami rodem z III Rzeszy. Prezes PiS także?

I nawet jeśli „Żyd Husserl” (jeden z najwybitniejszych wówczas niemieckich filozofów), czy „Żyd Brecht” (jeden z najwybitniejszych poetów niemieckich) kąpali się częściej, niż wielu działaczy i wyborców NSDAP, nazistom udało się wówczas upowszechnić obraz Żydów jako zagrożenia także „higienicznego”. Jeszcze jednego z zagrożeń, przed którymi tylko silny człowiek i silna partia mogły Niemców obronić.

W swojej kolejnej już przedwyborczej mowie o imigrantach, Jarosław Kaczyński zastosował dokładnie taką samą metodę. Z właściwą sobie paramedyczną i paranaukową dezynwolturą powiedział: „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne. To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować… Ale sprawdzić trzeba”.

Nie chodziło nawet o uderzenie bezpośrednio w imigrantów, bo w sprawie imigrantów Kaczyński żadnego politycznego pomysłu nie ma i nawet nie udaje, że ma. To było uderzenie w rząd, w liberalne polskie państwo, w Unię Europejską. Przekonanie wyborców prawicy, że „ich demokracja”, „ich liberalizm” nie są zdolne do zażegnania śmiertelnego niebezpieczeństwa grożącego Polakom. Dlatego władzę powinien sprawować on, Jarosław Kaczyński, silny człowiek, lider silnej partii, który żadnemu prawu i żadnemu humanitaryzmowi ograniczać się nie pozwoli.

Kiedy dostrzeżono oczywistą analogię tej politycznej metody Kaczyńskiego z metodą używaną przez nazistów w latach 30., Prezes PiS „zażartował”, że „jeżeli w ogóle mamy tutaj nazizm to jest to nazizm tego rządu, tego ministra i tej pani premier (śmiech). Ja to oczywiście mówię żartem…”.

Kaczyńskiego nie da się obronić mówiąc, że „nie wiedział”, że się „zagalopował”. „W sieci”, „Do rzeczy” i dziesiątki innych prawicowych czasopism wydają co miesiąc hektary rozmaitych dodatków historycznych, dzięki którym prawica świetnie zna swoją przeszłość. Także Jarosław Kaczyński świetnie zna przeszłość europejskiej prawicy. Prezes PiS celowo nawiązuje do totalitarnych języków z przeszłości, bo wie, że były najskuteczniejszym narzędziem zdobywania władzy w czasach lęku.

Faszyści czy naziści przetrwali do naszych czasów wyłącznie jako groteskowe ludzkie lalki, manekiny pomalowane w najbardziej ponure kolory, rytualne maski zła. Problem polega na tym, że prawdziwi, historyczni faszyści i naziści, nigdy się za takie groteskowe figury nie uważali. Ani tym bardziej nie byli za nie uważani przez miliony ludzi, którzy ich wybierali, którzy im wiwatowali i dla nich maszerowali, którzy za nich umierali i dla ich zabijali. Totalitarni i autorytarni „polityczni geniusze” w epokach swoich zwycięstw byli uważani za wielkich reformatorów, skutecznie walczących z imposybilizmem liberalnych demokracji w Europie. A pamiętajmy, że także wówczas liberalne demokracje nie dawały sobie w Europie rady ani z Wielkim Kryzysem, ani z umacniającym się na Wschodzie Stalinem, ani z narastającą na całym kontynencie wojną domową pomiędzy radykalną lewicą i radykalną prawicą. I także wówczas, kiedy ludzie w Europie się bali, pojawili się silni ludzie obiecujący, że mają lekarstwo na ich lęk. Wystarczy tylko obalić liberalne i prawne ograniczenia władzy.

Kaczyński odwołał się do tamtej epoki celowo. Tak samo jak wcześniej celowo użył języka i stylistyki Gomułki opowiadając na jednym z przedwyborczych wieców – z paniami w ludowych strojach za plecami – że „pewne siły w mętnej wodzie łowią dziś tłuste ryby, ale my tę mętną wodę oczyścimy”.

To jest autorytarny bełkot, ale zastosowany zupełnie świadomie. Żeby budzić nostalgię za siłą, z jaką dawny zamordyzm wielu ludziom ciągle się kojarzy. Jeszcze bardziej groteskowe jest jednak to, że Kaczyński, celowo odwołujący się do języka prawicowych i lewicowych totalitaryzmów, jest przez swoich zwolenników uważany za czołowego dziś w Polsce „antykomunistę”. Maszeruje za nim w zdyscyplinowanym orszaku wielu moich rówieśników, którzy w latach 80. naprawdę byli antykomunistami. Dziś nie przeszkadza im ani gomułkowski bełkot o „mętnej wodzie, w której pewne siły łowią tłuste ryby”, ani rasistowski bełkot o „imigrantach przynoszących obce pasożyty i pierwotniaki”.

Dlaczego im nie przeszkadza? Sprawa jest prosta i nie dotyczy wcale świata idei. Kaczyński ich zatrudniał, kiedy rządził w 2006 roku – na stanowiskach dyrektorów, prezesów spółek skarbu państwa, szefów mediów publicznych, w ministerstwach i na czele służb. Większość z nich straciła swoje stanowiska w czasach władzy Tuska. Dziś czekają na ponowne zatrudnienie, kiedy Kaczyński znów będzie rządził. Niektórzy zresztą już się doczekali, przy okazji jakiejś burzliwej internetowej dyskusji odkryłem z pewnym zdumieniem, że jeden z moich rówieśników i dawnych znajomych, w przeszłości działacz NSZ, Ligi Republikańskiej, były wiceprezes Polskiej Agencji Prasowej, z wykształcenia historyk, pracujący politycznie dla PiS, został właśnie mianowany dyrektorem szpitala wojewódzkiego w Przemyślu. Sejmik Wojewódzki Podkarpacia jest już opanowany przez PiS i zatrudnia swoich. Ale czemu historyka ze stażem w PAP na stanowisku Dyrektora Szpitala Wojewódzkiego? Skoro już jednak poruszamy się w tej logice z filmów Barei, to jeśli historyk i były wiceprezes PAP zostaje dyrektorem szpitala wojewódzkiego, zatem może Piotr Skwieciński z tygodnika „W sieci” (także z wykształcenia historyk), który za pierwszej władzy Kaczyńskiego był Prezesem PAP, po kolejnym jego zwycięstwie zostanie ministrem zdrowia?

Ludzie, którzy podobne patologie partyjnego zawłaszczania państwa słusznie piętnowali w przypadku SLD czy PO, sami nie mają żadnych ograniczeń, kiedy im samym stanowiska w państwie i samorządach rozdaje i będzie rozdawała ich własna prawicowa partia. I właśnie dlatego tym wszystkim „antykomunistom” nie przeszkadza totalitarny język Kaczyńskiego. Jeśli tylko Prezes znowu ich zatrudni.

Newsweek.,pl

Reklamy