Posts Tagged ‘Joachim Brudziński’

Brudziński i Morawiecki – adwokaci przewróconej Polski

Grunt to mieć strategię na życie. PiS taką ma – żyć w kłamstwie. Politykom nie przeszkadza taka amoralność, a jak jest z elektoratem partii Kaczyńskiego? Czy to ci spośród Polaków, którzy żyją w kłamstwie rodzinnym, towarzyskim, zawodowym? Jeszcze inaczej: jak ktokolwiek z nas czułby się w towarzystwie kłamcy, miał za przyjaciela chronicznego oszusta? Wydaje mi się, że z kimś takim nie można przebywać, ja nie napiłbym się piwa, bo po pierwszym łyku zwróciłbym.

Kłamcy są zdani na przebywanie wśród swoich, zdani na swoja małość, odizolowanie od innych i od świata. I to jest sposób uprawiania polityki przez PiS. Człowiek wyalienowany, alternatywny zaproponuje innym tylko taki surogat, namiastkę rzeczywistości – nierzeczywistość. Joachim Brudziński –  którego poziom intelektualno-emocjonalny raczej znamy – użycie policji podczas Marszu Równości w Lublinie tłumaczy agresją obydwu stron. Na Twitterze określił to: „chuliganeria jednej i drugiej strony”.

Faszyzujące bojówki, które zaatakowały legalny pokojowy marsz zrównuje poprzez relatywizm moralny swój i swojej partii i tzw. symetryzm, który w tym wypadku da się zobrazować narracją: gdy bandyci napadną twój dom, to jest także twoja wina, bo mogłeś mieszkać pod innym adresem.

Brudziński usprawiedliwia napastników, staje się ich adwokatem – gdyby uczestnicy marszu nie chcieli emancypować się, nie zostaliby napadnięci. „Siła” takiej argumentacji relatywistycznej wskazuje kogo stronę trzyma Brudziński.

W polityce nie jest tak, że dowolnie mogę sobie intepretować zjawisko społeczne, gdyż fałsz nazywania, wywróci uprawianą politykę, a tak dzieje się obecnie z Polską, którą partia Kaczyńskiego wywraca.

Co tam Brudziński, jego zdolności ograniczają się tylko do takiego poziomu tweetowania, na jaki go stać, ale Mateusz Morawiecki jest premierem, który wywraca Polskę i właśnie mam problem po przecinku. Jak mam napisać: … bo jest amoralny, bo ma wywrócony na nice rozum, bo jego system wartości jest bezwartościowy, bo kieruje się interesem własnym, jak owi wyżej wymienieni bandyci, jak złodzieje?

Morawiecki jest wyjątkowego formatu kłamcą, codziennie daje się poznać ta jego cecha charakteru. W Krakowie był powiedzieć: „Jedną z chorób III RP była wyprzedaż majątku, w tym wyprzedaż mediów”. Czyżby podobał mu się PRL, gdzie wszystko było własnością państwa, a może chciałby upartyjnić niezależne media, upisowić.

Kaczyński Morawieckiego upartyjnił. Przecież na taśmie z podsłuchu z „Sowy…” Morawiecki jest kimś zupełnie innym. Dlaczego tak się stało, że Kaczyński go przerobił na kaczyzm, pisizm? Jedna z odpowiedzi jest: Morawiecki jest z plasteliny, nie ma kręgosłupa.

A co do tych wyprzedaży mediów. Porozumieniu Centrum – pierwszej partii Kaczyńskiego – w wyniku prywatyzowania mediów publicznych, w tym gazet, przypadł najlepszy kąsek, mianowicie najlepiej sprzedająca się gazeta „Ekspress Wieczorny”. I co zrobił Kaczyński? Sprzedał ją szwajcarskiemu konsorcjum medialnemu Marquarda. M.in. na tym zbudowany jest majątek PiS, spółka Srebrna.

Zakłamana polityka wywraca wszystko, polityków, którzy ją uprawiają – ale to mniejsza, ich sprawa, jeżeli chcą leżeć w moralnym rynsztoku – wywraca jednak państwo. I taką nam fundują Polskę, wywróconą, wyalienowaną, kraj coraz bardziej wyrzucany z Zachodu, z Unii Europejskiej, bo kto chce przyjaźnić się z takim potworkiem moralnym.

Reklamy

PiS złapany we własne pułapki

Morawiecki może nie pozbierać się z afery podsłuchowej, a sojusznik rządzących Kościół katolicki znalazł się w najgłębszej zapaści po 1989 roku.

Może to ten moment, że na PiS i sojusznika partii rządzącej Kościół katolicki – trzymającsię słynnych słów Bartłomieja Sienkiewicza z taśmy z „Sowy & Przyjaciele” – ruszyła lawina „ch…, d… i kamieni kupa”. Mateusz Morawiecki może nie pozbierać się z afery podsłuchowej, choć tylko jedna taśma jest dostępna, dopiero teraz Onet przepisał z niej słowa kiepsko słyszalne. Premier klnie jak szewc, nie jest to jakaś straszna wada. Słyszymy jednak, jak się mieni być przyjacielem polityków Platformy i nie jest takim kołtunem, jakim chciałby być wśród kraczących pisowców.

Jak się ma Morawieckiego rechrystianizacja do stwierdzenia, iż nasz naród powinien 300 lat temu zrobić porządne Oświecenie: „…oczywiście trzysta lat temu daliśmy dupy i zamiast mieć porządnie Oświecenie”. Premiera mamy więc zakłamanego do trzewi. Przyznam, że nie jest jednak orłem intelektu, taki sobie przedstawiciel elity. Ta taśma uzmysławia coś innego, mianowicie dysponent nieujawnionych taśm zadecyduje o losach Morawieckiego i być może pisowskiej władzy.

Inna pułapka PiS została uruchomiona przez policjantów, którzy wyszli na ulice Warszawy, aby domagać się podwyżek. Jeżeli jest taka wspaniała sytuacja gospodarcza w kraju, Morawiecki obiecuje kolejnym grupom społecznym świadczenia socjalne, różne plusy dodatków, to dlaczego nie ma ich dla policjantów, którzy ponoć zarabiają mniej niż kasjerka w Biedronce.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz przyznał się do zaniedbań w sferze wynagrodzenia mundurowych: – „Policjanci klepią biedę. Za moich czasów klepali biedę, za czasów moich poprzedników też. Nic nie mogłem z tym zrobić, ale życzę im powodzenia, żeby nie żyli w takiej biedzie, w jakiej żyją”. Manifestowało blisko 30 tys. funkcjonariuszy.

Sojusznik rządzących Kościół katolicki znalazł się w najgłębszej zapaści po 1989 roku. Nie dość, że „Kler” Wojciecha Smarzowskiego w weekend obejrzało milion widzów (rekord wszechczasów, „Wiadomości” TVP pocieszyły duchownych tym, że „tylko w 3 dni „Kler” zbojkotowało 37 mln Polaków” – przepisuję z paska), to jeszcze Sąd Apelacyjny w Poznaniu utrzymał w mocy orzeczenie sądu pierwszej instancji dotyczące wyroku w sprawie kobiety gwałconej w dzieciństwie przez księdza Romana B. Sąd zasądził na rzecz kobiety milion złotych odszkodowania i dożywotnią rentę.

Ten precedens otwiera ścieżkę prawną w kwestii pedofilii kleru. Wg znawców przestępstwo pedofilii dotyczy wielu funkcjonariuszy Kościoła. „Kler” Smarzowskiego poza tym otwiera oczy i umysły katolikom, którzy od dzieciństwa byli indoktrynowani.

Zdaje się, że jesteśmy na progu przewartościowań, które mogą doprowadzić do takiego odbioru kleru i zniechęcenia się do Kościoła, jaki dokonał się w Hiszpanii i Irlandii, w krajach katolickich. Ucierpi na tym też PiS, który z Kościołem związał się stułą na dobre i na złe. Nie zajrzeli pod ornat i za to zapłacą.

Delfinów dwóch i Filip z konopi

Politycy PiS znajdują się na finiszu walki o stołek prezesa, który jeszcze może pokwęka na wiecach w kampanii wyborczej, ale będą to 5-10 minutowe wystąpienia, bez większej wartości merytorycznej, raczej z komunikatem „szef ma się dobrze”, co wiadomo, iż odczytuje się – ma się źle. Widać to aż nadto.

Finiszuje dwóch delfinów, którzy wyrwali się całemu peletonowi PiS, w tym Andrzejowi Dudzie, ten ciągle łapie gumy i jest doprowadzany do peletonu przez zawodników z własnej kancelarii, a nawet ci odmawiają współpracy, jak Krzysztof Łapiński, aby na ich plecach wiózł się ten maruder.

Może dojść do sytuacji, iż nie będzie chciał współpracować z Dudą żaden zawodowiec i zostanie skazany na amatorów, a tym samym na niewystawienie do reelekcji.

Finiszują po funkcję prezesa Mateusz Morawiecki i Joachim Brudziński, którzy zawarli tymczasowy sojusz antydudowy – o czym w „Newsweeku” pisze Renata Grochal. Intryga z australijskimi fregatami Adelaide się powiodła. Duda został ograny jak zwykły cienias.

Prezydent już nie dojdzie uciekinierów, nie ma na to szans. Oni zaś są skazani na konflikt, bowiem stołek prezesa jest jeden. I raczej Morawiecki w tym starciu jest przegrany. Prowadzi – to prawda. Lecz na przodzie bierze się wiatr na siebie, a rywal wiezie się na kole, do tego potrzeba tylko 90 procent wysiłku prowadzącego. A zatem Brudziński ma przewagę 10 proc., z której skorzysta, gdy zobaczy kreskę mety i będzie musiał wyminąć Morawieckiego.

Brudziński oprócz tego ma aparat partyjny pod sobą, on go kształtował i zna pisowski beton na wylot, zna ich słabe punkty, staną za nim, a nie za transferowanym Morawieckim. Oczywiście, o wszystkim może zadecydować prezes i zdyskwalifikować, jednak jest uwięziony w sidłach. Sam je zastawił na Nowogrodzkiej, gdzie otoczył się kordonami ochroniarzy.

Brudziński więc zawsze może zachować się jak Beria w stosunku do Stalina. Znajdujemy się w podobnej logice tragedii. Może dojść do innych rozwiązań, ale byłyby one wbrew gatunkowi samospełniającej się tragedii.

Mógłby do gry wejść – na zasadzie bonifikaty – Patryk Jaki, gdyby wygrał wybory samorządowe w Warszawie. Mamy do czynienia z jego desperackimi próbami przekonywania warszawiaków do siebie. Niczym Filip z konopi rzucił na agendę projekt 19. dzielnicy Warszawy, który szybko okazał się humbugiem, fantomem, kitem.

Przecież nie startuje na dewelopera Warszawy, a przy tym ową 19. dzielnicę usadowił na terenach zalewowych, chronionych projektem ekologicznym Natura 2000. Uwagę zwrócił mu Rafał Trzaskowski, że ta 19. dzielnica już jest, gdyż teren zalewowy jest integralny dla działu wodnego Wisły. Oprócz tego wyszła impotencja twórcza Jakiego i jego sztabu, gdyż ów pomysł zastosował Lech Kaczyński, gdy startował z prezydenta Warszawy na prezydenta Polski i obiecywał warszawiakom park technologiczny na Siekierkach. Jaki więc zaserwował ogrzewane kotlety.

Oprócz tego, że 19. dzielnica jest w budowie, ma stronę w internecie, buduje ją hiszpański deweloper Pro Urba. Może zajść podejrzenie, iż to zamierzona wpadka, darmowa reklama, bo mieszkania w tej ekskluzywnej dzielnicy są do kupienia. Jakim zatem powinny zająć się służby, policja, a nawet jego szef Ziobro.

A przy tym zaprezentowany projekt to pół godziny pracy w programie Adobe. Amatorszczyzna, humbug, jak cała partia PiS z delfinami włącznie, z którymi wyborcom tej partii tak czy siak wyjdzie na łyso.

Pisowska trójca mitomanów

Duch Kaczyńskiego z photoshopa, mitoman Morawiecki negocjujący akcesję Polski do UE i Duda całujący klamkę w Australii

Pisowski festiwal konfabulacji rozpoczął sam prezes. Nie ma go, a jakoby ma czuwać. Nieprzypadkowo to brzmi jak tren. Aby jakoś usprawiedliwić nieobecność Jarosława Kaczyńskiego na konwencji PiS w Sandomierzu jego dama do towarzystwa Joachim Brudziński opublikował na Twitterze zdjęcia prezesa niby przebywającego Beskidzie Sądeckim, w górach, w których o tej porze roku bywał w poprzednich latach.

Ale w tamtym roku i dwa lata temu prezes tak ciężko nie chorował, a jeżeli był zdrowy to nigdy mu nie zdarzyło się opuścić konwencji, na których formułuje program walki z demokracją i opozycją. Zdjęcia Kaczyńskiego są ewidentnie z photoshopa, nie potrzeba do tego wielkiego znawstwa estetyki fotograficznej, aby to stwierdzić. I wcale nie chodzi o to, że barwy sylwetki i tła mają inną intensywność, ale że Kaczyńskiego postać raczej zachowuje się tak, jakby właśnie Brudziński wyszedł z nim na korytarz szpitalny i nie śmiał poprosić o uśmiech, bo możliwe, że Kaczyński nie ma na to sił.

Brudziński ma sztamę z Mateuszem Morawieckim, bo jeden pracował w programie photoshop, a drugi konfabulował na konwencji, aż kłamstwa furczały. Morawiecki w mitomaństwie godny jest Kaczyńskiego, który jednak do totalnego zakłamywania rzeczywistości dochodził latami. Morawiecki to prymus mitoman i już dorównuje swojemu mistrzowi. Miał jakoby być w „Solidarności” i walczyć z komunistami, ale pomyliło mu się, bo „Solidarność Walcząca” walczyła z „Solidarnością”. Pomyliły mu się strony barykady – i niestety wraz z tatusiem Kornelem stał tam, gdzie ZOMO.

W Sandomierzu tak się premier rozpędził, że przypisał sobie negocjacje akcesyjne do Unii Europejskiej i robił to „ja sam”. W ten sposób rozpoczęło się zaklinanie budżetu unijnego w nowej perspektywie budżetowej, ten specjalista mitoman od „ja sam” rżnie elektorat tym, iż uzyska większą kasę z Brukseli niż poprzednicy. Tak! – uzyska, ale sankcje.

Od kilku dni stałą personą dramaturgicznej konfabulacji jest Andrzej Duda, jego wyprawa na antypody do Australii i Nowej Zelandii jest godna przygód barona Münchhausena. Miał na drugiej półkuli zakupić fregaty Adelaide, następnie miał być podpisany kontrakt na okręty, aby go zerwać jak Macierewicz umowę na Caracale, a gdy i to nie wypaliło, miało dojść do bilateralnych rozmów z premierem Australii Malcolmem Turnbullem, lecz ten tylko się przywitał z Dudą i Mariuszem Błaszczakiem – nie będzie tracić czasu na bilateralne rozmowy z ludźmi niepoważnymi. Wysłał w zastępstwie – wbrew pierwotnemu planowi – swoich ministrów. To niestety nie polityka wewnętrzna, takie wpadki są na długo zapamiętywane. I nikt już nie zechce na poważnie z tymi panami rozmawiać.

Tak na dzisiaj wygląda pisowska trójca święta mitomanów. Duch Kaczyńskiego z photoshopa, mitoman Morawiecki negocjujący akcesję Polski do UE i Duda całujący klamkę w Australii.

PiS-owi czapka gore

PiS uzależnia nas od rosyjskiego gazu i węgla, tego ostatniego wydawałoby się, że mamy pod dostatkiem na Śląsku. W I półroczu 2018 kolejny wzrost rok do roku zanotowaliśmy w imporcie gazu aż o 6,6%, a import rosyjskiego węgla bije wszelkie rekordy, w tym z Donbasu, który w wyniku wojny hybrydowej Putina został oderwany od Ukrainy (przypomnę, że Donbas dla Ukrainy jest tym, czym Śląsk dla Polski).

Na bazie tych twardych danych i faktów Dariusz Rosati, eurodeputowany PO w bardzo sugestywnym twitcie sumuje sytuację, w jakiej się znaleźliśmy: „głównym wrogiem dla PiS jest Bruksela i Zachód, PiS nie atakuje Rosji. Dodajcie do tego rosnące uzależnienie Polski od rosyjskiego węgla i gazu. Dodajcie Macierewicza i poparcie dla PiS ze strony nacjonalistów finansowanych przez Rosję”.

Rosati pisze pointę: „Wszystko jasne”. Sytuacja jest naprawdę poważna, co może umknąć opinii publicznej. Posłuchajmy byłego dowódcę generalnego polskich sił zbrojnych generała Mirosława Różańskiego, który podzielił się swoją wiedzą z młodzieżą na owsiakowym festiwalu Pol’and’Rock w Kostrzynie n/O: „Jeśli czekamy na wojnę, to ona już trwa. To Syria, Irak, Afganistan, Jemen i Ukraina. Pytanie, czy dotrze do Polski. Tak, jeśli Polska będzie niestabilna, podzielona i skłócona z sojusznikami. Wtedy będzie doskonałym celem dla Rosji”.

Zestawmy to z naszą wiedzą. Kogo PiS atakuje? Zachód, Brukselę, demokrację, która jest standardem ustrojowym Unii, a Rosja… jest wzorcem dla PiS, jest pożądaną demokracją fasadową. Z czasem jak dla Węgier Viktor Orbana stanie się sojusznikiem PiS.

Współczesna Targowica definiuje się sama przez się. Radosław Sikorski na Twitterze przypomina: „Pamiętajmy. Targowica to klerykalno-tradycjonalistyczny ruch sprzeciwu wobec europejskiej, oświeceniowej Konstytucji 3 Maja”.

Czy już wszystko jasne? Targowica PiS sprzeciwia się niezależności Sądu Najwyższego, który skierował do oświeconego Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) pięć pytań prejudycjalnych. PiS na naszych oczach powtarza najbardziej samobójczy gest zdrady ojczyzny.

Najprawdopodobniej już na jesieni nastąpi przyśpieszenie wyjścia naszego z Unii Europejskiej i ogłoszenia – za Kornelem Morawieckim – ze Kreml jest naszym sojusznikiem. Historycy za lat dziesiąt będą dociekać, kiedy przeflancowany na rosyjską stronę został Macierewicz, kiedy przekonał do tego Jarosława Kaczyńskiego, a kiedy walczący z „Solidarnością” Kornel Morawiecki, lider „Solidarności Walczącej” zindoktrynował w domu swego syna Mateusza.

Powtarzamy się do bólu. Kiedyś Targowica zakończyła się tragedią dla Polski, czy teraz dążenie PiS skończy się farsą, jak Janukowycz na Ukrainie, który dał dyla do Putina? PiS boi się wszystkiego – koszulek z napisem Konstytucja, które są nakładane na pomniki w całym kraju, przeszkadza partii Kaczyńskiego młodzież na festiwalu, bo flejtuch intelektualny Brudziński żałuje wody z motopomp strażackich w upały.

Jak pisał Henryk Sienkiewicz, dopadła na okrutna małość niektórych mieniących się Polakami. Na złodzieju demokracji czapka gore. Tym złodziejem naszej wolności jest PiS. Zostanie im odpłacone, bo… poeta pamięta.

Brudziński i Muszyński w autokratycznym cyrku Kaczyńskiego

Nas obywateli czeka ogromny trud – pozszywania rozerwanej, poszarpanej i podeptanej Polski.

Przed nie lada wyzwaniem stoi dzisiejsza opozycja, gdy już zwycięży PiS i trzeba będzie po partii Kaczyńskiego posprzątać. Zniszczone zostało niemal wszystko – prawo, publiczne media, imię Polski i każdego z nas, imię Polaka. Zostaliśmy odarci z godności, honoru, a wielu z rozumu.

Joachim Brudziński nie ma problemu ze stwierdzeniem, że inwigilowanie obywateli służy zapewnieniu bezpieczeństwa. Brudziński zaoferował bezpieczeństwo środowiskom prodemokratycznym, prokonstytucyjnym na spotkaniu ze Zbigniewem Hołdysem poprzez inwigilowanie ich.

Spisanie manifestujących uzasadniał kłótnią wśród protestujących. Czy zbyt głośno wyrażali swój gniew albo jeden chciał wykrzykiwać hasła „Duda pod Trybunał Stanu”, a inny chciał frazy „Będziesz siedział”? A może kłócili się o Kaczyńskiego, czy ma siedzieć, czy uciekać do „ciepłego człowieka”?

Eliza Michalik nawet mniema, że Brudziński oszalał. Wg niej oznaka pomieszania rozumu u ministra to przyznanie się w TVN 24 do popełnienia przestępstwa przekroczenia uprawnień, a za to idzie się do więzienia. Tak stałoby się w państwie prawa, Brudziński wszak bierze na klatę przestępstwa, a na plecy napis na pasiaku ZK (Zakład Karny). Inni zauważają, że jako prawa ręka Kaczyńskiego wie, iż „nie odbędą się takie wybory, które oni by przegrali”.

Stwierdzenie ważności wyborów jest w gestii Sądu Najwyższego, właśnie do niego rozpoczęła się niekonstytucyjna inwazja sędziów, spośród których będzie dobierany skład między innymi Izby Dyscyplinarnej SN. Wpłynęło już 198 kandydatur na sędziów, wśród nich osławiony Mariusz Muszyński.

Muszyński jest odpowiednikiem Stanisława Piotrowicza, rozwalił Trybunał Konstytucyjny, gdzie jest tzw. dublerem (objął obsadzone już stanowisko sędziowskie), w istocie kieruje Trybunałem, a nie niedołężna profesjonalnie Julia Przyłębska. Teraz przechodzi na front Sądu Najwyższego – z takim samym zdaniem spacyfikowania SN i uczynienia z niego narzędzia politycznego PiS.

Możemy więc spodziewać się wszystkiego najgorszego. Skręcenie wyników wyborów, bo przestępcy (na razie in spe) będą się bać odsiadki. Zaś Unia Europejska nie będzie tolerować wśród siebie czarnej owcy demokracji, pisowskiej Polski.

Zauważmy, iż testowane jest zbliżenie do Rosji. Na harce medialne wysłany został tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel. Testowane jest zrównanie demokraty z faszystami, bo tak należy odczytywać postawienie przed sądem członka KOD, którego w Radomiu pobili wszechpolacy. I wreszcie jest testowana przemoc – użycie gazu pieprzowego w stosunku do manifestujących. A jak będą się domagać wyjaśnienia od Brudzińskiego tego incydentu przemocy – zaliczanego zresztą do zjawiska tortur – tak jak Amnesty International z szefową polskiego oddziału Draginją Nadażdin, mogą się spotkać z wulgaryzmami posłanki PiS Pawłowicz, kołtunką i zdziwaczałą wodzirejką w autokratycznym cyrku Kaczyńskiego.

Opozycję czeka nie lada wyzwanie, a nas obywateli jeszcze większy trud – pozszywania rozerwanej, poszarpanej i podeptanej Polski. Zanim tak się jednak stanie, może nas czekać walka z jeszcze gorszą próbą upodlenia nas przez PiS. Tacy Brudzińscy, Muszyńscy, Kaczyńscy uciekną się do najgorszego, bo nie są w stanie wziąć odpowiedzialności za zło, które krajowi uczynili.

Jak Brudziński przekształca policję w milicję

Brudzińskiemu nie udało się jeszcze całej policji przerobić na milicję, jeszcze niektórzy z policjantów się bronią.

Policja za czasów PiS najpierw przeistoczyła się w firma ochroniarską miesięcznic Jarosława Kaczyńskiego tudzież innych imprez pisowskich, a ostatnio dokonała zdecydowanej przemiany – w milicję.

Joachim Brudziński lepiej sobie poczyna jako minister spraw wewnętrznych. Mariusz Błaszczak miał spektakularne wyniki policji, która sypała konfetti na cześć zastępcy Zielińskiego oraz mord na komendzie we Wrocławiu na Igorze Stachowiaku.

Brudziński idzie szerszą ławą, policja używa przemocy jak milicja peerelowska, która chroniła PZPR. Policja zastrasza obywateli, wykręca i łamie ręce. Nie nosi identyfikatorów i możliwe, że mamy do czynienia nie tylko z milicją udającą policję, ale także zamiennikiem dawnego ZOMO, czyli WOT (Wojsk Obrony Terytorialnej). Ta ostatnia formacja od początku była przeznaczona do walki ze społeczeństwem obywatelskim, bo nie z zagrożeniem ze strony wrogów zewnętrznych. Na wojnie byłaby tylko mięsem armatnim.

Milicja Brudzińskiego postawiła zarzut propagowania totalitarnego systemu 49-letniej kobiecie, która na biurze PiS napisała „PZPR” i „Czas na sąd ostateczny”. A co miała napisać? PiS? Partia Kaczyńskiego jeszcze nie jest totalitarna, ale autorytarna – zmierza do totalitaryzmu.

Kobieta zaledwie porównała, a za metafory trzeba byłoby sadzać poetów, bo to oni tworzą porównania. Napis „PZPR” jest metaforą. Ale Brudziński może nie wiedzieć, z czym to się je, zaś milicja jego jest jak w starym dowcipie o milicjancie: „milicjant myśli”.

Chyba, że milicja uważa, że szerzeniem totalitaryzmu jest „czas na sąd ostateczny”. Ale to metafizyka, nauka o niebycie, którą praktykuje Kościół chrześcijański od 2 tysięcy lat. Totalitaryzm metafizyczny, który straszy piekłem i niebytem w niebycie.

Gdy w tym miejscu napiszę: Joachim Brudziński z PiS albo Joachim Brudziński z PZPR, nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że szerzę totalitaryzm, a wręcz przeciwnie przestrzegam przed nim. A więc owej 49-letniej kobiecie należy się laur za trafną metaforę, laur Zbigniewa Herberta.

Joachim Brudziński z PZPR postraszył posła PO Michała Szczerbę, który wymienił dwa nazwiska policjantów. Policjanci pełnią służbę publiczną i to pod nazwiskiem, tak jak poseł PO Michał Szczerba. Tak jak ja tutaj piszę pod nazwiskiem i pod nazwiskiem wydaję książki. Z wpisu posła opozycji wynika, że Brudzińskiemu nie udało się jeszcze całej policji przerobić na milicję, jeszcze niektórzy z policjantów się bronią.

Jak w jednej z największych metafor literackich Franza Kafki nie wszyscy przeistoczyli się w mroki nocy władzy PiS w Gregorów Samsów, w Karaluchów. Nie wszyscy policjanci są milicjantami i to jest sukces tej formacji od porządku publicznego.

Zgadzam się, że należy karać za propagowanie totalitaryzmu, ale nie za metafory. Mam nadzieję, że w przyszłości za napis „PiS” będzie kara, a ta partia już dzisiaj w prostych narzędziach literackich języka polskiego da się zdefiniować jako partia autorytarna, zmierzająca do totalitaryzmu.

Jak PiS wprowadza i wyprowadza kozy

PiS do perfekcji opanował polityczną zasadę nieoznaczoności (w fizyce kwantowej Heisenberga). W publicystyce przyjęło to nazwę niewysublimowanego przykładu alegorii: wyprowadzenia kozy. Wprowadzasz kozę – śmierdzi, wyprowadzasz – wszyscy z ulgą przyjmują, że można oddychać. A guzik, koza zrobiła swoje, jej nie ma, ale smród pozostał na zawsze – smród zniewolenia.

Tak rozegrano w ubiegłym roku trzy ustawy sądownicze, gdy Andrzej Duda po wielkich protestach i łańcuchach światła dwie z nich zawetował, wyprowadził kozę, aby następnie wprowadzić kozę jeszcze bardziej waniającą, ale wszyscy byli już zmęczeni pisowskim smrodem.

PiS nawet we wprowadzniu kozy wyrobił się jeszcze bardziej jak babcine reformy. Sejm w wakacje miał nie pracować, obserwatorzy polityczni utyskiwali, że posłowie to lenie, a tu proszę parlamentarzyści pracują w pocie czoła, jak nie przymierzając w czasie żniw. Może za bardzo się nie napracują, ale jakie efekty, godne stachanowców.

Nowela ustawy o IPN to znamienity przykład śmierdzącej kozy pisowskiej. Ustawa o IPN rozeszła się na cały świat, PiS osiągnął zatem efekt globalny, świat potraktował jako chlew. Ale nie zgodziły się z takim traktowaniem dwa potężne państwa Izrael i USA. Chlewu w związku z pisaniem o Holocauście nie będzie! Premier Izraela dopilnował, aby Mateusz Morawiecki wyprowadził tę globalną kozę, upokorzenie polskiego premiera widziała publika całego świata. Morawiecki jednak uznał to za sukces, bo tym razem to na niego – w teorii nieoznaczoności Heisenberga – przeniosła się koza, którą w tym wypadku można byłoby nazwać: kozą upokorzenia.

Zauważmy, iż w przypadku PiS działa fizyka kwantowa – smród po ustawie o IPN pozostaje na zawsze, a za kozę tymczasem robi sam Morawiecki.

Tę zasadę – moje odkrycie: kozy kwantowej – wykorzystuje się przy upartyjnieniu Sądu Najwyższego. Od razu wyczułem kozę, gdy na agendę wrzucono sprawę całkowitej aborcji, która miała być odesłana ad Kalendas Graecas, czyli nigdy niezałatwiona, ale służąca do postrachu.

I oto wraca aborcja, bo trzeba na siłę rozpirzyć Sąd Najwyższy, który sam o sobie zadecydował – takie uprawnienie daje Konstytucja – iż nie da się rozpędzić, a Komisja Europejska rozważa skierowanie tej sprawy do Trybunału Sprawiedliwości UE. Frans Timmermans nie do końca ma świadomość, ilu kóz i jakie z nich wprowadzi PiS, aby którąś wyprowadzić i by poczuto ulgę.

Bardziej jednak niż o Timmermansa właściciele kóz martwią się o polską publikę. Wszak do wyroków Trybunału w Luksemburgu mogą się nie odnieść, ale do Polaków niekoniecznie, gdyż to zależy, ilu z nas będzie protestować. O tym subtelniej niż ja pisze Wojciech Maziarski w materiale „O co chodzi w „operacji aborcja”.

Szefowa Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Marta Lempart twierdzi, że kobiety będą protestować przeciw zakazowi aborcji, a wieczorem przyjdą pod Sąd Najwyższy. Ale w tym wypadku nie chodzi o zwartość protestujących, lecz o manipulowanie kozami i do tego PiS niewątpliwie się ucieknie.

PiS w dawkowaniu smrodów i mieszaniu nimi jak w alchemicznej retorcie jest mistrzem. Sam Goebbels mógłby się od nich uczyć, a w szczególności od Morawieckiego.

Takich kóz pisowskich jest bez liku. Jak wyprowadzono kozę: „nagrody nam się należą” (wprowadziła ją do obory B. Szydło)? Prezes powiedział, że mają je zwrócić na Caritas. Czy ktoś sprawdził, ile nagród odesłano do Caritasu, który wszak ich nie wypłacał? Ale to betka z nagrodami, które doją pisowscy działacze w spółkach skarbu państwa. Największy dystrybutor energii w Polsce, Energa ma już szóstego prezesa za czasów rządów PiS. Nie dość, że na tym stanowisku zarabia się krocie, to odprawy są wielokrotnie większe. Tak jest na stanowisku prezesa, lecz są pośledniejsze stanowiska w tej spółce i w innych spółkach skarbu państwa. Doją Energę i spółki państwowe rotacyjnie, bo „im się należy”. To nawet nie są dziesiątki milionów, ani setki, to więcej. Zresztą wystarczy porównać schemat i metody działania mafii, aby przekonać się, skąd PiS bierze wzorce dojenia, pobierania haraczów.

Tak do tej pory nikt nie postępował, bo poprzednie ekipy rządzące nie umywają się do PiS. Chrzanieniem w bambus jest używanie zwrotów, że poprzednie rządy, że PO-PSL, itd.

Spointuję nieco innym akcentem, mniej smrodliwym niż koza, lecz wielce nadającym się do „Ucha prezesa”, które nawet nie wiem, czy jest jeszcze realizowane, bo za kozami pisowskimi nie można nadążyć. Tomasz Siemoniak na swoim blogu pyta Morawieckiego i Joachima Brudzińskiego o słynną stępkę pod prom: „Dlaczego PiS nie poleruje stępki papierem ściernym?”

Niedługi tekst Siemoniaka jest przezabawny i uświadamia, że PiS nie tylko wprowadza i wyprowadza kozy, ale też ośmiesza na świecie imię Polski. Te dwie postaci pisowskie Morawiecki i Brudziński są jak Friko i Koko z cyrkowych skeczów, gdy jedna postać krzyczy do drugiej: „Wiesz Friko, że jesteś większym krętaczem ode mnie” i słyszy odpowiedź: „Ale ty Koko jesteś większym kłamcą”.

Pisowskie kozy pozostawią na zawsze smród na naszym wizerunku, ale moglibyśmy zadbać o to, aby już żadnych kóz nie wprowadzali. Jest na to jeden sposób, ich wyprowadzić.

4 ostatnie teksty Waldemara Mystkowskiego.

Lech i Jarosław Kaczyńscy to ta sama moneta zła

Czy Lech Kaczyński był lepszym z braci, jak twierdzi Eliza Michalik, dziennikarka Superstacji? Michalik pisze te słowa w kontekście „mordu sądowego” na Tomaszu Komendzie, który odsiedział w wiezieniu 18 lat za zbrodnię, której dokonał ktoś inny.

Do posadzenia Komendy walnie się przyczynił Lech Kaczyński, który jako minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka miał jedyny program polityczny – zaostrzyć prawo i bezwzględnie – wbrew procedurom – sadzać kogo popadnie. Padło na Komendę.

Nie był to program naprawy prawa bądź egzekwowania praworządności. Był to program polityczny, który wydobył PiS z niebytu politycznego. Komenda to niejako kozioł ofiarny mitu założycielskiego PiS.
Idąc dalej – czy Lech K. jest lepszy od groźnego dzisiaj Jarosława K.? Wszak to ta sama moneta, jeden jest reszką, a drugi orłem. Zło ma dwie twarze, nie ma w moralności mniejszego zła i większego, choć w polityce używa się takiego argumentu.

Gdyby nie Lech, nie mielibyśmy Jarosława – i tak należy postawić zależność wśród braci K. A potem ci katastrofalni politycy spowodowali, iż Lech odpowiada za katastrofę smoleńską. Choć zdaję sobie sprawę, że trudno osądzać nieżyjącego wg procedur prawa.

Ale może zastosujmy staropolską regułę, że Polak mądry po szkodzie, po katastrofie… I zadajmy sobie pytanie: Ku jakiej katastrofie zmierzamy pod władzą PiS, której dysponentem jest Jarosław K.?
Na ławie oskarżonych historii może być posadzony Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński. Wyrok, jaki wyda historia, nie będzie dla żadnego z nich uniewinniający. W tej przyszłej polskiej Norymberdze Lech Kaczyński może dostać dożywocie zapomnienia, a Jarosław czapę.

Ale czy na tej podstawie można twierdzić, że Lech jest lepszy z braci? Obydwaj psim swędem dostali się do polityki i takim psim swędem potraktuje ich historia jako zło tej samej monety, o tej samej wartości, zło o dwóch bliźniaczych twarzach.

W PiS toczy się zażarta walka o stołek prezesa

Kto po Kaczyńskim? Klaudiusz Brudziński czy jakiś Kaligula?

Jarosław Kaczyński w szpitalu przebywa od 8 maja, a ma jeszcze w nim przebywać dwa tygodnie. Niemal półtora miesiąca hospitalizowania. Na kolano – operowane bądź nie – tyle się nie leży. Zatem należy się wszystkim odpowiedź na pytanie: co jest Kaczyńskiemu?

Lekarze unikają odpowiedzi, żadnych komunikatów nie wydają. Gdyby to było kolano, ordynator dawno podałby to do wiadomości, tak jak zasuwał z kulami rehabilitacyjnymi na Żoliborz. Dziennikarze nie potrafią uzyskać dojścia do karty choroby Kaczyńskiego ani do jakiejś pielęgniarki, która aplikuje prezesowi lekarstwa i zastrzyki. Żaden paparazzi nie przedarł się przez zasieki i barykady, za którymi skrył się Kaczyński, wszak łasy na splendor celebrycki. Przecież nie możemy polegać na medialnych rozhoworach Adamów Bielanów i Marków Suskich, których wiarygodność jest zerowa, a w zasadzie minusowa.

Nawet gdy Kaczyński wróci, to na krótko, a jeżeli jego choroba jest inna – a jest wielce prawdopodobne – niż na kolano i o wiele bardziej groźna, będziemy mieli do czynienia z nawrotami. Jesteśmy zatem świadkami odchodzenia Kaczyńskiego. Żeby było jasne – odchodzenia politycznego, bo w egzystencjalnym zawsze daję handicap współczuciu – nawet w stosunku do najbardziej złych ludzi, daję im szansę na odkupienie i poprawę. Acz nie wiem, czy Kaczyński leżący plackiem w zakrystii do końca swoich dni i ogrzewający swoim ciałem zimne posadzki – wg swojej średniowiecznej aksjologii – zasłużyłby na przebaczenie.

Widać gołym nieuzbrojonym okiem, iż w PiS toczy się zażarta walka o stołek prezesa. Tak naprawdę kandydatów jest niewielu. Kaczyński nominował Mateusza Morawieckiego, ale ten jest słaby w strukturach partyjnych, nadrabia tę przypadłość gębą, jest w niej bardziej papieski od prezesa. Nie bez szans ogrzania się na jeszcze ciepłym stołku prezesa ma Joachim Brudziński, który przez Renatę Grochal w „Newsweeku” został przyrównany do mało rozgarniętego Klaudiusza, który psim swędem uchował się na dworze Kaliguli.

Raczej nie ma szans na prezesa PiS Kaligula Zbigniew Ziobro, formalnie nie jest w PiS, ponadto pod każdym względem to cienki Bolek. Starszy Kaligula Antoni Macierewicz ma już za sobą karierę polityczną, kombinował coś ze swoim koniem Incitatusem Bartłomiejem Misiewiczem, ale nie udało mu się na trwałe zrobić go senatorem.

Władza PiS utyka na kolano prezesa, po jego odejściu – ktokolwiek posadzi swoje cztery litery na stołku Kaczyńskiego – będzie bardziej kuśtykała mimo jakichkolwiek kul rehabilitacyjnych. Oby w tym chwiejnym chodzie jak najszybciej się obalili ci, którzy przynieśli Polsce tyle nieszczęść.

Wg strategii PiS niepełnosprawni potraktowani zostali jak gorszy sort

40 dni trwał protest niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. 40 to liczba symboliczna w kulturze chrześcijańskiej, tyle dni na pustyni przebywał Joszua z Nazaretu i był oblegany przez złe duchy. Tymi diabełkami okazali się u nas marszałek Sejmu Marek Kuchciński, Mateusz Morawiecki i tudzież takie strzygi i rokity jak Krystyna Pawłowicz, jej koleżanki i koledzy strzykający brudnymi słowami.

Gdyby poruszyć jeszcze jedną symbolikę, wręcz mistykę narodową, to należy mówić o mrokach romantycznych Mickiewicza – „40 i 4” z III części „Dziadów”. Jak mało chrześcijańska okazała się władza PiS i mało polska, mało empatyczna, nieromantyczna, nieoświecona.

W proteście niepełnosprawnych nie chodziło o kompleksy polskie, ani chrześcijańskie, ale o jeden postulat – godnego życia, który nie został spełniony (dodatek na życie w kwocie 500 zł).

Więc co przyniósł ten protest? Każdy z osobna powinien odpowiedzieć na to pytanie. Przede wszystkim większość Polaków dowiedziała się o problemach niepełnosprawności. Niepełnosprawny stał się bliższy rodakom, patrzą na niego dużo bardziej przychylnym spojrzeniem i z empatią. Byłem świadkiem kilku zdarzeń, gdy ludzi na wózkach traktowano z większą atencją, uprzejmością i uśmiechem bliskości, niż to miało miejsce przed protestem.

Niepełnosprawni przegrali jednak z zimnym głazem władzy, która nie jest w stanie podjąć dialogu, a tylko monologować, jaki to sobie sama stawia plus, a jak się z tym nie zgadzasz, to nie pozwolą ci wyjść na spacer, utrudnią dostęp do prysznica, zamkną okna i wyślą strażników, aby wykręcali ręce.

Utrudniano życie protestującym i ich szykanowano. Nie zmieni się ich sytuacja tym bardziej po proteście, kłopot został zażegnany, ta władza ma gdzieś słabszych, są dla niej problemem nie do rozwiązania, bo są grupą społeczną nieznaczącą pod względem wyborczym.

Władza PiS zastosowała swoją strategię. Niepełnosprawni są jeszcze jednym segmentem gorszego sortu Polaków. Czy była szansa na zwycięstwo niepełnosprawnych? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć. W jakich warunkach zewnętrznych protestu była szansa, aby ta władza pochyliła się nad postulatem niepełnosprawnych?

Gdyby przez 40 dni spadło znacząco poparcie dla PiS, gdyby przed Sejmem i w całej Polsce dochodziło do masowych protestów, to nie mielibyśmy tej sytuacji, iż po 40 dniach zawieszono protest?

PiS się nie zmienia i nie zmieni. Nie miejmy w stosunku do nich żadnych oczekiwań. PiS wygrał z protestującymi. Czy w związku z tym wkrótce wygra wybory?

I jeszcze jedno – PiS nie wygrywa dzięki sobie. Wszystko niszczy, demoluje – Konstytucję, praworządność, niepełnosprawnych. Nie możemy na to pozwolić i dać się zepchnąć na kolejne lata do gorszego sortu.

Morawieckiemu odkleja się oczko, jak „Misiowi” Barei

Kolano Jarosława Kaczyńskiego jest jak na najlepszej drodze – tak przynajmniej utrzymuje Mateusz Morawiecki. Podzielił się tą wiedzą w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM, gdy został zapytany, kiedy jego zwierzchnik wyjdzie ze szpitala: – „Tego nie wiem, to jest kompetencja lekarzy. Ale mam nadzieję, że jest wszystko na bardzo dobrej drodze”.

Droga samego premiera Morawieckiego jest drogą przez mękę, bo każdą ważną decyzję konsultuje: – „Najważniejsze rzeczy konsultuję. Rozmawiamy ze sobą, zwykle przez telefon, bo ma kontuzję pewną”. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Golgotą jest szpital przy Szaserów – do czasu jednak, gdy zostanie przeniesiona na Nowogrodzką.

Trudno nie kpić z Morawieckiego, który jest niesprawny językowo. A może jest sprawny, bo to język z groteski, wykrzywiony wewnętrznie, nie będący w kontakcie z rozumem, zaprzeczający sensowi już na przestrzeni dwóch zdań. Tak sypnął się Morawiecki, gdy zapytany został o fundusze unijne: – „My mamy błędne wyobrażenie, że nasza gospodarka zależy od środków unijnych. (…) Będziemy bardzo twardo walczyć o fundusze strukturalne i na politykę rolną”. Logika tych dwóch zdań jest następująca: będziemy walczyć o błąd.

Język jest nośnikiem oleju w głowie, jak powiedział Jan Onufry Zagłoba, bohater Trylogii Sienkiewicza, którą ponoć Morawiecki czytał. Premierowi jednak albo brak oleju w głowie, albo kiepsko porusza się w języku polskim. Nie mogę się zdecydować, co szwankuje u Morawieckiego, bo jak można połączyć protest niepełnosprawnych w Sejmie z PGR-ami. A to udało się temu bohaterowi wyjętemu z grotesek Barei: – „Ludzie o kamiennych sercach, którzy niszczyli PGR-y w latach 90-tych, zakłady pracy, bezrobocie 25%, zrobili nic albo prawie nic w sprawach społecznych”.

Premier rządu polskiego jeździ po Polsce, zamiast rządzić i tak jak bohater grotesek w każdej poruszanej kwestii jest na bakier z sensem. Morawieckiemu odkleja się oczko, jak „Misiowi” Barei.
Pisowska rzeczywistość musi się sypnąć. Sprzyja jej na razie koniunktura gospodarcza w Europie. Żadna w tym zasługa rządów Misia Morawieckiego, który jest śmieszny w swoich wypowiedziach, a które musimy racjonalizować, aby nie zwariować we własnym kraju.

Zracjonalizował groteskę PiS pewien mężczyzna, który na „schody Kaczyńskiego” na placu Piłsudskiego po prostu wszedł. Przynajmniej wiemy, do czego może w przyszłości będzie służyć ten pomnik, jako atrakcja turystyczna – do wchodzenia. I niech Morawiecki przyjmie do wiadomości, że dla niego schody się zaczęły, ale one prowadzą w innym kierunku – w czeluść.

SZACUNEK DLA Oszustwa i pazerność trzeba gonić!

Dwa teksty Waldemara Mystkowskiego.

W bałaganie PiS jest metoda?

Kandydatów PiS na prezydentów miast poprzednio przedstawiał Jarosław Kaczyński. Miał kwaśną minę, szybko zszedł ze sceny. Dlaczego tak się stało? Kaczyńskiego dopadł syndrom Breżniewa, który przed odejściem ledwo wchodził na trybunę na Placu Czerwonym, ktoś podtrzymywał mu rękę za łokieć, albo był na prochach, aby mógł machać do gawiedzi. Kaczyński też się zaciął, jak gensek Breżniew, już podczas kampanii prezydenckiej 2010 roku roku łykał barbiturany, o czym mówiła Jadwiga Staniszkis, kiedy jeszcze wierzyła w prezesa.

Z kolanem Kaczyńskiego jest jednak problem. Joachim Brudziński przyszedł do TVN24, aby poinformować, jak policja będzie walczyć z kibolami, do czego asumpt dała burda w meczu Lecha Poznań z warszawską Legią, ale minister szybko przewekslował się na kolano prezesa, nad którym ponoć pracują wybitni ortopedzi. Brudziński raczej nie jest wybitnym ortopedą, więc dlaczego to on informuje o zwyrodniałym kolanie?

Następny obrazek medialny z Brudzińskim podsuwa wiadome asocjacje, bo to pod jego przewodem Komitet Polityczny PiS zatwierdza kolejne kandydatury na prezydentów miast. Po Breżniewie przyszedł na krótko kolejny gensek Konstantin Czernienko. Czyżby Brudziński był Czernienką? Zwłaszcza że Mateusz Morawiecki w tym czasie został zesłany w teren, aby otworzyć obwodnicę w Kępnie i trajlować na konferencji o przedsiębiorczości.

Morawiecki staje się ideologiem PiS („Polska musi rozwijać się równomiernie”). Czyżbyśmy mieli już podział ról w PiS, a Morawieckiemu miała przypaść rola Michaiła Susłowa?

Na razie mamy do czynienia z zapewnieniami uzdrowicielskimi, co do prezesa. Marek Suski samym sformułowaniem wywołał śmiech w narodzie, bo użył kartezjanizmu „myślę”, jak Jaś Fasola: – „Myślę, że niedługo prezes Kaczyński wyjdzie ze szpitala”. Fasola Suski powiedział jeszcze coś, co powoduje, że należy się domyślać, że jednak Komitet Polityczny PiS nie odbył się w siedzibie PiS przy Nowogrodzkiej. Fasola: „Na następnym Komitecie Politycznym PiS będzie (Kaczyński) z nami. Jak prezes zwoła, bo to prezes zwołuje”. A ponadto kolano prezesa jest po zabiegu. Logiczny wniosek z tej logorei Fasoli Suskiego taki, że Kaczyński zwołał komitet akolitów przy swoim łóżku w separatce w szpitalu przy Szaserów. I to jest choroba tej władzy.

Wybory samorządowe są zagrożone. Szef sejmowej komisji samorządu terytorialnego Andrzej Maciejewski twierdzi: – „Trzeba szybko nowelizować kodeks wyborczy albo przełożyć jesienne wybory samorządowe na wiosnę „. Podobnie mówią w Państwowej Komisji Wyborczej: – „Zmiany w ustawie są konieczne”.

PiS-owi o to chodzi – o bałagan, w bałaganie można łatwiej zachachmęcić z wynikiem. Albo przełożyć wybory, gdy sondaże będą dla nich niekorzystne.

Kuchciński uciekł z Sejmu, a Pawłowicz wywęszyła tam smród

O co chodzi, gdy gospodarz daje nogę z domu przed najważniejszym dla tego domu wydarzeniem? Albo napadli na dom nieprzyjaciele, albo przeprowadza w nim deratyzację (odszczurzanie). Dzisiaj marszałek Sejmu Marek Kuchciński wybywa z Polski na dwa dni do Czech. Dzisiaj – 23 maja, a 25. – za dwa dni – odbędzie się Parlamentarne Zgromadzenie NATO.

Czy ktoś z tego coś rozumie? Czyżby Czesi uznali, iż Józef Szwejk przeszedł ostatecznie do historii literatury czeskiej, więc trzeba importować Szwejka z Polski. Kuchciński oficjalnie jedzie na zaproszenie przewodniczącego Izby Poselskiej czeskiego parlamentu Radka Vondraczka.

Aż tak oczekują w Czechach Kuchcińskiego, który nie mówi, tylko mamrocze, a jak ze dwa zdania powie do sensu, to odczytuje z kartki? A może ten Vondraczek jest czeskim Kuchcińskim i chce sobie pomilczeć (ewentualnie pomamrotać) z polskim odpowiednikiem? Wątpię. To tylko w pisowskiej Polsce jest możliwe, aby kogoś tak niedysponowanego intelektualnie posadzono de facto na stołku drugiej osoby w państwie.

Dlaczego Kuchciński daje dyla? Jego koleżanka Krystyna Pawłowicz na Twitterze opublikowała taką oto wieść: – „Przed chwilą byłam w Sejmie. Na antresoli, w miejscu dla prasy i w korytarzu głównym na parterze trudny do zniesienia smród. Zapytana o to pani z TVN powiedziała, że też czuje, ale to „od farby, bo gdzieś coś malowano”. Ale nigdzie prac malarskich nie było …” [interpunkcja moja – przyp. WM]. Poczuła smród. Czyżby chodziło o to, że zaraz odbędzie się odszczurzanie?

Za dwa dni ma „napaść” na Sejm Parlamentarne Zgromadzenie NATO w sile 260 parlamentarzystów z 29 krajów sojuszniczych, więc Włodzimierz Cimoszewicz w TOK FM wysnuł podejrzenia, że może to się „skończyć zerwaniem całego posiedzenia”.

Na coś się zanosi, na coś bardzo nieprzyjemnego, kompromitującego. Mam silne podejrzenia o najgorsze.