Posts Tagged ‘Krystyna Janda’

Berlin za Honeckera i Warszawa za Kaczyńskiego

WSTYD, ŻE NIE PRZERWALI URLOPÓW I IMPREZ U BISKUPA. WSTYD, ŻE OFIARY NAWAŁNICY NADAL NIE MAJĄ DACHU NAD GŁOWĄ…

Obłuda Macierewicza nie ma granic

Nieustająco nas „zadziwia”… Kiedy już wydaje się, że Antoni Macierewicz w wygłaszaniu kłamstw z kamienną twarzą przeszedł samego siebie, kolejny dzień przynosi następną dawkę obłudy i hipokryzji szefa MON.

Nie inaczej było podczas sejmowej debaty dotyczącej nawałnic. – „Wojsko było na miejscu zdarzenia natychmiast po informacji ze strony wojewodów” – powiedział Macierewicz. Tyle tylko, że to – natychmiast – nastąpiło po czterech! dniach po kataklizmie, mimo że samorządowcy prosili o wsparcie armii. Wszyscy pamiętamy wypowiedź wojewody pomorskiego, że do zamiatania liści nie będzie wzywał wojska…

Grzegorz Schetyna podczas debaty w Sejmie na temat nawałnic powiedział, że Macierewicz na miejscu zniszczeń pojawił się dopiero 15 sierpnia po zakończeniu uroczystości z okazji Święta Wojska Polskiego. – „No przecież to jest kompromitacja. Minister obrony narodowej, który przylatuje helikopterem i przyjeżdża kolumna sześciu samochodów, żeby go dowieźć 240 metrów z lądowiska do namiotu antykryzysowego. Widzieliście, jak to wygląda? Jaś Fasola by tego nie wymyślił” – mówił Schetyna.

Na mównicę wyszedł Antoni Macierewicz i rzekomo się przejęzyczając, powiedział: – „Chcę sprostować wypowiedź Jasia, przepraszam bardzo, nie Fasoli, tylko pana przewodniczącego Schetyny w związku z kłamstwami, którymi państwo jesteście przez niego raczeni. Wojsko było na miejscu zdarzenia natychmiast po informacji ze strony wojewodów i wezwaniu do pomocy ze strony wojewodów. Jeżeli pana razi to, że minister obrony w dniu święta Wojska Polskiego przyjechał na miejsce zdarzenia, to współczuję pana poczuciu potrzeb narodu polskiego”.

Na pewno wszyscy mamy przed oczami widok szefa MON ze wsi Rytel, kiedy to wiozący go samochód zakopał się w błocie. Macierewicz w lakierkach stał obok auta, przyglądając się, jak mieszkańcy poszkodowani przez nawałnicę wyciągali jego samochód.

CZY LIS MA RACJĘ?

No I liga obciachu.

Waldemar Mystkowski pisze o rewelacyjnym szczególe z życiorysu Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński jak Pawka Korczagin

Prezes PiS jest postacią ukształtowaną w głębokim PRL, w czasach małęj stabilizacji.

Jarosław Kaczyński wrócił z wakacji wypoczęty. Zaistniał słynną pelerynką w czerwono-białe barwy (bo przecież nie biało-czerwone, nie podejrzewam go o takie profanum godnościowe). Wygłosił 10 września na podeściku na Krakowskim Przedmieściu dwie frazy godne zapamiętanie: – „Jak zostaniemy sami w Europie, to zostaniemy” – i drugą: – „Będziemy wyspą tolerancji i wolności”. Do tej ostatniej przyjemności potrzeba będzie więcej barierek (tak Szymon Majewski zrekapitulował kaczystowską wolność).

Na razie z witzami prezesa posucha. Gdy jednak piszę, Kaczyński może wyprodukować wiekopomne dzieło oracyjne. Tak ten typ ma. Na razie głębiej o Kaczyńskim możemy mówić w trybie zapożyczonym, przez kogoś.

Prof. Andrzej Jaczewski był łaskaw sobie przypomnieć, iż Jarosław Kaczyński nie zdał w liceum z jednej klasy do następnej, z X do XI klasy maturalnej. Oblał z języków polskiego i angielskiego. Do dzisiaj nie jest poliglotą, o angielskim nie wspomnę, a polski jest w jego ustach często kulawy, chromy.

Dlaczego ten fakt dopiero teraz wychodzi na światło dzienne? Działo się to w roku 1966. Rządził wówczas ówczesny Kaczyński – Władysław Gomułka, za Beatę Szydło kreował się Józef Cyrankiewicz. Anną Zalewską pomniejszego funkcyjnego formatu – kuratorem warszawskim – był Jerzy Kuberski (później został ministrem oświaty, czyli pełną Zalewską).

Ten ostatni odegrał w życiorysie prezesa PiS rolę szczególną, by nie powiedzieć decydującą. Doszły Kuberskiego wieści, iż Jarosław K. ma dwie dwóje (kiedyś ta ocena niedostateczna był najgorszą), będzie siedział drugi rok w X klasie, więc kurator zadzwonił do dyrektora szkoły, następnego dnia zjawił się na radzie pedagogicznej i uczeń Jarosław K. dostał promocję do klasy maturalnej.

Ten fakt ma nadzwyczajną wymowę symboliczną. Prezes PiS musiał przeżyć swoje niedołęstwo intelektualne do tego stopnia, iż jego wzorcem stał się Gomułka. Językowe porównania potwierdzają, iż ówczesny I sekretarz to wzorzec, a brak predylekcji do nauki, szczególnie do zgłębiania polskiego – literatury, tradycji – dzisiaj owocują deformą szkoły.

Kaczyński został zahartowany w tamtym czasie. Ba, nawet jego stosunek do ojca Rajmunda (który chyba wówczas musiał dotrzeć do Kuberskiego i prosić go o wsparcie dla syna) nosi znamiona zahartowanego kompleksu. Mianowicie Kaczyński jak bohater obowiązującej wówczas lektury, Pawka Korczagin, donosi na ojca (źle się do niego odnosi), o czym piszą biografowie prezesa PiS.

Więcej do powiedzenia o wnętrzu Kaczyńskiego miałaby psychoanaliza Freuda. Kaczyński na kozetce to galareta strachu, kupka trzęsącego się ego.

I drugie zapożyczenie. Krystyna Janda w Radiu Zet odniosła się do słów z peanu-wiersza Jarosława Marka Rymkiewicza „Do Jarosława Kaczyńskiego”: – „nie można oddać Polski w ręce jej złodziei, którzy chcą ją nam ukraść i oddać światu”.

Recenzja wybitnej aktorki jest bardzo dosadna: – „Ja się czuję jakby ktoś na mnie s..ł po prostu cały czas. Jarosławie, pan jest coś jeszcze winny bratu. Dokąd idziecie z Polską?”. Zaś fragment dotyczący„polegnięcia” brata bliźniaka pod Smoleńskiem w 2010 roku, który jednak zdał w 1966 roku do XI klasy bez wsparcia rodzica (- „Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo? O to nas teraz pyta to spalone ciało”), Janda zamieniła w partykułę godną Juliusza Słowackiego: „Ludzie, o czym my mówimy? To była katastrofa samolotowa”.

Taki jest zapośredniczony prezes Kaczyński staje się bardziej zrozumiały w swoich czynach i ludziach, którzy wokół niego się gromadzą. Jest postacią ukształtowaną w głębokim PRL, w czasach małęj komuszej stabilizacji (określenie Tadeusza Różewicza), to jest jego peleryna, płaszcz Prospera: Pawka Korczagin, który sprzeda nawet ojca dla dobra własnej przyszłości. A ojcowizna to ojczyzna. Tak hartował się prezes.

TAKA RÓŻNICA. Jak Arłukowicz to od razu pięknie powiedziane 🙂

SZACUNEK ZA TO, CO ROBI

>>>

Reklamy

MA RACJĘ SZUBARTOWICZ. OHYDA.

772 POLICJANTÓW PILNUJE KAŻDEJ Z PiS-OWSKICH MIESIĘCZNIC. KOSZT: 150 TYS. ZŁ X 12 M-CY TAK BARDZO BOJĄ SIĘ POLAKÓW?

Niedługo Polska będzie państwem bezprawia. Pisze o tym Łukasz Woźnicki („Wyborcza”). Jeśli PiS wprowadzi swój plan w życie, jeszcze w tym roku stanowiska stracą prezesi sądów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych w całym kraju. Zastąpią ich zaufani sędziowie wskazani przez Zbigniewa Ziobrę. I przeprowadzą kolejną czystkę.

Posłowie PiS złożyli w Sejmie projekt reformy prawa o ustroju sądów powszechnych, nazywanego „konstytucją sądów”. Szeroki zakres zmian wskazuje, że przepisy powstały w Ministerstwie Sprawiedliwości, chociaż projekt został złożony jako poselski. PiS chce, aby ustawa weszła w życie już 1 lipca 2017 r. Partia sięga po szybszą, poselską ścieżkę legislacyjną, by uniknąć obowiązku konsultacji międzyresortowych i publicznych. W ten sposób procedowany będzie projekt, który zmieni obraz całego polskiego sądownictwa.
– Ten projekt oznacza pełne przejście na tryb ręcznego sterowania przez ministra Ziobrę. Tu już nikt nie bawi się w pozory. Żadnego trójpodziału władzy w Polsce nie będzie. Będzie jednowładztwo – mówi „Wyborczej” sędzia Bartłomiej Przymusiński, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Sędziowie z Iustitii przeanalizowali projekt posłów PiS. Oto najważniejsze zagrożenia, jakie niesie.

1. Czystka w sądach

W ciągu pół roku od wejścia w życie przepisów minister sprawiedliwości będzie mógł odwołać wszystkich prezesów i wiceprezesów sądów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych w całej Polsce. Żadne wymogi dotyczące odwołania nie będą go w tym czasie obowiązywały.

Odwołani zostaną także sędziowie funkcyjni. Nowi prezesi sądów, powołani przez ministra Ziobrę, dostaną sześć miesięcy na przegląd stanowisk funkcyjnych w sądach i prawo do wymiany wszystkich wizytatorów, przewodniczących wydziałów i ich zastępców.

– Odwołanie wszystkich prezesów i wiceprezesów sądów powszechnych to rzecz bez precedensu. Mówimy tu o kilkuset osobach. A po odwołaniu wszystkich sędziów funkcyjnych liczba odwołanych może się zamknąć w kilku tysiącach. To pokazuje, do czego zmierza ten projekt – do całkowitej dominacji ministra Ziobry – mówi sędzia Krystian Markiewicz, prezes Iustitii.

2. Zaufani Ziobry prezesami i wiceprezesami

Minister sprawiedliwości powoła nowych prezesów sądów apelacyjnych, okręgowych i rejonowych. Nie będzie przy tym musiał zasięgnąć opinii zgromadzeń ogólnych sędziów poszczególnych sądów. Dziś taka opinia jest potrzebna, aby powołać prezesów sądów apelacyjnych oraz okręgowych. Prezesów sądów rejonowych powołują zaś prezesi sądów apelacyjnych.

Zgromadzenia mogą wydać opinię negatywną. Wtedy, aby kandydatura przeszła, potrzebna jest pozytywna opinia Krajowej Rady Sądownictwa. Projekt PiS znosi ten model. Dodatkowo daje ministrowi możliwość powoływania prezesów sądów rejonowych, a także wiceprezesów wszystkich sądów powszechnych – na wniosek prezesów i bez opinii kolegium sędziów.

– Minister będzie mógł każde stanowisko prezesa sądu powszechnego w Polsce obsadzić osobą, która będzie się cieszyła jego zaufaniem – mówi sędzia Bartłomiej Przymusiński.

3. Ziobro odwoła każdego prezesa, którego tylko będzie chciał

Projekt bardzo szeroko określa sytuacje, w których minister odwołuje prezesa sądu. Ziobro będzie mógł to zrobić, gdy stwierdzi „szczególnie niską efektywność działań w zakresie pełnionego nadzoru administracyjnego lub organizacji pracy w sądzie lub sądach niższych”.

Wiążący dziś ministra sprzeciw Krajowej Rady Sądownictwa nie będzie miał już znaczenia. Po zmianach opinia Rady będzie niewiążąca. Do tego minister uzyska możliwość odwoływania także prezesów sądów rejonowych, dziś jej nie ma.

– Przepisy dają ministrowi sprawiedliwości praktycznie pełną dowolność w powoływaniu i odwoływaniu prezesów sądów – mówi sędzia Przymusiński.

4. Podległy ministrowi prokurator wybierze sędziego do sprawy

Projekt przewiduje odstępstwo od losowego przydzielania spraw sędziom: nie będzie go przy przydzielaniu spraw sędziom na dyżurach.

– Wystarczy, że prokurator będzie wiedział, że dany sędzia ma dyżur w danym dniu. Gdy wniesie sprawę, będzie miał pewność, że właśnie ten sędzia dostanie np. sprawę aresztową. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby był to sędzia, który właśnie wrócił z delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości i którego prezes przydzielił do newralgicznego wydziału – mówi sędzia Przymusiński.

5. Sędziowie będą pracować u prezydenta i w MSZ

Dziś w Ministerstwie Sprawiedliwości pracuje ponad 150 sędziów. Organizacje prawnicze wzywają ich, aby wrócili do orzekania albo złożyli urząd sędziowski. Tymczasem projekt wprowadza możliwość delegowania sędziów do kolejnych urzędów: Kancelarii Prezydenta i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Dla delegowanych przewidziano specjalny dodatek (40 proc. wynagrodzenia), który za specjalne zasługi może być bez ograniczeń powiększony.

– Będzie to kolejna forma „nagrody” dla sędziów z kręgu ministra. Do tego bardzo niebezpieczna z uwagi na wymóg apolityczności sędziów. Odejście kolejnych sędziów osłabi sądy, do których wpływa ponad 15 mln spraw rocznie i w których już orzekają przeciążeni pracą sędziowie – mówi rzecznik Iustitii.

6. Minister będzie mógł naciskać na sędziów…

Dotąd minister sprawował tylko „zewnętrzny” nadzór nad sądami – mógł rozliczać prezesów sądów z pełnienia funkcji. Nie miał wpływu na nadzór wewnętrzny – np. wydawane sędziom przez prezesów polecenia. Według projektu, kiedy minister stwierdzi uchybienie w kierowaniu sądem przez prezesa lub wiceprezesa lub gdy stwierdzi uchybienie „w sprawowaniu przez niego nadzoru wewnętrznego”, będzie mógł się do niego zwrócić na piśmie i zażądać usunięcia skutków uchybienia.

7. …i nagradzać „zasłużonych” sędziów szybkimi awansami

Projekt wprowadza możliwość szybkiego awansu dla sędziów, którzy będą się cieszyli zaufaniem ministra. Prezesem sądu apelacyjnego będzie mógł zostać sędzia okręgowy, więc niższego szczebla. A okręgowego – rejonowy.

– Do sądu apelacyjnego będzie mógł awansować już sędzia sądu rejonowego. Dotąd musiał po drodze być sędzią sądu okręgowego. Wystarczy przejście procedury konkursowej przed KRS, która – według kolejnego projektu PiS – zostanie zdominowana przez osoby wybrane przez polityków. Prezesi ocenieni pozytywnie przez ministra będą dostawać wyższy dodatek. To kolejna marchewka – zauważa rzecznik Iustitii.

SCHETYNA MA RACJĘ

WZÓR CNÓT PAŃSTWA PiS

Waldemar Mystkowski pisze o Misiewiczu, Brudzińskim i – o rzeczach wartościowych.

Bartłomiej Misiewicz to typowy Pisiewicz, który został odznaczany złotym medalem za zasługi, a teraz sam zrezygnował z członkostwa w Partii. Po co zatem gremium 3 pisowskich postaci przez cztery godziny obradowało, aby stwierdzić, że „nie ma kwalifikacji do pełnienia funkcji w sferze publicznej, w spółkach skarbu państwa”?

Czy Joachimowi Brudzińskiemu, Markowi Suskiemu oraz Mariuszowi Kamińskiemu nie przyszło do głowy, że sami są takimi Misiewiczami-Pisiewiczami? Przecież nikt nie zdobywa kompetencji poprzez zasiedzenie ław sejmowych i partyjnych na Nowogrodzkiej. Nie nabywa się fachu wierząc w cudowność walorów umysłowych Jego Wysokości Prezesa na drabince z Tesco, bo nie tak spływa światłość rozumu.

Chciałoby się sparafrazować Mikołaja Gogola. Nad kogo kompetencjami obradujecie? Nad swoimi. Brudziński tylko potwierdził, iż jest nawet lepszym Misiewiczem niż oryginalny Misiewicz, jest super-Misiewiczem, jest esencją Misiewicza, bo oto uzasadniając przed sitkiem wyrok partyjnego sądu, poświęcił gros swojej wypowiedzi Platformie Obywatelskiej. Nawet w takiej prostej sprawie nie potrafi mówić na temat.

Misiu Brudziński – tak nazwę tego człowieka bez żadnych osiągnięć, bez właściwości intelektualnych i moralnych (charakterologicznych) – został Misiewiczem-Pisiewiczem dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu, który go wyrwał z podobnego położenia pomocnika aptekarza. Brudziński nie istnieje bez Kaczyńskiego, jak Misiewicz bez Macierewicza.

Podobno Beata Szydło zażądała wczoraj „usunięcia z PGZ Bartłomieja Misiewicza” – jak powiedział jej rzecznik Rafał Bochenek. Po czasie wszyscy się podpisują pod sukcesem rezygnacji Misiewicza z członkostwa w Partii. Misiewicz nie został jednak odznaczony i nagrodzony posadami przez siebie. On jest li tylko ofiarą. Tak jak ofiarą jest Brudziński.

To zdarzenie bez znaczenia dla życia publicznego zdominowało dzień, co mi się nie podoba. Chciałbym stanąć na przekór bezsensowi, podrzucić taki oto apel Krystyny Jandy na FB: „Bądźmy razem”. „Proszę państwa, jestem dumna, że Polska jest częścią zjednoczonej Europy. Było to marzenie pokoleń. Spełniło się – nie zmarnujmy tego. Dowiedziałam się, że 19 kwietnia przyjeżdża do Warszawy Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, żeby stanąć tu, przed prokuraturą. Niektórzy chcą mu odebrać prawo występowania pod biało-czerwoną flagą. Byłoby dobrze, gdybyśmy przywitali go wszyscy tego dnia, zamanifestowali jedność i solidarność z Europą w jej trudnym momencie i poparli Polaka, któremu udało się zdobyć jedno z najwyższych stanowisk europejskich. Byłoby dobrze. Bądźmy razem. Składam państwu najserdeczniejsze życzenia, dobrych świąt”.

Kto by się spodziewał, że Tusk tak urośnie, że nasze oczekiwania w stosunku do niego będą – zachowując proporcje – jak do Józefa Piłsudskiego 11 listopada 1918 roku na dworcu w Warszawie i do Ignacego Paderewskiego 26 grudnia 1918 roku w Poznaniu.

Przesadzam? A kto spodziewał się rok temu, że rozwalony zostanie Trybunał Konstytucyjny, że zdemolowany trójpodział władzy. Polska ma wroga wewnętrznego, zjadający kraj od wewnątrz liszaj – Partię.

KOLEJNA PORAŻKA PAŃSTWA PiS. SĄD POTWIERDZA ICH BEZPRAWNE DZIAŁANIA.

Kleofas Wieniawa zajmuje się tchórzostwem Macierewicza.

10 kwietnia 2010 roku odcisnął się w psychice Antoniego Macierewicza diabelskim kopytkiem paniki. Tę zdeformowaną racjonalność słychać w jego wypowiedziach o tym zdarzeniu. Tylko Macierewicz był dla Jarosława Kaczyńskiego wielce pomocnym, aby zbudować mit o „bohaterszczyźnie” (a w rzeczywistości: odpowiedzialności za katastrofę) Lecha Kaczyńskiego.

Do osoby Macierewicza potrzeba dobrego pióra, aby go opisać. Nie każdy pisarz chce się babrać w takiej marności, zresztą usprawiedliwieniem jest, iż Macierewicze sa opisani w literaturze.

Nieracjonalność łatwo poddaje się panice, bo sama jest funkcją braków normalności, dlatego musi budować światy alternatywne, aby względnie egzystować.

Nie dziwi mnie, iż Macierewicz uciekał ze Smoleńska, zachowywał się, jak paranoik: „w pociągu kazał zablokować wszystkie drzwi, pozamykać okna i zaciągnąć zasłony, by uniknąć strzałów snajperów”.

Tacy ludzie otaczają się niepełnowartościowymi osobnikami, jak Bartłomiej Misiewicz. Przez to stają się w jakiś sposób dla siebie wartościowi, nie mają wówczas kłopotów z otoczeniem, bo niepelnowartościowy nie będzie sankcjonował normalności.

W normalnej Polsce po 1989 roku z Macierewicza wyszła nienormalność, jak karaluch z Gregora Samsy.

TOMASZ LIS – GENIALNIE. 🙂

MACIEREWICZ WRĘCZY OSOBIŚCIE. Z OKRZYKIEM „BRAWO WACEK!”

>>>

Objawienia Szydło z 2015 roku i 2017.

Świetny tekst Ziemowita Szczerba w „Wyborczej”. Już niedługo Putin będzie mógł powiedzieć Unii: co się mnie czepiasz, Brukselo zła, skoro we własnych szeregach, w Polsce i na Węgrzech, masz takich Putinków jak ja?

Jak tylko marzec przychodzi, wsiadam w auto i tnę na południe tak daleko, aż pierwsze zobaczę pąki. Zwykle wystarczy na Węgry dojechać. W tym roku trzeba było aż do Serbii. No i widziałem pąki, ale nie udało mi się wiosny zobaczyć. W zasadzie to nawet Serbii się nie udało zobaczyć, bo ją premier Aleksandar Vucić zasłaniał. Serbska wersja Viktora Orbána. Vuciciowi nie podskoczysz: kontroluje media, rozszerza polityczne wpływy na cały kraj. W Serbii trwała kampania prezydencka i cały kraj oklejony był plakatami jego. Vucić na płotach – Vucić na billboardach. Aż się wymiotować tym Vuciciem chciało. Gdy w końcu wyjechaliśmy z Serbii i zobaczyliśmy zwykłe szyldy reklamujące kredyty, raty i rabaty – to aż ulgę po tym północnokoreańskim Vuciciu poczuliśmy.Tylko że z deszczu pod rynnę trafiliśmy, bo na Węgry, gdzie to samo co Vucić robi Orbán. Co chwila słychać było o nowych aferach związanych z „narodową klasą biznesową”, którą stworzył i która żeruje na unijnych funduszach i państwowych zleceniach. I kasie z Rosji. W Czechach wielkimi krokami nadchodził Babis, który był biznesmenem populistą pełnym antykorupcyjnych haseł, i naginał, jak leci, dobre demokratyczne zasady dla własnych korzyści. W Rumunii właśnie do władzy doszli socjaldemokraci, którzy rządy chcieli zacząć od wyzerowania kar za przewały politycznym kolegom.

W Polsce, po tym jak wprowadzono antydemokratyczny system polegający na fasadowości konstytucji i faktycznej władzy szefa partii, w zasadzie tylko ten szef, który doprowadził do korupcji systemu politycznego, trzyma cały ten system przed popadnięciem w korupcję gospodarczą, bo czego jak czego, ale pazerności nie można Jarosławowi zarzucić. Ale Kaczyński nie upilnuje narodowej władzy przed popadnięciem w to samo, w co popada wszędzie, gdzie demokracja została zamieniona przez autokrację: w Rosji, na Węgrzech, w Serbii, w republikach środkowoazjatyckich czy afrykańskich. Wszędzie na peryferiach. Bo kto wie, czy straszna prawda nie jest taka, że tylko centrum umie grać w prawdziwą demokrację. Na razie zmaga się z nią Trump – zobaczymy, kto wygra. Ale tylko centrum udało się stworzyć system, w którym jako tako mogą się porozumieć polityczni przeciwnicy.

20 lat z okładem wystarczyło, żeby to wszystko, co próbowały europejskie peryferie osiągnąć poprzez przyjmowanie standardów centrum, poszło się paść. Pozostała demokratyczna skorupa, w której gnieżdżą się tacy jak Vucić, Orbán, Kaczyński czy Putin. To wszystko jest Putinowi na rękę, bo raczej nie gra on na zupełny upadek Zachodu. Chodzi tylko o to, by Zachód obniżył standardy i by Putinowska Rosja stała się dla niego akceptowalna. I te standardy są obniżane. Obniżają je pożyteczni idioci Rosji, jak Orbán czy Kaczyński. Już niedługo Putin będzie mógł powiedzieć Unii: co się mnie czepiasz, Brukselo zła, skoro we własnych szeregach masz takich Putinków jak ja?

Ale demokratyczna forma mimo wszystko pozostała. Demokracja to świętość, a święty jej ogień nadal płonie na Zachodzie. I przed tym Zachodem cały ten świat peryferyjnych cwaniaków nadal szopkę odgrywa. Tyle że ta świętość nie jest przestrzegana. Jak chrześcijaństwo w wiekach średnich. Tak, Robert Kaplan miał rację, porównując demokrację z chrześcijaństwem: i jedno, i drugie miało zmienić relacje między ludem i władzą, występowało w obronie maluczkich, ale i jedno, i drugie szybko stało się pustą formą chroniącą stare dobre ustawienia. To, co obserwujemy dziś, to nic innego jak korupcja tego demokratycznego ideału, tak samo jak skorumpowało się chrześcijaństwo i nabrało wynaturzonych form, tych wszystkich katabasoidów, pierścieni na palcach biskupich, tego tępego torquemadyzmu.

Demokracja w czasach dynastii Bushów i niespełnionej dynastii Clintonów też nie miała się najlepiej. W czasach przegięć i wynaturzeń, w czasach bliźniaków na pozycjach premiera i prezydenta i dogmatyzmu z prawej i lewej strony, w czasach zbójeckiego liberalizmu gospodarczego i narzucania światu rozwiązań, których nie chciał. Teraz to wszystko się zawaliło, bo gniło od dawna. No i cóż, pozostaje nam czekać na reformację.

ELIZA MA DLA NAS ZAGADKĘ 🙂

Dziesięcina PiS.

Magdalena Środa pisze: co wynika z sondaży. Za każdym razem, gdy ukazuje się jakiś wynik badania poparcia dla partii, jestem zadziwiona. Kogo oni badali?

Mało co tak sprzeciwia się zdrowemu rozsądkowi jak sondaże dotyczące poparcia dla partii, oczywiście prócz działań samych partii. Za każdym razem, gdy ukazuje się jakiś wynik, jestem zadziwiona. Kogo oni badali? Jak? Sondaże to nie zimny przekaz informacji, tylko kij włożony w mrowisko: dlaczego rośnie, jak nie rośnie? Dlaczego spada, jak nie spada?Ostatni sondaż IBRiS-u dla Onetu (3 kwietnia) był tego dobrym przykładem. Najmniejsze zdziwienie budził PiS ze swoim ponad 30-proc. poparciem (30,5) i to nie dlatego, że je rozumiem, tylko że przywykłam. Żyjemy w kraju, w którym jakaś część mieszkańców po prostu lubi autorytaryzm, izolację i zniszczenie zwane „dobrą zmianą”. To zapewne stały elektorat, który – pocieszają mnie specjaliści – nie zmienia zdania i będzie trwał przy liderze, Smoleńsku, dewastujących reformach po wsze czasy. Bo lidera kocha, w Smoleńsk wierzy, skutków reform nie jest w stanie przewidzieć.

Rośnie PO (29 proc.). To oczywiście mobilizująca wiadomość dla tej partii, ale też nie ma się co dziwić: jeśli ktoś chce postawić na nie-PiS, to stawia na najsilniejszego, choć gdyby miał nieco rozsądku, to powinien wiedzieć, że to nie najlepszy wybór, bo konserwatyzm wielu członków tego ugrupowania jest niebezpiecznie zbliżony do ideologii PiS-u. W Parlamencie Europejskim, gdy trzeba głosować nad przyjęciem dokumentów równościowych, członkowie PiS-u głosują przeciw (w zgodzie z sumieniem), członkowie PO wstrzymują się od głosu (w zgodzie ze strategią). Nie będzie więc w nich silnego oparcia dla budowy nowoczesnego, egalitarnego społeczeństwa, które jest jedyną alternatywą dla państwa PiS-u. Może zwyciężyć jakaś strategia typu PO-PiS.

Zasmuca mnie, lecz nie dziwi ciągłe dołowanie Nowoczesnej (7,4 proc.); jej lider nie rozliczył się jeszcze z chłopięcych szaleństw i wielu wpadek, a członkowie i członkinie jego partii nie potrafią go do tego zmusić ani się usamodzielnić. Gdybyż posłanki Nowoczesnej zrozumiały, że partia ta bez nich jest niczym, a one bez Petru naprawdę będą mogły rozwinąć skrzydła, to być może notowania by urosły. Albo i nie.

Szokuje awans Kukiz’15 (8,8 proc.), partii z kapelusza, bez programu, bez osobowości, z liderem, który nic nie rozumie, mówi (a właściwie pokrzykuje) byle co, byle jak… Z jakich powodów można wspierać taką partię? Jakie racje za tym stoją? Przekora? Zaślepienie typu „pop”?

Trudno powiedzieć. A jednak rośnie. Podobnie z nagłym „sukcesem” SLD (6 proc.). Dlaczego ktokolwiek interesuje się partią, której lider (Miller, bo o Czarzastym nikt nic nie wie) uczuciowo tkwi między Lepperem a Ogórek, a z programów interesują go tylko telewizyjne, w których może wystąpić? Według IBRiS-u do gry weszłoby jeszcze PSL (6,6 proc.). Uważam, że to ogromna zasługa Szyszki. W końcu Pawlak gasił lasy, które Szyszko chce wycinać. Partia Razem poza parlamentem, trochę szkoda, ale ponieważ programowo lubi być „osobno”, więc to może jej sukces?

W sondażu nie pojawiło się pytanie: „Czy wierzysz, że w Polsce będą jeszcze kiedyś wolne wybory?”. A szkoda, bo może sondaże są nam już w ogóle niepotrzebne?

A TE SŁOWA NIE SĄ POSTKOMUNISTYCZNE… TO JEST REŻIM

Krystyna Janda opowiadała u Kuby Wojewódzkiego, jak ją traktuje „dobra zmiana”. – Czekamy na pokolenie, które jeszcze śpi do drugiej w soboty i niedzielę. Oni nie wiedzą jeszcze, o co jest bitwa – mówi Krystyna Janda. Aktorka i reżyserka we wtorek była gościem programu Kuby Wojewódzkiego w TVN.

– Przychodzą do mnie starzy aktorzy. Tacy, którzy mają przed sobą dwa-trzy lata życia i to wiedzą. Mówią: „Nie dożyję zmiany, to straszne”. Oni są tak boleśnie zranieni. Całe życie czegoś chcieli, w końcu to dostali. Czuli, że to wszystko rośnie. Zgadzali się z tym. Nawet kiedy było im trudniej, to wszystko szło w dobrą stronę. I nagle w jednym momencie im to odebrano – mówiła o obecnej sytuacji w Polsce Krystyna Janda. I dodawała:

– Ja też się tak czuję. To są moje ostatnie lata. Mam 64 lata. Następne dziesięć lat to pewnie ostatnie mojego życia artystycznego, zawodowego. Chcę spokojnie patrzeć na tę wiosnę, na dzieci. Dlaczego mam zasypiać, budzić się, cały dzień chodzić i się martwić? Zastanawiać się co mi jest. A to Polska…

Krystyna Janda: Pawłowicz to wstydliwy temat

W ostatnim czasie aktorka jest jedną z ostrych krytyczek PiS-u i rządu, za co atakuje ją prawica. Szczególnie zajadle uderzała w Jandę Krystyna Pawłowicz. Prowadzący program Kuba Wojewódzki nie omieszkał zapytać o poseł PiS-u. – Jak widzę Krystynę Pawłowicz, to jest mi tylko smutno. To wstydliwy temat. Tacy ludzie nie powinni zajmować wysokich stanowisk – skomentowała Janda.

Pytań o politykę było w programie więcej. – Przyjęłaby pani do swojego Teatru Polonia uchodźców? – dopytywał prowadzący show.

– Tak – odparła szybko. I żartując, dodała: – Jeśli umieliby coś zagrać.

Janda opowiedziała, że szukała niedawno aktorów obcokrajowców. Jednym z nich został Bilguun Ariunbaatar, komik pochodzenia mongolskiego znany z występów w programie „Szymon Majewski Show”. – Gra świetnie – przyznała Krystyna Janda.

Potrzeba nam więcej uchodźców

Zdaniem aktorki w Polsce potrzeba coraz więcej uchodźców. – Którzy będą z nami żyć, pracować i tworzyć różnorodny świat. Izolacja jest niepotrzebna.

Janda opowiedziała także o swojej aktywności w mediach społecznościowych: – Nie wyobrażam sobie prowadzenia tak dużej fundacji bez tej aktywności. Ale zatrudniam pana, który co rano likwiduje hejty.

– Jakie? – dopytywał Wojewódzki.

– „Ty komunistyczna kur…, spie… z tego kraju” – przywoływała aktorka. I dworowała sobie: – Kur… rozumiem, ale komunistyczna?

Dodała także, że na swoim profilu ma polubionych sto stron, w tym Leszka Balcerowicza i Rafała Trzaskowskiego. – To świetny facet – uważa aktorka.

Na koniec programu Janda przyznała, że lubi Polskę i Polaków. – Pracuję dla nich całe życie. Wiem, co myślą, rozumiem ich – mówiła.

Waldemar Mystkowski pisze o kolejnym liście Dudy do Macierewicza.

Czyżby Andrzej Duda chciał powstać z kolan mimo reprymendy Jarosława Kaczyńskiego? Oto dalej uprawia „politykę epistolarną”. Jego nominat – szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch – pisze list do Antoniego Macierewicza w sprawie oficerów kontrwywiadu. Tak by się mogło wydawać, lecz ten list ma datę wysłania z połowy marca, czyli z czasów przed uspokojeniem prezydenta przez Antoniego Macierewicza, iż wszystko jest cacy. „Cacy” mogło się nie spodobać nowemu szefowi gabinetu Dudy Krzysztofowi Szczerskiemu, który ma ambicje, a który musi zrobić Dudzie „nowe otwarcie”.

Ludwik Dorn twierdzi – a on wydaje się być znawcą psychologii PiS, jak mało kto – iż Duda realizuje zlecenie Jarosława Kaczyńskiego, aby podtopić Macierewicza. Prezes PiS ma przeciwnika nie lada, który może wyprowadzić z PiS nacjonalistyczny elektorat liczony na 10 proc., a do tego jest w posiadaniu kadzideł smoleńskich dla wiernych tego kościoła. Na kogoś takiego nie można sobie pstryknąć i pozbyć się. Albo podtopiony Macierewicz będzie mniej niszczył siły zbrojne, albo faktycznie potrzyma się go dłużej bez powietrza, to politycznie zejdzie.

Prekursorem pomysłu na list do Macierewicza nie jest ani Duda, ani środowisko PiS, bo powstał on na kanwie interwencji byłego szefa służb specjalnych rządu PO-PSL Marka Biernackiego. Ten zaalarmował Dudę w sprawie degradacji major Magdaleny E., która prowadziła w Afganistanie i na Białorusi ważne operacje kontrwywiadowcze.

Tak więc list Solocha jest antydatowany, ale on wyciekł teraz. Beata Szydło zareagowała w swoim stylu: „Do mnie prezydent listów nie pisze, więc ja wątpliwości nie mam”. Dla niej Macierewicz jest niezastąpiony: „Jestem z pracy ministra Macierewicza zadowolona”. Albo premier ckni się czas kampanii wyborczej i jakiś liścik (polityczny, oczywiście) od Dudy chętnie by przeczytała, albo jest pogodzona, że to nie ona decyduje, kto jest ministrem w jej rządzie. Zresztą, to i to może być prawdziwe.

Podejrzenia w stosunku do Macierewicza rozlewają się dużo szerzej niż tylko w naszym grajdole. Artykuł w „Polityce” Tomáša Forró jest wstrząsający, nie tylko opowiada, jak Macierewicz i jego ludzie rozbijali polski kontrwywiad, coraz powszechniejsza panuje opinia w Europie, jaką ma brytyjski MI-6 (tajne służby JKM). Działania Macierewicza są oceniane jako smoleńska piąta kolumna Putina w Unii Europejskiej. Według Brytyjczyków, właśnie Polska wpada w ręce Kremla i staje się zagrożeniem dla Europy.

Wszystko wokół Macierewicza ciągle wymyka się naszej racjonalnej ocenie, choć opozycja ma jednoznaczne zdanie na temat działań ministra obrony. Może obóz rządowy się wreszcie budzi, poniekąd tak wskazywałaby anemiczna reakcja otoczenia Dudy. Macierewicza nie wystarczy podtapiać, należy go relegować. Czy jednak pisowcy są w stanie to uczynić? Czy dopiero odsunięcie ich od władzy pokaże bezmiar zdewastowania obronności Polski?

Kleofas Wieniawa o malejącym poparciu aktywistów PiS, a zwiększającym się opozycji.

Pomiar IPSOS dla OKO.press dotyczący wsparcia dla obecnej władzy, albo opowiedzenia się w formie czynnego udziału w opozycji, jest ważniejszy niż wszelkie sondaże poparcie dla partii, które są komentowane: „gdyby dzisiaj odbyły się wybory parlamentarne, to…”

4,6 proc. Polaków deklaruje czynne wsparcie dla władzy „dobrej zmiany”, a 13,2 proc. gotowych jest jej przeciwdziałać. Te wielkości Polaków są gotowe uczestniczyć w manifestacjach i akcjach podejowanych ad hoc.

W liczbach rzeczywistych jest to jeszcze bardziej „przemawiajające”. Za rządem PiS uczestniczyć w manifestacjach i podobnych czynnych wsparciach jest gotowych 1,4 mln Polaków, a przeciw – w marszach, protestach, pikietach -nieco ponad 4 mln Polaków.

I to jest rzeczywisty podział Polaków na froncie wojny polsko-polskiej. Stosunek jeszcze nie jest 1:27, ale już wynosi 1:3.

Wielkości po obydwóch stronach dość gwałtownie ulegają zmianie. W ciągu czterech miesięcy – od grudnia 2016 – czynnych wspierających rząd PiS ubyło  – z 6,2 proc do owych 4,6., a protestujacych przeciw władzy przybyło – z 11,2 proc. do 13,2.

To jest ten namacalny suweren, widziany w telewizjach, który jest w stanie czynnie opowiedzieć się za lub przeciw. Z niego – uciekając się do analogii – mogą być rekrutowane bojówki Berkutu i protestujących na nieistniejącym jeszcze Majdanie.

Jestem niemal pewien, że protestujących przeciw „dobrej zmianie” przybędzie, gdyż szykują się akty władzy, które bezpośrednio będą dotykały interesów wszelakich grup zawodowych i społecznych, zaś sankcje Unii Europejskiej dotkną wszystkich.

Sami sobie gotujemy los.

NO I KTÓRĄ ODPOWIEDŹ WYBIERZECIE, ABY WYGRAĆ MILION? 🙂

>>>

Rząd PiS, aby uniknąć porażki , stawia warunki, które już są spełnione… i ogłasza sukces dyplomacji 🙂

Dyplomacja to zbyt poważna sprawa, by zostawiać ją w rękach premier Szydło i ministra Waszczykowskiego – mówi wiceszef „Wyborczej” Jarosław Kurski.

gazeta.tv/plej >>>

PAD DO REUTERSA O ZAANGAŻOWANIU POLSKI W SPRAWY UE. NA WSZELKI WYPADEK PRZYPOMINAMY PREZYDENTOWI EFEKTY.

60 lat Unii Europejskiej. Świetny tekst prof. Arkadiusza Stempina z portalu TOK FM. „Nie chcemy nakładać na siebie wieńca laurowego, gdyż oczekuje nas jeszcze zbyt wiele wyzwań. Ale chcę wyrazić radość z podpisania traktatów, radość, którą dzielą z nami miliony naszych obywateli. Bo w stronę zjednoczenia Europy uczyniliśmy dziś milowy krok”. Tak 25 marca 1957 roku kanclerz Niemiec przemówił do zgromadzonych podpisaniu Traktatów Rzymskich.

25 marca 1957 roku lało w Rzymie jak z cebra. Krótko przed osiemnastą pod Pałac Konserwatorów na Kapitolu, średniowieczną siedzibę sądu republiki rzymskiej, zajechało kilkanaście czarnych limuzyn. Z aut wysiedli członkowie delegacji sześciu państw: Belgii, Francji, Holandii, Niemiec, Włoch i Luksemburga. Przeszli obok konnego pomnika Marka Aureliusza, projektu Michała Anioła, i wkroczyli do największej auli pałacu, Sali Horacjuszy i Kuriacjuszy, której ściany od XVI w. zdobią malowidła ilustrujące początki antycznego Rzymu. Wśród nich najsławniejsze: „Odnalezienie Romulusa i Remusa” i ‘Porwanie Sabinek’.

Tu, w scenerii późnego baroku, upiększonej złoconym posągiem Herkulesa i papieży, o ponurych, kontrreformacyjnych obliczach Urbana VIII i Innocentego X, szefowie delegacji podpisali dwa dokumenty, które do historii weszły jako Traktaty Rzymskie. Pierwszy powoływał do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą, drugi Europejską Wspólnotę Atomową.

Po 60 latach nazwiska pięciu sygnatariuszy, widniejące pod dokumentami, wyblakły w zbiorowej pamięci i dziś nie znają ich już nawet gorliwi studenci historii: premiera Włoch Antonia Segniego, ministrów spraw zagranicznych Belgii – Paula Spaaka, Francji – Christiana Pineau, Luksemburga – Lambertusa Schausa i Holandii – Josepha Lunsa. Do potomności przeszły nazwisko i twarz ostatniego z nich: Konrada Adenauera.

Ledwo wysechł atrament pod podpisami, a niemiecki kanclerz, człowiek o kamiennej twarzy, efekt wypadku z 1917 roku, przemówił do zebranych. I do potomności: „Nie chcemy nakładać na siebie wieńca laurowego, gdyż oczekuje nas jeszcze zbyt wiele wyzwań. Ale chcę wyrazić radość z podpisania traktatów, radość, którą dzielą z nami miliony naszych obywateli. Bo w stronę zjednoczenia Europy uczyniliśmy dziś milowy krok”. 81-letni mąż stanu, jakiego Niemcy nie miały od czasów Bismarcka – z tą jednak różnicą, że w przeciwieństwie do „żelaznego kanclerza” interesom Europy przyznał on pierwszeństwo nad interesami Niemiec, wieńczył dzieło życia: zespolenie Niemiec Zachodnich z dziedzictwem Zachodu, ekonomicznie, militarnie i politycznym. Ściśle i trwale. To prawda, że, jak się wyraził o nim jeden z niemieckich historyków, „był Adenauer dobrym Europejczykiem, ale złym Niemcem”. W tym sensie chciał być „złym Niemcem”, że pragnął zintegrować Niemcy z Zachodem.

Dopisało mu szczęście. Zapamiętał słowa Churchilla: „Niemcy rzucają się zawsze albo do gardła, albo do stóp”. On nie uczynił ani jednego, ani drugiego. Wiedział, jakie wady gubiły Niemców. Osobiście dopilnował przyśrubowania kałamarzy i pulpitów w Bundestagu, by nie dopuścić do chuligaństwa w parlamencie. Bardziej intelektualnie niż emocjonalnie pojmował, że przyszłość Niemiec na dobre i złe wiąże się z Francją. Osobiście nie darzył jej sympatią; nie gustował ani w kulturze francuskiej, ani w jej legendarnej kuchni. O sąsiednim kraju wiedział w ogóle niewiele, do 70. roku życia był tam raptem raz przez dwa dni. Ale realia polityki wymogły na nim credo: „Nie może być polityki europejskiej bez Francji albo przeciw Francji, tak jak nie może być europejskiej polityki bez Niemiec albo przeciw Niemcom”.

Partnerami Adenauera, torującymi drogę do Traktatów Rzymskich, byli: we Francji Robert Schuman, we Włoszech Alcido de Gasperi, w Belgii Paul-Henri Spaak. Ta grupa europejskich tytanów, ludzi w niemłodym już wieku, tchnęła nowe życie w powojennego „trupa Europy”. Wszyscy z wyjątkiem Belga byli gorliwymi katolikami, wrogami nacjonalizmu, otaczali szacunkiem rodzinę, a istnienie państwa traktowali jako smutną konieczność, dążąc do zminimalizowania jego znaczenia.

Ojcem chrzestnym idei powołania do życia wspólnoty gospodarczej i opracowania pod nią traktatu był wprawdzie holenderski minister spraw zagranicznych Johan Willem Beyen. To on ogłosił ją w memorandum 4 kwietnia 1955. Ale pałeczkę w tej kilkuosobowej sztafecie (po akceptacji projektu przez konferencję ministerialną w Messynie 1 czerwca 1955) przejął najbliższy polityczny sprzymierzeniec Beyena, Paul-Henri Spaak, belgijski minister spraw zagranicznych. Przesądzające znaczenie miało jednak stanowisko Adenauera, Schumana i de Gasperiego.

De Gasperi, wysoki, nadmiernie chudy i z ponurym obliczem, stawiał czoła życiu z groźnym spojrzeniem psa obronnego. Tak jak Adenauer był federalistą. Adenauer reprezentował policentryczne Niemcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, de Gasperi północne Włochy Habsburgów. Trzeci w szeregu, Robert Schuman, pochodził z Lotaryngii, a jego językiem ojczystym był niemiecki. Podczas I wojny światowej służył w armii cesarskiej w randze sierżanta – Francuzi mówili, że Lotaryńczykowi można wybaczyć to, iż był u Niemców szeregowcem, no może podoficerem, ale osiągnięcie rangi oficerskiej było dla nich oznaką gorliwości. Aż do 1919 roku nie miał francuskiego obywatelstwa.

Premier de Gasperi zmarł trzy lata przed podpisaniem traktatów, Schuman nie piastował już wtedy funkcji szefa MSZ, (de Gaulle dopiero za rok miał wejść do Pałacu Elizejskiego). Dlatego tylko Adenauer i Spaak pochylali się na rzymskim Kapitolu nad architektonicznym projektem dla Europy. Jej kompasem na przyszłość.

Układ przewidywał niewiarygodną rzecz: utworzenie wspólnego rynku, choć w czasie rozciągniętym na 15 lat. Znosił cła między krajami-sygnatariuszami, ustanawiał wspólną taryfę celną wobec państw trzecich i likwidował ograniczenia w przepływie kapitału i we wzajemnym obrocie. W politycznym wymiarze ustanawiał radę ministrów (reprezentującą państwa członkowskie), komisję europejską, zgromadzenie złożone z delegatów parlamentów i trybunał do rozpatrywania sporów między członkami lub z państwami trzecimi. Drugi traktat powoływał Euratom, koordynujący badania nad energią nuklearną i jej zastosowaniem w przemyśle cywilnym (nie wojskowym!).
Generalnie, wspólnota gospodarcza dominowała nad polityczną. Bo ciągnące się dwa lata rokowania stanowiły twardy kompromis między niemiecką perspektywą narzucenia wspólnocie jedności politycznej a francuską doń niechęcią. Kompromis między interesami Niemiec (zwiększenia eksportu produkcji przemysłowej) oraz Francji (ochroną rozdętego rolnictwa i etatyzmu państwowego), między życzeniem niemieckim co do wspólnego zarządzania energią atomową a przeciwstawnym francuskim – wyłączenia zeń sektora militarnego.

Śmiałość rozwiązań najlepiej widać w kontekście poprzednich 12 lat, które minęły od końca II wojny światowej. 12 lat, wypełnionych bardziej rozczarowaniami niż postępami w integrowaniu się kontynentu. Ale czy w 1945 roku w Europie ktokolwiek wierzył we wskrzeszenie ducha jedności? Bardziej wizjonersko niż realnie brzmiały słowa Churchilla, wypowiedziane w 1946 roku na uniwersytecie w Zurychu: „Musimy zbudować rodzaj Stanów Zjednoczonych Europy. (…) Jeśli Europa ma być wybawiona z nędzy, a w istocie od zagłady, to musi dokonać aktu wiary w istnienie europejskiej rodziny, aktu zapomnienia wbrew wszelkim zbrodniom i szaleństwom”.

Im bardziej jednak Rosjanie zaciągali żelazną kurtynę i umacniali system komunistyczny w swojej strefie okupacyjnej, tym bardziej zachodni alianci angażowali się w sprawę utworzenia zachodnich, reńskich Niemiec. Tym szybciej też dojrzewały w Europie Zachodniej pomysły integracyjne. W cieniu wielkiej polityki pojawiali się także pozapaństwowi aktorzy, jak młodzieżowe grupy z Francji i Niemiec, które wyrywały biegnące wzdłuż Renu pale graniczne.

Największym prezentem i uśmiechem losu dla Adenauera było jednak odrzucenie przez ZSRR planu Marshalla dla Europy Wschodniej. Umożliwiło to odrębny rozwój gospodarczy Niemiec Zachodnich, co było warunkiem dla długofalowych planów przyszłego kanclerza. Szczwany lis wiedział, że Francja nigdy nie zgodzi się na „Stany Zjednoczone Europy” z 80 milionami Niemców, dysponującymi jednolitą bazą przemysłową. Blokadą Berlina, (w efekcie nieudaną), Rosjanie oddali mu kolejną przysługę, nasilając „Zimną Wojnę” i pieczętując powstanie NATO. Filarem nowego Paktu musiały stać się Niemcy Adenauera, skoro 4 lata po wojnie Europa Zachodnia zaserwowała sobie duże państwo niemieckie.

I tak troska o własne bezpieczeństwo połączyła ze sobą kraje leżące na zachód od Łaby – topiąc powojenną koncepcję francuską. Teraz już nie mogło być mowy o rozbiciu Niemiec, jak marzyli wcześniej Francuzi, na wiele państewek, jakichś tam Bawarii, Badenii czy Hesji. Na amen przepadła sprawa umiędzynarodowienia Zagłębia Ruhry, tego gigantycznego matecznika teutońskiego przemysłu zbrojeniowego. „Remilitaryzacja Niemiec zawarta jest w Pakcie Atlantyckim jak płód w jaju”, grzmiał „Le Monde”.

W istocie Pakt Atlantycki (1949) i utworzenie RFN (1955) oznaczało dla Francji rezygnację z wielu pomysłów na przyszłość. Ale czym je zastąpić? Wobec tego, że Wielka Brytania oddalała się od Europy kontynentalnej, Włochy i Hiszpania były słabe, a sam Paryż wplątał się w wojnę w Indochinach (a zaraz potem o Kanał Sueski), politycy francuscy usiłowali przebić się przez mroki przeszłości: Współpraca z wczorajszym „diabłem” zza Renu wydawała się im nieuchronna. Tym bardziej że gospodarki francuska i niemiecka uzupełniały się nawzajem.

Nawet de Gaulle, który w utworzeniu NATO i RFN widział „wskrzeszenie III Rzeszy”, niemal nazajutrz zaproponował zawarcie układu ekonomicznego między Paryżem i Bonn. „Nasza Afryka ma mnóstwo rzeczy, których brakuje Niemcom”, mówił, zachwycając się wtedy bez zastrzeżeń konstrukcją zjednoczonej Europy: konfederacją narodów z ładunkiem jedności w ekonomice, kulturze, obronności. Wszystko to brzmiało jak sen, a jego słowa o „obywatelach Europy” wręcz nieprawdopodobnie. A jednak tak perorował generał nazajutrz po utworzeniu Rady Europy, urzędującej od maja 1949 roku na granicy Francji i Niemiec, symbolu zapasów germańsko-galijskich – w Strasburgu.

Rada, powstała z inicjatywy Churchilla i Schumana. Choć nie miała większych uprawnień, symbolizowała ducha jedności Europy. A Schuman był gotów przekuwać kolejne idee w czyn. Jeden z nich, autorstwa Jeana Monneta, francuskiego jednoosobowego think tanku, Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, sfinalizował w ciągu 18 miesięcy. Skoro nie udał się Francji pierwszy wariant, polegający na zagarnięciu kopalń i hut niemieckich, przystąpiono do drugiego: współpracy w zakresie tych dwóch filarów przemysłu zbrojeniowego. Kontrola Niemiec, ale nie z batem w ręku, tylko przez współpracę. Miało to być preludium do późniejszej kooperacji politycznej i utworzenia Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG). Opinia publiczna była zdezorientowana. We Francji protestowali tylko komuniści.

Ale potem już cała Francja rozkołysała się od kampanii przeciw ratyfikacji Europejskiej Wspólnoty Obronnej, kolejnego pomysłu z kapelusza Monneta. Ten podrzucił go René Plevenowi, w unii personalnej szefowi rządu i ministrowi obrony Francji, który przeforsował go na forum pozostałych pięciu rządów partnerskich. Od „sprawy Dreyfusa” z końca XIX w. nigdy dotąd namiętności polityczne nie osiągnęły we Francji tak wysokiej temperatury. Bo jeśli na początku lat 50. w Paryżu drogę torowało sobie słuszne przekonanie, że tylko Francja do spółki z Niemcami są motorem, sercem i płucami rodzącego się europejskiego (ekonomicznego) organizmu, to wizja wcielenia swego wojska do wspólnej „armii europejskiej” i ogólnej integracji armii krajów Europy Zachodniej (w tym zachodnioniemieckiej) pod amerykańskim dowództwem przyprawiała francuską część tegoż organizmu o nerwicę lękową. Z objawami konwulsji. Na taki poród w 1953 roku było jeszcze za wcześnie. De Gaulle przyszłego bękarta nazwał Frankensteinem. Wizja Europy podporządkowana Amerykanom i Niemcom była dla niego nie do przyjęcia. Walnie też przyczynił się do upadku projektu Europejskiej Wspólnoty Obronnej, podczas głosowania w parlamencie w 1954 roku. Był to jeden z rzadkich podniosłych momentów w historii francuskiej IV Republiki. Zwycięzcy posłowie wstali z miejsc i odśpiewali „Marsyliankę”. Ministrowie popierający wspólnotę obronną ustąpili. De Gaulle i spora część francuskiego establishmentu naprawdę obawiała się odrodzenia niemieckiego militaryzmu. Dlatego generał rozszerzył wizję Europy, rozciągającą się teraz od Gibraltaru do Uralu, od Spitsbergenu do Sycylii, a nie ograniczoną do „rdzenia” francusko-niemieckiego, który w dawnych granicach państwa Karola Wielkiego zapewniłby niechybnie hegemonię germanizmowi.

Stało się inaczej. W 1955 roku RFN przystąpiła do NATO. W odpowiedzi Sowieci powołali Układ Warszawski. Podział kontynentu na sowiecki Wschód i unifikujący się w bólach karoliński Zachód cementował się. Europa Zachodnia wyszła z własnego cienia, gdy trzy lata po odrzuceniu idei wspólnoty obronnej przedłożyła sobie i światu Traktaty Rzymskie.

Aby wcielić ich postanowienia w życie i aby Francja naprawdę mogła uścisnąć niemieckie ręce, potrzeba jej było wiary w samą siebie. Więcej – nowej tożsamości. Potrzebny jej był też człowiek symbolizujący odzyskaną ufność. Nie mógł to być Schuman, którego nie tylko komuniści (nadający polityce francuskiej ksenofobiczny akcent) nazywali „Szwabem”.

Szczęście Adenauera polegało na tym, że żył dostatecznie długo, by móc czerpać korzyści z triumfalnego powrotu de Gaulle’a do władzy w 1958 roku. Generał był więcej niż tylko francuskim patriotą. Był Karolingiem. Adenauera uważał za męża opatrznościowego, który stwarza Francji okazję, jaka już się nie powtórzy. Metamorfoza niebywała, skoro nie tak dawno ostrzegał przed Niemcami. Czego szukał więc teraz? Partnera, którego mógłby kontrolować, aby nie wyrósł mu ponad miarę. Widział, że sąsiedzi zza Renu rosną w siłę gospodarczą, militarną i polityczną. Postanowił ich wyprzedzić. Na przestrzeni pięciu lat od Traktatów Rzymskich prezydent i kanclerz odbyli serię ponad 40 coraz bardziej przyjacielskich spotkań, aż do 1963 roku, gdy Niemiec przeszedł na emeryturę. Zdjęcia z tego okresu przedstawiają ich wiecznie ściskających sobie ręce z uśmiechem, rzadkim gościem na twarzach obu starców.
To oni położyli fundament pod alians francusko-niemiecki. Sojusz opierał się na pomniejszeniu roli EWG, przy równoczesnym zapewnieniu sprawnego jej funkcjonowania na płaszczyźnie ekonomicznej, opartego na powiązaniu gospodarki niemieckiej i francuskiej. Nieprawdopodobne wręcz, ale sukces EWG, polegający na koncepcji zrównoważonych korzyści, wykreowało dwóch staroświeckich katolików-konserwatystów, z poglądami ukształtowanymi przed I wojną światową, którzy teraz zareagowali niezwykle elastycznie na wyzwania czasu.

Mimo jednak istnienia EWG i przyjaźni z Adenauerem, de Gaulle do końca przesiąknięty był podejrzliwością wobec Niemców. „Niemcy są zawsze Niemcami” – powtarzał i przestrzegał przed niebezpieczeństwem ze strony „Kruppów”. Jego wysiłki zmierzały do kontrolowania poczynań RFN, ale nie siłą, lecz przez przyjazne stosunki. Podpisany w 1963 roku niemiecko-francuski Traktat Elizejski, gdy obaj starcy padli sobie w ramiona, przewidywał wzajemne konsultacje przed każdą decyzją w sprawach EWG, NATO czy Rady Europy.

Między Traktatem Rzymskim a Elizejskim narodziła się dzisiejsza Europa. Wszystkie późniejsze akty traktatowe powiększały liczbowo założycielską grupę i zwiększały stopnień jej integracji. Przy wszystkich swoich dzisiejszych niedoskonałościach stanowi Unia Europejska przede wszystkim rękawicę rzuconą Historii, czyli zaprzeczenie linearnego biegu dziejów ludzkości. A on od samego początku, biblijnym zarżnięciu Abla przez Kaina, czy w wersji europejskiej, wojny trojańskiej, wywołanej nb. sporem o kobietę, niezmiennie przebiegał w rytmie kolejnych wojen i stale zrywanych „wieczystych pokojów”. Tymczasem w 2017 roku od Lizbony po Tallin dorasta już trzecie pokolenie, które nie musi bohatersko ginąć w obronie ojczyzny przed agresją europejskiego sąsiada.

NAJSZTUB BEZLITOSNY DLA POSŁANEK PiS. WG NAS, MA RACJĘ. PiS zapomniał o konstytucyjnym rozdziale kościoła od Państwa

Uważa, że w wolnym czasie mógł grać w filmach porno. Domaga się przywrócenia do PiS. BRAWO DLA CZŁONKA!!!

Fragmenty wystąpienia Donalda Tuska na szczycie w Rzymie.

Dla milionów ludzi – a dziś te miliony będą demonstrować w Rzymie, w Warszawie, nawet w Londynie – Unia Europejska to nie slogany, procedury ani przepisy. Nasza Unia stanowi gwarancję, że wolność, godność, demokracja i niepodległość nie są już jedynie marzeniami, lecz naszą codzienną rzeczywistością.

Ponad połowę życia przeżyłem za żelazną kurtyną, gdzie zabronione było nawet marzyć o tych wartościach. Dlatego dziś mam prawo głośno powtarzać tę prostą prawdę: że nic w naszym życiu nie jest dane na zawsze i że budowanie wolnego świata wymaga wysiłku i poświęcenia.

Jedność Europy jest zbiorem wspólnych wartości i demokratycznych standardów. Nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom. Jest dużo ważniejsze, żebyśmy wszyscy szanowali wspólne zasady, takie jak prawa człowieka i swobody obywatelskie, wolność słowa i zgromadzeń, równowagę władz oraz rządy prawa. To jest prawdziwy fundament naszej jedności.

CZY WASZYM ZDANIEM ANKA BADOWSKA MA RACJĘ? My jesteśmy w szoku. Kto tam pracuje nad wizerunkiem????

Waldemar Mystkowski pisze o Beacie Szydło, sondażu i w ogóle.

Ofelia Szydło okrakiem na unijnej barykadzie

Beata Szydło chciała usiąść okrakiem na unijnej barykadzie: podpiszę, a może nie podpiszę Deklaracji Rzymskiej. Ledwie pisowska Ofelia w czwartek pohamletyzowała, zaraz dziennikarze dotarli do wynegocjowanej deklaracji, w której wykoncypowane przez premier Szydło 4 warunki do spełnienia przez wraże władze unijne są od poniedziałku spisane w dokumencie, więc ogłosiła, że „deklaracja zostanie zatem przyjęta”. „Zatem” nie będzie poruty, jak  na poprzednim szczycie w Brukseli, po którym wciskano kit, że porażka 1:27 jest sukcesem.

Nasza Ofelia nie musi wyjeżdżać, aby przynosić wstyd. Zamach terrorystyczny w Londynie został przez nią cedowany na winę uchodźców: „Nie da się nie łączyć fali migracji z tym, co się dzieje w Europie”. Wypowiedź została podchwycona przez media na Wyspie i na świecie. Szydło została w jednym szeregu zestawiona z Marine Le Pen i Nigelem Faragem.

A zamachowiec urodził się 52 lata temu w Kent. Komentujący słowa Szydło były brytyjski minister ds. europejskich Denis MacShane powiedział dyplomatycznie, że zamachowiec „urodził się w Wielkiej Brytanii, został wychowany w Wielkiej Brytanii i jest Brytyjczykiem w takim samym stopniu jak premier May czy David Beckham”. Premier Szydło może nie wiedzieć, kto to jest Beckham, więc były minister powiedział jeszcze dosadniej, kto to jest dla Brytyjczyków imigrant: „W Wielkiej Brytanii słowo ‚imigrant’, gdy jest używane przez nacjonalistycznych populistycznych demagogów w polityce lub prasie, częściej występuje poprzedzone przymiotnikiem ‚polski’ niż pozbawione takiego dookreślenia”.

Jaki kraj, taka Ofelia. Brytyjczycy to dżentelmeni, więc krytykowali Szydło, ale nie tak, jak prezes Kaczyński swoich wrogów (element animalny, gorszy sort), więc Radosław Sikorski poczuł się zwolniony z języka dyplomacji i wystąpienie Szydło określił: „Znowu zrobili wiochę na całą Europę”.

Jarosław Kaczyński nigdy tej wiochy, Kaczej Wólki, nie opuszcza, a jednak w dniu zamachu był w Londynie, otarł się o wielki świat. Dosłownie otarł, bo jego spotkanie z premier JKM Theresą May trwało tylko 20 minut. Po zamknięciu słynnych drzwi na Downing Street minę miał nietęgą, a co musiało prezesa szczególnie boleć, nie był chroniony przez szpaler polskich policjantów, ani przez brytyjskich Bobby. W Londynie nie ma Wawelu. Prezes też powinien się cieszyć, że Polacy nie wiedzieli, kiedy tam będzie przebywał, toteż nie usłyszał skandowanego: „De-mo-kra-cja, de-mo-kra-cja”.

Ale to może jednak „pan” prezes wyczytać z kolejnego, bo trzeciego sondażu – tym razem Kantar Public dla „Wyborczej” – w którym Platforma Obywatelska dogania PiS (27 do 24 proc.). Schetyna już łapie za koszulkę Kaczyńskiego, wystarczy, że dobrze za nią pociągnie i PiS będzie oglądało plecy „totalnej opozycji”.
Ofelia Szydło politycznie skończy, jak Ofelia z tragedii, a nad Kaczyńskim (tutaj nad pisowskim Hamletem) Fortynbras Schetyna, a może Fortynbrasem będzie Petru bądź Kijowski, zadumają się. W tym miejscu strawestuję Zbigniewa Herberta: „Żegnaj „panie” Ka, czeka na mnie projekt kanalizacji, dekret w sprawie prostytutek i żebraków, muszę jeszcze obmyślić lepszy system więzień, żegnaj „panie” Ka, Polska nie jest już więzieniem”.

Wiem, że powyższe słowa brzmią optymistycznie, ale nadzieja na naszych oczach przepoczwarza się w zwycięstwo suwerena, czyli klęskę PiS.

NO I KOGO BARDZIEJ SZANUJE?

25.03.2017 r. o godz. 12 odbędzie się marsz ‚Kocham Cię, Europo’. Start z Pl. na Rozdrożu, koniec na Pl. Zamkowym.

Kleofas śpiewa „Odę do radości”.

>>>

cvjxl6lw8aqjxpf

Kto w głównej mierze przyczynić się do takich aberracji bankowych, jak Amber Gold i SKOK?

PiS.

Posłowie Stanisław Pięta i Marek Suski, razem z całym klubem PiS, odrzucili w 2006 r. przepisy umożliwiające państwową kontrolę instytucji parabankowych. Brak tej kontroli umożliwił działanie firmie Amber Gold. Dziś obaj posłowie zasiadają w komisji śledzącej aferę Amber Gold.

czy

Członek tej komisji Krzysztof Brejza (PO) stawia tezę: PiS, sprzeciwiając się objęciu kontrolą innych instytucji finansowych niż banki, chciał chronić SKOK-i, ale przy okazji ułatwił działanie aferzystom m.in. z Amber Gold. – Komisja powinna przesłuchać władze ówczesnego klubu PiS oraz urzędników Ministerstwa Finansów i zapytać, dlaczego przyjęli takie stanowisko – mówi „Wyborczej” Brejza.Przypomnijmy sprawę.

Połowa lipca 2006 r. Rządzi koalicja PiS-Samoobrona-LPR. Na posiedzeniu sejmowej komisji finansów publicznych posłowie rozpatrują projekt ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym. Dyskutują, czy objęcie kontrolą Komisji Nadzoru Finansowego samych banków jest wystarczającym zabezpieczeniem rynku. Pada pytanie: co z instytucjami, które formalnie nie są bankami, ale prowadzą działalność bankową lub parabankową?

Prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz argumentuje, że jeśli nadzór obejmie tylko banki, to pomiędzy nimi a pozostałymi instytucjami rynku finansowego zapanuje nierówność, więc sama ustawa nie będzie skuteczna. Popiera go klub PO. Proponuje, by kontrolą objęte były również Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe oraz „inne instytucje finansowe”. Platforma składa w tej sprawie dwie poprawki do ustawy.

Protestuje prezes i założyciel SKOK-ów Grzegorz Bierecki (dziś senator z listy PiS). – Kasy świetnie prosperują i są samodzielnymi instytucjami finansowymi. Gdyby przyjąć tę poprawkę, Sejm byłby jedynym parlamentem na świecie, który uznałby spółdzielcze kasy za banki – mówi.

(NIE WOLNO NAM ZAPOMINAĆ, DZIĘKI KOMU MAMY DZIŚ DEMOKRACJĘ. SZANUJMY GO I DOCEŃMY, ŻE NIE JEST DZIŚ OBOJĘTNY NA NISZCZENIE POLSKI PRZEZ PiS.)

cvmo9y0xyaauzth

Biereckiemu odpowiada Maria Pasło-Wiśniewska (PO, b. prezes PKO SA). Argumentuje, że objęcie SKOK-ów nadzorem i uznanie ich za instytucję bankową chroni oszczędności klientów kas w razie kryzysu. Po latach okazało się, że miała rację. Dziś Bankowy Fundusz Gwarancyjny wypłacił już 5,5 mld zł klientom upadających SKOK-ów.

Głos zabiera Jarosław Pietras, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów: – Kwestia SKOK-ów jest ważna, ale rząd jest przeciwny wprowadzeniu tej poprawki do ustawy. Takie samo stanowisko wyrażamy wobec drugiej poprawki, która rozszerza nadzór na inne instytucje finansowe – mówi Pietras.

Ostatecznie los poprawek rozstrzygnął Sejm. Obie przepadły: „za” nadzorem dla SKOK-ów i parabanków była mniejszość, czyli kluby PO, SLD i PSL; „przeciw”, zachowując pełną dyscyplinę, całe kluby PiS, LPR i Samoobrona.

Sprawa nadzoru nad SKOK-ami i parabankami upadła na sześć lat. W 2008 r. Platforma, po objęciu władzy, przeforsowała kontrolę SKOK-ów. Wątpliwości miał jednak prezydent Lech Kaczyński i odesłał ustawę o nadzorze nad SKOK-ami do Trybunału Konstytucyjnego (Kaczyńskiego reprezentował w tej sprawie obecny prezydent Andrzej Duda). W 2009 r. TK nie podzielił zastrzeżeń prezydenta, ale SKOK-i objęto nadzorem dopiero w 2012 r.

Jeszcze gorzej było z „innymi instytucjami finansowymi”. Ich działalność ograniczyła dopiero ustawa parabankowa z 2014 r., uchwalona dwa lata po upadku Amber Gold.

Krzysztof Brejza rozważa dziś wezwanie na świadków posłów, którzy głosowali przeciwko poprawkom, a więc także swoich dwóch kolegów z komisji. Gdyby doszło do takiego przesłuchania, Pięta i Suski musieliby zrezygnować z prac w komisji, bo kodeks postępowania karnego (który reguluje prace komisji) wyklucza, by prowadzący postępowanie posłowie mogli być jednocześnie świadkami.

cvhjswrwcaagyoo

Fragment bardzo ciekawego wywiadu z Jerzym Stuhrem w najnowszym

cvgughgwaaapvj5

Włodzimierz Cimoszewicz o ekshumacjach ofiar smoleńskich:

cimoszewicz

„Jeżeli rodziny ofiar mają wątpliwości co do prawidłowej identyfikacji pochowanych ich krewnych, to mają prawo wnieść o ekshumację i sprawdzenie. We wszystkich pozostałych przypadkach osobiście uważam to za rodzaj moralnego barbarzyństwa ze strony prokuratury. Twierdzenie, że takie prawo obowiązuje jest tylko kpiną z setek ludzi, ich najgłębszych, uzasadnionych uczuć. Prokuratorzy zachowują się tchórzliwie wobec polityków, nie mówiąc politykom jednej prostej prawdy: tutaj nie ma najmniejszych śladów na to, że katastrofa przebiegła z innych powodów i w inny sposób niż zostało to ustalone. Będą więc wykopywali szczątki tych nieszczęsnych ofiar tylko po to, żeby szukać czegoś, czego nie znajdą. Będą potem robili sensację z jakiś trzeciorzędnych kwestii, które nie będą miały żadnego związku z katastrofą”.

I o Dudzie:

„Jestem szczerze i głęboko zmartwiony tym, że każdego dnia z ust prezydenta padają niemądre słowa, często będące oskarżeniami. To wszystko świadczy o braku chęci, być może umiejętności, do autorefleksji. To również świadczy o pyszałkowatości, o przekonaniu o własnej nieomylności”.

cvjsg_cwaaaoaqc

Oraz Macierewiczu:

„Można odnieść wrażenie, że minister Macierewicz nie pamięta, że jest ministrem obrony i że to do czegoś zobowiązuje – do odpowiedzialności za słowo, działanie, decyzje. Mamy sytuację, jeśli chodzi o bezpieczeństwo Europy i Polski, gorszą niż wcześniej. Ta sytuacja wymaga większej współpracy sojuszniczej, lojalności, odpowiedzialności, powagi. W moim przekonaniu minister swoimi działaniami szkodzi Polsce i bezpieczeństwu Polski”.

Sasin nawet języka polskiego nie zna. Ale mógłby pozować ze szpadlem.

cviio4rwiaawmqw

Mateusz Kijowski o roku rządów PiS: Suwerenek cofa czas

Właśnie mija pierwsza rocznica wyborów parlamentarnych 2015 roku. Nie sposób nie przypomnieć najważniejszego chyba hasła używanego w tamtej kampanii: „Pamiętaj! 25 października 2015 cofamy czas o godzinę, nie o 40 lat.” Niestety, nie udało się…

cvkzgakwiaeuxpm

Już w pierwszych dniach po wyborach było widać, że cofamy czas. Odwoływanie uchwał Sejmu poprzedniej kadencji, to był HIT. Dlaczego się ograniczać? Można by przecież wszystkie „reformy” prowadzić w tym samym trybie.

Podporządkowanie mediów publicznych rządzącej partii?Wystarczyłoby odwołać kilka decyzji z ostatnich 27 lat – wycofać jakieś ustawy, rozporządzenia, decyzje.
Służba cywilna bezpartyjna i profesjonalna? A cóż to za nowinka? Komu to potrzebne? Trzeba się wycofać. Kiedyś tak nie było.

Prokuratura podporządkowana władzy politycznej i umożliwienie politycznie motywowanych śledztw? Do tego umożliwienie karania prokuratorów za niezależność i szacunek dla prawa zamiast uległości wobec przełożonych? Ale to proste! Trzeba tylko unieważnić kilka niepotrzebnych aktów prawnych.

Nieograniczona inwigilacja obywateli? Ależ co za problem! Prawa człowieka też można unieważnić. W końcu nie zawsze obowiązywały. A nawet kiedy mieliśmy oficjalnie ratyfikowane konwencje, nie udostępnialiśmy ich treści obywatelom, żeby nie wyobrażali sobie zbyt wiele. Tak czy inaczej należało cofnąć ratyfikację. Tak byłoby skuteczniej i szybciej.

Prawo własności? Żeby każdy mógł sprzedać własną ziemię rolną czy lasy komu zechce? A po co to? Kiedyś potrzebne było wykształcenie rolnicze. Warto to przywrócić. Tylko kilka unieważnień i jesteśmy w domu. No, trzeba tylko pamiętać o ważnym wyjątku – kościół może więcej.

Wolność do gromadzenia się i zrzeszania? Prawo do prywatności, do wolności i do nietykalności? Wolność wyznania i poglądów? Wolność przemieszczania? Prawo do ochrony danych osobowych? Do informacji publicznej? Do obrony i nietykalności? Do rzetelnego procesu? Zachowania tożsamości i języka narodowego dla mniejszości?

(BRAWO WAŁĘSA! JAK NAJWIĘCEJ AUTORYTETÓW POWINNO WSPIERAĆ OPOZYCJĘ. NIE WOLNO BIERNIE PATRZEĆ, JAK PiS NISZCZY DEMOKRACJĘ I JEJ OBROŃCÓW.)

cvmx1qqwaaa7uqx

To się wszystko da odwołać. Trzeba tylko wycofać nieodpowiedzialne i niegodne decyzje Sejmów poprzednich kadencji. Właściwie to po prostu trzeba cofnąć czas. Tylko czy 40 lat wystarczy? 40 lat temu kierunek zmian już był wytyczony. Było po Poznaniu, a potem Radomiu, Ursusie, Płocku. Działał już KOR. Czy 40 lat wystarczy? Z drugiej strony 40 lat temu wpisano do Konstytucji PRL przewodnią rolę partii. Chyba nie warto by cofać się wcześniej, bo taki zapis jest całkiem praktyczny.

Suweren to ostatnio często używane słowo. To społeczeństwo czy ktoś sprawujący najwyższą władzę w jego imieniu?
Na Prawo i Sprawiedliwość (trzeba by tych słów używać w cudzysłowie)głosowało 18,5% uprawnionych do głosowania. Niecałe 51% uprawnionych w ogóle poszło do urn. Podjęli decyzję za całego suwerena. Ale czy chcieli cofania czasu? Czy to, co robi dzisiaj suwerenek to realizacja ich marzeń i aspiracji?
Suwerenek czyli ktoś, kto głosami mniejszości rości sobie prawo decydowania o nas wszystkich.
Czy Polacy na to pozwolą? Paradne. Żeby nie powiedzieć – żałosne…

cvjm7crweaaxifb

Waldemar Mystkowski o wojsku, policji, Błaszczaku i Macierewiczu.

plk-mazgula

O „dobrej zmianie” zaczynają mówić przedstawiciele resortów siłowych. Śląscy policjanci wystosowali list do Beaty Szydło ws. pseudokibiców, czyli kiboli. Zajął w tej sprawie głos Mariusz Błaszczak, wg którego list ten jest natury politycznej. Istny Kubuś Puchatek: „Myślenie nie jest łatwe, ale można do niego się przyzwyczaić”

Czy do Błaszczaka można się przyzwyczaić? Każdy musi sobie na to pytanie odpowiedzieć. Masz w domu kogoś takiego, jak Błaszczak. Czy byś się przyzwyczaił?

To jest jeden resort siłowy, który mówi „dobrej zmianie” – nie tędy droga. Ważniejszy, a na pewno głośniejszy jest resort z ministrem Antonim Macierewiczem. Czy można przyzwyczaić się do Macierewicza, a zwłaszcza do jego Misiewicza? Acz ten ostatni to istny nieuk, jednak postanowił podciągnąć się w nauce w szkole u Rydzyka, która jest odpowiednikiem komuszych kursów markistowsko-leninowskich.

adam-mazgula

Do Macierewicza nie może się przyzwyczaić płk Adam Mazguła, który na wieść, iż przybudówka pisowska ministrowi obrony przyznała tytuł Patrioty Roku 2016, zapytał: „A jakiego państwa?”.

Płk Mazguła udzielił symtomatycznego wywiadu dla portalu naTemat.pl, taki Macierewicz powinien po nim poczuć, iż po plecach chodzą mu ciarki, podobnie prezes PiS, mimo że otoczył się szczelnym kordonem ochroniarzy.

Mazguła mówi o wojsku w kontekście „dobrej zmiany”: „Jak jednak już wcześniej apelowałem, nie może być tak, że demokracja wyłania władzę, która ją zniszczy. Obywatele musza być strażnikami demokracji, jeśli podstawowe mechanizmy jej ochrony zawiodą. Jeśli więc w przyszłości zostaną przez władzę przekroczone kolejne granice, w tym głównie te w atakach na konstytucję, może zdarzyć się różnie.”

adam-mazgula-3

Wojsko zatem miałoby być obrońcą konstytucji. Czyżbyśmy mieli w kraju władzę, jak w republice bananowej, którą może zmieść tylko resort siłowy? Tak było do niedawna w Turcji, ale Erdogan uprzedził wojskowych, inscenizując pucz.

Do Macierewicza przyzwyczaił się Jarosław Kaczyński. Nie łudźmy się, że go pozbędzie się z rządu za D’Amato, caracale, czy za zastęp Misiewiczów. Macierewicz ma misję stworzenia alternatywy wojskowej, gdy zawiodą rzeczywiści wojskowi (a zawiodą, jak zawodzą policjanci). Alternatywą jest Obrona Terytorialna. Tak je określa płk Mazguła: „Te siły nie są związane żadnymi przysięgami, ani żadnymi mechanizmami blokującymi. To w zasadzie luźny związek przeróżnych organizacji paramilitarnych z Antonim Macierewiczem w roli ich zwierzchnika.(…) sama w sobie nie ma większego znaczenia militarnego. Co innego z jej znaczeniem politycznym.”

adam-mazgula-4

Wracamy do punktu wyjścia, tj. do „natury politycznej”. Dobra zmiana nie po to wzięła władzę w demokratycznych procedurach, aby ją oddać, tworzy mechanizmy, które demokrację blokują. Zablokowany został Trybunał Konstytucyjny. Wojsko zostaje pozbawione swojego najważniejszego elementu w czasie pokoju – odstraszania wroga. Bo tym jest rozbrajanie, rezygnacja z caracali.

Chcą nas przyzwyczaić do Błaszczaka i Macierewicza. I przede wszystkim do prezesa. „Demokracja nie może wyłaniać władzy, która ją zniszczy!” Na naszych oczach demokracja jest niszczona, codziennie przybywa nam dowodów. Do tego nie można się też przyzwyczaić.

PANIE PROFESORZE. POLACY NIE ZOSTAWIĄ PANA SAMEGO. DZIĘKUJEMY GDAŃSKOWI ZA WSPANIAŁY PRZYKŁAD!

cu9mmzaweaakvum

Bogusław Linda był gościem programu Tomasza Lisa w „Onecie”. Bezlitośnie skomentował politykę rządu PiS, szczególnie w obszarze kultury. – Samo nieudacznictwo, brak kultury, brak okłady, brak inteligencji – stwierdził.

boguslaw-linda

Linda rzadko ujawnia swoje poglądy polityczne, ale tym razem sobie na to pozwolił. Pytany przez Tomasza Lisa o to, co rząd PiS zrobił przez miniony rok, stwierdził: – Musiałbym zacytować Herberta: wszystko jest sprawą smaku. To, jak nami zawłaszczają, jest strasznie przykre. Tak ziemniako-buro-brudne, nieładne, że ja się czuję trochę zawstydzony.

cu_ya0kwgaa0lqc

Dziennikarz dopytywał aktora, co pod rządami nowej władzy najbardziej mu się nie podoba – To, co nigdy nie powinno się okazywać, to burakostwo, nieudacznictwo, brak kultury, brak ogłady, brak inteligencji. Raptem to, co gdzieś skrzętnie ukrywaliśmy, się wylało i nami zawłaszcza – skwitował Linda.

Aktor już wcześniej mówił m.in. o zmianach w mediach publicznych. – Szkoda mi i Jedynki, i Dwójki, bo przestały istnieć – komentował w TVN 24. Dodał, że właśnie TVP i Polskie Radio są największymi ofiarami „dobrej zmiany”.

636120484759560144

(Stefan Chwin dla „Newsweeka”)

O zamach terrorystyczny 10 kwietnia 2010 r. prokuratura Zbigniewa Ziobry podejrzewa Polaków i Rosjan. Śledczy zakładają, że mogli za nim stać: polska załoga tupolewa, nasz personel naziemny lub rosyjscy kontrolerzy lotu. Nie wyklucza też „zderzenia z ptakami i innymi ciałami obcymi”.

zamach

Zamach to jedna z trzech hipotez przyjętych przez specjalny zespół prokuratorów badających przyczyny katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. Grupa powstała na początku marca tego roku. Kieruje nią zastępca prokuratora generalnego prok. Marek Pasionek. Śledczy przejęli postępowanie z prokuratury wojskowej, która została przez PiS zlikwidowana.

Zespół prok. Pasionka prowadzi postępowanie zupełnie od nowa. Chce sprawdzać hipotezy, które wojskowi śledczy i biegli już przeanalizowali i odrzucili.

W dokumencie, który prokuratura przygotowała dla rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, śledczy napisali, że będą weryfikować „trzy główne hipotezy przebiegu katastrofy, których badanie – wbrew niektórym informacjom medialnym – nigdy nie zostało formalnie zakończone”.

(MYŚL TECHNICZNA W NARODZIE GENIALNA! ANTONI ODLECI RAZ NA ZAWSZE)

cu-r-_-weaautrb

Zespół 12 prokuratorów. Za PO katastrofę badało nawet 80 osób

Dokument zawiera zarys planu dochodzenia prowadzonego obecnie przez 12 prokuratorów i bliżej nieokreśloną liczbę „przedstawicieli policji, Żandarmerii Wojskowej i innych służb państwowych, wykonujących zadania na jego rzecz”. Liczebność zespołu nie jest porażająca. Zaraz po katastrofie w dochodzenie zaangażowanych było nawet 80 prokuratorów, służby specjalne i cały sztab ekspertów. Dziś rząd PiS kompletnie dezawuuje ich pracę, a szef MON Antoni Macierewicz w minionych latach wielokrotnie zarzucał im, że kłamią, ukrywają prawdę, a nawet, że są zdrajcami.

Zespół prok. Pasionka powołał też ekspertów z zagranicy. Jakich? Nie wiadomo. Powodów można się domyślać: wśród polskich badaczy katastrof oraz kryminalistyków można znaleźć niewiele osób, które podpisałby się pod teorią zamachu forsowaną przez PiS.

Nowy zespół – mimo że co do zasady neguje ustalenia poprzedników – pracuje na ich dokumentacji (to ponad tysiąc tomów akt). Prok. Pasionka podzielił śledztwo smoleńskie na trzy główne wątki:

  1. „Doprowadzenie do katastrofy w następstwie błędu, niedopełnienia obowiązków albo przekroczenia uprawnień”. W tym punkcie prokuratorzy wskazują aż 10 różnych możliwych przyczyn wydarzeń z 10 kwietnia 2010 r., m.in.: błąd w technice pilotowania, podjęcie przez załogę nieodpowiedniej decyzji o lądowaniu, nieprawidłową eksploatację samolotu, świadome naruszenie przez załogę przepisów, zły stan psychofizyczny załogi, niewłaściwą obsługę techniczną samolotu, niewłaściwą organizację lotu, niewystarczające przeszkolenie załogi, niewłaściwe zabezpieczenie lotu przed względem meteorologicznym, niewłaściwy remont samolotu, niewłaściwe działanie kontroli lotów.
  2. „Zaistnienie katastrofy w następstwie okoliczności niezależnych”. Tu śledczy mają 5 założeń, m.in. że do tragedii doszło ze względu na wady produkcyjne, konstrukcyjne, technologiczne i materiałowe, techniczne zużycie elementów samolotu, niespodziewane wejście samolotu w „strefę niebezpiecznych zjawisk atmosferycznych” lub „zderzenie z ptakami i innymi ciałami obcymi”.
  3. „Doprowadzenie do katastrofy przez celowe działanie innych osób”. Ta hipoteza dotyczy „zamachu lub zamachu terrorystycznego”. Zespół zakłada 7 hipotez. „Zamach lub zamach terrorystyczny” mógł być dokonany przez Polaków albo Rosjan: przy użyciu środków konwencjonalnych, niekonwencjonalnych, spowodowany presją na członków załogi, świadomym działaniem załogi, zamierzonym działaniem rosyjskich kontrolerów lotu, zamierzonym działaniem personelu naziemnego i sabotażem podczas remontu tupolewa (samolot przeszedł go rosyjskiej Samarze w 2009 r.).

Większość tych hipotez została negatywnie zweryfikowana zarówno przez rządową komisję Jerzego Millera, jak i wojskowych śledczych.

Ustalili oni, że do katastrofy doszło, ponieważ samolot leciał za nisko, za szybko, w gęstej mgle, bez kontaktu wzrokowego pilotów z ziemią. Wcześniej załoga złamała wiele procedur bezpieczeństwa.

cu-kbclwgaaccb7

Czy śledczy zbadali wrak? Czy mają to w planach?

W poniedziałek zadaliśmy prok. Pasionkowi kilka pytań: Dlaczego jego zespół twierdzi, że informacje o zakończeniu przez Prokuraturę Wojskową wątku zamachu są nieprawdziwe? Jakie konkretne zagraniczne instytucje badawcze i jacy eksperci z zagranicy zostali zaangażowani do śledztwa? Na jakiej podstawie powstała hipoteza o „zamachu terrorystycznym”? Czy jego zespół badał wrak tupolewa? A jeśli nie, to czy jest planowane badanie wraku?

Interesowało nas też, co prokuratura rozumie pod pojęciem „środków niekonwencjonalnych” użytych do rzekomego zamachu. Dotąd jedyny ślad tej teorii można znaleźć w publikacjach prawicowych mediów na temat „bomby próżniowej” lub „bomby paliwowo-powietrznej” na pokładzie oraz o „sparaliżowaniu systemów elektronicznych za pomocą zewnętrznego urządzenia”.

Dostaliśmy zbiorczą odpowiedź z prokuratury: „Na obecnym etapie śledztwa w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem Prokuratura Krajowa nie przekazuje dodatkowych informacji. Nie komentuje jakichkolwiek pytań odnoszących się do planu śledztwa. Podstawowym powodem takiego stanowiska jest przyjęte założenie, że o podjętych decyzjach procesowych i terminach ich realizacji zostaną poinformowane w pierwszej kolejności rodziny ofiar katastrofy”.

Poprzednie śledztwo smoleńskie

W listopadzie 2015 r. kończąca działalność Naczelna Prokuratura Wojskowa podsumowała dotychczasowe ustalenia śledztwa. Przypomniała cztery główne przyczyny katastrofy. Wojskowi prokuratorzy ustalili, że główną winę za katastrofę smoleńską ponosi załoga tupolewa. Obciążyli winą również rosyjskich kontrolerów lotu oraz dwóch oficerów 36. Pułku Lotnictwa. Ci ostatni dostali zarzuty za dopuszczenie do lotu pilotów bez uprawnień.

Przyczyny katastrofy wskazane przez Naczelną Prokuraturę Wojskową:

  • niewłaściwe działanie załogi polegające na zniżaniu samolotu przez jego dowódcę poniżej warunków minimalnych do lądowania;
  • wyznaczenie na dowódców samolotu niewystarczająco przeszkolonego pilota i nawigatora;
  • niewydanie przez rosyjskiego kierownika lotów zakazu lądowania ze względu na mgłę i nieskierowanie samolotu na lotnisko zapasowe;
  • niewydanie przez kierownika strefy lądowania komendy odejścia na drugi krąg w sytuacji, kiedy samolot przekraczał minimalną wysokość zniżania – 100 metrów.

Wcześniej – po wieloletnich i szczegółowych badaniach – śledczy wykluczyli hipotezę o zamachu.

Jesienią ub.r. główna część śledztwa miała zostać umorzona z powodu „śmierci sprawców”, czyli członków załogi tupolewa.

cu-tf6-wyaai_wz

Głupie kroki, obraźliwe lapsusy, komiczne wpadki, nieracjonalne posunięcia to nie przyrodzona prawicy indolencja. Za maską „dyplomatołka” kryje się najgroźniejszy wróg Europy.

jakie

Zachowanie PiS na arenie międzynarodowej przestało dziwić i oburzać. Nic dziwnego – skoro przez blisko rok, dzień po dniu, wytyka się komuś niezręczności, braki wiedzy i grubiaństwo, to w końcu musi się pojawić znieczulenie i zniechęcenie oraz – w efekcie – obniżenie własnych standardów.

To jedyne wytłumaczenie tego, jak słabą reakcję wywołał w Polsce sposób ogłoszenia decyzji o wystawieniu do wiatru koncernu Airbus Helicopters, który po czterech latach procedur przetargowych był bliski zdobycia wartego 13,5 mld zł kontraktu na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii.

636120484759560143

Polska zerwała negocjacje offsetu czteroakapitowym komunikatem zamieszczonym na stronie Ministerstwa Rozwoju. Już to samo w sobie jest dyplomatycznym świństwem, ale jeśli ktoś miał wątpliwości, czy PiS zachowało się tylko niezręcznie, czy celowo po chamsku, to po chwili wiceminister obrony Bartosz Kownacki dodał, że „Polacy uczyli Francuzów jeść widelcami”.

Pewną niespodzianką jest to, że Europa wygląda na bardziej zaskoczoną niż Polska.Francuska prasa kipi oburzeniem, a w Polsce to jakoś przeszło.

Oczywiście, mogło być gorzej: minister Macierewicz mógł wytrzeć nos w krawat ambasadora, a minister Waszczykowski imitować żabi rechot podczas wywiadu dla francuskiej telewizji.

Jednak gdy wyjmie się tę decyzję rządu z polskiego politycznego piekiełka, to postępowanie Polski wobec Francji można opisać jako nieźle zaplanowany i przyzwoicie zrealizowany element projektu rozwalenia Unii Europejskiej od środka. W przypadku caracali widać to jak na dłoni.

Po pierwsze, gdyby władza nie chciała szkodzić Unii, Polska pod rządami „dobrej zmiany” dbałaby o relacje z Francją. W wyniku referendum Londyn – z którym PiS trzymało ostatnio sztamę – przestaje być europejską stolicą, więc w Europie jedyną przeciwwagą dla Berlina będzie Paryż. Rząd napluł więc w twarz jedynemu państwu, którego wspieranie mogło przeciwdziałać niemieckiej hegemonii.

Po drugie, spoliczkowana została Francja, która w imię solidarności europejskiej i ze względu na konflikt ukraiński wypowiedziała kontrakt na sprzedaż Rosji okrętów desantowych Mistral. Konsekwentnie opowiada się za sankcjami wobec Rosji oraz wraz z Niemcami reprezentuje Unię w formacie normandzkim, który jest jedynym dotąd narzędziem powstrzymującym agresję Rosji na Ukrainie. Paryż miał prawo oczekiwać, że będzie traktowany przez Polskę jako sojusznik.

Ale został potraktowany tak, jak traktuje się natręta albo wroga. Rząd PiS nie dość, że podjął decyzję bez ostrzeżenia i w najbardziej dotkliwym dla Francuzów momencie, bo na tydzień przed planowanymi wizytami ich prezydenta, ministrów obrony i spraw zagranicznych, to jeszcze nie zrobił nic, by cokolwiek wytłumaczyć. Trudno się dziwić francuskim mediom, że uważają to za celowe upokorzenie.

Można to wszystko zrzucić na właściwą PiS indolencję, ale warto rozważyć możliwość, że to głośne znieważenie Francji nie było ani niezręcznością, ani wypadkiem przy pracy. Ten cios w zjednoczoną Europę został wymierzony zbyt precyzyjnie. PiS świadomie sabotuje Europę, zasłaniając się otrzymaną od Władysława Bartoszewskiego maską „dyplomatołka”, która nakazuje obserwującym w miejsce cynizmu i wyrachowania podstawić brak kompetencji i głupotę.

(REŻIM NIE ZASŁUŻYŁ NA WOŚP. BRAWO TVN!!!!)

cu-fprtwcaqdet6

Odys orał brzeg morza, by uniknąć udziału w wyprawie na Troję. Udając szaleństwo, Hamlet przed Ofelią odegrał przedstawienie – „jeżeli koniecznie potrzebować będziesz wyjść za mąż, to wyjdź za głupca, bo rozsądni ludzie wiedzą dobrze, jakie z nich czynicie potwory” – by ją i innych przekonać, że jest tylko obłąkany miłością, choć w rzeczywistości planował krwawą zemstę.

Udawanie głupiego nie jest w polityce niczym nowym. Przypomnienie sobie tej prawdy pozwala wreszcie pogodzić pracowitość i zaangażowanie ludzi w rodzaju Waszczykowskiego i Macierewicza z oceanem absurdu, który przynosi ich praca. Konsekwentna podłość, lekceważenie, roszczeniowa postawa i brak solidarności mają przekonać Zachód, że przyjęcie do Wspólnoty krajów Europy Środkowo-Wschodniej było nieporozumieniem.

„Nikt nie ma szans dziś wygrać w Polsce wyborów z antyeuropejską retoryką. Nie obawiam się, że obóz polityczny Kaczyńskiego będzie próbować wyciągnąć Polskę ze struktur europejskich. Z powodu realizmu politycznego Polska jest nadal bezpieczna jako członek Unii” – przekonywał niedawno Donald Tusk. Jest w błędzie. Strategia udawania „dyplomatołka” pozwala PiS pogodzić bycie wrogiem zjednoczonej Europy z brakiem antyunijnej retoryki. Kaczyński wyciąga dziś Polskę z Unii – tyle że nie retoryką, ale działaniami.

636120484759560142

PiS zapewnia, że chce Polski w Unii, ale dużo ważniejszy jest bilans czynów – dla partii Kaczyńskiego miażdżący.

Od ubiegłorocznej kampanii wyborczej nie było ani jednej sprawy, w której PiS nie postąpiłoby inaczej niż głupio, obraźliwie, agresywnie – i zawsze na szkodę projektu zjednoczonej politycznie i społecznie Europy. Jedynym wspólnym mianownikiem dla wszystkich działań PiS jest konsekwencja w demonstrowaniu Europie, że Polska nie tylko nie chce brać udziału w dalszej integracji kontynentu, ale też zamierza złamać wszystkie ustalenia, na które dotąd się zgodziła.

Największym przedsięwzięciem było oczywiście zablokowanie wykonania decyzji rządu Ewy Kopacz w sprawie uchodźców. To długa, konsekwentna lista wypowiedzi zupełnie skandalicznych, które ciągle przebijają się na Zachód. Warto przypomnieć kilka szczególnie spektakularnych: rasistowskie wypowiedzi Kaczyńskiego na temat pasożytów i uchodźców, bujdę Szydło o „milionie uchodźców z Ukrainy”, wypowiedzenie przez ministra Szymańskiego porozumienia w momencie, gdy krew ofiar zamachów jeszcze płynęła ulicami Paryża.

Identycznie w sprawie brytyjskiego referendum. Pół biedy, że PiS w Parlamencie Europejskim współtworzy z torysami – których niedawny lider David Cameron w tym właśnie podobny jest do Kaczyńskiego, że dla własnego interesu politycznego nie cofnął się przed postawieniem na szali dobra kraju – eurosceptyczną frakcję „reformatorów”. Gorzej, że politycy PiS cały czas wspierają brytyjskich populistów; nie ma tygodnia, żeby Ryszard Czarnecki i Ryszard Legutko nie odwracali kota ogonem, wbrew elementarnym faktom obciążając Unię całą winą za wynik referendum.

Litanię można ciągnąć: ignorowanie Rady Europy i Komisji Europejskiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, wycinki w Puszczy Białowieskiej… To wszystko składa się w przemyślany plan: PiS może się ośmieszać do woli, upokarzać, kogo chce, bo ukryci za maską „dyplomatołków” politycy są chronieni przed zarzutem działania na szkodę państwa, który postawiono by każdemu, kto by taki sabotaż prowadził, nie ubrawszy się wcześniej w kaftan bezpieczeństwa.

POMOŻEMY :))))))))

cu_sslmwyaatf8t

PiS na takiej polityce nie może stracić. Jeśli Unia uderzy w ostre tony – przytnie środki unijne, nałoży sankcje albo w ramach retorsji zignoruje interesy Polski na arenie międzynarodowej – Kaczyński zyska kolejne argumenty. Dając się sprowokować, Europa pozwoli mu zamienić krzywdy zmyślone na prawdziwe i tym skuteczniej kontynuować separowanie Polski od Unii. Jeśli natomiast Europa nie da się sprowokować, Kaczyński zyska swobodę działania podobną do tej, którą cieszy się Orbán. Premier Węgier pluje Unii w twarz dzień po dniu: a to w sprawie kryzysu uchodźczego flirtuje z retoryką III Rzeszy, a to po nałożeniu sankcji na Rosję zaprasza Putina, a to zamyka jedno z niewielu wolnych mediów.

Unia wciąż znosi ten sabotaż. Kaczyński i Orbán liczą na kolejny kryzys, który nie zostawi państwom Zachodu wyboru i spowoduje, że odetną ciążące im państwa Europy Środkowej. A wtedy cała władza wpadnie w ręce czekających na nią wodzów.

Chyba że wcześniej tych wodzów pogonią ich własne społeczeństwa.

Nikt nie potrafi tak wkurzyć i poobrażać ludzi jak Jarosław Kaczyński. Nie tylko działania PiS, lecz także wypowiedzi prezesa skłaniają Polaków do wyjścia na ulice. A ponieważ Kaczyński rozpoczął właśnie propagandową ofensywę, by zatrzeć niedawne porażki władzy, wściekłości już przybywa.

pis

Do dziejów pogardy w Polsce wobec kobiet, ich praw i cierpień, a także wobec cierpień noworodków przejdzie stwierdzenie Kaczyńskiego dla PAP, że należy rodzić nawet dzieci zdeformowane i skazane na szybką śmierć tylko po to, by mogły być ochrzczone. W dodatku, jak obwieścił prezes PiS portalowi Onet, „czarny protest” zagraża „fundamentom narodowego jestestwa”. Czyli kto upomina się o prawa i godność kobiet, ten niszczy Polskę, co dobrze pokazuje, jak PiS wyobraża sobie ich miejsce w swoim państwie. Towarzyszą temu pokrętne wypowiedzi Kaczyńskiego co do zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, poświadczające, że taka groźba istnieje. Toteż coraz więcej kobiet i rodzin poczuje się zagrożonych przez PiS.

Tak jak coraz więcej nauczycieli i rodziców dostrzega niebezpieczeństwa reformy edukacji. PiS jest tu w pułapce. Jeśli szybko przełoży zmiany o rok, przyzna się do potężnej porażki, jeśli będzie z tym zwlekał, gniew ludzi tylko się nasili, a jeśli dokona tej reformy w 2017 r., uzyska i organizacyjną klęskę, i spotęgowaną wściekłość obywateli.

Zagrożenie wzrostem podatków czuje spora część klasy średniej. Coraz większa groźba wisi nad sędziami, bo szef PiS obiecał rychłą rozprawę z władzą sądowniczą. Co zbiega się z deklaracją rządu o końcu współpracy Polski z Komisją Wenecką. Nic nie pohamuje naszej władzy – tyle ta deklaracja mówi.

Taki też przekaz płynie z połajanek Kaczyńskiego. Niby nic nowego, ale jest poważna różnica. Dotąd prezes tłumaczył działania władzy, także te antydemokratyczne, powołując się na wolę ludu. Teraz „wola ludu” zanika w jego wypowiedziach. Wiedzą bowiem w PiS, że w relacjach władzy ze społeczeństwem panuje coraz większy kryzys. W dodatku kryzys nieuleczalny.

636120484759404139

PiS poszuka więc wsparcia dla swych rządów poza tą wielką częścią społeczeństwa, którą do siebie zraża. Cóż mu zostaje prócz nagiej siły, tylko pozornie trwałej? Poza wiernymi wyborcami i dużą częścią Kościoła jedynie środowiska narodowe. Zresztą do narodowców PiS najbliżej, bo niemało działaczy PiS wspiera te skrajne środowiska. A bliższy sojusz z narodowcami oznacza głębszą światopoglądową symbiozę. Toteż PiS ulegnie najpewniej dalszej ideologicznej radykalizacji. Wzmogą się ataki władzy na prawa obywatelskie, demokrację, Unię Europejską. Może nawet usłyszymy, że Polska aż tak bardzo Unii nie potrzebuje. I doświadczymy mocniejszych ataków na społeczeństwo obywatelskie. Nasili się również ksenofobia, przybędzie agresji wobec „obcych”.

cu_3ifvxyae7isi

PiS będzie się jednak wystrzegał fizycznej przemocy wobec przeciwników, ponieważ wie, że jeśli przeleje krew, rozpocznie gorącą wojnę domową, która tę władzę zmiecie. Poprzestanie zapewne na zastraszaniu bądź punktowych represjach ze strony służb i prokuratury. Ale o taką przemoc mogą się pokusić skrajni narodowcy.

PiS zechce nas jeszcze intensywniej odłączać od demokratycznego świata i wygaszać nasze aspiracje do godnego życia. Będzie budował nam wewnętrzne piekło. I na tym się przejedzie, bo zbyt okrzepliśmy w demokracji i zbyt nas wielu, by tolerować rządy wrogów lepszej Polski.

636120484759404138

Na .u puknęło 100.000 polubień. Dziękujemy.

cu_1hnkxgaedqge

TO PIERWSZY TAKI PRZYPADEK W HISTORII…

ctogfkgweaa_kex

Rząd PiS, w którym Beata Szydło jest tylko nominalnym premierem, bo rzeczywistym jest Mateusz Morawiecki, zmierza ku katastrofie.

Paweł Wroński tak ujmuje.

Wbrew powszechnym opiniom dymisja ministra Pawła Szałamachy nie jest nic nieznaczącą korektą. To fundamentalna zmiana filozofii rządzenia państwem. Naraża ona polską gospodarkę na wielkie ryzyko.

zaczal

Mateusz Morawiecki, minister rozwoju i gospodarki, nie będąc szefem rządu, skumulował największą władzę od czasów wicepremiera Hilarego Minca z początków PRL. Morawiecki został także ministrem finansów, a ponadto dołączono do jego resortu infrastrukturę (czyli fundusze unijne). Teraz w jego rękach koncentrują się decyzje dotyczące pieniędzy. Są to racje sprzeczne. Morawiecki staje się odpowiedzialny za ich pobór i stan długu (minister finansów) oraz wydawanie (jako minister rozwoju).

To typowe dla reżimów populistycznych i totalitarnych, że rachunek ekonomiczny zastępują wielką wizją rozwojową. Rządy liberalne przywiązane do empiryzmu i utylitaryzmu starają się przede wszystkim dbać o równowagę finansów. Kanclerz, dawniej lord skarbu (adres Downing Street 11), to tradycyjnie drugi urzędnik po premierze.

Dlatego u liberałów przewagę nad „wizjonerami” miał minister finansów, jak w Polsce Leszek Balcerowicz, Jacek Rostowski, a nawet Grzegorz Kołodko. W rządach populistycznych przeważał minister gospodarki albo rozwoju kreujący wielkie plany sześcioletnie, budowę gałęzi przemysłu i wprowadzanie nowych technologii przy realizacji obietnic socjalnych. Współcześnie tego rodzaju przemiany odbywają się pod hasłem „dość rządów księgowych”.

Premier Szydło zapowiedziała też stworzenie instytucji planistycznej. Jako żywo przypomina to powrót do przeszłości, czyli Centralny Urząd Planowania zmieniony w Komitet Planowania Gospodarczego.

Morawiecki, kumulując władzę, pozbawia rząd wędzidła, którym jest minister finansów. Nie kwestionuję kwalifikacji ekonomicznych Morawieckiego, tak jak trudno było kwestionować kompetencje ekonomiczne Hilarego Minca, który doktoryzował się na Sorbonie. Taka konstrukcja rządu kończyła się jednak zwykle fatalnie dla gospodarki państwa. Modernizatorzy pozostawiali ambitne plany niewykonane i pustą kasę.

Politycznie sytuacja komplikuje się nieprawdopodobnie. Mamy obecnie nie dwa, ale trzy ośrodki władzy. Do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i wyraźnie słabnącej premier Beaty Szydło dołączył wicepremier Morawiecki. W rządzie zaś udzielne księstwa mają ministrowie, którym zawsze blisko do ucha prezesa: Mariusz Błaszczak czy Antoni Macierewicz.

Być może Mateusz Morawiecki rozpoczyna inną grę, której jako były bankowiec i ciągle początkujący polityk jeszcze nie rozumie. To walka o spadek po Jarosławie Kaczyńskim. Do tej pory pierwszym kandydatem do schedy był prezydent Andrzej Duda, ale okazuje się człowiekiem charakterologicznie słabym. Być może kolejny delfin nazywa się Morawiecki.

krystynajanda

– Polacy nie mają się do kogo zwrócić, nie ma prawdziwego przywódcy. Jest taka sztuka ‚Aktorzy w poszukiwaniu autora’ i coś takiego jest teraz z ludźmi w Polsce, że oni poszukują kogokolwiek, kto ich poprowadzi – mówi Krystyna Janda, gość Agnieszki Kublik w nowym programie Kublikacje. Aktorka deklaruje udział w poniedziałkowym strajku kobiet.

ctqriojwaaa2nzh

Odezwa do panów.

ania

PiS kolejny raz uderza w Trybunał Konstytucyjny. Ale… jakby czegoś się bali politycy tej partii. Pisze Waldemar Mystkowski.

pojawia

PiS przedstawił kolejny projekt ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Tym razem nie było żadnych zapowiedzi, a więc i oczekiwań, po prostu został opublikowany na stronach Sejmu. Można się pomylić w liczeniu ustaw o TK. Ten projekt jednak jest szczególny, bo dotyczy ustroju TK, praw i obowiązków sędziów TK, odpowiedzialności dyscyplinarnej, czyli karania.

Projekt ustawy najwyraźniej ma dotyczyć Trybunału Konstytucyjnego „po prof. Andrzeju Rzeplińskim”. PiS zabezpiecza się przed ewentualną niezależnością Trybunału, a ma do tego służyć dyscyplinowanie sędziów poprzez nakładanie na nich kar, włącznie z dotkliwymi karami finansowymi. Kary są zniuansowane, od pogrożeniem palcem (nagany) do pozbawienia części pensji na okres 2 lat. Karać mogą posłowie i prezydent. W ten sposób z Trybunału Konstytucyjnego znosi się niezależność i nakłada cenzurę, bo poza tym projekt ogranicza wypowiedzi sędziów w trakcie sprawowania funkcji i po jej złożeniu.

Ustawa ma zatem być represyjna w stosunku do sędziów TK, znosząca niezależność Trybunału i sytuująca go poza standardami demokratycznymi, bo TK przestaje być władzą sądzenia w stosunku do władzy ustawodawczej. Wprowadzona zostaje zasada ślubowania, która dotyczy rozpoczęcia okresu sprawowania funkcji sędziego TK. Ślubowanie odbiera prezydent RP i nikt nie może podskoczyć. Ta zasada jest skrojona pod trzech sędziów pisowskich, nadliczbowych (dublerów) wybranych przez obecny Sejm.

Ten projekt zbliża nas (mają być następne projekty ustaw o TK) do autokratyzmu. W otoczeniu krajów demokratycznych powoli stajemy się republiką bananową, w której prawem jest wola prezesa – nazwijmy go od publicystycznego określenia „bananowej republiki” – Banana.

Prezes Banan nakazuje większości parlamentarnej przyjęcie ustawy zgodnej bądź niezgodnej z konstytucją, prezydent nie śpi po nocach, tylko ją podpisuje. Pod knutem represji TK przyjmuje bezprawną ustawę. Ten projekt z pewnością jest niezgodny z Konstytucją, bo jego przepisy znoszą niektóre artykuły Konstytucji, a tym samym Konstytucja staje się bezużyteczna. Prezes Banan wraz ze swoimi akolitami nie zdołał ostatecznie zdemolować Trybunału Konstytucyjnego przez 11 miesięcy, a to za sprawą m.in. niezłomności i prawości prof. Rzeplińskiego.

Gdy powyższe pisałem, projekt ustawy zniknął ze stron Sejmu, choć nadano mu bieg proceduralny i znajduje się Biurze Analiz Sejmowych i Biurze Legislacyjnym. Jest to typowe działanie PiS – tajniackie.

ctqshctxgaelg_v

Frans Timmermans jest prawdziwym przyjacielem Polski.

bartosz-wielinski

Zaczął się piękny miesiąc.

katarzyna-kunowska

 

jandaOstro

Krystyna Janda napisała list do ministra bez kultury Piotra Glińskiego, w którym tłumaczy Tabletowi, co to jest teatr „prywatny” i jako takie w pisowskim myśleniu nie zasługują na dotacje:

>>zwracam się do Pana publicznie ponieważ wywiad jakiego Pan udzielił na temat, jak Pan to nazywa, MOJEGO teatru, był publiczny, a jak z niego wynika nie ma Pan zielonego pojęcia jak działają „MOJE PRYWATNE TEATRY”.<<

Pisanie do polityków PiS jest daremne, bo nie rozumieją ani kultury, ani dziedzictwa narodowego.

Dla nich istnieje tylko Bóg, honor i ojczyzna. Pojęcia wewnętrznie puste, gdy nie otrzymają treści od ludzi utalentowanych i wybitnych, jak Janda.

Ale z pewnością dostanie pieniądze na kicz misteryjny o. Rydzyk.

Napisała też list inna Krystyna – Pawłowicz. Tej się nie podoba transmisja marszy KOD i opozycji. Więc smaruje do Jacka Kurskiego.

krystynaPawłowicz

A KOD prowadzi opozycję do władzy.

pomimo

Władzę trzeba odebrać procedurami demokratycznymi, bo inaczej nas wykończą: Mały z manią wielkości, Broszka, Antek i Kelner.

Ch2Lzt0WsAA6DGo