CBA (13.10.2015)

 

„Playboy” rezygnuje ze zdjęć nagich kobiet. „Ich publikowanie jest dziś bezcelowe”

look, pap, 13.10.2015

„Playboy” rezygnuje ze zdjęć nagich kobiet (KEVORK DJANSEZIAN / REUTERS / REUTERS)

Znany magazyn dla mężczyzn nie będzie już publikował zdjęć rozebranych kobiet – poinformował dziennik „New York Times”, powołując się na obecnego szefa wydawnictwa Scotta Flandersa. Pismo chce walczyć o czytelnika interesującymi tekstami.
Kobiety z „Playboya” nie znikną. Magazyn nadal będzie zamieszczał zdjęcia atrakcyjnych modelek, ale już ubranych. Nie wiadomo jeszcze, czy czytelnicy znajdą w środku słynne rozkładówki, czyli dwie strony w środku numeru z dużym zdjęciem.

Skąd tak drastyczna jak na „Playboya” zmiana? Kierownictwo redakcji uznało, że obecnie praktycznie każdy ma telefon z dostępem do internetu. I co za tym idzie, dostęp do dowolnej liczby stron z pornografią. Publikowanie zdjęć roznegliżowanych kobiet staje się więc bezcelowe.

„New York Times” wskazuje, że zmiana profilu może się wiązać ze stałym spadkiem sprzedaży – z ok. 5,6 mln egzemplarzy w 1975 r. do ok. 800 tys. obecnie. Założyciel i długoletni szef „Playboya” 89-letni obecnie Hugh Hefner zgodził się z sugestią zmiany profilu magazynu.

Pismo zamierza teraz skupić się na ambitnych i interesujących tekstach. Ma w tej dziedzinie długą tradycję. Na jego łamach publikowali bowiem tacy ludzie pióra jak Kurt Vonnegut, Vladimir Nabokov, James Baldwin, Alex Haley i wielu innych. Magazyn zamieszczał także wywiady m.in. z Fidelem Castro, pastorem Martinem Lutherem Kingiem, Malcolmem X i Johnem Lennonem.

„Playboy” zadebiutował w grudniu 1953 roku w USA numerem z Marilyn Monroe na okładce. Po początkowym sukcesie szybko stał się obiektem ataków. Magazyn z nagimi kobietami atakowali zarówno prawicowi politycy, jak i feministki oskarżające redakcję o sprowadzanie kobiet do roli „obiektów seksualnych”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Wielowieyska: PiS cofnie nas o dekady! Ich rządy to recepta na gospodarczą katastrofę

klep, 12.10.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,130517,19008602,video.html?embed=0&autoplay=1
– To, co proponuje PiS, cofnie nas o dekady – mówiła w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska. Publicystka zgodziła się, że można krytykować polski model rozwoju gospodarczego. Zaznaczyła jednak, że pomysły PiS w tym temacie będą miały katastrofalne skutki.

 

Prof. Andrzej Zybertowicz, socjolog z UMK i doradca prezydenta Andrzeja Dudy, przekonuje w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że Polska tkwi w pułapce średniego rozwoju. Jego zdaniem wzrost gospodarczy jest jedynie imitacyjny, brak w Polsce własnych koncepcji, własnych firm i własnej dynamiki. Zybertowicz określa polski wzrost gospodarczy mianem „neokolonialnego” i zaskakuje stwierdzeniem, jakoby Platforma Obywatelska proponowała „modernizację przez dechrystianizację”.

Dominika Wielowieyska przyznała w Poranku Radia TOK FM, że można dyskutować o modelu polskiego wzrostu gospodarczego. – Problem w tym, że PiS proponuje cofnięcie wszystkich reform, które przynoszą pozytywne efekty: cofnięcie reformy emerytalnej, wysłania 6-latków do szkół, rozdanie pieniędzy bez umiaru, co spowoduje budżetową katastrofę – wskazywała publicystka. – Prof. Zybertowicz nie zauważył, że recepta PiS to recepta na katastrofę gospodarczą i sprawienie, że Polska nie będzie odgrywać już żadnej istotnej roli w Europie – skwitowała.

 

Zobacz także

 

wielowieyskaPiS

TOK FM

Lis namawia do wielkiej koalicji przeciwko PiS. „Wszystko lepsze niż jedynowładztwo żądnego zemsty Kaczyńskiego”

klep, 12.10.2015

Tomasz Lis

Tomasz Lis (Fot. Bartosz Bobkowski/AG)

Czy egzotyczna tęczowa koalicja PO, PSL, Zjednoczonej Lewicy i Nowoczesnej byłaby lepsza niż rządy PiS? – zastanawia się w „Newsweeku” Tomasz Lis. I szybko odpowiada, że wszystko jest lepsze niż „jedynowładztwo żądnego zemsty Kaczyńskiego”.

 

Lis przedstawia „za” i „przeciw” powstaniu koalicji wszystkich przeciwko PiS, którą publicysta robocza nazywa „Koalicją Obrony Demokracji”.

Przeciw

Powodów, by taka koalicja nie powstawała, jest wiele. Według Lisa Zjednoczona Lewica i Petru nie mają interesu, by brać pokawałkowaną władzę. Powinni raczej okrzepnąć i czekać na lepszy dla siebie moment. Samoa PO jest też zmęczona swymi rządami, nie ma energii, pasji, determinacji i pomysłów. Lis wskazuje, że przydałby się jej pobyt w poczekalni od władzy.

Prawdziwy problem pojawia się jednak dopiero wtedy, gdy wszystkie te niedomagające partie złożyć w koalicję. Powstanie wówczas twór potencjalnie dysfunkcjonalny, narażony na rozpad. A to oznacza kolejne wybory. „A wtedy PiS bierze wszystko. Zmienia konstytucję i mamy putinadę w wersji polskiej” – ostrzega Lis.

Za

Mimo tych przeciwności Lis wskazuje, że ta trudna koalicja byłaby i tak „stokrotnie lepsza niż jedynowładztwo żądnego zemsty Kaczyńskiego”. „Każdy tydzień, miesiąc i rok normalności jest lepszy niż każdy tydzień, miesiąc i rok mroku oraz rozpierduchy” – kwituje Lis.

Więcej w najnowszym „Newsweeku” >>>

Zobacz także

MIAŁAŚ, PLATFORMO, ZŁOTY RÓG

miałaśPlatformoZłotyRóg

FELIETON: JAN ŚPIEWAK, 12.10.2015

Platforma Obywatelska za rządów Ewy Kopacz stała się schyłkową partią władzy, która nie ma nic do zaproponowania wyborcom poza swoim trwaniem. Przejdzie do historii jako formacja, która miała historyczną szansę przełamać półperyferyjny status Polski. Przespała jednak osiem tłustych lat i nie przygotowała kraju na lata chude.

 

Objawy gnicia Platformy można było oczywiście zauważyć znacznie wcześniej. Właściwie pierwszą oznaką był wybór Bronisława Komorowskiego na kandydata w wyścigu o najważniejsze stanowisko w państwie. Nikt się nim nie przejmował, dopóki nie musiał znowu ubiegać się o wybór. Jak bardzo przypadkowa była to kandydatura, obnażyła ostatnia kampania wyborcza i zachowanie eksprezydenta już po opuszczeniu Pałacu. Zdjęcie Bronisława Komorowskiego reklamującego kantor wymiany walut Cinkciarz.pl stanowi lepsze podsumowanie jego prezydentury niż jakiekolwiek opracowanie naukowe.

 

Można tę sytuację porównać do przebłysku tego, co Lacan nazywa „realnym”. Przypomina nam to, co na co dzień próbujemy ukryć. Wskazuje na peryferyjny status Polski i moralno-intelektualną kondyncję naszych elit politycznych. Tytuł prezydenta zachowuje się na całe życie, tak jak pensje, uposażenie i ochronę BOR-u. Prezydent po skończeniu swojej kadencji dalej reprezentuje nasze państwo. Co myśli o Polsce Bronisław Komorowski, jeśli jest w stanie dwa miesiące po skończonej kadencji bez zażenowania stanąć obok cheerleaderek w jakimś hotelowym korytarzu w Chicago i promować kantor? Miejmy nadzieję, że po prostu nic nie myśli.

 

Nasuwa się też oczywiste pytanie: jeśli Cinkciarz.pl jest w stanie kupić dwóch byłych prezydentów (Nobel w gratisie), to kogo był w stanie kupić taki Jan Kulczyk?

 

Cena najwyraźniej jest dużo niższa, niż nam się wydaje.

 

Spotkań z realnym mieliśmy zresztą za rządów Platformy Obywatelskiej znacznie więcej: dwóch kelnerów demolujących polski rząd, awaria serwerów PKW (jako radny w Warszawie ciągle po dwunastu miesiącach nie znam swoich pełnych wyników), katastrofa smoleńska czy ostatnie letnie przerwy w dostawach prądu. Wszystkie te sprawy świadczą o słabości państwa i jego instytucji, braku myślenia systemowego i długofalowego. Wskazują wyzwania, których nikt w rządzie nie jest w stanie podjąć.

 

Platforma Obywatelska rządziła w czasach względnej stabilności i gospodarczej prosperity. Ogromny strumień środków unijnych, otwarcie granic, deregulacja rynku pracy, obniżka podatków dla korporacji i najbogatszych zapewniły Polsce prawie dekadę nieprzerwanego wzrostu. Polska błyskawicznie się modernizowała. Niestety w ogromnej mierze był to postęp wyspowy i powierzchowny. Polska gospodarka tak jak w XVIII wieku wciąż oparta jest na eksploatacji taniej siły roboczej. Jesteśmy montownią i podwykonawcą Zachodu, a warunki w miejscach pracy przypominają folwark. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby się przekonać, że kraj rozwija się w sposób chaotyczny i nieprzemyślany. Przyjęliśmy najbardziej rozrzutny model rozwoju, a jesteśmy ciągle krajem na dorobku. Rachunkiem będą obciążone nasze dzieci, jeśli się w ogóle urodzą i nie wyjadą na Zachód. Dla czytelników Krytyki Politycznej to wszystko jest już wiadome i znane, jednak do głów naszych elit politycznych nie jest w stanie się jakoś przebić.

 

W otoczeniu Ewy Kopacz nie ma już nikogo, kto rozumie sytuację, w której znalazła się Polska. Ostatnią taką osobą był chyba Bartłomiej Sienkiewicz – największa, zdaje się, ofiara „realnego”. Jego diagnoza wypowiedziana w podsłuchiwanej drogiej restauracji – o nieistniejącym państwie, „które działa tylko swoimi poszczególnymi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością” – była zainspirowana lekturąFantomowego ciała króla Jana Sowy.

 

Sienkiewicz widział i rozumiał wyzwania stojące przed Polską, ale ta „nieistniejąca Polska” go zmiotła.

 

Co czyta Michał Kamiński, Roman Giertych albo katechetka postawiona na czele Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Teresa Piotrowska? Prawdopodobnie nic nie czytają. Po ośmiu latach rządów głównym przekazem Platformy jest wciąż straszenie PiS-em. Dzisiaj Ewa Kopacz zagroziła Polakom, że jeśli PO przegra wybory, jej córka wyjedzie do Kanady. Taki szantaż wzbudza tylko uśmiech politowania i świadczy o intelektualnej impotencji rządu. Obóz władzy nie jest w stanie wyjść z żadną inspirującą wizją i programem dla Polski.

 

Chyba jedyną zaletą kampanii wyborczej jest to, że do politycznego mainstreamu trafił dość oczywisty dla wszystkich Polaków fakt, że w Polsce zarabia się za mało. Za mało w stosunku do potencjału naszej gospodarki, której wydajność przez ostatnie lata rosła znacznie szybciej niż płace. I za mało w stosunku do kosztów życia w kraju, w którym prawie jedna trzecia dochodów gospodarstw domowych wydawana jest na mieszkanie. Musiało jednak minąć osiem lat, żeby Platforma wreszcie to zrozumiała. I pomimo tego nie wykonała żadnego ruchu, by tę sytuację poprawić – poza wywieszeniem tysięcy billboardów z hasłem „silna gospodarka, wyższe płace”. Wszyscy jednak pracy w reklamie zewnętrznej nie znajdziemy. Zresztą to mało innowacyjna branża.

 

Za dwa tygodnie wybory. Nie wierzę, że impuls modernizacyjny jest w stanie wyjść ze środowisk związanych z PiS-em. To partia wiecznie wpatrzona w przeszłość, skupiona na dawnych rozrachunkach, własnych kompleksach i nieprzygotowana do przejęcia władzy. Świadczy o tym skład kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy, który sprawia wrażenie przypadkowego i naprędce skleconego zespołu.

 

Jednak od rządu Kopacz – Piechociński gorszy będzie rząd Kopacz – Piechociński – Miller – Petru. Programem tego rządu będzie jeszcze mniej państwa, jeszcze niższe podatki, jeszcze gorsze warunki pracy. Jeśli Platforma utrzyma się u władzy, nie dokona się w niej konieczna zmiana, a rysujący się sojusz z dwoma neoliberałami może tylko pogłębić peryferyjny status kraju.

 

Rządząca krajem partia przypomina późną przedwojenną sanację, przekonaną o własnej wielkości i mocarstwowej pozycji Polski. Porażka prezydenta Bronisława Komorowskiego nie wystarczyła, by przebudziła się z tego snu. Kolejne spotkanie z realnym nadchodzi. Miejmy tylko nadzieję, że pacjent to spotkanie przeżyje.

 

 **Dziennik Opinii nr 285/2015 (1069)

 

Kopacz na czele opozycji?

Adam Szostkiewicz, 13.10.2015

Czy sondaże mogą kłamać? Mogą, ale tym razem chyba nie. Trzynaście dni do wyborów, a PiS dalej wyraźnie prowadzi, nawet z poprawką na spory błąd statystyczny. Platforma nie zdołała wiele odrobić – mimo syzyfowych wysiłków Ewy Kopacz. Mam wrażenie, że sama pani premier szykuje się już do roli lidera opozycji.

Może w niej zresztą radzić sobie lepiej niż w roli szefa rządu. Choć ostatnio pokazuje polityczny pazur. Na przykład w replice na zarzut o bylejakości rządów PO. Pani Szydło mówiąca o bylejakości pani Kopacz – to pyszne. Wszyscy czekamy na niebylejakość pani premier Szydło.

Mówiąc poważnie, rząd Szydło będzie wykonywał politykę Kaczyńskiego. Ale czy prezydent Duda też? Niektórzy uważają, że nie. Ja do nich nie należę. W czasach rosnącego zamętu w Polsce, Europie, na Bliskim Wschodzie czeka nas zamęt dodatkowy. PiS, jeśli nie zdobędzie większości, będzie musiał szukać znowu, jak w 2005 r., koalicjanta. Kogo? Kukiza? Bo przecież nie Nowackiej czy Petru ani nawet z Piechocińskiego.

Jeśli nie znajdzie, to będzie albo rząd mniejszościowy, albo znów rząd PO. Wtedy zamęt powiększy się jeszcze bardziej. Wyborcy pisowscy nie pogodzą się z taką sytuacją, choć mieści się ona w standardach demokratycznych. Nowy rząd PO nie może być strawny dla pisowskiego ośrodka prezydenckiego. Więcej zamętu.

Jak uniknąć zamętu? Głosując na PO. Im lepszy wynik Platformy, tym silniejsza opozycja z PO na czele. Najlepiej byłoby, gdyby Platforma wygrała, to jednak dzisiaj jest mało prawdopodobne. Trzeba życzyć państwu polskiemu i polskiej polityce (jeszcze) demokratycznej, by PiS miał wynik jak najsłabszy, Platforma jak najwyższy i żeby Platforma nie uległa rozbiciu w wyniku przegranej.

Wysokie zwycięstwo PiS i dezintegracja PO to czarny scenariusz. Uchronienie Platformy przed rozpadem podobnym do dezintegracji AWS może się okazać pierwszym wyzwaniem dla Ewy Kopacz jako lidera opozycji. Polska potrzebuje na idący trudny czas opozycji z prawdziwego zdarzenia. Wśród obecnych niepisowskich ugrupowań politycznych tylko Platforma ma potrzebne do tego doświadczenie polityczne, rządowe i parlamentarne.

szostkiewicz.blog.polityka.pl

Platforma wrogiem Platformy

Katarzyna Kolenda-Zaleska, 13.10.2015

Na niekorzyść PO działają - wygląda na to - wszyscy, z premier Kopacz włącznie

Na niekorzyść PO działają – wygląda na to – wszyscy, z premier Kopacz włącznie (Fot. Daniel Adamski / Agencja Gazeta)

Ewa Kopacz, a za nią cała Platforma powtarza słowa, które premier Wielkiej Brytanii David Cameron miał jej powiedzieć w Warszawie – że wygrał wybory, choć sondaże dwa tygodnie przed głosowaniem nie dawały mu żadnych szans.

Zaklinanie rzeczywistości? Trochę tak, bo jednak różnica między torysami a Partią Pracy była niewielka, a dwa tygodnie przed wyborami konserwatyści odrobili straty i wyprzedzali konkurentów o 2 pkt proc.

Różnice między PiS a PO sięgają nawet ponad 10 pkt proc. w zależności od badania. Kampania ma jednak taką dynamikę, że w ciągu ostatnich dni może się wiele wydarzyć. Czy faktycznie uda się odwrócić trend i sprawić, że PiS przestanie być teflonowy, że nie zaszkodzi mu w drodze do zwycięstwa nawet uaktywnienie się Antoniego Macierewicza?

Na niekorzyść PO działa też Andrzej Duda. Wyraźnie wspiera swoją dawną partię. Prezydent też stał się teflonowy – i ta jego pozycja symbolu zmiany pomaga w utrzymywaniu trendu.

Wiele jednak zależy od nastawienia w samej Platformie, która nie sprawia wrażenia, jakby wierzyła w to, że uda jej się wygrać albo przynajmniej doścignąć PiS. Wręcz przeciwnie. Kampania PO jest niemrawa, PiS ciągle zaskakuje partię nowymi pomysłami – jak choćby restauracją Ewa & Przyjaciele – a seria sejmowych porażek na finiszu kadencji pogłębia tylko wrażenie chaosu.

Ostatnie posiedzenia – Sejmu i sejmowych komisji, które rozpatrywały prezydenckie weto do ustawy o uzgodnieniu płci – były przykładem totalnego bałaganu. Władze klubu nie zadbały o to, by posłów poinformować, jak mają się zachować i jak głosować. W ogóle o niczym ich nie poinformowały. Po co? Jakby wszystkim było wszystko jedno.

Żałosna okazała się decyzja o niedoprowadzeniu do głosowania nad wetem, bo pokazała, że PO nie ma już kontroli nad własnymi posłami ani nie potrafi przekonać posłów z koalicyjnego PSL. Większość była do uciułania, należało tylko podjąć normalną parlamentarną pracę nad szukaniem zwolenników. Ale nikomu się nie chciało.

To nie sondaże, nie PiS, nie Nowoczesna Ryszarda Petru są największymi wrogami PO. Sama Platforma jest swoim największym wrogiem. Nawet gdyby Ewa Kopacz objechała Polskę na hulajnodze, to nie zdołałaby przełamać nastroju porażki wewnątrz partii. To stawia pod znakiem zapytania jej przywództwo. Czy za czasów Donalda Tuska ktoś sobie wyobrażał, że w partii każdy robi, a raczej nie robi tego, co powinien?

Wygląda na to, że w PO już kalkulują i rozważają powyborczą koalicję wszystkich przeciwko PiS, co gwarantowałoby Platformie nawet utrzymanie stanowiska premiera. Nie tylko z punktu widzenia wyborów ta kalkulacja jest zła. W kampanii działa to fatalnie, bo demobilizuje i wyborców, i polityków. Ale to też fatalna kalkulacja na przyszłość – o czym pisał już w „Wyborczej” Jarosław Kurski (7 października). Jeśli PiS wygra i nie stworzy rządu, to za dwa lata – po prawdopodobnych przyspieszonych wyborach – wygra tak, że będzie mógł zmienić konstytucję.

To jednak lepiej będzie, jeśli PO już teraz tak przegra wybory, by nie była w stanie stworzyć rządu anty-PiS. Bo to oznacza tylko kłopoty.

Zobacz także

lepiejBędzie

wyborcza.pl

Sąd: Szef CBA Mariusz Kamiński nie tropił korupcji

Mariusz Jałoszewski, 13.10.2015

Mariusz Kamiński w budynku Sądu Najwyższego w kwietniu 2013 r. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia, przed którym stawał były szef CBA, wynajął tam do przeprowadzenia procesu specjalnie zabezpieczoną sal

Mariusz Kamiński w budynku Sądu Najwyższego w kwietniu 2013 r. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia, przed którym stawał były szef CBA, wynajął tam do przeprowadzenia procesu specjalnie zabezpieczoną sal (Fot. Adam Stępień / Agencja Gaze)

Były szef CBA stawiał się ponad prawem. Za akcję CBA uderzającą w Leppera może też odpowiadać Zbigniew Ziobro.

Takie mocne wnioski znalazły się w pisemnym uzasadnieniu głośnego wyroku z marca tego roku skazującego na więzienie Mariusza Kamińskiego, szefa CBA za rządu PiS, i jego trzech podwładnych za nielegalną prowokację wymierzoną w Andrzeja Leppera i Samoobronę.

„Wyborcza” poznała jawną część uzasadnienia. Napisał je sędzia Wojciech Łączewski, który przewodniczył trzyosobowemu zawodowemu składowi. Uzasadnienie jest rozwinięciem ustnych tez wygłoszonych w marcu.

To niczym mowa oskarżycielska w imieniu państwa wobec CBA z IV RP, jej szefa Mariusza Kamińskiego, dziś wiceprezesa PiS, i Macieja Wąsika, wówczas zastępcy szefa CBA. Obaj kandydują dziś do Sejmu z list PiS.

Akcja CBA zakończyła się głośną aferą gruntową i upadkiem rządu Jarosława Kaczyńskiego w 2007 r. po rozsypaniu się koalicji PiS-LPR-Samoobrona. Mariusz Kamiński od lat przekonywał, że jest niewinny, bo działał dla dobra państwa. Walczył z korupcją, której szukał w Ministerstwie Rolnictwa kierowanym przez Leppera.

„Wyjaśnienia te są niewiarygodne (…). Celem oskarżonych nie była walka z korupcją” – napisał w uzasadnieniu sędzia Łączewski.

Jaki miał cel i motyw Kamiński i jego CBA? Polityczny? Nasuwa się to po lekturze uzasadnienia, choć sędzia nie napisał tego wprost.

CBA działa po telefonie z gabinetu Kaczyńskiego

Sąd nie ma wątpliwości – afera gruntowa została wykreowana przez CBA, które złamało wiele reguł. Dlatego skazał Kamińskiego i Wąsika na trzy lata więzienia, a Grzegorza Postka, b. dyrektora zarządu operacyjno-śledczego, i jego zastępcę Krzysztofa Brendela na dwa i pół roku.

Przekroczyli uprawnienia, podżegali do popełnienia przestępstwa korupcji, podrobili dokumenty, chcieli wyłudzić poświadczenie nieprawdy przez Ministerstwo Rolnictwa.

„Mariusz Kamiński twierdził, że motywacją działania była walka z korupcją, której obiektywnie w Ministerstwie Rolnictwa nie było, a na pewno nie było na to poszlak czy dowodów. Czyn zabroniony (…) został »wyprodukowany « przez aparat państwa. (…) Poddanie prowokacji osoby pozbawionej uprzednio predylekcji do popełnienia czynu zabronionego jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie” – stwierdza sąd.

Przypomnijmy fakty. Kluczową osobą w tej sprawie jest Andrzej K., prawnik, który pracował w stołecznym ratuszu, gdy Lech Kaczyński był prezydentem Warszawy. W połowie 2006 r. K. pracował w spółce Dialog zależnej od KGHM.

Podczas gry w tenisa opowiedział prezesowi spółki ATM Grupa (producent programów telewizyjnych) o możliwościach odrolnienia gruntów w zamian za łapówkę. Nie mówił, dla kogo miały być pieniądze. Prezes nie wyraził zainteresowania.

K. nękał go telefonami. Prezes ATM poznał go więc z handlarzem gruntów Jackiem W.

K. mówił, że ma wpływy w Ministerstwie Rolnictwa, że decyzje podejmuje minister, a on jest pośrednikiem. Mówił o kwocie nie mniejszej niż pół miliona. Handlarz gruntami i prezes ATM, którzy się z nim spotkali, nie potraktowali go poważnie.

W grudniu prezes ATM spotkał się jednak przypadkiem w hotelu z jednym z szefów spółki Dialog. Poinformował go, że K. szuka chętnych do odrolnienia. W tym czasie władze Dialogu miały już zastrzeżenia do przetargów w ich spółce, za które odpowiadał K. – na wymianę samochodów i modernizację budynku.

Tak się złożyło, że znali Mariusza Kamińskiego. Zadzwonili do niego, opowiedzieli o nieprawidłowościach w przetargach prowadzonych przez K. i propozycji odrolnienia.

Ale Kamiński nic z tym nie zrobił. Po kilku dniach wątek poruszono na dotyczącym strategii Dialogu spotkaniu z Adamem Lipińskim, wówczas szefem gabinetu politycznego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Szefowie Dialogu przekazali, że szef CBA nic nie zrobił. Lipiński zadzwonił do Kamińskiego i zaaranżował spotkanie. Odbyło się 11 grudnia 2006 r. i od tego momentu sprawa nabrała tempa – w tym czasie „Wyborcza” opublikowała tekst o pracy za seks w Samoobronie.

Następnego dnia prezes ATM i handlarz gruntami obiecali pomoc CBA. A już 14 grudnia szef CBA polecił agentom zorganizowanie spotkania z K., na którym handlarz przekazał, że jest osoba zainteresowana odrolnieniem. Spotkanie nagrano.

Cztery dni później CBA było już pewne, że trzeba zrobić operację specjalną „Odra” i wręczyć kontrolowaną łapówkę K. Sporządzono plan, a miesiąc później zgodę dał Jerzy Engelking, zastępca prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, jednocześnie ministra sprawiedliwości.

Kontrolowaną łapówkę miał wręczyć agent pod przykryciem Andrzej Sosnowski (nieprawdziwe dane). W styczniu dał K. 10 tys. zł na „koszty”, potem telefon komórkowy. By uwiarygodnić historię, CBA spreparowało dokumenty gruntów do odrolnienia na Mazurach. K. przekazał je do Ministerstwa Rolnictwa przez Piotra Rybę, który znał Leppera i innych polityków Samoobrony. K. z Rybą poznali się w połowie 2006 r. przez senatora PiS Jarosława Chmielewskiego. Ryba krótko pracował w Dialogu, ale został zwolniony. Jego znajomości w Samoobronie zdaniem sądu były kluczowe dla CBA i jej działań.

Operacja zakończyła się 6 lipca przekazaniem K. łapówki 2,7 mln zł. CBA liczyło, że trafią do Leppera, ale prowokacja się nie udała. Pieniądze nie zostały przekazane. CBA mówiło, że ktoś miał uprzedzić Leppera. Nikomu tego nie udowodniono.

Sąd jasno jednak stwierdza, że gry CBA – Andrzej K. nie powinno być, bo Biuro nie mogło rozpocząć operacji specjalnej „Odra”.

Wszechwładne CBA

Mariusz Kamiński po skazaniu przez sąd uchodzi w PiS za męczennika. Wszak walczył z korupcją, jest uczciwy, walczył z PRL-em.

Sąd zaznaczył, że nie sądził go za życiorys, ale za to, jak kierował CBA w tej sprawie: „Zachowywał się jak osoba stojąca ponad prawem, bo zlecał czynności, o których już w początkowym okresie funkcjonowania CBA był informowany, że przeprowadzić ich nie może. Świadomie nie stosował przepisów ustawy o CBA”.

A o skazanych funkcjonariuszach CBA sąd pisze tak: „Lekceważąco do obowiązujących ich przepisów podchodzili. (…) Cieszyli się swoistym poczuciem bezkarności (…) Brak akceptacji oskarżonych dla zasad demokratycznego państwa prawnego, a wręcz przekonanie o wszechwładzy, którą mają dysponować. (…) Ich działania w potocznym rozumieniu zasługują na skrajnie negatywne oceny moralne, co oznacza konieczność ich szczególnego napiętnowania. (…) Widoczna była premedytacja, a oskarżeni wielokrotnie łamali prawo, i to wbrew ostrzeżeniom”.

W którym momencie CBA zaczęło łamać reguły? Po spotkaniu zaaranżowanym przez Adama Lipińskiego. Wyciągnięto z niego złe wnioski co do możliwości Andrzeja K., nadinterpretowano fakty.

„CBA, co przyznawali jego funkcjonariusze składający zeznania jako świadkowie, nie miało żadnych sygnałów o korupcji w Ministerstwie Rolnictwa. Więcej: początkowo zakładali, że Andrzej K. działa w zamiarze oszustwa, rozważali też możliwość popełnienia przez niego przestępstwa płatnej protekcji. Propozycji jego nie traktowali jako sygnału o korupcji w ministerstwie” – napisał sąd.

Po spotkaniu z kierownictwem Dialogu CBA miało sprawdzone informacje tylko o płatnej protekcji, które wystarczyły, by skazać K., co się potem stało w innym procesie K. i Ryby za powoływanie się na wpływy (w tym tygodniu sąd okręgowy zbada ich odwołanie).

Sędzia Łączewski przyznaje w uzasadnieniu, że CBA mogło drążyć sprawę, sprawdzając, czy propozycje odrolnienia to przechwałki, czy realne możliwości. Biuro mogło sprawdzić, jak wyglądają procedury w ministerstwie, stan majątkowy osób się tym zajmujących, a nawet podsłuchiwać telefony zatrudnionych w resorcie.

Mogło nawet zrobić operację specjalną, by sprawdzić przestępstwo płatnej protekcji (tak uznał sąd w procesie Ryby i K.). Choć Łączewski uważa, że dowody na protekcję już były i operacja byłaby wbrew ekonomice.

Ale CBA nie mogło wystąpić o zgodę na operację w sprawie korupcji. Sąd kilka razy podkreśla, że nie było wiarygodnych informacji o niej (wymaga tego art.19 ust. 1 ustawy o CBA). K. nie podawał żadnych nazwisk, nie mówił, że pieniądze są dla innych osób. CBA nie zweryfikowało nawet jego słów. Miało tylko zeznania osób, którym opowiadał o swoich wpływach, oraz nagranie rozmowy handlarza gruntów z K. Zdaniem sądu nic niewarte jako dowód. Bo CBA wyreżyserowało spotkanie i stworzyło podatny grunt pod korupcję, podżegając do niej K. „W wyniku spotkania doszło do wytworzenia w psychice K. zjawiska, w którym realizując swoje propozycje, w końcowej fazie mógłby doprowadzić do wręczenia korzyści majątkowej w Ministerstwie Rolnictwa” – ocenił sąd. Czyli realizowałby plan CBA.

Ziobro przekroczył uprawnienia?

Kamiński bronił się, że zgodę na operację specjalną „Odra” z użyciem agenta pod przykryciem w celu kontrolowanego wręczenia łapówki dał prokurator generalny, a na podsłuchiwanie telefonów, w tym polityków Samoobrony, prokurator generalny i sąd okręgowy.

Łączewski w uzasadnieniu obalił i ten argument.

We wniosku o operację CBA napisało o płatnej protekcji i korupcji w ministerstwie. Tymczasem nie tylko nie było wiarygodnych informacji o korupcji, ale nawet uzasadnionego jej podejrzenia. „Treść wniosku napisanego przez Mariusza Kamińskiego nie miała oparcia w żadnych dowodach (…) Nikt nie mógł jednak przewidzieć, że kierownictwo jednej ze służb specjalnych będzie w kierowanych wnioskach wprowadzało Prokuratora Generalnego i Sąd Okręgowy w błąd” – czytamy w uzasadnieniu.

Zgodę dla CBA na „Odrę” i na podsłuchy telefonów podpisywali zastępcy Ziobry. Sąd punktuje, że prokurator generalny nie mógł cedować wtedy swoich uprawnień w tym zakresie na zastępców. „Ma to zasadnicze znaczenie i może prowadzić do odpowiedzialności karnej [ówczesnego] Prokuratora Generalnego [Ziobry za przekroczenie uprawnień]. (…) Przez niedostateczną znajomość przepisów ustawy o prokuraturze czy też nieumiejętność ich wykładni, naraził prowadzoną przez CBA operację specjalną na fiasko” – napisał Łączewski.

Bezprawne podpisanie zgody na operację przez zastępców stawia pod znakiem zapytania odpowiedzialność karną K. i Ryby w procesie o powoływanie się na wpływy, bo nie można wykorzystać dowodów zebranych w jej trakcie.

Zbigniew Ziobro nie pierwszy raz jest obwiniany o bezprawne cedowanie uprawnień na zastępców. Podobny problem był z delegowaniem sędziów do innych sądów. Delegacje podpisywali wiceministrowie sprawiedliwości. Sprawę musiał rozstrzygnąć cały skład Sądu Najwyższego, bo zagrożona była ważność tysięcy wyroków. SN ostatecznie uznał, że delegacje mogli podpisywać wiceministrowie.

Pawłowicz z PiS ostrzegała

Kolejny „błąd” CBA to użycie do kontrolowanego wręczenia korzyści majątkowej funkcjonariusza pod przykryciem. Biuro samo wytworzyło dla niego dokumenty legalizacyjne pozwalające na ukrycie tożsamości.

Problem w tym, że od początku istnienia Biura premier nie wydał zarządzenia do ustawy o CBA, które regulowało zasady wytworzenia takich dokumentów i posługiwania się nimi.

Prokurator dający zgodę na „Odrę” tego nie wychwycił. Zarządzenie premier Jarosław Kaczyński wydał dopiero 31 sierpnia 2007 r.

Sąd wyciąga z tego wniosek, że CBA nie mogło użyć agenta do prowokacji. Czy CBA działało w błędzie? Sąd uznaje, że nie. Powołuje się na SMS (prawdopodobnie od dziennikarza), który dostał szef MSWiA Janusz Kaczmarek w lipcu, po spaleniu akcji: „Panie ministrze jest afera. Nie ma zarządzenia premiera określającego zasady korzystania z fałszywek. W CBA podobno panika”.

Sąd stawia mocny wniosek – CBA wiedziało o tym, że nie może użyć agenta pod przykrywką i o luce prawnej.

Ówczesny dyrektor działu prawnego CBA Martin Bożek, który przewijał się w tej sprawie (nie został oskarżony) i sporządził notatkę ze spotkania szefów Dialogu z CBA w grudniu 2006 r., był współtwórcą ustawy o CBA. – Ma to kapitalne znaczenie, gdyż jak pokazuje, w rzeczywistości nie było tak, że przepisy ustawy o CBA były nowe, a niedoświadczone osoby nie miały wiedzy, jak stosować obowiązujące od niedawna przepisy.

Wynika to z wyjaśnień innego oskarżonego Krzysztofa Brendela (ówczesny zastępca dyrektora wydziału operacyjno-śledczego CBA), że przepisy te były „kalką” rozwiązań stosowanych w innych służbach – zauważa sąd. I wskazuje, że przepisy, na podstawie których działało CBA, przygotowali też Krzysztof Brendel i jego ówczesny szef w CBA Grzegorz Postek (skazani w tej sprawie).

CBA zostało też ostrzeżone trzy razy, że nie może samo wytworzyć dokumentów legalizacyjnych. Prof. Krystyna Pawłowicz, obecnie posłanka PiS, napisała w marcu 2007 r. opinię dla międzyresortowego zespołu do spraw legalizacji. Wynikało z niej, że nie ma zarządzenia premiera i że CBA o wyrobienie dokumentów legalizacyjnych powinno się zwrócić do ABW.

W sądzie Pawłowicz zeznała, że „nigdy więcej nie sporządzi żadnej opinii, bo nie chce nikogo skrzywdzić”. Kolejne ostrzeżenia, że CBA nie może samo wytwarzać dokumentów legalizacyjnych, były od komendanta głównego policji (w listopadzie 2006 r., dwa miesiące przed rozpoczęciem „Odry”) i koordynatora ds. służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna.

CBA nie mogło też podrobić dokumentów działek do odrolnienia na Mazurach, których użyło w prowokacji.

Kolejny „błąd”. Zgoda na operację specjalną była na trzy miesiące. CBA w połowie kwietnia 2007 r. wystąpiło o jej przedłużenie do prokuratora generalnego. Sąd ocenił, że ustawa nie pozwalała Biuru na przedłużanie operacji, a prokurator generalny nie powinien się na to zgodzić. Czyli agent Sosnowski od połowy kwietnia działał bez podstawy prawnej.

I jeszcze jeden zarzut sądu – CBA nagrywało spotkania agenta z Andrzejem K., choć nie miało na to zgody sądu.

W procesie nie oceniano zachowania agenta Sosnowskiego, bo nie był objęty zarzutami. Nie badano więc, czy zachowywał się biernie, czy też popychał do korupcji. Ale sędzia Łączewski na marginesie zauważył, że od końca maja 2007 r. agent przestał być bierny. Chcąc zmotywować K. do popełnienia przestępstwa, sugerował, że zażąda zwrotu kosztów.

Sąd ocenił prowokację: „Wręczenie korzyści majątkowej nie może służyć weryfikacji informacji o podejrzeniu korupcji w instytucji publicznej”.

Dlaczego? „Doświadczony i przeszkolony funkcjonariusz w zakresie kreacji zdarzeń w zetknięciu z osobą o przeciętnej osobowości, miękkiej psychice, może bez problemu uzyskać pozycję dominującą, pozwalająca na sterowanie rozpracowywaną osobą. W tej sprawie wprowadzenie agenta pod przykrywką pozwoliło na sterowanie zachowaniem K. i doprowadziło do zainicjowania jego działania, co było kreacją przestępstwa” – zaznacza sąd.

Czyn korupcyjny nie był więc swobodnym wyborem K., został „wyprodukowany” przez CBA. W ocenie sądu, gdyby CBA się do niego nie zgłosiło, to sprawa po słowach na korcie tenisowym nie miałaby dalszego biegu.

Lepper na podsłuchu, minister PiS nie

By sprawdzić możliwości K., podsłuchiwano rozmowy jego, Piotra Ryby i osób, z którymi się kontaktował, głównie polityków Samoobrony. Andrzeja Leppera podsłuchiwano pięć miesięcy. Podsłuch miał na kilku telefonach, nadano mu kryptonim „Stary”.

Sędzia przyznaje, że CBA mogło podsłuchiwać rozmowy osób zatrudnionych w Ministerstwie Rolnictwa w celu sprawdzenia słów K. (rozstrzygnął to na korzyść skazanych). Ale nadużyło prawa, podsłuchując polityków Samoobrony, np. Krzysztofa Filipka, Janusza Maksymiuka, Łyżwińskich, czy senatora PiS Jarosława Chmielewskiego i osoby prywatne. Nie mieli oni wpływu na procedurę odrolnienia.

Sąd: „Całkiem niezrozumiałym, a wręcz zabronionym przez prawo, było wystąpienie o zarządzenie kontroli operacyjnej wobec innych osób wyłącznie z tego powodu, że pojawiały się w otoczeniu K. i Ryby, odbywały z nimi spotkania, a wręcz tylko dlatego, że były członkami określonej partii politycznej”.

Sąd dziwi się, że CBA nie podsłuchiwało wiceministra Henryka Kowalczyka z PiS, który miał akceptować wniosek o odrolnienie na wcześniejszym etapie.

„To najbardziej jaskrawy przykład zaniechania (…). K. miał kontakty z politykami różnych ugrupowań, w tym z politykami ugrupowania, które reprezentował Kowalczyk. Wprost razi nieobjęcie go kontrolą operacyjną i świadczy dobitnie o rzeczywistej motywacji oskarżonych” – zastrzega sąd.

Zgody na podsłuchy akceptowali prokurator generalny i Sąd Okręgowy w Warszawie. Wnioski pisało CBA. „Oskarżony Mariusz Kamiński wprowadzał świadomie w błąd Prokuratora Generalnego, jak i sąd okręgowy, wyłudzając zgodę na przeprowadzenie kontroli operacyjnej [podsłuchy] lub na kontrolowane wręczenie korzyści majątkowej. (…) Mariusz Kamiński, podpisując wnioski, manipulował faktami” – napisał ostro sąd.

Sędzia Łączewski zauważa, że sędziowie nie wydawali świadomych decyzji w sytuacji, gdy „popełniane jest przez wnioskującego swoiste oszustwo procesowe”.

I jeszcze jeden cytat z uzasadnienia: „Nie wystąpiono o kontrolę operacyjną innych osób zatrudnionych w Ministerstwie Rolnictwa, cały wysiłek skierowano na posłów zrzeszonych w klubie parlamentarnym Samoobrony. (…) Przeciw osobom przewijającym się w otoczeniu Ryby rzucono cały arsenał działań operacyjnych, nawet podjęto się obserwacji sekretarki zatrudnionej w biurze Samoobrony”.

Sąd: CBA nie stoi ponad prawem

Sędzia Łączewski nie ma wątpliwości, że korupcję należy zwalczać wszystkimi dostępnymi metodami, niezależnie od tego, jak wysoko w kręgach władzy sięga. Ale nie można naruszać przy tym prawa.

Łączewski: „Nie jest możliwe zaakceptowanie sytuacji, w której funkcjonariusze demokratycznego państwa mogliby gromadzić dowody wbrew prawu, natomiast zgodnie z prawem na podstawie właśnie tych dowodów obywatele mieliby ponosić odpowiedzialność karną”.

Tłumaczy też, że za taką skalę nieprawidłowości w tej sprawie nie mogło być łagodnego wyroku. Sędzia: „Celem jest karanie sprawiedliwe, to jest takie, które tworzy atmosferę zaufania do obowiązującego porządku prawnego i nie pozwala na wyprowadzenie wniosku, że osoby pełniące funkcje publiczne czy funkcjonariusze publiczni stoją ponad prawem (…). W społeczeństwie konieczne jest wytworzenie przekonania, że popełnienie przestępstwa w związku z zajmowanym stanowiskiem spotyka się z reakcją wymiaru sprawiedliwości”.

W marcu, po wydaniu wyroku, prawicowi publicyści i politycy PiS oskarżali sąd, że wyrok był na polityczne zamówienie, nie precyzując czyje.

Sąd w uzasadnieniu niejako na to odpowiedział: „Sędziów obdarzono niezawisłością po to, by orzekali sprawiedliwie, bez konieczności poddania się nastrojom społecznym, nie zawsze jednolitym, rzadko stabilnym, a zwykle nieracjonalnym. Wyrokowanie ma się odbywać niezależnie od nastrojów społecznych i władz państwowych. W wyrokowaniu słuszną rzeczą jest uwzględnienie skutków społecznych postępowania karnego, a złą – bezkrytyczne podporządkowywanie się wyimaginowanym oczekiwaniom grup społecznych”.

Jedną z okoliczności łagodzących dla skazanych było to, że od 2007 r. nie popełnili innych podobnych czynów. Ale jak zauważył sąd, nie pracują już w CBA, co „drastycznie ograniczyło możliwość popełniania tego rodzaju przestępstw”.

Od tego wyroku zapewne będą apelacje.

Dlaczego uzasadnienie wyroku poznaliśmy dopiero teraz?

Wyrok zapadł 30 marca. Wydali go sędziowie Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w składzie: Wojciech Łączewski, Małgorzata Drewin, Łukasz Mrozek. Dlaczego sędzia Łączewski (sprawozdawca) pisał uzasadnienie pół roku?

Odpowiada sekcja prasowa warszawskiego sądu: „Uzasadnienie obejmuje 407 stron, z czego większość jest niejawna [jawne są 182 strony uzasadnienia] i w tej części uzasadnienie musiało być sporządzane w kancelarii tajnej, która jest czynna tylko w dni powszednie w godzinach urzędowania sądu”.

Sędzia nie mógł więc pisać uzasadnienia w weekendy i wieczorami. Biuro tłumaczy, że sprawa jest zawiła i ma obszerny materiał dowodowy. Poza tym sędzia w tym czasie brał udział w innych rozprawach i posiedzeniach (ok. 300), sporządził kolejnych 27 uzasadnień do innych wyroków oraz wykorzystał 25 dni zaległego urlopu.

Zobacz także

takłamało

wyborcza.pl

Reklamy