Archiwum dla Wrzesień, 2017

PO ZIEMI, NA KTÓREJ STAŁ KACZYŃSKI, CZAS WYSTAWIĆ NA ALLEGRO KOLEJNE RELIKWIE :)))

Dwa teksty – zaległe – Waldemara Mystkowskiego.

PiS straszy programem Meczet plus

Zło i amoralność są zawsze banalne – tę wiedzę odkryła dla nas wspaniała Hanna Arendt.

Beata Szydło nie jest zbyt biegła w znajomości polityki, powinna jednak być świadoma swojej słabości. A przecież tak nie jest. Można dać jej wiarę, że nie wie, kiedy Polska została członkiem Unii Europejskiej (wg Szydło w 1992 albo 93). Może też nie wiedzieć, że protestu społecznego nie można zorganizować za pieniądze, a tak powiedziała o lipcowych protestach w sprawie ustaw sądowniczych. Za pieniądze można zorganizować poparcie dla rządzących.

To są podstawy znajomości praw społecznych, socjologii. Polska polityka szczególnie pod obecną władzą posługuje się taką nieznajomością realiów i to musi się odbić na życiu społecznym w dłuższej perspektywie, na świadomości Polaków, szczególnie tych młodszych, gdy kształtowane są ich osobowości.

Tę nierzeczywistość uprawianą przez PiS różnie można nazywać. Ostatnio jest modny amerykanizm (jak w Polsce sarmackiej makaronizmy) – fake. Słówko samo w sobie o niewielkim polu semantycznym, za to silne emocjonalnie, można powiedzieć, że to znaczy imitacja, podróbka, kłamstwo.

A w istocie jest amoralizmem, złem. Posługują się fake ludzie słabi, bo te emocje przynoszą im korzyści. Zło, amoralność są zawsze banalne, to nic głębokiego, interesującego. Tę wiedzę odkryła dla nas wspaniała Hanna Arendt.

Oto nieciekawa postać z kancelarii pani Szydło Paweł Szefernaker był łaskaw postraszyć rodaków, iż Platforma Obywatelska szykuje Polakom program Meczet plus. Dlatego nazywam Szefernakera Frankensteinem, niepełnym człowiekiem, tę imitację słychać w jego retoryce, słychać jego braki myślenia, ubogość wewnętrzną, banalność.

Wszak islam jest już od dawna w Polsce, acz nie ma takich „osiągnięć” jak krucjaty chrześcijan. Meczety w Polsce sobie stoją, do których na rytuały kultu uczęszczają potomkowie polskich Tatarów. Ten program Meczet plus fundnęli przodkowie, włącznie z Janem III Sobieskim.

Ale o polskich Tatarach może nie wiedzieć Szydło, może nie wiedzieć jej Frankenstein Szefernaker. Ale my musimy wiedzieć, muszą wiedzieć politycy opozycji, którzy tych Szefernekerów winni demaskować, aby takie imitacje nie uchodziły za oryginalność, jak to w PRL nazywano produkty czekoladopodobne – czekoladami.

Właśnie teraz mamy takie produkty politykopodobne, takich fake polityków, jak ów przysłowiowy dla mnie Szefernaker. Postać banalna pod każdym względem, podróbka.

Przyjaciel Putina przyjeżdża do przyjaciela Kaczyńskiego

Arogancja ma zwykle jedno źródło: małość. Zaś małość wypływa z niekompetencji, niewiedzy. Ci, którzy są aroganccy z powodu znikomych walorów własnych, są służalczy i nie są z naszego świata, ze świata demokratycznego. Właśnie to nam się zdarza. Coraz mniej demokracji, coraz więcej arogancji. Mamy władzę arogancką, służalczą, w której prezydent i premier są uniżeni wobec jednego pana.

Oto jutro do Polski przyjeżdża premier Węgier Viktor Orban. I z kim się spotka? Odpowiedź dają służby informacyjne PiS. Spotka się z… prezesem Jarosławem Kaczyńskim w towarzystwie przybocznego marszałka Kuchcińskiego. Triumfalnie zapowiada Ryszard Terlecki, szef klubu parlamentarnego PiS, zapowiada też Beata Mazurek, rzecznik PiS.

Orban nie spotka się na Nowogrodzkiej, ani na Żoliborzu, spotka się w Sejmie. Czyżby teren Sejmu był folwarkiem Kaczyńskiego? Uwzględniając postawione wokół niego ogrodzenie, należy stwierdzić pozytywnie: tak, jest ogrodzonym folwarkiem.

A jeżeli ktoś pokusiłby się o metaforę literacką, mógłby powiedzieć, że jest folwarkiem chronionym wzdłuż ogrodzenia przez policję, jest po prostu więzieniem. Do takiej formy demokracji dobrnęliśmy: niektórzy wybrańcy muszą być chronieni przez policję. Polska jest więzieniem, a Kaczyński bynajmniej nie jest Hamletem, tylko mordercą demokracji.

Literatura te zjawiska opisuje, opisuje też rozwiązania dramatu i tragedii. One mają nieodmiennie podobną narrację, zmierzającą do nieodmiennie tej samej pointy.

Ponadto Kaczyński ma najdroższą ochronę prywatną, finansowaną nie przez siebie. Jest dobrowolnym więźniem, który boi się rodaków. Chronią go ochroniarze, zza których może rzucać rodakom takie oto kwiatki: kanalie, gestapo, mordy zdradzieckie.

To jest język Kaczyńskiego, to jest stan jego umysłu. A wracając do Orbana. Terlecki pisze na Twitterze: „Spotkanie Jarosława Kaczyńskiego prezesa PiS z Victorem Orbanem szefem Fideszu będzie najważniejszym spotkaniem jutrzejszej wizyty„.

„Najważniejsze”. Słyszycie w tym stwierdzeniu chrumkanie godne „Folwarku…”? Bo ja słyszę. Tak nisko upadliśmy, do takiego języka sprowadzono debatę na demokratycznej agorze. Jak sobie przypomnę spotkanie z 2015 roku, gdy Orban został przez Ewę Kopacz sprowadzony do właściwego mu miejsca w szeregu, obsztorcowany przez premier polskiego rządu, to tęsknie wznoszę oczy do góry i wzdycham: och, było normalnie.

A jakie miny robił wówczas Orban. Takie jakie dzisiaj robią Duda i Szydło, gdy staną obok pana folwarku, prezesa Kaczyńskiego. Pomijam, po co przyjeżdża Orban, bo wiadomo. Polska jest samotna w Unii Europejskiej, a Orban w każdej chwili zdradzi polityków PiS. Chyba że wreszcie przekona przyjaciela Kaczyńskiego do przyjaźni z jego przyjacielem -Władimirem Putinem.

>>>

Reklamy

SZCZECIN ZA REPARACJE… KTOŚ POWINIEN SIĘ MOCNO PUKNĄĆ W GŁOWĘ

JAK MOŻNA TAK TRACIĆ ?

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego

Kaczyński reparacjami rujnuje naprawę

Po 1989 roku Polska zyskała coś więcej niż reparacje od Niemiec – zyskała w nich sojusznika.

Jarosław Kaczyński na temat reparacji wojennych od Niemiec rzadko się wypowiadał, acz to on dał do nich sygnał. Działo się to w Przysusze na początku lipca. Od tamtej pory prezes milczał, jego marionetki chodziły z tym do mediów, a opanowane przez PiS Biuro Analiz Sejmowych wydało opinię w postaci marnej publicystyki, że się należy.

W prawie międzynarodowym nie pada kwestia regulowania reparacji wojennych. Państwa bilateralnie regulują je między sobą, ewentualnie sojusz zwycięzców nakłada odszkodowania. Tak było po I wojnie światowej, reparacje nałożone na Niemców pomogły zaistnieć Hitlerowi. Po drugiej wojnie światowej dochodzono odszkodowań w różny sposób, a Polska w obozie zwycięzców była zależna od Moskwy. To oni uregulowali, a w 1953 roku rząd PRL przyjął zrzeczenie się reparacji w formie deklaracji.

W innej nie mógł, bo Niemcy mogli wówczas rzec: mało wam? Dostaliście Ziemie Odzyskane oraz Warmię i Mazury. No, ale – Polacy mogliby odpowiedzieć – utraciliśmy Kresy Wschodnie z Wilnem i Lwowem. Odpowiedź wówczas mogła być jedna: to się o nie upominajcie u Ruskich.

Polska po 1953 roku nie domagała się reparacji, a miała okazję – gdyby te reparacje miały logiczny sens układów międzynarodowych – gdy w 1970 roku zawarto układ o normalizacji stosunków między PRL a RFN, a szczególna okazja zaszła przy okazji traktatu „2+4”, którego konsekwencją było zjednoczenie Niemiec.

Po 1989 roku Polska zyskała coś więcej niż reparacje od Niemiec, zyskała w nich sojusznika, adwokata swoich zachodnich aspiracji. To zdecydowanie więcej niż ecie-pecie w miliardach czy też bilionach dolarów, które rządy typu pisowskiego używają do partyjnego korumpowania społeczeństwa za pomocą przywilejów socjalnych.

Przyjaciel Niemiec polskim politykom powinien się jawić, jak coroczne zwycięstwo pod Grunwaldem. Helmut Kohl, Gerhard Schroeder (trochę mniej), a na pewno Angela Merkel są i byli dla nas zarazem jak adwokaci, ale też jak pokonany Ulryk von Jungingen. Pokonane zostały uprzedzenia historyczne, geopolityczne. A taki stan braku strachu przed wrogiem za szlabanem granicznym pozwala społeczeństwu, narodowi i państwu wzrastać.

I korzystaliśmy na tym, koniunktura nam żarła, mieliśmy szczęście do polityków, którzy wzrastaniu nie przeszkadzali, a niektórzy pomagali. Wreszcie Polskę dotknęło szczęście, a nie fatum romantyczne: Mesjasz narodów, zwycięzca moralny i podobne duperele.

Napiszę więcej: mieliśmy szczęście, że wcześniej nie zdarzył nam się PiS. Wszak każdy może odpowiedzieć sobie na pytanie: czy po rządami PiS zostalibyśmy członkami NATO i Unii Europejskiej?
Nie! PiS przyszedł na gotowe. Polska nie potrzebuje naprawy – jak to chrzanią wszelcy politycy od prawej do lewej – Polska potrzebuje dalszego rozwoju i korekt. To nie jest naprawa, bo po 1989 roku Polska była naprawiana do 2015 roku. A naprawa naprawy  – z tym mamy do czynienia – jest odwróceniem naprawy. Jest rujnowaniem naprawy.

Piszę w kontekście reparacji od Niemiec. Myślałem, że Kaczyński zostawił ten temat swoim współpracownikom, a niech sobie po pisowsku szwargocą i elektorat swój oszwabiają. Ale nie! Co dzisiaj słyszę? Krakowskie Przedmieście, prezes znowu wszedł na swój taboret i jeszcze bardziej szwargoce i oszwabia: -„Jeżeli dojdzie do wypłacenia tych reparacji, to będzie to po prostu akt sprawiedliwości. Ale Niemcy nie chcą płacić, taka jest prawda. Przed nami pewnie długa walka. Mam nadzieję, że zwycięska”.

Taborecik, prawda? Język z Krakowskiego Przedmieścia. Jeżeli odtrącamy największego przyjaciela, który do tego jest naszym sąsiadem, to na kogo możemy liczyć w Europie i na świecie? Kaczyński jest singlem – nie mnie decydować, czy zainteresowanej kobiety nie znalazł, czy możliwości „techniczne” prezesa stanęły na przeszkodzie – ale państwo jako singel i to w takim położeniu geopolitycznym jak Polska jest przegrańcem, jest traktowane jak chory człowiek.

Nie ulega wątpliwości, iż „długa walka” o reparacje to jeden z elementów strategii wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Gdzie zatem pod obecną władzą zmierzamy? Jeżeli potrafimy odpowiedzieć na ostatnie pytanie, to może zakasamy rękawy do „długiej walki” o Polskę z tymi, którzy naprawiają naprawę, czyli rujnują.

KURSKI MIAŁ WYPADEK DROGOWY. I JAK TU SIĘ NIE ŚMIAĆ? ZBIEGŁ DO LASU.

TAKA SYTUACJA

Bajer czy Bareja?

Z grubsza można powiedzieć, że PiS doszedł do władzy za pomocą bajeru i sprawuje ją w sposób godny Barei.

Stanisław Bareja jest nieśmiertelny, ale nie dlatego, że PRL jest nieśmiertelny, tylko typ ludzi, którzy popierali tamten reżim są w naszym kraju nieśmiertelni. Wydawało się, że Bareja odszedł do lamusa, stawał się nudny, w wielu miejscach niezrozumiały, ale przyszła „dobra zmiana” i dokonała skutecznej rewitalizacji.

Bareja został odświeżony nawet w dwójnasób. Mamy nie tylko bareizm, ale i bajeryzm (od bajeru). Nie lada należy posiadać umiejętności krytyczne, aby rozdzielić narracyjnie „bareję” od „bajeru”. Z grubsza można powiedzieć, że PiS doszedł do władzy za pomocą bajeru i sprawuje ją w sposób godny Barei.

Bareja był bystrym obserwatorem rzeczywistości polskiej. Politycy PiS nie są zanadto bystrzy, więc nam nawet bez Barei łatwo przychodzić wychwycić bareizm. I co ważne, tę rzeczywistość, która jest nam udostępniona za pomocą mediów. Jaki Bareja jest grany za kulisami władzy, można tylko sobie wyobrazić.

Oto po posiedzeniu rządu ręka mistrza Barei tak reżyseruje konferencję prasową, że z miejsca dostajemy bólu przepony, bo nas śmiech rozpiera (przyznam się, że od dawna nie oglądam konferencji polityków PiS, bo nie chcę chorować z powodu śmiechu, wolę mniejsze dawki, czytając o nich; wszak arszenik w małych dawkach jest uzdrawiający).

Beata Szydło była poinformować o nowym porcie lotniczym – nazywa się on strasznie buńczucznie – który ma być umiejscowiony w gminie Baranów i otrzymać nazwę „Solidarności”. I oto pierwsze moje usprawiedliwienie, dlaczego czytam, a nie oglądam.

Przecież słysząc Baranów, zadałbym pytanie, dlaczego nie Pacanów. I powróciłbym do – szkoda, że dzisiaj zapomnianej – klasyfikacji polityków PiS wg kategorii matołectwa, którą kiedyś poczynił Ludwik Dorn, znawca rysów charakterologicznych osób z tej formacji politycznej.

Szydło była łaskawa poinformować w sprawie afery billboardowej, iż CBA bada powstanie spółki Solvere. Między jej kancelarią a CBA krążą pisma wyjaśniające. Spółkę Solvere utworzyli pracownicy jej kancelarii. To tak, jakby koledzy informowali o kolegach, że niczego złego nie zrobili. To oczywiście jak u Barei, a bajerem jest przyznanie się Szydło: „jesteśmy transparentni”.

Szydło ponadto poinformowała, że jej minister Jan Szyszko prowadzi w Puszczy Białowieskiej działania „zabezpieczenia i ratowania tego unikatowego kompleksu”. Wycina puszczę, w ten sposób chroniąc ją przed kornikiem, gdy już puszczy nie będzie, to i kornika nie będzie, bo nie będzie miał, co wcinać.
No, czego czepia się ta Komisja Europejska, co ona straszy Trybunałami? Szydło ma ode mnie żółwika, znowu pokonamy ich moralnie 1:27.

Odezwał się też Jarząbek (w „Misiu” odtwarzał go Jerzy Turek, ten meldujący do szafy) tego rządu, który zameldował, że akcja o sądach ma wymiar międzynarodowy. Słusznie, niech obywatele Unii Europejskiej dowiedzą się, że wśród nich też żyją tacy sędziowie, którzy kradną pęto kiełbasy za 6,30 euro (bo nie złotówki, gdyż jeszcze nikt oprócz Polski nie przystąpił do strefy złotych). No, niektórzy sędziowie mogą nie żyć, jak ten w Polsce, ale chyba wiadomo, że sędzia jest nieśmiertelny, chyba że nazywa się Dredd.

Starałem się przystępnie rozdzielić bajer od Barei, bo ten rząd uprawia tylko te dwie formy zarządzania i administrowania. Jedne krainy są mlekiem i miodem płynące, u nas płynie rynsztokiem śmiech: bajer i Bareja.

TO BYŁ TAKI PORZĄDNY ZWIĄZEK. Bronił praw opozycji i patrzył na ręce władzy. Dziś 180 stopni. Broni praw władzy i patrzy na ręce opozycji…

😂😜 znalezione na Fejsie

>>>

Zwalnianie personelu, odłączenie gości od TVN24 i umowy śmieciowe -tak działało miejsce ekskluzywnych wczasów P.Dudy

Andrzej Karmiński na Koduj24.pl pisze o podłej zmianie.

Podła zmiana atakuje

Sędziowie na cenzurowanym to tylko początek generalnego rozliczenia PiS z wrednymi Polakami.

„Dobra zmiana” w natarciu. Mimo nagłego napadu przyzwoitości, którego doświadczył pan prezydent, nad KRS i Sądem Najwyższym wciąż krąży tajfun. Równocześnie PiS rozpoczął wymianę prezesów sądów, uchwalił sobie nadzór nad organizacjami pozarządowymi i spiesznie przymierza się do przejęcia niezależnych mediów. Budżet państwa trzeszczy w szwach, a rząd staje na głowie, by kasa państwa obciążona została wielomilionowymi karami za demonstracyjne łamanie praw unijnych i obywatelskich, które Polska zobowiązała się przestrzegać w międzynarodowych traktatach. Nasza, pożal się Boże, dyplomacja kontynuuje wojnę z UE – walkę do ostatniego sojusznika, a Jarosław Kaczyński snuje wizję Polski jako samotnej placówki na wrogim terenie, ostatniej w Europie ostoi demokracji, prawa i sprawiedliwości w pokracznej wersji PiS.

Podła zmiana atakuje w szaleńczym tempie, a tymczasem przyzwoite media i uczciwe portale skupiają uwagę opinii publicznej na partackiej kampanii billboardowej PiS. Równocześnie ogromnym zainteresowaniem internautów cieszy się wiadomość, że Paweł Kukiz sam sobie pisze komentarze do swoich postów. Dlaczego mamy się fascynować naturalnym wśród estradowych artystów dążeniem do popularności? Nie wiadomo. Niejeden komediant oklaskuje siebie, a również wielu polityków wychodzi z założenia, że jak człowiek sam sobie nie pomoże, to nikt mu nie pomoże. A może Paweł Kukiz, który jak wiadomo sam sobie sterem, wozem i szoferem, pisze sam do siebie, bo w środowisku swojej partii nie ma z kim pogadać? Tak czy owak nie widzę nic nadzwyczajnego w komentowaniu swoich komentarzy – no chyba, że któregoś dnia Paweł Kukiz sam sobie złoży kondolencje.

Również co do awantury wokół kampanii billboardowej zalecałbym rozsądne opanowanie. Owszem, gdy całe 10-tysięczne środowisko zawodowe odsądzane jest od czci i wiary na podstawie kilku zaledwie naciąganych przypadków ludzkich słabości lub aberracji, zasadne staje się pytanie, czy sprawą nie powinien się zająć lekarz psychiatra lub przyzwoity prokurator. Z drugiej strony – jakaż to sensacja, skoro od dawna bez żadnych przykładów i dowodów większość społeczeństwa pomawiana jest przez PiS o najpodlejsze czyny, motywy i intencje. Jeśli w tej sprawie tkwi coś interesującego, to jedynie wyjaśnienie funkcjonariuszy „dobrej zmiany”, że tak, jak nie chwali się dnia przed zachodem słońca, tak i nie wolno krytykować kampanii przed jej zakończeniem. Czyli to, co zawisło nad naszymi głowami, to dopiero początek.

Autorzy kampanii utrzymują w tajemnicy dalsze fazy projektu, zapoczątkowanego szarganiem opinii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Wiadomo jedynie, że kampania musi być przeniesiona poza Polskę, ponieważ statut fundacji, której rząd zlecił kompromitowanie naszej ojczyzny, przewiduje głoszenie polskich sukcesów wyłącznie za granicą. Dotychczas wydano niespełna połowę z 19 milionów publicznych środków, dzięki czemu poinformowano o degrengoladzie władzy sądowniczej licznych turystów zagranicznych, którzy jak wiadomo świetnie posługują się językiem polskim. Oczywiście, w tym przypadku publiczne oczernianie władzy sądowniczej przez władzę wykonawczą nie jest bynajmniej kalaniem polskiego gniazda, bo o kapowaniu można mówić dopiero wtedy, gdy śmierdzące sprawki rządzących wywleka na światło dzienne zdesperowana opozycja…

Jaki więc będzie ciąg dalszy billboardowej kampanii? Jedyne logiczne wyjaśnienie jest takie, że sędziowie na cenzurowanym to tylko początek generalnego rozliczenia PiS z wrednymi Polakami. W kolejce czekają zapewne kolejne grupy zawodowe, o wiele bardziej umoczone w brudne sprawki. Jeśli mógłbym coś podpowiedzieć, to sugerowałbym w najbliższym czasie upowszechnienie galerii leśników mordujących zwierzynę , „bo chora i zagraża” i z zapałem wyrzynających pierwotną puszczę, bo też chora i też zagraża oraz przeszkadza w prowadzeniu „zrównoważonej i odpowiedzialnej gospodarki leśnej”. Chętnie zobaczyłbym na billboardach nazwiska policjantów – sadystów i łapowników z drogówki oraz prokuratorów – lizusów, gotowych na rozkaz ministra dopasować dowolny paragraf do wskazanego człowieka. Uważam, że nie powinno też zabraknąć księży, bo liczba i skala dowiedzionych im nieprawości dalece przerasta te zarzuty, które postawiono sędziom we wstępnej fazie kampanii billboardowej.

Ostatnio pani premier spotkała się z grupą ludzi, którzy przegrali swoje procesy i uznali się za pokrzywdzonych przez niesprawiedliwe sądy. Jeśli program oczerniania polskich grup zawodowych pójdzie w spodziewanym przeze mnie kierunku, to szefowa rządu spotka się niewątpliwie także z obrońcami przyrody, poniewieranymi przez zwarte oddziały ministra Szyszki. Pani Szydło znajdzie też zapewne życzliwe słowo dla ofiar sadystów w mundurach oraz wesprze ludzi bezpodstawnie oskarżanych przez dyspozycyjnych prokuratorów. I bez najmniejszych wątpliwości stanie twarzą w twarz z setkami dzieci skrzywdzonych przez pedofilów w sutannach.

ABY NIKT NIE MIAŁ WĄTPLIWOŚCI. KOLEJNY WIELKI PRZEKRĘT.

Waldemar Mystkowski pisze o aferze billboardowej.

Paw Polskiej Fundacji Narodowej na sędziów

„Dzień świra” już nakręcony, a Maciej Świrski ma daleko do Marka Koterskiego. Lecz werbunek do roli pijanego sędziego już się rozpoczął, scena ma wyglądać następująco: „Dwóch sędziów pije alkohol, główny sędzia ma wsiąść do auta i spowodować wypadek”.

Ubogie narracyjnie, prawda? Gdyby okazało się, że sędzia nie ma prawa jazdy, to owszem, byłoby lepsze, bogatsze. Acz to jeszcze nie Hitchcock.

Słynna już Polska Fundacja Narodowa (PFN) kręci spot o pijących sędziach. Podobną przygodę, jak opisaną w scenariuszu miał Mel Gibson, który trzy lata temu zachował się, jak owi sędziowie w scenariuszu pisowskiej fundacji. Zatrzymany przez policję wznosił ponadto okrzyki: – Żydzi rządzą!

To musi się PiS-owi podobać. A do tego Gibsonowi trudno zarzucić braki aktorskie, nie musiałby przechodzić przez procedury castingu. Tylko to honorarium – 4 tys. zł – nie przemówi mu, on więcej wydaje dziennie na gumę do żucia. Warto pamiętać, że o Gibsona zabiega minister od kultury Piotr Gliński, który ma za cel realizować marzenia prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – filmy hollywoodzkie po polsku.

Wracając do tematu – dlaczego jednak pijany sędzia ma być rodzaju męskiego? Wszak przeszkolona w temacie picia jest Elżbieta Kruk, ta to potrafi z gracją i odpowiednią dykcją na alkoholu powiedzieć: „Coś tam, coś tam„.

PiS nie lubi I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf. Można odpowiednio zasugerować i wskazać, że kobiety też pociągają – i tak dalej. Scenarzyści z PFN! Więcej wyobraźni, bo wskazując na bałagan w sądach porównać można ośrodki Temidy do burdelu. Idźmy dalej – inspirując się Hitchcockiem – wsiada Kruk do samochodu (limuzynę wypożyczyć od rządu, mają tam nową dostawę BMW) i bach, trach! wypadek – leży. I wcale nie musi to być Kruk, bo nie wiadomo, czy potrafi odegrać rolę trupa, tj. pijanej w trupa. To z kolei ma przećwiczone na korytarzu sejmowym senator PiS Bogdan Pęk.

Widzę, że pisowska fundacja od promocji Polski w Polsce trafiła na żyłę tematów. I jakie to polskie, arcypolskie.

Ryszard Czarnecki może żałować, że PFN mu nie pomogła, gdy wyraził chęć startu na szefa PZPN czy też PKOl. Przecież sportowcy dają w gardło, aż huczy. Co rusz wybuchają afery biesiadne i nasi mistrzowie są zawieszani w prawach reprezentanta.

Wiceszef PFN Świrski może mieć kłopot z tytułem spotu, bo „Dzień świra” to już klasyka, może jakiś dzień pawia, rzygu, cofki. W języku polskim synonimów o skutkach tego narodowego sportu jest bez liku.

Polska Fundacja Narodowa haftuje na zawód sędziego. Nietrudno sobie wyobrazić, iż obecni przestępcy i przyszli kryminaliści właśnie otwierają flaszki i się radują. Tak obrzygany zawód sprawiedliwych będzie zasądzał im niskie wyroki. bo żul jeden z drugim powoła się na pisowskie wiekopomne dzieło.

A TO DO WAS, MORDY ZDRADZIECKIE I KANALIE

>>>

DZIWNE, ŻE JESZCZE NA TO NIE WPADLI 🙂

MELLER NIE WYTRZYMAŁ. I MA RACJĘ.

Jerzy Sosnowski na Koduj24 pisze o pisowskiej wymianie elit.

Wymiana elit – ale na co?

Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego.

Na pogrzebie Janusza Głowackiego nie było przedstawiciela Ministerstwa Kultury. Należy przyznać, że sprawowany przez pana profesora Piotra Glińskiego urząd jest przynajmniej konsekwentny. Na przykład żaden jego przedstawiciel, o samym szefie resortu nawet nie wspominając, nie pojawił się również na ostatnich, 90. urodzinach Andrzeja Wajdy. Takie sygnały, których można by wyliczyć więcej, dziwić nie powinny. Wszystko to jest składnikiem mocnego założenia ideologicznego, z którym Prawo i Sprawiedliwość objęło władzę. To założenie brzmi: obecna elita kulturalna i intelektualna Polski jest spadkobierczynią sowieckich okupantów, wyobcowaną z ducha narodu, toteż należy ją wymienić. A skoro tak, to nie ma powodu oddawać hołdu odchodzącym przedstawicielom tej elity. Zasługą jest już to, że taktownie powstrzymujemy się od wyrażenia ulgi.

W odpowiedzi można oczywiście zapytać ironicznie, skąd PiS weźmie tę nieskażoną przez komunizm nową elitę. Wszak Jarosław Marek Rymkiewicz – jeden z nielicznych pisarzy, których talentu, mimo fundamentalnej niezgody na to, co obecnie głosi, nie sposób kwestionować – urodził się trzy lata wcześniej, niż Głowacki. W młodości, jak znaczna część jego pokolenia, należał do ZMP, a jako trzydziestolatek podpisał tzw. „kontrlist 600”, prokomunistyczną odpowiedź na protest przeciwko cenzurze, znany jako „List 34”. Inni, cenieni przez nową władzę twórcy, jak Marcin Wolski czy Jan Pietrzak, mają bodaj czy nie bardziej dwuznaczne karty w swoich życiorysach. Nie bez powodu tak docenia się Wojciecha Wencla – gdyż ten w 1989 roku miał siedemnaście lat, można więc przyjąć, że publicznie nie zdążył zrobić nic niestosownego.

Ale ten sposób reagowania na pisowską wymianę elit wydaje mi się z dwóch powodów błędny. Po pierwsze, wdajemy się w ten sposób w wojnę na życiorysy. Oczywiście, trudno nie mieć uciechy, przyłapując obecną władzę na niekonsekwencjach i hipokryzji: grzechy „naszych” są zmazane, bo są nasi, grzechy „waszych” są nie do zapomnienia. Ale jednak człowiek czuje, że poddaje się logice dość wstrętnej. Powód drugi jest ważniejszy, bo dotyka kwestii merytorycznych, nie zaś emocji. O nim będzie reszta tego tekstu.

Jak w ogóle kształtowała się w historii elita kulturalna i intelektualna Polski? Weźmy najpierw pod uwagę pierwsze dekady XIX wieku. Istniał wtedy silny ośrodek akademicki w Wilnie. Tworzyło go środowisko wykształcone u schyłku I Rzeczpospolitej. W Warszawie działało Towarzystwo Przyjaciół Nauk, utworzono Uniwersytet Warszawski. W Krakowie był oczywiście Uniwersytet Jagielloński, we Lwowie – Uniwersytet Franciszkański. Poza tym doniosły wpływ na to, kogo faktycznie uznawano jako autorytet, miały salony, związane z cenzusem majątkowym i dyplomem szlacheckim. Z tego ostatniego powodu mechanizm samoreprodukowania się elity, który funkcjonował, trudno uznać za szczególnie sprawiedliwy. Toteż literacki z pozoru spór „romantyków” z „klasykami” miał znaczenie nie tylko estetyczne, ale i społeczne: był swoistą rewoltą, toczoną jednak w obrębie istniejących reguł. Ostatecznie to salony musiały się przekonać do romantyków, by uznać ich za nową elitę narodu.

Ten właśnie mechanizm, będący wypadkową sytuacji społecznej, politycznej oraz rzeczywistej atrakcyjności intelektualno-artystycznej ludzi, którzy aspirowali do elity, bywał zakłócany przez najtragiczniejsze wypadki dziejowe. Po każdym zrywie powstańczym, zwłaszcza zaś po roku 1863, można było powiedzieć to, co lubi w kontekście II wojny światowej powtarzać PiS: że mianowicie najlepsi zginęli. Ci, co przeżyli, musieli brać pod uwagę ograniczenia cenzuralne lub zamilknąć. Na szczęście już wtedy wypracowano tzw. „język ezopowy„, pozwalający twórcom i odbiorcom porozumiewać się pomimo braku wolności słowa. Mówiąc nawiasem, zasady owego języka ezopowego nie były, rzecz jasna, nigdzie spisane i przez to uległy w znacznym stopniu zapomnieniu. Sztandarowy przykład tego zjawiska to sposób, w jaki od dekad czytamy „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, każąc uczniom zastanawiać się nad idiotycznym pytaniem, czy społecznik może mieć żonę, podczas gdy dla pierwszych czytelników tej powieści było oczywiste, że Judym zrywa z Joasią nie dlatego, że będzie mu przeszkadzać w leczeniu biedoty (co za pomysł?!), tylko dlatego, że został właśnie członkiem socjalistycznej konspiracji w Zagłębiu – na miejsce zamordowanego przez policję Korzeckiego – i tym samym przez resztę życia będzie się ukrywał.

Po 1918 roku niepodległa Polska stała oczywiście przed pokusą całkowitej wymiany elit: patrząc z naszej perspektywy, nie byłoby ostatecznie nic zaskakującego w stwierdzeniu, że twórcy z okresu zaborów byli w większości tymi zaborami fatalnie skażeni. A jednak ministrem kultury nie został wówczas – czy ja wiem? – np. od pewnego momentu otwarcie krytykujący zaborców Żeromski, tylko kompletnie apolityczny przed I wojną Zenon Przesmycki-Miriam, u progu stulecia grzecznie zanoszący swoje wyrafinowane pismo, „Chimerę”, do rosyjskiej cenzury. Twórcy naszego państwa rozumieli bowiem, że zerwanie ciągłości w kulturze to absolutna ostateczność, niezwykle groźna dla narodu. Tak, dokonuje się czasem takie częściowe, niejako wewnętrzne zerwanie, jak w erze walki romantyków z klasykami. Nigdy całkowite i w dodatku sterowane kryteriami, których żaden polityk naprawdę nie zrozumie. Natomiast zaprojektowana wymiana elity to przedsięwzięcie z założenia totalitarne (nawet jeśli nie znano wówczas jeszcze tego pojęcia), to znaczy płynące z marzenia o świecie całkowicie odmiennym, niż rzeczywisty, poddanym woli jednostki lub niewielkiego grona ideologów.

Taki właśnie totalitarny zamiar mieli z pewnością w 1949 roku komuniści. Nie, nie stało się nic innego, niż po dziewiętnastowiecznych powstaniach (emigracja wielu wybitnych obywateli, krwawe represje na pozostałych). Komuniści przy tym dokonali tego, co skądinąd planowały w okresie okupacji także środowiska niepodległościowe, to znaczy odblokowali (wreszcie!) drogę awansu dla dzieci miejskiego i wiejskiego proletariatu. Naturalnie działo się wtedy mnóstwo niesprawiedliwości, a ludzie, którzy wchodzili do elity kulturalno-intelektualnej, podobnie jak ci, którzy starali się w niej utrzymać, wykonali niejeden gest wiernopoddańczy (wystarczy poczytać „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej). Jest oczywiste, że im bardziej konserwatywne czy nacjonalistyczne poglądy miał wówczas obywatel, tym trudniej mu było zdobyć się na kompromis. W tym sensie, zgoda, naturalne mechanizmy samoreprodukcji elity kulturalnej narodu uległy zatarciu. Nie zniszczały jednak całkowicie, a to dzięki temu, że okres stalinowskiej smuty trwał krótko: od szczecińskiego zjazdu literatów, gdzie ogłoszono doktrynę socrealizmu, do pierwszych zwiastunów odwilży („Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka) minęło pięć i pół roku. Co to jest pięć i pół roku – że zapytam socjologa, profesora Piotra Glińskiego – dla mechanizmów społecznych?

Po 1956 do Polski wraca część emigrantów (Maria Kuncewiczowa, Stanisław Cat Mackiewicz, Melchior Wańkowicz, później też Teodor Parnicki). Korzystając z nieformalnego paktu Gomułki ze społeczeństwem, ludzie kultury zaczynają poszerzać granice wolności (w stosunku do okresu przed 1956 rokiem, nie w stosunku do realiów po roku 1989!). Odbudowują się uniwersytety, rozpoczyna się złoty wiek kultury PRL. Choćby filmy z tego okresu są cenione także poza granicami Polski („polska szkoła filmowa”), doprawdy nie przez agentów KGB. W tych warunkach rozwija się elita, którą dzisiejsze władze próbują wymienić, jako skażoną przez komunę.

To prawda, że najgorzej wyszło na tym środowisko polskiej prawicy. W okresie „karnawału Solidarności” zaczytywaliśmy się Miłoszem, Herbertem i Barańczakiem, Tischnerem i Kołakowskim – a nie Bolesławem Micińskim czy Feliksem Konecznym (wymieniam te dwa nazwiska w poczuciu że robię krzywdę Micińskiemu, ale może się mylę). Świat się jednak zmienił cokolwiek od wiosny 1939 roku i trudno mi pozbyć się myśli, że to niedocenienie twórców o poglądach prawicowych mogło być efektem niezawinionego przez nich anachronizmu ich dzieł. Zresztą trzeba być zupełnie zaślepionym ideologicznie, żeby nie dostrzec, że kontrpropozycja dla „lewicowej” kultury, jaką podsuwa nam PiS, jest, łagodnie mówiąc, mało przekonująca artystycznie i intelektualnie. Wystarczy spojrzeć na nową podstawę programową: więcej tam dzieł WYCOFANYCH (bo są „nie po linii”), niż nowych, które jakoby wcześniej nie miały szans zaistnieć. Wiele hałasu – i wychodzi z tego raptem Rymkiewicz i Wencel, czyli stary poeta, o którego nie ma co się oburzać (chyba, że z jego twórczości do podręcznika wejdzie akurat agitka „Do Jarosława Kaczyńskiego”, a nie np. wspaniałe wiersze z tomiku „Moje dzieło pośmiertne”), oraz poeta w średnim wieku, który zapewne podzieli kiedyś los Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, to znaczy trafi do smutnego rozdziału historii literatury pt. „Inni poeci epoki” (swoją drogą, lepszy byłby Polkowski, zwłaszcza z wczesnych lat 80.). Jak to się ujmuje w kategoriach sportowych: krótka ławka w tej prawicowej kulturze polskiej.

Podejrzewam, że w tych niemądrych i żałosnych manifestacjach Ministerstwa Kultury, w tych znamiennych przemilczeniach wybitnych twórców, którzy odchodzą, skrywa się właśnie bezradna złość, że tak naprawdę nie ma kogo promować. Nawet Piotr Gliński w głębi duszy musi wiedzieć, że nie wymieni Konwickiego na Łysiaka, Miłosza na Lisickiego, Tokarczuk na Wildsteina, Głowackiego na Pietrzaka, a Młynarskiego na Wolskiego. Nie sposób postawić „Smoleńska” ponad „Ziemią obiecaną”. Jerzy Zelnik i Katarzyna Łaniewska to nie ta liga, co Daniel Olbrychski i Krystyna Janda (bądźmy sprawiedliwi: Ewa Dałkowska – owszem). No to przynajmniej tamtych zamilczmy na śmierć, a może w pustce stanie się jakiś cud. Nawet trochę władzy współczuję: wierzyć, że naturalnie ukształtowana elita narodu to skutek knowań jakiegoś środowiska, które przewalczyć można silną wolą – i odkryć, że, jak mówił klasyk, „z pustego i Salumun nie naleje”. To musi boleć.

PIĘKNY LIMERYK NA DZISIAJ 🙂

Minął miesiąc od nawałnicy.

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskich transferach.

Wrogie przejęcie posłów przez PiS

Adam Bielan potwierdził w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM, że klub parlamentarny PiS powiększy się o kilku posłów („jest to bardzo prawdopodobne”). Takie przejęcia (przejście, transfer) zdarzają się, obecnie można spodziewać się większej liczby – hurtowej – sięgającej nawet liczby 9 osób.

Dlaczego dochodzi do takiego dużego wrogiego przejęcia osób chwiejnych, acz szukających korzyści materialnych, którymi PiS mami? Jednym z powodów może być wymiana ciosów z Andrzejem Dudą, który może zechcieć budować własne zaplecze polityczne, partyjne.

PiS w tej sferze zapisał „barwną” kartę z Renatą Beger, posłanką Samoobrony, nad którą pracował zastępca Kaczyńskiego, Adam Lipiński. Działo się to 11 lat temu. Lipiński kusił publicznymi pieniędzmi, stanowiskiem w rządzie i innymi apanażami. Beger przyznała się do kurwików w oczach, które miały opisywać jej ciąg na seks, a który lubi, „jak koń owies”.

Ta remiza zostaje przez PiS odtworzona. Czy Bielan jest kierownikiem w tym skansenie politycznym PiS i czym kusi? Wówczas Beger dała się namówić autorom programu „Teraz my” (skądinąd nawiązującym do „złotej myśli” Kaczyńskiego: „teraz ku…a my”), aby iść na rozmowę z Lipińskim z ukrytym sprzętem video.

Kurwiki Beger znakomicie opisują stan intelektualno-emocjonalny PiS. Ówczesna posłanka Samoobrony obnażyła PiS, bo w istocie przystawała i dzisiaj wpasowałaby się idealnie w pisowski paradygmat. Beger, Bielan, Lipiński, Kaczyński – tworzą wspólnotę wartości i interesowności.

Pisowski wzorzec z Sevres – to osoby z kurwikami i ambicjami: „teraz k… ja/my”. Jest to niebezpieczny typ ludzi, których w każdym społeczeństwie jest niemało, nie uznają umów społecznych, zawartych w obowiązującym prawie. Naginają je do własnych potrzeb, łamiąc prawo ustrojowe i tworząc własne bezprawie.

Norman Davies – przedstawiciel jednej z najstarszych demokracji – wiele lat temu oceniając PiS, nazwał tę partię po prostu sektą, a potem mafią. I trudno z nim się nie zgodzić, bowiem tak zorganizowana grupa ludzi stara się przejąć kolejne sfery życia społecznego, werbuje ludzi, a gdy nie udaje się, bo niektórym nie odpowiada owa wspólnota, nazywani są kanaliami, gorszym sortem, zdradzieckimi mordami etc.

KOMUNA POWRÓCIŁA DO OPOLA…

No i co na to ? 🤔To dlatego chcecie przejąć niezależne media?

>>>

NO TO CIEKAWI JESTEŚMY ILU REBELIANTÓW KLIKNIE? :)))

Tamara Olszewska na portalu Koduj24 pisze o jeszcze jednym skoku PiS – rozpocznie się chwytanie za twarz narodu polskiego.

Jeszcze tylko media i PiS rządzi na całego

Pisowska „dekoncentracja” i „repolonizacja” to nic innego, jak uderzenie w wolne media.

Minęły wakacje i nasi parlamentarzyści zameldowali się w Sejmie. Pełni werwy, energii i zapału do pracy, co źle nam wróży. Tak więc zaczęło się wielkie odliczanie i ani się obejrzymy, a politycy PiS„ugotują” wolne media, a wtedy… hulaj dusza…

W normalnym, demokratycznym państwie media nazywane są czwartą władzą. Ich siła, ich wpływ na kształtowanie społeczeństwa i polityki jest tak duży, że ustawia się je obok władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. To właśnie media bacznie przyglądają się władzy i gdy tylko złapią ją na korupcji, nadużyciach czy oszustwie, natychmiast to rozgłaszają, co niejednokrotnie kończy się skandalem i dymisją.

W normalnym, demokratycznym państwie dziennikarze kierują się swoim kodeksem etycznym. Zgodnie z nim, powinni być rzetelni i bezstronni, odpowiedzialni za swoje publikacje, a na pierwszym miejscu stawiać dobro swoich odbiorców i dobro publiczne, przed interesem własnym, redaktora, wydawcy czy nadawcy. Powinni być szczególnie czuli na punkcie oddzielania informacji od interpretacji oraz opinii. Przekazywać je tak, by odbiorca mógł odróżnić fakty od przypuszczeń czy plotek, oparte na wiarygodnych i możliwie wielostronnych źródłach.

Informacje należy wyraźnie oddzielać od interpretacji i opinii. Ważne jest, by opinie, nawet gdy są stronnicze, nie zniekształcały faktów i były wynikiem jakichkolwiek nacisków z zewnątrz. Dziennikarz powinien okazywać szacunek osobom, bez względu na ich odmienność ideową, kulturową czy obyczajową, powinien unikać wulgaryzmów i określeń obscenicznych. Nie powinien angażować się w działalność polityczną i partyjną, w żadną taką działalność, która podważałaby jego wiarygodność i bezstronność. Tak wygląda praca dziennikarska w państwie demokratycznym, pamiętacie jeszcze te czasy?

Jest też jeszcze inne powiedzenie o mediach. „Kto ma media, ten ma władzę”. Ależ cuda można zrobić z narodem, gdy wprowadza się cenzurę, likwiduje wolne, niezależne od władzy media, a te publiczne pozostają pod ścisłą kontrolą i tylko na usługach tego, co to właśnie dorwał się do rządzenia. Wiecie, że takie właśnie podejście do mediów są jedną z podstawowych cech państw autorytarnych i totalitarnych? I już chyba rozumiecie, dlaczego przeraża mnie ta świetna forma polityków PiS-u, którzy zamierzają jesienią załatwić nasze media na amen. Może sobie Jarosław Kaczyński wmawiać nam i światu, że demokracja w Polsce ma się świetnie, ale my dobrze wiemy, do czego ten pan zmierza. Rozwalił już praktycznie wszystko, co się dało. Teraz „załatwi” media, potem internet i będziemy jak Białoruś czy Rosja, a nasza demokracja pozostanie tylko wspomnieniem.

Politycy PiS-u nie są wcale takimi geniuszami, jakby się wydawało. Literatura o perswazji i manipulacji ludźmi poprzez media jest bardzo bogata. Wystarczyło usiąść, poczytać i wprowadzić w życie. Ot i cała filozofia. Wielkiej inteligencji do tego nie trzeba. Tak więc politycy wykuli, co trzeba, na pamięć, biegiem przejęli media publiczne, wywalili, kogo się dało i zatrudnili „swoich”. I tak, już od prawie dwóch lat widzimy, jak pracownicy telewizji publicznej i mediów prawicowych (nie piszę o nich „dziennikarze”, bo nie zasługują na to miano) wykorzystują techniki manipulacji i perswazji, by ogłupić naród, na ile się da. Popatrzmy, do których najchętniej sięgają…

Kreowanie wroga i wskazywanie kozła ofiarnego to podstawa. Gdy naród się boi, nie zwraca uwagi na istotne problemy. Wpatrzony we władzę wzrokiem skopanego psiaczka oczekuje, że pomoże ona pokonać strach, zapewni bezpieczeństwo, utuli, ukocha i będzie dobrze.

Dzisiejsze „gwiazdy” mediów narodowych oddziaływanie na emocje mają opanowane do perfekcji. Jak łatwo budzić w widzach antypatię do tych, co nie pasują do pisowskiej rzeczywistości. Jak łatwo budzić współczucie i sympatię do skrzywdzonego człowieka, który jest taki, jak wyznawcy partii, która prowadzi naród do odzyskania honoru i godności. Dla dobra Ojczyzny, warto się poświęcić, byle tylko państwo pomogło nieszczęśnikom, pomogło powstać Polsce z kolan, a będzie nam za to dana dozgonna wdzięczność i… taka miła satysfakcja, że pomogliśmy wodzowi i jego kolesiom zwalczyć trudności, które zafundował nam wszystkim i każdemu z osobna poprzedni rząd.

Dezinformacja to nic innego, jak przesłanianie istotnej, choć niewygodnej dla władz, informacji kontrinformacją, która ciekawsza, bardziej „chwytna”, neutralizująca wpływ tej pierwszej. Można jeszcze określoną informację załatwić, wrzucając ją na sam koniec wiadomości, wspominając ją ot tak, mimochodem, dość lekceważąco, co sugeruje, że nie warto sobie nią zawracać głowy, bo ona nic nie znaczy i nie ma żadnego wpływu na fantastyczne funkcjonowanie państwa.

Odwołanie do aspektu narodowościowego też robi swoje. W końcu każdy marzy, by należeć do narodu bohaterów, tego jedynego, wybranego, któremu inne narody do pięt nie dorastają. Dorzucić do tego wątki nacjonalistyczne, wszelkie fobie i już mamy społeczeństwo, stojące przed rządzącymi na dwóch łapkach z wdzięczności wielkiej, bo docenione, zauważone i takie bardzo, bardzo ważne.

Dodajmy do tego takie narzędzia, z których podwładni PiS-u korzystają bez skrupułów, jak wprowadzanie w błąd, wzbudzanie sensacji, przemilczanie, ustawienie informacji w określonej kolejności, mieszanie wiadomości ważnych i nieważnych. Dodajmy do tego manipulację sondą publiczną bezpośrednią lub telefoniczną i już wszystko wiemy. Mamy do czynienia z klasyczną formą przejęcia mediów, które realizują autorytarne zapędy PiS-u i z demokracją nie mają nic wspólnego.

Zapowiadana przez PiS „dekoncentracja” i „repolonizacja” to nic innego, jak uderzenie w wolne media, które bazują na sporym kapitale zagranicznym. Każdy pretekst dobry, by odebrać nam, obywatelom, dostęp do informacji bardziej wiarygodnych, rzetelnych. Jeszcze załatwi nam PiS internet i będziemy jak w klatce, dusić się od agitacji i propagandy aż do mdłości, a władza będzie szczęśliwa przekonana, że przełkniemy każdą papkę, jaką nam podsunie, uwierzymy w nią i staniemy się tacy posłuszni, tacy oddani, tacy „pisowscy”. RATUNKU!!!!!!!

SŁUSZNĄ LINIĘ MA NASZA WŁADZA

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu.

Macierewicz w domu latających sztyletów

Nie tylko my mamy kłopot z Antonim Macierewiczem. Kłopot natury – że nazwę na okrętkę i zapytam – „czy jest on ci nasz?” Takie domniemania wynikają nie tylko z publikacji Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”. „Od zawsze”, czyli od 1989 roku jest on „enfant terrible” naszej suwerenności. I zawsze jest gdzieś na horyzoncie. Jeżeli nie w głównym nurcie polityki – jak teraz – to na jej znaczących obrzeżach.

Macierewicz nie jest szczególnie inteligentny, stwarza swój obraz sardonicznie – tak trafnie psychologicznie zidentyfikował go Maciej Maleńczuk. Buduje bowiem swoją postać na zimno, co nie wyklucza, iż ma kłopoty natury tejże psychologii. Kłopoty nie z budowaniem wizerunku, ale kłopoty zakodowane w wizerunku, tj. genetyczne z mentalnością.

Im dłużej się go słucha, im dłużej identyfikuje jego poglądy, tym bardziej natrafia się na nierówności, nielogiczności, które w języku potocznym określane są, jako „nierówności pod sufitem”.

Macierewicza znam „od zawsze”. Najpierw była to lektura jego „Głosu”, którego miałem większość numerów z bezdebitu, a potem kilka razy z nim rozmawiając – zwłaszcza po nieudanej próbie lustracji, gdy rządził Jan Olszewski. W tamtym rozmowach, jak zresztą dzisiaj, Macierewicz sprawia wrażenie piskorza: wymyka się, ucieka, wyślizguje, jest nieprzyjemny w obcowaniu, jest… właśnie nieinteligentny. Nie ma się frajdy, że z kimś interesującym obcujesz, ale z kimś obcym, bardzo ograniczonym, z kimś, kto nie sprawia ci przyjemności, że jest.

I dlatego nie dziwię się, że Macierewicz promuje takich Misiewiczów, Kownackich, Dworczyków. To są ludzie, którzy w sferze publicznej nie powinni zaistnieć, są podrzędni. Nie najlepsze odczucia do Macierewicza mają osoby, które wraz z nim były w opozycyjnym KOR-ze. Był jakby zakamuflowany, zakonspirowany wśród swoich. Nie chcę nadużywać narracji odbrązowiania, ale Macierewicz nie pokazuje się w interesującym, mającym coś do powiedzenia towarzystwie, nie jest obecny w znaczących mediach. Jest obecnym w podrzędności mediów Rydzyka, z całym szacunkiem dla TV Trwam, ale nie jest to telewizja profesjonalna.

Dzisiaj osiągnięcia Macierewicza jako ministra są takie, że znamy je z zerwania kontraktów, z zapewnień zakupów uzbrojenia dla armii, które nie dochodzą do realizacji i z wypowiedzi, które mijają się z sensem, z logiką. Dlaczego jest ministrem? Czy stworzenie mitu smoleńskiego przeciętnego prezydenta jest usprawiedliwieniem dla kariery Macierewicza?

Tomasz Siemoniak – były minister obrony – używa bardzo dynamicznej metafory: – „Czuję się, jak w domu latających sztyletów” – tak nazywa bezpieczeństwo Polski, które ma zapewniać resort obrony. Macierewicz jest niebezpieczny i sytuacje, które stwarza są niebezpieczne. Tak wygląda nasze bezpieczeństwo jako państwa – Polska jest „domem latających sztyletów”. Czy daleko od niej do mniej dynamicznej, ale groźniejszej metafory: „hybrydowej wojny”?

W tej chwili Rosja Putina na Białorusi przeprowadza wielkie manewry Zapad 2017, które mają znaczenie militarne i polityczne. Jaka jest reakcje polskich władz? Jeden z zastępców Macierewicza wyraża obawy, aby wojska rosyjskie po manewrach nie zostały na stałe na Białorusi. Ależ wojska rosyjskie tam od dawna stacjonują.

Nie oskarżam Macierewicz na podstawie poszlak, ale mam wrażenie, że on przeprowadza od początku sprawowania urzędu ministra manewry Wostok 2015-2017, a jak będzie nadal ministrem, będzie to Wostok 2018 itd. I nie są to manewry mające na celu przećwiczenie obrony Polski, tj. bezpieczeństwa w domu latających sztyletów.

W czasie manewrów Zapad 2017 sekretarz obrony USA James Mattis nareszcie zaprosił Macierewicza do siebie. I wcale nie jest to wyróżnienie, jak „sardonicznie” z pewnością oświadczy Macierewicz. Polski minister obrony czekał dwa lata na to wyróżnienie, a będąc w USA nigdy nie dostąpił zaproszenia do Pentagonu – takiego afrontu nie doświadczali wcześniejsi ministrowie. Wspomniany Tomasz Siemoniak za każdym pobytem w USA spotykał się z sekretarzem obrony USA, w kraju zaś o tym nie trąbiono, bo to było oczywiste.

Amerykanie mają wiedzę – i możliwe, że lepszą od nas – kto to zacz ten Macierewicz, niezależnie od tego, co o nim sadzą, muszą się wreszcie spotkać z naszym szefem resortu obrony, bo dzisiaj Polska leży w centrum wschodniej flanki NATO. Amerykanie dwa lata zwlekali z kłopotliwym Macierewiczem, aby spotkać się z nim w swoim pieleszach, które z pewnością nie są domem latających sztyletów.

>>>

MALEŃCZUK WYRAZIŁ SIĘ TAK JASNO I PRZEKONUJĄCO, ŻE ZASŁUŻYŁ NA DUŻE KLIKNIĘCIE

Bożena Chlabicz-Polak na portalu koduj24 pisze o wyspie wolności.

La Isla Bonita

PiS twardo nastaje na reparacje, za które już wkrótce zrealizuje ambitny program „Polska Samotną Wyspą”.

Jeśli ktoś ciągle wątpi w inspiracje partii aktualnie rządzącej epoką Edwarda Gierka, to niedawna wypowiedź pana prezesa powinna rozwiać ostatnie wątpliwości. Budujemy otóż – po raz kolejny, bo potem próbował jeszcze Lech Wałęsa – drugą Japonię. Chociaż jednak – zważywszy na sympatie polityczne ekipy z Nowogrodzkiej – może raczej drugą Wielką Brytanię. No, ale Boże broń nie z powodu curry, funta i meczetów w każdej dzielnicy, tylko ze względu na położenie geograficzne.

Polska bowiem też wkrótce będzie wyspą.

Gwoli ścisłości należałoby wprawdzie wziąć za wzór nie tyle całą Wielką Brytanię, ile od razu konkretnie Anglię. No bo taka Irlandia to owszem, też wyspa, ale „szmaragdowa”. No, a „zieloną wyspą” to już raz byliśmy, za premiera Tuska, i wystarczy. Zresztą już wkrótce, wraz z ostatnimi drzewami, znikną z kraju wszelkie ślady zieleni, a wraz z nimi skończą się tego typu niestosowne porównania…

Wprawdzie – jakże pechowo – to akurat angielski poeta John Donne jest autorem powtarzanej potem do znudzenia złotej myśli, że „nikt nie jest samotną wyspą”, ale czy nie jest, to się dopiero okaże. To po pierwsze. A po drugie i zasadnicze, Donne, tak na wszelki wypadek, zostanie pewnie (o ile już nie został) przezornie wykreślony z listy lektur zreformowanej podstawówki i to nawet tych nadobowiązkowych. I będzie po sprawie.

Tak, czy inaczej, plan jest taki, że Polska będzie wyspą.

Ba, ten projekt został już nawet skierowany do realizacji. Na początek, tak dla rozgrzewki, zostanie przekopana Mierzeja Wiślana, a potem poszerzy się Odrę i Bug, wyleje beton i w ten sposób oddzielimy się od stałego lądu, zaczynając nowy, tym razem wyspiarski etap dziejów narodowych. Pozostanie wprawdzie problem na południu, bo projekt przekształcenia Tatr w Balaton musi poczekać na obiecany przez ekipę Prezesa bilion dolarów z niemieckich reparacji. No, ale na początek – umówmy się – wystarczy nam status półwyspu. Na razie postawi się mur. Dał nam przykład Trump Prezydent, jak budować mamy. Ów śmiały projekt zasługuje zresztą na realizację nie tylko ze względów praktycznych, ale także w ramach nowej polityki historycznej. Wszak dotąd byliśmy wprawdzie Przedmurzem Chrześcijaństwa, ale – z oczywistego braku muru – wyłącznie z nazwy.

Problem w tym, czy ten niemiecki bilion dolarów wystarczy na realizację programu „Wyspa”. No bo to jeszcze trzeba odbudować setkę zamków kazimierzowskich i postawić ten łuk na środku Wisły, który obiecał narodowi minister Jaki do spółki z bardem Pietrzakiem. Tymczasem to wcale nie jest aż tak dużo kasy. Bilion dolarów to raptem trzy budżety Niemiec i tylko cztery razy więcej, niż nasz aktualny dług publiczny, który właśnie też przekroczył bilion. Tyle tylko, że tym razem w złotówkach.

Dość powiedzieć, że wartość amerykańskich nieruchomości stojących na szlaku huraganu „Irma”firmy ubezpieczeniowe wyceniły na… niemal dwa biliony dolarów! A w sumie chodziło tylko o parę hoteli w Miami i gromadę domków z dykty, jakimi zabudowana jest reszta Florydy, Georgii i obu Karolin.

Dla porównania – odbudowa zalanych dzielnic Nowego Orleanu, zniszczonych w trakcie innego huraganu – „Katriny” – pochłonęła 80 miliardów dolarów. A chodziło jedynie o odbudowę paru hektarów kanadyjek z paździerzy obitych plastikowym sidingiem, plus trochę infrastruktury i odszkodowań za utracone mienie. Dziesięć takich huraganów i już pęka bilion „zielonych”.

Tymczasem Niemcy skąpią nam tych nędznych paru groszy… Wstyd po prostu.

Tylko co będzie, jak z tego wstydu rzeczywiście nam ten bilion oddadzą? Bo na wypisaniu czeku się na pewno nie skończy. Przecież za materialne straty wojenne, pokonane Niemcy oddały Polsce nie tylko 600 mln marek w odszkodowaniach, ale także 1/5 swojego ówczesnego terytorium. W polskie ręce przeszły nie tylko wielkie miasta, na czele z „Kwiatem Europy” – Wrocławiem, ale też bogactwa naturalne, przemysł i infrastruktura. Skoro więc zdecydują się zapłacić za wojenne zniszczenia gotówką (z odsetkami, choć przez niemal stulecie korzystaliśmy z tych niemieckich „reparacji w naturze”), to zapewne zechcą z powrotem swój „zastaw”. Bo tak to już jest, w interesach, że jak się dostaje z powrotem wierzytelność plus odsetki i koszty, to trzeba – niestety – zwolnić hipotekę…

Więc wcale nie jest pewne, czy na tym interesie tak naprawdę zarobimy, czy może stracimy. Bo ile jest wart ( w dolarach albo euro) mój rodzinny Wrocław? Tyle, co Miami? Ale nawet gdyby wycenić go taniej, jak Nowy Orlean po przejściu „Katriny”, to pewnie Niemcy i tak zabiorą sobie – w ramach rozliczeń za reparacyjny bilion – całe „Ziemie Odzyskane” (i co wtedy z nami, wrocławianami?). I żebyśmy tylko nie musieli jeszcze do tego dopłacić. Bo będą to pieniądze za zniszczone mienie, które przecież miało swoich prywatnych właścicieli. A tak się składa, że duża grupa spadkobierców dawnych kamieniczników i fabrykantów żyje dzisiaj poza Polską (i to bynajmniej nie dlatego, że tuż po wojnie, a potem po 1968 roku, dobrowolnie wybrała emigrację).

Ba, ale może jednak warto, mimo wszystko? Bo wszak budowa samotnej wyspy w środku kontynentu swoje kosztuje, a chociaż gospodarka pod nowymi rządami kwitnie, to jednak dług publiczny właśnie przekroczył bilion (spokojnie, tylko złotówek). Poza tym na mniejszym terytorium (bo przecież Litwa, Ukraina i Białoruś niczego nam nie oddadzą) łatwiej się okopać? Tak więc, partia aktualnie rządząca twardo nastaje na reparacje, za które już wkrótce zrealizuje ambitny program „Polska Samotną Wyspą”. Biało-czerwona drużyna już za chwilę rozpocznie w tym celu wielkie dzieło budowy Kanału Narodowego. Będą – na ochotnika – pilnować koryta. I pogłębiać dno.

Są za, a nawet przeciw. Cytując Siarę: „mają rozmach sk……..”. Idą na Nobla. 

PO żąda wstrzymania transferów pieniędzy ze spółek Skarbu Państwa do Polskiej Fundacji Narodowej❗❗❗

Waldemar Mystkowski pisze o złodziejach PiS.

Demokracja kleptomanów

Afera billboardowa musi powodować zażenowanie, jak zresztą styl rządzenia PiS, który w Polsce zdarzył się w takim wymiarze pierwszy raz po 1989 roku. Wyniki osiągnięte przez partię Kaczyńskiego też są niewspółmierne do poprzedników. Nikt tak nie obniżył rangi Polski na zewnątrz, jak dyplomata Witold Waszczykowski, specjalistka od moralnych zwycięstw 1:27 Beata Szydło i specjalista od wszystkiego, Napoleon taboretu Jarosław Kaczyński.

Na naszych szeroko rozwartych ze zdumienia oczach owo towarzystwo demoluje demokrację, niszczy urządzenia wolności obywatelskiej i nic sobie z tego nie robi, jak ów słynny szatniarz w „Misiu Barei”: „I co pan nam zrobi?”

Zastanawiałem się, jak nazwać ten ustrój „wyspy wolności i demokracji”, określony przez prezesa Kaczyńskiego na wyspie Krakowskiego Przedmieścia odgrodzonej metalowymi barierkami i tysiącami policjantów?

Mimowiedną odpowiedź dała kampania „promocji Polski” urządzona za kilkadziesiąt milionów złotych (ile? – jest drugorzędne, czy to 19 mln zł, czy 100) przez Polską Fundację Narodową. Publiczne pieniądze ściągnięte przez rząd PiS dla spółki zarządzanej przez pisowskich działaczy, aby pogrążyć niezależne sądy po to, by były zależne od polityków PiS.

Jak nazwać tę demokrację nie-demokrację? I oto konstruuje się termin sam przez się. Na jednym z banerów oskarżono jednego z przedstawicieli „nadzwyczajnej kasty sędziów”, który bezkarnie ukradł kiełbasę. Tej kiełbasy to nie wymyśliłby do spółki Bareja z Mrożkiem i starożytnym Arystofanesem, a Szekspir z hrabią Fredrą złamałby pióro wobec takiego bezmiaru talentu pisowszczyzny.

Okazało się, że sędzia, który ukradł kiełbasę za 6,90 zł, od dwóch lat nie żyje, a poza tym sam zrezygnował (jak żył) z bycia członkiem kasty. Możliwe, że chorował na kleptomanię, bo sędzia nie musi kraść, jak zdarza się to z głodu bezrobotnym czy bezdomnym.

Kilkadziesiąt milionów zł przeciw 6,90 zł kleptomana – jak to nazwać? Gigantyczną kleptomanią. I taki nam ustrój proponuje PiS – demokrację kleptomanów. Czego się nie dotkną – ukradną.

Kradną nam jednak demokrację na gigantyczną potęgę, a to ukradli sąd od konstytucji, Trybunał Konstytucyjny. Ukradli niezależność sądów powszechnych, jesteśmy przed złodziejstwem Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa. Przed złodziejstwem mediów prywatnych, przed złodziejstwem NGO’sów.

To jest kleptomania. A prezes zagarnięty skarb nazywa „wyspą wolności i demokracji”, czyli wolnością i demokracją kleptomanów. Jak na kleptomana nr 1 przystało prezes musi skryć się za najdroższą ochroną prywatną (przeszło milion zł rocznie kosztują bodygardzi), nie wspominając o kosztach za ochronę miesięcznic na Krakowskim Przedmieściu.

Najpierw więc kleptomania, potem swojski reżim, który spowoduje wykluczenie dużego państwa europejskiego ze wspólnoty Unii Europejskiej. A za tym stanie się tak, że demokracja kleptomanów stanie się łupem dużo większego kleptomana, na którego skazani jesteśmy geopolitycznie. Jak to drzewiej – dwa wieki z okładem – już się zdarzyło.

A WIĘC MAMY NOWEGO MISIEWICZA 🙂

>>>

Berlin za Honeckera i Warszawa za Kaczyńskiego

WSTYD, ŻE NIE PRZERWALI URLOPÓW I IMPREZ U BISKUPA. WSTYD, ŻE OFIARY NAWAŁNICY NADAL NIE MAJĄ DACHU NAD GŁOWĄ…

Obłuda Macierewicza nie ma granic

Nieustająco nas „zadziwia”… Kiedy już wydaje się, że Antoni Macierewicz w wygłaszaniu kłamstw z kamienną twarzą przeszedł samego siebie, kolejny dzień przynosi następną dawkę obłudy i hipokryzji szefa MON.

Nie inaczej było podczas sejmowej debaty dotyczącej nawałnic. – „Wojsko było na miejscu zdarzenia natychmiast po informacji ze strony wojewodów” – powiedział Macierewicz. Tyle tylko, że to – natychmiast – nastąpiło po czterech! dniach po kataklizmie, mimo że samorządowcy prosili o wsparcie armii. Wszyscy pamiętamy wypowiedź wojewody pomorskiego, że do zamiatania liści nie będzie wzywał wojska…

Grzegorz Schetyna podczas debaty w Sejmie na temat nawałnic powiedział, że Macierewicz na miejscu zniszczeń pojawił się dopiero 15 sierpnia po zakończeniu uroczystości z okazji Święta Wojska Polskiego. – „No przecież to jest kompromitacja. Minister obrony narodowej, który przylatuje helikopterem i przyjeżdża kolumna sześciu samochodów, żeby go dowieźć 240 metrów z lądowiska do namiotu antykryzysowego. Widzieliście, jak to wygląda? Jaś Fasola by tego nie wymyślił” – mówił Schetyna.

Na mównicę wyszedł Antoni Macierewicz i rzekomo się przejęzyczając, powiedział: – „Chcę sprostować wypowiedź Jasia, przepraszam bardzo, nie Fasoli, tylko pana przewodniczącego Schetyny w związku z kłamstwami, którymi państwo jesteście przez niego raczeni. Wojsko było na miejscu zdarzenia natychmiast po informacji ze strony wojewodów i wezwaniu do pomocy ze strony wojewodów. Jeżeli pana razi to, że minister obrony w dniu święta Wojska Polskiego przyjechał na miejsce zdarzenia, to współczuję pana poczuciu potrzeb narodu polskiego”.

Na pewno wszyscy mamy przed oczami widok szefa MON ze wsi Rytel, kiedy to wiozący go samochód zakopał się w błocie. Macierewicz w lakierkach stał obok auta, przyglądając się, jak mieszkańcy poszkodowani przez nawałnicę wyciągali jego samochód.

CZY LIS MA RACJĘ?

No I liga obciachu.

Waldemar Mystkowski pisze o rewelacyjnym szczególe z życiorysu Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński jak Pawka Korczagin

Prezes PiS jest postacią ukształtowaną w głębokim PRL, w czasach małęj stabilizacji.

Jarosław Kaczyński wrócił z wakacji wypoczęty. Zaistniał słynną pelerynką w czerwono-białe barwy (bo przecież nie biało-czerwone, nie podejrzewam go o takie profanum godnościowe). Wygłosił 10 września na podeściku na Krakowskim Przedmieściu dwie frazy godne zapamiętanie: – „Jak zostaniemy sami w Europie, to zostaniemy” – i drugą: – „Będziemy wyspą tolerancji i wolności”. Do tej ostatniej przyjemności potrzeba będzie więcej barierek (tak Szymon Majewski zrekapitulował kaczystowską wolność).

Na razie z witzami prezesa posucha. Gdy jednak piszę, Kaczyński może wyprodukować wiekopomne dzieło oracyjne. Tak ten typ ma. Na razie głębiej o Kaczyńskim możemy mówić w trybie zapożyczonym, przez kogoś.

Prof. Andrzej Jaczewski był łaskaw sobie przypomnieć, iż Jarosław Kaczyński nie zdał w liceum z jednej klasy do następnej, z X do XI klasy maturalnej. Oblał z języków polskiego i angielskiego. Do dzisiaj nie jest poliglotą, o angielskim nie wspomnę, a polski jest w jego ustach często kulawy, chromy.

Dlaczego ten fakt dopiero teraz wychodzi na światło dzienne? Działo się to w roku 1966. Rządził wówczas ówczesny Kaczyński – Władysław Gomułka, za Beatę Szydło kreował się Józef Cyrankiewicz. Anną Zalewską pomniejszego funkcyjnego formatu – kuratorem warszawskim – był Jerzy Kuberski (później został ministrem oświaty, czyli pełną Zalewską).

Ten ostatni odegrał w życiorysie prezesa PiS rolę szczególną, by nie powiedzieć decydującą. Doszły Kuberskiego wieści, iż Jarosław K. ma dwie dwóje (kiedyś ta ocena niedostateczna był najgorszą), będzie siedział drugi rok w X klasie, więc kurator zadzwonił do dyrektora szkoły, następnego dnia zjawił się na radzie pedagogicznej i uczeń Jarosław K. dostał promocję do klasy maturalnej.

Ten fakt ma nadzwyczajną wymowę symboliczną. Prezes PiS musiał przeżyć swoje niedołęstwo intelektualne do tego stopnia, iż jego wzorcem stał się Gomułka. Językowe porównania potwierdzają, iż ówczesny I sekretarz to wzorzec, a brak predylekcji do nauki, szczególnie do zgłębiania polskiego – literatury, tradycji – dzisiaj owocują deformą szkoły.

Kaczyński został zahartowany w tamtym czasie. Ba, nawet jego stosunek do ojca Rajmunda (który chyba wówczas musiał dotrzeć do Kuberskiego i prosić go o wsparcie dla syna) nosi znamiona zahartowanego kompleksu. Mianowicie Kaczyński jak bohater obowiązującej wówczas lektury, Pawka Korczagin, donosi na ojca (źle się do niego odnosi), o czym piszą biografowie prezesa PiS.

Więcej do powiedzenia o wnętrzu Kaczyńskiego miałaby psychoanaliza Freuda. Kaczyński na kozetce to galareta strachu, kupka trzęsącego się ego.

I drugie zapożyczenie. Krystyna Janda w Radiu Zet odniosła się do słów z peanu-wiersza Jarosława Marka Rymkiewicza „Do Jarosława Kaczyńskiego”: – „nie można oddać Polski w ręce jej złodziei, którzy chcą ją nam ukraść i oddać światu”.

Recenzja wybitnej aktorki jest bardzo dosadna: – „Ja się czuję jakby ktoś na mnie s..ł po prostu cały czas. Jarosławie, pan jest coś jeszcze winny bratu. Dokąd idziecie z Polską?”. Zaś fragment dotyczący„polegnięcia” brata bliźniaka pod Smoleńskiem w 2010 roku, który jednak zdał w 1966 roku do XI klasy bez wsparcia rodzica (- „Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo? O to nas teraz pyta to spalone ciało”), Janda zamieniła w partykułę godną Juliusza Słowackiego: „Ludzie, o czym my mówimy? To była katastrofa samolotowa”.

Taki jest zapośredniczony prezes Kaczyński staje się bardziej zrozumiały w swoich czynach i ludziach, którzy wokół niego się gromadzą. Jest postacią ukształtowaną w głębokim PRL, w czasach małęj komuszej stabilizacji (określenie Tadeusza Różewicza), to jest jego peleryna, płaszcz Prospera: Pawka Korczagin, który sprzeda nawet ojca dla dobra własnej przyszłości. A ojcowizna to ojczyzna. Tak hartował się prezes.

TAKA RÓŻNICA. Jak Arłukowicz to od razu pięknie powiedziane 🙂

SZACUNEK ZA TO, CO ROBI

>>>

BRAWO WSTYD, ŻE NIE PRZERWALI URLOPÓW I IMPREZ U BISKUPA. WSTYD, ŻE OFIARY NAWAŁNICY NADAL NIE MAJĄ DACHU NAD GŁOWĄ…

Paweł Kasprzak pytał policję, czemu wbiła się klinem w legalną Kontrmiesięcznicę Obywateli RP. BEZ ODPOWIEDZI.

Publicystka „Polityki” Ewa Siedlecka zapowiada odwołanie się do Trybunału w Strasburgu. Dwa fragmenty.

Długopis zwany kajakiem

Sąd otworzył mi drogę do Trybunału w Strasburgu. Trybunał Praw Człowieka będzie więc miał okazję ocenić, czy coraz powszechniejszy, szczególnie wobec Obywateli RP, obyczaj polskiej policji pozbawiania wolności bez podstawy prawnej nie narusza Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

W poniedziałek doczekałam się rozpatrzenia przez Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia mojej skargi z czerwca na bezprawne pozbawienie wolności przez policję podczas kontrmiesięcznicy smoleńskiej. Ja i około 90 innych osób zostaliśmy wyniesieni z siedzącej pikiety na trasie marszu smoleńskiego i pozbawieni wolności przez ponad dwie godziny na pobliskim podwórku. Policja nie wypuszczała nas, twierdząc jednocześnie, że nie jesteśmy zatrzymani. W tym czasie spisywano nas i sprawdzano w policyjnej bazie. Na koniec dostaliśmy propozycję zapłacenia mandatu 500 zł za wykroczenie polegające na przeszkadzaniu w legalnym zgromadzeniu.

Sprawdzano nas ponad dwie godziny, mimo że policjantów było tam nie mniej niż zatrzymanych, a do sprawdzenia wystarczy połączenie się z internetową bazą policji. Mandaty proponowano nam ustnie, a ponieważ odmawialiśmy – policjanci nie potrzebowali czasu, by je wypisywać.

Byliśmy pozbawieni wolności, bo uniemożliwiano nam oddalenie się, a nawet skorzystanie z toalety lub kupno wody w pobliskiej restauracji. Uniemożliwiono nam kontakt z adwokatami, którzy przybyli na nasze telefoniczne wezwanie: nie przepuszczono ich przez kordon policji, twierdząc, że nie mamy prawa do adwokata, bo nie jesteśmy zatrzymani.

(…)

Sędzia dodał jeszcze, że przecież przeszkadzałam legalnemu zgromadzeniu. Tylko co to ma do mojej skargi? Ja się nie skarżyłam na postawienie mi zarzutu przeszkadzania w zgromadzeniu, tylko na bezprawne pozbawienie wolności. Czyżby sędzia uważał, że policja miała prawo sama wymierzyć mi karę za wykroczenie, pozbawiając wolności przez dwie godziny?

Na koniec odwołał się do mojego sumienia. Stwierdził, że gdybym uczestniczyła w legalnym zgromadzeniu, a ktoś by je blokował, tobym była wdzięczna policji za interwencję.

Jasne! Tylko znowu: jak się to ma do mojej skargi? Ja się nie skarżyłam na wyniesienie mnie przez policję z siedzącej pikiety. Przeciwnie: uważam, że policja, odblokowując smoleński pochód, działała zgodnie z prawem. Mam pretensje o pozbawienie mnie wolności bez podstawy prawnej. Mam też nieodparte wrażenie, że sędzia tego po prostu nie zrozumiał.

Ale nie ma tego złego. Od postanowienia sędziego Macugi o oddaleniu mojej skargi nie mam już w kraju żadnego środka odwoławczego. Dlatego idziemy do Strasburga. Skoro pozbawianie wolności bez podstawy prawnej stało się metodą walki polskiej władzy z obywatelami dysydentami, to mamy tak zwany problem systemowy. I warto, by ocenił go międzynarodowy organ ochrony praw człowieka.

GANGSTER MASA – PRZYJACIEL PIS.

Masa znowu przerwał milczenie, żeby zadeklarować, że jak PO dojdzie do władzy to on „spier…” z Polski. Mnie przekonał.

PODSUMOWANIE W PAŃSTWIE PiS… Bareja miałby gotowy scenariusz.

Prawda o policji.

Waldemar Mystkowski odnosi się do policjanta, który „strzeże” miesięcznicy Kaczyńskiego.

Policjant dołowy o miesięcznicach

W miesięcznicach smoleńskich biorą udział trzy strony. Uprzywilejowana, której wydzielono specjalną strefę Polski, eksterytorialną część, innym Polakom nie można na nią wejść.

Druga strona – obywatelska, nie godząca się z zawłaszczeniem Polski i ośmieszaniem ojczyzny.

I trzecia strona – policja, która wykonuje swoje opłacone obowiązki, pilnuje porządku. My widzimy tylko wykonawców ze strony policji, porządkowe uzbrojone ramię w pały i emocjonalny szantaż wylegitymowania, a także zastraszenia paragrafem. Nie widzimy policyjnej głowy, czyli komendantów, którzy posłali krawężników w bój.

Górę policji zatem należy zaliczyć do tej pierwszej strony – uprzywilejowanej, bo została przez władze PiS awansowana i namaszczona do służbowego podporządkowania.

Portal wp.pl przeprowadził wywiad z policjantem, który zabezpiecza miesięcznice. I ten policjant też narzeka na swój los, jak przysłowiowy górnik, wg którego jego praca jest najcięższa. 10 każdego miesiąca dla tego funkcjonariusza to „przesrane”: – „Trzeba nastawić się, że nie będzie łatwo i przejść przez to z zaciśniętymi zębami”.

Policjant narzeka, że musi być przyzwoity: – „Wszędzie są dziennikarze, którzy tylko czekają, aż ktoś wyprowadzi nas z równowagi do tego stopnia, że będziemy musieli podjąć interwencję.”.

Ale policjant to jest ktoś, kto myśli, odbiega od swego wzorca gamonia milicjanta z PRL-u. Musi podjąć decyzję, którą wywiadowany opisuje na przykładzie: – „Jeden z sympatyków Obywateli RP zachowuje się bardzo głośno, chyba właśnie krzyczy coś w stylu „Do kościoła, do kościoła!”. Kolega wchodzi w tłum, żeby go wyprowadzić”.

Policjant owo zdarzenie dramatyzuje, opisuje otoczkę wrogości wobec formacji policji. Lecz w tym jego opisie widać błąd intelektualny, bo co jest w złego w okrzyku „do kościoła”? Czy policjant jest od interpretacji socjologicznej miesięcznicy i oceny tego, któremu nie podoba się takie comiesięczne profanum i wyraża go okrzykiem?

Gwoli sprawiedliwości, policjant widzi zakłamanie strony, którą ochrania: – „Tylko maszerują pod pałac prezydencki i robią z tego akt polityczny. Ogromna hipokryzja, to mnie najbardziej wkurza”.

Uff… Ciężka jest dola górnika, tj. policjanta dołowego ochraniającego miesięcznice. Końcowa refleksja funkcjonariusza też sporo mówi o klimacie, jaki panuje w policji: – „Pomyślałem, co by się stało, gdybyśmy stamtąd poszli, usunęli barierki, zostawiając jedną i drugą stronę, sam na sam. I wyobraziłem sobie stado dzików, które biegną na siebie nawzajem… bo to by dokładnie tak wyglądało. I wiesz co? Przez moment mi się ta wizja spodobała, bo gdyby zaczął się prawdziwy dym, może ludzie doceniliby naszą pracę”.

Kto zatem ten klimat w Polsce stworzył? Czasami warto zadać sobie takie pytanie. Czy Obywatele RP przychodziliby 10. każdego miesiąca, gdyby nie było miesięcznic? Inne pytanie nie padło, a bodaj jest najważniejsze: czy ten konkretny funkcjonariusz dołowy wypełniłby polecenia swego zwierzchnika, który jest z awansu pisowskiego, aby użyć siły, gdy dojdzie do prowokacji?

Wówczas jest tylko jedna strona – zaatakowani protestujący. Wywiadowany policjant mógłby otrzeć pot z czoła i powiedzieć, jak trudno jest być przyzwoitym, bo trzeba wypełnić obowiązki człowieka. Uff…

NIE DAJMY SIĘ NABRAĆ

KTOŚ WIE ZA CO TA WILLA?

NIE MACIE JESZCZE DACHÓW? KŁAMIECIE. RZĄD DZIŚ POWIEDZIAŁ, ŻE WAM POMÓGŁ.

>>>

Miesięcznica w limeryku.

Kończy się lato. Nadejdzie jesień a i zima przeminie. I nadejdzie WIOSNA.😜

Nie. To nie stan wojenny… TO POLSKA PO „DOBREJ ZMIANIE”.

Andrzej Karmiński na koduj24 zastanawia się nad wyborcami PiS.

Kiedy i czy w ogóle wyborca PiS przejrzy na oczy?

Do upadku demokracji ostatecznie przyczyniali się ci, którym udało się wmówić, że zło wokół nich czynione jest dla ich dobra.

Z rosnącym mozołem trawię telewizyjne występy polityków i programy gadających głów, gdzie coraz częściej obserwuję zjawisko nazywane przez fachowców od przekazu TV „asynchronem”. Nijak nie zgadza mi się obraz z głosem. Widzę miny poważne, skupione twarze, czoła przeorane bruzdami głębokich propaństwowych myśli i zabronowane zmarszczkami – oznakami troski o polską rację stanu. I równocześnie słyszę oczywiste, ewidentne, niezbite, bezsporne, niezaprzeczalne i prymitywne łgarstwa, jakich wstydziłby się nawet baron Münchhausen, który potrafił sam siebie wyciągnąć z bagna za włosy.

Liczna grupa polityków usiłuje mnie przekonać, że bezczelny zamach PiS na władzę sądowniczą, która przeszkadza tej partii w niezakłóconym panowaniu, ma na celu zwiększenie niezależności sądów i zaowocuje wzmocnieniem konstytucyjnego trójpodziału władzy. Żaden z nich nawet nie mrugnie, wyjaśniając beznamiętnie, że rozsiane po kraju bilbordy, oczerniające polskich sędziów i polski wymiar sprawiedliwości, to element akcji promującej za granicą nasze sukcesy i osiągnięcia.

Widzę uduchowione twarze polityków, ogarnięte płomieniem przenajświętszego oburzenia, ponieważ Jurek Owsiak w rapowanym utworku, który tradycyjnie kończy Przystanek Woodstock, ośmielił się przekazać młodym ludziom przesłanie miłości i przyjaźni, okraszone kilkoma mocnymi słowami. Jednego z tych śmiertelnie oburzonych pamiętam z Klubu Dziennikarzy we Wrocławiu, jak rzucał licznymi ku…ami przy bufecie, bynajmniej nie z zamiarem przesłania miłości i przyjaźni. Innym, dotkniętym nagłym atakiem poprawności językowej, chętnie przypomnę polityków ich własnej formacji, przyłapanych czułym mikrofonem na obrzucaniu sąsiadów niecenzuralnymi wyzwiskami. A polityków, którzy demonstrują szalone przywiązanie do reguł obowiązujących w Kościele katolickim, spytałbym też, dlaczego nie zareagowali, gdy według relacji świadków, podczas ingresu arcybiskupa Jędraszewskiego na metropolitę krakowskiego, abp Sławoj Leszek Głódź miał powiedzieć do jednego z fotografów: – „Spier…laj!”. Dlaczego wtedy nikt nie zaproponował, by siejącym zgorszenie dostojnikiem zajęła się prokuratura i sąd?

Pani premier Szydło z kamienną twarzą zapewnia, że Polska jest państwem o modelowej demokracji, a jedynie wrogie ośrodki i niedouczeni prawnicy z rozmaitych trybunałów międzynarodowych usiłują nadziać nas na widelec – bodaj ten sam, który sprezentowaliśmy Francuzom ucząc ich kultury. Zdaniem pani Szydło – zdaniem wygłoszonym z groźną miną przeciwczołgową – do dzisiaj trzeba uczyć prezydenta Francji, który o polityce nie ma pojęcia, bo i skąd miałby mieć, jeśli nie posiada doświadczenia. Co innego sama pani premier, która o kulturze wie wszystko, bo zawiadywała gminnym ośrodkiem kultury, a doświadczenie polityczne zdobyła, rządząc prowincjonalnym Brzeszczem, nie mówiąc już o dogłębnej wiedzy zdobytej na stanowisku wiceprezesa gminnej Ochotniczej Straży Pożarnej. Tak więc pani Szydło ma prawo z surową miną nieugiętego Katona cenzurować największe postacie światowej polityki. Ma też prawo głoszenia dowolnych bzdur, a także podłych insynuacji o przekupnych opozycjonistach, zwożonych ciupasem na demonstracje antyrządowe. Ma prawo, ponieważ nauczyła się robić to z przekonaniem i namalowaną na obliczu absolutną pewnością siebie, swojej wiedzy, doświadczenia i kwalifikacji. Identyczną ekspresję wyraża twarz ministra Ziobry, kiedy wyrazy unijnej troski o polską demokrację i praworządność przyrównuje do dawnych dyrektyw z Moskwy. Dokładnie tę samą pewność siebie widać na obliczu minister Zalewskiej, przekonującej nas, że w efekcie jej reformy nie tylko żaden nauczyciel nie straci pracy, ale wręcz przybędzie etatów w oświacie.

Świat widział już wielu skundlonych polityków, którzy uwodzili tłumy, brzdąkając na głęboko skrywanych niskich instynktach. Zaskoczeniem jest natomiast zdumiewająco liczny tłum Polaków, którzy wtórują populistom, powielając ich fałszerstwa i kalekie opinie. Psychologowie twierdzą, że kłamstwo poparte autorytetem państwowego stanowiska i głoszone z przekonaniem, z odpowiednią mimiką i butną pewnością siebie, ma wielokrotnie większą siłę przebicia. Może i tak. Ale mam wrażenie, że coraz więcej zwolenników PiS dostrzega krótkie nogi narracji swoich przedstawicieli, a mimo to trwa przy nich, za cenę pokaleczonej godności własnej i zszarganej opinii.

Co się stało tym ludziom? Mam w tej sprawie pewną teoryjkę. Otóż, od pierwszego dnia swych rządów PiS sączy wokół przekonanie, że cokolwiek wyprawia, robi to w imię Suwerena, dla jego dobra. Suweren nie zauważa, że w istocie jego dobra są przez PiS zagarniane. Nie zauważa, bo nie ma świadomości, że demokracja i wolność stanowią jego osobistą własność. Godzi się więc na paskudne metody sprawowania władzy, w przekonaniu, że te środki uświęca cel, czyli on sam. Bo celem PiS-owskiej rewolty jest przecież Suweren. Tak mówi PiS – i tego trzymał się będzie dowartościowany nareszcie wyborca partii władzy.

Niestety, przybywa dowodów, że prawda jest inna. Wyborcy nie są CELEM działań PiS. Jesteśmy tylko ŚRODKIEM utrzymania władzy tej partii. Jesteśmy obiektem jej indoktrynacji, by docelowo wiedzieć to samo, wierzyć w to samo i myśleć tak samo. Jesteśmy przedmiotem zabiegów znanych z historii państw, które bez większego oporu i na własne życzenie stały się autokratyczne, totalitarne lub faszystowskie. W każdym z takich krajów była liczna opozycja, która albo nie mogła uwierzyć w ostateczny upadek demokracji, albo nie potrafiła uzgodnić reguł współpracy, personalnego przywództwa lub metod oporu. W każdym z tych państw byli ludzie, którzy ze strachu lub dla świętego spokoju nie przeciwstawiali się władzy. Ale do upadku demokracji ostatecznie przyczyniali się ci, którym udało się wmówić, że zło wokół nich czynione jest dla ich dobra.

Jak dotrzeć z tą wizją do wyborców PiS? Jak ich przekonać? Co zrobić, by atrakcją turystyczną zdemolowanej Polski nie stały się wysypiska połamanych sumień, składy sczerniałych charakterów i cmentarze poległych nadziei?

PIĘKNE :)) TAK NA NIEDZIELĘ 🙂

SKĄD SIĘ BIORĄ TERRORYŚCI? Z POLSKI

Waldemar Mystkowski pisze o rzecznikach Dudy i Kaczyńskiego.

Pojedynek na gęby rzeczników Dudy i Kaczyńskiego

Po wczorajszym spotkaniu Andrzeja Dudy z Jarosławem Kaczyńskim odbył się pojedynek na miny, na gęby ich rzeczników. Chciałoby się przywołać słynny pojedynek Syfona z Miętusem, ale w tym wypadku mieliśmy tylko natchnionych reprezentantów tego pierwszego.

Przy czym to Kaczyński przybył za potrzebą do Dudy, co zdarzyło się pierwszy raz w historii. Rzecznicy odnieśli się zdawkowo do przeszło dwugodzinnej rozmowy. W tych komunikatach da się jednak odczytać treść rozmowy i wynik.

Beata Mazurek posługuje się zapożyczoną nowomową komuszą: „cel został osiągnięty”, „wspólnie będziemy reformować” i „to już jest sukces”. Czy była przy rozmowach swego szefa i prezydenta? Raczej nie, to typ, który idzie za Kaczyńskim i odpycha tych, którzy chcieliby zadać mu pytanie. Witkacy takie kobiety nazywał kobietonami, wyzute z płciowości i intelektu.

Ale powiedziała jedną rzecz bardzo ważną. Rozmawiano tylko o jednym temacie: o ustawach sądowniczych pisanych w Kancelarii Prezydenta. Zauważmy, że PiS uruchomił kampanię propagandową kosztującą 20 mln zł i promującą treść zawetowanych ustaw. Horrendum, a przy tym jawna korupcja.

Jaka determinacja! To świadczy, że Kaczyński chciał przymusić Dudę do przyjęcia pisowskiej opcji zawartych w zawetowanych ustawach. Czy przez dwie godziny udało mu się?

Więcej usłyszeliśmy od drugiego Syfona, rzecznika Dudy Krzysztofa Łapińskiego. Rozmawiano więcej niż tylko o ustawach sądowniczych, ale to one były w głównym nurcie rozmowy. – „To będą ustawy, które nie będą zawierać tych poprzednich błędów, które prezydent w swoich wetach wskazał i liczy, że te ustawy w czasie procedowania zostaną poparte i uchwalone” – z tego należy sądzić, że Kaczyński nie przekonał Dudy.

To także stanie się tematem rozmowy ze wszystkimi liderami partii parlamentarnych, jakie zostało zadeklarowane przez Kancelarię Prezydenta. Ambiwalentny stosunek mam do stwierdzenia Łapińskiego, że „to będą ustawy, które są zgodne z Konstytucją, nie budzące wątpliwości konstytucyjnych”. Duda ma z tym kłopot, to on głównie łamał Konstytucję, czyżby się nawrócił?

Oczywiście, należy uwzględnić, iż spotkanie to pic na wodę i fotomontaż. Zarówno rzecznicy, jak i rozmówcy pochodzą z jednej parafii świętoszków. Pozostaje mieć nadzieję, że z gęby nie robili cholewy.

CIĘŻKI TYDZIEŃ PRZED NAMI…

SŁOWO OD KAMILA DURCZOKA

Pozdrowienia z Poznania.

>>>

Złodziejstwo w biały dzień.

BEZ ODBIORU…

Możliwe są dziesiątki milionów euro z Funduszu Solidarności na pomoc po . Ale to RZĄD PIS MUSI o te środki wystąpić.

Pół roku po słynnej „wygranej” 1:27.

Obatel Czarnecki znowu orżnął.

Płk rezerwy Adam Mazguła przestrzega.

PiS przygotowuje 700 procesów karnych o charakterze politycznym

PiS przygotowuje 700 procesów karnych o charakterze politycznym.

Dwa lata rządów PiS-u sprawiły, że skala zamachu tej partii na wolność i demokrację w Polsce osiągnęła niewyobrażalny poziom. Ataki płynące z ust liderów partii rządzącej, publiczne oskarżania i ubliżanie, nawet z trybuny sejmowej, to już norma w naszej podłej polityce „dobrej zmiany”.

Interwencje policji w stosunku do pokojowo protestujących ludzi, w czasie gdy wędrują hordy nawołujące do śmierci i wieszania wrogów faszyzmu, są jakimś chichotem z rozumu człowieka.

Pytam więc:

Kiedy ten, kto publiczne ubliża społeczeństwu, będzie pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

Kiedy Brudziński, Błaszczak, Ziobro, Macierewicz i wielu innych zasiądą wreszcie na ławie oskarżonych?

Ciekawe, że opozycja nie obrzuca nikogo obelgami bez powodu, a jeśli nie zgadza się z oponentem – stara się uzasadnić swoje zdanie.

Tymczasem prokuratura i sądy, już coraz bardziej partyjno-faszystowskie, zaczynają wzywać ludzi – tych, których pod byle pozorem spisała policja, a nacjonalistyczny działacz, były już ksiądz, Jacek Mędlar czy Piotr Rybak, który spalił kukłę Żyda, są bezkarni? Media podały, że szef NIK-u jest oskarżony o naruszanie procedur konkursowych przy przyjęciach na stanowiska. HA, HA, HA!!!

PiS nie stosuje żadnych procedur, chyba że za takie uznamy poszukiwanie, na wysokie i dobrze płatne ciepłe posadki, kandydatów spośród rodzin działaczy tej partii, przysłowiowych Misiewiczów.

Nie ma procedur, to i nie ma łamania prawa… Tymczasem skala prawnego nękania opozycji przekroczyła już normy, nieosiągane od czasu stanu wojennego w Polsce. Jak dowiedziałem się ze strony internetowej Obywateli RP, przygotowuje się na razie 700 procesów karnych o charakterze politycznym. Procesy mogą się zacząć, skoro Z. Ziobro wprowadza niezawetowaną ustawę, która, wbrew pozorom, była kluczowa i najważniejsza z punktu widzenia bezprawia PiS-u w stosunku do obywatela. Potem już tylko obozy koncentracyjne i konfiskata mienia. To wszystko przecież historia zna…

I tu mam złą wiadomość dla PiS-u. Nawet, jak zamkniecie w więzieniach i obozach tysiące czy miliony ludzi, to i tak ta zmiana, prędzej czy później, upadnie!

Cała prawda o elektoracie PiSu. 👍

Historia się powtarza.

Pomylony.

Na „swoim” państwowym. Za to będą siedzieć.

Dorn o Szydło: podpinka pod broszkę

Bez względu na to, jak zakończy się spotkanie prezesa PiS z prezydentem, Ludwik Dorn w TVN 24 uznał, że „fakt, że doszło do takiej rozmowy, to i tak niesłychana zmiana”.

Według byłego wicepremiera poprzedniego rządu PiS, jest „wysoce prawdopodobne, że do spotkania doszło z inicjatywy Kaczyńskiego. Posypała mu się cała konstrukcja całego obozu władzy. Ten, kto prosi o rozmowę pokazuje, że jest w trudniejszej sytuacji”.

Dorn przypomniał, że do tej pory to Andrzej Duda jeździł do Jarosława Kaczyńskiego na Żoliborz do prywatnego mieszkania. – „Po raz pierwszy Duda dzisiaj został uznany za prezydenta przez Kaczyńskiego, bez względu na wyniki tego spotkania”.

Gdzie w tej układance jest pozycja Beaty Szydło? Odpowiadając na to pytanie, Dorn posłużył się porównaniem: – „Jak dwóch się siłuje na rękę, to paprotki spadają”. Nie omieszkał też użyć kolejnego określenia premier: podpinka pod broszkę. – „O jej pozycji dobitnie świadczy też wypowiedź rzecznika prezydenta, który wyraźnie powiedział, że zmiany w rządzie Duda będzie uzgadniał z Kaczyńskim” – skonstatował Dorn.

Powstali z kolan, teraz odpoczywają.

„Polska nie była w ruinie za czasów PO” mówi w Mateusz Morawiecki. Odważnie. Przyznać się do kłamstwa.

Waldemar Mystkowski pisze o walce Dudy z Kaczyńskim.

Czy Duda przefasonuje twarz PiS?

Poprzednicy wysilali się, aby trudne reformy uzasadniać poprzez uczestnictwo w debatach i wałkowanie argumentów w mediach. Robiono to lepiej i gorzej, ale jakoś przepychano trudne sprawy, w tym najtrudniejszą reformę w obecnym stuleciu – reformę emerytalną, która to wbrew pozorom nie miała wielkiego oporu społecznego, oprócz pisowskiego populizmu i bojówkarskiego wsparcia związku zawodowego, którym niestety stała się „Solidarność”.

Poprzednie rządy więc po bożemu rozmawiały ze społeczeństwem. Nie miały tego geniuszu pisowskiego, który nic sobie nie robi z rozsądkiem, rozumem, a w prawie chodzi na skróty bezprawne. Nie ma szmalu w partyjnej kasie na autopromocję? Jaki problem, powołujemy fundację pod tromtadracką nazwą Polska Fundacja Narodowa. Ustawą zapewni się dla niej szmal w postaci podatku od spółek państwowych.
Fundacja ma promować Polskę. Każdy z nas raczej myśli, że Polskę promuje się poza Polską, gdzie nie ma Polski. Ale nie mamy geniuszu pisowskiego – oni Polskę promują w Polsce, a dokładnie promują w Polsce PiS. 100 milionów nie w kij dmuchał – taki jest budżet fundacji, której nazwy nie powinno się wymieniać, bo jest zakalcowata.

I proszę. Premier Szydło pobiegła na promocję PiS w Polsce, która została zainaugurowana przez wspomnianą fundację. Na początek promowana jest reforma sądownictwa, która wydawało się, że w tej formie upadła po protestach lipcowych i przejęciu inicjatywy przez prezydenta, w którego kancelarii ustawy są pisane.

Więc o co chodzi? PiS, tj. fundacja, będzie promować to, co znajduje się w tej chwili poza partią rządzącą i bez wiedzy, co ma być zawarte w ustawach? Szydło wygłosiła jakieś przemówienie, ale jak to u niej: wiele słów, które nic nie znaczą. Oczywiście, kampania promocji pisowskich zamiarów to odebranie niezależności sądom (część już odebrano i to zasadniczą, bo Duda nie zawetował jednej ustawy), o to zatem toczy się gra. I to z większą determinacją niż poprzednio. Zatem nie liczy się stanowisko Komisji Europejskiej, która zagroziła sankcjami.

W tym samym czasie Kancelaria Prezydenta publikuje na Twitterze znamienną informację: – „W przyszłym tygodniu przed zakończeniem prac nad ustawami o SN i KRS, Andrzej Duda zaprosi na spotkanie przedstawicieli klubów parlamentarnych” (cytuję bez skrótów typowych dla Twittera). Duda więc chce rozmawiać nie tylko z Kaczyńskim, ale z innymi liderami partyjnymi.

Jedno jest pocieszające – jeżeli można używać takiego pojęcia „pocieszające”, gdy za cokolwiek zabiera się PiS – Duda chce rozszerzyć debatę o partie opozycyjne, a to nie może podobać się Kaczyńskiemu. Prezes PiS z nikim nie debatuje, a jego wysoko postawione marionetki (Duda i Szydło) mają go słuchać i wykonywać polecenia.

Duda tę twarz PiS chce przefasonować. Czy mu się uda? Oto jest dla niego hamletyczne pytanie: być z PiS, czy być z Polską?

Konkurs bzdur.

Prędzej czy później będziecie spieprzać przed narodem – będziecie na pewno!

>>>