KRRiT chce ostrzec media karą dla . I nie mówicie, że nie ma próby ograniczenia wolności mediów.

 

oko.press

Jerzy Sosnowski na portalu koduj24.pl pisze o zasadach walki bez przemocy.

Rozmaite stany – z wojennym włącznie

Tak jak za czasów pierwszej „Solidarności”, pora przypomnieć sobie zasady ruchu BEZ PRZEMOCY.

– „Jesteśmy tak wkurzeni, że nawet jajka nie są odpowiednią emanacją naszego stanu emocjonalnego” – mówi pani Klementyna Suchanow, autorka niedawno wydanej, znakomitej biografii Witolda Gombrowicza, której policja stawia zarzut obrzucenia jajkami limuzyn rządowych. Z wywiadu dla natemat.pl wynika zresztą, że tamtego wieczoru kilka innych osób, przebywających na Krakowskim Przedmieściu, zostało spisanych za „podejrzenie posiadania jaj”. Pomarańczowa Alternatywa wiecznie żywa.

Ale nim o „stanie wkurzenia” napiszę więcej, najpierw wrócę do stanu wojennego, bo kilka dni temu upłynęła 36 rocznica jego ogłoszenia. Pan Prezes z tej okazji znowu przemówił i dołożył kolejną kreskę do prostackiego podziału, który próbuje od dawna rysować w społeczeństwie: mianowicie ci, którzy dziś sprzeciwiają się PiS-owi, to jakoby ludzie, którzy albo lekceważą zło stanu wojennego, albo w ogóle uważają, że generał Jaruzelski 13 grudnia uratował Polskę.

Tak powiedział Pan Prezes, a ja podnoszę rękę i mówię: Panie Prezesie, pan się myli albo celowo wprowadza Pan w błąd swoich słuchaczy. Te dwa podziały nie pokrywają się ze sobą: z pewnością wśród krytyków Pańskich posunięć są ludzie, którzy tak właśnie, życzliwie oceniają stan wojenny, są jednak inni, którzy (jak nie przymierzając ja) Jaruzelskiemu nie wybaczyli i nie zamierzają puścić w niepamięć tamtej decyzji. Wśród Pańskich entuzjastów także bywają jedni i drudzy; może Pan daleko nie szukać, niech Pan weźmie na szczerą rozmowę prokuratora Piotrowicza.

Co do mnie, utrzymujący się w sondażach od wielu lat stosunkowo wysoki poziom aprobaty dla wprowadzenia stanu wojennego dziwi mnie i smuci. W moim środowisku 36 lat temu tę aprobatę uważaliśmy za zdradę w sensie ścisłym – i chyba jedynie naszych rodziców i dziadków, jeśli ją podzielali, byliśmy skłonni nie piętnować, uważając wielkodusznie, że poprawną ocenę wypadków utrudnia im starość (pokolenie naszych rodziców miało wtedy mniej lat, niż ja dzisiaj). Istnieją dwie linie obrony decyzji generała: jedna mówi o zagrożeniu rosyjskim i, o ile mi wiadomo, nie znalazła, jak dotąd, potwierdzenia. Druga, w swoim czasie popularniejsza, mówiła, że ktoś musiał Polakami potrząsnąć tudzież uderzyć pięścią w stół, gdyż zrobił się taki bajzel, że nie przeżylibyśmy nadchodzącej zimy.

Ta druga koncepcja wydaje mi się wyjątkowo przewrotna. Bo to jest tak, jakby ktoś kłócił się z kimś przez półtora roku, chronicznie nie dotrzymywał złożonych mu obietnic, nadużywał cierpliwości partnera – który coraz bardziej rozjuszony, przecież długo zachowywał się zadziwiająco roztropnie, a kiedy wreszcie nie zdzierżył i warknął, prowokujący go od dawna partner rzuca się na niego, krępuje i powiada: „No widzicie, nie dało się z nim dogadać”. W żadnym momencie na szczytach władzy nie było przez 16 miesięcy posierpniowego karnawału szczerego zamiaru porozumienia – i stan wojenny był logiczną konsekwencją strategii komunistów, żeby przeciwników albo zniechęcić do działania (co się nie udało), albo sprowokować do przemocy (co się w gruncie rzeczy też nie udało, gdyż pierwsza „Solidarność” była ruchem nonwiolencyjnym, ale można było udawać, że owszem).

To, co natomiast naprawdę działo się po stronie opozycyjnej przed 13 grudnia – to, co sprawia, że o tamtych szesnastu miesiącach nie przestaję myśleć jako najpiękniejszym okresie swojego życia – polegało na odkryciu, że zgodnie ze słowami pewnej strajkowej piosenki „jesteśmy teraz wreszcie u siebie”. Społeczeństwo polskie uznało, że coś od niego zależy. Że jeśli uważamy, że nasza szkoła, nasza fabryka, nasze biuro, nasza ulica, miasto i kraj wreszcie mogą być urządzone lepiej, to nie ma co się oglądać na władze, tylko trzeba się skrzyknąć i to zrobić. Z uderzającym już wówczas szacunkiem dla myślących inaczej: ostry podział to owoc 13 grudnia, wcześniej, proszę pamiętać, przynależność do PZPR i do „Solidarności” nie musiały się wzajemnie wykluczać, a póki rozmówca nie zaczynał gadać cytatami z przemówień partyjnych bonzów, słuchało się jego argumentów i próbowało znaleźć consensus. Od Sierpnia do 13 grudnia trwała zbiorowa edukacja, której owocem mogło być społeczeństwo obywatelskie w najszlachetniejszym sensie tego słowa.

I to właśnie zniszczył Jaruzelski. Nie pierwszą „Solidarność” jako instytucję, nie mniej lub bardziej dorzeczne gazetki zakładowe ani dziwaczne warunki, w których można było np. organizować jawnie zebrania formalnie nielegalnych organizacji – ale to poczucie, że od nas coś zależy. Wojsko na ulicach dowiodło Polakom, że ludzie, „którzy poczuli, że są teraz wreszcie u siebie” ulegli iluzji. Okazało się, że naga siła wygrywa ze społeczeństwem obywatelskim, a ordynarne kłamstwa, którymi raczył nas Jerzy Urban, a jego śladem spikerzy w mundurach, wystarczą, żeby uzasadnić przemoc na narodzie. Gdyż tak naprawdę nikt w te uzasadnienia nie wierzył, było to rytualne gadanie dla gadania.

Moim zdaniem tego rodzaju traumy – ogromne nadzieje rozbudzone w społeczeństwie, a potem ich błyskawiczne unieważnienie – działają dłużej, niż sięga pamięć jednego pokolenia. W tym sensie późniejsze tłumaczenie sobie, że generał Jaruzelski w gruncie rzeczy miał rację, wprowadzając stan wojenny, opiera się na dość prostym mechanizmie psychologicznym. Bezradna ofiara przypisuje prześladowcy jakieś wartości, by ukryć przed sobą, że uległa prostackiemu gwałtowi. Usprawiedliwienie agresora przynosi ulgę temu, kto agresji uległ. Ceną tego mechanizmu jest porzucenie na zawsze marzeń. Upieram się, że tłumaczy to zarówno niewysoki udział Polaków w wyborach 1989 roku (i wszystkich późniejszych), a także, panie Prezesie, poparcie dla Pana partii. Gdyż fascynacja PiS-em to dziś fascynacja tą samą przemocą, która napędzała nielicznych szczerych chwalców stanu wojennego sprzed lat, połączona z absolutnym odwróceniem nadziei Sierpnia: nie my mamy coś razem zrobić, ale On, Wódz i jego drużyna, zrobi coś dla nas. Załatwi nam fajne życie. A przy okazji da popalić wrogom. Których, nawiasem mówiąc, tak jasno nam wskazuje.

Już słyszę głosy oburzenia, że jako konsument ośmiorniczek (nieprawda, ale co tam) gardzę beneficjentami 500+. Nie gardzę; przypominam tylko, że komuniści z kolei wyciągnęli wielu Polaków z analfabetyzmu (naprawdę), a póki mogli, zapewniali dzieciom przedszkola. Żadna władza totalitarna nie utrzyma się bez spektakularnych działań, pozyskujących część społeczeństwa. Proponuję jednak entuzjastom takich działań przyjrzenie się, co poza tym. A w ostatnim tygodniu widać to akurat bardzo wyraźnie. Mam na myśli kuriozalną karę dla TVN.

Nie twierdzę, że TVN to stacja bez wad, choć w czasach, w których Telewizja Polska SA emituje to, co emituje, zajmowanie się niedostatkami programów TVN przypomina żywo sytuację, w której 24 sierpnia 79 roku rano mieszkaniec Pompejów martwiłby się, że trochę kaszle. Dowcip polega jednak na tym, że chęć uderzenia w media prywatne odebrała wrogom TVN-u rozum: gdyż uzasadnienie kary, czyli słynna już ekspertyza Hanny Karp, jest, mówiąc wprost, groteskowe. Chodzi o to mianowicie, że relacjonując wydarzenia przed Sejmem i w Sali Kolumnowej w grudniu zeszłego roku TVN24 nie komentowało negatywnie, tego, co pokazywała, a eksperci, zaproszeni do studia, wyjaśniali powody oburzenia protestujących. Ludzie z kręgu PiS w obiektywny przekaz nie wierzą, wszystko ma być głupiemu odbiorcy jasno wytłumaczone (vide: paski w Wiadomościach o 19:30 i w TVP Info), a że wszelkie protesty przeciwko władzy mają za działalność przestępczą. Pokazywanie ich bez słów potępienia uznają za zabronioną propagandę.

Generalnie, rzecz jasna, artykuł 18 ustawy o radiofonii i telewizji ma głęboki sens. Zakaz propagowania działań sprzecznych z prawem, dyskryminacji ze względu na rasę, płeć lub narodowość, a także zagrażających zdrowiu, bezpieczeństwu i środowisku naturalnemu, jeśli go potraktować serio, powinien był skutkować licznymi karami dla TVP SA za prezentowanie (bez komentarza lub częściej z komentarzem entuzjastycznym) działań prezydenta, łamiącego Konstytucję, agresywnych zachowań nacjonalistów, wypowiedzi atakujących niewybrednie uczestniczki Czarnego Protestu, by już o decyzjach ministra Szyszki, niewątpliwie zagrażających środowisku naturalnemu, nie wspominając. Natomiast rzeczowe pokazywanie protestujących obywateli nie podpada oczywiście pod zapisy ustawy i w ogóle nie o to w tym chodzi. Jest to natomiast pierwszy tak czytelny sygnał dla nadawców prywatnych: macie być grzeczni, albo pójdziecie z torbami.

Nielicznych moich znajomych, którzy wciąż popierają PiS, a od miesięcy natrząsają się z naszych lęków, że nadchodzi państwo policyjne i zamordyzm, chciałbym zapytać, ile jeszcze dowodów na kierunek przemian zamierzają prześlepić. Natomiast z moimi licznymi znajomymi, którzy, jak ja, uważają Prezesa Kaczyńskiego i jego ludzi za narodową katastrofę, mam do pogadania o czym innym. O „stanie wkurzenia”, tak jasno zdiagnozowanym przez panią Suchanow.

Tak, rzeczywiście nasz stan emocjonalny podpowiada marzenie o niejednej agresywnej formie protestu. Ale o to właśnie chodzi TAMTYM. Gdy czytam o rzucaniu jajkami w limuzynę rządową, nie odczuwam wcale mniejszego zażenowania, niż gdy dowiaduję się, że ktoś podpalił biuro poselskie pani Beaty Kempy. Obecne władze naszego kraju, tak jak komuniści przed 13 grudnia, nie zamierzają szukać żadnego consensusu, tylko chcą nas sprowokować. „Proszę bardzo, jak z takimi ludźmi żyć w jednym kraju, skoro podpalają nasze biura, rzucają czymś w nasze limuzyny i kto zaręczy, że następnym razem będą to tylko jajka? Trudno, musimy dbać o pokój społeczny” – tak będzie brzmiał komentarz do komunikatu o aresztowaniach, o wprowadzeniu cenzury, czy o czymś podobnym.

Dlatego, tak jak za czasów pierwszej „Solidarności”, pora przypomnieć sobie zasady ruchu BEZ PRZEMOCY. Żeby z tamtymi wygrać, musimy najpierw wygrać z własnym „wkurzeniem”, które podpowiada nam działania zarówno przeciwskuteczne, jak, mówiąc najprościej, niemoralne.

Nie jest to może zbyt wysublimowany żart, ale tak właśnie Polskę widzi karykaturzysta z Brukseli. Zastanawiam się tylko, co też mogłoby mu się pomieścić na kciuku?

Waldemar Mystkowski pisze o opozycji.

Schetyna i Lubnauer – spór czy wspólnota demokratów?

Nie podoba mi się ustawienie PiS – antyPiS, bo to tak naprawdę pozycjonuje jedynie PiS – nie tylko językowo. PiS i jakieś anty, które łatwo jest zakwalifikować do antyków. Tak zresztą robili komuniści, antykomunistów nazywali antykami. Niejednokrotnie w PRL-u słyszałem takie określenie ze strony „postępowców” z „demokracji ludowej”.

W tej chwili opozycja może powrócić do podziału, który pijarowcy PiS użyli w 2005 roku – solidarni i liberałowie, a który pozwolił wygrać PiS-owi wybory prezydenckie i parlamentarne.

Dzisiaj aż się prosi, aby sformułować podobną dychotomię. Z jednej strony sytuują się zwolennicy demokracji liberalnej z trójpodziałem władzy, która kontroluje polityków, a naprzeciw stronnicy demokracji fasadowej, koncesjonowanej, dyktatury, prowadzącej do władzy absolutnej, absolutnej korupcji. Jak najprostszy język w komunikacji społecznej pozwoli Polakom zrozumieć zagrożenie ich wolności, którą odbierze dyktatura jednej partii?

A dzisiaj aż mi ręce odpadły, jak antykowi, jak Wenus z Milo. Nie dość, że jednego dnia trzy opozycyjne partie robią sobie spędy, to komunikują się via media, aby jedna drugiej perswadować, że jest lepsza, główniejsza.

Opozycja demokratów, opozycja europejska, demokraci, wolni demokraci – i jak się nazwą Platforma Obywatelska, Nowoczesna i PSL, nie winni używać języka, który ich od siebie oddala, czyni osobnymi, izoluje w tej wojnie cywilizacyjnej, którą obecnie mamy za sprawą PiS.

Mamy do czynienia ze zderzeniem cywilizacyjnym w Polsce – i to na wielu poziomach. PiS będzie się zamykał w swojej tradycyjnej aksjologii, przede wszystkim w swoim tradycyjnym tworzeniu instytucji państwa. Będziemy mieli coraz głębsze zejście w przeszłość, w nacjonalizm i odejście od kapitalizmu otwartego w stronę kapitalizmu państwowego, w gospodarkę narodową. Dlatego po „etapie Szydło”, mamy „etap Morawieckiego”, ten ostatni dojrzał i dorobił się w III Rzeczpospolitej, aby za pomocą „nowoczesnych narzędzi” Power Pointa uszczęśliwiać nas gospodarką narodową” – będzie się przy tym powoływał komparatystycznie na tradycje Niemiec, Japonii i Korei Płd., niewiele z nich rozumiejąc, tylko powierzchnię historycznych zdarzeń.

Dzisiaj zaś taka oto zdarzyła się narracja opozycji. Grzegorz Schetyna zaapelował „do Nowoczesnej przede wszystkim o powołanie jak najszybciej wspólnego prezydium w parlamencie”. Nie dziwię się nowej szefowej Nowoczesnej Katarzynie Lubnauer, iż odpowiedziała, że „nie było dotychczas takiej propozycji” i odrzuciła tę wspólnotę narzuconą z góry.

Kreatywny umysł Schetyny wykoncypował w nocy wspólne prezydium opozycji i chce, aby do niego przystąpiły pozostałe partie opozycyjne. To nie jest polityka, jest to działanie na łapu-capu. Wolę inny idiom retoryczny: „Śniła mi się taka wspólna lista w wyborach, że na jednej polityk naszej partii był na pierwszym miejscu, a na drugiej liście Nowoczesnej. I wiecie Polacy, co? W następstwie tych list, ja Schetyna zostałem wicepremierem, a Lubnauer premierem, dla dobra Polski abdykował Duda, aby niezwłocznie stawić się przed Trybunałem Stanu”.

Kicz? Tak! Ale lepszy niż przemoc retoryczna użyta przez Schetynę. I tak jesteśmy skazani na wspólnotę demokratów – i tak wygramy. Pytanie: kiedy? I czy będzie co zbierać po naszej ojczyźnie, bo fundamentaliści tradycji prowadzą nas na zderzenie przeciw współczesności, przeciw nowoczesności, w przepaść tradycji.

Reklamy

TO POWINNO SIĘ POKAZYWAĆ NA TWITTERZE KAŻDEGO DNIA. Aż do końca ich fatalnej kadencji.

Tamara Olszewska na potalu koduj24.pl pyta.

Opozycjo, co dalej?

Jesteśmy w takiej sytuacji, w której pojęcie „ja” trzeba zamienić na „my” – to nie czas na budowanie swojej pozycji.

Wydaje się, że prezydent jest zdecydowany, by podpisać ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Jak mówił rzecznik Pałacu Prezydenckiego: – „Wszystkie rzeczy, które prezydent uznawał za złe w poprzednich ustawach – nie ma, a te, na których mu zależy – są”. To będzie koniec polskiej demokracji. To wciąż budzi niedowierzanie, szok i najzwyklejszą złość, ale… nie na tym chciałabym się dzisiaj skupić. Biorę swoją „lupę” w ręką i zwracam się w stronę opozycji.

Trochę tych ruchów prodemokratycznych mamy. Jest KOD, Obywatele RP, O.S.A., TAMA, ODnowa, Akcja Demokracja, Ogólnopolski Strajk Kobiet, Czarny Protest, Dziewuchy Dziewuchom, Obywatelska Demokracja i jeszcze inni, którym działania PiS leżą ciężko na wątrobie. Dwoją się i troją, robią kawał dobrej roboty, są wszędzie i zawsze tam, gdzie głos opozycji jest najbardziej słyszalny, a jednak… oddźwięk społeczny pozostawia sporo do życzenia. A jednak manifestacje, marsze, protesty są coraz mniej liczne. 500 osób tu, z tysiąc tam, kilkadziesiąt jeszcze gdzie indziej… Odnoszę wrażenie, jakby cały potencjał oporu obywatelskiego rozmieniał się na drobne. Dlaczego?

Ile organizacji – tyle zaproszeń, by wziąć udział w ich inicjatywach. Nie wiem jak inni, ale ja to już zupełnie się pogubiłam. Różne daty, różne godziny, miejsca, a jeszcze często nakładają się na siebie i bądź tu człowieku mądry. Choćbym nie wiem, jak chciała, nie mam szans, by we wszystkich uczestniczyć. Chwilami odnoszę wrażenie, że właściwie to całe moje obecne życie polegałoby na jeżdżeniu to tu, to tam, pikietowaniu na szybko, bo za chwilę w innym miejscu, inna organizacja organizuje swoją akcję. Litości! Tak się po prostu nie da.

Popatrzmy na wczorajszy dzień, bo to najlepszy przykład tego „rozwarstwienia” opozycji. Warszawa i kilka różnych protestów. Miejsce numer jeden to kładka nad Górnośląską. Uczestnicy zostali spisani przez policję, ale twardo manifestowali dalej, choć o spokojnym przebiegu trudno było mówić. Miejsce numer dwa to to podnóże kładki nad Górnośląską, gdzie protestowała ODnowa. Miejsce numer trzy, czyli tzw. łączka przed Senatem. Tutaj dominowały organizacje kobiece i KOD. Były ogniste przemówienia, spotkania z senatorami. No i miejsce numer 4, gdzie Obywatele RP zablokowali jeden z wjazdów na teren Parlamentu, od strony ulicy Górnośląskiej.

Bogdan Borusewicz prosił uczestników o pozostanie na łączce, Paweł Kasprzak nawoływał do przyłączenia się do nich i… konsternacja. Kogo słuchać? Co robić dalej? Część poszła za głosem lidera Obywateli RP, część została na miejscu, a jeszcze inni poszli do domu. Reakcją policji na próbę zablokowania wjazdu na teren parlamentu było żądanie rozwiązania zgromadzenia przy kładce, czyli tam, gdzie znajdowała się grupa, Bogu Ducha winnej, ODnowy. Oczywiście, protesty trwały nadal, ale tak jakby każdy, w swoim kręgu. Czy tak to powinno wyglądać? O co w tym wszystkim chodzi?

Może to kwestia wizji? Każda z organizacji opozycyjnej ma swoje spojrzenie, jak o tę demokrację walczyć. Jedni są bardziej radykalni, organizują kontrmanifestacje, blokują przejazdy, wchodzą w bezpośredni zatarg z policją. Patrzą nieco z pogardą na tych „spokojniejszych”, śmiejąc się, że jeszcze nikt nie wygrał z władzą, trzymając w ręce kolorowe baloniki, uśmiechając się i rozsiewając wokół siebie aurę pokoju, spokoju i opanowania. Wciąż jeszcze wstrzymują się od bardziej ostrych działań, ale już lecą niewybredne inwektywy i jajka. Za chwilę nie uda się zapanować nad emocjami tłumu i może być niezła jazda, niezła wojenka uliczna. Obym była złym prorokiem, ale historia pokazuje nam, że od słów do bruku to często jeden, malutki krok.

Inni wolą właśnie spokojniej, wciąż wychodząc z założenia, że w państwie „bezprawia” to oni muszą dawać przykład działań zgodnych z prawem, zgodnych z Konstytucją. Prowadzą równolegle sporo działań, mieszczących się w zasadach „pracy organicznej”, w organizowanych przez siebie protestach stawiają na perfekcjonizm, starając się mocno trzymać w ryzach emocje zebranych. Bo trzeba uważnie, ostrożnie, trzeba tak dość zapobiegawczo.

Są również i ci, którzy działają całkowicie spontanicznie. Pojawia się problem, to hop… przyłączają się do grupy protestujących, wyrzucą z siebie wszystko, po czym wracają do domu i dalej funkcjonują z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Do czasu, gdy znowu zdenerwuje ich działanie PiS-u, adrenalina skoczy w górę… i tak na okrągło.

Może to kwestia najzwyklejszej rywalizacji? Bycie liderem to z jednej strony bardzo ciężka praca, ale też stawia człowieka w blasku fleszy. Nagle ktoś z tłumu staje się celebrytą, z którym bratają się politycy, dziennikarze uważnie słuchają, inni go cytują, powołują na jego słowa. Nagle jest ważny, dostrzegalny, zaczyna mieć wpływ na pewne decyzje, pewne przedsięwzięcia, bo przecież mieć po swojej stronie takiego „wypasionego” lidera to dla wielu niezła gratka. Gdzieś ginie pokora, wrażliwość na umiejętną ocenę sytuacji i… jak tu nagle rozmawiać z innymi liderami, w jakiś sposób podporządkować się ogólnym ustaleniom, kiedy „moje jest mojsze i najprawdziwsze”?

Może to kwestia wciąż zbytniej niedojrzałości obywatelskiej? Niby wiemy, o co walczymy z PiS-em, ale czy do końca rozumiemy, na czym ta demokracja polega? To nie tylko trójpodział władzy i przestrzeganie Konstytucji. Tę demokrację musimy mieć w sobie, kierować się nią nie tylko w polityce, ale i relacjach między nami. Trudno jest walczyć o demokrację, jeśli nie umie się słuchać, nie chce się budować kompromisów, twardo trzyma się własnych wizji, ma się przekonanie o swojej nieomylności, głosi się jedyną „najprawdziwszą prawdę”.

W lipcu 2017 roku powstała Koalicja Prodemokratyczna. To już kolejna… Czy uda jej się pogodzić liderów, programy ich organizacji? Czy uda jej się stworzyć zespół, który będzie umiał współpracować i współdziałać? Kiedy patrzę na dzisiejsze ugrupowania, jakoś nie ma we mnie optymizmu. Jeszcze nie teraz, bo wciąż każdy sobie, bo wciąż ważniejsza jest ta wewnętrzna walka o to, kto górą, kto lepszy, komu się bardziej co należy.

Wiem jedno. Podzielona opozycja jest jak miód na serce PiS-u, bo nie stanowi ona właściwie żadnego zagrożenia. Ot, troszkę poszczeka, pokąsa, ale nic więcej. Ciekawe, co musi się jeszcze wydarzyć, by liderzy organizacji opozycyjnych to zrozumieli. By zrozumieli, że jesteśmy w takiej sytuacji, w której pojęcie „ja” trzeba zamienić na „my”. Nie czas na budowanie swojej pozycji. Czas na wspólne działania, czas na Polskę…

Txt:  10 grup interesów w obozie władzy. Coraz silniejsze napięcia. Wszystko trzyma razem tylko i wyłącznie Jarosław Kaczyński.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim w Brukseli.

Morawiecki dał nogę z Brukseli

Wygląda na to, że pierwszy wyjazd za granicę i pierwszy szczyt Unii Europejskiej skończył się klęską dla nowego premiera rządu polskiego Mateusza Morawieckiego. Nominat Jarosława Kaczyńskiego spanikował i kilka godzin przed końcem spotkania przywódców europejskich po prostu uciekł, dał nogę.

Tego jeszcze nie mieliśmy w naszej historii i chyba także pozostali przywódcy europejscy tak się nie zachowali. Z czym do Brukseli pojechał premier Morawiecki? Z buńczucznym nastawieniem prezesa, który go klepnął, aby odkręcał wszystko, co może, co zostało spaprane przez politykę PiS. Przede wszystkim Morawiecki niczego nie może załatwić bez zgody Kaczyńskiego.

Najpierw usłyszeliśmy, jak Morawiecki się napiął, zapowiedział przed spotkaniem z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, że w kontekście deformy polskiego wymiaru sprawiedliwości wytknie mu specyfikę reformy wymiaru sprawiedliwości we Francji po upadku Francji Vichy.

Morawiecki myśli, że na świecie uprawia się politykę wedle syndromu resortowych dzieci, albo poprzez narrację „przez 8 lat Platforma Obywatelska to i tamto”, przez absurdalne kolokwium historyczne. Doszło do spotkania z Macronem w cztery oczy, niczego takiego – oczywista oczywistość – nie powiedział.

Widać teraz, iż Morawiecki dostał tego tchórza po spotkaniu z prezydentem Francji. Dowiedział się, co to jest twarda polityka i jakie standardy demokratyczne obowiązują na Zachodzie. Tym bardziej, że Macron wraz z kanclerz Niemiec Angelą Merkel zapowiedzieli poparcie wniosku o uruchomieniu artykułu 7 unijnego traktatu, czyli dotyczącego sankcji z powodu poważnego zagrożenia dla praworządności w  Polsce.

To zdarzy się po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej. Na takie wody został rzucony Morawiecki, więc nie bądźmy zdziwieni, że zaczął wołać w panice „ratunku!” i uciekł do Warszawy.

Donald Tusk zaproponował Morawieckiemu spotkanie, ale ten nie zareagował. Tusk sformułował bardzo jasno cel takiego spotkania: przekonać „kolegów z Polski, żeby byli bardzo otwarci i gotowi do znalezienia wspólnych, konsensualnych rozwiązań”.

Co jednak Morawiecki może? Niewiele. Prezes Kaczyński nie pozwolił mu się spotkać z Tuskiem. Ucieczka Morawieckiego przez korespondentów z Brukseli najpierw była interpretowana, że premier pobieżył na wigilię partyjną. Co zdaje się było wielce ironiczną metaforą imposybilizmu Morawieckiego.

Dopiero po kilku godzinach wydany został komunikat służb prasowych PiS, iż Morawiecki ma w Warszawie uzyskać dostęp do „bardzo pilnych, tajnych dokumentów”. Jakby tych papierów nie można było poznać w ambasadzie, która do takich nagłych zdarzeń jest przygotowana.

Morawiecki niewiele może, jest bezsilny, miał okazję przekonać się, jak Polska została zdegradowana, do czego doprowadziła polityka PiS. Uciekł z Brukseli prosto w warszawskie ramiona Kaczyńskiego.

Koniec demokracji. Tylko Duda postawi parafę pod właśnie przyjętą w Senacie ustawę o KRS. Witajcie rodacy w dyktaturze!

Pisarka Krystyna Kofta na portalu koduj24.pl zwraca się do Morawieckiego.

Kilka pytań do pana premiera Mateusza Morawieckiego

Trzeba bronić ofiar – nie wolno stawać po stronie katów.

Panie Premierze, czy to co mówił Pan w expose o kobietach, o ich obronie przed przemocą było poważne? Czy jest wiążące? Pytam, ponieważ 2 lata był Pan wicepremierem w rządzie, którego ministrowie odbierali kobietom ich prawa, a najsłabszym, tym krzywdzonym, oraz ich dzieciom zabrali dotacje przyznane ośrodkom, w których katowane matki z dziećmi mogły się schronić. Pana poprzedniczka, premier – kobieta, Beata Szydło nie stanęła w ich obronie! Przeciwnie, poparła te nieludzkie dyspozycje ministra Ziobry. Być może zajmował się Pan wówczas innymi sprawami i to do Pana nie dotarło.

Czy Pana, jako logicznie myślącego człowieka, przekonuje argument ministra o odebraniu dotacji, z tego powodu, że Fundacja dyskryminuje mężczyzn? Przypominam, że Fundacja powstała właśnie w celu niesienia pomocy kobietom, bo przemoc wobec mężczyzn w rodzinie to nikły procent w porównaniu z tą stosowaną wobec kobiet i dzieci.

Czy argument ministra, nomen omen sprawiedliwości, nie przypomina Panu argumentu człowieka, który zamordował rodziców, a w ostatnim słowie prosi sąd o łagodny wymiar kary – bo jest sierotą?

Czy Zbigniew Ziobro – jedynowładca i właściciel prawa w Polsce, które wykorzystuje do walki z lekarzem swojego ojca (mimo dwóch wyroków uniewinniających doktora), który niszczy polską kardiologię (od 11 lat lekarze poddawani są presji, komisje, przesłuchania itd.), tak jak kilka lat temu niszczył transplantologię, jest odpowiednią osobą na stanowisku ministra sprawiedliwości w pańskim rządzie? Czy Pan wie, że ten minister zabrał dotacje na telefon zaufania dla ofiar przemocy, który teraz funkcjonuje z datków społecznych?

Zdumiała mnie pańska wypowiedź, że w zmianach prawa poszedłby Pan jeszcze dalej! Dokąd to chciałby Pan dojść z ministrem Ziobro? Czy ten pluton egzekucyjny stojący naprzeciw sędziwego profesora Strzembosza i wielu innych wybitnych prawników, strzelający do nich z armat nienawiści, pomówień, obelg ma pogodzić Polaków, o czym Pan mówił w expose? Zaraz po Panu wystąpił wicemarszałek, nazywając protestujących przeciw bezprawiu „lumpami”. Tak partia traktuje Pana chęć pogodzenia narodowego. Mówi się o pańskim patriotycznym wychowaniu, o ojcu, który ma piękną kartę opozycyjną. Pan także doświadczył ubeckich metod, bicia, pozbawiania godności, ograniczania praw człowieka. Myślę, że wspominając niełatwą historię zrozumie Pan, że trzeba bronić ofiar, a nie wolno stawać po stronie katów.

JEDNYM KRÓTKIM KOMENTARZEM KOMPLETNIE ZAORAŁ PIS-OWSKIE KŁAMSTWO. – MISTRZ !!!!

Prof. Marcin Matczak (Uniwersytet Warszawski) był gościem programu „Kropka nad i”. Najważniejsze wypowiedzi.

Waldemar Mystkowski pisze też o Morawieckim.

Morawiecki jest rodem z Mrożka

Mateusz Morawiecki rozpoczął ocieplanie wizerunku Polski rządzonej przez PiS od publikacji wstępniaka (tzw. op-ed) w amerykańskim konserwatywnym „The Washington Examiner”. Nowy premier tłumaczy, iż niedawny Marsz Niepodległości nie miał cech politycznych, był pokojowy, a jedynie margines, „mała grupa antysemickich i rasistowskich ekstremistów przyciągnęła uwagę mediów”.

Niejako usprawiedliwia ojca Kornela, który uczestniczył w marszu, ale nie w „małej grupce”.
Najważniejsze w tym artykule jest tłumaczenie dotyczące odebrania sądom niezależności, które wg Morawieckiego były siedliskiem „korupcji i nepotyzmu”. Niedawno promowano Polskę w akcji „Wolne Sądy” przez Polską Fundację Narodową, w której za kilkanaście milionów przedstawiono „korupcję i nepotyzm” sędziów poprzez przykład jakiegoś emerytowanego sędziego, który ukradł pęto kiełbasy za 5 zł.

Morawiecki tę „korupcję za 5 zł” kontynuuje w takiej oto wykładni: – „Przez cały rok zmagaliśmy się z szeroko zakrojonym niezrozumieniem naszych planów zreformowania źle działającego wymiaru sprawiedliwości. Czas, byśmy lepiej wytłumaczyli, co robimy, ponieważ działamy w dobrej sprawie”.
Niezależność sądów odebrana w imię kontroli społecznej, tj. partyjnej: – „Żaden demokratyczny naród nie może na dłuższą metę zaakceptować jednej z władz, która jest niezależna od systemu kontroli i równowagi, i od odpowiedzialności wobec społeczeństwa”.

Morawiecki oczywiście obraża inteligencję, bo co to znaczy „naród demokratyczny”, któremu odebrano niezależność sądów i cedowano ją w ręce partyjnych kolegów? No i owa „odpowiedzialność wobec społeczeństwa”, o której będzie rozstrzygał niezbyt lotny magister prawa Zbigniew Ziobro.

Morawiecki to bohater Mrożkowski, który do Barei ma się tak, iż jest z nieco wyższej półki paranoi. W jego artykule nic nie trzyma się politycznej kupy, tj. całości, acz trzyma się pisowskiego utrzymania stanu posiadania.

Po to został powołany Morawiecki na stanowisko premiera. Beata Szydło robiła jako koza, została wyprowadzona, niby ma być mniej smrodu. Czy świat i Europa to kupią? Na krótką metę – tak, ale nie na dłużej, bo zaczną wyłazić wszystkimi szwami autokratyczne pakuły i breja retoryczna, jaką zaprezentował Morawiecki w piśmie waszyngtońskim.

Sławomir Sierakowski uważa, iż Morawiecki ma za zadanie przyciągnąć do PiS wyborców centrum i tymczasem mamić Zachód. Można to robić przez kilka lat, aż nas wyplują, bo PiS jest z zupełnie innej gliny niż standardy zachodnie – jest z gliny wschodniej.

Co na to polskie społeczeństwo obywatelskie, opozycja polityczna? Czy zgadzamy się na wyższy poziom paranoi, który opisał niechcący Morawiecki w „The Washington Examiner”? Wystarczająco się naśmiałem z opisywanej przez Mrożka Polski w PRL-u, abym po 1989 roku powracał do lektury tego wybitnego pisarza.

Nie jest moją winą, że Morawiecki jest intelektualnie neptkiem, który zna języki obce i był prezesem dużego banku. Polacy mimo marnej klasy politycznej nie zasługują na degradujących ich polityków. Witam zatem rodaków na wyższym poziomie paranoi – przechodzimy z Barei na stopień inteligenckiego Mrożka. Obowiązuje śmiech subtelniejszy, ale to ciągle śmiejemy się z samych siebie, którzy daliśmy się nabrać takim neptkom, jak Morawiecki.

w obronie zgromadził dziesiątki tysięcy ludzi w całej Polsce! 💪✌️ PiS znów usłyszał od Polaków: MAM PRAWO DO NIEZALEŻNEGO SĄDOWNICTWA❗️

TO ZDJĘCIE POWINNO TRAFIĆ DO PODRĘCZNIKÓW :)))

TAK POWINIEN ZACHOWAĆ SIĘ KAŻDY POSEŁ. wczoraj nalewał gorącą herbatę protestującym pod sejmem. Ale Ci z PiSu inaczej myślą o marznących ludziach. Wysłali na nich armię policji i wozy opancerzone. SZACUNEK DLA BARTOSZA. Warto być przyzwoitym :)) SUPER FOTO:

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia pisze o porażce PiS w kwestii ordynacji wyborczej, która szyli na swoje kopyto, aby nie przegrać wyborów.

Kapitulacja posłów Prawa i Sprawiedliwości. Wycofują się z kontrowersyjnych zmian

Po raz kolejny okazuje się, że presja społeczna ma sens, tym bardziej poparta szeregiem merytorycznych uwag ze strony szefa Państwowej Komisji Wyborczej. W sprawie zaproponowanych niedawno zmian w ordynacji wyborczej posłowie Prawa i Sprawiedliwości robią krok w tył i wycofują się z części kontrowersyjnych rozwiązań. Jak poinformował na zorganizowanym w Sejmie briefingu, poseł Marcin Horała, podczas drugiego czytania ustawy w Sejmie klub PiS zgłosi szereg poprawek, uwzględniających 14 z 18 uwag PKW, uwzględni kilka poprawek opozycji,  a z kilku własnych poprawek się wycofa.

– Projekt, który dotyczy prawa wyborczego powinien powstawać w atmosferze współpracy i kompromisu (…) Zaproponujemy pozostawienie jednomandatowych okręgów wyborczych w małych gminach – poinformował poseł Horała.

Na briefingu wystąpił też poseł Łukasz Schreiber, który poinformował, że kolejną poprawką w projekcie ustawy o prawie wyborczym będzie liczba komisarzy – ich liczba zostanie zmniejszona do 100. Kolejną poprawką będzie wielkość okręgów wyborczych – pozostaną one bez zmian. Ponadto kadencja samorządów zostanie wydłużona do 5 lat.

Zapowiedziano także wycofanie poprawki, która pozwalałaby na kandydowanie w wyborach osobom zamieszkałych nie tylko na terenie danej gminy a na terenie województwa. Posłowie PiS podkreślają swoją dobrą wolę i chęć współpracy. Ich zdaniem przyjmowanie przepisów dotyczących organizacji wyborów powinien zostać przeprowadzony przez Sejm z ponadpartyjną zgodą. Okazuje się jednak, że będzie o nią niezwykle trudno.

Mimo wycofania się z najbardziej kontrowersyjnych zmian, posłowie opozycji uważają, że ustawa nadal pozostaje bublem prawnym, zorientowanym przede wszystkim na wzmocnienie wyborczych szans Prawa i Sprawiedliwości oraz upolitycznienie procesu wyborczego. Platforma Obywatelska i Nowoczesna złożyły wniosek o odrzucenie ustawy w całości, z kolei posłowie klubu Kukiz’15 zauważyli, że w związku z blisko 80 poprawkami do ustawy, dotychczasowa treść ustawy się dezaktualizuje, co jest dowodem niebywałego niechlujstwa legislacyjnego.

Co więcej, mimo zapowiedzianych zmian PiS nie rezygnuje z pozbawienia osób niepełnosprawnych prawa do oddania głosu, zmiany systemu sędziowskiego na parlamentarny czy absurdalnego uznawania głosów podwójnie skreślonych jako ważnychW Sejmie trwają zatem dalsze prace, a posiedzenie specjalnej komisji zajmującej się projektem ordynacji wyborczej zapowiada się bardzo burzliwie.

Ciekawostka Kaczyńskiego.

PRZYPOMINAMY I BĘDZIEMY PRZYPOMINAĆ

Waldemar Mystkowski jeszcze raz pisze o Morawieckim.

Morawiecki z tajną klauzulą

.

W klauzuli może być zapisane, że premier nie jest odpowiedzialny za skład rządu.

Premierem Mateusz Morawiecki został w klasycznym stylu przejmowania banków, przedsiębiorstw odnotowywanych na giełdzie. Z całym inwentarzem ludzkim i klauzulą (pakt), której treści nie znamy, a możemy się domyślać.

Tę klauzulę niejako ujawnił między expose a wotum zaufania właściciel PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie w „Gościu Wiadomości TVP”: – „Wchodziłbym tutaj w rolę premiera, którym nie jestem, gdybym chciał wymieniać jakieś nazwiska [ministrów do wymiany – przyp. mój]. Wydaje mi się, że zmiany będą dosyć głębokie” – powiedział prezes Kaczyński.

I to jest ten problem. W klauzuli może być zapisane, że premier nie jest odpowiedzialny za skład rządu, bo ten ustalany jest wspólnie z właścicielem, albo właściciel ustala sam. Czy do klauzuli jest dołączona mapka ław rządowych w Sejmie, która ustala linię demarkacyjną? Do Piotra Glińskiego twoje, a moje od Antoniego Macierewicza? Ponadto premier bierze na siebie agresywne wyrzucenie z rządu Macierewicza, gdy faktycznie pozbywa się go właściciel PiS.

Czy kiedyś wycieknie treść klauzuli? Pewnie tak, bo prezes PiS to chwalipięta własnego geniuszu i w kolejnym tomie autobiografii nasmaruje, jak upokorzył Morawieckiego.

Wywiad Kaczyńskiego dla TVP upokorzył Morawieckiego. Co to za premier, który nie decyduje o składzie swego gabinetu dzisiaj ani tym bardziej w przyszłości? Upokarzany był świadomy, że zostanie upokorzony. Już zresztą ten chrzest upokorzenia wcześniej przeszedł (choćby w imperium medialnym Rydzyka, gdzie wziął na siebie krzyż rechrystianizacji Europy). Upokarzany wie, że w przyszłości dostąpi łaski upokorzenia i nadstawi drugi policzek.

Taka jest psychologia wyższych sfer, psychologia feudalna. Król tłucze delfina, dopóki siedzi na tronie, a gdy delfin ten tron usunie mu spod siedzenia i odetchnie po latach upokarzania, to się odwinie tak, że były król przypomni sobie dzieciństwo, co w wypadku Kaczyńskiego może być wymarzonym sentymentem. Upokarzany dzisiaj może swemu dręczycielowi nie podać szklanki wody na śmiertelnym łożu: „Wyschła w kranie” – wykręcić się od pomocy bliźniemu.

Morawiecki będzie słabszym premierem niż Beata Szydło. Nie ma żadnego zaplecza politycznego w królestwie PiS, a klauzula (ustna, pisemna, jakakolwiek) to za słabe zaczepienie w politycznej realności, to fatamorgana. Dość zgodnym głosem komentatorów, po wygłoszeniu expose Morawiecki został porównany do Gierka (wszystkim należy się po uważaniu, wszystko będzie).

Inna rzecz mnie trzepnęła. Dziwne, że facet dwa lata był wicepremierem i nie znałem jego głosu, jakim operuje tembrem i jaką mimikę podkłada pod swoje przekonania i wywody retoryczne. Marnie wypadł Morawiecki jako aktor sceny politycznej. To amator, któremu brak talentu (charyzmy). Czy ambicje zastąpią mu talent? To jeszcze jeden przyczynek do tego, że można oczekiwać najgorszego po takim beztalenciu.

Klauzula jest taką niewidzialną metką, która nosi na sobie Morawiecki (nawet jeżeli ubierze się w garnitur od Armaniego albo patriotycznie z Vistuli). Na niej jest cena: na ile jest sprzedajny.

SKANDALICZNA ODPOWIEDŹ KACZYŃSKIEGO !!!!!!!!!! NO TO TERAZ USA BĘDĄ MIAŁY PROBLEM. Nadprezes w swoim stylu podsumował amerykańską interwencję w sprawie TVN !!! PRZECZYTAJCIE. Tak jeszcze chyba nikt Trumpowi nie odpyskował…

Poważne oskarżenia pod adresem Morawieckiego. Kierowany przez niego bank pośredniczył w próbie przejęcia polskiej spółki przez Rosjan?

Szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Sławomir Neumann zarzucił premierowi, że kierowany przez niego bank pośredniczył w próbie przejęcia spółki Skarbu Państwa przez Rosjan.

– To kariera od bankstera do premiera – mówił o Morawieckim Neumann. Kilkukrotnie w trakcie swojego przemówienia zarzucał premierowi, iż rząd, którym Morawiecki dopiero zaczyna kierować, „prowadzi prorosyjską politykę”. – Zbyt dużo osób mówiących po rosyjsku jest blisko pana ministrów – dodał. Kilka minut później okazało się, że te przytyki były jedynie wstępem do wytoczenia cięższych dział.

– Przedstawia się pan, jako patriota gospodarczy. Mówił pan o polskich czempionach, a ten patriotyzm nie przeszkadzał panu, by bank, którym pan kierował, a dokładnie dom maklerski tego banku, pośredniczył w próbie przejęcie Azotów Tarnów przez rosyjską spółkę Acron. Taki patriota. Boli? Miało boleć – mówił Neumann. Zarzut jest wyjątkowo poważny, ponieważ walka o utrzymanie Azotów pod kontrolą Skarbu Państwa była jednym z najgorętszych tematów latem 2012 r.

Internet potwierdza

Szybkie przeszukanie archiwów pokazało, że Neumann miał podstawy do rzucenia oskarżenia. „Rosyjska spółka Acron kupiła w wezwaniu 7 mln 715 tys. 131 akcji Zakładów Azotowych Tarnów – podał Dom Maklerski BZ WBK w lipcu 2012 r., który pośredniczył w wezwaniu. „Walory te stanowią 12,03 proc. wszystkich akcji spółki” – brzmi depesza PAP z 19 lipca, opublikowana na kilkunastu portalach biznesowych. Spółka ostatecznie nie trafiła w ręce Rosjan.

Co więcej, z informacji zdobytych przez money.pl wynika, że Rosjanie przy próbie przejęcia Azotów nie tylko korzystali z usług Domu Maklerskiego BZ WBK, ale także mieli otwarte możliwości finansowania transakcji z kredytu w tym banku.

O zarzuty pod adresem premiera zapytaliśmy jego otoczenie, jednak nie otrzymaliśmy dotychczas odpowiedzi.

Neumann przypomniał także, że Morawiecki „zachęcał do sprzedaży państwowego Ciechu prywatnym inwestorom”. – Kierowany przez pana bank, sfinansował tę transakcję (…) Tylko przypomnę, że prokuratura bada wątek prywatyzacji Ciech… – dodał polityk PO.

(money.pl)

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Morawiecki potrzebny do stworzenia ładu oligarchiczno-klientystycznego

Do Ludwika Dorna mam stosunek intelektualny od dawna unormowany, nie powoduje u mnie jakichś głębszych refleksji, bądź nagłych olśnień, że tego czy owego nie zauważyłem, a onże mi niejasności rozświetlił. Zauważam jednak bezsiłę dziennikarzy w stosunku jasnego wytłumaczenia, dlaczego desygnowany został Mateusz Morawiecki do pełnienia funkcji premiera rządu polskiego.

Desygnowany – rzecz jasna – przez Jarosława Kaczyńskiego, a nie przez czerstwe intelektualnie i emocjonalnie ciało PiS o nazwie Komitet Polityczny, czy nawet prezydenta Andrzeja Dudę. Beata Szydło zostałaby wykopana wcześniej, gdyby nie nagłe protesty społeczeństwa obywatelskiego w lipcu, a wraz z nimi zaplecze Andrzeja Dudy dojrzało dla siebie możliwości emancypacyjne. A że to towarzystwo gorszej kategorii intelektualnej nawet w PiS, zostało szybko sprowadzone do swego poziomu przez prezesa Kaczyńskiego. Duda zaś z marnymi możliwościami utemperowany, więc Kaczyński mógł przystąpić do realizacji swego scenariusza budowania trwałych zrębów władzy.

Jak one mają wyglądać, pisze o tym Dorn dla „Magazynu TVN 24”. Pomijam kwestię, dlaczego „żałosna, śmieszna i groteskowa” Szydło musiała odejść, a Kaczyński nie sięgnął po premiera dla siebie. Otóż prezes PiS nie ma żadnego fachowego zaplecza gospodarczego (innego też, ale te inności go nie za bardzo obchodzą), zawsze korzystał z kadr III RP, w latach 2005-07 była to Zyta Gilowska, teraz członek Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku – Morawiecki.

Ponadto III RP szczęśliwie uniknęła zbudowania ładu klienstyczno-oligarchiczego – owego układu – jaki nie ominął krajów naszego regionu, tj. te, które wchodziły do Unii Europejskiej w XXI wieku.

Oligarchia więc funkcjonuje wszędzie w Mitteleuropie, tylko nie w Polsce. Oligarchia zaś zapewnia władzę, bo to ona tworzy rzeczywiste struktury władzy, zaś struktury partyjne są wobec niej służebne, wtórne, politycy są „figurantami politycznymi”.

Oligarchowie tworzą „adopcyjną rodzinę polityczną”, kreując dla aparatu partyjnego synekury, asymilując ich z rozbudzonymi potrzebami finansowymi. Taką operację przeprowadził na Węgrzech Viktor Orban, a Kaczyński falsyfikuje tylko drogę węgierską do dyktatury.

Orban skupił w swoich rękach pełnię władzy. To jeszcze przed Kaczyńskim, wszak sądy nie zostały całkowicie podporządkowane jego woli, a media są w większości nie „zrepolonizowane”. Zadanie przerastało „żałosną, śmieszną i groteskową” Szydło. Jedyny człowiek, który do tej operacji adopcyjnej do tworzenia ładu oligarchiczno-klientystycznego się nadaje to Morawiecki, najbogatszy premier po 1989 roku

Kaczyński procedury adopcyjne przećwiczył poprzez przyswojenie aparatu represji PRL-u, przysposabiał je prokurator stanu wojennego Stanisław Piotrowicz. Przyszedł czas na coś zdecydowanie głębszego – gospodarkę – i zarządzanie nią trwale przez oligarchów. Tak stało się na falsyfikowanych przez Kaczyńskiego Węgrzech, tak jest na Słowacji i w Czechach, gdzie po władzę sięgnął najbogatszy Czech.

Morawiecki będzie tworzył układ, który zapewni PiS władzę na trwałe. Ten rodzaj ustroju i ładu kapitalistycznego jest tworzony w Polsce. Trudny do przewrócenia przez opozycję polityczną i obywatelską, gdyż te będą minimalizowane przez państwo PiS. Ów ład został w skrajnej postaci przećwiczony na Ukrainie Janukowycza, a obecnie odradza się w innej modyfikacji personalnej za sprawą Poroszenki.

„Polska słynie z szacunku dla kobiet”

Rząd Morawieckiego może wpaść w ręce Kremla

Skład nowego rządu Mateusza Morawieckiego jest toczka w toczkę składem Beaty Szydło. Po co więc został wymieniony kapitan zespołu? Nikt o to nie spyta trenera Jarosława Kaczyńskiego, bo kto chciałby usłyszeć, że jest kanalią, mordą zdradziecką?

Poprzedni rząd przyczynił się do spadków w każdym możliwym rankingu. „Sukcesy” tego rządu znakomicie opisuje wynik 1:27, który powinien zostać wpisany do Księgi Guinnessa.

Morawiecki może się tylko cieszyć, że nie „poprawi” wyniku, gdyż Unia Europejska nie ma w planach przyjęcia nowych członków. Może nas czekać najwyżej wypadnięcie z członkostwa.

Ministrowie rządu Beaty Szydło z nowym kapitanem Morawieckim przysięgali na Konstytucję z imieniem Boga na ustach. Konstytucja była złamana wielokroć, tym samym Bóg został tak samo potraktowany. Nie jest to jeszcze ukrzyżowanie, ale umycie rąk od odpowiedzialności. PiS wyznaje zatem wiarę w ułomnego Boga. Ten rząd Golgotę ma przed sobą.

Najgorszy trener w historii prezes Kaczyński zdegradował reprezentację do pośledniej ligi – klasy B. Z takimi zawodnikami – Macierewiczem, Waszczykowskim, Szyszką – nie można oczekiwać powrotu do wyższej klasy rozgrywek. A nie ma już gdzie spaść, chyba że w ręce Kremla. W Moskwie zresztą już piszą, że Polska zawiodła się na Zachodzie.

Ciemny lud może tylko zaśpiewać starą śpiewkę: „Polacy, nic się nie stało…”.

ZAPYTAMY KRÓTKO, KTO JEST ZA?

Ubu Król jako niemal geniusz i swojskie „grrówno”

Zaprzysiężenie nowego rządu, który to rząd nazywam „wice”, ma się odbyć w symbolicznej nocy dla Polaków. W nocy na długie lata pozostawiającej cień na Polsce i naszych biografiach, w nocy jako negatywny, ciemny symbol – bo to wówczas wprowadzono stan wojenny, kolbami karabinów walono w drzwi mieszkań opozycjonistów, aby ich internować – z 12 na 13 grudnia.

Groteska? Oczywiście, rekonstrukcja rządu wszak polega na „wice” – wicepremier został premierem, a premier wicepremierem. Typowa roszada, do której Kaczyńskiemu potrzebne były dwa miesiące zapowiadania humbugu. Zaiste, ma refleks szachisty.

W tym czasie rozwalony został trójpodział władzy i zabrano się za wolność słowa, bo tym jest kara 1,5 mln zł nałożona na TVN za relację z ubiegłorocznych grudniowych protestów przed Sejmem.
Czekam aż opozycja parlamentarna się ocknie i reaktywuje rozgłośnię polską Radia Wolna Europa. Należy Kaczyńskiego uprzedzać, ogłosić, kto będzie naczelnym RWE, bo PiS ma już wcielenie swojego szpiega Andrzeja Czechowicza – Cezarego Gmyza.

Bez mydła dają się wyślizgać publicyści – wydawałoby się w miarę normalni  – jak niegdyś związany z „Wyborczą” Grzegorz Sroczyński, który ogłasza „niemal geniusz” Kaczyńskiego, bo ten wicepremiera zrobił premierem. Sroczyński nadto poskrobał w tę pozłotkę o fakturze tombaku i dojrzał, że w ten sposób „Naczelnik” namaścił swojego następcę, zaś sam wycofuje się do Sulejówka położonego w dzielnicy Żoliborz.

Andrzej Duda znamiennie potknął się na swojej retoryce godnej Kononowicza, gdy desygnował Morawieckiego, iż „ktoś może powiedzieć: nic się nie zmieniło”. Zmieniło się wiele, demokrację zamieniono na dyktaturę, na wolność słowa nakładany jest kaganiec cenzury. Siedziba owego cenzora z ulicy Mysiej została przeniesiona do Torunia, a delfin Kaczyńskiego będzie rechrystianizował Europę, uda się na do Brukseli jako krzyżowiec.

Dzieje się to w Polsce, w kraju Ubu Króla, czyli już niedługo Nigdzie. Do tego sprowadzono nasze znaczenie przez tego „niemal geniusza”. Wokół niesie się swojskie „grrówno”: kanalie, mordy zdradzieckie.

DO TOWARZYSZKI KARP – Tomasz Lis

Rekonstrukcja rządu w gruncie rzeczy objęła wyłącznie Beatę Szydło, która została zdegradowana do roli wicepremiera od wszystkiego a więc i od niczego. W tym samym czasie, gdy uwaga niemal wszystkich mediów skupiona była na wydarzeniach z Pałacu Prezydenckiego, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji odpaliła prawdziwą bombę, która zwiastuje ostateczne wprowadzenie węgierskiego scenariusza w polskiej rzeczywistości.

NO TO SIĘ ZACZĘŁO !!!!!!!!!!!! Zamiast ustawy repolonizacyjnej, postanowili inaczej zniszczyć wolne media. Za zbyt dokładne pokazywanie antyrządowych protestów TVN 24 dostała najwyższą polityczną karę w historii. RT !!!!!! I lajk dla

Organ ten, całkowicie ubezwłasnowolniony dziś na rzecz partyjnej Rady Mediów Narodowych postanowił najwyraźniej wrzucić poważną kłodę pod nogi nowego premiera, na dzień dobry fundując mu międzynarodową awanturę na polu wolności mediów. Okazało się bowiem, że KRRiTv postanowiła nałożyć 1,5 mln kary na TVN 24 za rzekome łamanie ustawy o radiofonii i telewizji poprzez „propagowanie działań sprzecznych z prawem i sprzyjanie zachowaniom zagrażającym bezpieczeństwu”. Sprawa dotyczy relacjonowania wydarzeń z grudnia zeszłego roku, kiedy to amerykańska stacja transmitowała wydarzenia z polskiego Sejmu, gdy partie opozycyjne blokowały salę plenarną Sejmu poprzez okupowanie mównicy. Okazuje się, że zdaniem KRRiTv jedyną właściwą interpretacją tych działań było nazywanie tych wydarzeń „próbą puczu”, jaką propagowała telewizja publiczna. Sprawę na swoim profilu na Facebook’u skomentował już Bartosz Węglarczyk, wieloletni pracownik tej stacji a obecnie dyrektor programowy portalu Onet.pl. Zwrócił on uwagę, że takie działanie to próba zastraszenia mediów i cenzurowania przekazów, jakie media niezależne od władzy transmitują. Do żywego przypomina to działania Viktora Orbana, który również w celu unieszkodliwienia mediów z obozem rządowym niezwiązanych zasypywał niepokorne media absurdalnymi karami finansowymi.

Czy za takiego Gościa (Frasyniuka) Rydzyk da TVN-owi drugą karę?

Oto prosta metoda, jaką obecna władza wprowadzi w Polsce cenzurę. Repolonizacja mediów, choć dla władzy pazernej na kontrolę informacji bardzo przydatna, nie jest potrzebna.

Wystarczy tylko zacząć zarzucać media grzywnami. KRRiTV właśnie nałożyła prawie 1,5 mln zł grzywny na TVN24 za relacjonowanie wydarzeń w Sejmie rok temu podczas tzw. blokady mównicy.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji uzasadnia tę karę tak: „Stacja relacjonując wydarzenia w Sejmie i pod Sejmem w dniach 1

See more

Rydzyk stał się właśnie drugim obok Kaczyńskiego, symbolem NIENAWIŚCI I ZEMSTY. Polacy nie zgodzą się, aby cenzurował nam telewizję!!!

Sprawa z pewnością wywoła błyskawiczną reakcję szeregu organizacji międzynarodowych, zwłaszcza tych dbających o wolność mediów na świecie. Niewątpliwie też jeszcze bardziej zaostrzy już niezwykle gorący spór z Komisją Europejską. Może się wobec tego okazać, że wymiana jednej pacynki na czele rządu na inną, tyle że ubraną w bardziej elegancji garnitur niewiele zmieni i wizerunek Polski za granicą tylko jeszcze bardziej się pogorszy. Dodatkowo, kara nałożona na TVN 24 może wręcz odnieść skutek odwrotny od zamierzonego, konsolidując redakcje wciąż niezależnych od rządu mediów i dodatkowo wzmacniając przekaz ukaranej stacji, jako tej, która w rozumieniu władzy najbardziej dotkliwie obnaża jej perfidne manipulacje.

PROSIMY O WIĘCEJ TAKICH KOSZULEK W TELEWIZJI :))) ZWŁASZCZA NA ŻYWO! Brawa dla !!!!!!!!!!!!!!!!

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o „reformach” Morawieckiego.

Łelkam tu de fjuczer!

Mateusz Morawiecki będzie Europie mydlił oczy rzeczywistymi i fikcyjnymi reformami.

Z rwącego potoku nadętych słów, które próbują uzasadnić równoczesną zmianę premiera i ustroju państwa, wyłowiłem liczne zwroty marynistyczne: nawa państwowa, zmiana kursu, stery kraju, wszystkie ręce na pokład… Paralela wydała mi się nadzwyczaj trafna. Rzeczywiście od dwóch lat płyniemy w nieznane okrętem, którego nowy właściciel wywraca do góry nogami plan naszej podróży.

Obecny armator nie jest człowiekiem z branży i nie odróżnia okrętu od statku. Wcześniej był kierownikiem szatni, gdzie po uważaniu wydawał płaszcze klientów każdemu, kto mu się spodobał – i nikt nie mógł mu nic zrobić. Dwa lata temu obiecując złote góry dostał na kredyt piękny statek, którego zazdrościła nam morska brać z całej Europy. Teraz już nie zazdrości, bo egzemplarz – do niedawna jak spod igły – w krótkim czasie zaczął przypominać odrapaną łajbę z burtami poobijanymi w licznych zamierzonych kolizjach z sąsiednimi jednostkami. Dzisiaj w obłokach trujących spalin z rosnącym trudem pokonuje wzburzone fale i co chwilę wpada w niebezpieczny dryf.

Armator, który podobno nawet do wanny nie wchodzi bez nadmuchiwanych rękawków, nie zna się na współczesnej światowej gospodarce morskiej i znać się nie zamierza. Wystarczy mu wiedza z epoki żaglowców, zdobyta podczas lektury książek marynistycznych. A jednak dostrzegł, że okręt traci stabilność i nie nadąża za armadą. Zauważył, że załodze coraz trudniej porozumieć się z sąsiednimi jednostkami, bo przestaliśmy uznawać powszechnie obowiązujący kod flagowy, złośliwie burząc sekwencje sygnałów poprzez dowieszanie między proporczyki upranych gaci i onuc. Armator zrozumiał w końcu, że łajba może wpaść w samotny, niebezpieczny dryf, chociaż nie zrozumiał, że to jego wina, bo sam przecież kazał wyrzucić za burtę łodzie ratunkowe, usunąć grodzie wodoszczelne, a książeczkę procedur awaryjnych powiesić na gwoździu w oficerskiej toalecie.

Dostrzegając zagrożenia, armator nie zdecydował się jednak zawinąć do bezpiecznej przystani, by tam dokonać przeglądu i gruntownych napraw. Przeciwnie. Zarządził „całą naprzód”. Uznał, że skoro wiatr jest coraz bardziej przeciwny, to kurs należy jeszcze bardziej wyostrzyć. I znalazł wśród załogi fachowca, który obiecał, że poradzi sobie z cieknącym kadłubem, uszczelniając go na bieżąco pakułami. Obiecał też, że prowincjonalne dotąd metody dowodzenia zastąpi bardziej nowoczesnymi, a przy okazji dogada się z innymi kapitanami naszej armady, by nieco odsunęli się od nas i nie przeszkadzali w coraz bardziej ryzykownych manewrach.

I tak dotychczasowa dowodząca, absolwentka Podkarpackiej Zasadniczej Szkoły Nawigacji, dostała oklaski, bukiecik namorzyn, dyplom oraz skierowanie pod pokład, gdzie ma poprawiać nastroje załogi, dbać o zaopatrzenie w czyste kalesony i organizować chóralne AHOJ! – na cześć armatora. Za sterem stanął zdolny nawigator – światowiec, który uprzednio oświadczył, że również dla niego polecenia armatora będą ważniejsze od postanowień Kodeksu Morskiego. Zobowiązał się również, podobnie jak jego poprzedniczka, że gdy obejmie stery, to w odpowiednim momencie zboczy znienacka ze szlaku armady i poprowadzi państwową nawę na z góry upatrzone rafy. Z tą jednak różnicą, że nowy kapitan zamierza te rafy pomalować w biało – czerwone pasy, a następnie zagospodarować, budując tam największy w okolicy port lotniczy, fabrykę produkującą milion aut elektrycznych, wytwórnię tysiąca dronów oraz kosmodrom.

Zabrakło tylko informacji, jak nowy dowódca polskiego okrętu zamierza przekonać sąd morski Międzynarodowej Izby Handlowej, że dowodzona przez niego jednostka nie jest statkiem pirackim i stosuje się do reguł Kodeksu Morskiego. Nie wiadomo też, czym przekona kapitanów sąsiednich okrętów, że jest bardziej odpowiedzialnym i godnym zaufania od poprzedniczki. I jak dowiedzie, że nasze głupie manewry zagrażające całej armadzie, to taka polska specyfika, wykwit naszej tysiącletniej kultury, specyfiki i obyczajów. Czym ich przekona, by posunęli się nieco i zrobili więcej miejsca dla tanecznych polskich zygzaków?

Podejrzewam, że premier Morawiecki postawi w tej sprawie na przeczekanie. Będzie Europie mydlił oczy rzeczywistymi i fikcyjnymi reformami i będzie opowiadał o planach, które spowodują, że Polska Jutra stanie się wzorem dla Europy. Równocześnie gorliwa część załogi ozdobi polski statek girlandami i świecidełkami, umai dziób świętymi obrazkami, a na burcie wywiesi ogromny transparent z zaproszeniem dla unijnych partnerów, w sobie znanym języku obcym: ŁELKAM TU DE FJUCZER! Premier będzie unijnym prominentom szeptał do ucha, że tak naprawdę to on tego i owego wcale nie popiera i że będzie to powolutku zmieniał… Stanie na głowie, by nie dopuścić do kar i odwlec unijne reprymendy – choćby tylko do najbliższych wyborów, po których Jarosław Kaczyński – właściciel premiera, rządu i Polski – planuje zmienić Konstytucję, zalegalizować dyktaturę i pokazać Unii środkowy palec.

Czy te najbliższe wybory okażą się bezpieczną przystanią, czy groźną rafą? A może mielizną, gdzie nikt nie osiągnie swoich celów i tylko nasz statek utknie na długie lata?

SZOK! TAKICH CZASÓW DOŻYLIŚMY. Ale kosa trafiła na kamień, nie odpuści. Będzie kolejny proces. Gmyz powinien dostać nauczkę. KLIKNIJ. Pokażmy, że nie zgadzamy się na takie szokujące zachowanie ani dziennikarzy TVP, ani żadnego innego Polaka!

Polska Policjo, pukacie już do drzwi tego łobuza, czy kolegów ministra Błaszczaka nie ruszacie? –

Waldemar Mystkowski zaś pisze o Tusku i Morawieckim, rzecz jasna.

Tusk a rekonkwista Morawieckiego

Coś się dzieje z umysłami polityków, którzy odwiedzają imperium medialne Tadeusza Rydzyka, iż ulegają swoistej fiksacji? Podjęcie decyzji, aby tam udzielić wywiadu bądź wdać się w rozmowy (niedokończone) świadczy o psychicznym „dyrdum”. Czy dlatego tak się dzieje, że osoba, naprzeciw której siadają, jest w sutannie (habicie)? Acz jestem w stanie zrozumieć polityków irańskich, którzy odwiedzają irańskie media, bo są immamami i teokratami. Dlaczego jednak w Polsce TV Trwam, która ma znikomą oglądalność ze względu na niski poziom – poziom gazetki ściennej, jest tak ostentacyjnie uprzywilejowana przez władze PiS?

Mateusz Morawiecki, nowy premier rządu polskiego, pierwszego wywiadu udzielił „gazetce ściennej” – TV Trwam, dostał tam intelektualnego „dyrdum”, mianowicie podzielił się swoim marzeniem: „rechrystianizować Europę”.

Ki diabeł znaczy ów termin w polityce, w socjologii, w naukach przyrodniczych i humanistycznych? Termin zrozumiały, ale zastosowanie jego na pewno – nie. Bo Morawiecki księdzem nie jest ani reprezentantem Watykanu. Podejrzewam nawet, że z taką gadką-szmatką papież Franciszek posłałby go do porządnej szkółki jezuickiej bądź dominikańskiej, aby podciągnął się w rozumieniu współczesności i nowoczesności.

Czyżby Morawiecki duchowo był taki znikomy, że stara się podlizać kapłanom? Czasy chrystianizowania mamy dawno za sobą. Skończyły się wraz z krucjatami i Inkwizycjami, a cezurą w polityce europejskiej jest Rewolucja Francuska (cokolwiek o niej myśleć). Nikt się potem nie odważył na rzeczywisty mariaż polityki z chrystianizacją. No, oprócz faszystowskiego premiera Słowacji ks. Jozefa Tiso. Partie chadeckie, jak np. niemiecka CDU odwołują się do aksjologii chrześcijańskiej, a to diametralnie inne niż doktorat z teologii Tadeusza Rydzyka.

Morawiecki co prawda szybko dodał, że „w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea”, ale pozostał po tym jego „rechrystianizowaniu” odór Pizarro, a dokładnie re-Pizarro. Mogę się rozpisywać i dociekać, co Pizarro Morawiecki ma na myśli i tak nie dojdę, bo tego dojść nie sposób, jak nie dojdziemy do głębszej konkluzji z jakimkolwiek podobnym dyrdum.

Zestawiam Morawieckiego z kimś na wskroś normalnym, jednym z nas, acz wielce wybijającym się – z Donaldem Tuskiem, który dostał doktorat honoris causa Uniwersytetu w węgierskim Pecs. Przy odbiorze doktoratu powołał się na tradycję europejską z bardzo szeroką paletą wartości kulturotwórczych, ale nie usłyszałem żadnego marzenia o wojowniczej rechrystianizacji, żadnych zachęt do zamierzchłych krucjat i zapędzeniu ludzi do kościołów, jak do stodół.

Tusk jednak przestrzegał przed tym, że „nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy”. Tym dzisiaj jest rechrystianizacja – barbarzyństwem, cofnięciem się do pełnych kościołów.

Może Morawiecki nie miał tyle złego na myśli, to jednak świadczy, że nie potrafi formułować myśli, to źle świadczy o nim jako „trzcinie myślącej”, o jego marnym wnętrzu. Tusk był i jest człowiekiem oczytanym, to słychać w jego mowie i wyczytać można w eseistyce. W Pecs powoływał się na wybitną książkę Claudio Magrisa „Dunaj”, która jak ta europejska rzeka płynie narracją przez bogactwo Europy, a nie na wąsko pojętą rechrystianizację (niestety, historycznie można odczytać ją jako krwawe barbarzyństwo).

Morawiecki proponuje więc dzisiaj jakąś rekonkwistę, barbarzyństwo. Pobrzmiewają w nim nuty odwetowej endecji, pokłosia międzywojnia, sojuszu narodu i chrystianizacji, która zapłonęła stodołą w Jedwabnem. To jest wąsko pojęte zapełnianie pustych kościołów. Ale gdy jest się w niszowej TV Trwam, to dostaje się takiego dyrdum, jak Morawiecki. Niedobrze nam to wróży, oj, niedobrze…

Bierzcie i przekazujcie sobie tę pamiątkową fotografię. Zdjęcie sprzed Pałacu Prezydenta, podczas manifestacji w obronie wolnych sądów i wolnych wyborów. Policja i pisowski reżim tak zwracają się do suwerena. Metody rodem z Rosji i Białorusi. NIE CZARUJMY SIĘ. KOMUNA WRÓCIŁA.

NIEDZIELA – KOLEJNA MIESIĄCZKA PREZESA. Znów będzie uzdrawiał Europę i Polskę…

Nowy towarzysz miesięcznic, Morawiecki, specjalista od rechrystianizacji Europy.

PADLIŚMY :)))))) Jakiś komentarz, bo nam zabrakło słów?

PO PROSTU. Trafiony – zatopiony! 🙂

Kanarkowy upadek Polski

Za Szydło zapłacimy wszyscy z kasy państwa.

Trudno ogarnąć problemy Polski, w jakie wpadł nasz kraj pod dwuletnimi rządami PiS. Beata Szydło odchodzi w operetkowym stylu (groteska). Na trybunę sejmową weszła w stroju kanarkowym, który wklepał się w podświadomość jako „moralne zwycięstwo” 1:27.

Wotum nieufności wobec niej złożone przez Platformę Obywatelską nie przeszło. Lecz jutro może podać się do dymisji, bo prześpi się z problemem wotum. Dialektyka PiS jest poza naszą logiką, jest nie z tego realnego świata, to Alternatywy 4.

Następca Szydło dostaje w spadku zdewastowany wizerunek Polski jako państwa nieodpowiedzialnego. Dzisiaj – 07.12.2017 – Komisja Europejska pozywa Polskę, Czechy i Węgry przed Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej za to, że te trzy kraje nie wywiązały się z relokacji uchodźców.

Polsce grożą ogromne kary. Jeszcze rząd Ewy Kopacz zobowiązał się przyjąć ponad 6 tys. uchodźców, ale Szydło (za Jarosławem Kaczyńskim) w imię ksenofobii i nacjonalizmu odrzuciła ten odruch chrześcijański. Motywy postawy są z Alternatywy 4, bo jakim zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski są ludzie uchodzący przed śmiercią. Matki z dziećmi na rękach miałyby zamienić się w terrorystów?

Rząd Szydło nie poczuwał się do wypełnienia zobowiązań Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, a dokładnie art.78.3. Pisowski rząd nie wywiązywał się z Konstytucji w kraju i z traktatu UE, w istocie konstytucji UE.

Unia Europejska nie stawia polityków przed Trybunałem Stanu, lecz ich kraj przed sankcjami i karami finansowymi. Za Szydło zapłacimy wszyscy z kasy państwa, nie skończy się to tylko na tej karze. Będziemy mieli do czynienia ze zmasowaną propagandą mediów propisowskich, a to z kolei będzie budować obraz Unii zagrażającej Polsce.

Kanarkowy kostium Szydło kole w oczy, jest kolorystyczną cezurą w naszej historii. Skończył się okres prosperity naszego kraju (czegoś nienormalnego), a zaczęła się nasza historyczna norma, peryferyjność, geopolityczny strach przed sąsiadami, obsunięcie w drugo- i trzeciorzędność narodową.

Obawiam się, że upadek Polski jest nie do powstrzymania, nawet gdyby PiS został dzisiaj odsunięty od władzy. Zaufanie świata traci się na długo przez takich nieudaczników, jak Szydło i Kaczyński.

PATRIOTA.

DONALD TUSK.

DO NAS WSZYSTKICH.

SZACUNEK. CZEKAMY NA PANA!!!! – Polacy

CAŁA POLSKA POTRZEBUJE TYCH SŁÓW. :))) Klikajcie dla Prezydenta Donalda Tuska.

Morawiecki zrekonstruowany na Szydło

W „Sowie & Przyjaciele” Mateusz nie robił żółwika z Donaldem Tuskiem, ale z innymi politykami PO owszem.

Nie mamy do czynienia z rekonstrukcją rządu, ale z rekonstrukcją premiera. W tej chwili rząd nie zostanie wymieniony, wszyscy ministrowie zostają na stanowiskach, a nawet zostaje Beata Szydło, spadnie tylko w hierarchii o jedno oczko. Spada na stopniach podium – ze stopnia premiera na wicepremiera.

Proszę zauważyć, nie wiemy, jak została złożona dymisja, bo to wszystko działo się za kulisami, na spotkaniu Komitetu Politycznego, biura politycznego PiS. Nie znamy strony formalnej, rytualnej. Na papierze złożone zostało oświadczenie, czy też Szydło użyła słów, że składa dymisję? A może Jarosław Kaczyński zakomunikował towarzyszom partyjnym, że Szydło mu się oświadczyła z dymisją. On przyjął, a czy wy towarzysze przyjmujecie? Tak! – burza oklasków, czyli przez aklamację. Potem doszło do tajnego głosowania – takie są „oficjalne” przecieki.

To jest wymiana zderzaków. Beata Szydło się zużyła, zwłaszcza psychicznie, bo wzięła na siebie ciężar bezprawia prezesa. To ona stanie przed Trybunałem Stanu, na który zasłużyła swoją dzielną postawą. Po przyjęciu dymisji przez prezesa Kaczyńskiego i desygnowaniu Mateusza Morawieckiego do roli kontynuatora zbożnego dzieła zamiany ustroju kraju, który nie jest zapisany w Konstytucji, te decyzje klepnął Andrzej Duda, bo taką rolę prezydentowi wyznaczył prezes.

Klepnięcie, a nie desygnowanie, gdyż to ostatnie polega na tym, że mianowany premier przystępuje do tworzenia rządu, który następnie w Sejmie dostaje bądź nie wotum zaufania. Teraz jest zupełnie inaczej. Morawiecki przejmuje rząd z pełnym inwentarzem: z Antonim Macierewiczem i Witoldem Waszczykowskim, którzy jakoby mieli iść do ostrzału, a oni zostają w rządzie.

Mamy więc do czynienia z paradoksalną sytuacją: na czele rządu Beaty Szydło staje Mateusz Morawiecki. Bareja czy bajer? – niech każdy rozstrzygnie w swojej refleksji. Kolejne novum to brazylijska telenowela z rekonstrukcją ministrów, którzy jakoby mają od połowy stycznia ulegać podobnemu procesowi rekonstruowania, jak Morawiecki.

Dziennikarze zacierają ręce, bo będą zastanawiać się, czy Waszczykowski zostanie wymieniony na Krzysztofa Szczerskiego, a może odkurzona zostanie Anna Fotyga. Żurnalistom przynajmniej do głowy nie będą przychodzić głupoty, że demokracji już nie ma. Ewentualnie tym, którym jednak przyjdzie do głowy, że to jest dyktatura, zrepolonizuje się media. Jak chcą pisać o braku demokracji, proszę bardzo, ale w podziemiu. Debitu nie dostaną.

Co z protokołem? Bo dymisja Szydło nie w tym miejscu została złożona, że desygnować Morawieckiego nie powinien prezes. Phi, phi i jeszcze raz phi. Przejmujecie się protokołem, a nie przejmujecie się Konstytucją? Duda oświadczy, że on uważa to za właściwe, zgodne z protokołem, a nawet z artykułami Konstytucji.

Dlaczego Morawiecki, a nie Kaczyński zrekonstruował rząd Szydło? Morawiecki bowiem ma same atuty. Nowy premier nie ma negatywnego elektoratu, gdyż nie ma żadnego. Wyborcy niespecjalnie go rozpoznają, to dopiero przed nimi. Morawiecki jest technokratą i zna języki, będzie jeździł po świecie i tłumaczył, że to polska droga do demokracji, do wstawania z kolan. A co? – prezes z Adamem Bielanem mają zasuwać po Trafalgar Square bez ochrony policjantów jak na Krakowskim Przedmieściu i narażać się na atak terrorystyczny, jak już raz tego doznał (trzeba mieć szczęście, raz wyjechać, a w tym samym czasie dochodzi do ataku, to tak jak w drewnianym kościele dostać cegłą po czerepie).

Morawiecki ma za zadanie prostować wizerunek Polski, a jest co, bo jest zszargany niemiłosiernie, przede wszystkim ruszają unijne procedury związane z sankcjami i proces przed unijnym Trybunałem Sprawiedliwości o nieprzyjęcie uchodźców. Kaczyński nie ma żadnego swojego człowieka w Brukseli, a Morawiecki ma – był wszak doradcą Donalda Tuska.

Co prawda w „Sowie & Przyjaciele” Mateusz nie robił żółwika z Donaldem, ale z innymi politykami PO owszem. Jak Donald nie zechce działać pierś w pierś w sprawie polskiej z Mateuszem, to minister Antoni skieruje do prokuratury wniosek o aresztowanie szefa Rady Europejskiej, bo ten  wraz z generałami Piotrem Pytlem i Januszem Noskiem współpracował ze służbami rosyjskimi.

To są atuty polityczne Morawieckiego. No i potrafi księgować wydatki budżetowe, zaciągać kredyty w zachodnich bankach na jak najniższy procent. Do tego Kaczyńskiemu potrzebny jest nowy premier. Zużyje się szybciej niż Szydło. Co więc nas czeka potem? A kto by tak daleko wybiegał naprzód. Zresztą, w Europie sytuacja tak się może zmienić, że już nikt nie będzie zawracał głowy jakąś Polską. A naród trzymany będzie w kagańcu, pozostanie kwestia: czy poluzować, czy mocniej chwycić za mordę.

TO ZDJĘCIE PRZEJDZIE DO HISTORII. Jest jak alegoria Polski pod PiS-owskim butem. POLACY NIGDY TEGO NIE ZAPOMNĄ.

PILNE !!!!!! Pytanie do myślących: dlaczego stary Morawiecki zbiera posłów dla syna, którzy blokowaliby jego odwołanie? Wystarczy 10 posłów i Kaczyński traci władzę!!! PODAJCIE DALEJ. Staruszek Kaczyński jeszcze nie przejrzał planu Morawieckich.

Kiedyś, przed debatą kandydatów na prezydenta, krzyczał do prezenterów telewizyjnych „wszystkich was zwolnimy!!!”. Dziś broni ustaw Dudy, które bezczelnie łamią Konstytucję. Pisowiec pisowcem pozostanie. Dość złudzeń!

NIC NIE ROZUMIECIE… :))))

Oto 5 zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Nielegalny hazard w otoczonym przez policję kasynie

Polityka transakcji wewnątrz PiS zdecydowała, iż projekty prezydenckie dwóch ustaw sądowniczych zostały w komisji sejmowej wykastrowane i wróciły do formy sprzed lipcowych wet.

Mogłoby to być dopuszczalne w sporze jako takim, ale czy w sporze niekonstytucyjnym? Jeżeli niekonstytucyjność określimy złem, oznaczymy minusem, to zło podlega dalszej dewaluacji, jest kolejnym minusem – znaczy, że nie nabiera żadnych wartości pozytywnych. Przyglądamy się temu spektaklowi z piekła rodem – piszę o Polakach świadomych tego, co się dzieje – zajmujemy głos, oceniamy, bo dotyczy destrukcji naszego państwa.

Wybitny prawnik, były szef Trybunału Konstytucyjnego, prof. Andrzej Rzepliński zasugerował prezydentowi, aby oba projekty wycofał z Sejmu albo je zawetował. Ale wg mnie zawetowanie nie trzyma się kupy, bo tym samym praca izby ustawodawczej nie miałaby żadnego sensu. W tej logice – posłowie zajmowaliby się brakoróbstwem. Acz gros przedstawicieli tylko potrafi wytwarzać braki.

Prof. Rzeplińskiemu odpowiedział rzecznik Dudy Krzysztof Łapiński. – „Prezydent nie posłucha apeli i na razie nie wycofa z Sejmu swoich projektów ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym” – powiedział. Czyli się godzi na destrukcję, a tym samym potwierdza przypuszczenia, iż dotrzymuje zobowiązań transakcji z Jarosławem Kaczyńskim – taki niekonstytucyjny deal.

Nie będę komentował brakoróbstwa retorycznego Łapińskiego, który odkrył Amerykę, iż „nie jest on [Rzepliński – przyp. mój] ani ministrem, ani doradcą prezydenta”. Ciekawy sposób debatowania: nie gadaj, bo nie jesteś swój. Jakby Polska była folwarkiem PiS.

Obóz PiS „nauczył się” czegoś podczas lipcowych protestów, gdy prezydent w imieniu ich obozu ustąpił i zawetował dwie spośród trzech ustaw. Dzisiaj mamy świadomość, że Duda w istocie grał na czas. Więc teraz spór jest markowany, aby ludzie nie wychodzili na ulice. Gdy ustawy otrzymają pożądany kształt przez Kaczyńskiego, Duda trybem nocnym je podpisze.

Inaczej tego, co się dzieje, nie można odczytać. Co by się działo, gdyby Duda zawetował obydwie ustawy? Choć możliwe jest „salomonowe” wyjście. Jedną ustawę podpisze, drugą zawetuje.

Konserwatywny polityk Kazimierz Ujazdowski, który jakiś czas temu rozstał się z PiS, obecną sytuację rządzenia przez PiS określa niszczeniem instytucji i budowaniem państwa prowizorycznego. Jak więc zakonserwować prowizorium, jakie lepiszcze ideowe byłoby odpowiednie dla jego utrzymania? Obawiam się, że nie ma takiego.

A jeżeli nie ma, to prowizorium musi upaść, skutki poniesiemy jednak my wszyscy, my Polacy i nasze państwo. Transakcja w prowizorium to jak nielegalny hazard w otoczonym przez policję kasynie albo uprawianie seksu w płonącym burdelu – ani przyjemności, ani nadziei, ani widoków na przyszłość.

Ta transakcja w prowizorium może się skończyć tylko puszczeniem nas z torbami i niekoniecznie w skarpetkach. O ile PiS-owi pozwolimy dokończyć tę grę.

W PiS KAŻDY ZNA SWOJE MIEJSCE… nawet PAD.

Sieroty po PRL-u

W politykach PiS działa mechanizm opisany w znanej anegdocie, gdy pewnemu magistrowi, któremu wystaje słoma z butów, w związku z tym należnie jest traktowany przez środowisko, a zależy mu na uznaniu, więc radzi się psychologa, co ma zrobić, aby nie być wytykanym, postponowanym. Ten rzecze naszemu delikwentowi, aby zrobił doktorat. Wysila się, pisze pracę doktorską, broni jej i dalej odczuwa odium środowiskowe, bieży do psychologa i skarży się. Mało jeden doktorat – znajduje rozwiązanie psycholog – potrzeba drugiego i trzeciego tytułu. Delikwent zapiera się, zyskuje kolejne tytuły, ale znajomi widzą go jako osobnika, któremu słoma z butów ciągle wyrasta. Ponawia kolejną wizytę u lekarza i słyszy, że nie wystarczą doktoraty jego, ale ojca, dziadka.

Politykom PiS brakuje takiego genu. W ustroju demokratycznym tym genem wcale nie musi być tylko przekonanie do demokracji, ale umiejętność korzystania z demokracji. Umiejętności zachowywania się w stosunku do wolności drugiego: moja wolność nie może naruszać twojej wolności, moja wiara nie wchodzi w konflikt z twoimi wartościami. Doktor wolności szuka kompromisu, jeżeli dochodzi do konfliktu wartości, ma na uwadze, że podczas setek lat doświadczenia interpersonalnego, społecznego, wypracowano mechanizmy opisane przez prawo zwyczajowe i prawo zapisane w ustawach.

Tradycją nowoczesnego człowieka i społeczeństwa jest być wolnym, korzystać z mechanizmów dorabiania się, kształtowania sensu życia – bez żadnych indoktrynacji. Te mechanizmy są przez partię rządząca naruszane i zastępowane ich partyjnymi partykularyzmami i widzimisię prezesa Kaczyńskiego. Dotyczy to już wszystkich sfer: informacji, misji społecznej, metafizycznej (religii), edukacji i prawnej. Takie ograniczenia nie są tradycją nowoczesnej kultury europejskiej, jest to tradycja różnych satrapii, autokracji, czy pewnego odłamu wiary chrześcijańskiej, która w Polsce została reaktywowana i znajduje się w szczególnej enklawie.

Czyż nie jest znamienne, iż pisowskie ustawy sądowe są przez Sejm przeprowadzane przez Stanisława Piotrowicza, komunistycznego prokuratora? To jest pisowska słoma, oni rozumieją jak ona działa, potrafią się w niej znaleźć. Projekty ustaw wracają do rozwiązań PRL-owskich, gdy sędziowie do Sądu Najwyższego byli wyznaczani przez Radę Państwa (ciało zbiorowe zastępujące prezydenta o podobnych prerogatywach).

Wszystkie słowa o kastach sędziowskich, niewydolności sądów, są guzik warte, nieprawdziwe. Partia obecnie rządząca nie potrafi po prostu rządzić w trudnym mechanizmie, jakim jest demokracja oparta na trójpodziale władzy. Nie mieliśmy do tej pory tak chowającej się przed społeczeństwem władzy, tak uprawiającej o sobie propagandę.

Dlatego ckni się im PRL, gdy wszystko było proste. Rozumieją tę słomę, ta tradycja jest im najbliższa, nie są w stanie pojąć, że racje się ucierają, że ktoś inny ma inne pojęcie o wolnościach obywatelskich. PiS jest partyjną sierotą po PRL-u.

Będą nasyłać na obywateli policję, tajne służby, inwigilować, bo inaczej nie potrafią. Taka władza za fasadową demokracją będzie się sypać. A chaos rodzi coraz większą agresję. Będą wyszydzani z powodu słomy w butach. Gdyby wczoraj skończyło się Średniowiecze, odwoływaliby się do mechanizmów tego okresu, a Piotrowicza zastąpiłby Torquemada. PiS to partia sentymentu do przeszłości, a w stosunku do swoich współczesnych – resentymentu.

Dzisiaj są sierotami po PRL-u, w Odrodzeniu byliby sierotami po Średniowieczu, po Ciemnogrodzie. Jako tako rozumieją to, co było, a kompletnie nie potrafią poruszać się we współczesności, nie są żadnymi konserwatystami. Rozumieją więc tylko twierdzę, zamknięcie się wśród swoich, boją się wszystkiego, co nie jest martwe, co jest żywe, co kształtuje się. Dlatego prezes potrzebuje takiej ochrony, gdy kroczy po Krakowskim Przedmieściu i pilnuje go kilka tysięcy policjantów.

Nie jest zatem pytaniem: czy damy radę PiS-owi? Bo damy. Ale czy damy radę odbudować ojczyznę nowoczesną? I czy będzie, co odbudowywać?

JUŻ NIE BĘDZIE WETA PREZYDENTA… bo Polacy nie wychodzą tak tłumnie na ulice. Polska stanie się dyktaturą Kaczyńskiego. PAMIĘTACIE JESZCZE PZPR? Właśnie wróciła.

PiS wprowadza kozę

Jedną ze skutecznych metod PiS jest wprowadzenie boczną furtką kozy do mediów i debaty publicznej. Okazuje się być metodą skuteczną. Rozbudowana metoda na kozę to polityczna transakcja, której świadkami jesteśmy przy ustawach sądowniczych. Ta koza transakcyjna jest jak salami, krajana na mniejsze porcje, publika choć nie łyka, to jest demobilizowana.

Klasyka z wprowadzeniem kozy odbywa się przy ustawie o nowej ordynacji wyborczej. Zostanie łyknięta Państwowa Komisja Wyborcza: skład – 7 na 9 członków – powoła Sejm, czyli będzie to ciało partyjne, które przeprowadzi wybory. Przecież takie pisowskie PKW niemal wszystko może zrobić z wynikami wyborów, a gdy opozycja zaskarży do sądu, można być pewnym, że werdykt zapadnie po myśli pisowskiego PKW, bo sądy też ich będą.

PiS wprowadza oto taką kozę za pośrednictwem dziennikarza RMF FM Patryka Michalskiego: –„!NEWS: W PiS rozważają rezygnację z bezpośrednich wyborów na wójtów, burmistrzów, prezydentów. „Trwa napięcie w tej sprawie, to decyzja polityczna” – mówi mi wiceprezes PiS A. Lipiński. J. Kaczyński ponoć za. Ale M. Horała „nie ma planów zmian”. Ważą się losy”.

Ta koza z daleka waniajet, leci PiS-em na kilometry, bo w istocie „rozważana” jest propozycja rezygnacji z pewnej części wyborów samorządowych. A jeżeli rozważa się, aby z tak istotnej części zrezygnować, to dlaczego nie zrezygnować z wyborów w ogóle.

W tej propozycji jakieś ciało musiałoby dokonywać wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów, bynajmniej nie byłoby to ciało związane z opozycją. Ta koza pokazuje, jak PiS-owi cieknie ślinka, aby dokonać skoku na samorządy w dużych miastach, w których zwykle przegrywa.

Koza więc zagościła w przestrzeni publicznej, a gdy PiS z niej zrezygnuje, odetchniemy z ulgą, ale nie zauważymy rzeczy innych. Przełkniemy mniejsze niekonstytucyjne zmiany zarówno w ordynacji wyborczej, jak i w innych ustawach. W ten sposób demokracja jest zaduszana, niszczona.
Dla Polski, dla demokracji PiS jest taką kozą. Przyzwyczailiśmy się do niej. Z początku zalatywało, protesty były głośne, powszechne, lecz są coraz mniejsze.

Jeszcze Unia Europejska reaguje zdecydowanie na tę kozę poprzez rezolucje, wszczęcie procedur praworządności, zaleceń itd. PiS tę kozę zasłania, twierdzi, że jej nie ma, a nawet utrzymuje, że odbiera się im prawo do gospodarowania inwentarzem kóz, protestują w imieniu Polski, a nie swoich rządów.

Wrażliwym demokratom zajeżdża ta kozą dyktaturą. Czy Europa wreszcie się z nią pogodzi? Na to liczy PiS. A my w kraju pogodzimy się z kozim zaduchem PiS?

DUDA NIE PODPISZE JUŻ ŻADNEGO WETA… To będzie koniec wolnej Polski.

Pasożyty pijarowskie z PFN i Solvere

Pasożyty w naturze dbają o organizm, na którym się tuczą, jest dla nich ciałem egzystencjalnym (ojczyzną). W polityce jest zupełnie inaczej – pasożyty jednoczą się, aby w wyniku sprzyjających warunków demokratycznych dorwać się do jedynego dostępnego żywiciela – do instytucji władzy. Skupiają się na tym, aby nękać tych, którzy potrafią gospodarzyć, a gdy uda im się zwyciężyć lepszych, z władzy robią koryto dla siebie.

W polityce pasożyty nie są do zwalczania, jak dżuma i cholera, nie ma na nie żadnego lekarstwa, a antybiotyk – wiedza – nie zawsze jest skuteczny. Obecnie mamy podręcznikowy przypadek – pasożytów PiS.

PiS pasożytował na demokracji, utuczył się na niej, wreszcie dorwał się do Koryta+. Organizm Polski ma się coraz gorzej, choć był przed władzą PiS dobrze prosperujący. Więc pasożytniczej partii strach zagląda do oczu, likwidują instytucje demokratyczne, aby w ten sposób zostać „wiecznym” pasożytem. Ale zabijany organizm (ojczyzna) odwinie im się w odruchu obronnym. Nie ma obawy – maltretowany organizm nie będzie dbał o kulturę prawną, zastosuje tylko swoiście rozumianą „sprawiedliwość”. Patrz: Ukraina Janukowycza albo Rumunia Ceausescu.

Pasożytów PiS jest więcej niż członków partii, bo ci mają rodziny, a te rodziny tworzą przeróżne formy pożerania ciała (ojczyzny), na którym pasożytują. Doświadczamy więc absurdalnych przypadków, a jest ich codziennie bez liku. Plaga, szarańcza – to poręczne określenia dotyczące władzy sprawowanej przez PiS.

Niedawno mieliśmy do czynienia z absurdalną kampanią Polskiej Fundacji Narodowej (PFN), która w statucie ma wpisaną promocję Polski. Kolesie (bardzo lekko ich definiuję) promowali w Polsce „Sprawiedliwe Sądy” (taka była nomenklatura tej akcji). Promowali obrzydzenie do niezależnych sądów i sędziów.

Z pewnością znajdzie się to w podręcznikach PR, jak promować kraj w tym samym kraju poprzez obrzydzenie do niezależnych instytucji. Poprzednie zdanie może być opisem metody pasożytowania PiS. Pasożyt polityczny ma na celu zwalczenie niezależności instytucji, bo nie może na niezależności polegać oraz jej przyswojenie, aby uczynić poddaną.

Na kampanię obrzydzania niezależnego sądownictwa PFN wydatkowała 10 mln zł, zaś pomysł kampanii promocji obrzydzenia „Sprawiedliwe Sady” był dziełem agencji Solvere, której właścicielami są byli pijarowcy Beaty Szydło, Anna Plakwicz i Piotr Matczuk.

Pasożyty to szczególne, bo ekskluzywne, podpięte pod kilka źródeł pasożytowania. Jak zapewniał wiceprezes PFN Maciej Świrski (osoba, która potrafi tylko niszczyć dobre imię Polski) Solvere za pomysł akcji dostała w dwóch ratach 240 tys. zł.

Pasożyty jednak kłamią, bo taka ich cecha. Onet.pl dotarł do faktur, jakie Solvere wystawiła PFN, wynoszą one pięciokrotnie więcej niż deklarował (kłamał) Świrski, mianowicie 1,19 mln zł. Na taką sumę utuczyli się Plakwicz i Matczuk, byli pijarowcy Szydło.

To tylko jeden z wielu przykład. Takiej pasożytującej szarańczy politycznej jak okołopisowskie spółki nie było dotychczas w przestrzeni publicznej. Pasożyt żywy organizm ludzki doprowadza do choroby – np. do tyfusu. Pasożyty na organizmie państwa doprowadzają kraj do niewydolności, tak było w przypadku Ukrainy, Grecji. A w skrajnych przypadkach (ulubione słówko prezesa Kaczyńskiego) do utraty niepodległości. Przesada? O przesadzie w stosunku do pasożytów mówili też w XVIII wieku. I jak skończyliśmy?

Mateusz Morawiecki – dekonstruktor rządu PiS

Ta dwumiesięczna karuzela rekonstrukcyjna wygląda na dekonstrukcję.

Za mojej pamięci obecna rekonstrukcja rządu jest najdłużej trwającą, bo aż dwa miesiące. Raz miało być tak, że Beata Szydło zostaje, tylko rekonstruuje się rząd, ewakuują się jacyś ministrowie. Drugim razem Szydło zastępuje prezes Kaczyński. A najnowsza wieść niesie, że Mateusz Morawiecki zostanie premierem.

Ta dwumiesięczna karuzela rekonstrukcyjna wygląda na dekonstrukcję. Pod względem pijarowskim rozegrana została jednak po mistrzowsku. Wynajęte pijarowskie służby PiS ma w porządku („w porzo” – jak mówi młodzież). Szydło odchodzi – to jest pewnik. Czekamy na rytuał Rady Politycznej PiS, który polega na tym, że prezes powie, a rada zatwierdzi. Więc rada odbywa się w głowie prezesa, tam umiejscowiony jest rzeczywisty pisowski kraj rad.

Nowym premierem zostanie Morawiecki, choć z prezesem nic nie wiadomo. Kot nie zrobi do kuwety albo Błaszczak nie trafi z donosem w odpowiednie ucho – i klops. Dekonstrukcja rządu będzie inna niż zapowiadana za pięć dwunasta. Wszystkiego można się spodziewać po człowieku, który nie panuje nad emocjami i wypluwa z siebie w chwilach kryzysu: kanalie i mordy zdradzieckie.

Co znaczy Morawiecki? Może być to ostatni premier PiS, bo Kaczyński nie będzie już mógł wymienić jego nawet na siebie. Po pierwsze, prezes jest coraz starszy i widać gołym okiem, że fizycznie nie wytrzymuje. A po wtóre, Morawiecki był trzymany w odwodzie jako „brylant PiS” – największa wartość tej partii nie tylko z tytułu, iż był prezesem dużego banku, lecz przede wszystkim jako jedyny w rządzie, który jest jakimś fachowcem. Reszta ministrów spełnia specjalne misje prezesa, a nawet jest specjalnej troski. Do tych ostatnich należy Jan Szyszko i Antoni Macierewicz, fenomen w dewastacji podległej mu działki.

Morawiecki nie ma zaplecza politycznego w PiS, co jest wygodne dla prezesa, lecz przez dwa lata budował osobne zaplecze, które rekrutuje się z miejsc jego poprzedniej pracy. Współpracownicy Morawieckiego więc zostawali pisowcami, bynajmniej nie z tytułu ideowości.

W tej kwestii Morawiecki prezentuje się jako endek, ale to może być zwodnicza ocena. Przede wszystkim jest to syn tatusia Kornela, nie miał do tej pory powodów, aby wyrwać się spod jego skrzydeł. Teraz będzie okazja. Czy z tego skorzysta? Jego sylwetka humanistyczno-duchowa jest bardzo uboga. Nieprzypadkowo mówił o lekturach Karola Maya (Winnetou) i Sienkiewicza. Bo Morawiecki tylko to czytał z literatury pięknej. Niestety, są to lektury wieku młodzieńczego i starczego.

Morawiecki w istocie jako człowiek nie dojrzał, nie jest w pełni ukształtowany. Jego życie zawodowe poddane było logice korporacji, dobrze w niej się czuł, miał do tego talent. To jednak niewiele znaczy.

Być premierem to znaczy radzić sobie w warunkach ekstremalnych, survivalowych. Rząd – przy wszystkich jego ograniczeniach – jest zupełnie czym innym niż korporacja, niż bank, w których trzeba opanować rozpychanie się łokciami i power pointy przedstawiać jako wizje.

Wartość Morawieckiego została niejako zweryfikowana, gdy doradzał rządowi Donalda Tuska (doradzał – to słowo na wyrost). Jacek Rostowski niespecjalnie go cenił, bo zna bankierów. W tym sensie Morawiecki nie uzyskał zbyt wysokiej oceny, jest to zatem brylant PiS ze skazą.

Morawiecki z miejsca wejdzie w konflikt z Andrzejem Dudą. Prezes PiS „przeznaczył” sprawy międzynarodowe zapleczu Dudy, a Morawiecki zostaje premierem także z tego powodu, aby podreperować reputację Polski na zewnątrz, szczególnie w Unii Europejskiej i NATO. Poświęcenie Macierewicza nie wystarczy (obecny mister obrony zostanie z pewnością zrekonstruowany).

Podsumowując: Morawiecki jest wyzwaniem dla Kaczyńskiego. Syn Kornela nie będzie chodził na pasku, jak Szydło. Prezes z tym się nie pogodzi, na pewno nie pogodzi się jego zaplecze. Wbrew pozorom wchodzimy w jeszcze większe turbulencje niż za rządu Szydło.

przeszłość / przyszłość

>>>

>>>

>>>

Jprd. Turyści.

Aż pięć zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Andrzej Duda na kozetce u Rymanowskiego

Wolałbym, aby Andrzej Duda miał przed sobą lepszego dziennikarza wywiadowcę, niż Bogdan Rymanowski. Marzeniem byłaby Teresa Torańska, na pewno lepsza byłaby Monika Olejnik, Magda Jethon (nie podlizuję się), Justyna Pochanke, Anita Werner – och, kobiety – czy Kamil Durczok, ale jest tak, jak jest. I tak zgoda na dziennikarza spoza mediów „narodowych” jest nie lada stresem dla prezydenta.

Tak naprawdę Duda daje nam powód do wstydu, wszak jest prezydentem Polski, acz nie wszystkich Polaków. Przyzwyczailiśmy się do niego jako osoby złamanej, a u Rymanowskiego wyszła do tego w pełnej krasie bezradność.

Zastanawiające? Ale nie tak bardzo, gdy poskrobiemy w psychoanalityczną pozłotkę Dudy, który zawodzi i któremu wszak nie można zaśpiewać: „Nic się nie stało”. Czort z nim! – jest przegrańcem, ale dlaczego ma za niego płacić Polska?

Duda łamie naszą dumę narodową. Gdy wypowiadam słowa „Polak, Polska” i w jakiejś koincydencji pojawia się Duda, jestem przez Dudę zmniejszany, występuje on jako wielkość mniejsza niż jeden. Jest współczynnikiem, przez który moja rzeczywista wartość doznaje małości. Tak jest przez moment, bo po pewnym czasie przychodzi refleksja: to tylko Duda, ktoś taki nie wpłynie na moje samopoczucie.

Tak działa sfera publiczna, której się poddajemy – chcemy tego, czy nie chcemy. Są ludzie, którzy nas wywyższają, ale też tacy, którzy nas zmniejszają. Duda zdaje się meldować Kaczyńskiemu: „Prezesie, zmniejszyłem Polaków”.

Na trzy rzeczy chciałem zwrócić uwagę, które Dudę obnażają. Z tej kozetki, na której poległ prezydent, musimy wyciągnąć wnioski dla własnego dobra.

Pierwsza to bezradność prezydenta. Ależ z niej nic jeszcze nie wypływa, jeżeli sobie nie uświadomimy, że bezradność jest manipulacją, ma wywołać współczucie – jaki jestem biedny, staram się, ale nie mogę, bo siły wyższe na to nie pozwalają. Taka jest matryca w naszych głowach: bezradnemu przebacza się, on nic nie może. I taki bezradny podpisuje odpowiednią ustawę sądowniczą.

Tego Duda nie musi być świadomy, to w naszej gestii jest krytycznie spojrzeć na jego bylejakość. Nie możemy też stosować demokratycznej formuły: wybraliśmy kogoś spośród siebie. Mazgaje wybrali mazgaja nr 1. Nie! Po to są takie bezpieczniki, jak Konstytucja i Trybunał Konstytucyjny, aby mazgaje nie zwalili winy na swoje braki talentów. Zniszczył Duda bezpieczniki? To za ich demolkę odpowie. Przed prawem nie ma równiejszych, są tylko odpowiedzialni. Ja, ty i mazgaj.

Druga sprawa może jeszcze bardziej znamienna. Było czuć strach, jaki wydał Duda na tej kozetce. Strach przed Donaldem Tuskiem. Ni z gruszki, ni z pietruszki, Duda formuje pod adresem Tuska taką oto pretensję: „człowiek, który powinien być ponad kwestiami politycznymi”. Ludzie! Nie wiedziałem, że Tusk w Brukseli nie sprawuje funkcji politycznej. Jakiż mały człowieczek odezwał się w Dudzie. Gdybym wziął na serio słowa Dudy i zastosował tę psychoanalityczną koincydencję, o której wyżej piszę, to stałbym się kurduplem – i nic by mi nie pomogło, żaden taboret, żadne Krakowskie Przedmieście. Ot, z Dudy strachem podszytego wyszedł ten Filip z konopi. Jak to mówią psycholodzy: kompleks widać jako pypeć na języku.

I trzecia sprawa, która zwróciła moją uwagę, a która wypływa z powyższych: „gigantyczny i nienotowany” sukces wyborczy prawicy w 2015 roku. Nie tylko nieprawdziwe są te dane, ale znowu mówiące, kim jest Duda i co z nim się stało w izolatce Pałacu Prezydenckiego. Możliwe, że on wierzy w to, co mówi, ale tym gorzej to o nim świadczy.

Polityk nie musi kłamać ani manipulować, aby działać i zachowywać się politycznie, to mit czysto pisowski: „kłamać jak Goebbels”. Otóż ten gigantyzm prawicy, to piąty zwycięski wynik PiS w historii dziewięciu kolejnych wyborów parlamentarnych, a więc bardzo przeciętny. Zaś Duda w szóstych wyborach prezydenckich miał najgorszy wynik spośród wszystkich prezydentów.

I w tym zestawieniu przymiotników mamy działanie kozetki, na której znalazł się poległy Duda. Bufon w Dudzie mówi: gigantyczny i nienotowany. Zaś fakty: przeciętny i najsłabszy. Gdy do nadymanego Dudy przystawi się szpileczkę rozumu, taka z niego wychodzi sflaczałość: przeciętny słabeusz.

NAWET PAWŁOWICZ POTWIERDZIŁA, ŻE POSŁOWIE PiS ŚWIADOMIE I NA ROZKAZ KACZYŃSKIEGO ŁAMIĄ KONSTYTUCJĘ… Na to nie dostali zgody od społeczeństwa. CZEKAJĄ ICH PRZEGRANE WYBORY, SĄDY I TRYBUNAŁ STANU. Łamanie Konstytucji nie przedawnia się!

Stanisław Karczewski – wtórny analfabeta?

Specyficzny typ człowieka doszedł do władzy. Przysięgają na coś, czego nie znają. Można mniemać, iż to wtórni nierozumni analfabeci. To są tacy, którzy może czytać potrafią, ale nie rozumieją, co czytają, najpewniej jednak nie chcą rozumieć, bo nie czytają z politycznego nakazu.

Na co przysięgał marszałek Senatu Stanisław Karczewski? Wydaje się – na Konstytucję, tym samym tej Konstytucji winien przestrzegać. Wiedzieć, co w niej napisane.

W TOK FM doszło do dialogu dziennikarki Dominiki Wielowieyskiej i Karczewskiego. Dziennikarka stwierdziła: – „Zostanie skrócona bezprawnie kadencja Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, chociaż w Konstytucji jest napisane, że trwa sześć lat”.

U Karczewskiego zaś zaświecił się migacz polityczny i nie odpowiadał, migał się, wreszcie przyciśnięty do krawężnika odpowiedział: – “Jeśli coś wydaje się, że jest niekonstytucyjne w zapisie prawnym, to musi być zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny”.

Po pierwsze – mowa jest o projekcie, a takich nie rozpatruje Trybunał Konstytucyjny, który w obecnym kształcie jest wydmuszką, Trybunałem partyjnym PiS.

Po wtóre – Wielowieyska pytała, czy Karczewski wie, o czym mówi, czy wie, co jest zapisane w Konstytucji, bo w art. 183 ust. 3 zapisano: “Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Czyli nie można skrócić kadencji. Nawet interpretacją.

Karczewski mógł nie przeczytać, mógł zatkać uszy, gdy mu czytano, ale w prawie rzymskim – a takiemu podlega cywilizacja zachodnia, europejska – obowiązuje zasada: prawo dotyczy tych, którzy je znają lub nie, ale żyją w obszarze jego działania, tj. w tym wypadku Polski. PiS przyjmując prawo ustrojowe złamie Konstytucję, cokolwiek stwierdzi Trybunał PiS, udający Trybunał Konstytucyjny.

Zaś w artykule 187 ust. 3 konstytucji stoi: “Kadencja wybranych członków Krajowej Rady Sądownictwa trwa cztery lata”.

Karczewski przysięgał na Konstytucję, choć nie musi jej znać i ona go obowiązuje. Gdy Karczewski stanie przed Trybunałem Stanu, nie dostanie pytania, czy ją zna, tylko pytanie, czy jej przestrzegał. Ani nie będzie wg prawa usprawiedliwieniem dla Karczewskiego, iż głosował tak, jak potem przyjął Trybunał PiS, bo Karczewski głosował przed werdyktem Trybunału PiS.

Tak samo jest z modlitwą. Nie jest ważne, do jakiego Boga się Karczewski modli, czy do JHWH, czy do Buddy, czy to bogów znanych przed religiami monoteistycznymi, w tym do słowiańskiego Światowita. Wartości szumnie u nas nazywane chrześcijańskimi są we wszystkich religiach podobne, bo to są wartości zapożyczone od człowieka niereligijnego, tylko społecznego, który w procesie ewolucji ukonstytuował dobre życie między osobnikami. Moralność jest uniwersalna, a więc modlitwa do jakiegokolwiek Boga w istocie taka sama.

I obowiązkiem Karczewskiego nie jest przestrzeganie zasad moralnych konkretnego wierzenia poprzez modlitwę, ale moralności. Może jej nie znać, może być analfabetą moralności, ale do pierdla pójdzie tak czy siak, gdy przekroczy normy społeczne – moralnej umowy.

Tak samo jest z Konstytucją. Rozumiem, że w tej kwestii jest Karczewski analfabetą. Jeżeli nie rozumie jej i tak odpowie za jej nieprzestrzeganie, bo Konstytucje obowiązują w ustrojach demokratycznych, gdzie trójpodział władzy jest uniwersalny, jak przykazanie moralności uniwersalnej: „Nie zabijaj!”.

WSZYSCY OCZEKUJEMY TEGO SAMEGO

Siostry Pawłowicz jak Kain i Abel

Krystyna Pawłowicz ma większe kłopoty niż gramatyczne – „wziąść”, czy wziąć. 2 tysiące osób, w tym 230 naukowców wystosowało apel do rektor Wyższej Szkoły Administracji i Prawa  w Ostrołęce, gdzie posłanka PiS jest zatrudniona, aby stała się przedmiotem troski na uczelni.

Zaniepokojenie sygnatariuszy apelu dotyczy obecności Pawłowicz w sferze publicznej, bowiem „przyczyniła się do znacznego obniżenia poziomu debaty publicznej w Polsce poprzez notoryczne szerzenie treści ksenofobicznych, homofobicznych, rasistowskich oraz używanie przy tym obraźliwego języka względem swoich adwersarzy politycznych, jak również zwykłych obywateli niepodzielających jej przekonań.”

Silne to słowa oskarżenia. Nie dziwią jednak, choć sama Pawłowicz zadziwia nieustannym „obniżaniem poziomu”. Apelujacy do rektor uczelni w Ostrołęce zwracają szczególnie uwagę na jedną sprawę, mianowicie „czarę goryczy przelał wpis prof. Pawłowicz z dnia 22 września na jej publicznym profilu na Facebooku, który śledzi regularnie około 40 tysięcy osób”. We wpisie Pawłowicz komentowała samobójczą śmierć 14-letniego Kacpra z okolic Łasku pod Łodzią, który został poddany szykanom na tle homofobicznym w swoim środowisku szkolnym. Pawłowicz „pisała w nim o: ‚propagowaniu … nienaturalnych postaw i relacji’, nazywając je ‚patologiami’ i ‚demoralizowaniu dzieci i młodzieży’” – piszą autorzy listu.

Sygnatariusze uważają, że taka nieetyczna postawa Pawłowicz może skutkować przyzwoleniem na kolejne przemocowe zachowania i winna spotkać sie z troską, tj. zdecydowanym potępieniem moralnym.

Kompetencje prawnicze Pawłowicz to zupełnie nieistotna w tym para kaloszy, bo nie każdy z nas jest prawnikiem, ale kompetencje ludzkie podlegają natychmiastowej weryfikacji. Pawłowicz ma nieprzyjemne oblicze rodem z polskiego Ciemnogrodu.

I oto naprzeciwko niej stawiamy jej siostrę rodzoną Elżbietę Pawłowicz. Osobę zupełnie inną, przede wszystkim empatyczną, więc staje się oczywistym, iż siostra posłanki PiS sytuuje się po przeciwnej stronie barykady człowieczej, barykady politycznej, po stronie jasności.

Traf chciał, że tego samego dnia ta lepsza Pawłowicz zainicjowała akcję pomocy dla założyciela KOD i byłego szefa tego ruchu Mateusza Kijowskiego. Nie miejsce tutaj pisać, dlaczego doszło do takiej sytuacji z Kijowskim, postawa Elżbiety Pawłowicz pokazuje, iż w tej samej rodzinie znaleźć mozna wiele dobra.

Toż to uniwersum atropologiczne: Kain i Abel, Paweł i Gaweł, Jacek Kurski i Jarosław Kurski. Nie! Spokojnie nie napiszę o prezesie i jego meldującym prezydencie. To nie ta broszka.

Dwie siostry Pawłowicz to jakby polskie spécialité de la maison, jak POPiS, który zanim zawiązał się, uległ rozpadowi – a teraz jedna strona wyniszcza nie tyle przeciwników, ile cały kraj. Bo tak jest, iż zło ma wielką siłę rażenia, a dobro jest niezauważalne i ciuła jeden dobry uczynek do drugiego, aby złożyło się z tego jakieś stypendium wolności.

SZOK!!!! PO RAZ PIERWSZY ZGADZAMY SIĘ Z PAWŁOWICZ. Kto potwierdza, że ma rację?

Polityka transakcji PiS

Partia rządząca handluje naszymi prerogatywami obywatelskimi.

Niekonstytucyjne projekty dwóch ustaw sądowych, które powstały w Kancelarii Prezydenta, a które miały zastąpić zawetowane w lipcu, są podobnie niekonstytucyjne. Zawierają zaś kilka zwodniczych  kruczków logicznych. Można rzec, iż spiłowano kanty, ale tak samo znoszona jest niezależność władzy sadowniczej.

Ot, antydemokratyczny diabeł w trzech czwartych, jeżeli Jarosława Kaczyńskiego uznamy za pełnego czarta w wydaniu polskim, jakiegoś Borutę. Co prezes z prezydentem omawiali na słynnych spotkaniach w Belwederze? Bo przecież niby się dogadali.

W tych tete-a-tete Andrzej Duda nie był stroną jako człowiek i polityk. W ten sposób politycy PiS zajmują większą przestrzeń publiczną niż inni, to im najwyraźniej się opłaca, na co wskazują sondaże. Co z opozycją, która dzielnie walczy w Sejmie, ale nie zajmuje mediów i głów Polaków? No, właśnie!

W komisji sejmowej prokurator z PRL-u jest władyką. I tutaj nikt mu nie podskoczy. Projekty ustaw sądowniczych wracają do postaci tych zawetowanych, a nawet w niekonstytucyjności (jeżeli tak logicznie można nazwać) je przerastają.

Dlaczego tak się dzieje? Bo uczestniczymy w spektaklu, który zafundowali nam politycy PiS. Usadzono nas na widowni i farsę nazywają dramatem. Nieudana farsa w rzeczywistości jest tragedią, jak to trafnie, acz nieco knajacko opisał Andrzej Saramonowicz: – „Kiedyś nie bardzo mogłem pojąć, jak te mendy z XVIII wieku doprowadziły Polskę do rozbiorów. A teraz włączam telewizor i widzę”.

Mniej więcej taki jest repertuar PiS. Całkiem zgrabnie przybliżył cele prezesa PiS sławetny prokurator z PRL-u Stanisław Piotrowicz: – „Idziemy na dalekie ustępstwa w sprawie reformy Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa. Żeby był konsensus, to każda strona musi się cofnąć.”

Po to jest zaostrzona gra PiS, aby mieć z czegoś ustąpić. To mogłoby sugerować, iż mamy do czynienia ze sztuką negocjacji. Nie! To jest błąd! Na naszych oczach, którzy jesteśmy usadowieni w wygodnych fotelach („Zaproście mnie do stołu”; pamiętacie?) wmawia się, że to negocjacje. Jeden diabeł (gangster) paktuje z drugim trzy czwarte diabłem (dilerem dyktatury).

Nie i jeszcze raz nie! To jest transakcja, która ubrała się w owczą skórę negocjacji. Handlują demokracją, a w istocie naszą wolnością. A my jak te barany siedzimy w fotelach, po czym zaprowadzi się nas na rzeź (przypomina mi się w tym kontekście sztuka Sławomira Mrożka „Rzeźnia”).

Nasze wolności, prerogatywy obywatelskie, sprzedaje się, kupczy nimi. Polityka PiS jest polityką transakcji i to na każdym niemal poziomie. Kupczy się nami, tak jak Polską kupczyła Targowica w XVIII wieku: antydemokratyczna, antynowoczesna, proklerykalna i promoskiewska („alarm” Donalda Tuska). Paweł Śpiewak zamierza od nowego semestru na UW prowadzić kurs „Socjologia Jarosława Kaczyńskiego”, bynajmniej fakultet niedowartościowujący prezesa PiS, tylko dekonstruujący jego mało zbożne zamiary – transakcji.

Danuśka ma racje .Jedyne co Kaczynskiemu udało sie to podzielić Polakow.Nawet z ojcem i bratem sie różnili. LW

Puszcza Białowieska Lasem Birnam dla PiS

Zawodnik PiS Jacek Saryusz-Wolski wystawiony do starcia z Donaldem Tuskiem odniósł moralne zwycięstwo 1:27. Im dalej w las, tj. od tego zdarzenia, mogę sobie wyobrazić, jak się on czuje. Saryusz-Wolski się nie czuje, bo nieczuciem jest podłe samopoczucie.

Najpierw odreagowywał wpisami ezopowymi na Twitterze, których treść mogli odczytać tylko on i jego demony. Potem przechodził jakąś kurację odwykową od podłości swej, a teraz po swoistym detoksie stara się wejść w buty pisowskie, pomagać partii Jarosława Kaczyńskiego brnąć w absurdy.

Zwykle są to manowce. Najczęstszą metodą obrony w PiS jest stara metoda komusza: „A w Ameryce Murzynów biją”.

„Murzynów” odnośnie Puszczy Białowieskiej Saryusz-Wolski znalazł w Niemczech. Zawodnik PiS zakomunikował na Twitterze, iż „Polsce grożą kary za ochronę Puszczy Białowieskiej. W tym czasie Niemcy wycinają Las Hambach pod kopalnię”.

Jak przeczytali to redaktorzy portali prawicowych, podnieśli larum („larum grają” to wzmożenie patriotyczne, które daje sygnał, aby komuś przywalić). Larum na Niemców ma szczególne umocowanie po tym, jak politycy PiS wpadli na pomysł reparacji wojennych.

Dość szybko się okazało, iż owo zestawienie Puszcza Białowieska i niemieckiego Lasu Hambach to wrzutka rosyjskiego portalu proputinowskiego Russia Today. Porównanie zaś tych obszarów leśnych jest mniej więcej takie jak porównać pustynię z piaskownicą.

Saryusz-Wolski otrzeźwiał z tego larum na Niemców made in Russia, tweeta usunął. Temat jednak żyje. Niemiecki Las nie jest pod żadną ochroną państwową ani europejską. Nie jest parkiem narodowym, ani nawet rezerwatem. A Puszcza Białowieska jest wpisana w światowe dziedzictwo UNESCO, to ostatni nizinny las naturalny Europy. Ostatni, a więc jedyny.

Okazuje się, iż wrzutki Rosji, aby pozyskiwać pożytecznych idiotów w Unii Europejskiej, mają szczególne wzięcie w pisowskiej Polsce. Zresztą coraz bardziej rymuje mi się putinowska Rosja z pisowską Polską.

A z lasów zarówno Saryusz-Wolskiemu, jak i politykom PiS, z prezesem Kaczyńskim na czele, najbliżej do Lasu Birnam, który jak w „Makbecie” zbliża się do ich twierdzy. Gdy już dotrze pod okna Nowogrodzkiej, będzie oznaczał koniec ich mordu na demokracji i koniec ich władzy.

W sprawie skazanego głos zabrał proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Oławie. W „liście poparcia” wymieniono zalety księdza, który miał być dobrym kapłanem i rzetelnie udzielać się we wszystkich pracach duszpasterskich. CO POWINIEN ZROBIĆ ADRIAN???

>>>

>>>